poniedziałek, 22 października 2018

Najnudniejsza książka świata

No tak. Zrecenzować książkę, której autorzy za zaletę uznają coś, co przy innych książkach uznawane jest za wadę to naprawdę wyzwanie. Tak! Ciśnie się na usta komentarz, że ta książka jest... rewelacyjnie nudna... po prostu wyjątkowa. I to chyba najlepsze określenie na to, co znajdziemy pomiędzy okładkami "Najnudniejszej książki świata". O jej wyjątkowości świadczy choćby fakt, że w wielu księgarniach znajduje się na liście bestsellerów. Każdy, kto ma ochotę na garść ciekawostek podanych w dość specyficzny sposób powinien sięgnąć po tę książkę. I proszę się nie zrażać! Ta książka jest naprawdę nudna, ale w bardzo ciekawy sposób (jeśli można to tak określić).  
Pierwsze, co należy zrobić to przekartkować - jeśli dacie radę. Moja koleżanka z pracy przekartkowała, pośmiała się, zatrzymała się na niektórych rozdziałach, po czym stwierdziła, że przeczytała. Tak pewnie uczyni większość czytelników, bo niektóre rozdziały wydają się nie do przebrnięcia.  Np. artykuł "O pomiarze intensywności wiercenia się słuchaczy..." Nie dałam rady, ale dodam, że ze śmiechem porzuciłam lekturę tego artykułu. Podobnie było przy studiowaniu rodzajów śniegu, albo rodzaju łyżeczek (no, zgadnijcie, ile rodzajów łyżeczek wymienił autor?*). Śmiałam się ja, śmiała się moja rodzina i każdy, komu pokazywałam tę książkę. 
Są jednak i takie artykuły, które czytałam z wielkim zainteresowaniem, np. o rodzajach kiszonych ogórków, albo o rondach (dodam, że autor jako ciekawostkę podaje, że w mieście Redditch, niedaleko Birmingham w Wielkiej Brytanii, jest ponad 40 rond. Sprawdziłam - w moim rodzinnym Szczecinie jest ich 46!) Wcale nie uśpiły mnie ciekawostki z dziejów snu, czy też rozdział pt. "Jak zagrać walczyka Celebrated Chop". No ale już "O rozwiązaniach mechanicznych stosowanych w kręgielniach" nie dałam rady :-)
Podsumowując - wcale się przy lekturze tej książki nie nudziłam, a przynajmniej podczas lektury większości rozdziałów. Zawiera ona tyle nikomu niepotrzebnych ciekawostek, że  trudno się od niej oderwać. A to, co nie jest ciekawe, jest po prostu śmieszne do bólu brzucha. 
Nie liczcie kochani że przy niej zaśniecie. Zapewniam Was, że będziecie się dobrze bawić wertując ją od początku do końca i z powrotem. Nie jest to bowiem książka, którą się czyta od deski do deski, bo tak rzeczywiście można zasnąć. Tę książkę bowiem otwiera się na chybił trafił, a następnie należy zagłębić się w przedstawionej tematyce i zrobić wszystko aby dobrnąć do końca.  Świetna zabawa dla każdego. 
* autor wymienia 57 rodzajów łyżeczek 


czwartek, 18 października 2018

12 miesięcy z Mikołajem czyli trawnik pełen reniferów

Do Świąt Bożego Narodzenia jeszcze kawał czasu, ale to nie przeszkadza w czytaniu tematycznych książek. Każdy chyba uwielbia powieści o Świętym Mikołaju, prezentach i ciepłych uczuciach, które towarzyszą tym wyjątkowym świętom. A jak jeszcze książka napisana jest z humorem, to czytanie jej nabiera wyjątkowego charakteru. "12 miesięcy ze Św. Mikołajem czyli trawnik pełen reniferów" spełnia wszystkie moje świąteczne zachcianki. To książka ciepła, klimatyczna i z humorem tryskającym z każdej kartki - i to jakim!
Wyobraźcie sobie zwykłą rodzinę, która - jak co roku - obchodzi Święta Bożego Narodzenia. Trochę zakręcony Tatko, Mama trzymająca całą rodzinę w ryzach i dzieci płci obojga - Lotte, będąca narratorem książki i młodszy o kilka lat chłopiec, o imieniu Lars. Sporą rolę odgrywa jeszcze Magnus, będący przyjacielem Larsa, ale o tym za chwilę. Pierwszego dnia Świąt Bożego narodzenia w drzwiach domu przy ul. Puszczykowej pojawia się Święty Mikołaj. Pracownicy Biura Bożego Narodzenia - chcąc go uchronić przed tłumem turystów oblegających Jego dom w Laponii - skierowali Świętego Mikołaja do domu przy ul. Puszczykowej, aby w spokoju spędził tam kolejny rok. Uznali, że tu będzie mógł wypocząć, a jak przyjdzie pora, to w skupieniu zajmie się przygotowaniami prezentów na kolejny rok. Efekt? Stadko reniferów pasących się w ogrodzie, ogromne sanie zaparkowane w garażu, psotne skrzaty harcujące w kuchni i książki poprzestawiane na opak przez pomocników Mikołaja. 
Życie rodziny staje na głowie. Mikołaj stara się jak może, nie być ciężarem w codziennym życiu, ale jest to niezmiernie trudne. Zalicza mnóstwo prześmiesznych wpadek, które wzbudzają w czytelniku salwy śmiechu. Z radością czytałam z Młodszym o wojnie na zielony groszek, o skrzatach przygotowujących prezenty i o tym, że wszystkie drewniane zabawki są robione ręcznie. A wiecie jak skrzaty dzwonią do drzwi? Stają jeden drugiemu na ramionach i robią wieżę tak wysoką, aby dosięgnąć do dzwonka. A wiecie, dlaczego skrzaty podczas spotkań wywalają książki z półek? Bo półki są świetnym miejscem do obserwowania tego, co się dzieje na podłodze! Zapewniam Was, że lektura jest wyjątkowo fascynująca głównie przez to, że mały czytelnik dowiaduje się o rzeczach, których do tej pory mógł się tylko domyślać. 
Książka jest tak cudownie ciepła, że zachciało nam się Bożego Narodzenia tu i teraz. Co z tego, że za oknem słońce... Postać Mikołaja jest wyjątkowo pocieszna i taka niezgrabna w poruszaniu się w codzienności ludzkiej. Nie przeszkadza Mu to w zdobyciu sympatii sąsiadki... nic więcej nie napiszę. 
Kochani - warto kupić "12 miesięcy ze Świętym Mikołajem". Może trochę za wcześnie na lekturę,  ale niewątpliwie, zaraz zarutko nadejdzie listopad, potem grudzień, a to czas w sam raz na tę lekturę. Polecam gorąco! 


wtorek, 16 października 2018

Skrzydła dla motyla

Kiedyś, dawno temu, przeczytałam książkę pt. "Kwiat pustyni". Zszokowała i nieźle mną wstrząsnęła, bo nie zdawałam sobie wówczas sprawy, że taki proceder, jak obrzezanie kobiet, jest w ogóle praktykowany. Uczuliłam się na problem i z przerażeniem czytałam pojawiające się co pewien czas doniesienia na temat tego zwyczaju. Zawsze zastanawiało mnie, jak można zrobić taką krzywdę własnej córce?
"Skrzydła dla motyla" to kolejna powieść poruszająca ten temat. Może nie do końca powieść... To raczej wspomnienia i przeżycia młodej kobiety, Ntalian Lolkoki, która wprowadza nas w swój świat. Opisuje beztroskie dzieciństwo i to, jak dorastała. Wraz z dwoma siostrami prowadziła tryb życia nieznany europejskim dzieciom. Od rana do nocy, na wielkim placu zabaw, jakim było dla dziewczynek otoczenie domu. Dorastała w kenijskiej wsi, której mieszkańcy żyli zgodnie z przyrodą i jedli to co im ziemia dała. Ntalian opisuje stada słoni, zabawy w dżungli... słowem wszystko to, co my znamy właściwie tylko z książek. Z wielkim zaciekawieniem czytałam tę część książki. Wprowadzała mnie w nieznany świat szkoły prowadzonej przez misjonarzy, plemiennych zależności i pozycji kobiet w wiosce, w której dziewczyna mieszkała. 
Gdy Ntalian miała dwanaście lat została obrzezana. Dwa słowa - "Została obrzezana" - położyły się cieniem na całym życiu tej młodej kobiety. Ntalian pozwala nam obserwować, jak jej życie seksualne i (co gorsza) emocjonalne - zanika. Staje się pusta i niezdolna do odczuwania czegokolwiek. Trochę mnie drażniła postawa autorki i to wieczne użalanie się nad sobą. Szybko jednak moje odczucia zmieniły się, kiedy okazało się, że pomimo traumy udało Jej się wyrwać z Kenii i podjąć próby życia na własny rachunek. Moim zdaniem Jej postawa życiowa wynikała z braków emocjonalnych - nie potrafiła kochać, właściwie nic Jej nie interesowało. Ciągle szukała swojej drogi. Kiedy jednak wróciła do Kenii po to, aby nawracać rdzennych mieszkańców na wiarę katolicką... no nie zdzierżyłam. Trudno mi było zrozumieć to postępowanie i rozchwianie na wszystkie strony świata. 
Książka zawiera sporo informacji na temat tego straszliwego procederu, jakim jest obrzezanie dziewcząt. Poraża to, że członkowie tych plemion nie widzą nic złego w tym brutalnym zwyczaju. Przecież i matka i babka i prababka - wszystkie były obrzezane, więc jak można nie obrzezać kolejnego pokolenia dziewcząt. Co więcej - wmawia się młodym kobietom, że jeżeli nie będą obrzezane, to nie będą w stanie stać się godną mężczyzny! Tragedia
Książka piękna w swoim przesłaniu i frustrująca podczas poznawania losów Ntalian. Trudno przejść do porządku dziennego nad straconymi szansami i związkami, które dziewczyna zaprzepaściła czy też po prostu nie zauważyła. Nie ulega jednak wątpliwości, że to bardzo ważny głos w walce z procederem obrzezania kobiet. Powieść godna poleceniom wszystkim. Bez wyjątku. 

środa, 10 października 2018

Lewis Barnavelt na tropie tajemnic. Zegar czarnoksiężnika

Nie ukrywam, że sięgnęłam po tę książkę po obejrzeniu zwiastunu filmu. Zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale bardzo chciałam najpierw przeczytać książkę. Mam wiele powieści, które pochłonęłam dopiero po obejrzeniu ekranizacji i zawsze psioczyłam na tę kolejność. Przecież po obejrzeniu Harrego Pottera, główny bohater zawsze będzie miał twarz Daniela Radcliffe. Taka sytuacja jest nie do przyjęcia więc szybciutko pochłonęłam te kilkaset stron i... super było. Naprawdę. "Zegar czarnoksiężnika" to pierwsza część ośmiotomowego cyklu i jeżeli każda część jest tak klimatyczna, to czeka mnie i moje dzieci nie lada przygoda.
Lewis jest bardzo rezolutnym chłopcem, który niespodziewanie zostaje sierotą. Jego rodzice giną w wypadku samochodowym przez co chłopiec trafia pod opiekę wuja Jonathana. Wuj jest czarnoksiężnikiem, czego wcale przed chłopcem nie ukrywa. Mieszka w domu pełnym zagadek i tajemnic. Chłopiec jest zachwycony zarówno wujkiem jak i jego magiczna sąsiadką. Oczywiście jest też tajemnica. Mianowice dom został przejęty przez wuja Jonathana po śmierci złego czarnoksiężnika, który chciał na zawsze zmienić świat. Lewis wraz z wujem i sąsiadką mają przed sobą arcytrudne zadanie. Muszą uratować ludzkość.
Powieść niestety pozostała w cieniu Pottera, ale zapewniam Was, że warto po nią sięgnąć. Klimat i nastrój panujący w powieści jest po prostu magiczny i zasłużenie, w wielu księgarniach, powieść ta znalazła się na półce z bestsellerami. Jest krótsza i niewątpliwie mniej skomplikowana, ale przez to bardziej dociera do młodego czytelnika.  Główny bohater - moim skromnym zdaniem - również bardziej przypadnie czytelnikowi do gustu. To zwykły chłopak, mający problemy z kontaktami w grupie rówieśniczej, ale bardzo sympatyczny. Bardzo stara się o przyjaźń kolegi ze szkoły, przez co popada w "czarodziejskie"  tarapaty. Jest trochę nieśmiały, ale przy tym bardzo odważny. Na pewno spodoba się każdemu kto sięgnie po powieść. 
Powieść bardzo przyjemnie się czyta. Szybka akcja i lekkie pióro autorki przyczyniły się do tego, że przyjemność czytania rozłożyłam zaledwie na jeden wieczór i jeden ranek. Zachwycił mnie ten świat - pełen magii ale zupełnie innej niż ta znana z serii o Harrym. Tamta magia (przynajmniej w pierwszych tomach) była taka uczniacka, a tu mamy magię i złe moce w pełnym tego słowa znaczeniu. 
Lektura tej książki to rewelacyjna przygoda - pełna magii i skrząca od przygód. Wspaniała przygoda dla młodych czytelników. 

wtorek, 9 października 2018

Pod niebem pełnym zapytania

Rzadko kiedy moje podejście do książki ulega tak diametralnej zmianie, jak to miało miejsce przy powieści pt. "Pod niebem pełnym zapytania". Podchodziłam do niej jak pies do jeża. Piękna okładka przyciągała, ale świadomość, że autor jest księdzem... Nie ukrywam, że do Boga (tego znanego z kościoła katolickiego) mi daleko i na samą myśl o tekstach przepełnionych wiarą, robiło mi się mdło. Otóż nic bardziej mylnego. Gdyby wszyscy księża potrafili tak pięknie i delikatnie mówić o Bogu i wierze jak ks. Marek Chrzanowski - biegałabym do kościoła codziennie. Kochani, wolniej! Ta powieść absolutnie nie jest tylko o Bogu... Dobra - muszę chyba zacząć od początku. 
"Hotelik dla dwojga" to przepięknie położony pensjonat gdzieś w europejskich górach. Prowadzi go Magdalena - kobieta trochę poharatana przez los, ale szczęśliwa w tym, co robi. W pracy odnalazła swoją pasję i swoją miłość. Maciek (który na co dzień jest kierowcą w hotelu) bardzo długo starał się o względy Magdy, a gdy już je zdobył, wszystko runęło jak domek z kart. Czytelnik ma okazje podziwiać rodzące się uczucie ze wszystkimi tego konsekwencjami. Obserwujemy, jak Magda powoli się otwiera, jak Maciek czule ale stanowczo walczy o miłość swojego życia. Musi walczyć, ponieważ jego przeszłość jest trudna i bardzo zagmatwana. Aby zdobyć Magdę, chłopak zmuszony jest najpierw rozprawić się z duchami przeszłości. 
Wątek Magdy i Maćka to nie wszystko. Każdy rozdział zawiera inną historię opowiadającą o ludziach odwiedzających hotelik. Każda historia jest jedyna w swoim rodzaju - jedna ciekawa, druga zabawna, kolejna wzruszająca. Z ciekawością czekałam na nowych gości i historie, które niosą ze sobą. Magdalena jest wspaniałą obserwatorką, a jej wpisy, których dokonuje w notatniku pokazują czytelnikowi wiele z tego, co na pierwszy rzut oka umyka. 
I teraz to najważniejsze. Powieść jest po prostu magiczna... nie wiem, co powoduje takie odczucia, ale niewątpliwie tak jest. Może to, że książka jest ciepła niczym ogień z kominka i kapcie przed nim postawione. Może to, że w jej treści jest sporo poezji - takiej od serca i od Boga. Może to, że powieść jest pełna wiary w to, że każdy kiedyś znajdzie swojego Boga. Trzeba tylko mieć uszy i oczy szeroko otwarte. Wielu bohaterów powieści zaufało Bogu, a co za tym idzie żyje z Nim w zgodzie i powiem Wam, że nawet mi to w lekturze nie przeszkadzało. Co więcej - z zazdrością czytałam o tym, jak łatwo można powierzyć wszystkie troski Bogu i czekać aż załatwi za nas pewne sprawy. 
Bóg w tej powieści jest wszędzie, ale nie wprost. Unosi się nad kartami powieści niczym mgiełka i otula wszystko, łącznie z czytelnikiem. Tu nie ma zbędnego umoralniania,, nie ma cienia pogardy dla tych, którzy nie wierzą. jest za to zrozumienie i miłość - wielka i wszechpotężna. 
Na początku powieść wydała mi się po prostu nudna. Ot, dzień po dniu, obserwujemy życie, które leniwie toczy się w górskim hoteliku. Dopiero po kilkunastu stronach dotarło do mnie, że to nie jest powieść, w której bohater przeżywa miliard przygód na minutę. To powieść o nas samych. O tym, co nam w duszy gra. Kiedy czytałam, jak Magda odnajduje w hoteliku spokój, jak organizuje czytelniczy kącik, jak oddaje się cotygodniowym koncertom pianistycznym... zazdrościłam, po prostu. 

czwartek, 4 października 2018

Miłość na dziesiątej wsi

Bardzo, bardzo mi się podobało. Niezapomniany klimat, rewelacyjnie wykreowani bohaterowie, przemyślana narracja ... i ta sielska, wiejska atmosfera, sianem i jabłkami pachnąca!
"Miłość na dziesiątej wsi" to taka jednotomowa saga pokoleniowa. Rozpoczynamy podróż od Jacka i Basi. On zakochany w Sarze (Żydówce z sąsiedztwa) świata poza Nią nie widzi, Ona - zahukana, wiejska dziewczyna, niepewna swojego pochodzenia, a co za tym idzie - narażona na staropanieństwo.  Jacek dla swojej miłości rzuca szkołę, czego rodzice nie mogą mu darować. Za karę zmuszają go do małżeństwa z Basią chcąc Go ukarać związkiem z nieciekawą dziewczyną. Tak zaczyna się saga rodu Cichych. Przepiękny, a jednocześnie tragiczny opis ślubu i wiejskiego weselicha jest początkiem trudnej drogi tej pary. Oboje cierpią, oboje tęsknią i oboje... żyją dalej. Rodzi się dziecko za dzieckiem, co zmusza Basię do pracy ponad siły. Musi wyżywić swoje stadko, a na pomoc męża raczej nie ma co liczyć. Jacek nadal tęskni, a o swoje nieszczęście i ciągłą tęsknotę obwinia Basię. Jest jeszcze sąsiad o nazwisku Zarządca, którego obecność budzi w czytelniku niepokój. Pojawia się zawsze tam gdzie coś się dzieje - tajemniczy, bez korzeni, bez rodziny... I tak rok za rokiem, dekada za dekadą, płyniemy z Cichymi przez życie. Obserwujemy, jak dzieciaki dorastają i nagle uwaga czytelnika przenosi się na ich losy, pozostawiając Basię i Jacka trochę w tyle. Życiowe zakręty i miłosne zawiłości potomków naszych bohaterów są naznaczone brakiem szczęścia rodziców. Jakaś przeklęta jest ta wieś, bo tak naprawdę nikt nie jest do końca szczęśliwy. Nawet miłość - ta odnaleziona i odwzajemniona - jest gorzka i trudna do przełknięcia. Każdy ma jakieś tajemnice, każdy musi uważać, aby nie skrzywdzić bliskich sobie osób...
Powieść ta jest piękna nie tylko dlatego, że mówi o trudnych losach mieszkańców wsi i przeplata konary rodziny Cichych między sobą. Jej piękno wynika również z tego, że przepełniona jest miłością do przyrody i do takiego zwykłego, wiejskiego życia. Autorka pokazuje czytelnikowi, jak bardzo nasze istnienie zależy od natury, od pracy na roli i od miłości do tego, co ziemia nam urodzi. Ja jestem miastowa dziewczyna, ale kiedy czytałam o tym, jak cudownie jest przejść się po polu na początku jesieni, kiedy to wszystko pachnie tą porą roku ... uwierzcie mi - zatęskniłam. Oczywiście, że z książki wyziera również bieda, głód i choroby, bo przecież w okresie międzywojennym (i nawet powojennym), na wsiach było to na porządku dziennym. Nie zmienia to jednak faktu, że od wieki wieków, to przyroda była dla człowieka najważniejsza. Tylko teraz jakoś to nam gdzieś umknęło..... 
"Miłość na dziesiątej wsi" to trzeci tom cyklu "Saga z dziesiątej wsi". Ja to mam przysłowiowe szczęście do sięgania po kolejne tomy w zupełnie przypadkowej kolejności. Dopiero w trakcie lektury powieści, kiedy już się wciągnę i zachwycę, niespodziewanie dowiaduję się, że to któryś tam z kolei tom. Najczęściej jestem wściekła, ale tym razem dobrze się stało. Z docierających do mnie komentarzy wynika, że trzecia część sagi zawiera sporo powtórzeń z poprzednich tomów, co trochę psuje jej atmosferę i czyni ją lekko nudnawą. Ja - na szczęście - nie znam poprzednich części, więc dla mnie to po prostu powieść idealna. 
Zachęcam do lektury. Nie zważajcie na to, że to trzeci tom. Sięgnijcie i zanurzcie się w tym świecie. Świecie znaczonym ciężką pracą na roli i skomplikowanymi losami mieszkańców dziesiątej wsi.