czwartek, 8 kwietnia 2021

Licho nie śpi. Bieszczadzkie demony

Bieszczady to moje ukochane góry. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale ciągnie mnie w każde lato w ten zapomniany zakątek Polski, choć ze Szczecina to prawie 1000 km. Uwielbiam Bukowiec, Chatkę Puchatka i Jaworzec. Nie przepadam za Tarnicą, od kiedy prowadzą na nią schody, za to kocham Połoninę Caryńską. Nie ukrywam, że na książkę pt. „Licho nie śpi” skusiłam się właśnie ze względu na to, że stanowi pierwszy tom sagi o cudnym tytule „Bieszczadzkie demony”. Powieść pochłonęłam w dwa wieczory, jednak po zamknięciu książki miałam bardzo mieszane uczucia. Ogólnie bardzo mi się podobała, ale…
Zaczyna się kiepsko. Pierwsze strony wypełnia opis marnego seksu, który bohater uznaje za udany tylko dlatego, że był pod wpływem prochów. Cóż, taki początek nie zachęcił do dalszej lektury, lecz – mając w głowie Bieszczady – przebrnęłam. Dalej było już tylko lepiej.
Główny bohater to Damian – krakowski detektyw, który zmuszony jest rzucić wszystko i jechać w Bieszczady. Nic dziwnego – porzucił partnera podczas akcji, co o mały włos nie doprowadziło do jego śmierci. Nie ulega wątpliwości, że Damian nie ma już czego szukać w krakowskiej Policji. Nawet w Bieszczadach nie ma odwagi powiedzieć o sobie całej prawdy. Zatrudnia się w tartaku jako zwykły pracownik fizyczny. Zaprzyjaźnia się z pracownikami tartaku, a na wspólnych wieczorach w knajpie poznaje młodą asesor prokuratury, Magdę. Panowie traktują Magdę jak swoją córkę, co nie przeszkadza im docinać dziewczynie i badać granice, do których mogą się posunąć. Pewnego dnia dziewczyna dostaje do wyjaśnienia sprawę, która na pozór wydaje się beznadziejna. Otóż ktoś morduje mieszkanki bieszczadzkich miejscowości. Z niespotykanym okrucieństwem zadaje im rany, a następnie skazuje na powolną śmierć. Magda wydaje się załamana i pewna tego, że jej kariera wisi na włosku. Sprawa (na pozór nie do rozwiązania) znajduje swój finał dzięki zaangażowaniu Damiana. Jak nietrudno się domyśleć pomiędzy bohaterami rodzi się uczucie, ale zupełnie inne, niż czytelnik oczekuje.
Powieść zachwyciła mnie w dwojaki sposób. Po pierwsze całkiem niezłą zagadką kryminalną i niespodziewanym zakończeniem. To taka klasyczna zagadka z nieśmiertelnym pytaniem, „Kto zabił?”. Mamy kilku podejrzanych, lecz absolutnie nie spodziewamy się, kto jest mordercą. Drugi aspekt, który mnie urzekł to klimat powieści. Rzeczywiście jest w książce to coś, co oddaje nastrój dzikich ostępów Bieszczad. Wycie wilków, niedostępność kniei, opowieść skąd pochodzi nazwa „Bieszczady”, leśniczówki i bacówki zagubione pośród górskich ścieżek…. Taka szarość i tajemniczość, która powoduje ciarki na plecach.
Sama fabuła też nie jest zła. Ciekawa zagadka kryminalna, trup się ściele gęsto, a autorka pomału odkrywa karty, dając czytelnikowi czas do zastanowienia się, kto zabił. Całość psują jedynie niezbyt udolnie zmajstrowane sceny erotyczne, których brutalność i wyuzdanie nie dość, że jest żenujące, to jeszcze zupełnie zbędne. W założeniu pewnie miały być pikantne, a wyszło nieco żałośnie.
Na zakończenie dodam, że bardzo urzekła mnie przyjaźń pomiędzy pracownikami tartaku. Taka prawdziwa, z głębi serca, która karze skoczyć za kumplem w ogień i pomóc w największej potrzebie. Zazdroszczę. Taka, jaką można spotkać tylko w dzikich Bieszczadach.

1 komentarz:

  1. No cóż, niektórych czytelników przyciąga do książki wyłącznie zapowiedź, że są tam sceny seksu. Szkoda, że niektórzy autorzy wpychają bez sensu takie sceny, żeby książka się lepiej sprzedała. Mnie takie podejście raczej odstrasza od dalszej lektury. W tym przypadku jednak pewnie bym się przełamała, podobnie jak Ty, uwiedziona tytułem. Z tym, że raz już się nabrałam na taki tytuł, panów Nóżki i Sceliny "Zanim wyjedziesz w Bieszczady" - wielkie rozczarowanie, zmarnowany tytuł. Twoja recenzja brzmi jednak zachęcająco, mimo żałosnych scen seksu sięgnę po tę książkę.
    A Połoninę Caryńską kocha każdy, kto ją chociaż raz na własne oczy zobaczył. Ja zobaczyłam :).

    OdpowiedzUsuń