piątek, 14 czerwca 2019

Niebieska sukienka

Najchętniej całą recenzję zawarłabym w dwóch słowach: 
Piękna powieść 
Wiedząc jednak, że potencjalni czytelnicy tego tekstu, czytając recenzję, oczekują nieco więcej niż tylko dwóch słów - troszkę się rozwinę. 
Konstancja, (która była główną postacią w pierwszym tomie) teraz jest już siwą, lecz nadal pełną werwy staruszką. Tymczasem na Folwarku władzę dzierży Florentyna. Jej życie to głownie oczekiwanie na powrót ukochanego Kacpra z dalekiej Syberii. Oprócz oczekiwania, służy wszystkim mieszkańcom radą i pomocą. Jest sercem i mózgiem całego domostwa. A że mieszkańców jest sporo, to jest komu radzić. Wraz z Florą mieszka jej córka Klara oraz wnuczki - Emilia, Klementyna i Mela. Każda z dziewczyn jest inna, każda ma do opowiedzenia inną historię. Prowadzą swoje życie zupełnie inaczej niż chciałaby tego ich matka. W ich postępowaniu widać początek zmian, które już niedługo ogarną cały świat. Spódnice, które - ku zgrozie babci - odsłaniają już nie tylko kostki, ale i całe łydki, smak emancypacji i samodzielne życie w dużym mieście, to coś nie do pomyślenia jeszcze kilka lat temu. Najbardziej kibicowałam Meli, która odważyła się na samodzielne życie w dużym mieście. Dla samotnej matki z dzieckiem to duże wyzwanie i nie ma co ukrywać - dała dziewczyna radę. 
Oczywiście - podobnie jak w pierwszym tomie - możemy cofnąć się w czasie i zerknąć, jak toczyły się losy naszych bohaterów z pierwszego tomu. Przyznam się, że bohaterów w pewnym momencie powieści jest tak wielu, że trochę mi się to wszystko plątało i już nie wiedziałam, kto żyje na początku XX wieku, a kto u schyłku XIX. Na szczęście na początku powieści jest spis postaci, co bardzo ułatwiło mi zorientowanie się, kto jest kim. 
W "Niebieskiej sukience" nie jest już tak sielsko, jak w pierwszym tomie, choć cudowny klimat, (który dla mnie jest elementem przypisanym do pióra Pani Jeromin - Gałuszki) pozostał. W Folwarku nadal są sianokosy, słychać terkot młyna i odbywa się darcie pierza, ale wyraźnie do głosu dochodzą już teorie związane z przemysłową Polską. Najbardziej widać to przy Meli, która musi sobie poradzić w dużym mieście. Utrzymuje się z pracy w klubie i nikogo nie interesuje, że ma małe dziecko. Wyraźny jest podział na bogatych i biednych, co więcej - wyraźnie mężczyźni górują nad kobietami i to w sposób urągający kobiecej godności. 
Piękna książka - pełna ciepła i wzruszająca. Czytelnik z wypiekami na twarzy śledzi losy kobiet, które muszą poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Folwark jest dla nich ostoją. Gniazdem, do którego wracają zawsze wtedy, kiedy potrzebują miłości i zrozumienia. Naprawdę nie można się oderwać od lektury. Polecam z całego serca.

czwartek, 13 czerwca 2019

Folwark Konstancji

Zakochałam się w sagach po lekturze "Kamerdynera". Kaszubi uwięzieni pomiędzy Polakami i Niemcami w swojej rozdwojonej tożsamości są przepięknym dowodem na to, że sagi to literatura ponadczasowa. Tu czas płynie inaczej. Fabuła zatrzymuje się na zdarzeniach naprawdę ważnych i nie zwraca uwagi na błahostki. Taka właśnie jest saga "Dwieście wiosen". 
Pani Grażyna Jeromin - Gałuszka urzekła mnie książką pt. "Długie lato w Magnolii". Tak klimatycznej książki nie miałam przyjemności czytać długo wcześniej i długo później. Uwierzcie mi, że gdy usłyszałam połączenie "saga" z nazwiskiem tej autorki wiedziałam, że przygoda będzie zacna. 
Akcja powieści prowadzona jest dwutorowo. W 1815 r. poznajemy Pana Konarskiego, który obwozi po okolicznych wioskach bliźniacze cielęta. Kiedy widzi kąpiącą się w rzece przepiękną kobietę, otoczoną zapachem chabrów... Zarówno sytuacja, jak i okolica, go oszałamiają. Postanawia w tym miejscu zbudować przytulny folwark, który będzie prezentem dla jego siostry Konstancji. Ma już dosyć ciągłych kłótni pomiędzy siostrą, a żoną. Konstancja, przeszczęśliwa, żwawo bierze się do pracy. Szybko powstaje dom, który jest ciepły, radosny i wzruszający. Otwarta zawsze brama zachęca do odwiedzin, a dobra i współczująca Pani jest wystarczającym powodem ku temu, aby chłopi chcieli na Folwarku pracować. 
Drugą nitką fabuły czytelnik pomknie do 1865 r. i pozna losy Florentyny spokrewnionej z Konstancją. Florentyna uwikłana zostaje w nieszczęśliwe małżeństwo z właścicielem sklepu położonego w pobliskim mieście. Dziewczyna kocha przyrodę wolność i ptaki. Miasto ją dusi i uwiera. Do tego wszystkiego w lesie ukrywa się jej wielka miłość – chłopak który jako powstaniec narażony jest na represje ze strony carskich władz. 
Urzekł mnie klimat powieści - przepiękny ciepły i kolorowy. Życie toczy się w zgodzie z przyrodą. Kucharka w kuchni robi słoiki, chłopi szykują się do sianokosów, kobiety szyją i plotkują. Wszystko opisane tak, że z powieści unosi się zapach ciasta i pieczonego chleba. Coś wspaniałego. Nie boję się napisać, że ta powieść jest magiczna. Jest w niej coś takiego, że człowiek ma ochotę wstać i pobiec w pola, zerwać bukiet polnych kwiatów i patrzeć na przepływające obłoki. 
Oczywiście nie jest tylko tak sielankowo. Losy mieszkańców folwarku są naprawdę porywające. Spotkamy w powieści zarówno miłość jak i zdradę, przestępstwo i karę, śmierć i straszną tajemnicę. Czytelnik tak naprawdę nie może oderwać się od lektury, bo jeszcze jedna tajemnica nie zostaje rozwiązana, a już pojawiają się dwa kolejne wątki, które porywają myśli. 
Cudowne są smaczki z tamtej epoki. Jest na przykład Żyd, który przewija się przez całą powieść wraz ze swoją kilkunastoosobową rodziną. Przychodzi i zachęca, a jego rozmowy z Konstancją wzruszają i rozśmieszają. Jest też wędrowna babinka, która chodzi od domu do domu i sprzedaje przepisy. Wszystkie są wyssane z palca, a każdy zaczyna się tymi słowami: 
Wyjdź z kuchni, znajdź zachodnie okno i spluń za nie osiem razy pod wiatr. Jeśli nie ma wiatru, nie bierz się do roboty. 
                                                                                            Czyż nie cudne? 
„Folwark Konstancji” to lektura, która pozwala się wyciszyć i uspokoić. Pozwala delektować się świetną fabułą. Rewelacyjnie skonstruowane postacie dają się wręcz kochać. Żadna z nich nie pozostaje czytelnikowi obojętna. Podsumowując: Kochani - zanurzcie się w ten świat, a nie pożałujecie.

piątek, 31 maja 2019

Jak podrywają szejkowie

Zmylił mnie tytuł książki. "Jak podrywają szejkowie" brzmi tak, jakby powieść traktowała o wspaniałych, romansem podszytych historiach miłosnych, które najczęściej kończą się happy endem. Bojąc się właśnie takiej fabuły, dość długo nie mogłam zabrać się do lektury. Kiedy w końcu zaczęłam czytać - oniemiałam. Okazało się, że moje pierwsze wrażenie było błędne, i to bardzo. Ta książka to bomba i dziwię się, że jej premiera tak cicho przeszła. Przecież opisane historie są nie tylko bulwersujące, ale też poruszające. Pokazują, co dla szejków jest najważniejsze – konie i kobiety. I to właśnie w tej kolejności. Różnica jest taka, że konie kupują jawnie, a kobiety – pod płaszczykiem podrywania. 
„Jak podrywają szejkowie” to sfabularyzowany reportaż o dwóch szejkach, którzy dla potrzeb powieści, otrzymali imiona Abed i Wasim. Obaj są potomkami arabskich szejków, obaj opływają w luksusy i nie znają granic związanych z pustym portfelem. Historię opowiada Abed, ale prawdziwym bohaterem jest Wasim - człowiek, który kobiety traktuje jak stworzenia istniejące tylko i wyłączenie dla męskiej przyjemności. Opisy organizowanych imprez, które przeradzają się w wieloosobowe orgie, czy też poniżanych dziewczyn, sprawdzanych pod kątem przydatności na imprezach niczym konie na wybiegu - są porażające. Panowie nie mają żadnych hamulców, ponieważ zdają sobie sprawę, że każdy skandal można zatuszować odpowiednią ilością gotówki. W końcu dochodzi do tragedii...
Autor książki, Pan Marcin Margielewski jest dziennikarzem współpracującym zarówno z telewizją jak i z prasą. Przez dekadę był też podróżnikiem i poznawał m.in. Dubaj, Kuwejt czy też Arabię Saudyjską. Kiedy doprowadził do wywiadu z Abedem, sam był zdziwiony, że tak łatwo poszło. Widać, że bał się spotkania z szejkiem. Tymczasem na przeciw niemu wyszedł otwarty mężczyzna, który aż pałał chęcią podzielenia się z kimś swoją historią. Opowiada i opowiada, a czytelnikowi włosy jeżą się na głowie. 
Bardzo podobają mi się wstawki, które komentują opowiedziane przez szejka historie. Kiedy jedna z dziewczyn zaszła w ciążę, czytelnik szybko zostaje poinformowany przez autora, jakie realia w tej kwestii panują na Bliskim Wschodzie 
„Na Bliskim Wschodzie to kobieta ponosi winę za nieślubny stosunek, a zgwałcona − za sam gwałt, dlatego gdy ciężarną odstawiano na pustynię, dokonywał się akt sprawiedliwości. Nie dość, że miała okazję odpokutować za zbrodnię, to jeszcze znikał problem bękarta. A i grzechu aborcji można było uniknąć. Same korzyści”
Straszne. 
Takich komentarzy jest mnóstwo. Możemy ocenić, jak bardzo zakłamana jest interpretacja Koranu, jak mocno naginane są prawa Allacha do potrzeb szejków. Dowiadujemy się, jak traktowane są kobiety i jak trudno jest im żyć. Wyraźnie widać, że dzięki forsie szejkowie są ponad prawem – zarówno tym ludzkim jak i boskim. 
Świetna książka, którą się czyta z zapartym tchem. Lekkie piórko autora pozwala na zatracenie się w opisywanych zdarzeniach i na umysłową podróż do domów najbogatszych ludzi świata. Opowieści (część z nich z erotyczną nutą) bulwersują czytelnika, a jednocześnie nie można się od nich oderwać. Autor czaruje czytelnika arabskim światem i zapachem niezliczonej ilości pieniędzy. Tylko czy aby na pewno te pieniądze są miarą wszystkiego? Losy Wasima pokazują, że pieniądze szczęścia nie dają… choć niewątpliwie łatwiej z nimi żyć. 
Trochę zszokowało mnie, kiedy zaczęłam szukać w Internecie informacji o bohaterach opisanych w książce. Wiedziałam, że imiona są zmyślone, ale wystarczy wpisać „arabski szejk”, „wypadek”, „pogrzeb” i już patrzy na nas twarz jednego z bohaterów. 
A na koniec napiszę to, co mi siedzi w głowie: gdzie wyście dziewuchy zgubiły rozum, że pozwalacie tym bogatym „panom” na złotą kupę czy też pierdzenie czekoladą…

środa, 29 maja 2019

To co zakazane


To jednak prawda, że nigdy nie wiadomo, jakie tajemnice kryją się w czterech ścianach. Wyobraźcie sobie spokojną angielską uliczkę. Mieszkańcy nie wchodzą sobie w paradę i nie interesują się sobą nawzajem. W jednym z domów mieszka rodzina: mama tata i piątka rodzeństwa. Najstarsza dwójka, Lochan i Maya, są w takim wieku, że spokojnie samodzielnie funkcjonują. Kitt to młodzieniec w okresie dojrzewania, trochę buntowniczy i nieposłuszny. Tiffin i Willa to jeszcze maluchy, które ciągle wymagają opieki. Na pozór wszystko idzie dobrze dopóki nie uświadomimy sobie, że tak naprawdę nie ma tu ojca, który odszedł pozostawiając rodzinę samej sobie. Nie ma również matki, dla której ważniejsze są imprezy. Rolę rodziców naturalnie przejęli więc Lochan i Maya. Zadanie jest o tyle trudne, że trzeba zrobić wszystko, aby zachować pozory. Niejako z konieczności, Lochan i Maya tworzą duet zastępujący dzieciakom rodziców. Przytłacza ich odpowiedzialność. Próbują się wzajemnie wspierać i troszczyć o siebie, a to doprowadza do eksplozji uczuć, niekoniecznie bratersko siostrzanych.
W powieści autorka trąciła strunę, która niejednej osobie stanie kością w gardle. Mamy tu bowiem poruszony temat fizycznej miłości pomiędzy bratem a siostrą. Powiedzmy wprost: dotykamy kazirodztwa w pełnym tego słowa znaczeniu. Czytelnik może obserwować jak uczucie rodzi się pomiędzy rodzeństwem, jak kiełkuje i rozwija się pochłaniając młodych ludzi. Oboje walczą, zdając sobie sprawę z tego, że to, co robią jest społecznie niedopuszczalne, ale uczucie jest zbyt silne. Nie potrafią się od niego uwolnić. 
Smutna to książka pokazująca, jak trudno jest być nastolatkiem i jak ważne w życiu młodego człowieka są rodzina i zasady, które powinny zajmować w jego umyśle pierwsze miejsce. Myślałam, że pogryzę z wściekłości książkę, kiedy w kulminacyjnym momencie matka dzieciaków pokazała, na co ją stać. Przecież, to wszystko, co się stało, to w dużej mierze jej wina. To ona nie pokazała dzieciakom pewnych społecznych zasad i reguł, które panują na tym świecie. Zabrakło drogowskazu.  Powieść przepełniona jest cierpieniem i smutkiem. Czytelnik robi wszystko, aby nie osądzać; może tylko obserwować walkę, jaką toczą młodzi ludzie. Są pozostawieni sami sobie, bez wsparcia i bez miłości, za to w ciągłej walce o byt. Rodzeństwo ciągle musi kłamać i udawać bojąc się, że zostaną z rodzeństwem rozdzielenie i oddani do domu dziecka. Panicznie boją się tego, a ponieważ matki częściej w domu nie ma niż jest, zmuszeni są do ciągłego udawania. To psychicznie wykańcza Lochana, a Maya próbuje go w tym uczuciu pocieszyć i wesprzeć.
Warto przeczytać tę książkę, choćby po to, aby zobaczyć, że to, co na zewnątrz wydaje się czarne nie zawsze takie jest. Powieść wydało Wydawnictwo Młodzieżówka, ale moim zdaniem przeznaczona ona jest raczej dla starszej młodzieży. Moja piętnastoletnia córka chyba nie poradziłaby sobie jeszcze z takim tematem…  

wtorek, 28 maja 2019

Warcross

Ależ mi się podobało! Rewelacyjna książka, która przeniosła mnie na kilka godzin w inny świat. Tak się złożyło, że czytając "Warcross" miałam dzień wolny, więc bez skrupułów, pod kocem i z kubkiem herbaty, zanurzyłam się w świat wykreowany przez Marie Lu. Ach, co to była za podróż! 
Emika Chen jest młodą dziewczyną, trochę pokiereszowaną przez los. Wskutek niefortunnych zbiegów okoliczności została aresztowana przez Policję, a w jej kartotece znalazł się zapis o tym, że jest niebezpieczna. Skutek? Nie może znaleźć dobrze płatnej pracy i - pomimo tego, że jest fenomenalną hakerką - nie może korzystać zawodowo ze swojego talentu. I jak tu żyć, skoro właściwie cały świat jest skomputeryzowany? Nie ma dziedziny, w której Emika może pracować, dlatego zostaje Łowcą Głów. Niestety jest to mało płatne zajęcie, a życie wymaga pieniędzy. A tymczasem świat ogarnęła mania gry o nazwie „Warcross”. Każdy chce grać w tę grę, każdy zdobywa punkty i każdy, dzięki punktom, może polepszyć sobie pozycję społeczną. Na świecie nie ma osoby, która nie korzysta z okularów przenoszących użytkownika w świat Warcrossa. I tu też Emika jest uziemiona, ponieważ - borykając się z problemami finansowymi - nie może grać w legalną wersję gry, a co za tym idzie, nie może oficjalnie pokonywać poszczególnych poziomów. Zdesperowana dziewczyna postanawia iść na całość i podczas mistrzostw w Warcross robi skok na cenny "dodatek" do gry. Niestety niechcący odkrywa swoją twarz.... Następnego dnia zamiast Policji, (na którą Emika z przestrachem czeka) do drzwi puka wysłannik twórcy gry, który zaprasza ją do Japonii i proponuje pracę. Niestety nic nie jest takie jak się na pierwszy rzut oka wydaje. 
Świat wykreowany przez Marie Lu zafascynował mnie i porwał. Świetne pomysły i spójna fabuła powodują, że czytelnik wtapia się w ten świat i wraz z Emiką pogrąża się w tajemnicach Warcrossa. Co więcej ja, która nie lubi opisów, z przyjemnością czytałam szczegółowe opisy rozgrywek i z zaciekłością kibicowałam moim faworytom. Świetnie też autorka oddała atmosferę domów, w których mieszkali zawodnicy rozgrywek. To trochę taki Harry Potter dla dorosłych pomieszany z Igrzyskami Śmierci. 
Bardzo, bardzo podobała mi się główna bohaterka. Pomijając fakt, że po prostu budziła sympatię, to jeszcze książka napisana jest w taki sposób, że czytelnik bardzo szybko utożsamia się z Emiką. Dziewczyna ma jasne zasady, nie łamie się pod naporem opinii publicznej, potrafi walczyć o swoje. Świetnie również wykreowano postać genialnego twórcy gry, Japończyka Hideo. To znowu postać bardzo tajemnicza, która pod maską obojętności skrywa swoje tajemnice. Oczywiście - jak łatwo się domyśleć - jest również wątek miłosny, ale jest on raczej dodatkiem do głównej fabuły i absolutnie nie popsuł wrażenia, jakie zrobił na mnie wykreowany przez autorkę świat. 
Warcross to bardzo dobra powieść. Bawiłam się przy lekturze świetnie, choć gdzieś w głębi duszy książka przerażała mnie. Pokazuje ona bowiem, do czego prowadzi uzależnienie od komputera. Pokazuje świat zdominowany przez technologię i pokazuje jak technologia w rękach jednego człowieka może być niebezpieczna. 
Szczerze polecam i zachęcam do lektury.

poniedziałek, 27 maja 2019

Dziennik kata

Zanim napiszę cokolwiek więcej, bardzo chcę podkreślić jedną rzecz. "Dziennik kata" to wyjątkowo klimatyczna książka. Niewiele takich miałam przyjemność czytać w swojej czytelniczej karierze. Na pewno było to "Pachnidło", na pewno "Dom z papieru"... "Dziennik kata" świetnie wpasował się w tę kategorię, która w mojej głowie ma oddzielną półeczkę. 
Bohater książki, John Ellis przez 23 lata zawodowo zajmował się zabijaniem ludzi. Jako Kat Jej Królewskiej Mości nie miał zbyt wiele do gadania, a swoją rolę starał się wypełniać jak najbardziej sumiennie i dokładnie. I to nie chodzi o to, że zabijał ludzi z iście zegarmistrzowską precyzją. O nie! Dokładność, z jaką wypełniał swoje obowiązki miała na celu przede wszystkim ulżenie skazańcom w ostatnich chwilach życia. Nasz bohater za cel stawiał sobie to, aby czas, jaki mijał od chwili wyjścia z celi śmierci, do momentu zawiśnięcia na sznurze był jak najkrótszy. Po prostu zdawał sobie sprawę z tego, że ten moment jest dla tych ludzi najgorszy... 
Każdy skazaniec, którego opisuje Ellis ma bogatą przeszłość. Kat opisuje tło każdej zbrodni, próbuje pokazać motywy, które popchnęły skazańca do niecnego czynu. Są przypadki, które budzą odrazę, ale są i takie, które budzą żałość nad losem zbrodniarza. Takie odczucia towarzyszyły mi, kiedy czytałam o młodym, 21 letnim chłopaku skazanym na śmierć. Rozumiem, że nie czuł skruchy, że zabił, ale mimo tego młody wiek i emocje naszego kata budzą w czytelniku żałość nad losem młodzieńca. 
W ogóle podczas lektury w oczy czytelnika rzuca się łatwość, z jaką skazywano ludzi na karę śmierci. Były dni, kiedy Ellis wykonywał dwa wyroki w odstępie dwóch godzin. Nawet w procesach poszlakowych zdarzały się wyroki posyłające sprawcę na szubienicę. 
Ellis bardzo dokładnie opisuje nam, krok po kroku, jakie czynności wykonywał przy poszczególnych egzekucjach. Widać wyraźnie, że bardzo ważnym momentem było obliczanie długości spadu, czyli sznura. Od jego długości zależało czy skazaniec umrze w męczarniach, czy też śmierć będzie szybka i bezbolesna. Ellis szczyci się tym, że z zasady bardzo trafnie określał długość sznura. Podobnie często powtarzał, że każdy skazaniec powinien przed egzekucją wypić szklaneczkę brandy. Przyznam się, że aż mnie drażniło ciągłe powtarzanie: "Szklaneczka Brandy", zwłaszcza, że nie na każdego to działało. 
Urzekł mnie w powieści klimat książki. Powiem więcej - zakochałam się w międzywojennej Anglii z jej nierównościami społecznymi, złym traktowaniem kobiet i mężczyznami, którzy za wszelką cenę próbują udowodnić płci słabszej swoją siłę. Powieść pachnie końmi, świecami i woskiem kapiącym na drewnianą podłogę. Pachnie też chorobą psychiczną, siłą i morderstwami popełnianymi na tysiąc sposobów. Bardzo podobał mi się rozdział o mężczyźnie, który żenił się z bogatymi kobietami, a następnie podczas kąpieli topił je łapiąc swoje ofiary za kostki i podnosząc za nogi do góry. Dzisiaj, w dobie Internetu nie do pomyślenia jest mieć kilka żon tak, aby jedna nie wiedziała o drugiej. Urzeka również mroczność więzienia, i te wszystkie, ciągle powtarzane, do znudzenia czynności, w które nieraz wkrada się wręcz rutyna. Wszystko zależy od skazańca i jego wytrzymałości psychicznej. 
Wiem, że niektórzy z Was będą urażeni słowem "urzekać". Jak bowiem może urzekać śmierć, nawet zbrodniarza? Podkreślę więc, że potraktowałam książkę jako powieść, dla własnego zdrowia psychicznego. Pamiętnik Ellisa jest bowiem bardzo plastyczny i nietrudno uruchomić wyobraźnię i zobaczyć... Zresztą końcówka powieści i losy kata wyraźnie pokazują, że emocje lepiej w tym zawodzie trzymać na wodzy. 
Rewelacyjna książka, która pozwala poznać szczegóły poszczególnych zbrodni i kroczyć ze skazańcem w ostatniej drodze na drugą stronę mostu... 
Polecam. 

piątek, 17 maja 2019

Kwiaciarka

Kiedy skończyłam lekturę pierwszego tomu "Kwiaciarki" z niecierpliwością tupałam nóżkami z ciekawości, co będzie dalej. Autor nie pozostawił wątpliwości, co do kontynuacji powieści. Na szczęście drugi tom - trochę bardziej opasły niż pierwszy - czekał na półce, więc nie miałam daleko. 
Tym razem autor dużo bardziej skupił się na tytułowej kwiaciarce. Gabriela wraz z matką - po wykonaniu kary śmierci na ojcu - stają się osobami potępionymi. Nie mogą znaleźć pracy, nie mogą wynająć mieszkania. Cała sytuacja zmusza kobiety do zmiany nazwiska, bo tylko dzięki temu jest szansa na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Ponownie spotykamy też Pawła Gireta, który pod zmienionym nazwiskiem szuka dowodów, które umożliwią zrehabilitowanie jego i ojca Gabrieli. Należy jednak z całą stanowczością podkreślić, że w drugim tomie pierwsze skrzypce gra Hrabia Albert de Lussan, brat pani de Lagarde. To on w pociąga za sznurki i to dzięki niemu wszystko kończy się szczęśliwie. 
Lektura drugiego tomu nie była już tak zachwycająca jak pierwszego. Pozostał zachwyt nad fabułą i bogactwem słowa jednak człowiek, jak to człowiek – oczekuje czegoś więcej. Więcej nie było, za to denerwowały mnie cudowne zbiegi okoliczności, które pozwalały naszym bohaterom wyjść z każdej opresji obronną ręką. Na każdym zakręcie paryskiej ulicy spotykały się właśnie te osoby, których spotkanie było konieczne, aby fabuła mogła toczyć się dalej. Jeżeli zaistniała potrzeba znalezienia czegoś na ulicy – na pewno właściwa osoba znajdzie potrzebny przedmiot. A już sposób, w jaki Wielki Dzieciak wszedł w posiadanie dokumentów, które pozwoliły doprowadzić fabułę do szczęśliwego końca przekroczył granicę mojej tolerancji. Zaciskałam zęby i tłumaczyłam sobie, że w bajkach tak bywa, ale jakoś do mnie ten argument nie docierał. Miałam wrażenie, że autor bardzo już chciał zakończyć powieść, więc po prostu ułatwiał sobie pisanie jak tylko mógł. 
Pomijając bajkowe sploty wydarzeń – reszta książki jest nadal przepiękna. Nadal opisy budzą mój zachwyt, a mnogość bohaterów i wątków daje sporą radość z lektury. Rozwija się wątek kwiaciarki, rozwijają się wątki miłosne, rozjaśnia się również tajemnica morderstwa, przez co rehabilitacja niesłusznie skazanych Pawła i Jana jest jak najbardziej możliwa. Na przeszkodzie stoi czarny charakter – Hrabina de Lagarde, która zrobi wszystko, aby jej córka odziedziczyła majątek po swoim wuju. Posuwa się do najgorszych przeczy i to właśnie ją gubi. 
Niestety trochę zachwiana zostaje równowaga pomiędzy dobrem, a złem, ponieważ tak naprawdę rozwiązanie wszystkich tajemnic jest możliwe tylko i wyłącznie dzięki sile pieniądza. Hrabia Albert de Lussan jest człowiekiem nieprzeciętnie bogatym i tak samo nieszczęśliwym. Swojego majątku dorobił się w Indiach, jednak nie było mu dane cieszyć się życiem szczęśliwym Po ukąszeniu przez węża został prawie całkowicie sparaliżowany, Wówczas naszła go myśli o tym, że nie pieniądze sią najważniejsze, a rodzina i przyjaciele. Przypomniał sobie, że przed wielu laty zostawił kobietę i malutką córeczkę, nie zapewniając im żadnych warunków do godnego życia. Teraz ruszyły go wyrzuty sumienia i postanowił odnaleźć córkę i matkę. Nie trudno się domyślić, kto jest tą córką… 
Niestety poszukiwania córki bez sporek gotówki byłyby niemożliwe. Hrabia wydaje na poszukiwania niezłą fortunę i właściwe wszystko załatwia przez pieniądze. To, co było przyczyną wszelkiego zła w pierwszym tomie, teraz jest koniecznym elementem tego, aby wszyscy żyli długo i szczęśliwe. 
Jeżeli czytelniku przeczytałeś pierwszy tom „Kwiaciarki” niewątpliwie sięgniesz po drugi. To konieczne, aby zaspokoić swoją ciekawość jak potoczą się losy wszystkich bohaterów powieści. Ale jeżeli już pierwszy tom nie przypadł Ci do gustu, to daj sobie spokój. Drugi jest troszkę słabszy od pierwszego, a przez to, że obszerniejszy, zdarzają się chwile monotonni i nudy. Całość jednak – godna polecenia. 

poniedziałek, 13 maja 2019

Kraina Wiecznych Jezior

Powiedzcie mi, moi drodzy, dlaczego lekturę przeznaczoną dla młodzieży nasi rodzimi pisarze często traktują po macoszemu? Czy to, że odbiorcą książki jest młody czytelnik usprawiedliwia używanie słownictwa - delikatnie rzecz ujmując - potocznego? Czy młody czytelnik musi czytać o kupojadach i pijanych topielcach? Powieści tłumaczone z innych języków nie cierpią na taką bolączkę. Profesja tłumaczy nie dzieli się na tych, którzy tłumaczą powieści dla dzieci i tych dla dorosłych. Przekład powinien być estetyczny i ciekawy, więc osoby tłumaczące powieści starają się pisać po prostu ładnie. Tych książek nie boję się czytać. A już przekłady osób "starej daty" po prostu głaszczą moje ucho. Niestety moim zdaniem pisarze polscy uważają, że jak będą używali słów w stylu "frajerka" i nadużywać zwrotów "e tam", to czytelników młodego pokolenia urzekną swoją nowoczesną twórczością. Patrząc na reakcję mojej córki – nic bardziej mylnego. 
Blurb na tylnej stronie okładki powieści pt. Kraina Wiecznych Jezior” zaczyna się od słów "Pełna przygód opowieść w stylu Juliusza Verne'a". Kochani - nie dajcie się zwieść. Powieści Juliusza Verne'a to, w porównaniu z "Krainą...", mistrzowskie cacka. Wielowątkowe, pięknie napisane, z barwnymi postaciami i wartką akcją... kogoś stanowczo poniosła ułańska fantazja. 
Bohaterami powieści są Aniela i Dominik. Rodzeństwo jedzie z rodzicami na wakacje pod namiot. Dzieciaki bardzo obawiają się nudy i monotonii, bo przecież bez komputera i konsoli do gier, w dzisiejszych czasach nie ma życia. Namiot rozbity gdzieś w mazurskich lasach, nawet w pobliżu jeziora, nie jest żadną atrakcją. Kiedy rodzice postanawiają zażyć luksusu popołudniowej drzemki, dzieciaki trochę naginają zasady i bez zgody rodziców wypływają kajakiem na jezioro. Niestety na środku jeziora niespodziewanie zaskakuje ich burza, która przenosi ich do tajemniczej krainy. Tam spotykają wiekowego staruszka, który informuje ich, że mają do wypełnienia misję. Niedaleko, w zamku, mieszkają dwie siostry - Goplana i Helena. Jedna z nich została porwana przez - i tu uwaga, uwaga! pijanych topielców (sic!). Trzeba kobietę ratować i to właśnie nasi bohaterowie muszą tego dokonać. 
Powieść zupełnie nie przypadła mi do gustu. Prosta, jednowątkowa fabuła zupełnie mnie nie przekonała. Jeżeli autor chciał pijanymi topielcami zainteresować młodego odbiorcę, to nie tędy droga. Czytając powieść czułam się tak, jakbym miała się zaraz udusić. Autor stanowczo miał pomysł, ale jego realizacja zupełnie się nie powiodła. Przygodom przeżywanym przez dzieci brak skrzydeł. Fabuła jest taka, jakby uczeń szkoły podstawowej został wezwany do odpowiedzi i otrzymał zadanie streszczenia przeczytanej książki. Tylko w takim razie gdzie jest ta rzekoma powieść? Bo streszczenie zupełnie mnie nie przekonało. 
Drugi feler powieści to zastosowane słownictwo. Jeżu kolczasty ale się męczyłam! Nie jestem polonistą i nie potrafię powiedzieć językiem naukowym, co było nie tak. Wiem tylko, że raził mnie zalew potocznego słownictwa... wręcz takiego prostackiego. Autor wyszedł chyba z założenia, że dzisiejsza młodzież nie rozumie słów bardziej skomplikowanych, a najlepszym słowem do wyrażenia zastanowienia przez bohatera jest samogłoska "Eeeee", a strachu - „Aaaaaa”! 
A jak jeszcze przeczytałam wypowiedź: „Tępe kupojady” czy też "Rozwalmy tę budę" po czym dowiedziałam się, że głównych bohaterów atakują pijane topielce, które rzucają w nich butelkami... serce mi krwawi. 
Trudno mi napisać choć jedno słowo pozytywne o tej książce więc zakończę tę recenzje jednym stwierdzeniem: Panie Boże, chroń moje dzieci przed takimi powieściami!

niedziela, 12 maja 2019

Żona bankiera

„Żona Bankiera” to powieść o świecie, jakiego nie znam. Świat wielkich pieniędzy, bankietów, pięknych kobiet i milionowych transakcji. Taki jest obraz na pierwszy rzut oka. A na drugi i kolejne? Tu już nie jest tak słodko. Ukrywanie podatków, walka o pieniądze nawet za cenę życia innego człowieka, wielomilionowe oszustwa i podejrzane transakcje. Takie jest prawdziwe oblicze tego świata. 
Annabel to piękna kobieta na umór zakochana w swoim mężu. Dla niego porzuciła swoją pasje związaną z dziełami sztuki i przeniosła się wraz z nim do Szwajcarii, aby wiernie trwać u jego boku, kiedy On robi karierę w bankowości. Niestety pobyt w Genewie coraz bardziej się przedłuża, a Annabel jest coraz bardziej sfrustrowana. Ze zwykłej kobiety, pracującej i jeżdżącej metrem przerodziła się w piękność na wysokich obcasach i w futrze z soboli. Jej piękna suknia kosztowała tyle, ile wynosiły jej miesięczne zarobki w poprzednim życiu, ale ta zmiana wcale jej nie odpowiada i chętnie wróciłaby do poprzedniego świata, zwłaszcza, że bardzo dokucza jej samotność. Nie może przeboleć, że teraz jej rola ogranicza się do czekania na męża. 
Pewnego dnia Annabel dowiaduje się, że samolot, którym leciał jej mąż, rozbił się w Alpach. W samolocie był nie tylko Matthew, ale i rosyjska milionerka, będąca klientką szwajcarskiego banku. Annabel – mimo rozpaczy – jakoś nie może uwierzyć w bajeczkę, którą próbują karmić ją szwajcarscy policjanci. Nie wierzy w nieszczęśliwy wypadek zwłaszcza po tym, jak zauważa pewien szczegół w okazywanych jej dokumentach… 
Na drugim końcu świata dziennikarka o imieniu Marina prowadzi własne śledztwo. Kiedy ginie jej przyjaciel Duncan kobieta nie ma wątpliwości, że wplatał się on w jakąś aferę, która skończyła się dla niego tragicznie. Duncan żył aferą, która od lat próbował rozwikłać a kiedy dał do zrozumienia, że w końcu zdobył dowody - zginął. 
Oba te wątki - początkowo zupełnie niezależne i toczące się swoim rytmem - stopniowo się zazębiają i coraz bardziej zbliżają się do siebie. Pojawia się nagle jeszcze jedna bohaterka - młoda pracownica banku, w którym również pracował Matthew. Dziewczyna jest przestraszona i pragnie zniknąć z oczu swojego pracodawcy i jego pracowników. Uchyla Annabel rąbek tajemnicy i nie spodziewa się, że jej informację wywołają lawinę... 
Świetna powieść pokazująca, że często to, co na pozór wydaje się białe, w środku jest czarne i brudne. Świat pełen jest ludzi, którym wydaje się, że pieniądze otwierają wszystkie bramy. Jeżeli jesteś bogaty to wolno Ci wszystko. Reguły ustawy i zasady są dla maluczkich - my bogaci mamy tyle kasy, że możemy sobie pozwolić na ich łamanie. Tymczasem okazuje się, że to nie tak. Jeżeli chcesz łamać zasady to nastaw się na to, że ko końcu twoje postępki kogoś zdenerwują. Jeżeli to będzie jedna osoba - to dasz radę. Ale jeżeli będzie ich więcej to mogą okazać się sprytniejsi od Ciebie. 
Cristina Alger w "Żonie bankiera" mistrzowsko pokazała, że pieniądze to nie wszystko. Gdzieś tam liczy się jeszcze uczciwość i przestrzeganie zasad. Annabel - pomimo swojej rozpaczy łez i żałoby - w duchu postanawia walczyć. Nie poddaje się i z uporem dąży do odkrycia, kto zabił jej męża. Nie przypuszcza, dokąd zaprowadzi ją śledztwo... 
Czytając powieść zafascynowana byłam realizmem opisywanych zdarzeń. Miałam wrażenie, że autorka napisała swoja własną biografię i - chcąc przykryć własny udział w aferze - leciutko ją sfabularyzowała. Niesamowite wrażenie udziału w wydarzeniach spowodowało, że się przestraszyłam. Każdy przechodzień w garniturze to oszust, każdy bankier to krętacz... Kiedy poczytałam o autorce i dowiedziałam się, że jest jednocześnie prawnikiem, ekonomistą, analitykiem finansowym i pracownikiem korporacji zrozumiałam, że to, o czym pisze nie jest jej obce. Tak jak matka świetni pisze bajeczki dla dzieci, tak zwierz literacki świetnie napisze o dżungli, którą zna... 
Lektura "Żony bankiera" wprowadziła mnie w niesamowity nastrój. Dreszcz emocji na plecach jest czymś, co rzadko mnie spotyka przy książce, a tym razem się udało. Nie mogłam się oderwać, akcja wciągnęła mnie jak trąba powietrzna. Każdy rozdział przynosił coś nowego, każdy zaskakiwał niesamowicie. Lektura tej powieści to naprawdę czysta przyjemność.

sobota, 11 maja 2019

Kwiaciarka

Czytanie książek to trochę tak, jak jedzenie cukierka. Chwytasz go z miseczki, bo ma ładny papierek, który zachęca do spróbowania. Ale papierek może być mylny. Pod ładnym opakowaniem może znajdować się nielubiany michaszek, a pod brzydkim – uwielbiany kokosowy cuks. Tak samo jest z książkami. Często sięgasz po nie, bo zachwyciła Cię okładka, a tu rozczarowanie na całej linii, bo zamiast fascynującej powieści masz przed sobą gniota, jakich mało. W drugą stronę działa to bardzo podobnie. Okładka zupełnie nie zachęca do lektury, a w środku cud miód i orzeszki. Tak właśnie miałam z książką pt. „Kwiaciarka”. Okładka ot zwykła - nic specjalnego. Charakterem wskazująca raczej na romans niż na kryminał i ten zielony kolor... Za to w środku literacka uczta. Mroczna historia popełnionej z zimna krwią zbrodni z tajemnicą w tle. Oczywiście watek miłosny też jest, ale raczej jako wisienka na torcie, niż jako danie główne. 
Autor powieści, Xavier de Montepin, żył w XIX wiecznej Francji i tam też umieścił akcję swojej powieści. Kwiaciarka to przecudny obraz ówczesnego społeczeństwa francuskiego z wyraźnie pokazanymi podziałami społecznymi i ze wszystkimi ich konsekwencjami. Autor pięknie uwydatnił małość ludzi pochodzących z niższej sfery i zestawił to z uprzywilejowaną pozycją wyższych warstw społecznych. Pokazał również ułomności systemu prawnego, który często prowadził do błędów i wypaczeń. A to wszystko opisane przepięknym językiem; bez pośpiechu i z dbałością o szczegóły. 
„Kwiaciarka” to taka baśń dla dorosłych. Jest zbrodnia i kara, są dobre i złe charaktery, jest też morał płynący z całej historii. Wszystkie wydarzenia obracają się wokół pięknej kwiaciarki Gabrieli, choć tak naprawdę to nie ona jest główną bohaterką. Postaci pierwszoplanowych jest bowiem kilka. Mamy hrabinę Marcelę de Lagarde, która dla pieniędzy zrobi dosłownie wszystko. To naprawdę zła kobieta i spełnia ona wszystkie wymogi, aby zakwalifikować ją do tego samego grona, w którym jest już zła królowa z Królewny Śnieżki. Jest też sędzia śledczy Filip de Kervan, który - w mojej ocenie - jest człowiekiem zupełnie bez charakteru. Nie kieruje się w życiu żadnymi zasadami, przez co robi krzywdzi wielu ludzi dookoła. Moja wielką sympatię zdobyła para rzezimieszków, o których autor mówi Wiewiórka i Wielki Dzieciak. Początkowo nie bardzo rozumiałam, jaką rolę mają oni pełnić w powieści i powiem Wam, że zaskoczyło mnie rozwiązanie zastosowane przez autora do tej dwójki. Po stronie dobrych mamy też nieszczęsnych Pawła i Jana, którzy zostają niesłusznie oskarżeni o zbrodnię. Oczywiście jest tez kwiaciarka Gabriela z matką i wiele, wiele innych osób, które w mniejszy lub większy sposób popychają akcje naprzód. Powieść jest tak wielowątkowa, że łatwo się w niej pogubić. Na szczęście autor tak mistrzowsko prowadzi fabułę, że uważny czytelnik uczestniczy w wydarzeniach nie zdając sobie sprawy z mnogości bohaterów. 
Urzekł mnie też język powieści. Wstawki w stylu "Pozostawmy hrabinę w rozpaczy i przenieśmy się do zamku" powodowały, że czułam się trochę jak w starym kinie. Takie zwroty, charakterystyczne dla starszych powieści, rozrzewniały mnie i rozczulały. Dodały one powieści niesamowitego uroku, choć należy podkreślić, że i bez tego uroku jej nie brakuje 
Nie umiem wyrazić słowami tego, jak przyjemnie czyta się tę powieść. Bogaty język, wielowątkowość, barwne postacie, przemyślana intryga - wszystko to składa się na książkę, która zdobyła moje serce. Z wielką przyjemnością sięgnę po drugi, równie opasły tom powieści.

piątek, 10 maja 2019

Arabski raj

Żeby było jasne - Arabski Raj to kolejny tom wielkiej sagi, ale moje pierwsze spotkanie z bohaterkami powieści. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że ogromne wrażenie zrobiły na mnie opisy życia w Arabii Saudyjskiej i Libii, a przypuszczam, że dla fanek tej sagi odmienności kulturowe nie są już niczym nowym... Gdybym przeczytała wcześniejsze tomy przypuszczam, że moja reakcja nie byłaby taka silna. A tak oczy otwierałam ze zdziwienia i grozy. Ale od początku. 
Trzy kobiety żyjące u boku arabskich mężów. Każda inna, każda jedyna w swoim rodzaju. Dorota to piękna, delikatna blondynka, która swoją urodą powala arabskich mężczyzn na kolana. Jej córka Marysia, będąc już półarabką, jest przepiękną kobietą, ale jej uroda jest zgodna z arabskimi kanonami piękna. Jest jeszcze Daria - siostra Marysi - która bardzo cierpi u boku swego męża. Niekochana i niezauważana, popada w coraz większą rozpacz i desperację. Gdzieś w duszy marzy o tym, że kiedyś uwolni się spod tyranii męża, ale na razie musi trwać. Nie wie, że za rogiem czai się nowe silne uczucie, które może okazać się furtką do wyzwolenia. 
Losy Doroty i Marysi również są porywające, ale w trochę inny sposób niż losy Darii. Dziewczyny mają już ustabilizowaną pozycję w świecie bogactwa przyjęć i polityki, jednak i one przeżywają chwile grozy. Kiedy obok domu Doroty, dochodzi do wypadku ginie w nim młoda kobieta, matka kilkorga dzieci, Kobieta wykrwawia się tylko dlatego, że jej mąż nie pozwala jej udzielić pomocy przez niewiernych. Teść Doroty w gniewie zabija mężczyznę, przez co dzieci w jednej chwili stają się sierotami. Oczywiście chłopca przygarnia daleka rodzina, ale dziewczynkom grozi sierociniec. Dorota przygarnia je i przeżywa szok obserwując, jaką papkę z mózgu zrobiła tym dzieciom propaganda dżihadystów. Dziewczynki boją się mężczyzn, a na Dorotę patrzą z gniewem nazywając ją nieczystą. Niewiele brakuje, aby doszło do tragedii. 
Takich opisów w książce jest wiele. Wielki przepych i bogactwo przeplatają się z ciemnotą i religijnym zacietrzewieniem, a miłość - ze zdradą. Mężczyźni mają zupełnie inne podejście do kobiet choćby dlatego, że dopuszczalne jest posiadanie wielu żon, co niejako pozwala mężczyznom traktować kobiety delikatnie mówiąc – różnie. Na szczęście Marysia i Dorota są szczęśliwie zakochane i szanowane przez swoich towarzyszy życia. Rysą jest to, że Marysia nie potrafi zbytnio docenić tego, co ma. 
Powieść świetnie się czyta. Pióro Tanyi Valko jest wyjątkowo lekkie i delikatne. Długo szukałam danych tłumacza, zafascynowana piękną robotą. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Tanya Valko to w rzeczywistości Polka, z pochodzenia Krakowianka, absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po raz pierwszy wyjechała do Libii jako młoda dziewczyna i zakochała się w kulturze orientu. 
Żeby nie było za słodko – jedna rysa jest. Cała powieść napisana jest w czasie teraźniejszym, co powoduje u mnie niepokój podczas lektury. Zawsze tak jest, że spieszę się z czytaniem powieści mając uczucie pogoni za lekturą. Nie jest to duża wada, ale jednak. 
Podsumowując świetna powieść, która przybliża czytelnika do kultury zupełnie odmiennej niż nasza. A że przy okazji mamy do czynienia ze świetna przygodą… Polecam. 

czwartek, 9 maja 2019

Bezpieczny port

Anna Karpińska pisze książki, które łatwo przytulić do serca. Porusza w nich życiowe tematy mogące dotknąć każdego z nas. Przeczytałam kilka z nich i każda wzbudziła inne emocje, Po lekturze "Przysługi" czułam oburzenie, a np. "Nie zabijaj tej miłości" wzbudziło wzruszenie w sercu i skończyło się mokrymi oczętami. Najnowsza powieść, o której pisałam wcześniej jest trochę inna od pozostałych. Spokojniejsza, bardziej wyważona, choć nadal pełna emocji i mówiąca o bardzo poważnych sprawach. Książka pt. "Szukając przystani" bardzo mi się podobała i z radością przyjęłam informację, że to pierwszy tom sagi o rodzinnych perypetiach Pani Wandy. Zresztą nie było wątpliwości, że będzie kontynuacja, bo pierwszy tom zakończył się w takim momencie, że aż mnie wcisnęło w fotel. Jak można tak zostawić czytelnika!
I właśnie teraz: Ta damm! Lektura drugiego tomu właśnie dobiegła końca a ja, tak jak byłam zachwycona, tak nadal jestem. Tylko na początku powieści poczułam lekkie rozdrażnienie, bo wyraźnie widać, że historia z Polą stała się łącznikiem między tomami, i tak jak szybko się zaczęła tak i szybciutko, na pierwszych kilku stronach drugiego tomu się zakończyła. Wprawdzie przez to porwanie zmieniły się diametralnie uczucia Wandy do Wiktora, ale i tak poczucie niesmaku zostało.
Kochani żeby tylko Was powyższe zdanie nie zmyliło. Pomimo pierwszego rozczarowania, cała powieść jest naprawdę godna polecenia Ciepła książka o życiu - tak po prostu. Pani Anna Karpińska pisze o życiu tak, jakby było ono czymś najpiękniejszym - po prostu darem od Boga. Lekkie pióro i bogate słownictwo powodują, że opis zwykłego jesiennego spaceru z dziećmi po prostu zachwyca.
A co słychać u naszej bohaterki Wandy? A no życie toczy się dalej. Wychowuje wnuczkę, próbuje ułożyć zwoje zawodowe życie (a raczej je zakończyć) i lawiruje pomiędzy sfrustrowana matką, nieszczęśliwą córką i wnukami. Każdy pragnie jej uwagi, a ona sama zapomina o sobie i swoim zdrowiu. Czy starczy jej sił, aby to wszystkie udźwignąć na swoich ramionach? Przeczytajcie i pozwólcie się porwać magii tej powieści.
„Bezpieczny port” przypomina mi książkę pt. "Pod słońcem Toskanii". Tu też pachnie pizza, smakuje wino, a w chłodne dni grzeje kuchenny piec. Różnica jest taka, że tam wszystko dzieje się w słonecznej Italii, a naszej bohaterce musi wystarczyć deszczowa Polska. Ale kiedy Pola z wujkiem i ciocią pobiegli do ogrodu lepić bałwana to zapewniam Was, że słyszałam skrzypienie śniegu, piski dzieci za oknem i widziałam mroźne słońce skrzące się na śniegu w ogrodzie. Uwierzcie mi - pióro Pani Anny pozwala zachwycać się klimatem tej powieści.
Bardzo polecam wszystkim tym, którzy mają ochotę na lekką i ciepłą podróż do świata przesympatycznej Pani Wandy. Ale jedna uwaga – zacznijcie od pierwszego tomu.

środa, 8 maja 2019

Widmo z Głogowego Wzgórza

Wydawnictwo „Dwie siostry” to takie wydawnictwo, które jeszcze nigdy mnie nie zawiodło. Sięgając po książki z charakterystycznym logiem wiem, że czeka na mnie literatura po prostu dobra. Wprawdzie "Dwie siostry” specjalizują się w literaturze dziecięcej, ale dobra książka dla dzieci często warta jest więcej niż średnia dla dorosłych. Powiem więcej - nie tylko treść zaskoczy was wysokim poziomem. Dwie siostry przykładają ogromną wagę do szaty graficznej wydawanych przez siebie książek. Kontakt z serią "Mistrzowie ilustracji” jest ogromną przyjemnością. Ich starania i dbałość o formę zostały nagrodzone w 2008 r. na targach Bolonia Children's Book Fair gdzie wydawnictwo zostało ogłoszone Najlepszym Europejskim Wydawcą Dziecięcym Roku. Całkowicie zasłużenie. 
„Widmo z Głogowego Wzgórza” to kolejna powieść po „Cukierni pod pierożkiem z wiśniami”, która mnie wzruszyła. Była jeszcze „Babcia na jabłoni”, Czarodziejski młyn i kilka innych powieści, które kojarzą mi się z moją pierwszą biblioteką. Powrót do lektur z dzieciństwa jest zawsze przyjemnością. To tak jakby cofnął się czas. „Dwie siostry” mają wspaniałą rękę do powieści ponadczasowych, które same w sobie są wartością niezmierzoną. To trochę tak jakbym w sklepie znalazła gumę „Donald” albo blok „Bambo” i próbując pierwszy kęs czekam na powrót dzieciństwa… 
Kiedy poznajemy dwunastoletniego James'a przeżywa On dziecięcy dramat. Jego kuzynostwo, które dotąd było świetnymi towarzyszami zabaw, przeprowadziło się wraz z rodzicami na wieś. Głogowe Wzgórze to posiadłość położona z dala od miasta, która do tej pory była własnością ponurej i złośliwej starszej Pani. Po jej śmierci dom zostaje wynajęty właśnie przez wujostwo Jamesa. Wielka angielska posesja pełna jest tajemnic i zagadek. 
Pewnego dnia James otrzymuje od kuzynostwa list, z którego wynika, że na Wzgórzu dzieją się dziwne rzeczy. James za zgodą ojca jedzie w odwiedziny na Głogowe Wzgórze. I rzeczywiście, wydarzenia, które spotykają naszych bohaterów kojarzą się z klasyką kryminałów rodem z książek Agaty Christie czy też przygód Scherlocka Holmesa. Pewien specyficzny klimat angielskiego gospodarstwa powoduje, że czytelnik zanurza się w tej atmosferze i delektuje się nią niczym najlepszą filiżanka herbaty. To tak jak pójść do teatru na świetną sztukę przenoszącą w czasie – powrót do codzienności jest często trudny… 
Bohaterowie powieści pochodzą z czasów, kiedy rozmowa przez telefon komórkowy nikomu nie przychodziła do głowy, a głowa rodziny pisała powieść na maszynie do pisania a nie przy pomocy bezdusznego komputera. Kiedy na Głogowe wzgórze spadł śnieg (w ilości ponadnormatywnej) nie było możliwości kontaktu ze światem. Śnieżyca zerwała kable, nie było prądu ani możliwości kontaktu z mieszkańcami pobliskiego miasteczka. A tu w domostwie dzieją się rzeczy mrożące krew w żyłach… Nie ma chyba lepszej atmosfery do rozwiązywania kryminalnej zagadki. 
Klimat podkręca gosposia, która wiecznie zrzędzi, lecz pomimo to widać, że kocha dzieciaki ponad życie. Są też dwa psy - jeden jamnik należący do rodziny a drugi to tajemniczy pies pozostawiony przez poprzednią właścicielkę w obejściu. Dziki i nieokiełznany jest kolejną tajemnicą. Jeżeli dodamy do tego ciemny strych pełen zakamarków i nieznajome twarze pojawiające się w oknie w najmniej spodziewanym momencie otrzymamy powieść, jaką rzadko jest nam dane przeczytać. 
Warto podkreślić, że to wydanie jest naprawdę ponadczasowe. Przekład Ireny Tuwim jest kwintesencja elegancji. Próżno szukać tu przekleństw czy też zwrotów pochodzących z języka potocznego. Zdania są eleganckie a emocje wyważone. Dzięki temu, kiedy autor wprowadza elementy grozy działają one na czytelnika dużo bardziej niż we współczesnych powieściach. Oprócz treści jest jeszcze forma, a ta naprawdę zachwyca. Twarda okładka i przepiękne ilustracje dopełniają wrażenia, że trzymamy w ręku coś ponadczasowego. Czarnobiałe ilustracje Pana Zbigniewa Piotrowskiego są wyjątkowe. Może młodemu czytelnikowi przyzwyczajonemu do ferii barw początkowo nie przypadną one do gustu, jednak szybko zrozumie, że treść i ilustracje stanowią fenomenalną całość, która powstała jakieś pół wieku temu. I – co wspaniałe - nadal zachwyca.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Sowie zwierciadło

Andrzej Pilipiuk jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Pomijając "Dziennik norweski", w którym dał poznać się jako narzekający na wszystko podróżnik, (co też ma swoją literacką wartość) - całą pozostałą twórczość przeczytałam właściwie jednym tchem. Uwielbiam opowiadania, Kuba Wędrowycz jest moim idolem, a perypetie Kuzynek polecam każdemu. Pierwsze sześć tomów cyklu "Oko jelenia" też wciągnęłam szybko, choć miałam wrażenie, że z każdym kolejnym tomem autor obniża loty. Losy bohaterów i Hanzy były jednak na tyle wciągające, że - gnana poprzednimi tomami - przemknęłam przez całość lotem błyskawicy. 
I nadszedł czas ostatniego tomu pt. "Sowie Zwierciadło" (tutaj). I co? I nic. W ogóle mnie nie zachwycił. Powiem więcej - czytałam, bo chciałam mieć zaliczoną całą serię. Ale nie był to finał z fanfarami i przytupem. Może jedna trąbka zagrała, ale raczej cichutko... 
Dwóch bohaterów całego cyklu - Staszek i Marek - w końcówce poprzedniego tomu, mogą wybrać, dokąd chcą się udać. Marek wybiera współczesność i wraca do domu, ale niespodziewanie spotyka tam Pana Grążela, który zrobi wszystko, aby jego syn (tak, tak Staszek właśnie!) wrócił do domu. Początkowo nie chce uwierzyć w opowieści Marka o podróżach w czasie, ale kiedy dociera do niego, że to prawda, robi wszystko, aby umożliwić synowi powrót do domu. A że jest bogaty i ma na usługach całą masę podejrzanych typków, Markowi nie jest łatwo. 
Staszek natomiast ląduje w domostwie Heli w czasach, które nastąpiły po klęsce powstania styczniowego. Autor świetnie nakreślił społeczeństwo polskie, które szybko podniosło się po powstańczej klęsce. Odrodziła się konspiracja i walka z zaborcami, a nasz Staszek wylądował dokładnie w jej centrum. Zmuszony jest walczyć nie tylko o honor swojej panny, ale też o życie przyjaciół. W pewnym momencie, chory i zrozpaczony, chce już pożegnać się z życiem, ale nie jest to takie proste. Staszek dociera do Visby w to samo miejsce, co Marek z jego ojcem 150 lat później. Jak autor rozwikła tę zawiłość? Ciekawie i zaskakująco, choć taki sposób zakończenia powieści niweczy wszelkie ...i żyli długo i szczęśliwie. 
„Sowie zwierciadło” to najsłabszy tom cyklu. Napisany jakoś tak na siłę. Nie ma tego polotu, co w pozostałych częściach, a problemy i zawiłości fabuły rozwiązywane sią jak za ciachnięciem noża. Czytelnik może tylko obserwować poczynania autora. Tu nie ma miejsca na domysły i wyobraźnię. Jest za to wydarzenie za wydarzeniem niczym w żołnierskim pułku. Jedno za drugim grzecznie i bez polotu. 
Plusem powieści jest rys historyczny, Kiedy czytałam powieść czułam, że autor opisuje wydarzenia, w których brał udział. Rosyjscy żołnierze, skrytki w ścianach, potyczki w lesie i ukryte skarby są opisane z prawdziwym historycznym zacięciem. Pozostałe tomy pozwoliły czytelnikowi przyzwyczaić się do rzetelności autora w tej kwestii, dlatego też zachwyt był trochę mniejszy niż powinien. Byłam pewna, że w kwestii historycznej powieść stanie na wysokości zadania i nie rozczarowałam się. 
Na zakończenie dodam, że zupełnie nie rozumiem tytułu siódmego tomu. Sowie zwierciadło? O co chodzi? Przecież ani jeden akapit, ani jedna literka nawet nie nawiązywała do takiego przedmiotu. Tytuł zupełnie niezrozumiały. 
Fani twórczości Pana Pilipiuka na pewno przeczytają i uznają, że „Sowie zwierciadło” to dobra powieść, godna zakończenia całej serii pt. „Oko jelenia”. Nie wiem czy to ostatni tom, bo właściwie losy tytułowego oka nadal pozostają nieznane. Może kiedyś Pan Pilipiuk przypomni sobie Staszka i Marka i postanowi stworzyć kolejny tom? Mam nadzieję, że tym razem będzie on lepszy od poprzedniego, bo gorszego już nie dam rady przeczytać.

Książkę w korzystnej cenie można nabyć w księgarni Gandalf.

piątek, 5 kwietnia 2019

Łupieżcy niebios

Uwielbiam książki dla młodzieży i wiele z nich połknęłam, jak pelikan świeżą rybę. Część przeczytałam, chcąc podsunąć wartościową literaturę Starszej, część na głos podczas wieczornych czytanek z Młodszym, część po prostu z ciekawości. "Baśniobór" zaliczał się do pierwszej grupy i przyznam się, że byłam zachwycona. Jednak pięć tomów to trochę dużo i, po zakończeniu lektury, potrzebowałam przerwy od twórczości Brandona Mulla. Pierwszy tom "Pięciu królestw" pt. "Łupieżcy niebios" (tutaj), wpadł w moje ręce po kilku latach i bardzo dobrze. Na nowo odżyły emocje, które powstały przy lekturze Baśnioboru". Jednak każda dobrze napisana baśń pochłonie czytelnika bez względu na to czy ma lat -naście czy -dzieścia.  
Autor - jak we wszystkich swoich książkach - zaczyna snuć bajania zupełnie prozaicznie. Wszystko zaczyna się w dzień poświęcony duchom i zjawom. Wielu dzieciakom Halloween daje niepowtarzalną możliwość przeprowadzenia cukierkowych łowów. Dla naszych bohaterów to również okazja do zaaplikowania sobie skoku adrenaliny. Cole wraz z przyjaciółmi postanawiają w tym dniu odwiedzić nowo powstały Dom Strachów, który wśród rówieśników cieszy się sporym uznaniem.  Kiedy wchodzą do domu okazuje się, że opinia o nim jest w pełni zasłużona. Na nieszczęście dla naszych bohaterów dom ten jest również przykrywką dla grupy przestępców, którzy porywają dzieci do innego świata. Złapane małolaty zostają przeprowadzone przez portal, a następnie poprowadzone do króla Pięciu królestw. Cole - jako dziecko nie wykazujące talentów potrzebnych królowi - zostaje sprzedany i .... od tej chwili zaczyna się jego wielka przygoda.  Cole zrobi wszystko, aby pomóc swoim przyjaciołom przekazanym królowi, jednak nie zdaje sobie sprawy, ile trudów i niebezpieczeństw czeka na niego po drodze. 
Wyobraźnia Brandona Mulla jest ogromnym darem. Ten człowiek ma w głowie tyle pomysłów, że wystarczyłoby ich do największej baśniowej biblioteki. Światy, które tworzy są niesamowicie magiczne, a jednocześnie tak spójne, że czytelnik ma wrażenie, że to po prostu odległy kontynent, a nie wymyślona kraina. Wszystko do siebie pasuje, wszystkie zależności układają się w spójną całość. Jednocześnie moce i umiejętności kierujące krainą są tak "odjechane", że człowiek zastanawia się, skąd autor czerpie pomysły. 
Na Obrzeżach, do których trafiły dzieci, istnieje Pięć królestw. Dzieci trafiły do Sambrii - chyba najbardziej bajecznej krainy. Formowanie to umiejętność, która pozwala na tworzenie przedmiotów według własnego uznania. Niestety nie wszyscy posiadają talent formowania.  Nie przeszkadza to jednak w korzystaniu z magicznych przedmiotów stworzonych przez utalentowanych formistów. Chustka zapewniająca posłuszeństwo, miecz pozwalający na skakanie na duże odległości to tylko próbka tego, co będzie nam dane podczas lektury poznać. Sama kraina też ma wyjątkowe zakamarki. Dość wspomnieć o tym, że Cole wraz z grupą ludzi przez pewien czas będzie zajmował się grabieniem zamków, które położone są na chmurach. Przepływają od jednego krańca krainy do drugiego, chronione przez rożne stwory i dziwadła. Jest bajkowo i niebezpiecznie jednocześnie. Są dobre i złe charaktery - jak to w baśniach bywa. To wszystko jest jak sen, który daje się nam przeżyć, ku naszej uciesze. 
Urzekł mnie szacunek, jakim autor darzy słowo. Pomijając fakt, że książka jest pięknie napisana to jeszcze zabawy słowem, które uskutecznia autor, urzekają i uprzyjemniają lekturę. To nie jest skomplikowane słowotwórstwo. Nietrudno się domyśleć, że np. wolnoznak i jarzmoznak dotyczą tego, czy bohater jest człowiekiem wolnym czy niewolnikiem. Pomimo prostoty tych nowych wyrażeń ich lekkość i pomysłowość dają powieści unikalny charakter. Co więcej - budzi w czytelniku szacunek do tej krainy stworzonej z wielką dbałością i pomysłowością. 
Łupieżcy niebios zachwycą każdego - i małego i dużego czytelnika. Mały z wypiekami na twarzy będzie czytał o przygodach rówieśników i ani na chwilę nie pomyśli o odłożeniu powieści. Dorosły czytelnik zachwyci się kunsztem literackim i wyobraźnią autora. Jaki z tego wniosek? Ano taki, że „Łupieżcy niebios” to powieść dla każdego. Bez wyjątku. 

Książkę w korzystnej cenie można kupić w księgarni Gandalf.