poniedziałek, 14 czerwca 2021

Bieszczady. Dla tych, którzy lubią chodzić własnymi drogami.

Bieszczady jak co roku, witają raz deszczem raz słońcem...
Kocham Bieszczady całym sercem. Ja, mój mąż i moje dzieci uwielbiamy te góry miłością wielką... harcerską. Znamy je od małego. Mój mąż pamięta jeszcze harcerską operację Bieszczady 40, kiedy to harcerze pomagali mieszkańcom w polu, a harcerski organizowały dla miejscowych dzieci przedszkola, aby dzieciaki były bezpieczne podczas prac polowych. Ja się nie załapałam - znam Bieszczady jako harcerka, ale czysto rekreacyjnie. Kiedy założyliśmy rodzinę nie było innego wyjścia jak zabrać nasze dzieci w Bieszczady. Żeby było jasne - dla nas to wyprawa ponieważ mieszkamy w najbardziej oddalonym punkcie na mapie, czyli w Szczecinie. Dalej jest tylko Świnoujście... Dzieciaki pojechały i pokochały - jakżeby inaczej!
Lektura książki "Bieszczady” Adriana Markowskiego wzruszyła mnie i oszołomiła. To wielka sztuka ubrać w słowa emocje i uczucia towarzyszące tym górom. Autor ma rację - Bieszczady się albo kocha, albo nienawidzi. Ten kto kocha przeczyta tę książkę z wielką estymą i wzruszeniem. Komu są obojętne lub niemiłe - też powinien sięgnąć. Książka bowiem zagląda w takie zakątki tych gór, które nie są znane nawet największym miłośnikom.
„Bieszczady” to zbiór kilkunastu... nie wiem... opowiadań, reportaży... form literackich ukazujących historię i tajemnicę tych gór. Bieszczady są górami duchów, które ukazują się tylko tym, którzy WIEDZĄ. Jest tu wiele miejscowości istniejących tylko w pamięci najstarszych mieszkańców. Idąc szlakami, turysta często nie wie, że właśnie znajduje się na czyimś podwórku, albo w kuchni. Akcje wysiedleńcze spowodowały pustkę w tych górach, a nienawiść doprowadziła do zniszczeń wielu miejscowości.
Autor prowadzi nas przez Bieszczady zupełnie niespotykanym szlakiem. Opowiada o pomniku Karola Świerczewskiego (szkaradnym cokole będącym świadkiem niejednej awantury), pięknie opowiada o miłości mieszkańców do tych gór, o ich tragedii, kiedy musieli zostawić wszystko i uciekać w tym, co mieli na grzbiecie. Wspomina o wsi Brzegi Górne która dziś składa się z jednej wiaty i pola namiotowego. Kiedyś to była wieś ciągnąca się kilometrami. Podobnie miejscowość Wołosate, która obecnie jest końcem świata (tak ważnym dla harcerzy, bo stąd korzenie swe wywodzi harcerski zespół Wołosatki) Dziś to kilka domów i jeden sklep, kiedyś wielka wieś ciągnąca się wzdłuż drogi. Zresztą ten sklepik jest ważny bo to ostatni sklep na szlaku…
Autor prowadzi nas też w góry – takie prawdziwe, jedyne w swoim rodzaju. Opowiada o ich pięknie i majestacie. W tych górach trzeba być uważnym w dwójnasób. Połoniny wypełnione rudą metalu działają na pioruny jak magnes. Przeżyłam kiedyś na polu namiotowym nocną burzę, podczas której było częściej jasno niż ciemno. Na niebie odbywał się prawdziwy spektakl tańczących piorunów, a obserwator czuł się taki malutki… Autor pięknie opowiada o tych bieszczadzkich dziwach przyrody, o płynących obłoczkach, za którymi suną wielkie czarne chmurzyska. O tym że rano, wychodząc na wędrówkę, pierwsze kroki stawiasz w słoneczny ciepły poranek, a wracasz w jesienny, mroźny wieczór. Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie i naprawdę czuć to w tej książce. Tę samodzielność tych gór i upór, aby nie poddać się człowiekowi. To chyba najbardziej dzikie miejsce jakie znam; tam rządzi właśnie przyroda.
No i wisienka na torcie - opowiadanie o Chatce Puchatka i Lutku Pińczuku. W chatce nieraz odpoczywałam i żałość mnie podczas lektury ogarnęła, że Pana Lutka nie poznałam. Dzisiaj nie ma już na połoninie Lutka, a i chatkę postanowiono rozebrać... zmodernizować...szkoda.
W tej niepozornej książeczce jest wszystko. Poznamy trochę historii – trudnej, naznaczonej nienawiścią, akcją Wisła, mordami i zniszczeniem. Dotkniemy przyrody - niesamowitej i jedynej w swoim rodzaju. Zobaczymy to czego nie widać - ślady wygnanych ludzi, nieistniejących wsi i cerkwi. Posłuchamy poezji śpiewanej o Teresie Zajęczycy i bieszczadzkich aniołach...
Przyznam się, że czytałam tę książkę przed monitorem. Na biurku leżał czytnik z wyświetloną książką, a na monitorze Google maps, na którym śledziłam trasę, którą prowadził mnie autor. Co i rusz "upuszczałam ludzika", aby zobaczyć znajome miejsca i trasy. Ależ się wzruszyłam.
Autor sam przyznaje, że wielu tematów tylko dotknął, a o wielu nawet nie wspomniał. Liczyłam, że wspomni o harcerzach w Bieszczadach, bo wiele im zawdzięczają. Nie udało się, ale nie szkodzi. I tak jestem wdzięczna za tę książkę.
Panie Adrianie – DZIĘKUJĘ.
A wszystko zaczyna się od drogi....

poniedziałek, 24 maja 2021

Blef

Czytaliście takie książki, których fabuła przypomina tę część dnia, kiedy dzień przechodzi w noc? Najpierw świeci słoneczko i czytelnik po prostu czyta. O osiedlu zamożnych ludzi, o szczęśliwym życiu, płocie, przystrzyżonym trawniku i kochających rodzicach. Niestety słoneczko, ze świecącej gwiazdy przeradza się w pomarańczową kulę i pomalutku chowa się za horyzontem. Robi się coraz ciemniej, wypełzają cienie, a miejsca, które przed chwilą zapraszały do spędzania wolnego czasu, teraz powodują lęk i potrzebę jak najszybszego udania się w stronę domu. W "Blefie" też tak jest. Historia porwania 6 letniej dziewczynki okazuje się zupełnie czymś innym niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Robi się mrocznie i strasznie, a zakończenie... To dopiero jest coś!
No dobrze. Po kolei. Pewnego dnia sześcioletnia Jenny idzie do koleżanki spędzić popołudnie na zabawie. Idzie sama, ale to przecież raptem dwa domy dalej! Niestety, nigdy tam nie dociera. Zrozpaczeni rodzice poruszają niebo i ziemię, aby odnaleźć zaginioną córeczkę. Szukają jej policja, sąsiedzi, bliscy... szuka jej całe miasto. Niestety - jak kamień w wodę.
No i teraz mam problem. Bo cokolwiek napiszę, to muszę zaspojlerować. Jakkolwiek nie starałabym się oględnie napisać dalszej fabuły - zdradzę wiele. Zerkałam nawet na portal "Lubimy czytać", jak to zrobili inni recenzenci. Uwierzcie mi - każda recenzja, którą czytałam zdradza zbyt wiele. Byłabym wściekła, gdybym zajrzała tam przed lekturą książki. Mogę jedynie dodać, że nic co białe, nie okaże się białe, a żadna czerń nie będzie stuprocentowo czarna. To bardzo mroczny, przemyślany i niesamowicie udany debiut. Thriller, który wciągnął mnie jak odkurzacz. Po zakończeniu lektury zbierałam szczękę z podłogi, pełna uznania dla autorki. Świetnie to wymyśliła, z pieczołowitością dopracowała tak, aby każdy element został ujawniony we właściwym czasie. Każdy grzeszek pojawia się dopiero wówczas, gdy już naprawdę nie ma innego wyjaśnienia i trzeba go ujawnić. To mistrzowska intryga i książka na miarę... nie wiem kogo. Po prostu - mistrzostwo.  

piątek, 21 maja 2021

Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie

Po premierze książki „Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" w sieci zawrzało. Pojawiło się wiele, bardzo różnych komentarzy. Że zbyt wiele feminizmu, że niewłaściwe podejście do tematu, że jednostronne spojrzenie na problem... A mi się bardzo podobała. Tak zwyczajnie, bez żadnych podtekstów i skojarzeń. Że jest trochę feminizmu? No to chyba po tytule widać, że będzie o kobietach silnych i mocnych, a tam, gdzie one, tam dążenie do sprawiedliwego traktowania, na równi z płcią odmienną. Poza tym to nie o feminizm tu chodzi, tylko o to, że kobiety też potrafią i są całkiem niezłe w te klocki :-)
Książka składa się z dwóch części. Pierwsza traktuje o historii taternictwa ze szczególnym uwzględnieniem kobiet i ograniczeń związanych głównie... z modą! Wyobrażacie sobie Panie w powłóczystych kiecach i kapeluszach, chodzących po tatrzańskich ścieżkach? Omdlewały, musiały być noszone i dostawały spazmów na widok najmniejszych przepaści.
„Walery Eljasz w Ilustrowanym przewodniku do Tatr, Pienin i Szczawnic tłumaczy żółtodziobom, jak należy przygotować się na wysokogórską wyprawę. Ile wziąć sztuk pościeli (!), serów, mleka, jakie stroje włożyć. Gdy czytamy jego opisy, podróż do Morskiego Oka wygląda bardziej jak zakładanie obozu pod Everestem przy licznej asyście szerpów. (...) Zarówno opis, jak i obrazki mrożą krew w żyłach, bo pokazują towarzystwo całkowicie nieprzygotowane, plączące się w długich zwiewnych sukniach, na eksponowanych półkach skalnych”.
Autorka w bardzo ciekawy sposób przybliża czytelnikowi historię taternictwa i obecności kobiet w tych majestatycznych górach. Pokazuje, że już od samego początku dziewczyny musiały walczyć o to, aby panowie choć zauważyli ich obecność, nie mówiąc o szacunku. Panie traktowane były raczej jak kule u nogi niż równorzędne partnerki. Poznajemy kolejne mistrzynie taternictwa, które musiały naprawdę pokazać wiele, aby zasłużyć na szacunek panów. W tej części książki rzeczywiście dość sporo szeroko pojmowanego feminizmu, ale nic dziwnego. Sama się denerwowałam, kiedy czytałam o pobłażliwym (graniczącym z pogardą) podejściem panów do koleżanek taterniczek. Jak szczupła – na pewno nie da rady. Jak potężniejsza – babo-chłop. No coś okropnego. Dopiero, kiedy kobietka pokazała, co potrafi… Należy podkreślić, że musiała umieć więcej niż niejeden pan, aby zasłużyć na szacunek.
Druga część to wywiady ze współczesnymi taterniczkami. Zarówno tymi czynnymi, jak i tymi, które wspinaczkę mają już za sobą. I - co ciekawe - dopiero w tej części widać wyraźnie, że obie płcie są winne temu, że kobiet jest tak mało w górach. Pomijając fakt, że kobiety z natury są słabsze (za to zwinniejsze i często lżejsze) to dochodzi do głosu tzw. babski foch. No i jesteśmy w domu. Panie często skaczą sobie do gardeł i nie potrafią przejść do porządku dziennego nad czymś, co dla Panów nie ma najmniejszego znaczenia. Po raz kolejny okazuje się, że mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus.
Pomijając to - książka fenomenalnie przybliża sylwetki dzielnych polskich taterniczek. To kobiety o ogromnym samozaparciu i harcie ducha. Agna Bielecka, która chowa się gdzieś w cieniu brata, ale wcale nie ustępuje mu w sukcesach. Alicja Paszczak - skromna kobietka, o której sukcesie (polegającym na przejściu Korony Tatr) dowiadujemy się z wpisu męża na facebookowym profilu. Ratowniczka TOPR-u Ewelina Wiercioch. Nie sposób wszystkich wymienić, a wszystkie - naprawdę wszystkie – to mega kobiety o wielkiej sile i umiejętnościach. Co z nich przebija? Na pierwszy rzut oka skromność i niechęć do chwalenia się wyczynami. Po bliższym poznaniu okazuje się, że każda komentuje relacje z mężczyznami, ale wynika to chyba głównie z kierunku rozmowy, jaki nadawała autorka książki. Pewnie, że jest trochę żalu i zgrzytów, ale przecież niejeden raz w ekipach górskich dochodzi do sprzeczek. Zupełnie niedawno pod K2 doszło do awantury, po której rozłam w polskim alpinizmie był bardzo widoczny. Najbardziej konfliktowa była Wanda Rutkiewicz, ale ona po prostu nie uznawała kompromisów. Parła do przodu nie bacząc, ile trupów zostawia za sobą.
Bardzo, bardzo podobała mi się ta książka. Pokazała, że słowa "Tam sięgaj gdzie wzrok nie sięga..." są ponadczasowe i naprawdę należy dążyć do realizacji swoich marzeń. Często są na wyciągnięcie ręki…

wtorek, 18 maja 2021

Palmiry. Zabić wszystkich Polaków

Długo zabierałam się do tej recenzji. Co stawiałam pierwsze litery, to uciekały mi one pod napływem emocji i złości. Dlatego wstęp "ściągnę z TVN 24 Warszawa gdzie obejrzałam zaledwie sześciominutowy wstrząsający reportaż o tej zbrodni.
"Palmiry. Zabić wszystkich Polaków" to historia "małej fabryki śmierci", którą Niemcy stworzyli pod Warszawą na początku okupacji. Historia blisko dwóch tysięcy ofiar, pojedynczych zdjęć, z których wiemy, jak zginęli, a także osób, dzięki którym zbrodnię udało się udokumentować. A niektórym ofiarom - przywrócić nazwiska.
Książka napisana jest w bardzo nietypowy sposób. Zbrodnię popełnioną w Palmirach oglądamy z wielu perspektyw. Poznajemy historię Basi, która cudem uniknęła mordu w Palmirach. Poznajemy mieszkańców Wawra - małej podwarszawskiej wsi, której mieszkańcy na własnej skórze odczuli okrucieństwo Niemców. Poznajemy treść przesłuchania Janiny Wandy Gruszka, która pracując na Pawiaku przyczyniła się do ujawnienia list osób zamordowanych w Palmirach. Nazwiska i imiona sławnych Warszawiaków przeplatają się z losami zwykłych mieszkańców. Marszałek sejmu Rataj i chłopiec o imieniu Tadzik... wszystkich czeka podobny los. Są artykuły z gazet, jest wiersz… Wszystko to uderza w serce czytelnika. To trochę jak puzzle. Z małych, nic niemówiących kawałeczków, czytelnikowi wyłania się straszna prawda o tym, czego dopuścili się Niemcy. Co ważne - poznajemy porucznika Jakobsa, którego pasją jest fotografia. Możemy się domyślić, że to dzięki niemu mamy dokumentację fotograficzną tego bestialskiego przedsięwzięcia. Wraz z autorem analizujemy zdjęcia zamieszczone w książce i co rzuca się w oczy? Niemieckie wyluzowanie, opieszałość, obojętność wobec popełnianych czynów. Straszne.
Wszystkie przytoczone historie układają się w przerażający obraz i dobitnie uświadamiają, jak wyglądała cała procedura, począwszy od zabrania więźnia do ciężarówki, aż na zasypaniu dołów skończywszy. Jednocześnie takie ujęcie tematu powoduje uczucie chaosu, ale mam wrażenie, że taki był zamysł autora. Pokazać czytelnikowi tę niepewność, ułudę i poczucie zagrożenia. Tak naprawdę wymowa książki dociera do nas po kilku dniach od zakończenia lektury. Krawędzie obrazów się wygładzają i zlewają w jedną przerażającą całość.
Nie można traktować "Palmir..." jako książki historycznej. Uważam, że autor wykonał świetna robotę, bo dzięki beletrystycznej formie przekaz dużo mocniej dociera do przeciętnego czytelnika. Książki historyczne są po prostu nudne. Kto kupiłby historyczne opracowanie na temat tej zbrodni? Niewielu. Ta książka mnie urzekła i przyznam się, że dowiedziałam się dużo więcej o wydarzeniach, które rozegrały się w Palmirach, niż na lekcjach historii.
Książka jest bardzo przejmująca właśnie dlatego że autor nie ogranicza się do suchych faktów. Tragediom nadaje twarze, budzi w czytelniku emocje, uświadamia, że z każdym nazwiskiem, widniejącym na długiej liście zamordowanych, wiąże się jakaś historia. Rodzina, dom, dzieci, płacząca matka, wyrwany ze snu syn. Kiedy na końcu książki czytelnik zapoznaje się z długą listą zamordowanych, dużo bardziej czuje tragedię, rozpacza wraz z innymi. Jeden z końcowych rozdziałów opowiada o ekshumacji zwłok. Wstrząsnęło mną, kiedy autor opisuje jak pieczołowicie pracownicy przeglądali odzież w poszukiwaniu osobistych rzeczy. Z jakim szacunkiem odnosili się do zwłok. Smutno było, kiedy nie udawało się zidentyfikować zwłok, radość ogarniała, kiedy mała karteczka pozwalała na ustalenie tożsamości.
"Palmiry. Zabić wszystkich Polaków" to książka, którą powinna czytać młodzież podczas lekcji historii. Polecam każdemu. Tylko przygotujcie pudełko chusteczek….

Turecka rozkosz

Bardzo, bardzo dużo przyjemności sprawiła mi ta książka. Równie wiele, co pytań i wątpliwości. Trochę bajkowa, ukazująca życie zupełnie nam nieznane, trochę straszna... z tego samego powodu. Turcja to kraj kulturowo zupełnie odmienny od naszego. Z jednej strony piękny, kolorowy i bogaty z drugiej poniżający kobiety i nieszanujący ich praw. Czytając tę powieść zastanawiałam się, ile w niej jest prawdy, a ile przekłamań. Nie wierzę w to, że cała żeńska Turcja ubiera się u Prady, a czytając „Turecką rozkosz” można odnieść takie wrażenie. Wszystko tu jest kolorowe bogate i wspaniałe. Jakby nie istniała ta biedna część Turcji, a przecież wszyscy wiemy, jak jest. Dlatego właśnie, oprócz przyjemności z poznania losów głównej bohaterki, pozostał w sercu spory niedosyt i rozczarowanie, że jednak większość tej powieści to bajka. A ja - czytając biogram autorki - liczyłam na prawdziwą historię i trochę faktów o tym pięknym kraju. Niestety nic z tego. Co więcej - miałam wrażenie, że to, co autorka próbowała przemycić w książce jako fakty i ciekawostki nierzadko wprowadzało czytelnika w błąd.
„Turecka rozkosz” tematyką nie odbiega od książek zaliczanych przeze mnie do powieści orientalnych. Ot polska kobietka, (w naszym przypadku Basia) traci wszystko. Najczęściej śliczna, o typowo słowiańskiej urodzie, biedna i rozżalona szuka odpoczynku od smutków dnia codziennego. I teraz różnie bywa. Zdarza się, że spotyka przystojnego mężczyznę w Polsce (potocznie zwanego Arabem), zdarza się, że na wakacjach, na wycieczce, w samolocie... do wyboru do koloru. Nasza bohaterka spotkała swą arabską miłość w samolocie, ale żeby nie było tak prosto, uczucie nie wybucha od razu. Lećmy dalej. Omotana obietnicami pięknego, bogatego życia, kolorowych tkanin i ślicznych domostw, postanawia zaryzykować. Wychodzi za mąż, jedzie do kraju męża, a tam czeka na nią zupełnie inne życie niż to, którego się spodziewała. Możemy spotkać złą teściową, zawistne siostry, okrutnych przyjaciół męża i jego samego, rozpustnego i brutalnego. To tak z grubsza losy większości dziewcząt, będących bohaterkami powieści orientalnych. Losy Basi są troszkę odmienne. Kiedy już wydaje nam się, że rzeczywiście głupia z niej gąska i wierzy w opowieści o pięknych krajach i wielkiej miłości, Basia nas zaskakuje. Niestety oświecenie nie trwa zbyt długo...
Dużym plusem jest pióro autorki. Piękne, plastyczne i urzekające czytelnika. Akcja płynie wartko, dzięki czemu powieść czyta się naprawdę wyjątkowo przyjemnie. Autorka tak pięknie opisuje tureckie miejscowości, że aż weszłam na Google popatrzeć, czy rzeczywiście uliczki Antalyi są takie urokliwe. Rzeczywiście są piękne. Kiedy czytałam o małych knajpkach, przestronnych plażach i słonecznych zieleńcach marzyłam, aby kiedyś było mi dane zobaczyć te miejsca na własne oczy.
Drugim plusem jest przyjaciółka Basi, Magda. Świetna dziewczyna, która wyszła za mąż za Turka po upewnieniu się, że rzeczywiście uczucia, które do niej żywi są prawdziwe i szczere. Mąż uwielbia ją ponad życie, a ona podchodzi do ojczyzny męża, jego rodziny i religii ze sporym dystansem, który bardzo mi się spodobał. Po przejściu na Islam stosuje się do zasad tej religii, ale tylko w takim stopniu, jaki jej odpowiada. Wprawdzie zakrywa włosy (głównie ze względu na rodzinę męża), ale już inne zasady często naciąga tak, aby nie były dla niej zbyt dokuczliwe. Madzia patrzy trzeźwo na świat i prostuje Basi fantazje i ułudy. A przynajmniej próbuje.
Podsumowując, „Turecka rozkosz” nie odbiega od powieści, które swojego czasu były bardzo modne. Poczynając od Betty Mahmoody i jej opowieści o ratowaniu siebie i swoich dzieci, a na książkach o arabskich modelkach, księżniczkach czy też córkach kończąc. Nie ulega jednak wątpliwości, że jej czytanie sprawia sporą przyjemność. Jeżeli potraktujecie ją jako bajkę dla dużych dziewczynek będziecie zachwyceni.
I ta okładka... Coś pięknego.

czwartek, 6 maja 2021

Zabawka

Zabawka” jest mroczna i posępna. Czytając, czułam mrowienie w kościach i niepokój w głowie. Jak przystało na bestseller uderza fabułą z całą siłą, niszcząc wspomnienia po niedawno przeczytanych książkach. Kończąc czytać „Zabawkę” w głowie miałam literacką pustkę. Długo musiałam zbierać szczękę z podłogi, a jeszcze dłużej odchorowywałam wydarzenia w niej opisane. To niesamowite ile człowiek może zrobić złego drugiemu człowiekowi, a potem tłumaczyć się że „…tak wyszło”.
Kiedy poznajemy Anię, wydaje się ona szczęśliwą, młodą kobietą stojącą na progu dorosłości i samodzielności. Ma wszystko - kochających rodziców, pieniądze i świadomość, że jeżeli nawet powinie jej się noga, to będzie mogła oprzeć się na bogatym ojcu. Zupełnym przeciwieństwem jest druga bohaterka - Kaja, która przyjechała do Warszawy z małej miejscowości i wie, że jeżeli chce osiągnąć sukces musi o niego walczyć rękoma i nogami, bo może liczyć tylko na siebie. Początkowo losy dziewczyn toczą się dwutorowo, ale - kiedy akcja nabiera tempa - zaczynają działać jak tandem połączone jednym celem – koniecznością wyjaśnienia tajemnicy, która zżera Anię i nie daje jej żyć. A wszystko zaczęło się od tajemniczego morderstwa popełnionego w wielkomiejskim parku, gdzie przypadkowa biegaczka odnalazła zwłoki kobiety. Były przywiązane do drzewa i przerażająco skatowane. Śledztwo prowadzi warszawska Policja (a wśród Policjantów właśnie Kaja) pod nadzorem trochę bufonowatego prokuratora. Szybko okazuje się, że zamordowana kobieta jest rodzinnie powiązana z ojcem Anny. Co takiego musiało się wydarzyć, że doszło do morderstwa?
Mamy też drugi wątek, który jest swoistego rodzaju pamiętnikiem. Z zapisków czternastoletniej Kasi dowiadujemy się o traumatycznych przeżyciach, które zafundował dziewczynce kochający wujek. Jak potoczą się losy dziewczyny? I co wspólnego ma ze sobą pamiętnik sporządzony przed wielu laty przez młodziutką dziewczynę z morderstwem w warszawskim parku?
Książka jest świetnie napisana. Prułam przez fabułę niczym motorówka przez fale jeziora. Wydarzenia goniły się nawzajem; jedna rzecz się wyjaśniała, za to dwie inne zagadki już kłębiły się gdzieś na najbliższych stronach. Autor trąca najczulsze struny umysłu czytelnika poruszając tematu trudne i kontrowersyjne. Gwałt, morderstwo i pedofilia to jedno, ale mamy też zjawiska bardziej powszechne a równie złe. Mobbing kobiet w pracy, bezdomność, obojętność ludzka na krzywdę drugiego człowieka - te i wiele innych tematów autor umiejętnie wplata w fabułę. Czytelnik dotyka tych problemów jedynie podświadomie, bo wydarzenia nie pozwalają na skupianiu się na nich. Zbyt wiele się dzieje, zbyt wiele złego...
Wsiąkłam w tę powieść od pierwszej strony. Nic mnie nie interesowało oprócz tego jak skończy się ta historia. Ciekawość zżerała mnie do tego stopnia, że na Legimi znalazłam audiobooka i dodatkowo słuchałam powieści jadąc z pracy i do pracy. Historia, którą przedstawił autor pochłania i budzi niepokój głównie dlatego, że jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. Trudno sobie wyobrazić, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Rozumiem, że na pewno autor pozwolił sobie podkolorować wydarzenia, ale nawet gdyby historia przedstawiona została suchym, reporterskim językiem i tak budziłaby dreszcze na plecach.
Polecam wszystkim z całego serca. Warto zagłębić się w tę ciemną czeluść…

środa, 28 kwietnia 2021

Powrót z piekła - Lwowska odyseja

Kiedy cztery lata temu wpadła mi w ręce książka pt. "Pora westchnień, pora burz", zakochałam się w niej bez pamięci. Przeżyłam rozczarowanie, gdy okazało się, że książka właściwie się nie kończy, a dalsze losy bohaterów pozostaną mi na długo nieznane. Pierwszy tom? Jakże to? Tak bez uprzedzenia? Długo śledziłam strony wydawnictwa Prószyński sprawdzając, czy nie pojawiła się kontynuacja losów członków lwowskiej rodziny Lindnerów. Czas mijał, a ja ciągle pamiętałam. Trochę jak przez mgłę, ale wyczulona byłam na nazwisko autorki jak na żadne inne. Sporo czasu minęło… Ostatnio zdziwiłam się bardzo, kiedy okazało się, że pierwszy tom został wznowiony w zupełnie innej okładce niż lata temu, a wraz z nim został wydany od razu drugi. Oba stanowią cykl zwany „Lwowską odyseją”. Co więcej – zaraz, zarutko ukaże się trzeci tom. Oniemiałam ze szczęścia. Oczywiście pierwszy tom przeczytałam jeszcze raz i upewniłam się, że nadal mnie zachwyca...
Już tytuł podpowiada, że obserwować będziemy głównie losy Gustawa – głowy rodziny – który został zesłany na Sybir. I rzeczywiście, pierwsze rozdziały to opis trudnego losu Polaków zesłanych w głąb Rosji. Łagier Smolnyj leży na takim odludziu, że Rosjanie nie martwią się ewentualnymi ucieczkami więźniów. Po prostu uciec nie ma dokąd. Gustaw radzi sobie jak może. Pomagają mu w przetrwaniu inni więźniowie oraz Rosjanka Oksana. Każdy list od Marianny to święto i relikwia pomagająca przeżyć to piekło. Ten wątek jest taki pierwotny – pełen legend i wierzeń. Bohaterem jednej z opowieści jest Hartag - pół człowiek, pół niedźwiedź, który jest syberyjską legendą na miarę europejskiego potwora z Loch Ness. Przyznam się, że miałam ciarki na rękach czytając opowieść współwięźnia Akima o tym, jak porywa ludzi i czerpie z ich śmierci moc.
We Lwowie też sporo zmian. Sytuacja odwraca się o 180 stopni, kiedy wybucha wojna niemiecko - radziecka. Niemcy zaczynają wprowadzać swoje porządki tak odmienne od radzieckich. Żołnierz ze wschodu to prostak w szlafroku i z karabinem na sznurku. Żołnierz niemiecki to dżentelmen w odprasowanym mundurze i wypastowanych butach. Ten dżentelmen jednak jest dużo bardziej okrutny i zabija z większą premedytacją. Marianna i Lilka muszą się nauczyć żyć w nowej rzeczywistości. Śmierć przeplata się z narodzinami, a szczęście ze łzami rozpaczy.
Czytanie kolejnych rozdziałów książki sprawiało mi naprawdę masę przyjemności. Autorka ma świetne pióro, dzięki któremu czytelnikowi łatwo chłonąć atmosferę tamtego Lwowa – jeszcze polskiego Lwowa. Kamieniczki i ulice zostały tak ślicznie przedstawione w powieści, że zmusiły mnie do odpalenia map Google i „upuszczenia ludzika” na lwowskie ulice. Rzeczywiście coś przepięknego.
W powieści naprawdę sporo się dzieje. Przeplatanie wątku lwowskiego i sybirskiego powoduje, że czytelnik ciągle czeka na rozwiązanie zaistniałych sytuacji. Tu nie ma miejsca na nudę i stagnację… Połączenie prawdziwej historii z losami bohaterów i umieszczenie akcji na ulicach, które nawet dziś można zobaczyć… uwierzcie mi – wrażenie niesamowite.
Trudno znaleźć wady tej powieści. Już w recenzji pierwszego tomu rozpływałam się w zachwytach i aż niezręcznie to powtarzać, ale trzeba. Pani Magdalena Kawka jest mistrzynią słowa pisanego. Jej opisy miejsc, bohaterów, czy też uczuć wbijają się w moją wyobraźnie i nijak nie chcą jej opuścić. Tak plastycznego operowania słowem dawno nie miałam przyjemności podziwiać. Do tego trzeba podkreślić, że – pomimo czasu wojny, który przecież jest bardzo okrutny – powieść emanuje ciepłem i nadzieją. Na lepszy los i lepsze jutro. Bohaterowie nie poddają się, walczą i hartują. Podejmują każdą pracę nie bacząc, czy wypada czy nie. Pomagają ludziom bez względu na narodowość. Kiedy trzeba pomóc Rosjaninowi Marianna bez zastanowienia robi to. Jak się potem okazuje dobre uczynki wracają ze zdwojona siłą. Niestety wielu bohaterów, z którymi się zżyłam i których szczerze polubiłam – ginie i nie mają tu znaczenia dobre chęci naszych bohaterów.
Piękna książka, warta polecenia. Czytajcie kochani dwa pierwsze tomy "Lwowskiej odysei", a ja przebieram nóżkami w oczekiwaniu na trzeci. Już się nie mogę doczekać!

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Powrót Anny

Uwielbiam prozę Lisy Scottoline i zawsze, gdy widzę Jej nową powieść wiem, że czeka mnie kolejna świetna przygoda. Jej książki przypominają mi powieści Jodie Picoult z tą różnicą, że Scottoline trzyma poziom, a Picoult ostatnio bardzo mnie rozczarowała. „Powrót Anny” to powieść, którą połknęłam w kilka dni i – jak zawsze – skończyłam wielce usatysfakcjonowana. Powieść naprawdę trzyma poziom, a zakończenie wbiło mnie w fotel.
Kiedy poznajemy Maggie, jest ona szczęśliwą żoną Noaha i macochą dla jego syna, Caleba. Macocha to słowo, które nie oddaje więzi, jaka panuje pomiędzy chłopcem, a Maggie. To prawdziwa miłość, zarówno ze strony kobiety jak i jej pasierba. Wszyscy w trójkę tworzą bardzo szczęśliwą rodzinę. W głębi duszy jednak Maggie tęskni za swoją córką z pierwszego małżeństwa – Anną. Straciła prawa do opieki nad dziewczynką zaraz po porodzie. Depresja nie pozwoliła jej zajmować się maleństwem, a były mąż skrzętnie to wykorzystał, uniemożliwiając całkowicie kontakty matki z Anną.
Pewnego dnia Maggie odbiera telefon właśnie od swojej córki. Od tej pory wydaje się, że Maggie żyje jak we śnie. Nie może uwierzyć we własne szczęście, które rośnie, kiedy po pierwszym spotkaniu okazuje się, że Anna jest wspaniałą, silną, młodą kobietą. Spotkania z Anną są coraz częstsze i bardzo szybko Maggie wprowadza ją do swojego życia. Od tego momentu całe szczęśliwe życie wali się jak domek z kart. Anna zostaje zamordowana, a głównym podejrzanym jest mąż Maggie - Noah.
Uwierzcie mi – przez trzy czwarte książki byłam pewna, że jeżeli autorka pisze – „białe”, to jest to białe. Jakże się myliłam! Powieść okazuje się zagadką od początku do końca. Kiedy czytałam zakończenie, przecierałam oczy ze zdziwienia. No, jakże to tak? To wszystko, co przeczytałam jest misternie uplecioną intrygą, mająca pokazać czytelnikowi, że to, co bierzemy za prawdę może okazać się fikcją. Byłam w szoku i miałam ochotę wrócić do początku powieści i zacząć jeszcze raz szukając miejsc, które przeoczyłam, a które uważniejszemu czytelnikowi pozwoliłyby dostrzec niuanse wskazujące, że nie zawsze wilk jest zły, a owca uległa.
I to pióro…. Każda powieść Lizy Scottoline jest tak napisana, że oderwać się od niej nie sposób. Przeczytałam jej wszystkie książki i każda była mistrzostwem świata. „Powrót Anny” też jest rewelacyjny. Autorka nie powtarza pomysłów, a każda powieść jest świeża i niesie coś nowego.
Uważam, że błędem jest stawianie tej powieści na półce podpisanej „thriller psychologiczny”. To żaden thriller. To wspaniała powieść obyczajowa ze sporą ilością elementów prawa procesowego. Oczywiście amerykańskiego – które jest dużo bardziej nieprzewidywalne i pokazowe niż polskie. Sala sądowa i jej niuanse zawsze wychodziły autorce wzorcowo, ale tu stanęła na szczycie swoich umiejętności. Jak pomyślę sobie, że tkała to wszystko wiedząc, że na końcu musi odwrócić wszystko do góry nogami... No szacunek wielki.
"Powrót Anny" to wspaniała powieść, którą powinno się czytać w weekend. Dlaczego? Bo jeżeli zaczniecie w środku tygodnia to będziecie zmuszeni (tak jak ja) czytać ukradkiem w pracy chowając się przed szefem. Po prostu nie mogłam się powstrzymać od lektury ciekawa, jak to wszystko się skończy. Polecam gorąco.

czwartek, 15 kwietnia 2021

Pora westchnień, pora burz

Książki mogą być różne. Mamy takie, przy których płaczemy ze śmiechu, ale są też takie, które doprowadzają czytelnika do łez ze wzruszenia. Mogą być płytkie i traktować o błahych sprawach. Mogą być też tak poważne, że już po pierwszych  trzech stronach wiemy, że nijak nie damy rady ich przeczytać bez przysłowiowego pół litra. Rzadko kiedy napotykam książkę, którą połykam niczym najlepszy kryminał, a mój nastrój zmienia się tak jak autorka to zaplanowała. To są prawdziwe asy. Ostatnią taką perełką był "Dzidek" (co ważne - o podobnej tematyce), którego czytałam dobre kilka lat temu. Długo czekałam na kolejnego czarnego konia. I mam! Nareszcie mam!
Przedwojenny Lwów to piękne miejsce, gdzie kwitnie kultura i sztuka. Ludzie są uśmiechnięci i zadowoleni z życia. Kiedy poznajemy Lilkę i jej przyjaciół jest zima 1937 r. Lilka pochodzi z szanowanej, lwowskiej rodziny, pełnej tradycji i zasad. Ma przyjaciół, chodzi do szkoły i żyje pełnią nastoletniego życia. Co ważne - tamtejszy Lwów to miasto tolerancji. Nie ma znaczenia czy jesteś Polakiem, Ukraińcem, Żydem czy Rosjaninem. Owszem, pewne animozje są widoczne, a to w w szkole, a to w zbyt lekko rzuconym słowie... ale przecież nieopierzonym młodzieńcom takie wybryki mogą się zdarzyć...
I tak czytelnik podąża z Lilką, jej rodziną i przyjaciółmi do feralnego września 1939 r. W krótkim momencie stosunki międzyludzkie ulegają gwałtownej przemianie. Przyjaciel staje się wrogiem, a dookoła szerzy się kradzież i głód. Strach zagląda ludziom w oczy i jest codziennym kompanem. Gdzie uciekać? Kto gorszy? Niemiec czy Rosjanin? Które zło jest mniejsze? Jak odnaleźć się w nowej sytuacji? Zawierucha wojenna nie oszczędza rodziny Lilki. Ktoś ginie, ktoś ucieka, jeszcze inny zaczyna organizować konspirację.
Książka bardzo brutalnie pokazuje, że narodowość (nie ma znaczenia czy polska czy ukraińska, rosyjska, czy też niemiecka) jest głęboko zakorzeniona w ludzkiej duszy. Kiedy do głosu dochodzą pierwotne instynkty nagle każdy "inny" staje się wrogiem. Sąsiad napada na sąsiada, człowiek potrafi zabić całą rodzinę, z którą wczoraj jeszcze zgodnie biesiadował.
Saga rodzinna to jedno. Piękna wzruszająca i godna uwagi czytelnika. Losy naszych bohaterów są przedstawione wyjątkowo pięknie. Ale trzeba koniecznie podkreślić jedną rzecz. Książka pokazuje wyraźnie, że II wojna światowa to nie tylko okupacja niemiecka. To też straszliwy najazd Bolszewików na nasz kraj. Prości, pijani, bez żadnych skrupułów ludzie, dla których nie ma żadnej świętości. Kiedy plądrują lwowskie kamienice nie wiedzą do czego służy łóżko. Śpią na stołach, nie myją się, nie potrafią używać sztućców, a najważniejsza jest wódka. Ich zdaniem przy pomocy alkoholu można załatwić wszystko. Jakże to inne od niemieckiej umundurowanej okupacji, która przecież była bardzo okrutna, ale tak w inny, bardziej wyrafinowany sposób.
Mieszkam w Szczecinie, w którym wiele miejsc jest naznaczonych niemiecką obecnością. Nie chodzi mi o ślady z czasów okupacji i walki o wolną Polskę (przecież Szczecin był wtedy niemiecki). W układzie miasta i kamienicach czuć jednak do dziś przysłowiowy "niemiecki porządek". Naziści byli straszni i okrutni, ale jakże inni od Bolszewików! Magdalena Kawka uświadomiła mi dobitnie (choć przecież historycznym głąbem nie jestem), że Polska z czasów II wojny światowej to dwa zupełnie różne terytoria.
"Pora westchnień, pora burz" to literacka perełka.  Świetny język, niesamowicie przemyślana fabuła, lekkie pióro, dbałość o historyczne detale - to wszystko czyni tę powieść idealną. Autorka podzieliła treść książki na dwie części: spokojną i sielankową porę westchnień, kiedy życie jest barwne i kolorowe. Pora burz - jest ponura i gęsta od negatywnych emocji. Wszystko dopełnia nienaganna polszczyzna i przebijający przez każde słowo patriotyzm.
Piękna, warta polecenia powieść. Zaskoczona byłam, gdy dotarłam do końca i okazało się, że to nie koniec, że będą kolejne tomy.
Pani Magdaleno, proszę nie trzymać nas długo w niepewności!

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Piekarnia Czarodzieja

Są takie książki, które bardzo trudno się recenzuje. Biorąc się do pisania wrażeń z lektury „Piekarni Czarodzieja” miałam wrażenie, że każde źle dobrane słowo obedrze tę powieść z magii, która aż emanuje kart powieści. Zresztą, aby przekonać się o wyjątkowości tej książki, wystarczy spojrzeć na okładkę. Przypomina wrota do krainy krasnoludów z najznakomitszej powieści Tolkiena, czyli „Władcy Pierścieni”. Już sam ten widok wywołał we mnie poczucie, że powieść aż skrzy od magii. I nie pomyliłam się. Tak wyjątkowej książki dawno nie czytałam.
Wyobraźcie sobie wielkie osiedle. Pośród wysokich bloków zamieszkiwanych przez tysiące Koreańczyków przycupnęła sobie maleńka piekarnia. Klientów obsługuje w niej dziewczyna, a wyroby piecze jeden mężczyzna. Brzmi trochę jak z bajki dla dzieci, ale wcale tak nie jest. Piekarz jest dość obcesowym i nieprzyjemnym człowiekiem, który zdaje sobie sprawę, że jego wypieki zmieniają świat. Jego rogaliki, ciastka, bezy i chałki mają magiczne właściwości. Sprzedaje je za pośrednictwem strony internetowej, którą obsługuje bohater powieści – młody chłopak zmuszony do ucieczki z domu. Porzucony przez matkę i niesłusznie oskarżony przez macochę, ma problemy z mówieniem i nie do końca wie, co zrobić ze swoim życiem. W piekarni może obserwować ludzi kupujących pieczywo, za pomocą którego mogą wzbudzić miłość, nienawiść, a nawet cofnąć czas. Problem jest tylko taki, że skutki wywołane przez czarodziejskie wyroby piekarza nie zawsze przypadają kupującym do gustu.
Ta książka to nie jest powieść. To - od pierwszej do ostatniej litery - zaklęcie, które porywa czytelnika i wpuszcza w świat, z którego nie możemy się wydostać, póki nie poznamy całej historii i konsekwencji dokonywanych wyborów. Aby upewnić czytelnika w tym, jak trudno jest dokonać właściwego wyboru, autor serwuje nam dwa zakończenia w zależności od tego jak w krytycznym momencie postąpił bohater. Zarówno jedno jak i drugie zakończenie daje czytelnikowi mocno popalić.
Pomimo swojej tajemniczości i specyficznej bajkowości powieść porusza bardzo trudne tematy. Mamy zagubionego, jąkającego się młodzieńca, którego pozostawiono samemu sobie w okrutnym społeczeństwie. Obija się on o przemoc psychiczną wykorzystywanie seksualne dzieci, ociera o samobójstwo i porzucenie. Trudno przypuszczać, że takie wydarzenia nie pozostawią w głowie chłopaka śladu. Niewątpliwie nie jest to powieść dla nastolatka z dolnej części tego zakresu wiekowego. Myślę, że niejeden dorosły, młody człowiek mocno ją przeżyje i nie zapomni bardzo długo.
Powiem tak – ta powieść to magia, pełna zapachów świeżego pieczywa, emocji i niespotykanych historii. To powieść, którą należy sączyć niczym najlepsze wino. Z jej kart unosi się zapach i smak, a emocje aż skwierczą. Piękna. Prawdziwy bestseller

czwartek, 8 kwietnia 2021

Licho nie śpi. Bieszczadzkie demony

Bieszczady to moje ukochane góry. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale ciągnie mnie w każde lato w ten zapomniany zakątek Polski, choć ze Szczecina to prawie 1000 km. Uwielbiam Bukowiec, Chatkę Puchatka i Jaworzec. Nie przepadam za Tarnicą, od kiedy prowadzą na nią schody, za to kocham Połoninę Caryńską. Nie ukrywam, że na książkę pt. „Licho nie śpi” skusiłam się właśnie ze względu na to, że stanowi pierwszy tom sagi o cudnym tytule „Bieszczadzkie demony”. Powieść pochłonęłam w dwa wieczory, jednak po zamknięciu książki miałam bardzo mieszane uczucia. Ogólnie bardzo mi się podobała, ale…
Zaczyna się kiepsko. Pierwsze strony wypełnia opis marnego seksu, który bohater uznaje za udany tylko dlatego, że był pod wpływem prochów. Cóż, taki początek nie zachęcił do dalszej lektury, lecz – mając w głowie Bieszczady – przebrnęłam. Dalej było już tylko lepiej.
Główny bohater to Damian – krakowski detektyw, który zmuszony jest rzucić wszystko i jechać w Bieszczady. Nic dziwnego – porzucił partnera podczas akcji, co o mały włos nie doprowadziło do jego śmierci. Nie ulega wątpliwości, że Damian nie ma już czego szukać w krakowskiej Policji. Nawet w Bieszczadach nie ma odwagi powiedzieć o sobie całej prawdy. Zatrudnia się w tartaku jako zwykły pracownik fizyczny. Zaprzyjaźnia się z pracownikami tartaku, a na wspólnych wieczorach w knajpie poznaje młodą asesor prokuratury, Magdę. Panowie traktują Magdę jak swoją córkę, co nie przeszkadza im docinać dziewczynie i badać granice, do których mogą się posunąć. Pewnego dnia dziewczyna dostaje do wyjaśnienia sprawę, która na pozór wydaje się beznadziejna. Otóż ktoś morduje mieszkanki bieszczadzkich miejscowości. Z niespotykanym okrucieństwem zadaje im rany, a następnie skazuje na powolną śmierć. Magda wydaje się załamana i pewna tego, że jej kariera wisi na włosku. Sprawa (na pozór nie do rozwiązania) znajduje swój finał dzięki zaangażowaniu Damiana. Jak nietrudno się domyśleć pomiędzy bohaterami rodzi się uczucie, ale zupełnie inne, niż czytelnik oczekuje.
Powieść zachwyciła mnie w dwojaki sposób. Po pierwsze całkiem niezłą zagadką kryminalną i niespodziewanym zakończeniem. To taka klasyczna zagadka z nieśmiertelnym pytaniem, „Kto zabił?”. Mamy kilku podejrzanych, lecz absolutnie nie spodziewamy się, kto jest mordercą. Drugi aspekt, który mnie urzekł to klimat powieści. Rzeczywiście jest w książce to coś, co oddaje nastrój dzikich ostępów Bieszczad. Wycie wilków, niedostępność kniei, opowieść skąd pochodzi nazwa „Bieszczady”, leśniczówki i bacówki zagubione pośród górskich ścieżek…. Taka szarość i tajemniczość, która powoduje ciarki na plecach.
Sama fabuła też nie jest zła. Ciekawa zagadka kryminalna, trup się ściele gęsto, a autorka pomału odkrywa karty, dając czytelnikowi czas do zastanowienia się, kto zabił. Całość psują jedynie niezbyt udolnie zmajstrowane sceny erotyczne, których brutalność i wyuzdanie nie dość, że jest żenujące, to jeszcze zupełnie zbędne. W założeniu pewnie miały być pikantne, a wyszło nieco żałośnie. Nie zmienia to jednak faktu, że książka zasługuje na miano bestselleru
Na zakończenie dodam, że bardzo urzekła mnie przyjaźń pomiędzy pracownikami tartaku. Taka prawdziwa, z głębi serca, która karze skoczyć za kumplem w ogień i pomóc w największej potrzebie. Zazdroszczę. Taka, jaką można spotkać tylko w dzikich Bieszczadach.

środa, 31 marca 2021

Księga dwóch dróg

"Księga dwóch dróg" jest świetna, ale daleko jej do książek Jodie Picoult, które znałam do tej pory. Przyznam się, że wolę tamtą dawną Jodie, która w każdą książkę wplatała wątek sensacyjny, albo chociaż salę sądową, na której toczył się bój - często o wszystko. W "Księdze dwóch dróg" mamy do czynienia ze zwykłą powieścią obyczajową. Wprawdzie piękną, orientalną i jedyną w swoim rodzaju, ale jednak nadal jest to tylko obyczajówka.
Jedna kobieta - dwa życia; a właściwe jedno, ale dzielone na "przed" i "po". Dawn Edelstein "przed" była zdolną studentką, specjalizującą się w odczytywaniu hieroglifów. Te znaczki, wypisane tysiące lat temu na kamieniach, to jej pasja i radość życia. Kiedy trafiła na studia doktoranckie, w jej życiu pojawił się Watt Amstrong - równie genialne dziecko egiptologii. Nietrudno się domyśleć, co będzie dalej. Uczucia skwierczą, akcja przyspiesza i nagle bam! Wskutek tragedii rodzinnej Dawn zmuszona jest rzucić wszystko i wrócić do rodzinnego miasta. Tam zaczyna zupełnie nowe życie jako doula od umierania. Zostaje żoną fizyka kwantowego, Briana oraz matką zakompleksionej Meret. Żyje dalej, choć bardzo trudno jest jej  uwolnić się od demonów przeszłości. Właściwie to nigdy się jej to nie udaje. Jednak – jak to w życiu bywa – jedno wydarzenie uzmysławia jej, że nie tego pragnie, że musi spróbować jeszcze raz…
„Księga dwóch dróg” jest delikatnie zakręcona. Akcja toczy się w trzech wymiarach, przy czym autorka w żaden sposób nie zaznacza, gdzie nas akuratnie fabuła poniesie. Zaczynając czytać kolejny rozdział czytelnik nie wie, w jakim wymiarze czasowym się znajdzie. Trochę to było irytujące, bo często mijało kilka akapitów zanim moja dezorientacja zastępowana była zrozumieniem.
Powieść czyta się szybko, choć przyznam, że naszpikowana jest wiedzą – zarówno taką materialną jak i duchową i mitologiczną. Pomijając wiedzę o starożytnym Egipcie, (której jest bardzo dużo i jest arcyciekawa) dowiemy się również sporo o irlandzkich przesądach, fizyce kwantowej i teorii lustrzanego wszechświata. Poznamy również szczegóły zaburzeń psychologicznych występujących u nastolatek i - chyba najważniejsze – dowiemy się, czym zajmuje się doula od umierania.
Ten ostatni element zszokował mnie trochę i długo musiałam się oswajać z takim podejściem do tematu śmierci. Przecież to nic dziwnego, że istnieje zawód, który pomaga umierającym przejść na drugą stronę. Otóż miałam z tym problem – a właściwe nie tyle z zawodem, ile z przedstawionym w książce podejściem do śmierci. Sama się sobie dziwiłam, że tak trudno mi przejść nad tą profesją do porządku dziennego.
Niewątpliwie to piękna książka. Judie Picoult to prawdziwa oratorka i jakikolwiek temat weźmie pod swoje pióro pewne jest, że zrobi z niego małe dzieło sztuki. Z tematem umierania też sobie świetnie poradziła i niewątpliwie oswoiła z nim czytelnika. Śmierć jest w książce wszechobecna. Bo czymże zajmuje się egiptologia, jak nie badaniem zjawiska śmierci? Mumie, sarkofagi, badanie śladów sprzed tysięcy lat... Cóż innego przychodzi do głowy, jak nie badania nad umieraniem?
Podsumowując – „Księga dwóch dróg” to bardzo dobra powieść obyczajowa, ale tęsknię za pazurem, z którego kiedyś słynęła Jodie Picoult. Tu nie ma tego ognia, jest za to szokujące podejście do tematu przejścia na drugą stronę życia. Warto, choć nie nastawiajcie się na fajerwerki.

wtorek, 30 marca 2021

Odruch

„Odruch” jest książką bardzo przejmującą. To tak, jakby zajrzeć człowiekowi do tej części głowy, w której gromadzone są emocje i zamieszać tam wielką drewniana łyżką. Książka aż od nich kipi i - co należy podkreślić - nie zawsze są to emocje pozytywne. Błędem jest jednak nazywanie tej powieści thrillerem psychologicznym. Raczej nazwałabym ją dramatem. Bo to jest dramat samotnej kobiety, która miała wszystko, a została z niczym.
Blythe poznajemy jako młodą, szczęśliwą mężatkę. Wraz z mężem prowadzą udane życie, a do szczęścia brakuje im jedynie dziecka. Kiedy na świecie pojawia się córeczka Blythe ze zdumieniem zauważa, że macierzyństwo nie jest tak różowe jak sobie wyobrażała. Maleństwo absolutnie nie wzbudziło w niej matczynych uczuć. Co więcej - kobieta ma wrażenie, że dziewczynka z całego serca jej nienawidzi. Od słowa do słowa, od gestu do gestu - uczucia pomiędzy matką a córką gęstnieją i potęgują złe emocje, rodząc całą masę podejrzeń i złych wydarzeń. Początkowo uważałam, że Blythe przesadza, ale jedno tragiczne wydarzenie spowodowało, że spojrzałam na ten duet z zupełnie innej strony. Czy to możliwe, że podejrzenia Blythe są prawdziwe? Niestety kobieta zostaje ze swoimi podejrzeniami zupełnie sama, a czytelnikowi pozostaje towarzyszyć jej w samotnej podróży przez życie.
Piekielnie poruszająca książka. Autorka wpuszcza nas do świata emocji, które powodują, że w każdym bohaterze widzimy zagrożenie, w każdym upatrujemy kłamcy. Dziecko podejrzewamy o zbrodnię, męża o zdradę, a przypadkowego przechodnia o całą resztę grzechów i przewinień. Tylko Blythe pozostaje czysta. Ale czy słusznie? Przyznam się, że do końca powieści miałam przeczucie, że wszytko okaże się inne niż na pierwszy rzut oka. Jakże się myliłam… a może wcale nie?
„Odruch” to opowieść o tym, że nie każdy musi być kochającym rodzicem. Życie jest bogate, a ludzki mózg nie do końca okiełznany, dlatego też trudno oceniać bohaterów powieści. Narracja w książce poprowadzona jest tak, aby pomału odkrywać powody zachowania Blythe. Poznając jej wątpliwości i tragiczne wybory powoli odkrywany również historię innej kobiety z jej życia i zaczynamy rozumieć, że Blythe właściwie nigdy nie miała prawdziwego wzorca kochającej matki. To na pewno miało wpływ na wydarzenia, których jesteśmy świadkami.
Książka jest mroczna. W trakcie lektury ciągle czułam podskórny lęk, cały czas towarzyszył mi niepokój, którego przyczyn nie potrafiłam zlokalizować. Może to kwestia tego, że macierzyństwo najczęściej pokazywane jest w różowych barwach a tu mamy do czynienia z narracją zgoła odmienną. Przerażające są podejrzenia matki, a jeszcze bardziej przerażające jest zachowanie córki. Najbardziej jednak przerażające jest zakończenie. Trudno to opisać - po prostu musicie przeczytać.

niedziela, 14 marca 2021

Stary kuferek

Na „Stary Kuferek” czekałam z niecierpliwością. To ostatni tom serii „Dwieście wiosen”, a ponieważ wcześniejsze tomy przeczytałam z wielką przyjemnością wiedziałam, że ten również przyniesie mi spora dawkę radości. I tak też się stało, chociaż przyznam, że oprócz radości nie obyło się bez wzruszeń.
Zacznę od „wady” – choć przy tak rozbudowanej sadze trudno to nazwać wadą. Otóż od poprzedniego tomu minął już jakiś czas i – pomimo przepięknego spisu osób występujących w książce – musiałam sięgnąć do „Aksamitki” i przypomnieć sobie wydarzenia. Nie sposób, po ponad roku pamiętać, kto, z kim i dlaczego. Na szczęście „Aksamitka”, jako jedna z ukochanych książek drzemała sobie spokojnie w czytniku i przewertowanie jej zajęło mi dosłownie 20 minut. Po odświeżeniu pamięci czytanie „Starego Kuferka” było cudowne. Ciepłe, wzruszające i takie jak zawsze u pani Jeromin Gałuszki – trafiające w sam środek serca.
W ostatnim tomie Sagi poznajemy losy najmłodszych przedstawicieli rodów zamieszkujących w Osadzie. Właściwie to nie tak. Większość z nich rozjechała się po świecie i do Osady wracają tylko na chwilkę. Te chwilki właśnie składają się na powieść, niczym puzzle na obrazek. Na szczęście Adela Konarska – choć bardzo wiekowa – nie narzeka na brak sił i pomysłów na życie. Trwa w Osadzie i wspomaga każdego, kto jej pomocy potrzebuje. Najbardziej martwi się o wnuczkę Matyldę, która jakoś tak pogubiła się w życiu. Sama tez potrzebuje pomocy – choć może tego nie zauważa. W związku z planami budowy zbiornika retencyjnego Osadzie grozi zalanie, a mieszkańcom wysiedlenie z ukochanej doliny. Adela jednak – z właściwą sobie prostotą – wierzy, że jakoś to będzie.
Nie będę więcej opisywać fabuły, bo najważniejsze są te słowa powieści, których nie da się opisać. Książka tryska humorem, a czytelnik co i rusz pokłada się ze śmiechu czytając dialogi bliźniaczek albo obserwując realizację różnych „cudacznych pomysłów” damskiej części rodu. Są też wzruszające chwile. Kiedy młody Bartek postanawia odbudować karczmę i wpada na pomysł ozdobienia ścian starymi zdjęciami… Oglądając je nasze bohaterki wzruszyły się niezmiernie...a ja razem z nimi.
Książka stanowi piękne, ciepłe i wzruszające zakończenie historii. Trwająca dwa stulecia wspólna podróż przez historię rodu Konarskich i Bogdanowiczów w końcu znalazła swój finał. Cała ta powieść już od pierwszych kartek zmierza do finału. Czuć w niej między słowami, że coś się zaraz skończy, że więcej po prostu nie będzie. Trudo się więc nie wzruszać, zwłaszcza, gdy każdy kolejny tom sagi był lepszy od poprzedniego.. każdy ukochany i traktowany jako perełka babskiej części biblioteczki.
Szkoda, że to już koniec. Mam nadzieję, że autorka zaraz popełni kolejną kilkutomową powieść, a wydawnictwo Prószyński wyda ją równie pięknie jak sagę „200 wiosen”.

piątek, 12 marca 2021

Wampir z Warszawy

Tadeusz Ołdak – to nazwisko niewątpliwie zapadło w pamięć warszawiaków zamieszkujących stolicę zaraz po wojnie. Nie bez przyczyny historia tego człowieka, spisana przez Jarosława Molendę, nosi tytuł "Wampir z Warszawy". Bohater książki siał postrach w powojennej stolicy, a był też czas, kiedy jego nazwisko nie schodziło z ust mieszkańców i z pierwszych stron gazet.
Co o nim wiemy? Do 1950 r. był zwykłym Panem Tadeuszem. Przeciętnym mężczyzną który – jak wielu innych - był mężem, ojcem i przykładnym mieszkańcem Warszawy. W pewnym momencie coś się jednak zmieniło. W ciepłą, kwietniową noc zgwałcił i zabił przypadkową kobietę. Rano przechodnie, którzy znaleźli zwłoki, zawiadomili Milicję. Od tego momentu rozpoczął się wyścig organów ścigania z brutalnym mordercą, w jakiego przemienił się Tadeusz Ołdak.
Książka początkowo zaskoczyła mnie swoją dokładnością. Mnóstwo tu zdjęć, dokumentów i innych materiałów źródłowych, dzięki czemu czytelnik ma wrażenie, że ma przed sobą akta sprawy. Oczywiście autor przedstawia wydarzenia językiem beletrystyki, co również uważam za plus. Dzięki temu książka nie jest suchym dokumentem. Mamy tu emocje, tak obce dokumentom, i to całkiem sporo. Co więcej, mamy obraz przedwojennej stolicy, która – dzięki barwnemu językowi autora – staje się jedynym w swoim rodzaju tłem dla przedstawianych wydarzeń. Wszystko jest w kolorze sepii, a lektura przypomina wyprawę w przeszłość.
Wracając do samej historii Tadeusza Ołdaka przyznam, że cierpła mi skóra czytając o wyczynach tego człowieka. To niesamowite, ile zła można dokonać podczas 60 wiosennych dni. Tyle właśnie zajęło Milicji ujęcie zbrodniarza. Jego życiorys wystarczyłby na kilkuodcinkowy serial kryminalny.

Pozostaje nam cieszyć się, że znamy Pana Ołdaka jedynie z kart tej książki.