wtorek, 15 stycznia 2019

Popierasz Owsiaka?!

Taka historia.... Kiedy urodził się Marek miał żółtaczkę. Nie taką zwykłą, fizjologiczną, ale tą gorszą - wynikającą z różnicy w grupie krwi Mamy i Taty (ja mam "0" a Mariusz "A"). W szpitalu ponaświetlali nas i z uśmiechem wypisali do domu. Cieszyłam się bardzo, ale jedna rzecz spokoju mi nie dawała: Marek ciągle spał. Wszyscy chwalili, jakie to grzeczne dziecko: je i śpi! Marzenie każdej Mamy! Nie panikuj... A ja spać nie mogłam. W końcu pojechałam do szpitala na badanie krwi. Bilirubina 18,9. Do końca życia będę pamiętała strach w oczach lekarki i informację przekazaną drżącym głosem: "Trzeba natychmiast zacząć naświetlania bo może dojść do uszkodzenia mózgu". My nie mamy inkubatora wolnego... proszę szukać... Z dzieckiem na ręku i ze łzami w oczach pojechaliśmy na poszukiwania. Jeden szpital - nic, drugi szpital... Kiedy weszliśmy spanikowani na oddział Szpitala w Zdrojach, przywitał nas rząd wolnych inkubatorów... KAŻDY Z SERDUSZKIEM WOŚP - U. 
Marek jest zdrowy. Gra na skrzypcach, ćwiczy dżudo - jest świetnym dzieciakiem. Jurku dziękujemy! Marek będzie z Tobą grał do końca świata i o jeden dzień dłużej!

piątek, 11 stycznia 2019

Papierowe duchy

Lubię takie książki. Klimatyczne, trochę straszne, w których nie ma miliarda bohaterów, a Ci którzy są, mają naprawdę sporo do powiedzenia. Pomiędzy stronami skrzy od emocji, od wydarzeń i od strachu. Czarno-białe zdjęcia dodają całej powieści pikanterii... No, jestem pod wrażeniem.  
Grace długo przygotowywała się do realizacji swojego zamierzenia. Przeanalizowała wszystkie scenariusze, które mogłyby ją spotkać. Przygotowała zapasy gotówki, farby do włosów na wypadek konieczności zmiany wyglądu, a nawet położenie hoteli i moteli wzdłuż planowanej trasy. Wszystko po to, aby całą sobą oddać się realizacji planu, jakim jest rozwikłanie zabójstwa swojej starszej siostry. Ciała dziewczyny nigdy nie odnaleziono, a dla małej Grace z przeszłości cała sytuacja była wyjątkowo traumatyczna. Chcąc uporać się z przeszłością, Grace wyrusza w podroż z Carlem - domniemanym seryjnym mordercą - który na swoim sumieniu ma kilka młodych istnień. Niestety z Carlem dość trudno się dogadać, jako że cierpi na demencję. Do tego facet rozmawia z duchami i ma wrodzony szósty zmysł, dzięki któremu potrafi przewidywać wydarzenia. 
Carla - pomimo tego, że w powieści jest tym czarnym charakterem - uwielbiam. Przypomina mi Hannibala Lectera i szczerze mówiąc przez całą lekturę miał dla mnie twarz Antoniego Hopkinsa. Jego zachowanie, jego słowa i to, że był w stanie przygarnąć napotkane, bezdomne zwierzaki - to wszystko złożyło się na obraz człowieka, którego pokochałam. Ja wiem, że On miał być tym złym. I co z tego? To właśnie Carl Zdobył moje serce, a zakończenie umocniło mnie w poczuciu wielkości postaci. 
Powieść jest podróżą przez Stany. Podróżą w ciasnym samochodzie, z miejsca na miejsce, w ciągłej pogoni za prawdą. W miarę jak upływa asfalt szos, odkrywamy traumę związaną z zabójstwem siostry, szczegóły morderstw, o jakie posądzono Carla oraz to, że nie wszystko jest takie, jak nam się na pierwszy rzut oka wydaje. Carl nie broni się przed zarzutami postawionymi mu przez społeczeństwo i wymiar sprawiedliwości. On odkrywa dla Grace swoje oblicze. To drugie oblicze schowane przed dziennikarzami i składem sędziowskim. 
Powieść jest niesamowita. Tajemnicza, pełna grozy z jednej strony, a jednocześnie zachowanie Carla często rozczula i zadziwia. Do tego jeszcze mamy duchy, które nieustannie towarzyszą Carlowi i grace w podróży  i drażnią kobietę niebotycznie. Nastrój książki godny Pulitzera. 
"Papierowe duchy" to podróż przez Stany, podróż przez życie Grace i podróż przez umysł Carla. Wszystkie te wyprawy są niesamowicie wciągające. Zapraszam Was w podróż. Warto.  

sobota, 5 stycznia 2019

Szachy

Kiedy byłam mała, moja Mama kupiła mi książeczkę o nauce gry w szachy. Pamiętam, że była ona stworzona na zasadzie rozmów dwóch małolatów, którzy metodą prób i błędów poznawali zasady gry. Gra podobała mi się okrutnie, ale po poznaniu podstaw nijak nie mogłam zrozumieć dalszych tajników i zasad tej gry. Reguły obowiązujące poszczególne figury i ich podstawowe ruchy to owszem – rozumiałam. Ale co dalej? Niestety, kiedy dochodziłam do omówienia poszczególnych rozgrywek zniechęcałam się do dalszej nauki. 
Moje dzieciaki mają szachownicę. Właśnie tę moją – z dzieciństwa. Niestety grają szachami w warcaby, bo matka zbyt tępa jest, aby ich nauczyć gry królów. Kiedy więc zobaczyłam na książce wielki napis „Szachy” i grafikę wskazującą jednoznacznie, że adresatem książki są dzieci – nie wahałam się. Czekałam z lekką obawą na jej przybycie pod mój dach. I nie zawiodłam się. 
"Szachy są grą logiki i wyobraźni, czyli szlachetną walką, toczącą się na płaszczyźnie ludzkiego umysłu”. 
Tak mówi do czytelnika królowa i rzeczywiście tak jest. Może to trochę górnolotne, ale nie zaprzeczycie, że eleganckie i prawdziwe. Uwierzcie mi - cała książka, pomimo tego, że jest skierowana do dzieci, jest właśnie taka - elegancka i prosta w odbiorze. W pierwszej kolejności czytelnik zaznajamiany jest z bierkami. Każda figura zostaje zaprezentowana, a następnie staje się przewodnikiem czytelnika po swoich umiejętnościach. Dowiadujemy się, jakie ruchy i jakie możliwości wiążą się z poszczególnymi bierkami. Oczywiście najlepsze są pionki, które budzą niesamowitą sympatię. Świetny jest też król, który z pokorą tłumaczy, czym jest mat. Trochę wychodzi na tchórza zamiast na króla - ale cóż – taka robota. 


Partia hiszpańska, obrona słowiańska, mat w siedmiu ruchach… to wszystko może przydarzyć się podczas otwarcia. Książka świetnie to tłumaczy, pokazując poszczególne ruchy i możliwości na rozrysowanych szachownicach. Ruch po ruchu, opatrzone komentarzem, naprawdę wydają się proste. Problem pojawia się wówczas, gdy próbujemy wprowadzić to w życie. Mam wrażenie, że nawet przy tak świetnie napisanym podręczniku przyda się jednak przeciwnik, który choć trochę ogarnia zasady tej gry. Ja z dzieciakami bawiłam się świetnie do tego momentu. Potem już samodzielne roztrząsanie prezentowanych zasad trochę nas przerosło. Rozdziały „Droga do zwycięstwa”, „Kombinacje” i „Klucz do zwycięstwa” zostały przez nas tylko przewertowane i choć naprawdę świetnie się to studiuje i ogląda obrazki, to jednak w praktyce, samemu nie mamy szans, aby ogarnąć zasady. Żywy człowiek, które odpowie na nasze pytania i wątpliwości jest po prostu niezbędny. 
Nie ulega wątpliwości, że dzieciaki, które mają ochotę nauczyć się podstaw gry w szachy, będą miały z lektury tej książki niesamowitą frajdę. Twarda okładka i kredowy papier nie tylko uprzyjemniają oglądanie tego podręcznika, ale i sprawiają, że trwałość tej książki jest bardzo duża. To niezmiernie ważne, jeżeli uświadomimy sobie, że książka przechodzi z rąk do rąk pomiędzy graczami, a jej zawartość wertowana jest okrutnie. 

Urzekły mnie ilustracje, na których poszczególne figury zostały uczłowieczone. Król - w zależności od wyniku rozgrywki - albo płacze rzewnymi łzami, albo śmieje się do rozpuku. Pionki są śmieszne i trochę wzruszające, a królowa to prawdziwa dama. Konik jest odważny, wieża często się złości... Słowem nic, co ludzkie, nie jest im obce. Dzięki takiemu zabiegowi czytelnik ma wrażenie, jakby szedł przez tajniki wiedzy szachowej w towarzystwie kilku osób, które służą radą i pomocą. Niestety - to nadal trochę mało. 
„Szachy” to świetna pozycja i rewelacyjny podręcznik, ale tylko do nauki podstaw tej gry. Ważne jest to, że zawartość książki nie zniechęca do dalszego poszukiwania a raczej motywuje.

piątek, 4 stycznia 2019

O przepięknej książce, czyli o tym, jak "Czerwony notes" zawładnął moimi świętami

Przepiękna książka. To jedna z tych, których nigdy nie zapomnę. Siedzi w sercu jak zadra, pomimo tego, że skończyłam ją czytać kilka tygodni temu. Takie książki powinny być sprzedawane na oddzielnych stoiskach dla pozycji wybitnych. Wzruszająca do bólu, do łez. Powalająca prostotą przekazu. Zachwycająca fabułą. Wybitna. 
Staruszka, o pięknym imieniu Doris, żyje samotnie w jednym ze szwedzkich miast. Każdy dzień mija tak samo. Poranek, południe, wizyta opiekunki, obiad, kolacja, spanie. Nieraz kąpiel, jeżeli opiekunka pomoże. Oknem na świat jest komputer. To dzięki niemu Doris może kontaktować się z cioteczną wnuczką, żyjącą daleko, za oceanem. Jenny kocha Doris, jak matkę (a nawet bardziej) i z chęcią poświęca Jej swój czas. Z niecierpliwością oczekuje na cotygodniowe połączenia, aby choć na chwilę poczuć wolność i niezależność. Doris czuje, że jej ziemski czas dobiega końca, w związku z czym postanawia, że jedyna bliska jej sercu, osoba powinna poznać rodzinne tajemnice i sekrety ciotecznej babki. 
Losy Doris - tej siwiutkiej i schorowanej, acz jednak wyjątkowo pogodnej kobiety - to jedno. Równocześnie z tym wątkiem poznajemy zawartość czerwonego zeszytu - podarunku dla Doris od taty. Notes towarzyszył Doris przez całe jej życie. Zapisywała w nim swoje radości i smutki, swoje przygody miłosne i rozczarowania. Poznajemy miłość jej życia - mężczyznę, który ciągle się gubił, ciągle gdzieś podróżował. Kochali się i szukali przez całe życie. Wzruszające zapiski Doris prowadzą nas przez całe jej życie, aż do dnia, kiedy świat powiedział "Stop". Notes był dla Doris nie tylko pamiętnikiem. Zapisywała w nim również adresy i telefony najbliższych jej osób. Wrażenie zrobiły na mnie te zapiski niesamowite. 
Nie potrafię powiedzieć, co mnie w tej powieści tak poruszyło. Pewna jestem tylko tego, że to po prostu przepiękna historia. Doris przeżyła naprawdę wiele. Mogłaby obdarować swoimi przeżyciami kilka osób i jeszcze by dla niej sporo zostało. Niestety jej losy były smutne i poruszające. Nie będę pisała o szczegółach, żeby nie psuć przyjemności czytania, ale zapewniam Was, że Doris swoim życiem poruszy nawet te zatwardziałe serca. Łza kręciła się w moim oku niejeden raz, a myśli o życiu i przemijaniu kłębiły się w mojej głowie niczym fale podczas sztormu. A już zakończenie powaliło mnie na kolana. Piękne, wzruszające i gdyby nie to, że moje dzieciaki ciągle kwękały mi nad głową, płakałabym jak bóbr. 
Piękna powieść w pastelowych barwach, poruszająca wszystkie emocjonalne struny naszego jestestwa. Nie wiem jak zachęcić, więc napiszę: Czytajcie, a nie pożałujecie!

czwartek, 3 stycznia 2019

Bakhita

Ooooo! Ale mnie zaskoczyła ta książka! Wyjątkowo. Znam pierwszą powieść autorki pt. „Czekam na Ciebie” i - choć mi się podobało – to jednak zachwytu nie było. „Bakhita” natomiast jest dla mnie absolutnym objawieniem. Miało być o kobiecie uznanej za świętą, więc spodziewałam się spokojnej lektury o tym, jak czarnoskóra Bakhita odnajduje drogę do Boga. Dostałam wstrząsającą powieść ukazującą całe zło niewolniczej Afryki. Pierwszą połowę powieści czytałam niedowierzając temu, co czytam. Czy naprawdę było aż tak strasznie? Niby wszyscy wiemy, że niewolnicy byli traktowani bardzo brutalnie. Dzieci były oddzielane od matek, rodzeństwo od sióstr i braci, a żony od mężów. Przeżywali tylko najsilniejsi, bo brud i choroby zabierały każdego, kto choć trochę podupadał na zdrowiu. Bicie i maltretowanie było na porządku dziennym. Kiedy przeczytałam o tatuażach... ale od początku. 
Kiedy wzięłam książkę do ręki wcale nie byłam zachwycona perspektywą jej czytania. Dość opasłe tomiszcze zawierające głównie opisy; dialogów jak na lekarstwo... na szczęście autor wraz z wydawcą zadbali o wygodę czytelnika i kolejne wątki i myśli oddzielili od siebie nie tylko akapitami, ale też przerwą w tekście. Wertowałam, miąchałam, gdzieś tam w środku zaczęłam czytać i ... przyłapałam się na tym, że z wypiekami na twarzy czytam powieść... od środka! 
Gdzieś daleko w Sudanie, w XIX wieku, żyje sobie plemię szczęśliwych ludzi. Rytm życia wyznacza im przyroda, jedzą dary ziemi, żyją w zgodzie i harmonii. Kiedy wodzowi rodzą się dwie córki bliźniaczki, wystawia maleństwa do księżyca i wymawia imiona dziewczynek, oddając je pod ochronę żywiołom ziemi. Niestety tę sielankę przerywają brutalnie handlarze niewolników. Porywają ludzi z wiosek i gnają przez pół kraju, nie bacząc na siły i zdrowie czarnoskórych nieszczęśników. Straszne rzeczy dzieją się po drodze, jeszcze gorsze po dotarciu na miejsce... w ogóle koszmar, jaki przeżyli Ci ludzie jest nie do opisania. Kiedy Bahita trafiła w ręce wysokiego urzędnika myślałam, że to koniec Jej udręki. Niestety żona i córka Pana prześcigały się w wymyślaniu, jak tu obrzydzić życie niewolnikom. To właśnie w tym domu Bakhita wraz z małą dziewczynką zostały poddane najgorszej próbie... płakałam po prostu. 
Część opisująca losy w Afryce zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Człowiek człowiekowi zgotował ten los... coś potwornego. Wrażenia wzmacnia jeszcze fakt, że autorka nie śpieszyła się w pisaniu. Wszystko jest pokazane wyjątkowo plastycznie i szczegółowo. Działa na czytelnika wbijając nóż prosto w serce.... 
Kidy Bakhita trafia do Włoch, powieść zmienia swoje oblicze. Robi się bardziej ludzka, mniej pierwotna. Zaczynają pojawiać się uczucia nie tylko głodu i rozpaczy. Tu już czytałam ze spokojem, co nie oznacza, że było łatwo. Przerażające jest to, jak bardzo jest się niewolnikiem w sercu. Bakhita nie potrafi cieszyć się wolnością, nawet wówczas, kiedy naprawdę ją odzyskuje. 
Bakhita jest postacią autentyczną. Cytując za Wikipedią 
„Św. Józefina Bakhita patronuje chrześcijanom mieszkającym w Sudanie, zgromadzeniom sióstr kanosjanek i braci kanosjanów, a także wszystkim dziełom miłosierdzia, w szczególności nastawionym na ubogie dziewczęta i kobiety”. 
Rzeczywiście całe swoje życie poświęciła ubogim dzieciom i dziewczętom. Miała wyjątkowy dar zbliżania ich do siebie. Wycierała zasmarkane nosy, całowała obtłuczone kolana, ale – co najważniejsze – podtrzymywała na duchu i pokazywała którą drogą należy iść. 
Książka jest niesamowita. Stanowi rewelacyjny zapis życia, ale nie można tego nazwać biografią. Zbyt wiele emocji i uczuć. To tak jakbyśmy mieli w ręku film tylko, że wydrukowany. Opisy są tak plastyczne, że czytelnik czuje się tak, jakby tam był. Niby siedzę w fotelu i trzymam książkę, ale słyszę świst bata nad głową i ból wywołany tworzeniem tatuażu na skórze. Talent pisarski autorki jest niewątpliwy i zauważalny. Za Bakhitę autorka została uhonorowana nagrodą Prix Fnac, a także znalazła się w finale Nagrody Goncourtów i Prix Femina. To idealny przykład tego, jak można pięknie rozwinąć warsztat pisarski. Pierwsza powieść tej autorki nie zachwyciła mnie. Bakhita już tak.

środa, 2 stycznia 2019

Pocztówki z Amsterdamu

Lubię ciepłe książki. To takie ciepłe bułeczki maślane z powidłami, które ozdabiają moją biblioteczkę. Podczas lektury takich powieści robi się lekko na duszy, świat pięknieje, a wszystkie problemy stają się jakby mniejsze i mniej wyraźne. Problem jest taki, że często granica pomiędzy dobrą, obyczajową powieścią, a kiczem, jest bardzo płynna i zdarza się, że autor - chcąc przypodobać się "babskiej części czytelników - przesadza z tym optymizmem i uczuciami... I wtedy mamy właśnie kicz. Na szczęście "Pocztówki z Amsterdamu" uchroniły się przed takimi zapędami. Autorka stworzyła świetną książkę ku pokrzepieniu babskich serc. Niestety, dopiero podczas lektury zorientowałam się, że jakoś tak brakuje mi pewnych elementów układanki. Zerknęłam do neta i okazało się, że "Pocztówki z Amsterdamu" to kontynuacja powieści "Do jutra w Amsterdamie". Szkoda, że wydawca nigdzie nie umieścił notatki o tym, że to druga część. Na szczęście byłam już tak wciągnięta w losy Agnieszki, że tylko przeczytałam kilka recenzji pierwszego tomu. To mi wystarczyło, aby szybko pojąć, co z czym się je.
Kiedy poznajemy Agnieszkę, dziewczyna jest na życiowym zakręcie. Wróciła z Holandii do Polski po miłosnym rozczarowaniu i próbuje na nowo ułożyć sobie życie. Rozpoczyna pracę w redakcji lokalnej gazety w Drawnie, odnawia przyjaźnie i na nowo układa stosunki z mamą. Pomoc mamy jest nieoceniona, jako że dziewczyna jest w ciąży. Wrodzona ciekawość świata powoduje, że Agnieszka wpada na trop afery, w którą wplątani są miejscowi notable. Mamy również wątek dotyczący nieuczciwego pośrednictwa pracy i tajemnicze pocztówki, przychodzące do naszej bohaterki z różnych holenderskich miejsc...
Powieść jest cudowną mieszaniną wspomnień z Holandii przewodnika po Pojezierzu Drawskim i przepięknej historii opowiadającej o tym, że przez życie trzeba iść z podniesioną głową. Nasza bohaterka nie daje się pokonać nostalgii i tęsknocie, Z uporem godnym podziwu walczy z tęsknotą za przeszłością i życiem w ukochanej Holandii. Rzuca się w wir dziennikarskiej pracy, odnawia przyjaźnie, zawiera nowe i bacznie obserwuje otaczający ją świat. Pióro autorki zachwyca prostotą przekazu i ciepłem bijącym z każdego słowa. Losy Agnieszki podszyte są miłością do świata i przekonaniem, że na wszystko znajdzie się rada a ciepłe ciasto drożdżowe pozwoli zwalczyć wszelkie smuteczki. 
Pomimo lekko frywolnej okładki zapewniam Was, że „Pocztówki z Amsterdamu” to ciepła i mądra książka o przyjaźni, tęsknocie i sile rodziny. Spędziłam przy tej powieści kilka przesympatycznych wieczorów i za każdym razem lektura podnosiła mnie na duchu i sprawiała, że świat dookoła mnie wydawał się odrobinkę lepszy.

czwartek, 20 grudnia 2018

Czerwony wariant

Odkryłam nowy świat. Ja - wielbicielka nastrojowych światów Pana Pilipiuka nie zdawałam sobie sprawy, że pod moim nosem wykwitł świat, który mnie połknął i zachwycił. I jak to u mnie bywa - czytać zaczęłam od całkowicie ostatniego tomu. Chociaż mam wrażenie, że w świecie, który odkryłam każda opowieść jest częścią wielkiej całości, a jednocześnie zamkniętą historią. 
Uniwersum Metro 2033 to projekt literacki, którego duszą i prekursorem jest Dmitrij Głuchowski. Książki z tej serii opisują przygody ludzi, którzy przetrwali wojnę nuklearną. Oczywiście znany nam świat przestał istnieć, a całe życie kieruje się zupełnie innymi regułami niż te, które znamy. Głównym miejscem, w którym zamieszkują ludzie, są linie metra. Ocaleni po III wojnie światowej żyją pod ziemią i nie mają możliwości powrotu na powierzchnię z powodu panującego tam promieniowania radioaktywnego i mutantów które opanowały ziemię. Seria cieszy się sporym zainteresowaniem, a poszczególne części zbierają bardzo dobre recenzje. Nic dziwnego, że powieści wchodzące w skład "Metro..." bardzo często goszczą na półce bestsellerów i to zasłużenie. 
"Czerwony wariant", który pochłonął mnie całkowicie, to najnowsza powieść w serii Uniwersum metro 2035. Nie pytajcie skąd nazwa serii, bo już nie miałam siły dociekać. Zresztą nie o to chodzi. Powieść jest po prostu świetna. Człowiek zanurza się w świecie zupełnie mu nieznanym, który po zakończonej lekturze wypluwa go do dzisiejszej rzeczywistości jako zupełnie innego gościa. Przecieramy oczy i cieszymy się, że w naszym świecie nic się nie zmieniło, a czytana lektura, to taka bajka dla dorosłych... 
Podziemne linie kijowskiego metra są domem dla tych, którzy przetrwali. Ludzie zjednoczyli się i funkcjonują w społeczności zwanej Krzyżem. Metro jest dla nich wszystkim. Cenią schronienie pamiętając, że gdzieś tam istnieje jeszcze jedna - owiana tajemnicą - najdłuższa linia kijowskiego metra, zwana linią czerwoną. Z niewiadomych przyczyn jest ona dla naszych bohaterów niedostępna i odcięta od reszty świata. Nie wiadomo co się w niej dzieje, gdyż została zablokowana przez mieszkańców od wewnątrz. 
Autor stworzył bohaterów powieści w sposób wyjątkowo dokładny. Uwielbiam, kiedy główne postacie są nakreślone mocną linią. Tu nie ma szarości - wszystko jest czarne albo białe, tak jak powinno być. Zresztą - jak to w bajkach bywa, nawet tych dla dorosłych - nietrudno postawić grubą kreskę pomiędzy dobrymi i złymi bohaterami. I powiem Wam że nawet główny bohater nie wzbudził mojej sympatii. Dodam, że nie jest to minusem, po prostu tak jest. Kiedy głównym bohaterem jest nie człowiek, a społeczność i ludzka mentalność, to uczucia czytelnika do jednostki nie mają znaczenia.  Fabuła szybka i skondensowana, bohaterowie świetnie wykreowani, a zagadka czerwonej linii, która owiana jest tajemnicą przez całą powieść - zaskakuje.
Bardzo, bardzo mi się podobało. Świat bez zieleni i słońca, z klaustrofobiczną codziennością w metrze - zachwyca. A jeżeli dodam, że książek w serii jest wiele - chyba czeka mnie dłuuugie i smakowite odkrywanie. 
Jedyne co mi się nie podoba to okładka. Dorosłego czytelnika nie przyciągnie a zapewniam Was, że warto poznać ten świat. 

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Enola Holmes. Sprawa zaginionego markiza

Enola Holmes to siostra Sherlocka Holmesa. Właściwie więcej pisać nie trzeba, bo klimat powieści jest dokładnie taki sam, jak klimat powieści stworzonych przez Artura Conan Doyle'a, których bohaterem jest Sherlock. Autorka postarała się, aby czytelnik przeniósł się duchem do XIX wieku i zachwycił się ówczesną epoką. Nie ulega jednak wątpliwości, że końcówka XIX wieku to dla kobiet nie najlepszy okres. Skrępowane gorsetami i konwenansami, bez praw wyborczych i możliwości decydowania o sobie mogły właściwie tylko leżeć i pachnieć. Oczywiście te bogate. Enola na pewno nie poddaje się tym zasadom; pragnie być samodzielna, chodzić w spodniach, jeździć na rowerze i rozwiązywać zagadki. Jest bystra i inteligentna. Uwielbia główkować i - wzorem swojego brata  - nieźle kombinuje, głowiąc się nad problemem, z którym przyszło się Jej zmierzyć. Dziewczyna stanowczo wyprzedza epokę, w której żyje i jest godną siostrą swego brata!
Niestety w dniu 14 urodzin spotyka ją wielka przykrość. Znika jej matka, nie pozostawiając po sobie prawie żadnego śladu. Jedyne co po Niej zostaje to zeszyt, który ma być prezentem urodzinowym dla Enoli. Zawiera on zaszyfrowane wiadomości, ozdobione rysunkami kwiatów.  Dziewczyna dochodzi do wniosku, że Mama bardzo się nad nim napracowała opisując, rysując i szyfrując. Jak się później okazuje, zeszyt będzie bardzo przydatnym narzędziem dla młodej Pani detektyw. 
Zniknięcie matki to wyjątkowo tragiczne wydarzenie. Do domu przybywają bracia Enoli - Sherlock Holmes i mniej znany brat, Mycroft. Oboje są zbulwersowani stanem domu, brakami w edukacji młodszej siostry i ogólnym zaniedbaniem otoczenia. Enola z przerażeniem słucha planów dotyczących umieszczenia jej na pensji dla młodych panien. Bracia chcą ją wtłoczyć w gorsety i halki, a tymczasem Ona pragnie hasać po lasach i jeździć na rowerze. Enola podejmuje decyzje, która wpłynie na jej całe późniejsze życie.
Autorka świetnie oddaje klimat tamtych czasów. Wszędzie panujące ograniczenia i konwenanse wyzierają ze wszystkich stron powieści. Enola nie chce nosić gorsetu, nie chce grzecznie dygać na przywitanie i wkładać pod spódnicę sześciu halek. Mały markiz - będący bohaterem zagadki - też buntuje się przeciwko standardom epoki. Dzieciaki chcą się uczyć, myśleć  i czerpać z życia pełnymi garściami. A w tle tego wszystkiego mamy XIX - wieczny Londyn z jego zaułkami i śmierdzącymi kanałami. Enola przekonuje się, że Londyn to nie tylko piękne miasto i eleganccy Panowie, ale również dzieci śpiące pod gołym niebem i żebracy proszący choć o kawałek chleba. 
Oczywiście koniecznie należy wspomnieć o zagadce, która w powieści gra pierwsze skrzypce. Pomijając zaginięcie Mamy Enoli, w powieści jest jeszcze jedna zagadka do rozwikłania, a mianowicie zaginięcie młodego markiza. Mam wrażenie, że zaginiecie Matki będzie ciągnęło się przez całą serię, łącząc poszczególne tomy. Dodatkowo każda część będzie miała swoją zagadkę, której rozwiązanie czekać będzie na czytelnika na końcu każdego tomu. Tak własnie jest z zaginięciem markiza. Dodać należy, że zagadka jest bardzo sympatyczna, a jej rozwiązanie  rewelacyjnie logiczne. 
Zachwyciła mnie zabawa szyframi. To, jak Mama Enoli szyfrowała dla niej wiadomości jest naprawdę rewelacyjne. Moje dzieci szybko załapały i teraz po domu panoszą się kartki ze zbitkami niezrozumiałych liter... Świetna zabawa, która książce dodaje nieco smaczku i tajemniczości. 
"Sprawa zaginionego markiza" z serii "Enola Holmes" to teoretycznie powieść dla  młodzieży. Na pewno młodego odbiorcę poniesie rozwiązywanie szyfrów i zagadek. Jednak nie zniechęcaj się starszy czytelniku (cokolwiek to ma znaczyć :-)) Ciebie powieść też zachwyci. Może fabuła nie jest zbyt skomplikowana, ale bogate słownictwo, klimat epoki i przepiękna okładka będzie na pewno świetną odskocznią od świątecznego szaleństwa. Myślę że - podobnie jak wcześniejsze powieści  Nancy Springer - seria o przygodach Enoli Holmes szybko zagości na liście bestsellerów. Polecam. 

środa, 12 grudnia 2018

O tym jak Joanna Chylka zawładnęła moim światem.

Krzysztof Gosztyła, który swoim pięknym głosem potrafi zaczarować każdą książkę, przekonał mnie, abym sięgnęła po książkę pt. "Kasacja". Uwierzcie mi - nazwisko autora nic mi nie mówiło. Raczej myliłam Go z Panem Ciszewskim ,który popełnił książkę pt. "Mróz". Podeszłam do powieści jak do każdej, którą słucham - ot lekka powieść do uatrakcyjnienia codziennych spacerów z psem. Dodam jednak, że nie zdarzyło mi się jeszcze, abym - pomimo miłości do słowa drukowanego - zrezygnowała z audiobooka czytanego przez Pana Krzysztofa Gosztyłę. Ten głęboki głos sprawia, że każdą z nich traktowałam jak małe dzieło sztuki. Do niedawna. Twórczość Remigiusza Mroza zmieniła to. Kiedy - słuchając Chyłki - przesiadłam się ze słuchawek na czytnik  czułam się tak, jakbym zdradziła przyjaciela. Ale Pan Krzysztof na pewno mnie zrozumie. Oddaje czytanym powieściom cały swój talent, przez co książki czytane są dokładnie tak jak powinny - powoli, z odpowiednią intonacją oraz z inną barwą głosu dla każdego bohatera. A ja już naprawdę nie mogłam się doczekać! Tak bardzo chciałam wiedzieć, co będzie dalej, jak sobie Chyłka poradzi z życiem, a Zordon z Chyłką... no i przesiadłam się na czytnik. Czytałam dużo szybciej, przez co dużo szybciej skończyłam całą serię....


I JAK TERAZ ŻYĆ? NO JAK ŻYĆ BEZ CHYŁKI!?

Joanna Chyłka jest adwokatem. Samotna, piekielnie inteligentna kobieta, każdą sprawę którą bierze, rozbiera na części pierwsze, a następnie nokautuje przeciwnika. Pewnego dnia, przed siedzibą kancelarii Żelazny & McVay, spotyka aplikanta Kordiana Ordyńskiego vel Zordona. Z charakterystyczną dla siebie ostrością, bez skrupułów, miesza chłopaka z błotem i... tak się zaczyna historia prawniczego duetu, który podbił moje serce. Chyłka początkowo jest patronem młodego aplikanta. W kolejnych tomach ich relacja zmienia się, ale Oni pomimo tego - niezmiennie dostarczają czytelnikowi radości. 
Nie będę pisać o każdym tomie. Internet pęka w szwach od zachwytów. Napiszę tylko tyle, że dawno nie czytałam (słuchałam) tak dobrych powieści. Każdy tom zaskakuje, każdy przedstawia inną historię, która jest wyjątkowa sama w sobie. Porwania, okupy, morderstwa... wiem, że brzmi to dość popularnie, ale uwierzcie mi - Pan Mróz zrobił z tak oklepanych wątków istne cacka. 
Jednak w serii o Chyłce to nie kryminalne historie mnie uwiodły. Mój zachwyt wzbudziła sama Chyłka. Bezczelna, bezkompromisowa, chamska, mówiąca wprost o wszystkim, nie mająca żadnych hamulców. Kocham ją. Zordon natomiast to jej całkowite przeciwieństwo. Początkowo nieśmiały i delikatny, przy Joannie szybko się uczy. Wielką przyjemność sprawiało mi obserwowanie, jak z delikatnego chłoptasia przemienia się w żarłocznego prawnika z pazurem w charakterze. 
Panie i Panowie. Może to oklepane, ale ogłaszam wszem i wobec: Książki Remigiusza Mroza o duecie prawniczym Chyłka - Zordon są dla mnie odkryciem 2018 r. 

Teraz czas na Forsta. Podobno też niezły :-) 

O tym że nie każdy romans jest romantyczny, czyli "Mikołaj na zamówienie"

Boże drogi i co ja mam napisać!? Spodziewałam się książeczki pokroju 50 twarzy Greya - szybkiej w czytaniu i miłej w odbiorze, ot na jeden zimowy wieczór. To, co dostałam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Książeczkę pt. "Mikołaj na zamówienie" ratuje świąteczny nastrój i to, że pisana  jest zabawnym językiem, ale...  to trochę mało. Bardzo żałuję, że autorki nie wysiliły się na troszkę więcej i całą swoją wenę oddały erotycznym scenom. Gdyby troszkę odpuściły w tej kwestii, a rozbudowały fabułę, wyszłoby całkiem nieźle. A tak wyszedł erotyczny gniot z niezłym zakończeniem.
Żeby było jasne - rozumiem wszystkie te kobitki, którym się podoba. Pikantne szczegóły, historia jak z bajki i nutka wulgarności doprowadziły tę książeczkę w wielu księgarniach do miana bestselleru. To wyraźnie pokazuje, że powieść ma swoje grono fanek. Ja jednak do nich nie należę. 
Nick jest właścicielem firmy, której pracownicy zajmują się spełnianiem marzeń i fantazji. Pracownicy płci męskiej, klientom płci damskiej oczywiście. Nick z zasady sam nie przyjmuje zleceń, ale choroba kolegi zmusza go do przebrania się w strój Mikołaja i ruszenia do pracy. Zlecenie Nicka pochodzi od rudowłosej, samotnej piękności, pragnącej zabawić się nieco w święta. Idąc wykonać zlecenie nasz bohater spotyka Holly, która właśnie przeżyła spotkanie ze świątecznym czołgiem, w postaci śpieszącej się kobiety. Holly podczas tego starcia straciła ulubione szpilki i rajstopy. W takim stanie spotyka ją  Nick, a że Holly jest rudowłosą pięknością - nietrudno domyślić się co dalej. 
I się zaczyna. Uczucie zapłonęło w naszych bohaterach od pierwszego wejrzenia. Ostry, dziki seks zajmuje kolejne stronice powieści i co najgorsze - inna fabuła nie występuje. Możemy poznać szczegóły anatomii zarówno Holly jak i Nicka. Czy ciekawe? - nie bardzo... Dziesięć stron, dwadzieścia stron, trzydzieści stron... człowiek zastanawia się, ile można na ten temat pisać. Jak się okazuje - można, tyle, że nieciekawie. 
Oczywiście Holly znika, Nick jej  nie może znaleźć. Zrozpaczony poszukuje  kobiety swojego życia, (szybko poszło) a kiedy ją znajduje, wszystko zmierza do końca pod szumna nazwą "i żyli długo i szczęśliwie". 
Jeden fragment mi się podobał. Otóż jest scena, w której Nick przez przypadek spotyka Holly na bankiecie firmowym. Dziewczyna przyszła w towarzystwie nieciekawego współpracownika, który musi zmierzyć się intelektualnie z Nickiem, walcząc o kobietę. Uśmiałam się niesamowicie. Tak - to było niezłe. Niestety krótkie. 
Ponad pięćdziesięciostronicowy opis seksualnych poczynań naszej pary w książce, liczącej sto pięćdziesiąt stron to trochę średnie. Jeżeli dodamy do tego wstęp (który też trochę stroniczek zajął) to można uznać, że wygibasy naszej pary są dominującą fabułą w tej książeczce. Owszem jest zakończenie ale uwierzcie mi - stanowi tylko zmyślny finał erotycznych opisów. Właściwie to zakończenie stanowi jakikolwiek pozytyw w tej książce. To w zakończeniu dowiadujemy się o tym, że Holly jest pracownikiem kancelarii prawnej, obsługującej firmę Nicka. I to właśnie w zakończeniu mamy ten fragment, który mnie zaskoczył i sprawił, że jednak nie skreśliłam tej książki całkowicie. 
Jeżeli macie ochotę na świąteczny klimat, to nie sięgajcie po tę książkę. Zróbcie to tylko wówczas jeżeli macie ochotę poczytać niezbyt lotne opisy seksualnych zapasów Nicka i Holly. 

wtorek, 11 grudnia 2018

Aparatus, czyli o fantastyce nawet dla tych, którzy nie kochają fantastyki

Twórczość Andrzeja Pilipiuka pokochałam, kiedy przyszło mi bliżej zapoznać się z imć Jakubem Wędrowyczem. Ten pijus i zakapior zdobył moje serce. Zaśmiewałam się do łez czytając o jego perypetiach. Potem przyszło mi poznać serię pt. "Oko jelenia" i przepadłam dokumentnie. Dlatego - choć za opowiadaniami nie przepadam - każdy tom opowiadań Andrzeja Pilipiuka przynosi mi radość. I tym razem się nie zawiodłam. Aparatus mnie zachwycił. W wielu księgarniach książka ta jest przedstawiana jako nowość, pamiętajmy jednak, że to kolejne wydanie tej książki, co wyraźnie świadczy o tym, że Pan Andrzej Pilipiuk wysoko wznosi poprzeczkę.
Opowiadania Pana Andrzeja mają bardzo specyficzny klimat. To tak, jakby wszystkie były opowiedziane w kolorze sepii. Mają wyjątkowy, specyficzny nastrój, którego nikt nie powinien naśladować, bo nie ma szans na sukces. Każde naśladownictwo będzie tyko marną imitacją Mistrza. Fantastyczne krainy nie mają sobie podobnych właściwie nigdzie. Alternatywne rzeczywistości zaskakują niespotykanymi cechami. Tylko postacie kolekcjonera staroci Roberta Storma i doktora Pawła Skórzewskiego powodują, że czytelnik oddycha z ulgą. To starzy znajomi z poprzednich tomów opowiadań i czytelnik w miarę wie, czego się można po nich spodziewać. Nie oznacza to wcale że są oni przewidywalni w swoich działaniach. O nie! Zapewniam Was, że zaskoczą niejednym. 
Urzekło mnie opowiadanie pt. "Księgi drzewne". Skrzypce - z racji pasji mego syna - są mi bliskie, a tu przedstawione są jako coś przepięknego i tajemniczego. A już mała, rudowłosa skrzypaczka, będąca tajemnicą samą w sobie - rewelacja. Świetnie jest również opowiadanie pt. "Staw". Z jednej strony trochę przegięte i zakręcone, z drugiej - każdy, kto był w warszawskich łazienkach i widział pływające karpie - giganty zrozumie, że mogą być one pierwowzorem niejednego potwora. Za to bojowe wiewióreczki raczej mnie rozczuliły, niż przestraszyły. Trochę mniej podobało mi się opowiadanie pt. "Ośla opowieść", a to za sprawą nawiązania do bajki pt. "Pinokio", którą bardzo lubię. Nie zmienia to jednak faktu, że pomysł przedni i zaskakujący. Trochę potworny, ale z drugiej strony literatura Pana Pilipiuka zdążyła mnie już do tego przyzwyczaić. 
Wstrząsnęło mną opowiadanie pt. „Za kordonem. Lwów”. Pokazuje nam ponurą historię naszych wschodnich ziem, które utraciliśmy po II wojnie światowej. Oczywiście jest tajemnicza maszyna, szpiedzy i zadanie do wykonania, ale tło historyczne po prostu poraża. Uważam, że świetnie pokazuje samotność Polski po II wojnie światowej. Piękne, polskie miasto Lwów, już właściwie nie polskie, musi zmierzyć się z samotnością i opuszczeniem... smutne to. 
Mamy jeszcze dwa opowiadania, jednak nie będę się więcej wdawała w szczegóły. Powiem tylko, że są bardzo klimatyczne - wieje z nich tajemnicą, pierwotną przyrodą, magią i historią. Wszystko w biało - czarnych barwach, emanuje prostotą przekazu. Opowiadania nie są skomplikowane. To najczęściej jednowątkowe historie, które pozwalają czytelnikowi zatopić się w fabule, a nie główkować, kogo z czym połączyć. Każde opowiadania zachwyca puentą, każde zaskakuje czytelnika pomysłowością autora.
Jeżeli macie ochotę zanurzyć się w inne alternatywne światy i posmakować magii - polecam.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

O tym, że książki nie zawsze muszą wciskać w fotel, a mimo to są piękne. "Szukając przystani"

Bardzo, bardzo mi się podobało. Anna Karpińska posiada rzadką umiejętność pisania z pasją dosłownie o wszystkim, co oznacza, że o "niczym" również. To "nic", pisane piórem Pani Anny, potrafi być tak fascynujące, że trudno oderwać się od Jej książek. "Szukając przystani" to jedna z wielu powieści, które miałam przyjemność przeczytać i każda kolejna umacniała mnie w podziwie dla umiejętności pisania o życiu takim, jakie jest. Bez udziwnień i ubarwień, za to z sercem na dłoni. 
Takie książki działają jak balsam - czytelnik zatapia się w codzienności bohaterów i razem z nimi uczestniczy w trudach dnia codziennego. Niby nic takiego - ranek, popołudnie, wieczór, ranek popołudnie, wieczór... ot zwykła szara codzienność. A jednak autorka potrafi z tej codzienności wykrzesać coś tak pięknego, że Jej powieści czyta się z wypiekami na twarzy. Ta książka jest piękna - tak po prostu. 
Wanda jest kobietą, której życie zawodowe zaczyna zamierać. Jako nauczycielka czuje się po prostu zmęczona i odlicza dni, kiedy będzie mogła rano obudzić się i nie iść do szkoły. Liczy, że wówczas z mężem pojedzie w podróż życia i zacznie cieszyć się szczegółami i przyjemnościami dnia codziennego. Nic bardziej mylnego. Pewnego dnia dowiaduje się, że jej najmłodsza córka, Kasia, jest w ciąży. Dziewczyna nie czuje się zbyt odpowiedzialna za nowo powstałe życie i widać, że nie chce tego dziecka. Kiedy Pola przychodzi na świat Kasia robi wszystko, aby maleństwem zajęła się matka. Wanda czuje, że postępuje niewłaściwie, ale wraz z mężem Ludwikiem postanawiają, że zaopiekują się maleńką. Ta decyzja zaważy na całym życiu Wandy, tym bardziej, że los nie szczędzi jej niespodzianek. Właściwie od chwili, kiedy nasza bohaterka przechodzi na emeryturę, los nie daje Jej o sobie zapomnieć. Ciągle coś nowego - nowe radości, nowe smutki; niestety zdarzają się też i tragedie. 
Można pisać o tym, że to mądra książka, pełna życiowych prawd i inne takie. Rzeczywiście można, ale najważniejsze jest to, że ta powieść jest po prostu pięknie prawdziwa. Towarzysząc Wandzie w drodze "z wiatrem i pod wiatr" trudno szukać szybkich zwrotów akcji i zaskakujących wydarzeń. Owszem - są chwile kiedy czytelnik jest zaskoczony zwrotem akcji, ale wydarzenia są do bólu prawdziwe. To nie jest sensacja  - takie po prostu jest życie i już. 
Powieść czyta się rewelacyjnie. 432 strony połknęłam w dwa dni i stwierdziłam, że chcę jeszcze zwłaszcza, że autorka nie pozostawia wątpliwości co do tego, że drugi tom powstanie. Trochę to nieludzkie kończyć pierwszy tom w takim momencie, ale cóż - rozumiem. 
Polecam wszystkim - i tym zmęczonym życiem i tym, którzy są właśnie na życiowym zakręcie i tym którzy świętują sukcesy. Każdemu się spodoba - zapewniam.

wtorek, 4 grudnia 2018

Nie całkiem białe Boże Narodzenie

Ależ zaskoczyła mnie ta książka! Człowiek oczekuje ckliwej świątecznej powieści o bałwanku, saneczkach i Bożonarodzeniowych perypetiach bohaterów, a otrzymuje kryminał godny Agaty Christie... No może troszkę przesadziłam. Niewątpliwie jednak jest zbrodnia, jest zagadka i dwóch policjantów, którzy, krok po kroku, dochodzą do odpowiedzi na odwieczne pytanie:, „Kto zabił?" A święta? Są, ale w tle. Czujemy je w towarzyszących bohaterom kolędach i pastorałkach, w przygotowaniach do Wigilii i śniegu, co pewien czas padającym za oknem. 
Gdzieś w gęstych lasach, znajduje się samotny pensjonat o zagadkowej nazwie "Mścigniew". Do pensjonatu - kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia - zjeżdżają się goście. Kilka osób chcących odpocząć od codzienności, pragnących zatrzymać się i zastanowić nad swoim życiem. Oczekują kilku chwil spokoju i oddechu, a dostają morderstwo, a właściwie dwa. Jeden z gości tonie w wannie, co początkowo odbierane jest jako nieszczęśliwy wypadek, ale szybko okazuje się, że został on zamordowany. Nie trzeba długo czekać, aby pojawił się kolejny trup. Rozwiązania zagadki podejmują się specjaliści w tej dziedzinie - policjant i prywatny detektyw. Oboje przybywają do pensjonatu przedstawiając się jako para, która chce spędzić kilka dni w spokoju. Po kolei odkrywają, że każdy z gości ma swoje tajemnie i - nie chcąc, aby wyszły one na jaw - kłamią w żywe oczy. Trudno połapać się, kto mówi prawdę, a kto kłamie i nasi bohaterowie muszą się nieźle nagłowić, aby rozwiązać zagadkę. 
Powieść świetnie się czyta. Zakopanie się w zaśnieżonym pensjonacie, gdzie z radia płyną świąteczne piosenki, a z kuchni pachnie piernikami, jest czystą przyjemnością. Autorka nie szczędzi czytelnikowi śmiesznych sytuacji i nieporozumień, które często budzą śmiech i rozbawienie. Perypetie gości są bardzo statyczne - wszystko właściwie dzieje się w pensjonacie, lub w jego okolicach, ale zapewniam Was, że to ani trochę nie przeszkadza w delektowaniu się lekturą. Wręcz przeciwnie - powoduje to, że czytelnik czuje się jakby tam był i razem z policjantami z uwagą śledzi działania poszczególnych gości. 
Rozwiązanie zagadki zachwyca dopracowaniem szczegółów. Kiedy dowiedziałam się, kto zabił w mojej głowie pojawiło się odwieczne:, Czemu ja wcześniej na to nie wpadłam! Autorka trochę zakręciła fabułą, chcąc odwrócić uwagę czytelnika od prawdziwego mordercy i udało Jej się to wyjątkowo dobrze. Zapewniam Was, że rozwiązanie zagadki przedstawionej w tej książce to świetna zabawa. 

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Tajemnice Mille

Świetna powieść, która trzyma w napięciu do początku do końca. Lubię takie. Czytelnik wpada jak przysłowiowa śliwka w kompot. Zagadka na każdym kroku, tajemniczość w każdym słowie, a do tego budowa książki jest arcyciekawa!
Marta Witecka - znana czytelnikom z wcześniejszych tomów opowiadających o Jej perypetiach - publikuje reportaż, którego treść elektryzuje czytelników i powoduje, że wszystkie oczy zwracają się ku małemu miasteczku o wdzięcznej nazwie Mille. Mieszkańcy mieścinki - w blasku reflektorów - obnażają swoje najgorsze cechy. Wychodzą złości i niedopowiedzenia sprzed wielu, wielu lat. A tymczasem miasteczkiem zaczynają się interesować producenci filmowi, którzy na podstawie reportażu Marty chcą nakręcić kinowy hit. Każdy jednak zdaje sobie sprawę, że bez gwiazdorskiej obsady film raczeni nie odniesie sukcesu. Dlatego też do Mille przybywa Joanna Walczak - amerykańska aktorka polskiego pochodzenia, która odniosła wielki sukces. Aby lepiej wcielić się w swoją rolę, zaczyna zadawać mieszkańcom pytania i bezpardonowo wyjaśniać rodzące się wątpliwości.... No cóż ciekawość pierwszy stopień do piekła....
Powieść zaskoczyła mnie swoją budową. W pierwszej kolejności, w krótkich, żołnierskich słowach, dowiadujemy się, że w pobliżu Mille zostały znalezione zwłoki. Na mieszkańców pada blady strach. Następnie cofamy się kilka dni i - wraz z upływem kart powieści - zbliżamy się do punktu zero. W kolejnej części (już po znalezieniu zwłok) obserwujemy, jak misternie zbudowany domek z kart przewraca się, odsłaniając wszystkie tajemnice.  
Niestety powieść zawiera mały mankament - nie ma nic idealnego. Nie pasował mi do całości wątek choroby partnera Marty. Mężczyzna jest rozmemłany i do bólu skupiony na sobie - denerwował mnie niesamowicie. Rozumiem, że wątek ten jest ważny dla fabuły, ale trudno mi było czytać o nim z przyjemnością. Na szczęście nie jest to wątek główny i nie musiałam wracać do niego zbyt często.
Powieść ma niesamowitą atmosferę. Gdyby to był film, to na pewno wszystko byłoby zamglone, nieostre i jesienne. Trochę przypomina to atmosferę rodem z horroru, ale dzięki temu lektura jest niesamowicie klimatyczna.
Polecam lekturę "Tajemnice Mille" z kubkiem herbaty w dłoni. W jesienny wieczór pod kocykiem przyniesie Wam na pewno wiele przyjemnych chwil. 

piątek, 30 listopada 2018

Klara. O dziewczynce, która śpiewała po francusku

"Klara. O dziewczynce, która śpiewała po francusku" przyciągnęła moją uwagę okładką. I wcale nie chodzi o akcenty wojenne, które od razu przenoszą czytelnika w czasy II wojny światowej. Moja uwagę zwróciły nutki, a raczej kawałek pięciolinii z rozmieszczonymi na niej nutami. Nie ukrywam, że wszystko, co związane z muzyką klasyczną rodzi ciepło w moim sercu. Jak więc nie przeczytać... 
Początkowo traktowałam książkę jak typową beletrystykę. Ot wymyślona opowieść o dziewczynce i jej rodzinie, żyjącej w ciekawych czasach. Wszyscy najbliżsi Klary mieli wspaniały słuch i dryg do muzykowania. Całymi dniami śpiewali wszystko, co im się "nawinęło na ucho" od piosenek ludowych zaczynając a na ariach ze Strasznego Dworu Moniuszki kończąc. Przepięknie opisano czasy przedwojenne, w których pomimo biedy i problemów związanych z dopiero co odradzającą się ojczyzną - rodzina Klary potrafiła odnaleźć szczęście. Przybyli do Polski z Francji - z kraju, w którym na pozór żyło się lepiej i łatwiej. I cóż z tego, skoro ojca Klary zżerała tęsknota? W Polsce początkowo trudno było znaleźć prace i kąt do spania, ale w końcu nadszedł taki dzień, gdy można było powiedzieć, że są szczęśliwi. I wówczas wybuchła wojna. 
Dla Klary to była podwójna tragedia. Oczywiście wojna sama w sobie była złem, ale dużo gorsza była nie możność chodzenia do szkoły. Ona pragnęła tylko jednego: kształcić się! Dużo czasu upłynęło zanim mogła spełnić swoje marzenia. 
Gdzieś w tym momencie lektury dowiedziałam się, że Klara to postać z życia wzięta. Jej pierwowzorem jest Klara Stankowska (1930–2013), absolwentka Wrocławskiej Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego. Klara żyła w burzliwych czasach. Kiedy wybuchła wojna miała 9 lat. Losy dziewczynki opisane w książce wskazują na wolę walki i hart ducha. Ta dziewczynka w wieku 10 lat pracowała ciężej, niż niejeden młody człowiek w dzisiejszych spokojnych czasach. Przeżyła skrajną biedę, wywózkę do Niemiec do pracy, oddzielenie od rodziców, poniżenie i wstyd. Za każdym razem jednak wstawała w z kolan, a jej pociechę stanowiły piosenka i muzyka. Często też - dzięki piosenkom śpiewanym właśnie po francusku - budziła podziw wśród okupantów. Często ułatwiało to wiele spraw i pomagało po prostu przeżyć kolejny dzień. 
Trzecia część książki to lata powojenne. Klara robiła wszystko, aby nadrobić pięć lat straconej edukacji. Autor opisuje to jak ciężko musiała pracować, aby zasłużyć na pochwałę. Klara przechodzi dużą przemianę i teraz Ona walczy z analfabetyzmem, uczy młodych ludzi śpiewu, zakłada chór i odnosi z nim spore sukcesy. Wkłada swoim uczniom do głowy, że wiedza to jedyna rzecz, której nikt im nie zabierze. I to wszystko w czasach tak potępianego komunizmu... 
Opowiadania o szkolnych perypetiach Klary i jej koleżanek były trochę przydługie, jednak całość powieści robi bardzo dobre wrażenie. Akcja powieści dzieje się szybko, a sprawne pióro autora nie pozwala na nudę. Aż trudno uwierzyć, że Klara przeżyła tak wiele i zachowała spokój i hart ducha. 
Historia Klary zaczarowała mnie i zauroczyła. Trudno używać takich słów do opisania wojennych przeżyć małej dziewczynki, ale - cóż - tak właśnie jest. Ta mała, uparta i mądra dziewczynka może stanowić wzór dla niejednego dzisiejszego nastolatka. Wiem, że czasy się zmieniły i od dzisiejszych dzieci wymaga się czegoś zupełnie innego, niż w tamtych czasach, ale może warto spróbować poznać się bliżej z Klarą i z jej przeżyciami. Choćby po to, żeby nie zapomnieć.