poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Piekarnia Czarodzieja

Są takie książki, które bardzo trudno się recenzuje. Biorąc się do pisania wrażeń z lektury „Piekarni Czarodzieja” miałam wrażenie, że każde źle dobrane słowo obedrze tę powieść z magii, która aż emanuje kart powieści. Zresztą, aby przekonać się o wyjątkowości tej książki, wystarczy spojrzeć na okładkę. Przypomina wrota do krainy krasnoludów z najznakomitszej powieści Tolkiena, czyli „Władcy Pierścieni”. Już sam ten widok wywołał we mnie poczucie, że powieść aż skrzy od magii. I nie pomyliłam się. Tak wyjątkowej książki dawno nie czytałam.
Wyobraźcie sobie wielkie osiedle. Pośród wysokich bloków zamieszkiwanych przez tysiące Koreańczyków przycupnęła sobie maleńka piekarnia. Klientów obsługuje w niej dziewczyna, a wyroby piecze jeden mężczyzna. Brzmi trochę jak z bajki dla dzieci, ale wcale tak nie jest. Piekarz jest dość obcesowym i nieprzyjemnym człowiekiem, który zdaje sobie sprawę, że jego wypieki zmieniają świat. Jego rogaliki, ciastka, bezy i chałki mają magiczne właściwości. Sprzedaje je za pośrednictwem strony internetowej, którą obsługuje bohater powieści – młody chłopak zmuszony do ucieczki z domu. Porzucony przez matkę i niesłusznie oskarżony przez macochę, ma problemy z mówieniem i nie do końca wie, co zrobić ze swoim życiem. W piekarni może obserwować ludzi kupujących pieczywo, za pomocą którego mogą wzbudzić miłość, nienawiść, a nawet cofnąć czas. Problem jest tylko taki, że skutki wywołane przez czarodziejskie wyroby piekarza nie zawsze przypadają kupującym do gustu.
Ta książka to nie jest powieść. To - od pierwszej do ostatniej litery - zaklęcie, które porywa czytelnika i wpuszcza w świat, z którego nie możemy się wydostać, póki nie poznamy całej historii i konsekwencji dokonywanych wyborów. Aby upewnić czytelnika w tym, jak trudno jest dokonać właściwego wyboru, autor serwuje nam dwa zakończenia w zależności od tego jak w krytycznym momencie postąpił bohater. Zarówno jedno jak i drugie zakończenie daje czytelnikowi mocno popalić.
Pomimo swojej tajemniczości i specyficznej bajkowości powieść porusza bardzo trudne tematy. Mamy zagubionego, jąkającego się młodzieńca, którego pozostawiono samemu sobie w okrutnym społeczeństwie. Obija się on o przemoc psychiczną wykorzystywanie seksualne dzieci, ociera o samobójstwo i porzucenie. Trudno przypuszczać, że takie wydarzenia nie pozostawią w głowie chłopaka śladu. Niewątpliwie nie jest to powieść dla nastolatka z dolnej części tego zakresu wiekowego. Myślę, że niejeden dorosły, młody człowiek mocno ją przeżyje i nie zapomni bardzo długo.
Powiem tak – ta powieść to magia, pełna zapachów świeżego pieczywa, emocji i niespotykanych historii. To powieść, którą należy sączyć niczym najlepsze wino. Z jej kart unosi się zapach i smak, a emocje aż skwierczą. Piękna.

czwartek, 8 kwietnia 2021

Licho nie śpi. Bieszczadzkie demony

Bieszczady to moje ukochane góry. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale ciągnie mnie w każde lato w ten zapomniany zakątek Polski, choć ze Szczecina to prawie 1000 km. Uwielbiam Bukowiec, Chatkę Puchatka i Jaworzec. Nie przepadam za Tarnicą, od kiedy prowadzą na nią schody, za to kocham Połoninę Caryńską. Nie ukrywam, że na książkę pt. „Licho nie śpi” skusiłam się właśnie ze względu na to, że stanowi pierwszy tom sagi o cudnym tytule „Bieszczadzkie demony”. Powieść pochłonęłam w dwa wieczory, jednak po zamknięciu książki miałam bardzo mieszane uczucia. Ogólnie bardzo mi się podobała, ale…
Zaczyna się kiepsko. Pierwsze strony wypełnia opis marnego seksu, który bohater uznaje za udany tylko dlatego, że był pod wpływem prochów. Cóż, taki początek nie zachęcił do dalszej lektury, lecz – mając w głowie Bieszczady – przebrnęłam. Dalej było już tylko lepiej.
Główny bohater to Damian – krakowski detektyw, który zmuszony jest rzucić wszystko i jechać w Bieszczady. Nic dziwnego – porzucił partnera podczas akcji, co o mały włos nie doprowadziło do jego śmierci. Nie ulega wątpliwości, że Damian nie ma już czego szukać w krakowskiej Policji. Nawet w Bieszczadach nie ma odwagi powiedzieć o sobie całej prawdy. Zatrudnia się w tartaku jako zwykły pracownik fizyczny. Zaprzyjaźnia się z pracownikami tartaku, a na wspólnych wieczorach w knajpie poznaje młodą asesor prokuratury, Magdę. Panowie traktują Magdę jak swoją córkę, co nie przeszkadza im docinać dziewczynie i badać granice, do których mogą się posunąć. Pewnego dnia dziewczyna dostaje do wyjaśnienia sprawę, która na pozór wydaje się beznadziejna. Otóż ktoś morduje mieszkanki bieszczadzkich miejscowości. Z niespotykanym okrucieństwem zadaje im rany, a następnie skazuje na powolną śmierć. Magda wydaje się załamana i pewna tego, że jej kariera wisi na włosku. Sprawa (na pozór nie do rozwiązania) znajduje swój finał dzięki zaangażowaniu Damiana. Jak nietrudno się domyśleć pomiędzy bohaterami rodzi się uczucie, ale zupełnie inne, niż czytelnik oczekuje.
Powieść zachwyciła mnie w dwojaki sposób. Po pierwsze całkiem niezłą zagadką kryminalną i niespodziewanym zakończeniem. To taka klasyczna zagadka z nieśmiertelnym pytaniem, „Kto zabił?”. Mamy kilku podejrzanych, lecz absolutnie nie spodziewamy się, kto jest mordercą. Drugi aspekt, który mnie urzekł to klimat powieści. Rzeczywiście jest w książce to coś, co oddaje nastrój dzikich ostępów Bieszczad. Wycie wilków, niedostępność kniei, opowieść skąd pochodzi nazwa „Bieszczady”, leśniczówki i bacówki zagubione pośród górskich ścieżek…. Taka szarość i tajemniczość, która powoduje ciarki na plecach.
Sama fabuła też nie jest zła. Ciekawa zagadka kryminalna, trup się ściele gęsto, a autorka pomału odkrywa karty, dając czytelnikowi czas do zastanowienia się, kto zabił. Całość psują jedynie niezbyt udolnie zmajstrowane sceny erotyczne, których brutalność i wyuzdanie nie dość, że jest żenujące, to jeszcze zupełnie zbędne. W założeniu pewnie miały być pikantne, a wyszło nieco żałośnie.
Na zakończenie dodam, że bardzo urzekła mnie przyjaźń pomiędzy pracownikami tartaku. Taka prawdziwa, z głębi serca, która karze skoczyć za kumplem w ogień i pomóc w największej potrzebie. Zazdroszczę. Taka, jaką można spotkać tylko w dzikich Bieszczadach.

środa, 31 marca 2021

Księga dwóch dróg

"Księga dwóch dróg" jest świetna, ale daleko jej do książek Jodie Picoult, które znałam do tej pory. Przyznam się, że wolę tamtą dawną Jodie, która w każdą książkę wplatała wątek sensacyjny, albo chociaż salę sądową, na której toczył się bój - często o wszystko. W "Księdze dwóch dróg" mamy do czynienia ze zwykłą powieścią obyczajową. Wprawdzie piękną, orientalną i jedyną w swoim rodzaju, ale jednak nadal jest to tylko obyczajówka.
Jedna kobieta - dwa życia; a właściwe jedno, ale dzielone na "przed" i "po". Dawn Edelstein "przed" była zdolną studentką, specjalizującą się w odczytywaniu hieroglifów. Te znaczki, wypisane tysiące lat temu na kamieniach, to jej pasja i radość życia. Kiedy trafiła na studia doktoranckie, w jej życiu pojawił się Watt Amstrong - równie genialne dziecko egiptologii. Nietrudno się domyśleć, co będzie dalej. Uczucia skwierczą, akcja przyspiesza i nagle bam! Wskutek tragedii rodzinnej Dawn zmuszona jest rzucić wszystko i wrócić do rodzinnego miasta. Tam zaczyna zupełnie nowe życie jako doula od umierania. Zostaje żoną fizyka kwantowego, Briana oraz matką zakompleksionej Meret. Żyje dalej, choć bardzo trudno jest jej  uwolnić się od demonów przeszłości. Właściwie to nigdy się jej to nie udaje. Jednak – jak to w życiu bywa – jedno wydarzenie uzmysławia jej, że nie tego pragnie, że musi spróbować jeszcze raz…
„Księga dwóch dróg” jest delikatnie zakręcona. Akcja toczy się w trzech wymiarach, przy czym autorka w żaden sposób nie zaznacza, gdzie nas akuratnie fabuła poniesie. Zaczynając czytać kolejny rozdział czytelnik nie wie, w jakim wymiarze czasowym się znajdzie. Trochę to było irytujące, bo często mijało kilka akapitów zanim moja dezorientacja zastępowana była zrozumieniem.
Powieść czyta się szybko, choć przyznam, że naszpikowana jest wiedzą – zarówno taką materialną jak i duchową i mitologiczną. Pomijając wiedzę o starożytnym Egipcie, (której jest bardzo dużo i jest arcyciekawa) dowiemy się również sporo o irlandzkich przesądach, fizyce kwantowej i teorii lustrzanego wszechświata. Poznamy również szczegóły zaburzeń psychologicznych występujących u nastolatek i - chyba najważniejsze – dowiemy się, czym zajmuje się doula od umierania.
Ten ostatni element zszokował mnie trochę i długo musiałam się oswajać z takim podejściem do tematu śmierci. Przecież to nic dziwnego, że istnieje zawód, który pomaga umierającym przejść na drugą stronę. Otóż miałam z tym problem – a właściwe nie tyle z zawodem, ile z przedstawionym w książce podejściem do śmierci. Sama się sobie dziwiłam, że tak trudno mi przejść nad tą profesją do porządku dziennego.
Niewątpliwie to piękna książka. Judie Picoult to prawdziwa oratorka i jakikolwiek temat weźmie pod swoje pióro pewne jest, że zrobi z niego małe dzieło sztuki. Z tematem umierania też sobie świetnie poradziła i niewątpliwie oswoiła z nim czytelnika. Śmierć jest w książce wszechobecna. Bo czymże zajmuje się egiptologia, jak nie badaniem zjawiska śmierci? Mumie, sarkofagi, badanie śladów sprzed tysięcy lat... Cóż innego przychodzi do głowy, jak nie badania nad umieraniem?
Podsumowując – „Księga dwóch dróg” to bardzo dobra powieść obyczajowa, ale tęsknię za pazurem, z którego kiedyś słynęła Jodie Picoult. Tu nie ma tego ognia, jest za to szokujące podejście do tematu przejścia na drugą stronę życia. Warto, choć nie nastawiajcie się na fajerwerki.

wtorek, 30 marca 2021

Odruch

„Odruch” jest książką bardzo przejmującą. To tak, jakby zajrzeć człowiekowi do tej części głowy, w której gromadzone są emocje i zamieszać tam wielką drewniana łyżką. Książka aż od nich kipi i - co należy podkreślić - nie zawsze są to emocje pozytywne. Błędem jest jednak nazywanie tej powieści thrillerem psychologicznym. Raczej nazwałabym ją dramatem. Bo to jest dramat samotnej kobiety, która miała wszystko, a została z niczym.
Blythe poznajemy jako młodą, szczęśliwą mężatkę. Wraz z mężem prowadzą udane życie, a do szczęścia brakuje im jedynie dziecka. Kiedy na świecie pojawia się córeczka Blythe ze zdumieniem zauważa, że macierzyństwo nie jest tak różowe jak sobie wyobrażała. Maleństwo absolutnie nie wzbudziło w niej matczynych uczuć. Co więcej - kobieta ma wrażenie, że dziewczynka z całego serca jej nienawidzi. Od słowa do słowa, od gestu do gestu - uczucia pomiędzy matką a córką gęstnieją i potęgują złe emocje, rodząc całą masę podejrzeń i złych wydarzeń. Początkowo uważałam, że Blythe przesadza, ale jedno tragiczne wydarzenie spowodowało, że spojrzałam na ten duet z zupełnie innej strony. Czy to możliwe, że podejrzenia Blythe są prawdziwe? Niestety kobieta zostaje ze swoimi podejrzeniami zupełnie sama, a czytelnikowi pozostaje towarzyszyć jej w samotnej podróży przez życie.
Piekielnie poruszająca książka. Autorka wpuszcza nas do świata emocji, które powodują, że w każdym bohaterze widzimy zagrożenie, w każdym upatrujemy kłamcy. Dziecko podejrzewamy o zbrodnię, męża o zdradę, a przypadkowego przechodnia o całą resztę grzechów i przewinień. Tylko Blythe pozostaje czysta. Ale czy słusznie? Przyznam się, że do końca powieści miałam przeczucie, że wszytko okaże się inne niż na pierwszy rzut oka. Jakże się myliłam… a może wcale nie?
„Odruch” to opowieść o tym, że nie każdy musi być kochającym rodzicem. Życie jest bogate, a ludzki mózg nie do końca okiełznany, dlatego też trudno oceniać bohaterów powieści. Narracja w książce poprowadzona jest tak, aby pomału odkrywać powody zachowania Blythe. Poznając jej wątpliwości i tragiczne wybory powoli odkrywany również historię innej kobiety z jej życia i zaczynamy rozumieć, że Blythe właściwie nigdy nie miała prawdziwego wzorca kochającej matki. To na pewno miało wpływ na wydarzenia, których jesteśmy świadkami.
Książka jest mroczna. W trakcie lektury ciągle czułam podskórny lęk, cały czas towarzyszył mi niepokój, którego przyczyn nie potrafiłam zlokalizować. Może to kwestia tego, że macierzyństwo najczęściej pokazywane jest w różowych barwach a tu mamy do czynienia z narracją zgoła odmienną. Przerażające są podejrzenia matki, a jeszcze bardziej przerażające jest zachowanie córki. Najbardziej jednak przerażające jest zakończenie. Trudno to opisać - po prostu musicie przeczytać.

niedziela, 14 marca 2021

Stary kuferek

Na „Stary Kuferek” czekałam z niecierpliwością. To ostatni tom serii „Dwieście wiosen”, a ponieważ wcześniejsze tomy przeczytałam z wielką przyjemnością wiedziałam, że ten również przyniesie mi spora dawkę radości. I tak też się stało, chociaż przyznam, że oprócz radości nie obyło się bez wzruszeń.
Zacznę od „wady” – choć przy tak rozbudowanej sadze trudno to nazwać wadą. Otóż od poprzedniego tomu minął już jakiś czas i – pomimo przepięknego spisu osób występujących w książce – musiałam sięgnąć do „Aksamitki” i przypomnieć sobie wydarzenia. Nie sposób, po ponad roku pamiętać, kto, z kim i dlaczego. Na szczęście „Aksamitka”, jako jedna z ukochanych książek drzemała sobie spokojnie w czytniku i przewertowanie jej zajęło mi dosłownie 20 minut. Po odświeżeniu pamięci czytanie „Starego Kuferka” było cudowne. Ciepłe, wzruszające i takie jak zawsze u pani Jeromin Gałuszki – trafiające w sam środek serca.
W ostatnim tomie Sagi poznajemy losy najmłodszych przedstawicieli rodów zamieszkujących w Osadzie. Właściwie to nie tak. Większość z nich rozjechała się po świecie i do Osady wracają tylko na chwilkę. Te chwilki właśnie składają się na powieść, niczym puzzle na obrazek. Na szczęście Adela Konarska – choć bardzo wiekowa – nie narzeka na brak sił i pomysłów na życie. Trwa w Osadzie i wspomaga każdego, kto jej pomocy potrzebuje. Najbardziej martwi się o wnuczkę Matyldę, która jakoś tak pogubiła się w życiu. Sama tez potrzebuje pomocy – choć może tego nie zauważa. W związku z planami budowy zbiornika retencyjnego Osadzie grozi zalanie, a mieszkańcom wysiedlenie z ukochanej doliny. Adela jednak – z właściwą sobie prostotą – wierzy, że jakoś to będzie.
Nie będę więcej opisywać fabuły, bo najważniejsze są te słowa powieści, których nie da się opisać. Książka tryska humorem, a czytelnik co i rusz pokłada się ze śmiechu czytając dialogi bliźniaczek albo obserwując realizację różnych „cudacznych pomysłów” damskiej części rodu. Są też wzruszające chwile. Kiedy młody Bartek postanawia odbudować karczmę i wpada na pomysł ozdobienia ścian starymi zdjęciami… Oglądając je nasze bohaterki wzruszyły się niezmiernie...a ja razem z nimi.
Książka stanowi piękne, ciepłe i wzruszające zakończenie historii. Trwająca dwa stulecia wspólna podróż przez historię rodu Konarskich i Bogdanowiczów w końcu znalazła swój finał. Cała ta powieść już od pierwszych kartek zmierza do finału. Czuć w niej między słowami, że coś się zaraz skończy, że więcej po prostu nie będzie. Trudo się więc nie wzruszać, zwłaszcza, gdy każdy kolejny tom sagi był lepszy od poprzedniego.. każdy ukochany i traktowany jako perełka babskiej części biblioteczki.
Szkoda, że to już koniec. Mam nadzieję, że autorka zaraz popełni kolejną kilkutomową powieść, a wydawnictwo Prószyński wyda ją równie pięknie jak sagę „200 wiosen”.

piątek, 12 marca 2021

Wampir z Warszawy

Tadeusz Ołdak – to nazwisko niewątpliwie zapadło w pamięć warszawiaków zamieszkujących stolicę zaraz po wojnie. Nie bez przyczyny historia tego człowieka, spisana przez Jarosława Molendę, nosi tytuł "Wampir z Warszawy". Bohater książki siał postrach w powojennej stolicy, a był też czas, kiedy jego nazwisko nie schodziło z ust mieszkańców i z pierwszych stron gazet.
Co o nim wiemy? Do 1950 r. był zwykłym Panem Tadeuszem. Przeciętnym mężczyzną który – jak wielu innych - był mężem, ojcem i przykładnym mieszkańcem Warszawy. W pewnym momencie coś się jednak zmieniło. W ciepłą, kwietniową noc zgwałcił i zabił przypadkową kobietę. Rano przechodnie, którzy znaleźli zwłoki, zawiadomili Milicję. Od tego momentu rozpoczął się wyścig organów ścigania z brutalnym mordercą, w jakiego przemienił się Tadeusz Ołdak.
Książka początkowo zaskoczyła mnie swoją dokładnością. Mnóstwo tu zdjęć, dokumentów i innych materiałów źródłowych, dzięki czemu czytelnik ma wrażenie, że ma przed sobą akta sprawy. Oczywiście autor przedstawia wydarzenia językiem beletrystyki, co również uważam za plus. Dzięki temu książka nie jest suchym dokumentem. Mamy tu emocje, tak obce dokumentom, i to całkiem sporo. Co więcej, mamy obraz przedwojennej stolicy, która – dzięki barwnemu językowi autora – staje się jedynym w swoim rodzaju tłem dla przedstawianych wydarzeń. Wszystko jest w kolorze sepii, a lektura przypomina wyprawę w przeszłość.
Wracając do samej historii Tadeusza Ołdaka przyznam, że cierpła mi skóra czytając o wyczynach tego człowieka. To niesamowite, ile zła można dokonać podczas 60 wiosennych dni. Tyle właśnie zajęło Milicji ujęcie zbrodniarza. Jego życiorys wystarczyłby na kilkuodcinkowy serial kryminalny.

Pozostaje nam cieszyć się, że znamy Pana Ołdaka jedynie z kart tej książki.

czwartek, 11 marca 2021

Skrawek pola

„Skrawek pola” urzekł mnie prostotą. Takim pierwotnym pięknem. To wspaniała historia o tym, jak żyli ludzie sto lat temu; bez pośpiechu w rytm przyrody i w zgodzie z naturalnym rytmem pór roku. Wiosna, lato, jesień, zima – całe życie wsi podporządkowane jest temu rytmowi. Zmagania z codziennością, zupełnie inną niż dzisiaj, przeplatane są małymi radościami. Dzieci się rodzą, starsi umierają, młodzi kochają… wszystko pod dyktando tej najpotężniejszej mocy, jaką jest przyroda.
Żeby nie było – to nie jest książka nudna. Powiem więcej - jest fascynująca zwłaszcza, jeżeli zestawię ją z poprzednią moją lekturą. Ale po kolei.
W kwietniu 1904 r. nie ma Polski ale mieszkańców Tyczyna niewiele to obchodzi, Dla nich najważniejsze jest obsianie pola, sianokosy i robienie zapasów na zimę tak, aby przednówek nie zaskoczył i nie przycisnął mieszkańców głodem. Mieszkańcy wsi korzystają z tego, że jeden z chłopaków gra na skrzypcach i urządzają potańcówkę, podczas której poznajemy mieszkańców wsi. Prym wiodą dziewczęta – młoda, śliczna i bardzo biedna Anielka Połaj i jej przyjaciółka Agata Lipczewska. Jest jeszcze Marianna, siostra Anielki, która ze względu na brzydotę wie, że zostanie starą panną. Połajowie to biedna rodzina i bez posagu dziewczyna nie ma szans na zamążpójście. Bieda zagląda zresztą do wszystkich rodzin. Adamczuki, Lipczewscy Pomiechowscy… bogatsi są właściwe tylko Hubowie, ale ich bogactwa starcza na tyle, żeby nie głodować na przednówku. Na tle tej biednej wsi majątek ziemski Kornelowiczów wydaje się czymś cudownym. Nic bardziej mylnego. Tam są pieniądze, tylko miłości brak, co odbija się głównie na córce Kornelewiczów, Zosi. I tak plotą się losy biednej Anielki Połaj, Agaty Lipczewskiej (trochę bogatszej, bo to córka karczmarza) i Zosi Kornelewicz. I co się okazuje? Że pieniądze szczęścia nie dają, choć bez nich bardzo trudno żyć.
Rewelacyjnie wypada „Skrawek Pola” w zestawieniu z ostatnią książką, którą czytałam - Sagą „Wiek miłości, wiek nienawiści”. Obie powieści opisują te same czasy, ale z zupełnie innej strony Pan Ostojański (nestor rodu, którego losy opowiada Saga) jest właścicielem ogromnego majątku ziemskiego, w skład którego wchodzą pałac, gorzelnia i stadnina. Wychowuje dzieci w patriotyzmie i dba o swoich chłopów. Losy tej rodziny to głównie zmagania z zaborcą, to walka o Polskę. „Skrawek pola” pokazuje, że gdy Ostojańscy walczyli o Polskę, mieszkańcy wsi walczyli o przetrwanie. Te same zdarzenia, te same wielkie nazwiska (np. Piłsudski) a jakże inne podejście do życia!
Przepiękna powieść, utkana z emocji i słów, jak kawałek płótna na koszulę. Akcja toczy się niespiesznie i wyjątkowo ciepło. Powiem wręcz, że na początku ten spokój mnie trochę drażnił, zanim zaczęłam się nim delektować. Ale kiedy zrozumiałam, że na tym właśnie polega urok tej powieści, przepadłam. Wydarzeń jest sporo – niechciane dziecko, wyjazd za ocean za chlebem, wojna… często chichot losu pokrzyżował niejedne plany bohaterów i doprowadził ich do rozpaczy. Jest zabójstwo, rozpacz po utracie bliskich, jest wesele i kłamstwo, które bohaterki zaniosą do grobu, ponieważ jego ujawnienie skrzywdzi zbyt wiele osób. Mamy złe i dobre charaktery – jak to w życiu bywa – wszystkie jednak świetnie skrojone. Nie ma tu postaci zbędnej. Ludzie i zdarzenia uzupełniają się i przeplatają tworząc piękną makramę, utkaną z losów bohaterów, którym przyszło żyć mając za żywiciela jedynie skrawek pola.

sobota, 27 lutego 2021

Maria. Dziewczyna z kwiatem we włosach

Zacznę trochę inaczej. Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że trudno napisać recenzję krytyczną. Dużo łatwiej piać z zachwytu i wychwalać pod niebiosa nawet mierną książkę. Dlatego - pisząc recenzję - zawsze unikam gołosłownego rozpływania się nad książką. Uważam, że jest to nieeleganckie i jeżeli chcę pozachwycać się powieścią, to raczej staram się to robić w sposób wyważony.  Tak samo krytykuję – nie rzucam ogólników, staram się uczciwie pokazać, co mnie uwiera.
W przypadku Tej książki nie będę sobie żałowała. Po prostu nie mogę, nie potrafię i nie chcę. Ta powieść to po prostu literackie cudo. Balsam dla mojej duszy. Coś pięknego, wspaniałego, wzruszającego, no po prostu finezja. Już pierwsze dwa tomy mnie oczarowały, ale ten zdobył moje serce. Czytałam jak zaczarowana zaniedbując wszystko dookoła. Nie trwało to długo i bardzo żałowałam, że się już skończyło, zwłaszcza że autorka wiele spraw pozostawiła nierozwiązanych. Z jednej strony to dobrze - bo oznacza to zapowiedź kolejnego tomu, z drugiej strony ciekawość mnie zżera od środka i już tupię nóżkami czekając, co będzie dalej.

Biorąc książkę do ręki szykowałam się na spotkanie z Oleńką vel Franką, a tu niespodzianka. Z pierwszych kart macha do nas Maria - córka Aleksandry. Szybko dowiadujemy się, że Oleńka jako bohaterka wydarzeń, raczej już nie wróci. Za to Maria...wydarzenia już od pierwszych akapitów zasuwają jak rozpędzone pendolino. Jeszcze nie przywykłam do niemieckiego nazwiska Marii, a już musiałam, żegnać ze wzruszeniem starych bohaterów i witać nowych. Córka Oleńki ma dziewiętnaście lat i nazywa się Marie vol Lauen. Wychowywana przez Niemkę nie ma pojęcia o swoich polskich korzeniach. Jest piękną dziewczyną przyciągającą wzrok mężczyzn, nic więc dziwnego, że szybko zaręcza się z przystojnym, niemieckim młodzieńcem. Niestety szybko przekonuje się, że jej narzeczony to zwykły zbir zachowujący pozory dżentelmena w esesmańskim mundurze. Ucieka przed nim do Polski, zmienia nazwisko i próbuje normalnie żyć. Niestety rok 1933 i następne lata nie sprzyjają spokojowi. Marię czeka wiele. Straci najbliższych, zyska nowych przyjaciół, a nawet członków rodziny. Będzie piękna i bogata jednego dnia, a poniewierana i brudna następnego. I tak będziemy szli z Marią aż do roku 1944, kiedy to jej życie z jednej strony legnie w gruzach, a z drugiej…

Powieść pełna emocji i wzruszeń. Dawno nie płakałam przy książce. Przy filmie – owszem, ale przy książce? A tu przyznam się, że miałam oczy pełne łez, kiedy kobiety żegnały swoich mężczyzn idących na wojnę. Rozpacz matek walczyła z siłą, którą musiała się wykazać każda Polka. To niebywałe, ile wówczas w tych ludziach było patriotyzmu i miłości do ojczyzny. Niebywałe.

Dodam, że – jak dla mnie – to powieść która przede wszystkim ukazuje siłę kobiet. Opis wojennej codzienności porusza serca i powoduje, że zaciskamy pięści kibicując bohaterkom w walce o godność. Często ta godność znika, ustępując trosce o losy najbliższych. O jakiej godności mówimy, kiedy - chcąc ratować swoje dziecko - musimy oddać się zapijaczonemu, sowieckiemu łajdakowi? Książka ukazuje okrucieństwo II wojny światowej w sposób bardzo emocjonujący. Poprzednie tomy też nie były sielskie anielskie, ale ten wyjątkowo mocno uderza w te tony. Przeciętnemu Polakowi okrucieństwo wojenne kojarzy się z SS - manem i Generalną Gubernią, ale zapewniam Was, że na wschodzie również było nieciekawie. Brudni, zapijaczeni „żołnierze” sowieccy to coś naprawdę koszmarnego. Opisy pociągów wysyłanych na wschód, pełnych matek z dziećmi, strach przed wywózkami, głód to codzienność. To naprawdę straszne czytać o studni wypełnionej ciałami czy też wielokilometrowej kolumnie Żydów idących na śmierć.  

To co przykuło moją uwagę to wspaniałe podejście autorki do tła historycznego. Nie chodzi mi o prawdę historyczną, bo tego nie potrafię ocenić dokładnie. Chodzi mi raczej o oddanie klimatu tamtych czasów. Ułani, konie, szacunek do rodziców, polska wieś, to ciepło i dobro emanujące z ludzi. Trudno to opisać, ale porywa czytelnika i wrzuca w tamte lata z całym balastem tamtych czasów.  Z zazdrością i czułością zarazem czytałam o wiankach we włosach dziewcząt i białych koszulach chłopaków. A już opis żniw…. Coś pięknego.  

Cudowna książka. Rewelacyjna. Wzruszająca. Jedyna w swoi rodzaju. Mogę tak długo, ale nie będę. Zostawiam Was licząc na to, że sięgniecie po tę serię i pozwolicie się zabrać w tamte czasy. Lepszego wehikułu nie znajdziecie.

piątek, 26 lutego 2021

Zaginiona

Bardzo, bardzo mi się podobało. Książki Pana Pilipiuka łykam w ciemno. Uwielbiam jego pióro, pomysły, a już Kuba Wędrowycz to mój idol. Seria "Kuzynki" jest troszeczkę inna niż klasyczna fantastyka pióra Pana Andrzeja, ale równie przez mnie ukochana. Losy kuzynek Kruszewskich, Moniki Stiepankowic i mistrza Sędziwoja śledziłam z zapartym tchem. Przyznam się, że po trzech tomach myślałam, że to koniec, choć autor dość wyraźnie zostawił sobie niewielką furteczkę do kontynuacji. I rzeczywiście. "Zaginiona" objawiła mi się, jako czwarty tom serii. Wprawdzie uważam, że pierwsze trzy były dużo lepsze, ale i ten jest wart przeczytania.
Stanisławę i Katarzynę znamy z poprzednich części. Obie nasze bohaterki spotykamy na aukcji dzieł sztuki, na której wystawiona zostaje stara mapa, zawierająca informacje o położeniu tajemniczej wyspy. Stanisława pragnie mapy jedynie jako ozdoby do swojego mieszkania, jednak szybko okazuje się, że mapa ta może uratować jej życie. Kobieta zapadła na dziwną chorobę, którą można wyleczyć jedynie tajemniczym lekarstwem, które można znaleźć... i tu właśnie wchodzi do gry mapa. Do walki o starodruk dołącza Anna ze swoimi przyjaciółmi, która w trakcie aukcji poznaje panie Kruszewskie. Ich interesy są dość zbieżne i kobiety szybko dochodzą do wniosku, że mogą sobie nawzajem pomóc.
Autor do „Zaginionej” dodał krótkie opowiadane pt. „Czarne skrzypce". Wprawdzie nie jest to kontynuacja losów naszych bohaterek, ale niewątpliwie z nimi związana. Streszczać nie będę, bo opowiadanie jest krótkie. Dodam tylko, że bardzo ciekawe i tratujące o pamięci przedmiotów. Zaskoczyło mnie pozytywnie bardzo mocno.
Minusem książki jest jej oderwanie do poprzednich części. Autor chyba miał potrzebę napisania kolejnego tomu, jednak od "Dziedziczek" minęło już tyle czasu, że nie udało się odtworzyć tamtego klimatu i tamtej tajemniczości. To tak, jakby do składu pociągu towarowego próbować dołączyć wagon osobowy i to w dodatku stojący na zupełnie innym torze. Gdyby ta książka stanowiła odrębną całość - to jeszcze. Ale niestety autor nie prowadza czytelnika w wydarzenia i nie przedstawia postaci. Wrzuca czytelnika w sam środek alchemii, czarnej magii i historii związanej z rodem Walonów. Kiedy zaczęłam czytać, od razu pomyślałam, że gdybym nie znała wcześniejszych tomów, rzuciłabym książkę w kąt.
Podsumowując - świetna książka, ale jeżeli nie czytaliście wcześniejszych tomów „Kuzynek” to sięgnijcie najpierw po nie. Zapewniam Was, że nie pożałujecie, bo to kawał dobrej literatury.

środa, 24 lutego 2021

Moloch

Moloch” to książka o czarno białym zabarwieniu. Jest taki typ literatury, o którym mówię, że brak tym książkom koloru zielonego. Najczęściej akcja umieszczona jest w dwudziestoleciu międzywojennym, albo nawet przed pierwszą wojną światową. Nie ma mowy o komputerach i telefonach komórkowych, a każdy Policjant dużo sprawniej korzysta ze swojego mózgu niż z dobrodziejstw technologii. Długopis, kartka i rozmowa – to podstawowe narzędzia śledztwa. Wszystko w tych powieściach jest takie przyćmione, ponure, jakby za mgłą… To niewątpliwie rodzi specyficzny klimat powieści, który wprowadza czytelnika w stan pewnego otumanienia. To otumanienie jest bardzo pożądane, bo powoduje zupełnie inny odbiór zdarzeń. Odcięta głowa, czy zmasakrowane ciało robią wrażenie, ale zupełnie inne, niż w powieści „z kolorem zielonym” One tu są i należą do codzienności. Nie powodują przerażenia, są jakby nieodłącznym elementem całości. Mroczny kryminał - to chyba najlepsze określenie.
„Moloch” to 10 już tom powieści o przygodach wrocławskiego śledczego, Mocka. Proszę się nie zrażać ilością tomów, bo bez przeszkód można czytać każdy tom oddzielnie. Wprawdzie osoba głównego bohatera dużo zyskuje przy poznaniu go od początku, (czyli od pierwszego tomu) do końca, ale absolutnie nie powoduje zamętu związanego z tym, że nie wiadomo, co się działo w poprzednich częściach. Mock tym razem musi rozwiązać niezwykle mroczna tajemnicę związaną z wydarzeniami na cmentarzu oraz z porwaniem dwójki dzieci. Na cmentarzu krew się leje, odprawiane są dziwne rytuały a wszystko to związane jest z… właściwie do końca trudno się połapać, choć rozwiązanie może zaskoczyć. Porwane dzieci natomiast, to dzieci byłej kochanki Mocka. Zrozpaczona kobieta doznaje szoku tak głębokiego, że musi zostać umieszczona w szpitalu psychiatrycznym. Nie reaguje na żadne bodźce, głosy, ani znane jej osoby. Jedynie postać Mocka wywołuje reakcję polegającą na wypowiedzeniu kilka niezrozumiałych słów…
W tle tych wydarzeń możemy obserwować przedwojenny Wrocław – brudny i zakurzony, pełen biednych spelunek zamieszkałych przez kobiety lekkich obyczajów. Miasto pełne smrodu i nieczystości, w którym trwa ciągła walka z przestępczością nie zachęca czytelnika do bliższego poznania. Powstaje grupa ludzi, która postanawia walczyć z tym wizerunkiem. Jej członkowie marzą o budowie miasta przyszłości, miasta, którego sercem będą drapacze chmur zbudowane ze szkła i metalu. Zaraz miałam w głowie „Przedwiośnie” Żeromskiego i Jego szklane domy… Co z tym wspólnego ma okultystyczne stowarzyszenie i czy ten pomysł ma szansę na realizację?
Powieść jest naprawdę dobra. Przemyślana fabuła, ciekawa zagadka i bardzo dobra narracja – to wszystko składa się na bardzo dobrą powieść, od której nie mogłam się oderwać. Ciężko mi było jedynie przez ten przysłowiowy „brak zielonego koloru”. To ponura książka, pełna brudu, ciemności i bezeceństw. Ale uwierzcie mi – można się wtopić w ten przedwojenny Wrocław i nie chcieć już wracać do rzeczywistości.

piątek, 12 lutego 2021

Gambit królowej

"Gambit królowej” to najpiękniejsza książka, jaką czytałam ostatnimi czasy. I naprawdę nie ma tu znaczenia, czy czytelnik jest szachistą, czy nie. Zapewne w trakcie lektury warto wiedzieć, o co chodzi z tymi pięknymi figurkami rozstawionymi na biało – czarnych kwadratach; otwiera to pewnie przed czytelnikiem drugie dno powieści. Fragmenty będące dla laika suchym opisem partii szachowej, dla znawcy są tym, czym miód dla Kubusia Puchatka. Ale uwierzcie mi – przedstawiona historia jest naprawdę wspaniała i szachy nie mają tu większego znaczenia. Bo to nie jest wbrew pozorom powieść o szachach, ale o talencie, samotności i pasji. Ta książka bez wątpienia zasługuje na miano bestselleru.  
Beth Harmon jest wychowanką domu dziecka. Trafiła tam jako jedenastoletnia dziewczynka, mająca spore problemy z kontaktami z rówieśnikami. Jej jedyną koleżanką jest sporo od niej starsza, czarnoskóra Jolene. Ich związek trudno nazwać przyjaźnią; to raczej zależność, dzięki której Beth odnajduje się w życiu sierocińca. Beth ma dwie słabości: pierwsza to zielone tabletki, wręczane każdemu dziecku co rano przez obsługę domu dziecka. Z Zasady działają uspakajająco, ale w głowie Harmon uaktywniają nieznane obszary mózgu, które pozwalają jej rozgrywać w głowie (bez udziału szachownicy i przeciwnika) partie szachowe. Bo drugą miłością dziewczynki są odkryte przypadkiem szachy. Beth pierwszą partię rozegrała w kotłowni z gburowatym woźnym, Panem Schaibelem. Od partii do partii mężczyzna odkrywa, że ma przed sobą diament. Szybko zaczyna przegrywać partię za partią i próbuje pomóc dziewczynie rozwijać się. Niestety to jeszcze nie ten moment. Przełom następuje, gdy Beth trafia do rodziny adopcyjnej. Nie żeby było jej łatwiej – o nie. Do wszystkiego dochodzi sama walcząc o każdą partię i każdego dolara, który jest niezbędny do udziału w turniejach szachowych. Dopiero, kiedy przekonuje swoją opiekunkę, że na szachach można zarabiać, wszystko nabiera tempa.
Losy Beth Harmon są tylko tłem do pokazania tego jak młoda szachistka unicestwia samą siebie. Z jednej strony cudowne dziecko o wielkim talencie, z drugiej strony uzależnienie od środków odurzających i alkoholu – te dwie twarze Beth walczą ze sobą. I jak to często bywa Harmon musi odbić się od dna, aby wspiąć się na szczyt. Niestety jej talent skazuje ją na samotność, a co za tym idzie na samotną walkę z nałogiem. Pomimo tego, że tęskni za bliskością, nie potrafi nawiązać bliższych relacji, a te, które nawiązuje, szybko niszczy. Czytelnik obserwuje jak jej przyjaciele pojawiają się tak samo szybko, jak odchodzą. Beth najczęściej jest sama – jej jedynymi towarzyszami są szachownica i flaszka. Na szczęście są ludzie, którzy wygonieni drzwiami wejdą oknem…
Powieść jest niesamowita. Na pierwszy rzut oka czytelnik dostaje historię o szachach, turniejach, gambitach i obronie sycylijskiej. Ale to nie szachy zadecydowały o sukcesie książki czy tez tak popularnego serialu. Sukcesem tej książki są ludzie. Każdy bohater powieści jest dokładnie przemyślany, a jego cechy charakteru wyrzeźbione z ogromną starannością… Każdy bohater jest wielką postacią sam w sobie. Niestety przed książką obejrzałam serial, więc myśląc o Beth mam przed sobą rudowłosą twarz aktorki Anyi Taylor – Joy, a arcymistrz Szachowy Borgow zawsze będzie miał dla mnie twarz Marcina Dorocińskiego. Bardzo tego żałuję, bo ograniczyłam samą siebie w odbiorze powieści, która jest o niebo lepsza niż serial.

poniedziałek, 1 lutego 2021

Księgarenka przy ulicy Wiśniowej

Nie przepadam za opowiadaniami, ale „Księgarenka przy ulicy Wiśniowej” urzekła mnie nieprzeciętnie. Piękne opowiadania, w których aż skrzy od wspaniałych uczuć, ludzkich gestów, czułych słów, marzeń i prezentów. Charakter książki świetnie oddaje okładka – tajemnicza, elegancka i świąteczna do bólu. Myślę, że w tych zaganianych czasach warto zwolnić i poczuć atmosferę tej książki. To prawdziwa książka dla kobiet, ale nie dla tych, które uwielbiają ckliwe romansidła. Ta książka to coś dużo dużo więcej.  
W pierwszej kolejności poznajemy Pana Alojzego – właściciela maleńkiej księgarenki przy ul. Wiśniowej. Pan Alojzy jest trochę smutny, bo od pewnego czasu nosi się z zamiarem zamknięcia swojej księgarni i właśnie przyszedł ten moment w życiu, w którym postanowił wcielić swój plan w życie. Żal przepełnia mu serce, bo zdaje sobie sprawę, że dla wielu stałych bywalców, księgarnia stała się ważnym elementem życia. Pan Alojzy w kącie postawił fotel, na którym wiele osób czyta książki. To prawdziwi maniacy – czytają z wielkim namaszczeniem i oddają poszczególne tomy właściwie nienaruszone. Każdemu z nich właściciel postanawia sprawić gwiazdkowy prezent – tak na pożegnanie. I w ten sposób poznajemy bohaterów poszczególnych opowiadań. Urszulę, która bardzo potrzebuje stałej pracy bo ma małego syka na wychowaniu. Sędzinę Dering, która zabrała syna od kochającej matki. Małego Franka wychowywanego przez babcię. Skąpego furiata, Euzebiusza, którego jeden wigilijny wieczór odmienił o sto osiemdziesiąt stopni… Każdy z nich otrzymał od pana Alojzego książkę, każdy jest na zakręcie swojego życia i każdy traci wiarę. Na szczęście za pomocą książek, Pan Alojzy pomaga każdemu tę wiarę odzyskać.
A Pan Alojzy? A to zupełnie inna historia…
Książka ma wielu autorów – składa się przecież z opowiadań, które stworzyli różni ludzie. Każde jest bezsprzecznie zachwycające i każde otula ciepłem w te mroźne, zimowe wieczory. Każde jest inne, ale wszystkie w przepiękny sposób tworzą jedną całość, która zachwyca przesłaniem i nastrojem. Jednak to co dla mnie najważniejsze to to, że osią wszystkiego są książki. A to jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej. Pięknie i magicznie wiążą wszystkie opowiadania w całość, a czytelnik nie może się od poszczególnych historii oderwać. Bo jak tu przerwać lekturę skoro każde opowiadanie ma książkowego bohatera w tle – „Alicję w Krainie czarów”, „Zabić drozda”, „Wiersze” Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej, „Błękitny Zamek”, „Opowieść Wigilijna” i kilka innych. To po prostu magia. Coś pięknego.
Jakże ja bym chciała spotkać na swojej drodze takiego Pana Alojzego…

wtorek, 29 grudnia 2020

Polowanie na potwory

Lektura książek dla dzieci młodzieży jest dla mnie czystą przyjemnością. Najczęściej powieści te są emocjonalnie nieskomplikowane, pełne przygód i ze szczęśliwym zakończeniem. Przyjemność z czytania jest jeszcze większa, kiedy wiem, że gdzieś czeka na mnie ekranizacja książki. Często jest tak, że ekranizacja zachwyca, czego dowodem może być „Tajemniczy ogród”, czy „Enola Holmes”. W przypadku „Polowania na potwory”, książka bije ekranizacje na głowę; jest po prostu nie do przebicia. 
Kelly to rudowłosa nastolatka, która marzy o uczestnictwie w letnim obozie jeździeckim. Niestety to dość droga impreza, dlatego Kelly chwyta się każdej dostępnej pracy, próbując samodzielnie zarobić na letni wypoczynek. Okazuje się jednak, że koszenie trawników i wynoszenie śmieci, to zbyt mało intratne zajęcia. Postanawia więc zostać opiekunką do dzieci. Pierwsza oferta, jaka dociera do Kelly, to opieka nad dzieckiem w helloweenowy wieczór. Kelly nie jest zbyt popularna w swojej szkole, dlatego bez większego żalu postanawia zaopiekować się dzieckiem rezygnując z organizowanej przez młodzież imprezy. 
Szybko okazuje się, że opieka nad dziećmi nie należy – wbrew pozorom – do najłatwiejszych zadań. Pod łóżkiem czają się potwory, które nie tylko straszą dzieci, ale nawet je porywają. Kelly musi odzyskać podopiecznego nim jego rodzice wrócą do domu. Dziewczyna czuje się bezradna, ale szybko okazuje się, że w walce z potworami nie jest sama. Odzyskanie Jacoba staje się wyzwaniem nie tylko dla niej, ale też głównym zadaniem profesjonalnych babysisterów, którzy są mistrzami w swoim fachu. 
Powieść okazała się świetna. Bardzo ciekawie napisana, pełna zwrotów akcji i niespodziewanych zdarzeń. Urzekły mnie potwory, które zostały opisane z niesamowitą dokładnością. Każdy z nich jest stworem godnym uwagi. Zresztą pióro autora jest wyjątkowo plastyczne, dzięki czemu stworzony przez Niego świat w trakcie czytania otula czytelnika mrokiem i nastrojem ponurej, listopadowej nocy. Niesamowite wrażenie i choć jestem dorosła, podczas lektury ciągle wydawało mi się, że coś siedzi pod łóżkiem. 
Na szczęście w książkach dla dzieci każde zło musi mieć przeciwwagę czyniącą dobro. W przypadku tej książki to klan Babysisterek, który jest świetnie zorganizowany i prężnie działający. Mają sporo wynalazków i gadżetów, które skutecznie pozwalają walczyć z ciemiężcami maluchów. 
Tak jak książka zaskoczyła mnie pozytywnie, tak ekranizacja bardzo mnie rozczarowała. Po pierwsze, nie spodziewałam się, że Kelly, która w książce jest rudowłosą nastolatką, w filmie będzie grana przez przesympatyczną mulatkę. Absolutnie nie mam nic przeciwko, ale jeżeli przez całą lekturę przed oczami masz bladą, chudą rudowłosą pannicę, to trudno przestawić się na odbiór pucołowatej dziewczyny z warkoczykami zamiast loków. Poza tym, film – w porównaniu z książką – jest płaski i absolutnie nie oddaje klimatu powieści. Wiem, że to trudne, ale np. w przypadku Enoly Holmes się udało. Tu absolutna klapa. Zacznijcie więc kochani od lektury książki i na tym poprzestańcie. Zostanie wam w głowach świetna powieść, w której mnóstwo się dzieje i – jak to zwykle w książkach dla młodzieży bywa – dobro zwycięża.

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Królowie Bajek. opowieść o legendarnym studiu filmów rysunkowych

Dawno, dawno temu czytałam biografię Walta Disney‘a. Z książki wynikało, że to był marzyciel i idealista, który nie zawracał sobie głowy przyziemnymi sprawami. Do tego miał szczerych i oddanych pracowników dbających o to, aby szefa za bardzo nie poniosła wyobraźnia. Kiedy czytałam książkę pt. "Królowie bajek..." nieodparcie miałam wrażenie, że gdyby studio powstało w innym kraju i innym czasie, odniosłoby wielki sukces. Może nie taki duży, jak wytwórnia Walta Disney'a, ale na pewno porównywalny. Tymczasem szarość komunistycznego kraju uporczywie podcinała skrzydła twórcom studia i nie pozwalała wypłynąć na szerokie wody. Ale i tak dali radę. 
Niewątpliwie do lektury zachęciło mnie nazwisko współtwórcy książki, Leszka Talko. To nazwisko jest gwarantem tego, że książka nie będzie nudna. Pan Leszek ma takie pióro, że instrukcja obsługi pralki w jego wykonaniu zachwyci niejednego. Literatura faktu kreślona słowem Pana Talko jest po prostu ciekawa. I rzeczywiście losy studia filmów rysunkowych w Bielsku-Białej przedstawione są w taki sposób, że książkę czyta się niczym dobrą beletrystykę. Mało jest dat i formalności, za to dużo ludzi i zwykłego życia, jeżeli tylko życie w komunistycznej Polsce można nazwać zwykłym. 
Zaczyna się dość zwyczajnie, a mianowicie od ogłoszenia w lokalnej gazecie, które informuje, że Zdzisław Lachur - założyciel studia - zaprasza utalentowanych rysowników do współpracy. I już pierwsze nazwisko powala na kolana, bo któż nie zna Władysława Nehrebeckiego - twórcy Bolka i Lolka? Za nim przychodzą inni zdolni i młodzi, którzy próbują tworzyć coś pięknego. Niestety szara codzienność dość szybko ściąga ich na ziemię. Na początku młodym rysownikom brakuje niemal wszystkiego. To, że nie ma pieniędzy to stan permanentny, jednak brakuje również miejsca na pracownię, podstawowych przyborów do rysowania i malowania, brakuje po prostu wszystkiego. Na szczęście młodzi twórcy nie poddają się i krok po kroczku pokonują przeciwności losu. Dzisiejszy czytelnik traktuje walkę z tymi brakami trochę jak przygodę. Im więcej przeszkód tym perypetie studia ciekawsze. Pamiętać jednak trzeba, że często walka ta była dla studia walką o byt i przetrwanie. 
Im dalej w las, tym większe sukcesy odnoszą kreskówki wychodzące spod ołówków pracowników studia. Bolek i Lolek, Reksio czy też Błękitny Rycerzyk wędrują poza granice kraju i z powodzeniem cieszą dzieci niemieckie, czechosłowackie, greckie, a nawet japońskie. 
W książce przedstawiono sylwetki największych rysowników studia, ich plany, rodziny i marzenia. Poznajemy tworzenie kreskówek od kuchni - od pomysłu, aż po udźwiękowienie. Czytelnik zaczyna rozumieć, że to, co w dzisiejszych czasach nazywamy normalnością, wtedy nie istniało. Trzeba było liczyć się z cenzurą, trudnościami życia codziennego i brakami w zaopatrzeniu. Mimo to, z pasją tworzyli kolejne animacje wyświetlane głównie jako Dobranocki. Dzieciaki z uśmiechem na twarzy, o godzinie 19:00, zasiadały przed telewizorami, aby poznać kolejne przygody Bolka i Lolka. Pamiętam, jak się cieszyłam, kiedy pojawiła się Tola! To było naprawdę coś. 
"Królowie bajek..." to wspaniała książka, napisana z pasją i zaangażowaniem. Trochę smutna, bo – jak wszyscy wiemy - studio nie przetrwało. Może inaczej - przetrwało, ale w szczątkowej formie. Dopiero teraz Bielsko-Biała zrozumiała, co straciła, a wraz z nią cała Polska. Muzeum i możliwość zwiedzenia pomieszczeń studia to trochę mało. Niestety walka o prawa majątkowe skutecznie zaprzepaściła nadzieję na powrót polskiej animacji z tą charakterystyczną kreską. 
Przepięknie wydana, kolorowa i pełna ilustracji książka, ciesząca merytorycznym podejściem do tematu i świetnym piórem L. Talko, to naprawdę rewelacyjny pomysł na prezent.



czwartek, 17 grudnia 2020

Melodia mgieł dziennych

Jeżu kolczasty, kto skrzywdził tę powieść taką okładką? Koszmarki graficzne w niebiesko – różowo – "majtkowym" kolorze... To straszne, bo książka jest rewelacyjna, tylko pierwszy odbiór przedziwny. To kolejny dowód na to, że nie można oceniać smaku cukierka po papierku, a książki po okładce. Nie zgadzam się też z zaszufladkowaniem tej powieści jako książki dla kobiet. To, że bohaterki są płci żeńskiej nie oznacza, że panom się nie spodoba. "Melodia..." to książka dla każdego, bez względu na płeć, kto lubi śledzić uczuciowe burze i nawałnice.  
Es - która prowadzi w powieści narrację - jest bardzo zdolną artystką. Pisze teksty piosenek, śpiewa, komponuje. Wydawałoby się, że jest na prostej drodze do sławy i sukcesu. Nic bardziej mylnego. Jej kompleksy i niskie poczucie własnej wartości powodują, że zamiast błyszczeć na scenie, staje się coraz bardziej niewidzialna. Powoli jej serce i dusza przechodzi na inną osobę, którą poznała na przesłuchaniach. To młoda artystka, Melodia, która jest zupełnym przeciwieństwem Es. Mocna, silna i energetyczna powoli przejmuje z Es wszystko, co dobre. Kiedy Melodia wspina się na szczyty sławy, Es gaśnie i znika. W utrzymaniu własnego ja nie pomaga Es fakt, że została menadżerką artystki. Teraz Melodia bez wyrzutów sumienia przejmuje i wykonuje wszystko to, co Es stworzy Wspina się na szczyty list przebojów i tam delektuje się światłem reflektorów. Niestety pod tym światłem i brokatem kryje się słaba, uzależniona od używek, kobieta, która po bliższym poznaniu okazuje się całkowicie bierna i nijaka. 
"Melodię mgieł dziennych" poczyniła młoda, bardzo wszechstronna artystka, Marta Bijan. Autorka odniosła sukcesy w wielu strefach życia i wszystko można o niej powiedzieć tylko nie to, że jej sztuka jest nijaka. Ta książka jest tak przepełniona emocjami, że aż się z niej wylewają. Na pewno nie zachwyci każdego, ja jednak czytałam ją z wielka przyjemnością. To bardzo melancholijna i smutna książka, pełna przenośni i retrospekcji. Nie można było przemknąć przez nią jak przez większość "czytadełek" Tu czytelnik już na pierwszych stronach powieści dostaje emocjami po głowie i nie może liczyć, że dalej będzie łagodniej. Nie. Dalej jest tylko gorzej. Czytelnika frustruje nijakość Melodii i bierność Es. Jedna żyje na plecach drugiej i trudno taką sytuacje zaakceptować. Z powieści bije smutek i żal, że bohaterki nie mogą wysupłać się z tej sieci uzależnień. To poczucie zagubienia potęguje jeszcze sposób pisania autorki, która często używa retrospekcji, przez co powieść wydaje się chaotyczna i bałaganiarska. Ja jednak uważam, że wcale tak nie jest. Dla powieści ważniejsza jest kolejność ukazywania uczuć, ich narastanie i tłumienie, niż porządek i chronologia. To właśnie przez to skakanie po życiu dziewczyn odnosimy wrażenie zagubienia i smutku. Dobrze, że chociaż zakończenie niesie ze sobą nadzieję. 
Jeżeli macie ochotę na spróbowanie zupełnie innej literatury niż ta, która nosi przydomek lekkiej, łatwej i przyjemnej to sięgnijcie po "Melodię mgieł dziennych". To dawka zupełnie innej przyjemności, która pozostanie w Was na bardzo długo. Warto.