niedziela, 2 marca 2014

Tam, gdzie Twój dom

Piękna książka. Zachwyciła mnie przede wszystkim rozbudowaną, kwiecistą narracją. Słowa można smakować, podziwiać i kąsać. A i przedstawiona w powieści historia jest niebanalna. 
Trzy kobiety, trzy historie, trzy tragedie. Zaczynamy od środka. Poznajemy Różę Kanenberg, która wyjeżdża z rodzinnego niewielkiego miasta na studia do Szczecina. Po kilku miesiącach "studenckiego", kwiecistego życia postanawia przeanalizować swoje priorytety i zacząć prowadzić przykładne życie grzecznej studentki. Nie udaje się jednak. Róża wplątuje się w romans z wykładowcą, którego owocem jest ciąża. Ten moment jest punktem wyjścia. Cofamy się w czasie, aby poznać losy matki i babki Róży. Kobiety są naznaczone jakimś fatum samotności. Każda z nich zostaje porzucona przez mężczyznę, każda na swój sposób radzi sobie z brakiem bratniej duszy. Do poczucia osamotnienia należy dodać brak korzeni, swojego miejsca na ziemi... generalnie nie można tych kobiet nazwać szczęśliwymi. 
Nie będę bardziej streszczać, bo nie o to chodzi. Zresztą nie fabuła w tej książce jest najważniejsza. Mnie urzekły słowa, a raczej ich dobór. Autorka jest mistrzynią tkania ze słów kolorowych dywanów, urzekających gobelinów i maleńkich serwetek. Słowa układają się w piękną całość, każde zdanie jest samodzielną literacką perełką. Zachwyciła mnie umiejętność dobierania słów tak, aby każde znaczyło coś więcej niż tylko słowo. 
Poza tym książka wzbudziła we mnie bardzo pozytywne emocje ze względu na miejsce akcji. Jestem Szczecinianką, a większość życia Róża spędziła własnie w Szczecinie. Bardzo miło czyta się o znanych miejscach i ulicach. W trakcie lektury budzi się nie tylko wyobraźnia ale i pamięć. Szczecin w książce jest bardzo prawdziwy, taki "komunistyczno - stoczniowy". Nawet "Duet" się zgadza. Ta realistyczność, taka twardość i kanciastość miasta dodaje akcji pikanterii, a Róży charakteru. 
Każdy kto lubi delektować się słowami powinien sięgnąć po tę książkę. Naprawdę warto. 

środa, 26 lutego 2014

Poniedzielski, Dyjak, Czyżykiewicz

Byłam na koncercie z okazji XVII Urodzin Czarnego Kota Rudego. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że Czarny Kot Rudy to "scena kabaretowa" działająca w Teatrze Polskim w Szczecinie. Podobno nasz Teatr jest jedynym w Polsce posiadającym oficjalnie scenę kabaretową. Ale nie o tym chciałam. Z okazji Urodzin CKR na deskach teatru wystąpiło trzech "Poetów smutku". Pania Poniedzielskiego zna chyba każdy, Pana Czyżykiewicza również. Dla mnie odkryciem koncertu był trzeci artysta, a mianowicie Marek Dyjak. Co za głos! Cierpki, wręcz drażniący ucho, a jednocześnie głeboki - po prostu piękny! Do tego Pan Dyjak śpiewa przy akompaniamencie trąbki i akordeonu. Po prostu miód. Zresztą posłuchajcie. 


Pan Dyjak niewątpliwie nie jest łatwym człowiekiem. Ale myślę, że każdy kto choć trochę zainteresował się życiorysem artysty zrozumie jego sceniczne zamknięcie w sobie i widoczną niechęć do okazywania głebszych uczuć. Ale to wszystko jest nieważne. Najważniejsze jest to jak ten człowiek śpiewa. a raczej ŚPIEWA!

Kolejnym hitem koncertu jest piosenka:


Powiem Wam, że słowa: "Jak się nie ma co się lubi to nie lubi się też tego co się ma" są niesamowicie ... prawdziwe.
Jeżeli ktoś z Was ma możliwość posłuchania któregokolwek z "Poetów smutku" - polecam z całego serca.

Cudny koncert w doborowym towarzystwie. Gosia - dziękuję :-))))

czwartek, 20 lutego 2014

Motylek

Motyl jest dla większości z nas kruchą istotką, której życie jest niezwykle ulotne. Delikatny, kolorowy, budzi same ciepłe uczucia. Tytuł książki jest dodatkowo zdrobnieniem tej nazwy i przywodzi na myśl małe dziewczynki w kolorowych fruwających spódniczkach. Nic bardziej mylnego! Za okładkowym motylkiem kryje się wspaniały kryminał; szybki, tajemniczy, z prawdziwą zagadką i klasycznym pytaniem: kto zabił? Powieść jest genialna.
Lipowo to niewielka wieś gdzieś w Polsce. Wszyscy wszystkich znają, plotka goni plotkę, a każdy nowy mieszkaniec jest tu atrakcją. Pewnego mroźnego poranka na skraju drogi prowadzącej do Lipowa znaleziona zostaje martwa zakonnica. Pierwsze badania rodzą przypuszczenia, że ktoś ją niechcący potrącił, jednak szybko okazuje się, że została ona brutalnie zamordowana. Wkoło zakonnicy rośnie mur z zagadek; atmosfera jeszcze bardziej gęstnieje kiedy okazuje się, że zakonnica nie grzeszyła świetlaną przeszłością. Rozwikłaniem zagadki zajmują się miejscowi policjanci. Każdy z nich jest charakterkiem nie do podrobienia. Komendant Daniel Podgórski mieszka z mamusią i jest klasycznym przykładem "nieodciętej pępowiny", Rosół ma problem z samotnym wychowywaniem dzieci (a właściwie jego brakiem), Paweł nie potrafi poradzić sobie z agresją, a Marek z tajemnicami z przeszłości. Każdy z Policjantów przenosi bagaż swoich doświadczeń - z lepszym lub gorszym efektem - do śledztwa. Dzięki temu poznajemy nie tylko pracę przedstawicieli władzy, ale również ich rodziny i przyjaciół. Kiedy uświadomimy sobie, że wszystko dzieje się w malutkiej wsi nagle okazuje się, że w morderstwo może być zamieszany właściwie każdy. Od sklepikarki po księdza.
Powieść jest świetnie skonstruowana. Jej podstawą i trzonem jest morderstwo i zagadka. Ten główny wątek został jednak misternie przyozdobiony siateczką wątków pobocznych. Poznajemy mieszkańców Lipowa - ich życie, malutkie grzeszki i wielkie tajmenice. Wszystkie te wątki splatają się w misterną całość wzbudzając w czytelniku zachwyt. Każda postać jest dopracowana, nic nie jest tu dziełem przypadku. Naszym oczom ukazuje się wachlarz charakterów i osobowości przeplatających się i zazębiających. Mistrzostwo.
"Motylek" jest debiutancką powieścią p. Katarzyny Puzyńskiej. Aż strach pomyśleć jakie będą Jej kolejne kryminały. Mam nadzieję, że będzie ich dużo, ponieważ Pani Kasia ma niesamowitą smykałkę do obmyślania misternych planów. W trakcie lektury (i to w jej pierwszej połowie) szybko domyśliłam się kto zabił. Tak mi się przynajmniej wydawało. Autorka szybko zniszczyła moje przypuszczenia, a ja dalej główkowałam. Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że już teraz na pewno wiem, bardzo szybko z hukiem spadałam na podłogę. A kiedy na ostatnich kartach powieści dowiedziałam się kto zabił, ze zdziwienia nie mogłam się otrząsnąć. A nalepsze jest to, jak szybko czytelnik układa sobie wszystkie wątki w logiczną całość. No tak! Że też ja na to nie wpadłam!!!
Kryminał "Motylek" w niczym nie ustępuje sławnym skadynawskim przedstawicielom tego gatunku. Powiem więcej - autorka naprawdę wszystko świetnie przemyślała - w powieści nie ma nic pewnego, a każde nowe wydarzenie zazębia się z tym co było i budzi ciekawość tego co będzie.  
Polecam naprawdę wszystkim. Bez wyjątku. 

środa, 19 lutego 2014

Nostalgia anioła

Moja rodzinka w osobach męża i Starszej pojechała w góry, więc nadrabiam filmowe zaległości. Dziwne to o tyle, że z zasady na filmach zasypiam, a tu proszę - trzy dni pod rząd filmy od napisów początkowych do napisów końcowych. Rewelacja :-)
Tym razem na warsztat poszła "Nostalgia Anioła". Piekny film, choć chwilami dość cukierkowy. Cukierkowość nie dotyczy fabuły filmu (ta nie ma w sobie krzty słodyczy) ale obrazów. 


14-letnia Susie jest przesympatyczną, delikatną nastolatką. Cieszy się życiem, a jej nieśmiałość z miejsca podbija serca widzów. Niestety zostaje brutalnie zgwałcona i zamordowana przez dobrodusznego sąsiada. Dziewczynka po śmierci tkwi w zawieszeniu i jako bierny obserwator śledzi zdarzenia na ziemi; widzi jak morderca zaciera ślady, jak rodzina nie radzi sobie z jej śmiercią, jak cierpi jej mały braciszek. Susie usiłuje przekazać wiadomość, działać - niestety nie jest to możliwe. Chociaż...
Film jest trochę mistyczny, troche bajkowy, trochę straszny, budzi naprawdę wiele emocji. Kluczową rolę odgrywa tu uroda odtwórczyni głównej roli, która jest rzeczywiście anielska. Saoirse Ronan jest przepiękną kobietą, a jej delikatność powoduje, że film zdobył moje serce. 
Książka, na motywach której nakręcono film, już czeka w moim Kindlu :-)))


poniedziałek, 17 lutego 2014

Kwiat pustyni

 Wczoraj obejrzałam "Kwiat pustyni". Cudowny, a jednocześnie przerażający film o tym, jaką krzywdę można zrobić drugiemu człowiekowi (a dokładnie rzecz ujmując małej dziewczynce) dla jego "dobra". Waris Dirie urodziła się w koczowniczej rodzinie w Somalii. W wieku pięciu lat poddana została rytualnemu obrzezaniu. Kiedy kończy trzynaście lat ojciec chce ją wydać za mąż za sześćdziesięcioletniego mężczyznę. Wtedy Waris postanawia wziąć swój los w swoje ręce. Ucieka z Somalii i walczy. O przetrwanie, o swoją godność, aż w końcu o godność wszystkich somalijskich kobiet. Dzięki wyjątkowej urodzie zostaje modelką. Nawet wówczas, gdy osiąga sukces nie spoczywa na laurach. Zostaje ambasadorem ONZ i rozpoczyna walkę o zniesienie rytuału obrzezania kobiet w krajach trzeciego świata. 
Kilka lat temu czytałam książkę pod tym samym tytułem. I po raz pierwszy śmiem twierdzić, że film wyprzedził książkę. Uroda aktorki, która wcieliła się w rolę Warisi Dirie, plastyczność obrazów, spora dawka humoru (pomimo trudnego tematu) - to wszystko dało wspaniały efekt. Film mnie zauroczył. 



niedziela, 16 lutego 2014

Dlaczego mnie tam nie ma!?

Moja rodzina i moi przyjaciele na szlaku, a ja jutro do pracy chlip, chlip....

wtorek, 11 lutego 2014

Grudniowi chłopcy

Oglądam film pt. "Grudniowi chłopcy". Ciepły, wzruszający, klimatyczny, kręcony w niesamowitych miejscach. Oglądam trochę jak bajkę delektując się pięknymi widokami. Opowiedziana w filmie historia może być odebrana ot tak, wprost, jako opowieść o pewym lecie pewnych chłopców. Można też wpatrzeć się głębiej i zauważyć tęsknotę za miłością, rodziną i tym wszystkim co osieroconym dzieciom takie dalekie i takie wytęsknione. Główną rolę gra Daniel Radcliffe co mnie do tej produkcji przyciągnęło. Okazało się jednak, że nawet bez Niego film jest naprawdę dobry. 
Chcę przeczytać książkę! Teraz! 

Film to oparta na powieści Michaela Noonana o tym samym tytule historia, opowiadająca o grupie czterech sierot. Każdy z przyjaciół urodził się w tym samym miesiącu. Pewnego razu opuszczają swój sierociniec i wyjeżdżają na wakacje nad morze. Tam dowiadują się o parze mieszkańców wybrzeża, która mogłaby zaadoptować jednego z chłopców. Od tego czasu dzieci zaczynają ze sobą rywalizować o miejsce w rodzinie, co wystawia ich przyjaźń na wiele ciężkich prób. Maps (Daniel Radcliffe) musi wybrać pomiędzy dorastaniem, a byciem starszym bratem dla trzech pozostałych chłopców.


sobota, 1 lutego 2014

Takie tam...

Jestem chora. Czuję się podle. Nawet czytać mi się nie chce. A na parapecie wiosna...
To małe krokusiki

A to królowa mojego parapetu :-)


piątek, 31 stycznia 2014

Istota

Wprawdzie jestem chora, a co za tym idzie mam sporo czasu na czytanie i to może być wytłumaczeniem tego, co zaraz napiszę, ale wiedzcie, że moim zdaniem to nie kwestia choroby. Otóż "Istotę" przeczytałam z jedną tylko przerwą zwiazaną z koniecznością zaśnięcia, jako że nadeszła  noc. Myślę, że gdybym czytała latem, to przemknęłabym ciurkiem przez całą powieść zatrzymując się na niewielkich pauzach związanych z ... no, każdy wie z czym. 
Mocna książka. Ciemna, ponura, trzymająca w napięciu. Akcja rozkręca się już na pierwszych stronach i trwa do ostatniego słowa. Dosłownie. Pełna zwrotów akcji, gry na emocjach czytelnika, i szybkich dialogów potęgujących wrażenie pędu zdarzeń. 
Fabuła biegnie dwutorowo. W czasach współczesnych dwóch Komisarzy Seifert i Menkhoff otrzymują zadanie wyjaśnienia porwania małej dziewczynki. Informacja o porwaniu jest anonimowa, toteż policjanci są bardzo zaskoczeni kiedy okazuje się, że ojcem porwanego dziecka jest psychiatra Lichner, którego kilkanaście lat wcześniej wsadzili do więzienia za brutane zamordowanie pięcioletniej dziewczynki. Drugi wątek umiejscowiony kilkanaście lat wcześniej ukazuje czytelnikowi dochodzenie i wątpliwości związane właśnie z tym morderstwem. Wtedy wszytkie dowody (a właściwie poszlaki) wskazują, że dziewcznkę zamordował Lichner choć on sam zapewnia, że jest niewinny. Kilkanaście lat później wszystko wygląda inaczej, na świetnej teorii zaczynają pojawiać się rysy, co więcej - Seifert zaczyna wątpić, czy kilkanaście lat temu złapali prawdziwego sprawcę. Tylko Menkhoff zaciekle i zapamiętale obstaje przy swojej teorii. Kiedy jednak dochodzi do kolejnego porwania....
Książka jest jedną wielką zagadką. Kiedy wyjśniona zostaje jedna niewiadoma pojawiają się kolejne trzy. Nic nie jest takie jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. Jeżeli dodamy do tego specyficzny morczny nastrój książki (odpowiedni do okładki) i wciągającą narrację otrzymamy mieszankę, która powoduje, że od książki naprawdę nie można się oderwać. 



czwartek, 30 stycznia 2014

Trio Flór

Byłam na koncercie. Zespół o nazwie Trio Flór wprowadził mnie w niesamowity nastrój. Niby lekki jazz, niby nic wielkiego - ot wspaniały kontrabasista, natchniony perkusista i cudny gitarzysta. Powiem wam, że to trio zdobyło moje serce i długo go nie opuści. Muzycy zaczarowali mnie dźwiękami i  otulili muzyką. A że do tego konceru słuchałam w doborowym towarzystwie .... Naprawdę bawiłam się świetnie. Tyle tylko, że jakoś tak po koncercie dreszcze mnie złapały, a dzisiaj termometr pokazał 38,5... No cóż - skończyło się na lekach i herbatce z cytrynką. Ale muzyczka dalej gra... gdzieś w serduchu...  

Boks na ptaku czyli każdy szczyt ma swój Czubaszek i Karolak

Genialne trio.
Ona - kobieta dynamit, wspaniała pisarka, autorka wielu piosenek, z ogromnym poczuciem humoru i ciętym językiem, związana z moją ukochaną radiową "Trójką". Kocha papierosy, a nienawidzi gotować. Najlepiej wychodzi jej podawanie potraw z pobliskiej knajpy, do których namiętnie dodaje koperek. Zakochana w życiu i butach. Często zasypiająca w fotelu w pozycji "skrętki fotelowej". Panie i Panowie - Maria Czubaszek!
On - muzyk jazzowy, zmuszany przez matkę do gry na wiolonczeli, której szczerze nienawidzi, kocha za to grę na organach Hammonda i eleganckie ciuchy. W jego szafie znajdziemy ze trzydzieści marynarek i to nie byle jakich. Uwielbia jeść truskawki zsosem truskawkowym. Zakochany w swojej Marysi, muzyce i "dawnych czasach". Człowiek ciepły, wspaniale przekazujący anegdoty ze swojego życia. Panie i Panowie - Wojciech Karolak!
Ten Trzeci to Artur Andrus, który z polotem i szacunkiem dla słowa kieruje wywiadem - rzeką zawartym  w książce "Boks na ptaku czyli każdy szczyt ma swój Czubaszek i Karolak".
Książka jest niezwykła. To nie jest ot taki wywiad; to nie jest nawet rozmowa. To takie podglądanie przez dziurkę od klucza codziennego życia dwojga uroczych ludzi, którzy zadziwiają miłością i szacunkiem do siebie, a jednoczesnie potrafią wspólnie śmiać się ze wspomnień i anegdot codziennego życia. Kiedy Pani Maria śmieje się z przygód partnera On nie pozostaje dłużny. Efektem są dialogi, których śledzenie wzbudzało we mnie ciągły odruch chichotania i parskania.
Poznajemy wiele ciekawych epizodów z życia dwójki bohaterów oraz każdego z osobna. Poznajemy ich mocne i słabe strony. Pan Karolak opowiada o zmaganiu się z chorobą alkoholową, Pani Maria również ma w tym względzie sporo do powiedzenia. Miejscami jest poważnie, miejscami śmiesznie, miejscami wzruszająco. Te opowieści okraszone są zdjęciami, które bardzo działają na wyobraźnię czytelnika. 
Książka lekka, zabawna, chwilami poważna - ale tylko chwilami. Książka, którą warto kupić w prezencie przyjaciołom. Książka, którą warto mieć na swojej półce. 

czwartek, 23 stycznia 2014

"Zgoda na szczęście i "Krok do szczęścia" - jestem szczęśliwa że już za mną!

Przyznam się, przeczytałam zarówno "Zgodę na szczęście" jak i "Krok do szczęścia". Gnioty jakich mało. Nawet pisać mi się nie bardzo chce, bo właściwie nie ma o czym. Przemknęłam przez treść niczym ślizgacz po falach  i im dalej brnęłam, tym bardziej mój wzrok zamiast czytać jedynie śmigał po literach. Wykładowcy szybkiego czytania mogą mnie chwalić i czuć dumę z pojętnego ucznia. 
Akcja toczy się - a właściwie turla - niczym piłka w błocie. Czyli właściwie stoi w miejscu. To co się wydarzyło można skreślić w dwóch, trzech zdaniach.  Hania trapi się tajemnicą skrywaną przed Dominiką. Mikołaj trapi się Hanią. Dominika trapi się... nie, Ona na szczęscie się nie trapi. Dziewczyna jest super i to jedyny powód, dla którego dobrnęłam do końca tej trylogii. 
Powieść ciągnie się jak flaki z olejem. Wynudziłam się niemiłosiernie. Tak naprawdę to wszystkie trzy tomy są dobrym materiałem na ... książkę. Ale jedną, a nie trzy. Do tego powieść jest obrzydliwie słodka, sentymentalna i pełna wzniosłych zwrotów, których w normalnym życiu po prostu się nie używa. Żeby chociaż coś się działo, to można by powiedzieć, że to taka bajka dla zakompleksionych kobiet, które przez całe życie czekają na księcia z bajki zamiast brać życie za rogi. Ale nie! Hania przez 10 stron czeka, przez kolejne 10 płacze, a przez kolejne 100 dochodzi do siebie. Cierpienie Hanki jest mocno przerysowane, a Ona sama jest porcelanową laleczką nie radzącą sobie w życiu. Ma farta, że jest jedynie bohaterką powieści, bo w normalnym życiu dawno skoczyłaby z okna.
Jednym ciekawym charakterkiem jest Dominika choć i ona w trzecim tomie zawodzi.
Podsumowując: nie czytajcie - szkoda czasu. 
..........................................
Po pytaniach i komentarzach dodam jeszcze jedno.
Moim zdaniem super ekstra opinie o tych książkach wynikają z polityki wydawnictwa, które rozesłało do recenzji pewnie "tysiąc egzemplarzy". Pamiętam, (współpracowałam z wieloma wydawnictwami) jak trudno jest napisać krytyczną recenzję o książce, którą się "dostało". Ciesze się bardzo, że ten etap mam za sobą. W pewnym momencie powiedziałam sobie, że nigdy nie napiszę recenzji wbrew sobie. Ilość współpracujących wydawnictw stopniała, ale nie żałuję. Te, które zostały są moje, ukochane i dzięki nim wiem, że można pisać w zgodzie z samym sobą.

niedziela, 19 stycznia 2014

Imię dla misia...

Starsza lubi jeździć na łyżwach. Jako, że lodowisko usytuowane jest dość blisko naszego domostwa, Starsza z uporem i dość regularnie powtarza wiele znaczące pytanie: Pójdziemy? Cóż robić - zwijamy się z ciepłej kanapy i całą czwórką idziemy. Na szczęście pasję Starszej w dużej mierze zaspokaja szkoła, która raz w tygodniu funduje jej godzinkę szalonej jazdy po lodzie. Lekcje te dla rodziców oznaczają jedynie tyle, że pociechę po zajęciach należy odebrać.
Ostatnio stoję przy bandzie i czekam na zakończenie ukochanych szaleństw Starszej. Koło mnie stoi śliczna dziewuszka ściskająca misia (uderzająco podobnego do tego na zdjęciu). Dziecię jest dość zmarznięte i dużo mniej "uśmiane" niż dzieciaki szalejące po drugiej stronie bandy. Chcąc dziewuszkę czymś zająć pochyliłam się do niej i szepnęłam: Ślicznego masz misia...
Dziewczynka podnosząc na mnie wielkie oczy poinformowała mnie, że to jej ukochamy misio. 
- A ma jakieś imię?
- Ma....
-A zdradzisz mi je?
Misio w szybkim tempie wylądował pyszczkiem przy moim nosie, a z ust dziewczynki wydobyło się zachwycające imię...
- PULPET

Baśniobór - Plaga cieni

Trzecia część "Baśnioboru" jest stanowczo najlepsza. Jeżeli tak będzie dalej to ostatni tom powinien mnie zachwycić. Na razie jednak muszę sobie zrobić przerwę. Jakby nie patrzeć jest to powieść skierowana do "młodszej młodzieży", a - jak powszechnie wiadomo- nadmiar czarodziejskich stworzeń w dorosłej głowie nie jest zjawiskiem zbyt dobrym.
Autor już od początku powieści wprowadza nas w wir wydarzeń. Nie ma rozkręcania akcji, wpadamy od razu głęboko po szyję w świat baśniowych stworów, mrocznych cieni, wróżek i elfów. Tajemnicza zaraza powoduje, że miłe i dobre stworzenia przemieniają się w ciemne, złośliwe stworzonka, które zamiast wspierać opiekunów Baśnioboru, próbują ich zwalczać i pokonać. Do tego wszystkiego sytuacja zmusza rodzeństwo do działania w pojedynkę. Chłopiec musi zostać z dziadkami w Baśnioborze i ratować rezerwat przed mrocznymi silami, a Kendra rusza w podróż w poszukiwaniu kolejnego artefaktu. Jeżeli dodamy do tego zdradę wśród wysoko postawionych opiekunów rezerwatów i podróże w czasie otrzymamy pasjonującą mieszkankę magii i przygód. 
W epoce "Harrego Pottera" i "Opowieści z Narni" wykreowanie czegoś nowego co nie trąciłoby plagiatem napewno nie było łatwe. Brandon Mull poradził sobie świetnie. Baśniobór jest jedyny w swoim rodzaju - pasjonujący i zachwycający orginalnymi postaciami i świetną akcją. 

środa, 8 stycznia 2014

Ziemiomorze

Ziemiomorze to klasyka gatunku fantasy. To podstawowa lektura dla tych, którzy chcą poznać magię zaczarowanych krain, smoków i czarnoksiężników. Ja jestem zachwycona. Urzekła mnie przede wszystkim dokładność i konsekwencja autorki w opisywaniu i wymyślaniu coraz to nowych światów. 
Ged jest potężnym czarnoksiężnikiem, którego postać przewija się przez tysiąc stron powieści. Jako młokos sprowadza na ziemię cień, który musi pokonać, walczy ze smokami, pomaga kapłance Archipelagu pokonać labirynt, wkracza do krainy umarłych... przygoda goni przygodę, a wyzwań nie brakuje. Tłem dla przygód i perypetii Geda jest ciągła walka dobra ze złem. Problem w tym, że szala zwycięstwa w pewnej chwili przechyla się na stronę złych mocy... Pokonanie ich jest jednak kwestią czasu, a właściwie magii.
Mój zachwyt dotyczy jednak nie fabuły (której niczego nie brakuje), ale "organizacji" powieści. Książka składa się z sześciu tomów. Każdy z nich jest niby odrębną powieścią, samodzielną historią, jednak im dalej czytelnik zagłebia się w Ziemiomorze, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że ta powieść to swoistego rodzaju układanka, w której każdy następny tom wnosi coś nowego do poprzednich. Z zachwytem i niedowierzaniem obserowowałam, jak niedomówienia i niedopowiedzenia z wcześniejszych części mają wpływ na późniejsze wydarzenia. 
Książka jest idealną całością. Przedstawia wspaniały świat czarnoksiężników, ludzi i istot wcześniej mi nieznanych. Powieść jest przepiękną bajką, w której zanurzyłam się na tydzień, a po wynurzeniu miałam głowę pełną magii.