poniedziałek, 5 marca 2018

Nie czytasz książek? Lecz się!

Na widok pustej biblioteczki kłuje Cię w sercu? Po skończonej książce masz napady lęku? A może drgawki utrudniają Ci zaparzenie melisy na uspokojenie, kiedy nie masz nic nowego do przeczytania?
To oznaka, że cierpisz na niedobór książek! Na szczęście wiemy jak Cię wyleczyć! Już 9 marca Pogotowie Czytelnicze wkracza do akcji!




Ślubowaliśmy pomóc w potrzebie wszystkim Książkoholikom, którzy są spragnieni nowych tytułów i słowa dotrzymamy. Opracowaliśmy skuteczną metodą leczenia. Stosujemy inhalację z pary topniejących cen, okłady z gorących nowości oraz terapię szokową przy użyciu porażających promocji. Wszystkim osobom, które zamiast krwi mają tusz, umożliwiamy przyjmowanie książek dożylnie. Czopków nie stosujemy.
Chcesz dostarczyć swojemu organizmowi niezbędnych witamin i książkowych minerałów? Nie oszczędzaj na swoim czytelniczym zdrowiu i weź udział w naszej KsiążkoTerapii!


sobota, 17 lutego 2018

Kobieta w oknie

Thriller kojarzy się z książką, w której jest dość sporo przemocy. Musi być zły bohater i musi być ktoś, kto z tym złem walczy. Są książki będące klasycznym przedstawicielem tego gatunku, ale są też takie, które - niczym grypa - po cichutku zarażają czytelnika swoim nastrojem. Niby nic się nie dzieje, niby spokojna powieść, aż nagle, nie wiadomo kiedy, czytelnik z przerażeniem uświadamia sobie, że nic nie jest takie, jak się wydawało na początku. Efekt? Przy takich książkach (filmach również) zawsze mam ochotę, bez zakończenia lektury, wrócić do początku książki i już "wiedząc" - przeczytać jeszcze raz. "Kobieta  w oknie" jest właśnie taka. Zachwycająco dwuznaczna.  
Zacznę z trochę innej beczki. Trzeba przyznać, że "Kobieta w oknie" miała świetną promocję. Wydawnictwo stanęło na wysokości zadania i książka w pewnym momencie była wszędzie. Na plakatach, przystankach autobusowych... nawet w Empiku Pani próbowała wcisnąć mi egzemplarz jako wyjątkową promocję. Nic z tego. Powieść już wówczas stała na półce, a ja z coraz większym przerażeniem zastanawiałam się czy warto po nią sięgnąć. 
Warto. 
Anna Fox straciła wszystko. Jest samotną kobietą, cierpiącą na fobię związaną z wychodzeniem z domu. W jej wykonaniu jest to praktycznie niemożliwe. Oknem na świat Anny jest telewizor i internet. Kiedy chce wyjść na zewnątrz, ogarnia ją tak ogromna panika, że pokonanie jej graniczy z cudem. Trochę pomaga parasol będący "ochraniaczem" od otwartej przestrzeni, ale Anna korzysta z tego wyjątkowo rzadko. Kobieta ma przedziwne hobby - obserwuje sąsiadów przy pomocy aparatu fotograficznego. Ich życie pochłania ją i fascynuje. Zna wszystkie zajęcia i rozkład dnia poszczególnych osób, a każde odchylenie od normy jest wydarzeniem. 
Rodzinna Russelów jest "najnowszym nabytkiem dzielnicy". Anna z upodobaniem uczy się ich nawyków, aż do chwili kiedy widzi coś, czego nie powinna. Wydarzenia biegną szybko, a ludzie mówią Annie tak sprzeczne zdania, że Anna sama już nie wie, co widziała, a co było tylko ułudą. Czytelnik brnie wraz z bohaterką w rzeczywistość - tę prawdziwą i tę urojoną. Wszystko się miesza niczym w tyglu, a kiedy przychodzi pora na wyjaśnienia, czytelnik musi zbierać przysłowiową szczękę z podłogi. 
Trudno mi było przebrnąć przez pierwsze 50 stron. Autorka - chyba chcąc dobrze oddać klimat samotnego życia naszej bohaterki - długo międliła codzienność Anny i jej przyzwyczajenia. Kilkakrotnie powtarzane rytuały i internetowe konwersacje w pewnym momencie zaczęły mnie nużyć. Na szczęście uczucie to było krótkotrwałe, a zaraz za nim przyszedł szok i niedowierzanie. 
To książka, w której nic nie jest takie, jak się wydaje. Prawdziwa jest tylko fobia bohaterki i jej samotność. Natomiast cała reszta ... przeczytajcie, bo warto.  
Ostatnio mam rękę do dobrych thrillerów. "Za zamkniętymi drzwiami" było świetne "Fashion Victim" również. "Kobieta w oknie" to kontynuacja dobrej passy :-) 

środa, 14 lutego 2018

"Raport z północy" - czyli o tym, że grzeczność powinna obowiązywać nawet autorów

Primo - uwielbiam Skandynawię. Zwiedziłam kilkakrotnie Malmo, byłam w Sztokholmie, podziwiałam Nynashamn i uważam, że piękniejsze tereny na ziemi nie występują. Rewelacyjna cisza i spokój, ludzie się nie spieszą, czerwone domki, wąskie uliczki i ścieżki rowerowe których jest więcej niż ustawa przewiduje. Zachwyca ukształtowanie terenu, przybrzeżne skały i ilość jagód. Rewelacja. Wielu moich znajomych odbiera Skandynawię bardzo podobnie - jako ziemską krainę baśni. 
Secundo - twórczość Andrzeja Pilipiuka lubię - nawet bardzo. Jego opowiadania są rewelacyjne, Kuba Wędrowycz zawsze poprawia mi humor, a cykl "Oko jelenia" dumnie pręży się u mnie na półce.  
Podsumowując primo i secundo - Kiedy w moje ręce wpadła książka pt. "Raport z północy" pomyślałam sobie że to będzie świetna lektura. Autor, którego lubię, popełnia książkę o podróżach w rejony, które uwielbiam. Hmmm... no nie do końca tak było. 
Młodszy z piękną flagą :-)
Książka jest dość specyficzna i nie wątpię że są tacy, którzy nie doczytają jej do końca. Stanowi mozaikę, dla której tłem są podróże po Skandynawii. Oprócz wspomnień i opisów pięknych miejsc, podczas lektury otrzymamy również sporą dawkę wspomnień z dzieciństwa, ciekawostek historycznych  i poglądów politycznych. Nie ukrywam, że "wtręty" poglądowo wyznaniowe mnie trochę odrzucały. Zawsze uważałam Pana Pilipuka za osobę pogodną i otwartą tymczasem z książki wyłania się obraz - cóż, delikatnie rzecz ujmując - osoby dość narzekającej i widzącej wszystko raczej w czarnych barwach. Do tego jeszcze okazało się, że mamy zupełnie odmienne poglądy polityczne ale do tego się nie odnoszę, bo przecież o tym się nie dyskutuje :-). Z grubsza rzecz ujmując, książkę możemy podzielić na dwie części. Jedna urzekła mnie i zniewoliła opisami przygód, jakich autor doświadczył na północy Europy. Czytało mi się rewelacyjnie zwłaszcza, że w wielu miejscach również byłam. Z ciekawością czytałam ciekawostki historyczne i kulturowe i po ich poznaniu stwierdziłam, że są miejsca, które po lekturze "Raportu..." zwiedzałabym zupełnie inaczej. Takim miejscem jest np. muzeum Vasa gdzie Szwedzi przechowują ogromny okręt zbudowany w XVII wieku. Pan Pilipiuk wdzięcznie wkłada do głowy czytelnika sporo wiedzy o Skandynawii. Aż się chce jechać. Podobnie życie i twórczość Astrid Lindgren zostaje ukazana w bardzo, bardzo ciekawy sposób. Zdjęcia z Bulerbyn zaciekawiły nawet Starszą.
Starsza przy pomniku Astrid Lindgren
Autor opisał 5 wypraw - od podróży z tatą jeszcze w stanie kawalerskim, aż po wyprawy rodzinne i przyjacielskie. Dużo tu wspomnień, wiele prywatnych, wręcz intymnych spostrzeżeń i wątków. Jest też sporo zdjęć które pomagają czytelnikowi zrozumieć miłość autora do tamtych terenów. Opowieści o podróżach są okraszone wieloma ciekawostkami historycznymi, które autor  - jako archeolog z wykształcenia -  przekazuje w sposób bardzo ciekawy. 
Druga część (niestety dużo gorsza) to wątek marudersko - żałujący. Autor rozwodzi się nad utraconymi szansami i możliwościami naszego kraju i Polaków. Czyni to w nieprzyjemny, momentami wręcz niegrzeczny sposób. Krytykuje wszystko i wszystkich; właściwie nie ma tu jednego zdania, które dawałoby nadzieję. Powiem więcej - w niektórych przypadkach czułam wręcz niechęć do autora, bo część poglądów przedstawionych na kartkach książki jest po prostu nieprzyjemna i wręcz grubiańsko niegrzeczna. Autor chyba zapomniał, że (na szczęście) nie ma jeszcze księgarni w których są naklejki "Platformersom nie sprzedajemy" albo też "Pisiorom wstęp wzbroniony" Cóż - może stwierdzenie, że poczułam się urażona to zbyt wiele, ale spodziewałam się po Panu Pilipiuku trochę więcej polotu w przedstawianiu swoich poglądów politycznych. 
Podsumowując - od połowy książki pomijałam opisy uczuć i żali, które targają autorem, a skupiałam się na świetnych relacjach z podróży po Skandynawii. Ta cześć zasługuje na piątkę. Część marudersko - polityczną oceniam na 2. Średnia 3,5 i tak oceniam całość.  

Muzeum Vasa - okręt który zatonął u wybrzeży Szwecji....

... a został zbudowany z myślą o ataku na Polskę

środa, 31 stycznia 2018

Dotyk życia i śmierci

Czytam dużo i szybko. Najczęściej przemykam od książki do książki, poszczególne pozycje nie zostają zbyt długo w mojej głowie, a jeśli już zostają, to na krótko. Jest jednak taka niewielka grupa książek, która siedzi gdzieś w łepetynie z tyłu i od wielu, wielu lat towarzyszy mi w codziennym życiu. "Dom z papieru", "Przyślę Panu list i klucz", "Drużyna pierścienia"... te i kilka innych są moimi towarzyszami na dobre i na złe. Teraz ta lista powiększyła się o  "Dotyk życia i śmierci". 
Jeżu kolczasty, zupełnie nie rozumiem fenomenu tej niepozornej książeczki! Co ma takiego, że tak mnie zachwyciła. Kiedy zasiadałam do niej świadoma, że to debiut Pana Mateusza Kowalczyka, spodziewałam się mocnego średniaka. A tu taka niespodzianka. Książka inna niż wszystkie. Zachwycająca, porażająca i nietypowa. Tu nie ma fabuły w potocznym rozumieniu tego słowa. Tu mamy życie i śmierć przeplatające się nawzajem, muśnięcie dłoni, które przenosi nas z miejsca na miejsce, od bohatera do bohatera. Kiedy tak wędrowałam i obserwowałam losy poszczególnych osób zdałam sobie sprawę, jak ułudne i zwiewne jest to co - wydaje nam się - że mamy. Świat jest przebiegły i często widzi więcej niż my, co z iście szatańską przyjemnością wykorzystuje. 
Historie, które serwuje nam autor pozornie nie są ze sobą związane. Łączy je muśnięcie dłoni, ta iskra, która obraca nasz wzrok w stronę kolejnych bohaterów książki. Nastolatka przerażona niechcianą ciążą, wściekła żona, która odkryła, że mąż nadal ją zdradza, muzułmanin pragnący dostać się do raju, dwóch narkomanów po zażyciu prochów, dziewczynka siedząca na ławce z tabletem i chińczyk, którego do ratowania niewinnego życia popycha rozpacz po śmierci najbliższych. Wszystko niby oddzielne, niby autonomiczne, a jednak czytelnik mimochodem wyłapuje te cienkie nitki snujące się nad Warszawą, łączące naszych bohaterów. Jedne decyzje ważne inne błahe, jedne dotyczą pojedynczych osób, inne mają wpływ na tysiące istnień. I tylko ten ostatni dotyk, nieprzekazany...
Każdy bohater uchwycony został w tym ulotnym momencie, kiedy uwaga czytelnika przechodzi z jednej osoby na drugą. Autor stara się pokazać czytelnikowi motywy działania każdej osoby poprzez ukazanie pewnego epizodu z życia bohatera. Wydarzenie ważne i mające wpływ na całe jego życie często niestety jest brzemienne w skutkach dla wielu osób dookoła. Każdy bohater - w moim odczuciu dosłownie każdy - swoimi działaniami woła o pomoc, ale niestety często nie dostaje jej na czas, albo też krzyczy zbyt cicho i niezauważalnie.
Piękny język, lekkie pióro, szybkie zwroty i jedyny niepowtarzalny klimat powieści sprawiły, że dla mnie osobiście książka ta stanowi małe arcydzieło - zamknięte i skończone. Powieśc zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Pochłonęłam ja w jeden dzień, ale gdyby liczyła 1000 stron więcej, czytałabym z chęcią jeszcze i jeszcze i jeszcze... 
Panie Mateuszu, proszę o jeszcze! Jeżeli to jest Pana debiut, to niecierpliwie czekam, co Pan ma nam jeszcze do przekazania... O rety!
Książka genialna. 

wtorek, 30 stycznia 2018

Idiota skończony

Opowiadania są taką formą literacką, którą się albo kocha albo nienawidzi. Ja osobiście za opowiadaniami nie przepadam - forma krótka, która nie bardzo pozwala rozbujać się wyobraźni. Musi się naprawdę wiele zadziać, abym po lekturze mogła powiedzieć - to było to! Kilka lat temu zachwyciła mnie książka Andrzeja Pilipiuka pt. "2586 kroków", która jest właśnie zbiorem opowiadań. Od tego czasu jedyne opowiadania, jakie czytam, to właśnie z gatunku fantastyki. Wyobraźnia autora może wszystko i już w pierwszych akapitach czytelnik zostaje zaskoczony przedstawionym światem, czy bohaterem. Nie ma tu miejsca na rozbudowane wstępy czy przydługie dialogi. Nie potrzeba wielu słów, aby stworzyć coś niewyobrażalnego. Zbiór opowiadań "Idiota skończony", który właśnie skończyłam czytać jest potwierdzeniem mojej teorii: Opowiadania to forma stworzona dla fantastyki. 
Dwanaście opowiadań - każde inne, każde zaskakujące, każde przedstawiające światy odmienne od tego, co znamy. Jedno wesołe, drugie smutne, trzecie przygnębiające… wszystkie łączy jedno: bohater, którego decyzja (trafna lub niej trafna) wpływa na losy otaczającego świata. Spotykamy więc młodą wiedźmę, która dzięki pochopnej decyzji odkrywa w sobie wielki talent, mężczyznę, który próbuje przetrwać w świecie zniszczonym przez nuklearną wojnę, samolubnego urzędnika, który otrzymuje pod "opiekę" samotne i przerażone dziecko. Odwiedzamy tajemnicze miasteczko, nękane niewyjaśnionymi zbrodniami i archiwum majora Tuchajewa zawierające rozwiązanie niesamowitej tajemnicy. Poznajemy zarówno światy podobne do naszego jak i całkowicie odmienne i kierujące się zupełnie innymi regułami. Akcja jednego z opowiadań została umieszczona na "Smoczycy" - statku będącym ciężkim "skokowcem o niemal fregatowym tonażu". To opowiadanie jest chyba najbardziej oderwane od rzeczywistości. Wielki statek, kosmiczni piraci, drogocenny towar i... wiersze Mickiewicza. Połączenie niespotykane prawda?
"Idiota skończony" jest zbiorem opowiadań, z których każde jedno - bez wyjątku - zaskakuje. Rozpoczynając lekturę czytelnik najpierw musi usadowić gdzieś swoje myśli i już samo to jest wyzwaniem. Z Włoch znajdujących się pod okupacją Chińczyków, przenosimy się do Lublina (nie takiego dzisiejszego, o nie!), potem Wrocław stanowiący schronienie dla tych, co przetrwali i Warszawa ogarnięta powstaniem... uwierzcie mi, po każdym opowiadaniu musiałam robić przerwę na kilka głębszych wdechów, bo trudno tak skakać z rzeczywistości w rzeczywistość. Każde z opowiadań ryza wyrwę w mózgu czytelnika i zostawia ślad. Widać, że autorzy stanęli na wysokości zadania. Nic w tym dziwnego, bo osoby, które "popełniły" opowiadania zawarte w "Idiocie..." są w większości znanymi i cenionymi twórcami polskiej Fantastyki. Gołkowski, Białołęcka, Komuda... myślę, że zachwalać nie trzeba. 
Opowiadania porywają pomysłowością i tchną świeżością pióra. Nie ma tu ani jednego akapitu, który przypominałby coś, co już znam i czytałam. Większość opowiadań zaskakuje i zachwyca czytelnika. Nie znajdziemy tu sztampy i powielanych wzorców. Oczywiście każdy czytelnik jest inny i każdy ma inne preferencje. Jeden zachwyci się leśna krainą, w której rządzą kobiety wojowniczki, inny uzna to opowiadanie za najsłabsze. Każdy jednak znajdzie tu coś dla siebie i nikt nie będzie miał okazji powiedzieć: To już było.
Ilustracja pochodzi ze strony doba.pl (klik)
Chciałabym, aby kiedyś w moje ręce trafiła papierowa wersja tej książki. E-book (który właśnie skończyłam czytać) nie daje przyjemności obcowania z okładką i ilustracjami, a nie wątpię, że "Fabryka słów" ponownie stanęła na wysokości zadania. Okładka nawet w czytniku zachwyca, a ilustracje przyciągają uwagę. Pan Paweł Zaręba znany jest raczej jako twórca przepięknych okładek, lecz - jak widać - czarno białe obrazki wychodzą Mu równie dobrze. 
"Idiota skończony" to zbiór opowiadań dla każdego. Dwanaście historii o życiu, walce i namiętności. Każda inna, każda wyjątkowa. Łączy je jedno - konieczność podjęcia przez bohatera decyzji i nadzieja, że jest ona właściwa. Jednak każdy z nas przecież wie, komu matkuje nadzieja...
Polecam. 

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Pożeracze książek Złoty szyfr

Kiedy byłam dzieckiem, książek w sklepach było jak na lekarstwo. Pamiętam moją Mamę, która stała pół dnia w księgarni, bo akurat dostarczono "Piotrusia pierwszaka", "W dolinie Muminków" i "Fizię Pończoszankę". Mama kupiła mi wszystkie trzy i czytałam je w kółko, póki znowu czegoś nie "rzucili". Im byłam starsza, tym było lepiej, ale do dzisiaj zazdrośnie zerkam na półki moich dzieci, gdzie mienią się tęczowe okładki, a tematyka poraża różnorodnością. Lecząc więc braki z dzieciństwa, zdarza mi się sięgać po książki dzieciaków, zwłaszcza z półki należącej do Starszej. Podbieram jej takie, które czyta z wypiekami na twarzy, a po zakończeniu lektury pada znamienne: "Mama czad książka! Musisz ją przeczytać! Tak właśnie było ze "Złotym szyfrem". 
Emilly i James są dobrymi przyjaciółmi i sąsiadami jednocześnie. Poznajemy ich na bankiecie wydanym z okazji odnalezienia przez nich zaginionych dzieł Edgara Allana Poe. Przygody związane z tym wydarzeniem możemy poznać w pierwszym tomie Pożeraczy książek, na szczęście to jedyne nawiązanie do wcześniejszych perypetii dzieciaków. Akcja "Złotego szyfru" zawiązuje się już na bankiecie, kiedy Emilly zauważa podejrzane zachowanie nauczyciela historii. Nie ulega wątpliwości, że ma on coś do ukrycia, a jego zachowanie pobudza dzieciaki do działania. Szybko wpadają na trop pewnego listu i dowiadują się o istnieniu Złotego Szyfru. Emilly i James podejmują próby złamania złotego szyfru, który ma ich zaprowadzić do ukrytego skarbu. Zadanie jest trudne zwłaszcza, że tajemniczy Feniks ciągle rzuca im kłody pod nogi. Strach budzi również klątwa spoczywająca na każdym, kto próbuje rozwikłać zagadkę złotego szyfru. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że klątwa wciąż działa, przez co nasi bohaterowie wpadają w coraz to nowe tarapaty.
Akcja dzieje się szybko i sprawnie. Nie ma czasu na nudę, a czytelnik ciągle zadziwiany jest kolejnymi zagadkami. Świetnym pomysłem jest to, że mały czytelnik może z powodzeniem popróbować samodzielnego tworzenia szyfrów. W książce są rysunki i tabelki, dzięki którym zrozumienie zasady tworzenia szyfrów jest banalnie proste. Dziecko może samo odszyfrowywać tajemnicze zdania, a potem... cóż, karteczki z zaszyfrowanymi zdaniami pałętają się w mojej kuchni w ilości ponadprzeciętnej... 
Atrakcji podczas lektury na prawdę nie brakuje. Mamy tajemnicze szyfry, zakopane okręty tajemnicze skrytki i pożary nękające rodzime miasto bohaterów. Zagadki, tajemnice i szyfry wprost atakują czytelnika i domagają się rozwiązania. Rewelacyjna powieść dla każdego młodego czytelnika. 
Zachwycił mnie pomysł przedstawiony w książce, będący podstawą całej fabuły. To klub Łowców Książek, który działa na zasadzie książkowego geocaching ‘u. Polega on na ukrywaniu książek w różnych punktach miasta, a następnie na rzucaniu wyzwań innym uczestnikom gry. Wszystkie ukryte zadania i książki prezentowane są w programie komputerowym, do którego dostęp mają Łowcy Książek. Pewnie niejeden z Was dałby wiele, aby powstał u Was taki Klub. Sama bym chciała! 
Cała powieść jest pełna nawiązań do różnych książek i powieści. Pełno tu cytatów, anegdotek z życia pisarzy i aluzji do wielu bardzo znanych książek. Prawdziwa gratka dla każdego "książkochłona". Często zagadki oparte są właśnie na cytatach, a do ich rozwiązania potrzebna jest znajomość klasyki literatury. 
Powieść została zilustrowana - może nie bogato, ale na tyle, aby przełamać nudę monotonnie zapisanych stronic. Proste czarno - białe ilustracje cieszą oko i pobudzają wyobraźnię
"Złoty Szyfr" jak żadna inna książka zasługuje na miano powieści przygodowej. Szkoda, że nie jest lekturą szkolną. Gdyby była - myślę, że grono fanów czytelnictwa wzrosłoby diametralnie! Warto podsuwać ją swoim pociechom, a jeżeli macie ochotę powrócić do swoich dziecięcych marzeń o poszukiwaniu skarbów - sami po nią sięgnijcie. Warto.

niedziela, 28 stycznia 2018

Odzyskać utracone

Bardzo, bardzo lubię takie książki. Określenie powieść obyczajowa, w przypadku książki "Odzyskać utracone", nie jest zbytnio trafione. Mamy tu właściwie wszystko oprócz kryminału. Trochę psychologii, szczyptę mistycyzmu i ludowych guseł, garść wątku miłosnego (w wielu odmianach) i odrobinę historii Polski - tej najtrudniejszej i najbardziej bolesnej, czyli II wojny światowej i okresu powojennego. 
Jest rok 1950. Miranda Szamretów powraca do Białegostoku, po 10 latach spędzonych na Syberii. Została tam wywieziona jako trzynastolatka z babcią i siostrą. Niestety tylko Ona przeżyła okropieństwa zesłania. Dziewczyna ma nadzieję, że rodzina, do której wraca, choć troszkę przypomina tamtą, którą pamięta sprzed wywózki. Tymczasem w jej rodzinnym domu wszystko się zmieniło. Nie ma ojca, za to jest braciszek, Januszek, który z miejsca zdobywa miłość Mirandy. Dziecko jest bardzo chore i właściwie nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie mu dane żyć. Mama jest, jednak zupełnie odmieniona. Zmieniła nazwisko na Stasiak (dla bardziej pospolitego brzmienia) i z eleganckiej kobiety przerodziła się w babę handlującą na czarnym rynku mięsem. Oprócz tego w rodzinie obecne są tajemnice i niedopowiedzenia, które bardzo utrudniają psychiczny powrót dziewczyny do domu.  
Miranda na Syberii radziła sobie jak potrafiła. Oprócz żalu i rozpaczy, przywiozła do Polski umiejętność leczenia ludzi ziołami i mocą płynącą z dobrego serca i dłoni. Wykorzystuje swój dar, pomagając ludziom, ale sama nie potrafi przyjąć niczyjej pomocy. Jest zgorzkniała i przepełniona żalem do całego świata. Jedyną radość jej życia stanowi Januszek i robi wszystko, aby przedłużyć życie malca.
Powieść piękna. Czyta się ją jak bajkę, choć przecież opowiada o strasznych czasach. Oba wątki przeplatające się nawzajem niosą w swej treści ogrom krzywd, jakich doznała ze strony żołdaków radzieckich rodzina Szamretów najpierw w czasie wojny, a potem tuż po jej zakończeniu. Jednak pomimo tragicznych wydarzeń matka Maria Szemretowa (obecnie Stasiak) ani razu się nie załamała. Z podniesiona głową walczy o zdrowie i życie swojej rodziny. No może raz ugięła kark... na samo wspomnienie mam dreszcze. Postać Marii pokazuje czytelnikowi, że nie warto obracać się i rozpamiętywać tego, co było. Należy iść z podniesioną głową do przodu i walczyć o swoje. Wyrwać z życia tyle, ile się tylko da. 
Autorka "Odzyskać utracone", Katarzyna Kołczewska, zaczyna wysuwać się na prowadzenie na liście moich ulubionych polskich autorów. Najpierw poznałam Idealne życie  - rewelacyjną powieść, którą połknęłam w kilka godzin. Potem "Kto, jak nie ja" potargało mną czytelniczo i zachwyciło. Czeka na mnie jeszcze jedna powieść pt: "Wbrew sobie". Na szczęście mam ją już w czytniku :-). 

sobota, 27 stycznia 2018

Bądź moim Bogiem

"Bądź moim Bogiem" to książka w książce, opowiadanie w powieści, historia w historii... powieść zupełnie inna niż wszystkie. Niespotykana. 
Pewnego dnia młody, lekko zdziwaczały dziennikarz, podróżując metrem, dostrzega twarz, która jest mu znana. Reakcja jest bardzo silna, ponieważ nie spodziewał się, że postać ta żyje i mieszka w Warszawie. Postanawia przeprowadzić własne śledztwo i odnaleźć kobietę. Szybko dowiadujemy się, że kobieta jest wdową po znanym twórcy literatury - Borysie, który był jednocześnie najbliższym przyjacielem ojca naszego bohatera. Dzięki tym koneksjom, młody dziennikarz otrzymuje od ojca dostęp do przechowywanego na strychu archiwum po Borysie. To archiwum to tak naprawdę karton dokumentów, zdjęć i szpargałów. Wśród tych skarbów jest też koperta, która otwiera drzwi do kolejnej historii opowiadającej o losach Very Gran. Ta dzielna kobieta jest z pochodzenia Żydówką, która podczas wojny przeżyła getto, a mimo okropieństw dnia codziennego z pasją uprawiała to, co kochała najbardziej - śpiew. Ostatnie lata życia spędza w Paryżu i tam własnie odnajduje ją nasz dziennikarz. Poznaje jej wojenne losy, a jednocześnie czynnie uczestniczy w jej obecnym życiu. Zawiera znajomość z sąsiadami, którzy z upływem czasu zostają najwierniejszymi przyjaciółmi Very. 
Powieść jest trochę poplątana. Dzisiaj miesza się z wczoraj, a ulice Warszawy plączą się z paryskimi alejkami. Nie ulega jednak wątpliwości, że cała historia ma jeden cel - poznać wnętrze człowieka i to, co w nim siedzi najgłębiej. Postacie są bardzo mało zindywidualizowane. Właściwie czytelnik nie bardzo wie, z kim ma do czynienia. Jedynie Vera w pewnym momencie zaczyna dominować, a pod koniec książki jest jedyną bohaterką, o której wiemy na tyle dużo, że można ująć w słowa emocje, które budzi. Reszta bohaterów nagle staje się jedynie tłem dla jej losów. 
Cudna książka - lekko pokręcona i nabuzowana emocjami, ale cudna. 

piątek, 26 stycznia 2018

Kredziarz

Czarna okładka z kredowym rysunkiem wisielca... na grzbiecie też nieporadnie rozsypane ludziki... wszystko sprawia wrażenie przysypanego pyłem kredowym do tego stopnia, że gdy odkładałam książkę, zawsze wycierałam ręce o spodnie. Okładka rewelacyjna. A treść? Jedno wiem na pewno - nie zawiodłam się.
Najpierw trochę o moich odczuciach. Byłam bardzo, ale to bardzo zdziwiona kiedy okazało się, że najważniejsza (w moim odczuciu) zagadka rozwiązana zostaje już w kilku pierwszych rozdziałach. Postać Kredziarza właściwie nie jest tajemnicą i jeżeli liczycie na zawiłość zagadki pt. "Kto jest kredziarzem?" to się srogo zawiedziecie. Jednak cierpliwość należy nagradzać i tak własnie postanowił postąpić autor książki. To, co dzieje się na dalszych stronach powieści, to przechodzi ludzkie pojęcie. Tajemnica rodzi tajemnicę, a rozwiązanie każdej kolejnej tajemnicy prowadzi do następnych zagadek. Niesamowite, mroczne i tajemnicze poplątanie wydarzeń, czasu i zbiegów okoliczności.
Rzecz dzieje się w 2016 r. i 1986. Czterdziestoletni Eddy jest samotnym, trochę zdziwaczałym nauczycielem, który mieszka w wielkim domu po rodzicach. Pewnego dnia odwiedza go kolega z  dzieciństwa, składając propozycje nie do odrzucenia. Problem jest taki, że to co proponuje przyjaciel, otwiera w głowie naszego bohatera wspomnienia z dzieciństwa do których wcale nie ma ochoty wracać. Wraca jednak, a czytelnik razem z nim. W 1986 r. Eddy wraz z paczką przyjaciół wiedli beztroskie życie. Wszystko zmieniło się podczas wyprawy do wesołego miasteczka, gdzie dochodzi do tragedii. Jedna z karuzel ulega awarii, a oderwany wózek wpada w przypadkowych przechodniów. Tak właśnie Eddy poznaje Pana Hallorana. Od tej chwili nic już nie będzie takie samo, a Eddy wprost gubi się w tym, co dzieje się dookoła niego. Mnóstwo przypadkowych zdarzeń, które okazują się wcale nieprzypadkowe. Śmierć zbiera swoje żniwo, a naszych bohaterów ogarnia przerażenie. Czytelnika również. Okazuje się bowiem, że nic nie jest takie, na jakie wygląda.
"Kredziarz" to nie tylko kryminał. To psychologiczne studium, ukazujące zawiłości ludzkich uczuć i ich emocjonalny bagaż. Każdy z piątki przyjaciół ma coś na sumieniu, każdy przeżył jakąś traumę i właściwie  dopiero w dorosłym życiu maja odwagę spojrzeć sobie prosto w oczy i wyjawić prawdę. Wszystkie tajemnice są spotęgowane mrocznością i tajemniczą atmosferą, w której czynieniu autor jest moim mistrzem.
"Kredziarz" to również opowieść o konsekwencjach, jakie niesie za sobą każdy czyn. Wiele tu nawiązań do kościoła i pewnych norm kierujących życiem człowieka. Treść książki, gdzieś między słowami nawiązuje do pewnego porzekadła mówiącego o tym, że za złe czyny należy ponieść zasłużoną karę. I tak właśnie jest w "Kredziarzu". Trochę to wszystko jest mistyczne ale ta cecha, w ogólnym rozrachunku nie przeszkadza w świetnym odbiorze książki, a nawet często wzmaga poczucie tajemnicy.
Na zakończenie dodam, że w grupie przyjaciół była dziewczyna - prawdziwa chłopczyca, biegająca w ogrodniczkach z chłopakami i na równi z nimi walcząca o wpływy w bandzie. To własnie Ona wzbudziła moją największą sympatię i - jak się potem okazało, moja intuicja mnie nie zawiodła.
Jeżeli macie ochotę na niebanalny i zaskakujący kryminał, w którym oczekiwana zagadka rozwiązana zostaje niespodziewanie szybko, a tuż za progiem czeka mnóstwo innych zagadek i tajemnic - polecam. Nietuzinkowa książka, której lektura niesie za sobą niezapomniane przeżycia.

czwartek, 25 stycznia 2018

Niezwykłe przypadki Kunegundy Paciorek

Książki dla nastolatków to temat rzeka. Jest ich miliard i trudno stwierdzić, która jest super bestselerem, a która gniotem. Jedni uwielbiają stare powieści Verna, inni zaczytują się w Harrym Potterze, jeszcze inni przepadają za Dziennikami wampirów. Do wyboru do koloru. Nie wątpię, że bardzo trudno jest wybić się na rynku wydawniczym książce, która nie jest poparta reklamą w necie, czy też telewizji. Tym bardziej więc należy promować książki, które naszym zdaniem są wartościowe.
Leszek Talko to dziennikarz i autor felietonów, które swojego czasu pochłaniałam jak świeże bułeczki. Kiedy Starsza była małym dziecięciem, prenumerowałam miesięcznik "Dziecko”, w którym Pan Talko zamieszczał krótkie felietony o wychowywaniu dzieci. Uwielbiałam je i głównego bohatera Pitulka. Rewelacja. Kiedy więc zobaczyłam, że autorem "Niezwykłych przypadków Kunegundy Paciorek jest właśnie Pan Talko wiedziałam, że muszę ją przeczytać.
Na pierwszych stronach powieści poznajemy Kunegundę, która siedzi w ławce w nowej szkole i cierpi. Trwa lekcja, podczas której nauczycielka kazała dzieciom pokrótce opowiedzieć o sobie, a Ona szczerze nie cierpi swojego imienia. Najchętniej w ogóle się do niego nie przyznaje, a najbliższych prosi, aby mówili do niej K. (Kej) Obok Kej siedzi dziewczynka, która nie do końca odpowiada jej gustom, ale co tam - warto spróbować się zaprzyjaźnić. Aby przyjaźń zacieśnić, dziewczynki postanawiają wspólnie nakręcić film. Podczas kręcenia Kej wydaje się, że w piwnicy widzi wielkiego pająka. Mając nadzieję, że to tylko złudzenie Kej umieszcza filmik na YouTube. Filmik momentalnie osiąga wielką popularność właśnie ze względu na strasznego pająka, który ukazuje się na ekranie. Kolejny filmik również charakteryzuje się, ukazującym się na ułamek sekundy, potwornym monstrum. Dziewczynki nie wiedzą co się dzieje, a Kej jest coraz bardziej przerażona. W jej otoczeniu zaczynają dziać się coraz dziwniejsze rzeczy. Początkowo złudne i trudno zauważalne, jednak w miarę upływu czasu coraz bardziej niepokojące. Jej przerażenie sięga zenitu kiedy okazuje się, że Marysia wraz z całą rodziną ... znika. Kunegunda z dwójką przyjaciół zaczynają prowadzić dochodzenie, którego efekty są niespotykane. 
Książka ma wyjątkowo czarny klimat. Wielkie pająki, potwory, niewyjaśnione zjawiska i przerażające wydarzenia powodują, że czytelnik podczas lektury ogląda się przez ramię sprawdzając, czy wszystko w porządku. Bohaterowie książki łażą po piwnicach i starych korytarzach, włamują się do cudzych domów i walczą z własnym strachem. Jest kot, który znika, pies, którego niewidzialna moc unieruchamia na dłuższy czas i dom, w którym ciągle palą się światła pomimo tego, że Kej i jej przyjaciele ciągle je gaszą. Naprawdę mroczna i klimatyczna książka. 
Leszek Talko stworzył powieść, której odbiorcą jest dzisiejszy, współczesny nastolatek. Nawiązania do YouTube, komputerów i serwisów społecznościowych powodują, że książka jest na swój sposób oswojona i nie traktuje o czasach, w których telefon miał tarczę, a muzyki słuchało się na Kasprzaku. Z drugiej strony autor tworzy atmosferę grozy i horroru, dzięki czemu świat nowinek technologicznych schodzi na drugi plan. Ważna jest przyjaźń i współdziałanie, dzięki którym jest szansa na uratowanie przyjaciółki. 
Na zakończenie trzeba koniecznie wspomnieć o ilustracjach ponieważ swoim klimatem świetnie wpasowują się w mroczną treść książki. Obrazki są czarno - białe i tylko jeden element jest czerwony. Okno, tytuł książki, szuflada, pies - każdy rysunek podkreśla coś, co w tym momencie powieści jest ważne i godne uwagi. 
Niezwykłe przypadki Kunegundy Paciorek kończą się w taki sposób, że Pan Talko jest po prostu zmuszony zająć się dalszymi losami dziewczynki i jej przyjaciół. Nic się nie wyjaśnia, wszystko się gmatwa... czekam z niecierpliwością.

środa, 24 stycznia 2018

78 - piętrowy domek na drzewie

Syn mój jedyny, zwany Młodszym, czytaniem raczej nie jest zafascynowany. Klocki Lego, zagadki matematyczne, tablet... to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Czytanie? Owszem, wieczorem do podusi i to najlepiej, żeby mama czytała. Podsuwam mu od czasu do czasu co nieco, ale niestety sukces odniosłam raptem kilka razy. Tomek Łebski jest faworytem, a zaraz za nim plasuje się seria, której bohaterami są Andy i Terry, czyli ".... piętrowy domek na drzewie".
Zaczęło się od "52 - piętrowego domku na drzewie". Po szybkim przemknięciu przez ponad 300 - stronicową książkę, Młodszy z zachwytem sapnął: Jeszcze! Przeczytaliśmy więc 13 -, 26 -, 39 - i 65 -piętrowe domki na drzewie" i z niecierpliwością czekaliśmy na kolejne tomy. Ku naszej radości zupełnie niedawno ukazał się "78 - piętrowy domek na drzewie" i oczywiście musiał niezwłocznie pojawić się na półce Młodszego.
Ta część serii jest nieco inna od poprzedniczek. Mniej jest wymyślnych, prześmiesznych i absurdalnych pięter, a więcej treści i fabuły. Moim zdaniem to najlepsza część serii, a widzę, że Młodszy - oceniając po tempie wchłonięcia książki - również popiera moje zdanie. 
Tym razem mieszkańcy wielopiętrowego domku postanawiają nakręcić film. Pojawia się filmowiec i cały osprzęt konieczny do realizacji tego przedsięwzięcia. Niestety filmowiec nie przewiduje raczej roli dla Andy'ego, wyraźnie faworyzując drugiego z przyjaciół. Andy urażony postanawia odejść z domku, a właściwie to filmowiec go wyrzuca z planu. Andy postanawia nie pojawiać się więcej na planie. Okazuje się jednak, że to wcale nie jest takie proste. Kilkakrotnie, niechcący wraca na plan (wiem, że to niechcący głupio brzmi, ale tak właśnie jest) i psuje całą robotę związaną z realizacją filmu. Raz nawet Andy pojawia się w wielu odsłonach... J Kiedy Andy przypadkiem odkrywa, że filmowi grozi niebezpieczeństwo robi wszystko, aby ostrzec ekipę. Nikt go jednak nie słucha myśląc, że po prostu próbuje zwrócić na siebie uwagę. Co z tego wyniknie? Przeczytajcie sami...
"78 - piętrowy domek..." to przede wszystkim czaderskie, prześmieszne, najlepsze w świecie, jakie widziałam ILUSTRACJE. Lekturze opisów domku na drzewie i jego atrakcji można poświęcić cały dzień oglądając, szukając śmiesznych szczegółów, analizując poszczególne niuanse budowli i śmiejąc się z żartów i żarcików. Samochodowe spa, miksomat, piętro z siedemdziesięcioma ośmioma wirującymi talerzami, niewyklute megajajo, grota gryzmołów z graffiti, Andylandia... długo by wymieniać. Wszystkie piętra okraszone są rysunkami, których analiza zajmuje więcej czasu niż czytanie. Szczegóły i szczególiki przyciągają uwagę małego czytelnika, a absurdalne treści wywołują kwiki radości i śmiech, którego natężenie trudno opisać. Kulminacja śmiechu nastąpiła przy "Krowywiadowcach". Młodszy śmiał się do łez, a Krowywiadowcy byli hasłem całego dnia. 
Dla porządku dodam, że to chyba pierwsza część tej serii, w której było nie tylko do śmiechu. Kiedy Andy smutny i urażony wycofał się z planu filmowego, nagle przestało być śmiesznie, a rysunki zamieszczone w książce straciły na znaczeniu. Dla małego czytelnika ważne staje się to, jak skończy się ta historia. Co ciekawe - kiedy Młodszy dowiedział się, że wszystko kończy się dobrze, wrócił do początku książki i tym razem skupił się na ilustracjach i wyłapywaniu śmiesznych scen i gagów. 
Rewelacyjna książka. Śmieszna do bólu brzucha, odlotowo pomysłowa i napisana (a także narysowana) w taki sposób, że jej lektura wystarczy na długo. A potem można jeszcze raz i jeszcze... i zawsze znajdzie się coś nowego do oglądania. 
A na zakończenie rysunek, który nas najbardziej ucieszył. Z niecierpliwością czekamy!

wtorek, 23 stycznia 2018

Dzienniki Krystyny Jandy 2003-2004

Krystynę Jandę kocham, uwielbiam i czczę miłością czystą i niebiańską :-)))
Nie znam ludzi, którym ta aktorka byłaby obojętna. Jedni (i tych jest większość) łączą się ze mną w uwielbieniu, inni psioczą, utyskują i krytykują. Krytyka stała się większa od czasu, kiedy Pani Krystyna wyraźnie opowiedziała się przeciwko partii rządzącej (i znowu moje uwielbienie wzrosło), ale na szczęście - jak to mówi mądre przysłowie - psy szczekają, karawana idzie dalej. 
Od wielu, wielu lat czytuję publikowane w Internecie zapiski Pani Krystyny na temat... życia. Po prostu. Pod adresem krystynajanda.pl  internetowy przechodzień może zapoznać się z dziennikami prowadzonymi od 2001 r. To już 16 lat... Powiem Wam, że dzienniki towarzyszą mi przez całe dorosłe życie. Raz częściej, raz rzadziej, ale zawsze i niezmiennie - zaglądam. To właśnie przy lekturze dzienników gdzieś w głowie zakołatało: Może bloga bym założyła?
Kiedy Wydawnictwo Prószyński i spółka zapowiedziało wydanie Dzienników w formie papierowej, byłam przeszczęśliwa. Posiadanie ich na półce jest naprawdę przyjemnością w najczystszej postaci. Wprawdzie pierwszy tom trochę mnie przeraził, bo tomiszcze liczące ponad 700 stron to nie przelewki. Zapewniam Was, że kiedy już czytelnik wsiąknie w ten świat naprawdę nie chce się go opuszczać. 
Drugi tom zawierający zapiski z lat 2003-2004 jest równie porywający. Po dwóch latach pisania Krystyna Janda wyraźnie zdała sobie sprawę, że dzienniki są czytywane i mogą stanowić świetne narzędzie do kontaktu z fanami i publicznością. Publikuje więc mnóstwo opinii recenzji i materiałów z festiwali filmowych, konkursów i koncertów. Występuje na tych imprezach w rolach mniej lub bardziej oficjalnych (od widza po członka jury), ale wszystkie zapiski tchną szczerością i chęcią podzielenia się wrażeniami. Pani Krystyna pozwala nam również zajrzeć do domu. Dzieli się z czytelnikiem anegdotami z dnia codziennego i chwilami spędzonymi z mężem i dziećmi. Raz jest śmiesznie raz wzruszająco, niezmiennie jednak ciepło i szczerze. 
Dzienniki jak to dzienniki - zapiski skaczą z tematu na temat i to jest właśnie cudowne. Mamy możliwość poczytać wiersze, poznać kilkanaście anegdot z życia aktorów, oraz ściągnąć przepis na kluseczki francuskie. Możemy pooglądać zdjęcia z wyjazdów i z premiery sztuki teatralnej. Są też posty w stylu:
"Bardzo przepraszam. Wyjeżdżam na dzień. Dobrego dnia"
Każdy zapisek zaczyna się od cytatu, który zapadł Pani Krystynie w pamięci. W wersji internetowej każdy post rozpoczynał się życzeniami dla jubilatów, którzy w danym dniu obchodzili swoje święto, ale - nie wiedzieć czemu - wydawca zrezygnował z tego. Niemniej jednak prawie każdy zapisek kończy się niezmiennym "Dobrego dnia". Oczywiście nawet z tego zwrotu powstał zapisek:    
Dobrego dnia. (Kiedy pisałam „Dobrego dnia” napisało mi się „Dobrego dna”, i to mnie rozśmieszyło, ale zapomnijmy o tej literówce!). Usłyszałam wiele żartów ostatnio, ale są tak niecenzuralne albo niepoprawne, że nie mogę ich zacytować, a szkoda, a szkoda!
Poszczególne zapiski są często okraszone zdjęciami, co daje poczucie jeszcze większej intymności i „kolegowania się" z Panią Krystyną. Ujęcia z premiery spektaklu, mimochodem pstryknięta fotka ze spaceru, fotki z wyjazdu na narty... wszystko to przybliża i skraca dystans na  linii czytelnik - autor. 
Czytając Dzienniki na przemian śmiałam się, płakałam, wkurzałam i rozczulałam. Szkoda, że papierowa wersja dzienników nie jest wiernym odzwierciedleniem dziennika internetowego. Tak jakby wydawca i redaktor próbowali troszkę, tak troszeczkę, uporządkować nieuczesane myśli Pani Krystyny. Podam tylko jeden przykład, który troszkę mnie zasmucił, choć rozumiem, że Internet ma mniejsze wymagania niż papier. 
19 czerwca 2004 r. Pani Krystyna Janda zamieszcza trochę nostalgiczny post związany ze śmiercią p. Jacka Kuronia. Nagle pada takie zdanie:
Czy wyobrażacie sobie, że lotnisko może mieć adres: Księżycowa 1? To jak żart.
Rzeczywiście zdanie ni z gruszki, ni z pietruszki, ale pamiętam, że ubawiłam się czytając to zdanie. Tymczasem w wersji papierowej tego zdania nie ma, a szkoda. Takie wyrwane z kontekstu myśli dodawały dziennikom lekkości i polotu. Żeby nie było - uważam, że papierowe dzienniki również są mistrzostwem świata, ale mając świadomość takiego lekkiego retuszu byłam ociupinkę rozczarowana. 

17 grudnia 2003 w wydaniu internetowym Dzienników
Niby to samo a jednak troszkę inaczej :-)
17 grudnia 2003 w wydaniu
papierowym dzienników













Polecam każdemu fanowi Krystyny Jandy i każdemu wielbicielowi różnorakich dzienników. Zapiski Krystyny Jandy tryskają poczuciem humoru, ciepłem i wrażliwością, co powoduje, że gdy czytelnik raz zanurzy się w świat koncertów, teatrów i festiwali nie będzie chciał się z niego wydostać. 
Pozdrawiam Pani Krystyno! 

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Dom babci

Młodszy jest pełnym werwy ośmiolatkiem. Starsza - zakochaną trzynastolatką. Zapewniam Was, że wspólne lektury - przy takim podziale płci i wieku - są właściwie niemożliwe. Zdarza się, że Starsza coś poleci Młodszemu, ale odbywa się to z miną pod tytułem: "Jak byłam taka smarkata jak Ty, to uwielbiałam tę książkę". Co pewien czas, (ku mojej radości) zdarzają się jednak takie pozycje, które zachwycają oba moje bąble. Taki był, lata temu, "Baranek Bronek", który wydany został bardzo podobnie jak "Dom babci". Obie są dużymi kwadratowymi książkami w twardej okładce, obie zachwycają ilustracjami i dbałością o wygląd. Moje dzieciaki mają też wspólnie ulubioną serię o Domku na drzewie, ale to temat na oddzielną recenzję. 
Ostatnim wspólnym odkryciem moich dzieci jest właśnie książka pt. "Dom babci". Pozycja na czasie, bo przecież dzień babci był raptem kilka dni temu i wydaje się, że lepszego momentu na jej wręczenie dzieciakom nie mogłam znaleźć. Z drugiej strony Dzień babci kojarzy się z pełną werwy, uśmiechniętą babcią i tańczącym dziadkiem, tymczasem „Dom babci” dotyczy raczej tej smutnej strony "babciowania". Nie jest to książka o radosnej, babcinej miłości. To raczej książka o tęsknocie do tego, co się utraciło. 
Salon, lampa, fotel w kwiatki, na ścianach mnóstwo zdjęć... w takiej scenerii poznajemy babcię i Jej
wnuczka. Chłopiec bardzo kocha swoją babcię i uwielbia wspólnie z Nią spędzać wieczory na oglądaniu zdjęć. Babcia kiedyś była architektem i obiecała chłopcu, że zbuduje dla niego dom. Niestety babcia się zestarzała i pewnego dnia, kiedy chłopiec chciał ją odwiedzić - Jej już nie było. Zrozpaczony chłopiec zbudował więc "mechaniczną babcię", a gdy skończył - babcia otworzyła oczy i zabrała chłopca w przepiękną podróż. Dokąd? Przeczytajcie sami. 
"Dom babci" to książeczka zarówno dla młodszych jak i starszych czytelników. Młodsze dziecię znajdzie w niej przepiękną historię o babci, wnuku i o tym, że miłość jest ponadczasowa i pokona największe przeszkody. Nastoletni czytelnik odnajdzie tu nie tylko historie babci i wnuka, ale również przepiękne opowiadaniu o miłości, szacunku i przywiązaniu. To, co dla Młodszego jest ciepłą historią pokazującą, jak ważna jest babcia - dla Starszej miało wiele innych, bardziej wzniosłych znaczeń. 
Książka budzi cały wachlarz uczuć. Na pierwszy rzut oka wydaje się smutna. Traktuje o stracie osoby bliskiej, o smutku i rozpaczy. Bardzo szybko jednak rozpacz zamieniona zostaje nadzieję, dzięki której opowiadanie kończy się ogromnym sukcesem. Smutek zamienia się w uczucie zwycięstwa, potrzebę dalszego działania i dążenia do upragnionego celu. Co ważne - ani razu w książce nie pada słowo "śmierć" czy "strata". Pomimo trudnego tematu, autor stara się dzieciom w przyjazny sposób przedstawić problem straty i tęsknoty. Pomimo trudnego tematu - książka jest ciepła i wzruszająca. Pomimo trudnego tematu - naprawdę warto. 
Książka jest rewelacyjnie wydana. Wydawnictwo CzyTam nie wydaje wielu książek, ale każda, która wyjdzie spod jego skrzydeł jest dziełem sztuki sama w sobie. "Dom babci" jest klimatyczną, przepięknie ilustrowaną książką, która zachwyci i małych i dużych. Jej lektura to czysta przyjemność. Na pewno mały czytelnik nie powinien zostać z lekturą sam na sam, ponieważ ilość uczuć przelanych na papier może go przytłoczyć. Przyda się ciepły komentarz Mamy, a już wspólna lektura z babcią byłaby mistrzostwem świata.

niedziela, 21 stycznia 2018

13 minut

"13 minut" to książka, która niezmiernie mnie zaskoczyła. Początkowo myślałam, że czytam powieść kryminalną dla nastolatek. Trochę rozczarowana kontynuowałam lekturę z myślą podsunięcia jej mojej 13 - letniej już Starszej. Im bardziej jednak zagłębiałam się w fabułę, tym bardziej byłam przekonana, że to absolutnie nie jest powieść dla nastolatki. Robiło się strasznie i mroczno, a wszystko okazywało się nie takie, jak być powinno. 
Pewnego poranka młody muzyk wybrał się z psem na spacer. Zwykła poranna przyjemność zamieniła się w horror, kiedy zauważył w rzece zwłoki młodej dziewczyny. Na szczęście okazało się, że dziewczyna żyje, choć badania wskazują, że przez 13 minut jej organizm znajdował się w stanie śmierci klinicznej. Natasha nic nie pamięta z wypadku, ani z okresu poprzedzającego tragedię. Nie wie, co się stało i jaki  był powód tego, że znalazła się w lodowatej wodzie. Dziewczynę otacza aura współczucia i zrozumienia, zwłaszcza w szkole, w której jest bardzo popularna. Jako przywódczyni trójki dziewcząt wiodących prym wśród nastolatków, Natasha jest bardzo pewna siebie, wręcz arogancka. Piękne i zgrabne "Barbie" drwią i naśmiewają się z tych brzydszych, do których zalicza się kolejna bohaterka Rebecca Crisp. W dzieciństwie Natasha i Rebecca były przyjaciółkami; teraz, rażąco odmienne, należą raczej do przeciwstawnych obozów. 
Pierwsza cześć powieści to plątanina faktów, niedopowiedzeń i zagadek. Każdy rozdział niesie za sobą zmianę poglądów czytelnika. To co wydawało się przed chwileczką czarne, na kolejnej stronie okazywało się szare lub białe. Nici łączące nastolatki ciągle się plączą i urywają. Wszystko owiane jest tajemnicą i trudne do wyjaśnienia. Kiedy jednak w końcu Policji udaje się rozwikłać zagadkę, (i to nie tylko wypadku Natashy) czytelnik oddycha z ulgą. 
Powiem Wam, że nie miałam cienia wątpliwości, że zagadka została rozwiązana. Ciekawiło mnie tylko, dlaczego jestem dopiero w połowie powieści...
Własnie. Teraz będą ochy i achy. Tak misternie uplecionej intrygi, to ja dawno nie widziałam Autorka w III części, używając maleńkich drobiazgów i niedopowiedzeń, których "dopuściła" się w części II, obraca fabułę o 180  stopni. Czytelnik patrzy bezradny, jak wszystko to, co poukładał sobie w głowie, przewraca się niczym domek z kart. Nic nie jest takie, jak się wydawało. I tylko szkoda niewinnej... nie napiszę bo spolerować nie lubię.  
Powieść świetnie się czyta, a strony uciekają jedna za drugą. Krótkie rozdziały, sporo dialogów - to wszystko sprawia, że czytelnik skupia się na intrydze, a nie na zawiłościach języka. Mimo prostoty i łatwości odbioru, z pewnością nie jest to książka dla młodzieży. Umiejscowienie fabuły w świecie nastoletnich panienek jest dość złudne. W rzeczywistości sporo tu seksu, (choć w delikatnej formie) używek i mrocznych tajemnic. Nie do końca chciałabym, aby moja trzynastolatka zagłębiła się w takiej lekturze. Natomiast dorosłym polecam. Po przestawieniu się na rzeczywistość widzianą oczami gimnazjalistów, przeżyjecie literacką przygodę, jakiej świat nie widział. 
Rewelacyjna książka! 

piątek, 19 stycznia 2018

Pierwszy śnieg

"Pierwszy śnieg" przeczytałam w telefonie. Niezbyt to zdrowe dla oczu - wiem, ale za to najlepsze podczas spacerów z psem. Mojego kindelka mi szkoda, a telefon jest jednak dużo bardziej odporny na deszcz, czy wiatr. Niestety minus takiego czytania jest taki, że często ucieka mi z głowy to, co się działo w powieści w danym momencie. Z "Pierwszym śniegiem" nie miałam takiego problemu. W powieści tyle się dzieje, że w pewnym momencie telefon zastąpił czytnik, a ja połykałam stronę po stronie ciekawa, co się dalej wydarzy. 
Harry Hole to policjant trochę zmęczony życiem. Nic dziwnego - przecież to siódmy tom cyklu i zapewne wiele się wcześniej wydarzyło. Tym razem Harry zajmuje się seryjnym mordercą, który poluje na kobiety, na pierwszy rzut oka ze sobą niezwiązane. Na miejscu zbrodni zawsze pozostaje śnieżny bałwan, który niejako drwi z ofiary morderstwa. Harry nie może dojść motywu zbrodni i gubi się w domysłach. Na pomoc przybywa Katerine - policjantka przeniesiona z innego komisariatu. Wspólnie próbują znaleźć rozwiązanie zagadki. Tropy pojawiają się i znikają, podejrzany, który dzisiaj jest pewniakiem, kolejnego dnia ginie, lub zapewnia o swojej niewinności, ślady znikają i zacierają się... pełno tajemnic i zagadek.
Rozwiązanie zagadki jest bardzo zaskakujące. Czytelnik zastanawia się, dlaczego przeoczył tak jaskrawe sygnały i gdzie się podziała jego intuicja. Nie chcąc spojlerować napiszę tylko, że końcówkę powieści pochłonęłam w tempie ekspresowym. Rewelacja.
Świetnie napisana powieść, zachwycająca pomysłowością autora i lekkością jego pióra. Wielu czytelników stwierdza, że powieść, jako kolejna z cyklu, jest dość przewidywalna i schematyczna ,jednak ja byłam zachwycona. Może to kwestia tego, że wcześniej twórczość Jo Nesbo była mi nieznana. I może dlatego z czystym sumieniem mogę stwierdzić - świetna powieść.