środa, 28 maja 2014

Złodziej wrót

Orson Scott Card lubi tworzyć kilkutomowe powieści z dziećmi w roli głównej. Najlepszym przykładem takiego dziecięcego bohatera jest Ender i jego przyjaciel Groszek. Ich losy ciągną się przez kilka tomów, a każdy tom jest lepszy od poprzedniego. Ciekawi mnie, czy saga o Danny'm będzie równie udana...
Złodziej wrót" to kontynuacja przygód Danny'ego należącego do prastarej rodziny magów. Orson Scott Card nabiera rozpędu, przyspiesza i demoluje spokój ducha czytelnika. W pierwszym tomie pt. "Zaginione wrota" Danny został przedstawiony jako zagubiony chłopiec, którego posiadane umiejętności nieco przerastają. Na oczach czytelnika Danny uczył się korzystać z magii, nabierał pewności siebie i pojmował, że jest wyjątkowy. W drugim tomie mamy do czynienia z pewnym siebie nastolatkiem, świadomym swojej wartości i stawiającym warunki otoczeniu. Tu nie ma już stagnacji. Wydarzenia prą do przodu i zaskakują zwrotami akcji. 
Danny już wie, że jest magiem wrót, a jego największym darem jest tworzenie Wielkich Wrót, które prowadzą do Westilu będącego kolebką ziemskich magów. Coraz lepiej panuje nad swoimi umiejętnościami. Co więcej - dowiaduje się, że nie jest sam. Poznaje innych magów, których umiejętności są związane z magią wrót. Pewnego dnia Danny splata wrota, które prowadzą do magicznej krainy. Przejście przez nie przez któregokolwiek z magów wzmocni po stokroć umiejętności, którymi dysponuje. Patrząc przez pryzmat wiszącej "na włosku wojny" jest to śmiertelnie niebezpieczne. Wieść o Wrotach rozchodzi się w tempie błyskawicy wśród rodzin co powoduje, że Danny staje się zwierzyną, a Magowie - łowczymi. Chcąc ukryć się przed poszukującymi go magami  Danny zapisuje się do szkoły i próbuje wieść zwykłe ludzkie życie. Udaje mu się to tylko w niewielkim stopniu. Na pewno jednak będąc zwykłym uczniem zyskuje kilku  oddanych przyjaciół, którzy na tyle mu zaufali, aby mógł uznać ich za współsprzymierzeńców w walce ze złem. A zło czai się naprawdę blisko....
Drugi tom powieści jest bardziej.... ludzki. Danny przybiera postać typowego nastolatka ze zwykłymi marzeniami i rozterkami. Walczy z młodzieńczą namiętnością, dokonuje wyboru pomiędzy dziewczętami walczącymi o jego względy, popada w konflikt z nauczycielem - wszystko to powoduje, że główny bohater zyskuje na realności i zwyczajności. Jednocześnie Danny co chwila zaskakuje magicznymi umiejętnościami, które niejednego ratują z opresji, a jego samego co i rusz pakują w tarapaty. 
Rozczarowała mnie końcowa część powieści. Kiedy wszystko wskazuje na to, że będziemy świadkami jakiegoś kluczowego wydarzenia, nagle autor raczy nas wyimaginowaną filozoficzną papką o... właściwie nie wiem o czym. Bogowie przeplatają się z ludzką anatomią, a istota człowieczeństwa z odpowiedzialnością za własne czyny. Szkoda, bo losy Danny'ego i jego przyjaciół naprawdę mnie wciągnęły i gdyby nie końcówka z niecierpliwością czekałabym na dalsze losy. A tak - moja niecierpliwość została okraszona lękiem co mnie spotka w trzeciej części. 

wtorek, 13 maja 2014

Historia zatacza koło... Arfik wczoraj i dziś!

Pamiętacie Arfik? Piosenki z mojego dzieciństwa. "Moja siostra królewna", "Urodzinki" i w kółko śpiewane "Szybko zbudź się, szybko wstawaj"...

A teraz 

v

Moje dziecię śpiewać będzie :-))) Trzymajcie kciuki!

poniedziałek, 12 maja 2014

Sezon na cuda

Trochę śmiesznie czytać o przygotowaniach do Wigilii w piękny majowy poranek, ale nic to. Warto było. Książka nie tyle w klimacie świątecznym co tak ogólnie wyjątkowo klimatyczna. Bo cóż więcej trzeba do zauroczenia czytelnika - szczypta magii świątecznej, garść rodzinnego ciepła, troszkę humoru, a to wszystko polane pięknymi górskimi widokami... aj!
Wśród śniegów i mrozów przenosimy się do miejscowości w Sudetach o nazwie Malownicze. Tam wiele się dzieje. Uczniowie przygotowują szopki bożonarodzeniowe, w pensjonacie Uroczysko szykowana jest wigilijna wieczerza, uczucia iskrzą pomiędzy bohaterami (zarówno te megapozytywne jak i te negatywne). W tym całym przedświątecznym galimatiasie poznajemy dalsze losy właścicielki pensjonatu Uroczysko Mai. Maja oprócz pensjonatu jest nauczycielką w liceum, mamą dorastającej nastolatki i kobietą walczącą o swoje szczęście. Poznajemy też losy Pani Leontyny - przeuroczej staruszki, która swoją szansę na miłość (na pierwszy rzut oka) zaprzepaściła. Maję i Leontynę łączy wielkie serce - nie potrafią obojętnie przejść obok ludzkiego nieszczęścia co jest powodem wielu... perypetii? niespodzianek? Trudno to nazwać. Niewątpliwie jednak przesłanie powieści jest wyraźne - kochaj i pomagaj, a szczęście na pewno zapuka do Twych drzwi. 
Powieść jest piękna - tak po prostu, świątecznie piękna. Ciepła, radosna, pełna mrozu, śniegu i uczuć. Pełna przedświątecznej radości i świątecznych cudów. Byłam zachwycona, nawet w maju :-)

niedziela, 4 maja 2014

Idealne życie

Katarzyna Kołczewska to moje odkrycie roku. Kobitka ma pióro, którego jestem szczerym fanem. Pierwszą książkę pt. "Kto jak nie ja" pochłonęłam w kilka dni. Drugą "Idealne życie" przeczytałam w ciągu doby. Po lekturze zapytać pragnę: dlaczego ta powieść jest taka krótka? Pani Kasiu, przecież można było to i owo skomplikować, to i owo przeciągnąć... może dwa tomy by powstały... a tak co? Niedosyt został i tyle...
Dwie siostry bliźniaczki - Ewa i Ela. Pierwsza z nich mieszka w Sandomierzu z mężem, dwójką dzieci i mamą. Wiedzie życie prawdziwej Matki Polki dzieląc swój czas pomiędzy dom i pracę. Na siebie już nie bardzo ma czas. Druga siostra odniosła spektakularny sukces. Mieszka w Warszawie, jest dyrektorem w dużej firmie farmaceutycznej, ma nowoczesny dom, mnóstwo kasy, domek w Zakopanem i wszystkie te rzeczy, które należy posiadać, aby - zdaniem niektórych - być szczęśliwym i bogatym. Tyle, że bogatej Eli raczej szczęścia brakuje. Pewnego dnia popełnia samobójstwo skacząc z okna swojego gabinetu. Pozostaje po niej żal i niewyjaśniona tajemnica. Wszyscy zadają odwieczne pytanie: dlaczego? Ewa postanawia dowiedzieć się o co właściwie chodzi. Z puzzli, które wpadają w jej ręce wyłania się przerażający obraz....
Powieść daje czytelnikowi do myślenia. Jest idealnym dowodem na to, że "nie wszystko złoto co się świeci". Często za zasłoną z bogactwa i szczęścia kryją się tragedia i mrok. Autorka wiele razy pyta ustami bohaterki: Dlaczego patrzyłaś na to i nic nie zrobiłaś? Dlaczego stałaś z boku z założonymi rękami? W wielu przypadkach bezczynność jest gorsza od działania, a ta powieść jest na to idealnym dowodem. 
Książkę czyta się jednym tchem. Od pierwszych stron coś się dzieje i nie przestaje dziać aż do ostatniego akapitu. Co więcej - pozostaje niedosyt i żal, że to już koniec. Za każdym zakrętem powieści czai się kolejny, autorka nie pozwala czytelnikowi odsapnąć zmuszając do pogoni za wydarzeniami. Tu nie ma jakiejś wielce pokrętnej fabuły. Za to jest pomysł i świetny warsztat pisarski. Ciekawe jak długo będziemy musieli czekać na kolejną książkę Katarzyny Kołczewskiej? Oby niedługo.... 

sobota, 3 maja 2014

Mój syn i zero


Scenka 1
Marek: Mamo ile to jest zero?
Mama: Zero to zero... nic...
Marek: A dwa zera to ile?
Mama: też nic synku...
Marek: nieprawda!!!! dwa zera to ZERONAŚCIE!!!
Scenka 2
Marek siedzi w wannie i płacze
Mama: Maruś dlaczego płaczesz?
Marek: Mamuś, bo nie mogę się zdecydować, czy jak będę dorosły to będę miał samochód czy motor....

Zaginione wrota

Orson Scott Card to autor, którego poznałam w czasach, gdy Wydawnictwo "Prószyński" nie miało jeszcze własnej strony internetowej. W ogóle nikt nie miał. Prawie  nikt. Swoje książki "Prószyński" propagował poprzez rozsyłanie do swoich wiernych czytelników kilkunastostronnicowych (papierowych :-)) katalogów, zawierających kilkadziesiąt pozycji. Zawsze gdzieś na środku swoje miejsce znajdowała seria Fantastyki, w której twórczość Carda była koronna. Prachetta też. Tak poznałam sagę o Enderze, losy Alwina Stwórcy i historię Glizdawców. Od wtedy czasu minęło sporo, a ja na widok twórczości Carda pod egidą Prószyńskiego niezmiennie skaczę z radości. Wiedziałam,  że "Zaginione wrota" pochłonę niczym ciepłe bułeczki. 
Klan Northów to rodzina, której członkowie są magami. Żyją między nami (suszłakami) jednak kryją się ze swoimi zdolnościami. Każdy z nich posiada określoną umiejętność; mamy maga wiatru, przyjaciela ptaków... każdy z nich potrafi też tworzyć klanty czyli kopie samych siebie. Danny jest drekką (osobnikiem pozbawionym magii) - tak się przynajmniej wszystkim wydaje. Nie potrafi tworzyć klantów przez co jest przez rówieśników traktowany jako mniej wartościowy członek rodziny. Nikt nie przypuszcza, że Danny nie potrafi tworzyć klantów ponieważ jest magiem wrót - najpotężniejszym z magów. Jego magia pozwala mu tworzyć wrota, dzięki którym może przemieszczać się pomiędzy dowolnymi miejscami na ziemi. Co więcej - może też stworzyć Wielkie wrota łączące świat ludzi z Westilem będącym światem równoległym. Problem w tym, że pojawienie się Maga wrót oznacza dla Dannego śmierć. Od lat bowiem magowie wrót są zabijani aby nie doprowadzić do wojny między rodami. Danny ucieka więc w świat suszłaków i próbuje tam - z lepszym lub gorszym skutkiem przetrwać. Świat ten nie jest łatwy - pełny oszustw, krętactw i zależności niezbyt zrozumiałych dla Dannego.  Do tego wszystkiego chłopak musi poradzić sobie z magią. Nie ma nauczycieli dla maga wrót (wszyscy zostali zabici) więc Danny uczy się swojej magii metodą prób i błędów.  
Równolegle poznajemy losy Kluchy - chłopca "zrodzonego"z drzewa posiadającego niezwykłe umiejętności. Żyje w świecie  królewskich intryg i ciągłej walki o tron i przetrwanie.  Co łączy Dannego i Kluchę? 
Powieść jest nieprzeciętnie dojrzała. Nie wiem, czy powodem tego jest wiek autora, który mógłby być dziadkiem głównego bohatera, czy też przejścia, którymi uraczyło autora życie. Dość powiedzieć, że "zaginione wrota" są pełne alegorii, dwuznaczności i odniesień do mitologii i historii naszej planety. Mitologie rzymskie, greckie i wszelkie inne są bardzo ważnym elementem powieści. Co więcej - autor rzuca wyzwanie boskim postaciom z tamtych czasów zrzucając je brutalnie z piedestału. Pomysł wrót również ma przynajmniej dla mnie) dwojakie znaczenie. Któż by nie chciał móc przenosić się z miejsca na miejsce przez wrota, które dodatkowo leczą? Boskie umiejętności, cuda, uzdrawianie... to marzenia ludzkości od zawsze. 
Historia Danny'ego jest nie tylko bardzo dojrzała. To po prostu świetna bajka dla nastolatków. Młodszy czytelnik nie będzie się tu dopatrywał drugiego dna.  Odkryje ciekawą, magiczną i pomysłowo przedstawioną historię nastolatka, który obok zwykłych problemów charakterystycznych dla tego wieku ma jeszcze problem z magicznymi umiejętnościami. Znajdziemy tu też trudne tematy: problem pedofilii, prostytucji,  czy też zmagania młodych ludzi z pojęciem dobra i zła. 
Najważniejsze jest jednak to, że świat Danny'ego pochłania czytelnika bez względu na wiek. Dlatego mili moi do czytania!

sobota, 19 kwietnia 2014

KSIĄŻKOWEGO!

WSZYSTKIEGO

NAJLEPSZEGO,
WIELKANOCNO -
KSIĄŻKOWEGO :-)))))

wtorek, 15 kwietnia 2014

Demo Wyśmiewaczka

W naszej biblioteczce stoi książka pt. "Wypisy dla klasy I". Jest tam jeden rozdział z książki "Cudaczek Wyśmiewaczek". Któregoś wieczoru przeczytałam dzieciakom ten rozdział i oboje byli zachwyceni. "Dobra - pomyślałam - pożyczę całą książkę". Wczoraj przytargałam książkę do domu i wieczorem zasiedliśmy do czytania. Marek posłuchał kilku rozdziałów, po czym zabrał głos:
- Mamo...
- Słucham synku?
- Ta książka, którą czytałaś nam kilka dni temu to było takie Demo Cudaczka tak?

Hmmmm chyba czas ograniczyć komputer....

sobota, 12 kwietnia 2014

Wyścig z czasem

Skandynawskie kryminały niewątpliwie cieszą się ogromną popularnością. Dopóki nie przeczytałam trylogii Larssona zupełnie nie rozumiałam tego zachwytu. Po lekturze "Milenium" patrzyłam z fascynacją na każde szwedzkie nazwisko. Fascynacja zmieniła się w pożądanie po lekturze książki Pani Kristiny Ohlsson pt. "Na skraju ciszy". A teraz czas na podsumowanie tego przydługiego wstępu: "Wyścig z czasem" przeskoczył wszystko, co do tej pory czytałam. Jest liderem swojego gatunku. Od książki nie mogłam się oderwać, czytałam wszędzie i w każdej wolnej chwili.
Powieść jest bardzo specyficzna, przez co wyjątkowa. Akcja toczy się w ciągu jednej doby, co więcej - osób biorących udział w wydarzeniach jest niezmiernie mało. Miejscem akcji są  właściwie tylko biura policji oraz kokpit samolotu. 
Pewnego dnia szwedzka Policja otrzymuje informację, że w kilku miejscach dostępnych dla tysięcy Szwedów została podłożona bomba. Alarmy okazują się fałszywe, mimo to grozę budzi informacja, która pojawia się następnego dnia. Pilot samolotu lecącego do Nowego Jorku znajduje na pokładzie kartkę informującą, że na pokładzie jest bomba. Jeżeli rząd szwedzki i amerykański nie spełni żądań terrorystów, bomba rozerwie samolot na kawałki. Co więcej - jeżeli pilot spróbuje wylądować, również wszyscy zginą. Policja ma więc kilkanaście godzin na zrozumienie o co właściwie chodzi. Zakończenie jest zaskakujące i wyjątkowo pomysłowe. 
Książka byłaby świetnym słuchowiskiem. Wartkie dialogi i szybka akcja powodują, że czytelnik nie może przestać czytać. Zapis zdarzeń minuta po minucie, godzina po godzinie, ciągłe zwroty, analizowanie wraz z policją poszlak i dowodów - naprawdę nie można się od książki oderwać. 
Polecam każdemu kto ma ochotę na wielką przygodę w fotelu przy kawie :-)

niedziela, 30 marca 2014

Sklep na Blossom Street


W Seattle, na Blossom Street, znajduje się niewielki sklepik z włóczkami. Jego właścicielka, Lydia Hoffman, po latach zwycięskiej walki z rakiem rozpoczyna nowe życie. Wolne od choroby, dające szansę na miłość...

Lydia uczy robienia na drutach. Na pierwszy prowadzony przez nią kurs zapisują się trzy kobiety. Jacqueline Donovan chce zrobić coś dla swojej wnuczki w geście pojednania z synową. Starająca się o dziecko Carol Girard upatruje w wykonanym przez siebie kocyku znaku nadziei. Natomiast Alix Townsend odpracowuje zasądzone przez sąd godziny społeczne.
Te cztery bardzo różne kobiety, których losy połączyła stara sztuka robienia na drutach, dokonują niespodziewanych odkryć na temat własnych zachowań i siebie nawzajem. Odkryć prowadzących do przyjaźni i nie tylko...


Powyższy opis pochodzi ze strony Wydawnictwa. Recenzować tej książki (z braku czasu) nie będę choć w pełni na to zasługuje. Chcę tylko zaznaczyć, że przeczytałam. Dodam, że bawiłam się świetnie. 

sobota, 29 marca 2014

Prawie siostry

Pani Maria Ulatowska pisze książki lekkie łatwe i przyjemne. Czy to zarzut? Absolutnie nie! Uważam, że takie książki też są potrzebne. Czytamy o inteligencji finansowej, inteligencji emocjonalnej, poznajemy historię drugiej wojny  światowej... ale przecież są osoby, które przy czytaniu chcą zwyczajnie odpocząć, wyluzować i wyłaczyć pewne partie mózgu, które po tygodniu pracy zaczynają się żarzyć na czerwono... Dlatego śmieszą mnie nieliczne komentarze np na portalu "Lubimy czytać" krytykujące prostotę i jasność książek Pani Ulatowskiej. Przecież nikt nikogo do niczego nie zmusza... A już wpis "czytałam wszystkie książki Pani Ulatowskiej i wszystkie są równie beznadziejne..." Hmmm... 
Najnowsza powieść Pani Marii Ulatowskiej jest klasyką "ulatowskiego" gatunku. Po zakończeniu liceum trzy przyjaciółki postanawiają, że pomimo zakończenia wspólnej nauki nadal będą umacniać swoją przyjaźń. Pomimo tego, że mieszkają blisko siebie i wcale nie mają zamiaru zaniechać spotkań ustalają, że co pięć lat będą spotykały się w tym samym miejscu w celu podsumowania dotychczasowych życiowych dorobków. Każda marzy o tym samym: dom z ogródkiem, gromadka dzieci, kochający mąż... jak większość z nas zapewne wie droga do tych celów często nie jest szeroka i usłana różami. 
Dziewczyny - jak to w życiu bywa - przeżywają wzloty i upadki. Mężczyzna marzeń okazuje się frajerem, pojawia się niechciana ciąża, rozwiane marzenia, śmierć... wszystko to nie ułatwia relacji między przyjaciółkami. Na szczęście są trzy, więc gdy dwie oddalają się od siebie na straży stoi ta trzecia...
Książka jest ciepła, wzruszająca - taka bajka dla żeńskiej części dorosłej populacji. Historia jest opowiedziana wprost bez upiększeń i udziwnień które - moim zdaniem - skierowałoby powieść w stronę ckliwego powieścidła. A tak mamy po prostu ciekawą powieść zdobywającą damskie serca. 

poniedziałek, 24 marca 2014

Cenna chwilka

Na niedzielne popołudnie moja rodzina zaplanowała spacer, więc przedpołudnie było pracowite. Aby ze wszystkim zdążyć uwijaliśmy się wszyscy. Małżon sprzątał samochód, ja sprzątałam mieszkanie, Starsza oporządzała psa... i tylko Młodszy snuł się marudząc nieziemsko. Nagle zapadła cisza. Pomyślałam, że coś kombinuje i w takim przekonaniu żyłam aż do chwili, gdy Młodszy wpadł do kuchni i z powagą stwierdził:
- Mamo?
Ja: Słucham synku?
Młodszy: Ja wiem, że nie masz czasu...
J: No rzeczywiście nie mam.
M: Bo wiesz, jakbyś chciała, to ja mogę dla Ciebie znaleźć chwilkę...
J: Taaak?
M: No  moglibyśmy wtedy pograć w Grzybobranie, ale wiesz, tylko raz, bo moja chwilka jest cenna....

wtorek, 18 marca 2014

Jesteś Bogiem

Oglądam "Jesteś Bogiem" i stwierdzam, że film jest niesamowity. Ostry, surowy, wulgarny, a przy tym wyjątkowo wrażliwy i emocjonalny. Historia polskiej grupy hip - hopowej pod nazwą "Paktofonika" przedstawiona jest wyjątkowo realistycznie. Film w dużej części czarno - biały ze sporą dozą przekleństw i wyraziście ukazaną walką z emocjami i odrzuceniem. Przyciąga jak magnes. 
Paktofonika - zespół hip - hopowy, w skład którego weszło trzech panów: Piotr Łuszcz "Magik", Wojciech Alszer "Fokus" i Sebastian Salbert "Rahim". Wszyscy są hiphopowcami z krwi i kości. Świetnie śpiewają, a ich artykulacja i wymowa dźwięków może służyć za wzór niejednemu logopedzie. Niestety - jak to w życiu bywa - oprócz talentu trzeba mieć trochę szczęścia, a tego chłopakom chyba zabrakło. Życie ich nie rozpieszczało, a do mocnych psychicznie raczej żaden z nich nie należał. 
Film zachwyca obrazem. Blokowiska, uliczki, kamienice - nie są cukierkowym obrazkiem, ale realistycznym odzwierciedleniem śląskiego krajobrazu. Oszczędność kolorów i nadmierna ostrość powodują bardzo ciekawy odbiór. Zachwyca również muzyką, nad którą czuwali Fokus i Rahim. Dzięki temu film można potraktować jako rodzaj hołdu oddanemu "Magikowi" Aktorzy odtwarzający główne role "dali radę" i zmierzyli się z legendą członków zespołu. Muzyka jest świetna - frapująca i fascynująca. 
Mocny film. 

wtorek, 4 marca 2014

Tsunami

Tsunami, które uderzyło w wybrzeże Sri Lanki w 2004 r. pamięta chyba każdy. Ogrom nieszczęścia i rozpaczy, tragedia tysięcy ludzi obiegła cały świat. Wielka dziewięciometrowa fala zniszczyła wszystko co napotkała na swojej drodze, a następnie cofnęła się porywając do oceanu tysiące ludzi. Kiedy ogląda się relację w telewizji człowiek płacze, rozpacza, współczuje, a przede wszystkim niedowierza. Pomijając uczucia - relacja oglądana w domu, w fotelu, z kubkiem kawy w ręce ma w sobie coś z fantastycznej, strasznej opowieści. Nie dostrzegamy pojedynczych tragedii, widzimy całość nieszczęścia, ogólnie bez zaglądania w życie poranionych żywiołem osób. Ta jednostkowa tragedia z całą siłą i mocą dociera do nas w zupełnie nieoczekiwanych momentach. Na przykład w książkach. 
Sonali Deraniyagala wraz z dziećmi, mężem i rodzicami postanawia spędzić święta Bożego narodzenia właśnie na wybrzeżu Sri Lanki. Kiedy kobieta dostrzega za oknem wielką falę jest już za późno. Wprawdzie próbują uciekać, ale samochód, którym Sonali oddala się od wybrzeża po prostu w pewnej chwili napełnił się wodą  a następnie wywrócił. Z całej rodziny przeżyła tylko Ona. Została sama. Jak palec. 
Właściwie całe "Tsunami" jest opowieścią o powrocie do w miarę normalnego życia. Sonali opisuje jak tragedia przygięła do ziemi, jak  pochłonęła ją całą. Przez kolejne kilka lat wyłaniała się z niej niczym z bagna - pomału, po troszku. Ukojenia szukała w alkoholu, w lekach, we śnie i w płaczu. Panicznie bała się wszystkiego, co miało związek z życiem "przed". Ale jest też druga część książki. Sonala przestaje się bać, a zaczyna doceniać to ziarenko, które jeszcze jej zostało. Wspomnienia już nie dręczą, a zaczynają być terapią. Piękne chwile, kiedy Sonali wspomina najbliższych, są w książce swoistego rodzaju epitafium. Odkrywa przed czytelnikiem małe błyszczące okruszki ze swojego szczęśliwego życia. Dwóch synków, wspaniały mąż, dostatnie życie - wszystko to prysnęło niczym bańka mydlana, ale jest, istnieje we wspomnieniach. 
Książka jest straszna. W czasie lektury ciągle miałam chęć głaskać moje dzieci, przytulałam je na tyle często, że moja dziesięcioletnia córka zaczynała patrzeć na mnie dziwnym wzrokiem. Cóż - nagle człowiek zaczyna rozumieć jak wiele ma do stracenia. 
Niewątpliwie takie książki są potrzebne. Dla autorki był to rodzaj terapii. A dla czytelnika? Dla czytelnika to taka "pięść w brzuch" i napomnienie: "Życie choć piękne, tak kruche jest...."

niedziela, 2 marca 2014

Tam, gdzie Twój dom

Piękna książka. Zachwyciła mnie przede wszystkim rozbudowaną, kwiecistą narracją. Słowa można smakować, podziwiać i kąsać. A i przedstawiona w powieści historia jest niebanalna. 
Trzy kobiety, trzy historie, trzy tragedie. Zaczynamy od środka. Poznajemy Różę Kanenberg, która wyjeżdża z rodzinnego niewielkiego miasta na studia do Szczecina. Po kilku miesiącach "studenckiego", kwiecistego życia postanawia przeanalizować swoje priorytety i zacząć prowadzić przykładne życie grzecznej studentki. Nie udaje się jednak. Róża wplątuje się w romans z wykładowcą, którego owocem jest ciąża. Ten moment jest punktem wyjścia. Cofamy się w czasie, aby poznać losy matki i babki Róży. Kobiety są naznaczone jakimś fatum samotności. Każda z nich zostaje porzucona przez mężczyznę, każda na swój sposób radzi sobie z brakiem bratniej duszy. Do poczucia osamotnienia należy dodać brak korzeni, swojego miejsca na ziemi... generalnie nie można tych kobiet nazwać szczęśliwymi. 
Nie będę bardziej streszczać, bo nie o to chodzi. Zresztą nie fabuła w tej książce jest najważniejsza. Mnie urzekły słowa, a raczej ich dobór. Autorka jest mistrzynią tkania ze słów kolorowych dywanów, urzekających gobelinów i maleńkich serwetek. Słowa układają się w piękną całość, każde zdanie jest samodzielną literacką perełką. Zachwyciła mnie umiejętność dobierania słów tak, aby każde znaczyło coś więcej niż tylko słowo. 
Poza tym książka wzbudziła we mnie bardzo pozytywne emocje ze względu na miejsce akcji. Jestem Szczecinianką, a większość życia Róża spędziła własnie w Szczecinie. Bardzo miło czyta się o znanych miejscach i ulicach. W trakcie lektury budzi się nie tylko wyobraźnia ale i pamięć. Szczecin w książce jest bardzo prawdziwy, taki "komunistyczno - stoczniowy". Nawet "Duet" się zgadza. Ta realistyczność, taka twardość i kanciastość miasta dodaje akcji pikanterii, a Róży charakteru. 
Każdy kto lubi delektować się słowami powinien sięgnąć po tę książkę. Naprawdę warto.