Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dwie Siostry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dwie Siostry. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 maja 2019

Widmo z Głogowego Wzgórza

Wydawnictwo „Dwie siostry” to takie wydawnictwo, które jeszcze nigdy mnie nie zawiodło. Sięgając po książki z charakterystycznym logiem wiem, że czeka na mnie literatura po prostu dobra. Wprawdzie "Dwie siostry” specjalizują się w literaturze dziecięcej, ale dobra książka dla dzieci często warta jest więcej niż średnia dla dorosłych. Powiem więcej - nie tylko treść zaskoczy was wysokim poziomem. Dwie siostry przykładają ogromną wagę do szaty graficznej wydawanych przez siebie książek. Kontakt z serią "Mistrzowie ilustracji” jest ogromną przyjemnością. Ich starania i dbałość o formę zostały nagrodzone w 2008 r. na targach Bolonia Children's Book Fair gdzie wydawnictwo zostało ogłoszone Najlepszym Europejskim Wydawcą Dziecięcym Roku. Całkowicie zasłużenie. 
„Widmo z Głogowego Wzgórza” to kolejna powieść po „Cukierni pod pierożkiem z wiśniami”, która mnie wzruszyła. Była jeszcze „Babcia na jabłoni”, Czarodziejski młyn i kilka innych powieści, które kojarzą mi się z moją pierwszą biblioteką. Powrót do lektur z dzieciństwa jest zawsze przyjemnością. To tak jakby cofnął się czas. „Dwie siostry” mają wspaniałą rękę do powieści ponadczasowych, które same w sobie są wartością niezmierzoną. To trochę tak jakbym w sklepie znalazła gumę „Donald” albo blok „Bambo” i próbując pierwszy kęs czekam na powrót dzieciństwa… 
Kiedy poznajemy dwunastoletniego James'a przeżywa On dziecięcy dramat. Jego kuzynostwo, które dotąd było świetnymi towarzyszami zabaw, przeprowadziło się wraz z rodzicami na wieś. Głogowe Wzgórze to posiadłość położona z dala od miasta, która do tej pory była własnością ponurej i złośliwej starszej Pani. Po jej śmierci dom zostaje wynajęty właśnie przez wujostwo Jamesa. Wielka angielska posesja pełna jest tajemnic i zagadek. 
Pewnego dnia James otrzymuje od kuzynostwa list, z którego wynika, że na Wzgórzu dzieją się dziwne rzeczy. James za zgodą ojca jedzie w odwiedziny na Głogowe Wzgórze. I rzeczywiście, wydarzenia, które spotykają naszych bohaterów kojarzą się z klasyką kryminałów rodem z książek Agaty Christie czy też przygód Scherlocka Holmesa. Pewien specyficzny klimat angielskiego gospodarstwa powoduje, że czytelnik zanurza się w tej atmosferze i delektuje się nią niczym najlepszą filiżanka herbaty. To tak jak pójść do teatru na świetną sztukę przenoszącą w czasie – powrót do codzienności jest często trudny… 
Bohaterowie powieści pochodzą z czasów, kiedy rozmowa przez telefon komórkowy nikomu nie przychodziła do głowy, a głowa rodziny pisała powieść na maszynie do pisania a nie przy pomocy bezdusznego komputera. Kiedy na Głogowe wzgórze spadł śnieg (w ilości ponadnormatywnej) nie było możliwości kontaktu ze światem. Śnieżyca zerwała kable, nie było prądu ani możliwości kontaktu z mieszkańcami pobliskiego miasteczka. A tu w domostwie dzieją się rzeczy mrożące krew w żyłach… Nie ma chyba lepszej atmosfery do rozwiązywania kryminalnej zagadki. 
Klimat podkręca gosposia, która wiecznie zrzędzi, lecz pomimo to widać, że kocha dzieciaki ponad życie. Są też dwa psy - jeden jamnik należący do rodziny a drugi to tajemniczy pies pozostawiony przez poprzednią właścicielkę w obejściu. Dziki i nieokiełznany jest kolejną tajemnicą. Jeżeli dodamy do tego ciemny strych pełen zakamarków i nieznajome twarze pojawiające się w oknie w najmniej spodziewanym momencie otrzymamy powieść, jaką rzadko jest nam dane przeczytać. 
Warto podkreślić, że to wydanie jest naprawdę ponadczasowe. Przekład Ireny Tuwim jest kwintesencja elegancji. Próżno szukać tu przekleństw czy też zwrotów pochodzących z języka potocznego. Zdania są eleganckie a emocje wyważone. Dzięki temu, kiedy autor wprowadza elementy grozy działają one na czytelnika dużo bardziej niż we współczesnych powieściach. Oprócz treści jest jeszcze forma, a ta naprawdę zachwyca. Twarda okładka i przepiękne ilustracje dopełniają wrażenia, że trzymamy w ręku coś ponadczasowego. Czarnobiałe ilustracje Pana Zbigniewa Piotrowskiego są wyjątkowe. Może młodemu czytelnikowi przyzwyczajonemu do ferii barw początkowo nie przypadną one do gustu, jednak szybko zrozumie, że treść i ilustracje stanowią fenomenalną całość, która powstała jakieś pół wieku temu. I – co wspaniałe - nadal zachwyca.

czwartek, 13 kwietnia 2017

5 złotych

5 złotych...to dużo czy mało? Można kupić za to bardzo dużo rzeczy, ale czy to znaczy, że to dużo? Dla jednego 5 złotych to tyle co nic, dla drugiego to całkiem sporo (zwłaszcza dla dzieci). Książeczka pt. "5 złotych" jest dobrą pomocą dla rodzica, który próbuje wytłumaczyć swojej pociesze wartość pieniądza. 
"5 złotych" jest książką dość specyficzną, bo obrazkową. "Czytelnik" nie znajdzie tu ani jednej literki. Znajdzie natomiast historyjkę o małym chłopcu, który pewnego dnia znajduje monetę. Szczęśliwy rusza z nią do miasta na spacer, podczas którego sprawdza, co może za nią kupić. Zagląda do sklepu z butami, z komputerami, do optyka... ciekawość budzi w nim nawet sklep z biżuterią. 5 złotych to tak dużo, a zarazem tak mało... W końcu malec kupuje sobie lizaka i jest najszczęśliwszym chłopcem na świecie. Tyle treści. Niewiele, choć wszystko zależy od kreatywności rodzica i małego czytelnika. Można przecież bawić się tą książeczką na rożne sposoby. Można wymyślać rzeczy, które w danych sklepach są dostępne za pięć złotych. W sklepie z butami za 5 złotych nie kupimy butów, ale już sznurówki jak najbardziej. U okulisty okulary raczej nie będą dla nas dostępne, ale chusteczki do szkieł już tak. Mój synek spędził
w ten sposób sporo czasu dorabiając do każdego sklepu kosz produktów, które kupiłby za pięć złotych. Inna zabawa (tym razem pomysłu Młodszego) - szukanie na poszczególnych ilustracjach powtarzających się szczegółów. Notesik z obrazkiem, piesek, śpiący tata - to elementy, które spotykamy na stronach książki po kilka razy, co daje małemu, bystremu obserwatorowi sporo radości. Zresztą wszystkie ilustracje budzą zachwyt i ciekawość. Są naprawdę świetne. Z każdej z nich wyziera świat widziany oczami dziecka. Dorośli bez twarzy tworzą jedynie tło dla celu, który maluch chce osiągnąć. Tak właśnie czytelnik postrzega przedstawioną historyjkę: to opowieść małego chłopca o tym, jak trudny jest świat dookoła nas i jak wiele taki brzdąc musi się nauczyć, aby móc w nim swobodnie funkcjonować. Otoczony dorosłymi próbuje sam zrozumieć o co chodzi w tym skomplikowanym dorosłym świecie. Bardzo spodobało mi się zakończenie. Chłopiec kupuje lizaka i widać, że jest to dla niego wielki sukces. Poradził sobie sam i bez pomocy dorosłych znalazł rzecz którą kupił za 5 złotych. Rewelacja.
Książka - pomimo braku słów - wcale nie została potraktowana po macoszemu. Jest bardzo ładnie wydana. Twarda oprawa i pastelowe kolory powodują, że czytelnik może przeglądać ją bez końca. Zresztą Wydawnictwo Dwie Siostry słynie z ładnych książek. Wystarczy przypomnieć sławetną serię "Mistrzowie ilustracji". Książki wydawane w jej ramach są rewelacyjne, a posiadanie ich na dziecięcej półce napawa mnie dumą.
Autorami tej książki są ilustratorzy pochodzenia koreańskiego Jae-hyuk Cha i Eun-young Choi. Nie podejmuję się poprawnie przeczytać tych imion i nazwisk, ale to nie szkodzi. Książeczka jest obrazkowa, a to niewątpliwie język ponad podziałami i nie ma tu znaczenia kraj, z którego pochodzą autorzy. 
Bardzo sympatyczna i ciepła książeczka. Wprawdzie jej lektura nie jest zbyt pasjonująca, ale przecież nie zawsze chodzi o burzliwe przygody. Niewątpliwie każdy mały czytelnik lubi jak coś się dzieje. Łapanie złodziei, podróż przez morze czy szukanie skarbów jest niewątpliwe pasjonujące, ale warto czasem przycupnąć i zastanowić się, czy nie warto z naszym brzdącem trochę zwolnić. „5 złotych” daje możliwość wspólnego opowiadania, analizowania, wymyślania zdarzeń i, co najważniejsze, wspólnego spędzenia wolnego czasu. 

czwartek, 29 stycznia 2015

Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami

Ferie zimowe mają to do siebie, że człowiek niechętnie spędza je w mieście. Postanowiliśmy więc wyjechać w góry. Tak dosłownie  w góry, ponieważ noclegi mieliśmy na Szrenicy w schronisku. Z racji tego, że na szczyt trzeba było wjechać wyciągiem (z całym bagażem) należało spakować cztery osoby w trzy plecaki. Oznaczało to walkę o każdy centymetr plecaka. Rzeczy, kubki i inne szpargały oglądane były z każdej strony, a ich przydatność dogłębnie rozważana. To własnie są momenty, kiedy błogosławię mojego Kindle'a. Wrzuciłam tam kilka powieści dla siebie, kilka dla dzieci i wyruszyliśmy. Wieczorem, już na miejscu padło sakramentalne pytanie moich dzięciołków: Mama! Co czytamy? Zaczęłam przeglądać zasoby, po czym okazało się, że gusty jedenastoletniej dziewczynki i pięcioletniego chłopca są diametralnie rozbieżne. W końcu wrzasnęłam: Dosyć! Ja wybieram!" i  na chybił trafił sięgnęłam po "Cukiernię pod Pierożkiem z Wiśniami". Po prostu strzał w dziesiątkę. Książka cudna, niepowtarzalna i warta polecenia.
Dwie dziewczynki Ania i Kicia wychowywane są przez samotnego Tatę. Kiedy okazuje się, że tata musi na pół roku wyjechać, ich rozpacz jest ogromna. Czarę goryczy przelewa fakt, że przez pół roku dziewczynkami będzie zajmować się cioteczna babka. Ania snuje wizje strasznej kobiety, która przez pół roku będzie je tyranizować, tymczasem prawda jest zupełnie inna. Okazuje się, że cioteczna babka jest pełną ciepła i uśmiechu Panią prowadzącą wspaniałą kawiarenkę pod szyldem "Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami". Atmosfera panująca w cukierni jest urzekająca - ciepła, pachnąca lukrem i bakaliami. Dziewczynki spragnione matczynego ciepła chłoną tę atmosferę jak powietrze. Do tego na horyzoncie pojawiają się nowi przyjaciele, przygoda z teatrem i urzekający Londyn.
Powieść cudowna. To taka odmiana "Mary Poppins" w klasycznym, angielskim stylu. Książka, której się nie zapomina. Czytelnik chłonie atmosferę i płacze, kiedy dochodzi do ostatniej strony powieści. Aromat kawy unoszący się w powietrzu, mleko podawane w maleńkich porcelanowych dzbanuszkach ozdobionych wisienkowym wzorkiem, ciasteczka w kształcie domina, miętowe guziczki... szkoda, że taka cukierenka nie funkcjonuje za rogiem mojej ulicy.
Ważnym elementem książki są przepisy. Kiedy Ani jest smutno i źle, kiedy tęskni albo zwyczajnie się nudzi, ciocia ciągnie ją do kuchni i tam pokazuje jak wyczarować przysmaki. Przepisy są banalnie proste i podane w zrozumiały, dziecięcy sposób. Jeden nawet znalazł zastosowanie w naszej kuchni. Starsza naprawdę bez mojej pomocy (ograniczyłam się jedynie do włożenia blachy do pieca) uczyniła maślane bułeczki. Relacja poniżej:-)
Żałuję tylko jednego. Książkę czytałam na czytniku co oznacza, że nie miałam możliwości podziwiania ilustracji. Wielka, niepowetowana strata. Powieść została wydana przez Wydawnictwo "Dwie Siostry", którego seria książek "Mistrzowie ilustracji" jest po prostu boska. Miałam w ręku kilka powieści z tej serii (m.in. Malutką czarownicę") i każda z nich jest swoistego rodzaju arcydziełem. Ilustracje do "Cukierni..." są przepiękne. Myślę że klimat książki papierowej jest dużo bardziej "angielski" niż e-booka. No cóż - na prośbę Starszej dziś odwiedzam bibliotekę i myślę, że sama przeczytam "Cukiernię..." jeszcze raz delektując się tym razem szatą graficzną.

Produkty przygotowane... :-)

Starsza zaczyna pracę.

Łapki sklejone ciastem... 

Współpraca rzadko spotykana 

Ciasteczka wycięte lądują na blaszce 

Słodkie oczekiwanie :-)

I efekt!  Voila!