wtorek, 22 maja 2018

Początek

Powiem tak. Po "Kodzie Leonarda da Vinci" i "Aniołach i demonach" już nic nie jest w stanie mnie zachwycić. Dwie pierwsze części mnie urzekły, ale już kolejne - niekoniecznie. Nie oznacza to jednak że do lektury "Początku" musiałam się zmuszać... bez przesady :-) Niewątpliwe jednak jest to, że każdą kolejną książkę oceniam przez pryzmat dwóch pierwszych tomów, a to stanowczo już nie wróci. 
Robert Langdon, profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista w dziedzinie ikonologii religijnej i symboli, przybywa do Muzeum Guggenheima w Bilbao, gdzie ma dojść do ujawnienia odkrycia, które „na zawsze zmieni oblicze nauki”. Gospodarzem wieczoru jest Edmond Kirsch, czterdziestoletni miliarder i futurysta, którego oszałamiające wynalazki i śmiałe przepowiednie zapewniły mu rozgłos na całym świecie. Kirsch, który dwadzieścia lat wcześniej był jednym z pierwszych studentów Langdona na Harvardzie, planuje ujawnić informację, która będzie stanowić odpowiedź na fundamentalne pytania dotyczące ludzkiej egzystencji.
Gdy Langdon i kilkuset innych gości w osłupieniu ogląda oryginalną prezentację, wieczór zmienia się w chaos, a cenne odkrycie Kirscha może przepaść na zawsze. Chcąc stawić czoła nieuchronnemu zagrożeniu, Langdon musi uciekać z Bilbao. Towarzyszy mu Ambra Vidal, elegancka dyrektorka muzeum, która pomagała Kirschowi zorganizować wydarzenie. Razem udają się do Barcelony i podejmują niebezpieczną misję odnalezienia kryptograficznego hasła, które stanowi klucz do sekretu Kirscha… (opis ze strony wydawnictwa) 
Jak to z powieściami Dana Browna bywa, "Początek" świetnie się czytało. Szybkie zawiązanie akcji, spore tempo wydarzeń i intryga, która ... no własnie. Miała zaskoczyć, a tu nic. Problem z intrygą jest taki, że niby jest coś nowego, niby rozważań na temat dziejów ludzkości jeszcze nie było, ale wszystko przypomina fabułę poprzednich tomów. I tak, przemykając przez kolejne rozdziały czułam coraz większą pewność, że kolejnego tomu już nie będę czytać. Wystarczy. Nasz bohater jak zwykle jest supermenem, którego kule się nie imają, jest oczywiście chuda piękność, którą Langdom ratuje, jest helikopter.... no kurczę właściwie jest wszystko to, co w poprzednich częściach, tylko zagadek jakby mniej. A szkoda, bo to zawsze dla mnie był najciekawszy element tych powieści.
To co z pewnością mnie urzekło to pytanie do ludzkości: Skąd przyszliśmy i dokąd idziemy? Wywody w tej kwestii są tyleż ciekawe, co przydługie i męczące. W ogóle powieść jest okraszona sporą ilością teologicznych wywodów, które początkowo wydają się wciągające, ale gdzieś w połowie książki zaczynają nużyć. 
Trudno mi pisać, bo nie wątpię, że dla czytelników, którzy po raz pierwszy spotkają się z twórczością Dana Browna, "Początek" będzie super wciągającą lekturą. Ja jednak rozczarowałam się i bardzo żałuję, że autor nie potrafi wymyślić już nic oryginalnego. 

Jej wysokość P.

Książki dla młodzieży czytać lubię i to nawet bardzo. Pewnie to kwestia tego, że moja Starsza ma już tych -naście lat i lubię jej co ciekawsze pozycje podsuwać pod nos. "Jej wysokość P." podsunęłam, wręcz wepchnęłam do ręki i stwierdziłam: Masz przeczytać! :-) Dlaczego? Dlatego, że moje dziecię ma kompleks niskiego wzrostu. Liczy sobie 160 cm wzrostu i nie rozumie, że to naprawdę nie jest żadna tragedia. Poza tym nastolatki lubią książki o miłości, Starsza w tej kwestii nie jest wyjątkiem. :-) Teraz jest w trakcie lektury. Reakcja ? Cóż, zobaczymy... 
Główna bohaterka - Peyton - ma siedemnaście lat, 184 cm wzrostu i masę kompleksów na tym punkcie. Jako osoba zakompleksiona oczywiście garbi się na potęgę i jest dość niezgrabna, czym naraża się na ciągłe docinki ze strony rówieśników. Ma trudności z kupieniem sobie pasujących ubrań czy też butów, nie mówiąc już o kostiumie kąpielowym. Ciągle słyszy, że jest brzydka i nieatrakcyjna przez co ma spore trudności w kontaktach z rówieśnikami. Owszem, ma jedną oddaną przyjaciółkę, ale już o męskiej sympatii może tylko pomarzyć. Pewnego dnia Peyton, skuszona możliwością otrzymania niebagatelnej kwoty 800 dolarów, podejmuje zakład. Dostanie te pieniądze pod warunkiem że uda jej się poderwać chłopaka wyższego od siebie. Miernikiem wygranej są trzy randki i bal maturalny spędzony z chłopcem mającym 185 lub więcej centymetrów wzrostu.  
Cała powieść jest obserwacją motyla. Czytelnik może śledzić dojrzewanie wewnętrzne naszej bohaterki, obserwować, jak z brzydkiego kaczątka zamienia się w łabędzia. Kiedy Peyton odkrywa swoją pasję i talent odkrywa również, że to jak wygląda i jak ją odbierają ludzie, zależy w dużej mierze od niej samej. Z biednej zakompleksione panienki na początku powieści Peyton przeradza się w pewną siebie i swoich talentów dziewczynę... i to zakochaną dziewczynę!
Kompleksy kompleksami ale - jak to w bajkach bywa - musi być wątek miłosny. I jest - bardzo delikatny i subtelny, taki w sam raz.  Miłości i erotyki jest dokładnie tyle ile potrzeba, aby nastolatki czytały z wypiekami na twarzy. Wątek ten jest jednak na tyle delikatny, że pozostaje gdzieś w tle, nie dominując fabuły książki. 
"Jej wysokość P" można odebrać troszkę jako fabularny podręcznik dla nastolatek traktujący  o tym, jak radzić sobie z kompleksami i jak budować wiarę w siebie i swoje umiejętności. To powieść bardzo pozytywna i mająca dobry wydźwięk emocjonalny w czytelniku. Czytając ją miałam wrażenie, że autorka (która nomen omen jest psychologiem) przekazuje czytelnikowi podprogowy przekaz: Jesteś najlepsza! Uwierz w siebie! Taki przekaz w połączeniu ze sporą dawką humoru daje nam naprawdę ciekawą lekturę bardzo sympatyczną w odbiorze. I ta afera cyckowa... :-) 

poniedziałek, 21 maja 2018

Zapytaj astronautę

Od początku zastrzegę - jeżeli, mój drogi czytelniku, nie lubisz rozpływania się nad książką, to nie czytaj dalej, tylko proszę pamiętaj: "Zapytaj Astronautę" jest super książką. A jeżeli jednak chcesz wiedzieć troszkę więcej w zamian za przyjęcie sporej dawki słodyczy, ochów i achów - to zapraszam do recenzji.
Rzadko spotykam książkę, która zainteresuje zarówno mnie jak i moje dzieci. To jest trudne zadanie - Mama, czternastolatka i dziewięciolatek nie są wdzięcznym targetem do wspólnego czytania. "Zapytaj Astronautę" dało radę. Jest świetną, naprawdę rewelacyjną książką do wspólnego czytania. Można po niej podróżować w tę i nazad, można zachwycać się ilustracjami, rozwiązywać zagadki, zastanawiać się, jak to możliwe i śmiać do łez z anegdot ukazujących życie w kosmosie. 
Tim Peake jest brytyjskim lotnikiem i astronautą. W 2016 r. zakończył misję Principia, w ramach której 186 dni spędził w kosmosie. Jako tata dwóch chłopców na co dzień spotyka się z miliardem pytań dotyczących kosmosu. Jako że Tim jest wyjątkowo otwartym człowiekiem - pytania zaczęli zadawać wszyscy. Tim rozumie tę ciekawość i stara się wszystkim zainteresowanym wyczerpująco odpowiadać. Jedne są banalne i powtarzają się co spotkanie, inne są wyjątkowe. Co jędzą astronauci? Jakie noszą zegarki? Czy w kosmosie jest hałas? Jak się w kosmosie korzysta z toalety? Ile lat miał najmłodszy astronauta? Co w kosmosie jest najbardziej obrzydliwe? 
Pytania świetne, prawda? Tim postanowił zebrać je wszystkie w książce. W ten sposób powstała rewelacyjna, najlepsza, bezprecedensowa i najbardziej ekstra (to mój Młodszy) książka pt. "Zapytaj Astronautę".
Pytania zostały zebrane w sześć tematycznych grup: Start, szkolenie, życie i praca na stacji kosmicznej, spacery kosmiczne, ziemia i przestrzeń kosmiczna i powrót na ziemię. Autor w bardzo prosty i wyrazisty sposób odpowiada na pytania, starając się młodemu czytelnikowi przybliżyć tajemnice kosmosu. Nie ukrywajmy - ja też czytałam z otwartymi ustami i często byłam zdziwiona przekazywanymi rewelacjami. Ilość ciekawostek zawartych w książce przekracza najśmielsze oczekiwania. Wiecie  na przykład, że w Rosji, przed samym startem, tradycją jest obsikanie przez astronautów tylnej opony autobusu? Albo, że ciśnienie wewnątrz skafandra odpowiada ciśnieniu jakie występuje 9 144 m n.p.m.? Takich ciekawostek jest w tej książce całe mnóstwo i zapewniam was że każdy - od 5 - do 105 lat - będzie ją czytał z wypiekami na twarzy. No dobra - wykluczmy z tej grupy astronautów. 
W książce jest trochę zdjęć. Niewiele, ale tę niewielką ilość rekompensują obrazki. Uwierzcie - że graficznie można przedstawić bardzo wiele. Jest też sporo ciekawostek ujętych w telegraficznym skrócie. Umieszczone są w ramkach na zasadzie pytanie odpowiedź co daje niesamowity głód wiedzy. 
Polecam każdemu, każdemu bez wyjątku. Najbardziej jednak żądnym wiedzy dzieciakom, których marzenia sięgają gwiazd. 
A na zakończenie zagadka, którą musiał rozwiązać autor podczas kwalifikacji do szkoły astronautów. Wyobraźcie sobie że macie kostkę która na ściance pod spodem ma kropeczkę, Reszta na rysunku poniżej,  a odpowiedź do znalezienia w recenzji.  



sobota, 19 maja 2018

Oskarżyciel

Książkę znalazłam w internecie. Właściwie to - jak rzadko - wyboru dokonałam "po okładce". Garnitur, krawat, biała koszula, tytuł cyklu - wszystko wskazywało na thriller prawniczy, albo chociaż na coś o przybliżonej tematyce. Oczekiwałam grubego tomiszcza, które zajmie mi przynajmniej kilka wieczorów. Jakież było moje zdziwienie! Nie mylmy przy tym zdziwienia z rozczarowaniem, bo takie uczucie nie pojawiło się w czasie lektury ani przez chwilę. Natomiast zaskoczenie - owszem. 
Po pierwsze zamiast opasłego tomiszcza dostałam do rąk niepozorną książeczkę, liczącą raptem 128 stron. Lektura właściwie na jeden wieczór. Dobra - pomyślałam. Przecież nie liczy się ilość, a jakość prawda? Książki o tematyce prawniczej wciągam niczym kluski, więc na pewno mi się spodoba. No własnie, chyba nie do końca....
Bohaterem powieści może i jest prawnik, ale z thrillerem prawniczym "Oskarżyciel" nie ma nic wspólnego. Ta powieść jest powieścią o zabarwieniu erotycznym, która na pewno spodoba się fankom cyklu o Grey'u. Ja do nich nie należę.  
Andrew Hamilton jest bogatym przystojnym prawnikiem o dość nietypowym spojrzeniu na kobiety i związki z nimi. Jest aroganckim, pewnym siebie d....kiem, który zwyczajnie zalicza panienki. Związki trwające nie dłużej niż dobę to szczyt jego możliwości. Potencjalnych partnerek poszukuje na portalu społecznościowym przeznaczonym dla zdesperowanych samotnością prawników. Alyssa jest jedną z uczestniczek tego portalu i od pierwszego kontaktu intryguje naszego bohatera. Kobieta odmawia spotkania "w realu", jednakże wyjątkowo chętnie flirtuje na łączach. Szuka również porad zawodowych i to wokół nich krąży konwersacja naszych bohaterów. Nieoczekiwanie dla obojga ta znajomość przeradza się w dość nietypową relację. Na pewno daleko jej do przyjaźni, ale niewątpliwie jest ona bardzo zażyła. Wszystko się zmienia w momencie, gdy kancelaria Andrew'a rozpoczyna poszukiwania stażystki. Nie będę więcej pisać, choć nietrudno domyśleć się co się wydarzy.
Fabuła jest prosta, wręcz banalna. Nie należy jednak oczekiwać po takiej powieści większych fajerwerków. Gdybym choć zerknęła na opis, wiedziałabym z jakim rodzajem powieści mam do czynienia. A tak zaskoczył mnie mocno erotyczny świat. Nie to, że nie przeczytałam, bo przeczytałam i nawet - patrząc kategoriami powieści lekkiej łatwej i przyjemnej - mi się podobało, ale na zakończenie szlag mnie trafił. 
Powiedzcie mi, jaki jest sens robienia trylogii, skoro pierwszy tom swoją objętością przypomina instrukcję sokowirówki? Drugi tom liczy sobie 120 tom, czyli razem mamy 240. Tyle stron liczy (moim zdaniem) pełnowymiarowa powieść. W "Oskarżycielu" ledwo poznałam głównych bohaterów, ledwo zdążyłam się z nimi "czytelniczo" spoufalić, a już dotarłam do końca. Właściwie to czułam się tak, jakbym własnie przeczytała wstęp. To - przyznam się - mocno  mnie zirytowało. 
Polecam powieść wszystkim kobitkom spragnionym chwilki oddechu. Treść banalna, ale okraszona pikantnymi szczegółami, dość zgrabnie wplecionymi w fabułę. Nie jest to literatura wysokich lotów, ale przecież nie tylko Orwellem człowiek żyje. Ot lekka pozycja na zakończenie dnia. Natomiast rada moja jest taka - jeżeli chcecie w pełni docenić walory tej powieści, to zgromadźcie przy sobie wszystkie trzy tomy i traktujcie je jako całość. Inaczej niedosyt jaki w Was pozostanie zepsuje wszystko. 

piątek, 18 maja 2018

Tajemnica zapomnianych podziemi

Ta niepozorna książeczka, licząca sobie raptem 140 stron, niesie w sobie wszystko to, co stanowi odzwierciedlenie marzeń dzisiejszych dzieci. W dobie komputerów, smartfonów i tabletów przygoda, jaką przeżyli bohaterowie "Tajemnicy..." jest czymś wyjątkowo cennym. Powieść przeczytałam w jeden ranek i zachwyciłam się. Czym? Prostotą przekazu, lekkim piórem i wspaniałą fabułą. 
Szymon i Jan są dwunastoletnimi kuzynami. Lubią wspólnie spędzać czas, choć często przeszkadza im siostra Jana - Milena. Pewnego dnia dzieci wraz z rodzicami wybierają się na wycieczkę rowerową zakończoną piknikiem. Kiedy rodzice siedzą na trawie z młodszym rodzeństwem, nasza trójka postanawia zbadać pobliski lasek. Jakież jest ich zdziwienie, kiedy w pobliżu łąki odkrywają wejście do tajemniczych tuneli. Postanawiają ukryć to w tajemnicy przed rodzicami. Następnego dnia organizują wyprawę mająca na celu eksplorację tuneli. Ich trochę nieodpowiedzialne działanie pociąga za sobą spore skutki. Pełna niebezpieczeństw wyprawa pokazuje młodemu czytelnikowi, jak ważne jest przewidywanie efektów swoich czynów. Brzmi może moralizatorsko, ale zapewniam Was, że na kartach powieści przekaz jest dużo łagodniejszy, choć bardzo wyraźny. 
Lektura budzi sporo emocji. Trochę strachu o losy naszym młodocianych odkrywców, trochę śmiechu, bo kiedy czytamy o wampirach i piciu krwi, to bez wyjątku - każdy się roześmieje. Dodam jeszcze, że w powieści istnieje drugi wątek, który mnie osobiście wzruszył. Miejscowy włóczęga i pijaczek okazuje się być zupełnie kimś innym, niż mieszkańcom wioski się wydaje. Przy rozwiązaniu zagadki gula w mym gardle nie chciała ustąpić. 
Cóż więcej napisać? Chyba tylko tyle, że rzadko można spotkać taką książkę. Szkoda, że okładka jest dość niepozorna przez co wielu rodziców szukających wartościowej lektury dla swoich pociech, po prostu "Tajemnicy zapomnianych podziemi" nie zauważy... 

czwartek, 17 maja 2018

Rozrywacz

Podsumowanie powinno być na końcu, ale tym razem nie mogę się powstrzymać i napiszę już w pierwszym zdaniu: To wielka sztuka napisać trylogię tak, aby każdy kolejny tom był lepszy od poprzedniego! To wielka sztuka tak podzielić nurtujące głowę pomysły, aby ciekawostek i nowości wystarczyło na wszystkie trzy tomy. To wielka sztuka tak stworzyć fabułę powieści, aby czytelnik po każdym kolejnym tomie nie mógł się doczekać kolejnego. A już napięcie na końcówce trzeciego tomu... naprawdę, autorka dała radę! 
Oczywiście na wstępie trzeciego tomu - nowy bohater i to taki, który swoja tajemniczością i mrokiem duszy wywołuje ciarki na plecach. Jego losy i przygody wprowadzają nieco zamętu do fabuły, ale nie przeszkadza to w odbiorze całości, a w ręcz przeciwnie - uatrakcyjnia powieść. Zresztą znani nam z poprzednich tomów bohaterowie przeżywają tyle przygód, że poszczególne tomy trylogii można by stworzyć tak, aby każdy tom opowiadał o perypetiach danego bohatera. Wprawdzie wtedy tomów byłoby około dziesięciu, a nie trzy, ale myślę że fani "Podróżniczki" byliby z tego faktu niepomiernie zadowoleni.
Głównym wątkiem "Rozrywacza" są klany poszukiwaczy. Poznajemy losy członków poszczególnych klanów, przyczyny niesnasek i konfliktów. Przedstawiona historia jest obłędna. Autorka świetnie połączyła wszystkie watki ciągnące się przez poprzednie dwa tomy w całość i zakończyła trylogię z przytupem. Czytelnik poznaje rozwiązania największych tajemnic. Poznajemy tożsamość Starszego Sędziego, dowiadujemy się kim jest Nott i zagłębiamy się w przeszłość, aby lepiej zrozumieć to, co wydarzyło się w teraźniejszości.
Wielki szacunek mam dla autorki za wyczucie chwili. Niektóre zagadki i tajemnice zostały rozwiązane w idealnym punkcie powieści. Ani za wcześnie, ani za późno - w sam raz, aby czytelnika zaskoczyć i wywołać w nim uczucie podziwu dla kunsztu pisarskiego.
Trudno pisać recenzję tej powieści. Każde zdanie, które przychodzi mi do głowy na temat fabuły, momentalnie zostanie uznane za spojler. Tu cały czas coś się dzieje, nie ma czasu na nudę, a każde zdarzenie wywołuje lawinę kolejnych perypetii.
Polecam zwłaszcza młodym miłośnikom fantastyki. Świeżość tej powieści zachwyci każdego.   

środa, 16 maja 2018

Wyrok na miłość

Książki Agaty Kołakowskiej uwielbiam. Każda z nich jest perełką samą w sobie. "Wszystko co minęło", "We dnie w nocy", "Kolejny rozdział", "Niechciana prawda"..., każda z nich była świetna, nietuzinkowa i chwytająca za serce. Każda z nich stanowiła zaskoczenie. A już "Niechciana prawda" pobiła wszystko. Pamiętam, że długo nie mogłam dojść do siebie po tej lekturze. 
"Wyrok na miłość" - jak zwykle - był zaskoczeniem. Powieść inna niż wszystkie i to z kilku względów, ale o tym za chwilę.
Deski teatru Variétés są tym, co łączy bohaterów powieści. Nitki powiązań i zależności pomiędzy postaciami związanymi z teatrem, snują się niczym pajęczyna. Dyrektor teatru Igor Niesłony, jest artystą zmuszonym przez życie do pracy w charakterze menadżera. Trudny człowiek, który ma swoje za uszami. Jego przyjaciel Cezary jest aktorem, który musi się zmierzyć ze zdradą najbliższych sobie osób. Adam Mitoraj - z zawodu prawnik, z zamiłowania dramaturg - marzy o tym, aby któregoś dnia zasiąść w fotelu teatralnym jako autor wystawianej sztuki. Marlena Zych jest sprzedawczynią w "Małej czarnej". Pragnie od życia ciszy i tego, aby świat o niej zapomniał. Hubert - starszy Pan z wydatnym brzuszkiem - jest właścicielem fabryki okien. Zakochał się w młodszej o 20 lat kobiecie, która z teatru Variétés czyni kartę przetargową.  
Bohaterów jest o wiele więcej. Tabun zapatrzonych w siebie, bezpardonowych kobiet z miłością do pieniędzy i brakiem szacunku do świata, aktorzy z teatru.... ba!, nawet ochroniarz odgrywa niebagatelną rolę. Każdy z bohaterów prowadzi własne życie, które trochę przypadkiem, a trochę świadomie, splata się z losami innych bohaterów. 
I to jest właśnie smaczek tej powieści. Wyobraźcie sobie makatkę, która na początku składa się z kilkunastu jednokolorowych pasm. Równe, jednobarwne wstęgi, splecione ze sobą pojedynczymi nitkami. Im dalej idziemy po tym dywanie, tym więcej pasm przenika się nawzajem, aż w końcu powstaje wielobarwna mieszanina kolorów. Taka własnie jest ta powieść i powiem Wam, że obserwacja współzależności, zbiegów okoliczności, przemian i dramatów jest dla czytelnika przepyszną ucztą.
Powieść jest jak życie - czasem zabawna, czasem smutna, miejscami zwyczajna, a miejscami wyjątkowa. Magiczne są dla mnie sceny, których tło stanowi teatr. Nie wiem dlaczego, ale kiedy czytałam o scenografii stanowiącej przekrój budynku, o przygotowaniach aktorów do spektaklu, ogarniało mnie przekonanie, że złapałam Pana Boga za nogi i mogę zajrzeć w niedostępny dla mnie do tej pory świat. 
Żeby nie było za słodko dodam, że jest też wątek, który mnie drażni. Weronika, będąca narzeczoną Huberta, działa na mnie jak płachta na byka, a jej nabzdyczone przyjaciółeczki są dla mnie nie do przyjęcia. Ale może właśnie o to autorce chodziło? O ten przeskok z tajemniczego teatru do pustego świata kobiecej próżności...
Rewelacyjna mozaika ludzkich uczuć, marzeń i pragnień. Polecam każdemu, kto lubi literaturę lekką, ale wymagającą od czytelnika uwagi. Szkoda, że tytuł z zasady szufladkuje powieść jako literaturę "babską", bo przecież nie do końca tak jest. 
Na zakończenie dodam, że po raz pierwszy żałowałam, że czytam książkę na czytniku. Już po lekturze dowiedziałam się, że do papierowej wersji została dodana płyta z utworami skomponowanymi z myślą o książce. Piosenki nagrano w studio u Leszka Możdżera we Wrocławiu. Utwory "Wilda wody" i "Wyrok na miłość" śpiewa aktorka Teatru Muzycznego Ewa Szlempo. 
To dopiero musi być uczta! 

wtorek, 15 maja 2018

Podróżniczka

Dobra, młodzieżowa fantastyka jest w cenie. Rzadko można trafić na coś, co nie jest płytkie i nie zakrawa na bajeczkę dla grzecznych dzieci. Ostatnio mam dobrą rękę do takich książek. Była "Kaldera", byli "Zwiadowcy", teraz czas na "Podróżniczkę".
Pierwszy tom trylogii  pt. "Poszukiwaczka" recenzowałam jakiś czas temu. Powieść zrobiła na mnie spore wrażenie głównie ze względu na bardzo ciekawie wykreowany świat. Pomysł tchnie świeżością  i nietuzinkowością. Świetna fabuła, wyraziste postacie bohaterów - czegóż chcieć więcej?
Nie ukrywam, że po dobrym pierwszym tomie, trochę bałam się sięgnąć po drugi. Czy autorka pokona tak wysoko postawioną poprzeczkę? Czy drugi tom zachwyci mnie równie mocno, jak pierwszy?
Już na wstępie zaskoczyło mnie poczucie, że autorka potraktowała pierwszy tom, jako swoistego rodzaju prolog. Na początku drugiego tomu nie ma żadnego wstępu czy też przypomnienia. Czytelnik musi szybko przypomnieć sobie zdarzenia z pierwszego tomu. Od razu pojawiają się nowe imiona oraz - co ciekawsze - nowe magiczne przedmioty. Narracja również się wzbogaca. W drugim tomie swoje przygody opowiadają nam nie tylko dotychczasowi bohaterowie (Quin, Shinobu, John i Maud), ale również tajemniczy chłopiec o imieniu Nott oraz mama Johna - Catherine. Wzbogaca to niesamowicie fabułę powieści i powoduje, że czytelnik z niecierpliwością czeka na to, jak to wszystko się zakończy. Ciekawy jest również wątek Młodej Sędzi, który zaskoczył mnie niepomiernie. Przyznam się, że był taki moment podczas lektury, kiedy moja sympatia z Quin i Shinobu powędrowała w stronę Johna i Młodej Sędzi. Kibicowałam im i miałam nadzieję, że... się uda. Więcej nie powiem. 
Dzieje się dużo. Czytelnik - dzięki nowym postaciom - cofa się w czasie i pomału odkrywa dlaczego poszczególne klany poszukiwaczy są do siebie tak wrogo nastawione.  Okazuje się, że konflikt korzeniami sięga daleko w przeszłość, a jego powody są dość skomplikowane. Akcja toczy się wartko i czytelnik - pomimo wielu niedopowiedzeń - nie ma czasu zastanawiać się nad poszczególnymi fragmentami układanki. Kiedy poszczególne elementy wskakują na swoje miejsce odbiorca szeroko otwiera oczy ze zdziwienia i .... koniec. Trzeba sięgnąć do trzeciego tomu, albo pozostać w niewiedzy i niepewności. 
Świetna powieść, która proponuje czytelnikowi podróż rollercoasterem przez nieznaną krainę pełną niespodzianek, magicznych przedmiotów i zaskakujących zwrotów akcji. 
Warto. 

poniedziałek, 14 maja 2018

Nie zabijaj tej miłości

Powieść, z której emocje wydostają się jak bąbelki ze wstrząśniętej butelki z coca - colą. Z jednej strony czytelnik domyśla się, przeżywa, zaciska pięści i zaklina książkową rzeczywistość, z drugiej obserwuje spokojne życie i ludzkie losy, splatające się ze sobą niczym warkocz. 
Plaża, piękna pogoda słońce i dwie kobiety. Jedna siedzi w towarzystwie małego dziecka z rozdartym sercem i rozpaczą w duszy. Druga - uśmiechnięta i radosna - cieszy się swoim życiem i szczęściem, które towarzyszy jej każdego dnia. Co je łączy? A właściwie należy zapytać: co je dzieli? 
Basia jest pielęgniarką w sanatorium, ma synka Piotrusia i męża żołnierza. Niestety jej małżeństwo właśnie przeżywa kryzys i Basia czuje, że jest na życiowym zakręcie.
Anna to kobieta torpeda. Oddaje się pracy naukowej, wspiera męża notariusza i na pozór jest szczęśliwa. Myśl o powiększeniu rodziny odkłada na potem. Przecież ma jeszcze czas, prawda? Niestety okazuje się, że jej mąż Tomasz jest zupełnie innym człowiekiem, niż Anna oczekiwała. Wielkie rozczarowanie jego zachowaniem zbiega się z coraz większymi naciskami rodziny męża dotyczącymi wymarzonego potomka. Oczywiście męskiego. W Annie wzbiera się bunt i chęć zakończenia małżeństwa, tym bardziej, że w pobliżu pojawia się mężczyzna, który wydaje się być ideałem. 
Urzekła mnie prostota powieści. Autorka spokojnym, lekkim piórem przeprowadza czytelnika przez życie naszych bohaterek. Chora ciocia, konflikty z ojcem, problemy z synkiem - życie! Prawdziwe życie, które na kartach powieści płynie wartko, niczym rzeka. Ta zwykła rzeczywistość stanowi tło dla naszych bohaterów. Każda z postaci jest do bólu zwykła - ma wady i zalety, jasną i ciemną stronę. 
Książka prosta w treści i skomplikowana w uczuciach. Czytając powieść, czytelnik "płynie" nad losami bohaterów i obserwuje wydarzenia jakby zza firanki. Pamiętacie, jak w Piotrusiu Panu latające dzieci zaglądały do okien poszczególnych domów i podglądały życie ich mieszkańców? Podczas lektury "Nie zabijaj tej miłości" tak własnie się czułam. To uczucie dawało specyficzny, mistyczny klimat. Niby wszystko było wiadomo, niby zakończenie łatwe do przewidzenia, a jednak ciągle miałam nadzieję, że autorka zaskoczy czymś wyjątkowym. Czy zaskoczyła? Zapraszam do lektury. 

wtorek, 8 maja 2018

Internat

Lubię takie książki. Mają w sobie coś magicznego. Trudno powiedzieć co, ale niewątpliwie emanuje z nich oryginalność i specyficzny nastrój. Niby zwykłe czytadło, niby nic ambitnego, a jednak fabuła "Internatu" pozostanie w mojej głowie na długi czas. To powieść niebanalna, choć przyjemnie prosta "w obsłudze". 
Już sama okładka przyciąga wzrok. Piękne, monumentalne gmaszysko kusi i przyzywa czytelnika. To własnie w tym budynku znajduje się tytułowy internat. Mieszkanki internatu są bohaterkami powieści, która zawojowała świat nastolatek. Współczesne dziewczyny są zafascynowane opisanym światem. Dyscyplina, posłuszeństwo, mundurki i przysłowiowy "ordnung" z niewiadomych przyczyn fascynują i przyciągają współczesną młodzież. Tej fascynacji przygląda się Wiktoria - młoda studentka socjologi, która postanawia napisać na ten temat pracę magisterską. Kiedy bierze  do ręki pierwsze wydanie "Internatu" wszystko zaczyna się zmieniać. Wiktoria przenosi się do książki, do ciała jednej z bohaterek, Anny Wolf. Dziewczyna nie jest zbyt lubiana, jednak nie ma to większego znaczenia. Nasza bohaterka zrobi wszystko, aby powrócić do swojego świata, ale czy to możliwe?
Wielką przyjemność sprawiła mi lektura opisów codziennego życia bohaterek - książkowego życia. To co dziewczyny robią, jedzą czy też mówią jest w dużej mierze uzależnione od tego, co autorka napisała w powieści. Nie muszą korzystać z toalety, bo nigdzie nie ma na ten temat wzmianki. Nie pocą się, nie kąpią... ale takie rozwiązanie ma też niewątpliwie wady. Np. posiłki są zupełnie bez smaku, co jest zrozumiałe zważywszy na fakt, że w powieści autorka w żadnym z rozdziałów nie skupiła się na opisie wspaniałości posiłków. 
Drugi wątek skupia się wkoło Adama - chłopaka Wiktorii. Kiedy Adam zauważa, że jego dziewczyna nie jest sobą, postanawia się z nią rozstać. Na szczęście szybko okazuje się, że Wiktoria to nie Wiktoria, a Adam... no nie mogę więcej napisać, bo zepsuję niespodziankę. Dodam tylko, że im dalej w lekturę tym bardziej robi się mroczno i straszno. Książka wciąga niczym magnes, a końcówki powieści nie należy czytać w mroku. Fascynujące opisy pogrążonego we mgle internatu i życia dziewczyn, uzależnionego od ludzi z zewnątrz, robią naprawdę niesamowite wrażenie. 
Trochę rozczarowało mnie zakończenie. Myślałam, że autorka wymyśli coś, co mnie zadziwi i będzie taką wisienką na torcie, a tu okazało się, że najprostsze sposoby są najbardziej skuteczne. Szkoda, bo miałam nadzieję na fajerwerki, a tu tylko pyknięcie. Nie ulega jednak wątpliwości, że powieść mnie oczarowała i przyjemnie zaskoczyła. Długo pozostanie w mej pamięci. 

poniedziałek, 7 maja 2018

Kaldera

John Flanagan to autor niesamowicie wciągającej serii pt. "Zwiadowcy". Moja Starsza, podczas ubiegłorocznych wakacji zaczytywała się kolejnymi tomami tak intensywnie, że aż mnie drażniła. Czytnik był niezmiennie piątym członkiem rodziny. Wszędzie gdzie się dało - czytała. Ciekawa byłam, co też to jest - i wsiąkłam w powieść równie mocno jak Ona. Świat wykreowany w Zwiadowcach pochłonął mnie i zauroczył. Nic więc dziwnego, że obie z wielką radością powitałyśmy nową serię tego samego autora pt. Drużyna. 
"Kaldera" to siódmy tom serii, jednak nie należy się zrażać nieznajomością wcześniejszych przygód bohaterów. Starsza czytała po kolei, ja natomiast sięgnęłam najpierw po Kalderę. Autor w kilku zgrabnych akapitach przedstawia czytelnikowi główne postacie i właściwie nie ma potrzeby sięgania do wcześniejszych tomów. Książka sama w sobie jest całością, ze zgrabnym początkiem i ciekawym zakończeniem - bardzo wciągającą całością. 
Naszych bohaterów spotkamy w Hallasholm, kiedy to Stig przygotowuje się do arcyważnego turnieju. Zwycięzca będzie mianowany najwaleczniejszym spośród wszystkich wojowników Skandii. Niestety Stig musi zweryfikować swoje plany, a udział w turnieju niespodziewanie przestaje być dla chłopaka ważny. Przyczyną tego są odwiedziny tajemniczego mężczyzny, który zapukał do drzwi podczas posiłku, jakim raczyła Stiga i jego przyjaciół matka chłopaka. Szybko okazuje się, że to Olaf, ojciec Stiga, który przed laty okradł swoich towarzyszy i w hańbie opuścił żonę i syna. Teraz jednak znalazł się w potrzebie i postanowił poszukać pomocy u tych, których dawno temu skrzywdził. Będąc dowódcą cesarskiej straży w dalekiej krainie nie dopełnił swoich obowiązków i pozwolił na uprowadzenie młodego cesarza. Chłopaka porwał groźny pirat Myrgos. Chłopiec znalazł się w ogromnym niebezpieczeństwie, a jego matka - surowa Cesarzowa - za wszystkie nieszczęścia obwiniła Olafa. Stig - mając nadzieję na polepszenie stosunków z ojcem - wraz z przyjaciółmi postanawia pomóc Olafowi i na przepięknym okręcie o wdzięcznej nazwie "Czapla" wyrusza w podróż pełną przygód i niebezpieczeństw. 
"Kaldera" to powieść skierowana niewątpliwie do młodego odbiorcy. Główni bohaterowie nakreśleni są wyraźnie, a ich cechy charakteru nie pozostawiają wątpliwości co do ich mocnych i słabych stron. Dowódca okrętu Hal jest nieomylny i - co trochę drażniące - wydaje się być również nieśmiertelny. Jedyna kobieta w Drużynie Lidia, to sprytna i gibka łuczniczka stanowiąca świetną ochronę dla załogi. Dwóch bliźniaków Ulf i Wulf można traktować trochę jak błaznów; zawsze w grupie ktoś taki się znajdzie. Należy jednak pamiętać, że w potrzebie oboje wykazują się sprytem i przebiegłością. Stig jest lojalnym, choć trochę porywczym pierwszym oficerem, a Thorn - doświadczonym wojownikiem, któremu brak ręki wcale nie przeszkadza w skutecznym władaniu mieczem. Wszyscy bohaterowie tworzą zgraną drużynę, w której nie ma miejsca na swady i kłótnie. Trochę to nudne, ale pamiętajmy, że odbiorca, do którego powieść jest skierowana ma -naście lat i potrzebuje przynależności do zgranej grupy rówieśniczej. Niewątpliwie "Kaldera" ukazuje właśnie taką drużynę - ludzi, którzy znają się nawzajem i mogą na sobie polegać. 
Fabuła jest taka .... bajkowa. Mamy piratów, bogactwa, młodego chłopca w niewoli i zadanie do spełnienia przez naszych bohaterów. Sporo tu zagadek, ciekawych zwrotów akcji i świetnych dialogów. W powieści nie ma miejsca na nudę. Ciągle coś się dzieje, a lekkie pióro autora i szybkie dialogi powodują, że od powieści nie można się oderwać. Bajkowe mistrzostwo świata. 
Jeżeli ktoś szuka ukrytych znaczeń i głębszych prawd do przekazania to musi sięgnąć po inną książkę. "Kaldera" jest przepiękną baśnią dla młodzieży, ale nic więcej. Tylko czy coś więcej potrzeba? Moim zdaniem absolutnie nie. Należy po prostu poddać się magii powieści i pozwolić sobie na chwilę zapomnienia...