Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Młodszy też czyta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Młodszy też czyta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 września 2020

117 - piętrowy domek na drzewie

Domek na drzewie” ze wszystkimi swoimi piętrami, towarzyszy nam właściwie od chwili, kiedy Młodszy rozpoczął rozwijanie czytelniczej pasji. W czasach, gdy ledwo łączył literki w słowa, książki w stylu „Tomka Łebskiego” czy też właśnie „Domku na drzewie” ratowały jego czytelniczą dumę. Przeczytanie stustronicowej książki dla dzieci powieści absolutnie nie wchodziło jeszcze w grę. Za to lektura dwustustronicowej książki, w której na stronie znajdują się raptem dwa zdania, a reszta to świetne ilustracje… to już się udało, a jednocześnie było się czym chwalić. „Przeczytałem całą książkę!” - oświadczał Młody, z dumą dzierżąc pod pachą spory wolumin. Wszyscy chwalili dzieciaka nie zaglądając do środka. I dobrze. Teraz Młody pochłania powieści jedna za drugą, ale poczucie humoru Andy Griffiths nadal przyciąga go jak magnes. Każdy kolejny tom zasila jego biblioteczkę. „117 piętrowy domek na drzewie” połknął w godzinkę zaśmiewając się w trakcie lektury do łez.
Zaczęło się od 13 - piętrowego domku na drzewie. Główni bohaterowie, Andy Griffiths oraz Terry Denton (dziwnym zbiegiem okoliczności nazywający się tak samo jak autor i ilustrator), uczynili z tego drzewa wspaniałe miejsce do przeżywania przygód. Jednak 13 pięter to wciąż mało, więc z tomu na tom dodawali kolejne trzynaście pięter wypełnionych cudami i dziwami. W 9 tomie mamy już 117 pięter wypełnionych piętrem dla Minikoników, piętrem dla piżmówek, piętrem dla majtek, wzgórzem do puszczania latawców, a nawet cyrkiem. Najbardziej posępne są jednak ... wrota skazańców.
Tym razem Terry ma dosyć bycia tylko ilustratorem. Domaga się szansy dla siebie i żąda, aby pozwolono mu ingerować również w narrację. Jego żądanie zostaje spełnione i Terry zabiera się do tworzenia własnej historii, ale... no cóż, ciężko idzie. Terry, w pocie czoła, wymyśla historię o kropce, która zaczyna się bardzo klasycznie: „Dawno, dawno temu była sobie kropka…” Od słowa do słowa Terry`ego ponosi fantazja, skutkiem czego powstaje najbardziej zakręcona, śmieszna i bezsensowna historia, jaką ostatnio było mi dane przeczytać. Śmiałam się do łez, czytając o podróży na kropce, o wyspie, w której wszystko skatalogowano i schowano do szafek, o Narralicji (to tak Policja, która ściga tych, którzy tworzą mało ciekawą narrację). Było też miejscami trochę strasznie, kiedy to nasi bohaterowie dostali się za wrota skazańców, ale oczywiście trwało to tylko kilka stron i zakończyło się tak, że wraz z Młodszym ryczeliśmy ze śmiechu.
Nasi bohaterowie to spełnienie marzeń każdego chłopca. Przeżywają tyle przygód, że czytelnikowi kręci się w głowie od nadmiaru wrażeń. A wszystkie przeżycia potęgowane są przez wspaniałe ilustracje, które są bardzo, ale to bardzo… fajne po prostu.
Za ilustracje ta seria powinna dostać nagrodę i to niejedną. Są wykonane bardzo starannie, choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że to dość niedbała kreska. Ale przyjrzyjcie się uważnie. Ilość szczegółów naprawdę powala na kolana. Cała ta powieść to właściwie ilustracje. Na jednej stronie można zatrzymać się na dobre kila chwil, analizując, wodząc palcem po liniach i porównując z rysunkami z poprzednich stron. To naprawdę ilustracyjne mistrzostwo świata.
Kochani, jeżeli macie ochotę zrobić wielką przyjemność synkowi, siostrzeńcowi, braciszkowi (i kto tam Wam jeszcze przyjdzie do głowy) kupujcie! Zapewniam Was, że świetna zabawa zapewniona na kilka godzin. 



czwartek, 27 lutego 2020

Ellie

"Był sobie pies" to historia, która wzruszyła dzieci z całego świata. Dorosłych zresztą również, czego ja sama jestem najlepszym przykładem. Idąc za ciosem przeczytałam oba tomy opowiadające historie Baileya, a raczej jego kolejnych wcieleń. Już z żalem myślałam, że to koniec przygody z psiakami, a tu taka niespodzianka! W moje ręce wpadła książka dla dzieci z serii "Był sobie szczeniak" pt. Ellie". Świetna powieść, która jest godną następczynią serii o przygodach Baileya. 
Ellie jest owczarkiem niemieckim, którą poznajemy zaraz po urodzeniu. Jej umiejętności i talent od razu stają się widoczne dla Jacoba, który przychodzi wybrać dla siebie psa. Jak szybko się okazuje Jacob jest policjantem pracującym wraz z psem podczas poszukiwań zaginionych osób. Szybko okazuje się, że Ellie ma wyjątkowy węch i rewelacyjny talent do wykonywania powierzonej jej pracy. 
Powieść napisana jest w taki sposób, że mój syn ciągle zaśmiewa się podczas lektury. Świat ludzi widziany z perspektywy psa jest śmieszny i pocieszny. Ellie nie może się nadziwić jak duże jest "Na zewnątrz", nie rozumie, dlaczego ludzie wyrzucają takie przysmaki jak kości i co za przyjemność mają z kąpieli w wannie. Kiedy podczas tresury odnajduje ukryte skarpetki (celowo porzucone przez treserów) nie może nadziwić się jak ludzie to robią, że tyle rzeczy gubią. Książka świetnie pokazuje proces szkolenia psa, który podczas zabawy uczy się, co oznaczają poszczególne komendy i zachowania właściciela. Autor próbuje nawet ukazać proces myślowy zachodzący w głowie psa, przybliżając dzieciom jak ważna jest systematyczna praca i konsekwencja w tresurze pupili. 
Ellie musi długo się szkolić zanim zrozumie, że wyciągnięta ręka przypadkowego przechodnia z kawałkiem bajgla przeszkadza jej w pracy, którą przecież kocha i uwielbia wykonywać. Jest bardzo dumna, kiedy właściciel ją chwali, a szczytem pochwały jest zabawa w przeciąganie sznurka. Tak niewiele, a tak dużo... 
Autor pokazuje małemu czytelnikowi jak ważne jest to, aby nie zaczepiać psów na służbie, bo można go niechcący rozproszyć, a to może kosztować kogoś życie.  
Towarzyszymy Ellie od chwili narodzin aż po emeryturę. Na skutek pewnych wydarzeń Ellie dość wcześnie kończy służbę, lecz nie przestaje pracować. Chodzi wraz z właścicielką (tak, właśnie właścicielką, którą, na skutek niewesołych okoliczności, zostaje Maja) po szkołach i przybliża dzieciom prace policyjnych psów. Nawet na emeryturze Ellie ma okazje pokazać swoje umiejętności, dzięki czemu po raz kolejny ratuje człowieka. Przyznam się, że choć jest to książka dla dzieci z nerwem czytałam o poczynaniach Ellie, kiedy ratowała Georga z opresji.  

Świetna książka, którą dzieciaki na pewno przeczytają z ogromnym zainteresowaniem. Nie ma tu żadnych wygibasów językowych, które zniechęcą do lektury. Ważna jest treść i to, aby w jasny sposób dotarła ona do małego czytelnika. Powieść pokazuje jak ważna jest praca policyjnego psa. A że przy czytaniu jest sporo śmiechu to już zupełnie inna sprawa. 

środa, 8 maja 2019

Widmo z Głogowego Wzgórza

Wydawnictwo „Dwie siostry” to takie wydawnictwo, które jeszcze nigdy mnie nie zawiodło. Sięgając po książki z charakterystycznym logiem wiem, że czeka na mnie literatura po prostu dobra. Wprawdzie "Dwie siostry” specjalizują się w literaturze dziecięcej, ale dobra książka dla dzieci często warta jest więcej niż średnia dla dorosłych. Powiem więcej - nie tylko treść zaskoczy was wysokim poziomem. Dwie siostry przykładają ogromną wagę do szaty graficznej wydawanych przez siebie książek. Kontakt z serią "Mistrzowie ilustracji” jest ogromną przyjemnością. Ich starania i dbałość o formę zostały nagrodzone w 2008 r. na targach Bolonia Children's Book Fair gdzie wydawnictwo zostało ogłoszone Najlepszym Europejskim Wydawcą Dziecięcym Roku. Całkowicie zasłużenie. 
„Widmo z Głogowego Wzgórza” to kolejna powieść po „Cukierni pod pierożkiem z wiśniami”, która mnie wzruszyła. Była jeszcze „Babcia na jabłoni”, Czarodziejski młyn i kilka innych powieści, które kojarzą mi się z moją pierwszą biblioteką. Powrót do lektur z dzieciństwa jest zawsze przyjemnością. To tak jakby cofnął się czas. „Dwie siostry” mają wspaniałą rękę do powieści ponadczasowych, które same w sobie są wartością niezmierzoną. To trochę tak jakbym w sklepie znalazła gumę „Donald” albo blok „Bambo” i próbując pierwszy kęs czekam na powrót dzieciństwa… 
Kiedy poznajemy dwunastoletniego James'a przeżywa On dziecięcy dramat. Jego kuzynostwo, które dotąd było świetnymi towarzyszami zabaw, przeprowadziło się wraz z rodzicami na wieś. Głogowe Wzgórze to posiadłość położona z dala od miasta, która do tej pory była własnością ponurej i złośliwej starszej Pani. Po jej śmierci dom zostaje wynajęty właśnie przez wujostwo Jamesa. Wielka angielska posesja pełna jest tajemnic i zagadek. 
Pewnego dnia James otrzymuje od kuzynostwa list, z którego wynika, że na Wzgórzu dzieją się dziwne rzeczy. James za zgodą ojca jedzie w odwiedziny na Głogowe Wzgórze. I rzeczywiście, wydarzenia, które spotykają naszych bohaterów kojarzą się z klasyką kryminałów rodem z książek Agaty Christie czy też przygód Scherlocka Holmesa. Pewien specyficzny klimat angielskiego gospodarstwa powoduje, że czytelnik zanurza się w tej atmosferze i delektuje się nią niczym najlepszą filiżanka herbaty. To tak jak pójść do teatru na świetną sztukę przenoszącą w czasie – powrót do codzienności jest często trudny… 
Bohaterowie powieści pochodzą z czasów, kiedy rozmowa przez telefon komórkowy nikomu nie przychodziła do głowy, a głowa rodziny pisała powieść na maszynie do pisania a nie przy pomocy bezdusznego komputera. Kiedy na Głogowe wzgórze spadł śnieg (w ilości ponadnormatywnej) nie było możliwości kontaktu ze światem. Śnieżyca zerwała kable, nie było prądu ani możliwości kontaktu z mieszkańcami pobliskiego miasteczka. A tu w domostwie dzieją się rzeczy mrożące krew w żyłach… Nie ma chyba lepszej atmosfery do rozwiązywania kryminalnej zagadki. 
Klimat podkręca gosposia, która wiecznie zrzędzi, lecz pomimo to widać, że kocha dzieciaki ponad życie. Są też dwa psy - jeden jamnik należący do rodziny a drugi to tajemniczy pies pozostawiony przez poprzednią właścicielkę w obejściu. Dziki i nieokiełznany jest kolejną tajemnicą. Jeżeli dodamy do tego ciemny strych pełen zakamarków i nieznajome twarze pojawiające się w oknie w najmniej spodziewanym momencie otrzymamy powieść, jaką rzadko jest nam dane przeczytać. 
Warto podkreślić, że to wydanie jest naprawdę ponadczasowe. Przekład Ireny Tuwim jest kwintesencja elegancji. Próżno szukać tu przekleństw czy też zwrotów pochodzących z języka potocznego. Zdania są eleganckie a emocje wyważone. Dzięki temu, kiedy autor wprowadza elementy grozy działają one na czytelnika dużo bardziej niż we współczesnych powieściach. Oprócz treści jest jeszcze forma, a ta naprawdę zachwyca. Twarda okładka i przepiękne ilustracje dopełniają wrażenia, że trzymamy w ręku coś ponadczasowego. Czarnobiałe ilustracje Pana Zbigniewa Piotrowskiego są wyjątkowe. Może młodemu czytelnikowi przyzwyczajonemu do ferii barw początkowo nie przypadną one do gustu, jednak szybko zrozumie, że treść i ilustracje stanowią fenomenalną całość, która powstała jakieś pół wieku temu. I – co wspaniałe - nadal zachwyca.

środa, 6 marca 2019

Gang godziny duchów

Dawid Walliams pisze książki, które mój Młody połyka jak pelikan rybki. Zaczęło się od „Babci Rabuś” i pomimo tego, że Młody skończył lekturę spłakany ze wzruszenia, jego literackie radary wyczuliły się na charakterystyczne rysunki zdobiące okładki książek autorstwa Pana Walliamsa. Po „Babci rabuś” przyszedł czas na „Cwaną ciotuchnę” i „Wielką ucieczkę dziadka”. Każda kolejna powieść zachwycała i przykuwała Młodego do książki na dobrych kilka godzin. Byłam więc pewna, że zakup "Gangu godziny duchów" (tutaj) będzie strzałem w dziesiątkę. 
Dwunastoletni Tom Harper trafia do ponurego, londyńskiego szpitala po tym, jak na meczu krykieta dostaje piłką w głowę. Guz jest tak wielki, że dyrekcja prywatnej szkoły, w której uczy się Tom, nie ma wątpliwości, że hospitalizacja jest konieczna. Chłopiec trafia do sali, gdzie leży już czterech małych pacjentów. Tom już pierwszej nocy dowiaduje się, że w szpitalu działa Gang Godziny Duchów, a jego współtowarzysze są czynnymi członkami tego gangu. Nikt nie pamięta, kto założył Gang, ale ważne jest przesłanie, jakie niesie za sobą. Od wielu, wielu lat zadaniem Gangu jest spełnianie marzeń małych pacjentów szpitala. Dzięki pomocy
pracownika szpitala (zwanego Noszowym), członkowie Gangu mogą zafundować jednej z pacjentek wyprawę na biegun północny, czy też podjąć się zorganizowania lotu balonem. Wprawdzie balonem poleciała staruszka, która lecąc nad Londynem przeżyła przygodę swego życia, ale nie szkodzi. Gang urządził również wyprawę archeologiczną do Egiptu i wyścig na wózkach inwalidzkich. Największym jednak wyzwaniem było spełnienie marzenia ciężko chorej dziewczynki, która pragnie przeżyć swoje życie tak jak każdy zdrowy człowiek. Przyznacie, że przed naszymi bohaterami naprawdę trudne zadanie. 
Książki Walliamsa są wyjątkowe. To nie są zwykłe powieści dla dzieci. To przezabawne historie z przerysowanymi bohaterami, z których każdy ma pewną wadę lub zaletę wybijającą się na pierwszy plan. Jeżeli ktoś jest dobry, to jego dobroć aż cieknie po rękach, niczym wiśniowy sok. Noszowy pomagający dzieciom w spełnianiu marzeń budzi wielką sympatię. Podobnie pani roznosząca jedzenie, która - pomimo braków w zaopatrzeniu - potrafi ze spożycia suchego płatka do mleka stworzyć w wyobraźni dziecka cudowną ucztę. Natomiast, jeżeli ktoś jest już zły - to nie ma szans na to, aby dojrzeć w nim choć cień dobroci. Okrutna siostra przełożona czy tez paskudny dyrektor szkoły są postaciami tak przerysowanymi, że aż śmiesznymi. Oczywiście postępowanie negatywnych
bohaterów budzi w małym czytelniku pytania, ale nie przeszkadza mu to zaśmiewać się później z kary, jaka oczywiście ich spotyka. Ten podział na białe i czarne jest bardzo mocno przerysowany, wręcz abstrakcyjny, co nadaje powieści wyjątkowy charakter. No chociażby zorganizowanie herbatki u królowej. To nie jest oś zwykłego. To jest możliwe tylko wówczas, gdy młody czytelnik uruchomi wyobraźnię i zechce wczuć się w fabułę powieści. 
Omawiając „Gang godziny duchów” nie można zapomnieć o podstawowym przesłaniu: o sile przyjaźni, o radzeniu sobie z chorobą i o tym, że nie należy oceniać ludzi po wyglądzie. Ważne jest również to, że pomimo salw śmiechu podczas lektury, końcówka powieści znowu zaszkliła oczy mojego synka, a w powietrzu pozostało zawieszone pytanie dotyczące śmierci i nieuleczalnej choroby. 
Książki autorstwa Dawida Walliams’a się albo kocha albo są czytelnikowi obojętne. My z Młodym uwielbiamy je. Młody za poczucie humoru i abstrakcyjne wręcz przygody, a ja za możność omówienia z dzieckiem trudnych tematów, które powieść porusza. 
Polecam do wspólnej lektury wszystkim rodzinnym książkomaniakom.

Książkę, w korzystnej cenie, można kupić w księgarni Gandalf.  

piątek, 23 listopada 2018

Pieśń Gwiazd. Opowieść o Bożych Narodzinach

Boże Narodzenie zbliża się wielkimi krokami. Każdy z nas czeka na pięknie ozdobioną choinkę, pierogi, barszcz z uszkami i oczywiście prezenty. Nie ulega wątpliwości, że im mniejszy człowieczek, tym bardziej czeka. Oczekiwanie jest bardzo ważne, zwłaszcza przy TYCH świętach. Przecież w kościele katolickim adwent (czyli czas oczekiwania) trwa przez cały grudzień. Dlaczego nie umilić naszym milusińskim tego okresu nie tylko kalendarzem z łakociami, ale też lekturą ciepłej i uroczej książeczki pokazującej, że nie tylko ludzie czekają, ale inne boże stworzenia również? Właściwie czeka cały świat! 
"Pieśń Gwiazd. Opowieść o Bożych Narodzinach" skierowana jest do najmłodszych czytelników. Najwięcej radości sprawi tym, którzy jeszcze nie składają literek w całość i muszą korzystać w tej kwestii z pomocy Mamy, Taty, czy też Babci. Początkujący czytelnicy też znajdą coś dla siebie, bo tekstu na stronach jest niewiele, a duża czcionka ułatwia stawianie pierwszych czytelniczych kroków. Należy jednak podkreślić, że urok książeczki, to nie przedstawiona historia, bo tę przecież każdy z nas zna. Urok "Pieśni gwiazd" to ilustracje - przepiękne, kolorowe i ciepłe ilustracje, które cudownie wprowadzą dzieci i rodziców w nastrój Świąt Bożego Narodzenia. 
Łatwo ją streścić - właściwie wystarczy do tego zadania kilka zdań. Pewnego dnia w lesie wszystko zaczęło szumieć i szeptać, że nadszedł już ten czas. Jeleń, niedźwiedź, lisek, a nawet kwiatki - wszystko szeptało, że już czas. Wieloryby, ptaszki, kaczuszki, a nawet małe robaczki powtarzały wszystkim dookoła: Już czas! Nie skończyło się na świecie, który znamy. Anioły i gwiazdy też radośnie powtarzały, że nadszedł czas oczekiwania. A tymczasem w stajence narodziło się dzieciątko, na które czekał cały świat. Wszyscy cieszą się, że narodził się pasterz, który każdego uszczęśliwi i każdemu da iskierkę radości. Od tej pory każde zwierzątko - zarówno malutki robaczek jak i piękny, dostojny król zwierząt - lew - będą mieli wspaniałego pasterza. Cóż więcej trzeba do szczęścia? 
Książeczka jest dość sporych rozmiarów, choć kartek do wertowania nie jest za wiele. Bo też tu właśnie o rozmiar chodzi! O to, aby ilustracyjne cudeńka, zawarte na poszczególnych stronach dobrze się prezentowały. A rzeczywiście jest co oglądać. Każda ilustracja jest stylizowana na starą. Wydaje się, że namalowana została na popękanej tabliczce, co daje wrażenie, że została znaleziona przez archeologów i pochodzi sprzed wielu, wielu lat. To bardzo dobry zabieg, który - przy niewielkim udziale rodzica - pozwoli dziecku uświadomić, że cała ta historia, którą co roku świętujemy, zdarzyła się wiele, wiele lat temu. 


Książka jest bardzo przyjazna maluchom. Przepiękny, kredowy papier uwydatnia żywe ilustracje i dbałość rysownika o szczegóły. Jeżeli dodany do tego twardą okładkę (która nie jest tak do końca twarda, a stanowi świetne zabezpieczenie przed zniszczeniem przez niewprawne rączki) - w rezultacie otrzymamy wspaniałą książeczkę, idealnie nadającą się na świąteczny upominek. 
"Pieśń Gwiazd. Opowieść o Bożych Narodzinach" to książeczka dla najmłodszych czytelników. Jest tak świątecznie nastrojowa, że chyba bardziej nie można. Zapewniam Was że zarówno dorosłym jak i tym najmłodszym czytelnikom umili ten jedyny w roku wieczór. Wspólne czytanie, opowiadanie obrazków - czy jest coś bardziej milszego dla rodziny? Wesołych Świąt Wam życzę, choć przecież to jeszcze chwilka….

poniedziałek, 29 października 2018

Kraina opowieści. Zaklęcie życzeń.

Uwaga - będzie słodko. To absolutnie fantastyczna, genialna, rewelacyjna, niedościgniona i fenomenalna powieść! Wystarczy. Teraz o szczegółach.
Pierwszy tom z serii "Kraina Opowieści", pt. "Zaklęcie życzeń" , jest spełnieniem moich dziecięcych marzeń. Czytając baśnie (różne i wszelakie, bo molem książkowym byłam od zawsze) marzyłam, aby móc wejść do krain, w których dzieje się akcja. Jeżeli jest to niemożliwe, to chociaż niech ktoś napisze o tym książkę. Siedziałam i wyobrażałam sobie "co by było gdyby", lecz najczęściej wyobraźni wystarczało mi do spotkania czy to Kopciuszka, czy Królewny Śnieżki. 
No właśnie. Gdybym dorwała "Zaklęcie życzeń" jako dziecko, to prawdopodobnie zwariowałabym ze szczęścia. Teraz przeczytałam książkę - początkowo z rozrzewnieniem, ale im dalej, tym bardziej rozrzewnienie zamieniało się w zainteresowanie i podziw dla autora. 
Alex i Conner Bailey są bliźniakami. Takimi, co to diametralnie się od siebie różnią, ale jak trzeba, to w ogień za sobą skoczą. Alex jest świetną uczennicą i bardzo rozgarniętą dziewczynką. Conner - wręcz przeciwnie. Zdarza mu się zasnąć w czasie lekcji, co więcej - rzadko kiedy wie, o co nauczycielom chodzi. Nauczyciele jednak patrzą na niego z pobłażaniem połączonym ze współczuciem. Dzieci bowiem straciły w wypadku samochodowym ojca. Babcia z Mamą robią wszystko, aby tęsknota za tatą była jak najmniej dokuczliwa, ale zapełnienie pustki w sercu jest raczej niemożliwe. 
Pewnego dnia Alex otrzymuje od babci, w prezencie urodzinowym, książkę z baśniami. Od tej pory nic już nie będzie takie samo. 
No cóż - koniec końców dzieci... a zresztą taki krótki cytacik:
Alex pobladła i na chwilę przestała oddychać. Odgadła gdzie się znajdują. Nic dziwnego, że tutejsze drzewa wyglądały tak znajomo. Tyle razy w dzieciństwie widywała je na ilustracjach. Książka zabrała ich dokładnie w to miejsce, w którym Alex pragnęła się znaleźć. (...)
- Czy to możliwe? - spytał Conner. - Wiesz, gdzie jesteśmy?
- Myślę, że tak - odparła Alex.
- Gdzie? - drążył jej brat, obawiając się usłyszeć odpowiedź.
- Conner, trafiliśmy do książki - wyjaśniła, ale on nie załapał. - Myślę, że znaleźliśmy się w Krainie Opowieści. 
Dzieciaki trafiają do krainy Baśni, jednak nie są z tego powodu zachwycone. Pragną wrócić do domu, jednak chcąc znaleźć drogę powrotną, muszą wykonać masę niebezpiecznych i tajemniczych zadań. Wśród bohaterów, których spotykają, przewija się Roszpunka, Kopciuszek, czy też Czerwony Kapturek, który jest zupełnie inny niż ten znany nam z popularniej Baśni. Jest czarodziejska fasola, Królewna Śnieżka, trole i zły wilk. Najważniejszą jednak rolę odgrywa Zła Królowa z Królewny Śnieżki. Rozwiana zostaje tajemnica mojego dzieciństwa i czytelnik dowiaduje się, co doprowadziło do tego, że macocha Śnieżki była taka zła. 
To naprawdę wspaniała powieść, w której wydarzenia gonią się nawzajem, a przebieg akcji nie pozwala odetchnąć czytelnikowi ani na chwilę. Taki baśniowy rollercoaster, wiozący nas przez tajemniczą krainę. Już, już czytelnikowi wydaje się, że wszystko wie, a tu ziuuuuuuu... i znowu nic nie wiadomo. Dzieci kilka razy ocierają się o śmierć ale - jak to w baśniach bywa - wychodzą cało z opresji. A już zakończenie - cud, miód i orzeszki. 
Całości dopełnia przepiękne wydanie. Kiedy wzięłam książkę do ręki skojarzyła mi się z Biblią dla dzieci. Zupełnie nie wiem skąd to skojarzenie, ale takie miałam. Grube tomiszcze formatu A5 w twardej okładce, zdobionej złoceniami. W środku bardzo przyjazna czcionka i czarno - białe ilustracje, które są świetnym uzupełnieniem bajkowego klimatu. Dodam, że ilustracje są śliczne i należy ubolewać że jest ich tak niewiele. 


Myślę, że ta powieść to odkrycie na miarę Harrego Pottera. Jeżeli autor utrzyma tak wysoki poziom w kolejnych tomach, to powstanie naprawdę świetna seria i rewelacyjny materiał na film. 
Na zakończenie dodam, że jeżeli zastanawiacie się nad książkowym prezentem dla dziecka, to "Zaklęcie życzeń" nadaje się do tego idealnie. Uwierzcie mi - z taką samą ciekawością pochłonie książkę sześcioletni brzdąc, jak i osiemnastoletnia pannica. Polecam!

czwartek, 18 października 2018

12 miesięcy z Mikołajem czyli trawnik pełen reniferów

Do Świąt Bożego Narodzenia jeszcze kawał czasu, ale to nie przeszkadza w czytaniu tematycznych książek. Każdy chyba uwielbia powieści o Świętym Mikołaju, prezentach i ciepłych uczuciach, które towarzyszą tym wyjątkowym świętom. A jak jeszcze książka napisana jest z humorem, to czytanie jej nabiera wyjątkowego charakteru. "12 miesięcy ze Św. Mikołajem czyli trawnik pełen reniferów" spełnia wszystkie moje świąteczne zachcianki. To książka ciepła, klimatyczna i z humorem tryskającym z każdej kartki - i to jakim!
Wyobraźcie sobie zwykłą rodzinę, która - jak co roku - obchodzi Święta Bożego Narodzenia. Trochę zakręcony Tatko, Mama trzymająca całą rodzinę w ryzach i dzieci płci obojga - Lotte, będąca narratorem książki i młodszy o kilka lat chłopiec, o imieniu Lars. Sporą rolę odgrywa jeszcze Magnus, będący przyjacielem Larsa, ale o tym za chwilę. Pierwszego dnia Świąt Bożego narodzenia w drzwiach domu przy ul. Puszczykowej pojawia się Święty Mikołaj. Pracownicy Biura Bożego Narodzenia - chcąc go uchronić przed tłumem turystów oblegających Jego dom w Laponii - skierowali Świętego Mikołaja do domu przy ul. Puszczykowej, aby w spokoju spędził tam kolejny rok. Uznali, że tu będzie mógł wypocząć, a jak przyjdzie pora, to w skupieniu zajmie się przygotowaniami prezentów na kolejny rok. Efekt? Stadko reniferów pasących się w ogrodzie, ogromne sanie zaparkowane w garażu, psotne skrzaty harcujące w kuchni i książki poprzestawiane na opak przez pomocników Mikołaja. 
Życie rodziny staje na głowie. Mikołaj stara się jak może, nie być ciężarem w codziennym życiu, ale jest to niezmiernie trudne. Zalicza mnóstwo prześmiesznych wpadek, które wzbudzają w czytelniku salwy śmiechu. Z radością czytałam z Młodszym o wojnie na zielony groszek, o skrzatach przygotowujących prezenty i o tym, że wszystkie drewniane zabawki są robione ręcznie. A wiecie jak skrzaty dzwonią do drzwi? Stają jeden drugiemu na ramionach i robią wieżę tak wysoką, aby dosięgnąć do dzwonka. A wiecie, dlaczego skrzaty podczas spotkań wywalają książki z półek? Bo półki są świetnym miejscem do obserwowania tego, co się dzieje na podłodze! Zapewniam Was, że lektura jest wyjątkowo fascynująca głównie przez to, że mały czytelnik dowiaduje się o rzeczach, których do tej pory mógł się tylko domyślać. 
Książka jest tak cudownie ciepła, że zachciało nam się Bożego Narodzenia tu i teraz. Co z tego, że za oknem słońce... Postać Mikołaja jest wyjątkowo pocieszna i taka niezgrabna w poruszaniu się w codzienności ludzkiej. Nie przeszkadza Mu to w zdobyciu sympatii sąsiadki... nic więcej nie napiszę. 
Kochani - warto kupić "12 miesięcy ze Świętym Mikołajem". Może trochę za wcześnie na lekturę,  ale niewątpliwie, zaraz zarutko nadejdzie listopad, potem grudzień, a to czas w sam raz na tę lekturę. Polecam gorąco! 


niedziela, 23 września 2018

Mój Tata mieszka w innym świecie

Kiedy poznajemy Krzysia, Jego ból po stracie taty jest już okiełznany. Oczywiście, że tęskni - to zrozumiałe - ale widzi już świat w kolorowych barwach, a nie tylko czarno – białych. Krzyś jest bardzo mądrym chłopcem, który potrafi analizować to, co go otacza dużo bardziej dojrzale niż niejeden dorosły. Ma też bardzo mądrą Mamę, będącą ogromną podporą dla swojego synka. To właśnie Mama zauważyła tę dojrzałość chłopca i od kilku lat zapisywała Jego myśli. Kiedy pojawił się pomysł napisania książki, chłopiec samodzielnie zaczął zapisywać swoje przeżycia i przemyślenia, jednak było to bardzo męczące. Dopiero Mama wpadła na pomysł wykorzystania dyktafonu. Nagle wszystko okazało się prostsze. 
Ta książeczka to skarbnica wiedzy o emocjach i przeżyciach Krzysia, które otoczyły go po śmierci Taty. Krzysiu twierdzi, że świetnie Go pamięta, choć przecież od jego śmierci minęło 6 lat. Kiedy mówi o Ojcu, z Jego słów bije ciepło i tęsknota. Krzysiu pisze też o innych - całkiem zwyczajnych rzeczach. Opowiada o tym, że nie lubi zielonego jedzenia uwielbia za to naleśniki i pomidorówkę. Dużo czyta i wie doskonale, że w rodzinie najważniejsza jest miłość. Opowiada o ukochanych zwierzętach i swoich przyjaciołach, a zwłaszcza o jednym z nich o przepięknym imieniu Tymoteusz, który wykonał ilustracje do książki. Dodam, że bardzo udane ilustracje. 
Pisze też o swoich uczuciach i emocjach i nie ukrywam, że ta sfera książki zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Sama mam w domu synka, który jest niewiele młodszy od Krzysia. „Młodszy” to mądry chłopak, wrażliwy i wygadany, ale o wielu sprawach, o których pisze Krzyś, nie ma bladego pojęcia. 
"Krzysiowe historyjki" są przepiękne, mądre i głębokie, a jednocześnie po dziecięcemu naiwne. Krzysiu opisuje, jak to Mama wyszła z domu w dwóch różnych butach, albo jak zdarzyło Jej się pojechać pod prąd. Spisane prostym językiem mocno wchodzą w głowę czytelnika i tam się kłębią. Opowieści są i wesołe i smutne... jak to w życiu. Wyziera z nich ogromna miłość do Mamy i niesamowity szacunek do życia. Krzyś formułuje też myśli piękne, które mogą być cytowane i powtarzane. Urzekło mnie na przykład poniższe stwierdzenie: 
"... chciałem być wiatrem. Mama tego nie rozumiała, więc musiałem Jej wytłumaczyć. Chciałem być wiatrem, bo on nigdy nie umiera". 
Co mnie uderzyło podczas lektury, to mądrość krzysiowej Mamy. Kobieta nie dość, że sama musiała poradzić sobie z odejściem ukochanej osoby, to jeszcze musiała zrobić wszystko, aby pomóc swojemu synkowi. Ta kobitka Nobla powinna dostać za swoje umiejętności. Sama też radzi sobie jak potrafi i ... robi anioły. Początkowo - jak to opisuje Krzyś - nie były zbyt udane, ale z czasem piękniały. Krzyś nawet jednego zrobił sam i zaniósł do klasy z zadaniem strzeżenia całej klasy przed przykrymi niespodziankami. 
"Mój Tata mieszka w innym świecie" należy przeczytać. Samemu, albo ze swoją pociechą, ale koniecznie przeczytać. Mój syn w kilku momentach potrzebował komentarza, bo niektóre emocje, które dla Krzysia są codzienne - Młodszemu są obce. Cieszę się że mogliśmy na niektóre tematy pogadać. Piękne słowa o płaczu, które wypowiada Krzyś - mojego syna przeraziły. On płacze raczej rzadko i kojarzy mu się to jednoznacznie z doznaniem krzywdy, a tu proszę.... 
Warto kupić tę książeczkę również po to, aby wspomóc podopiecznych Fundacji Dorastaj z Nami. Bo przecież warto pomagać :-) 


piątek, 1 czerwca 2018

Jesteś moim przyjacielem

Książki dla dzieci to taka półka, o której można pisać godzinami. Dzielą się na kategorie, te na podkategorie, a te jeszcze na coś tam dalej.... Kolorowe, czarno - białe, z większymi lub mniejszymi literkami, ogromne niczym telewizor i malutkie jak pudełeczko od zapałek. Treść też różnoraka - od prostackiej, wręcz (jak na moje oko) wulgarnej, aż do przesłodkich kucyków, zajączków i chmureczek. Do wyboru do koloru. Co podsuwać dzieciom? Myślę, że ważne jest, aby wypośrodkować wybory, jednak bardziej skłaniam się do słodyczy niż w drugą stronę. "Jesteś moim przyjacielem" to książka z tej słodkiej kategorii. Nie oznacza to jednak, że jej treść jest banalna. O nie! Porusza tematy ważne i dość trudne dla małego czytelnika. 
Najsłodszą książką, jaką czytałam z moimi dziećmi była bajeczka pt. "Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham". Cudowna książka o miłości rodziców do dzieci. Kiedy kilka dni temu w moje ręce wpadła "Jesteś moim przyjacielem", od razu moje myśli powróciły do książeczki sprzed lat. Jest ona równie cudowna, co tamta, tyle, że nie o miłości rodziców do dzieci, a o przyjaźni. Na kilkunastu stronach, zawierających piękne ilustracje, zamieszczono krótkie opowiadanie, którego treść jest śliczna. Oczywiście - jak to w książeczce skierowanej do dzieci młodszych - jest i puenta i nauka, ale pomijając to, historyjka jest po prostu bardzo, bardzo ładna i wzruszająca. 
Pewnego wiosennego dnia zajączek spotkał jeżyka. Zwierzaczki bardzo się polubiły i zaprzyjaźniły.
Całymi dniami wspólnie baraszkowali, szukali marchewek, leżeli na łące i rozmawiali. Bardzo się polubili i zostali przyjaciółmi. Kiedy nadeszła jesień jeżyk poczuł, że przyszedł ten moment, kiedy musi porzucić zajączka. Zajączek wpadł w rozpacz, jednak jeżyk obiecał mu, że na pewno wróci. Zajączek całą zimę chodził na polanę i czekał na powrót jeżyka, Początkowo był rozżalony, jednak cierpliwie czekał. Nie wątpił, że jeżyk wróci, bo przecież mu to obiecał, a przyjaciele dotrzymują obietnic. Pewnego zimowego dnia wrona powiedziała zajączkowi, że jeże w zimie wykopują sobie norki i śpią aż do wiosny. Zajączek wpadł na pomysł i resztę zimy pracował pod ziemią. Kiedy jeżyk obudził się, zajączek z dumą pokazał mu wykopaną norkę na tyle dużą, że oboje bez problemu się do niej zmieszczą. Teraz już zajączek nawet w zimie nie będzie sam. 
Książeczka zawiera przepiękne ilustracje. Nie żadne wymyślne i udziwnione, ale zwykłe kolorowe obrazki, których autorką jest p. Joëlle Tourlonias. Ciepłe, pastelowe ilustracje z powodzeniem oddają klimat przyjaźni i wspólnego zaufania. Są ozdobą książeczki i rewelacyjnie uzupełniają jej treść. 
Książeczka zawiera też drugą, niemą historyjkę, dostępną tylko dla uważnych czytelników. Jej bohaterką jest myszka - bierna obserwatorka zmagań zajączka i jeżyka. Warto jednak prześledzić wspólnie z naszą pociechą jej losy, ponieważ są one równie ciekawe, a niewątpliwym wyzwaniem jest to, że mały czytelnik sam musi opowiedzieć sobie historyjkę myszki i co więcej - wyciągnąć z niej wnioski. 
Autor Michael Engler jest cenionym niemieckim autorem książek dla dzieci i młodzieży. Napisał drugą część przygód zajączka i jeżyka pt. "Przyjaciele na zawsze". Czy warto? Na pewno! Myślę, że temat przyjaźni i uczciwości w stosunku do drugiego człowieka jest bardzo ważny i uniwersalny. Zarówno Starsza jak i Młodszy przeczytali "Jesteś moim przyjacielem". Starsza oczywiście z pobłażliwym uśmieszkiem na twarzy, co nie znaczy, że treść nie dała jej do myślenia. Młodszy - z ciekawością, choć również padł komentarz: Przecież to dla maluchów! Okazało się jednak, że oboje zauważyli myszkę i oboje skomentowali jej losy. To, co podane wprost przyjęli bez emocji, ale przekaz dodatkowy zrobił już o wiele większe wrażenie.


poniedziałek, 21 maja 2018

Zapytaj astronautę

Od początku zastrzegę - jeżeli, mój drogi czytelniku, nie lubisz rozpływania się nad książką, to nie czytaj dalej, tylko proszę pamiętaj: "Zapytaj Astronautę" jest super książką zasługującą na miano bestselleru. A jeżeli jednak chcesz wiedzieć troszkę więcej w zamian za przyjęcie sporej dawki słodyczy, ochów i achów - to zapraszam do recenzji. 
Rzadko spotykam książkę, która zainteresuje zarówno mnie jak i moje dzieci. To jest trudne zadanie - Mama, czternastolatka i dziewięciolatek nie są wdzięcznym targetem do wspólnego czytania. "Zapytaj Astronautę" dało radę. Jest świetną, naprawdę rewelacyjną książką do wspólnego czytania. Można po niej podróżować w tę i nazad, można zachwycać się ilustracjami, rozwiązywać zagadki, zastanawiać się, jak to możliwe i śmiać do łez z anegdot ukazujących życie w kosmosie. 
Tim Peake jest brytyjskim lotnikiem i astronautą. W 2016 r. zakończył misję Principia, w ramach której 186 dni spędził w kosmosie. Jako tata dwóch chłopców na co dzień spotyka się z miliardem pytań dotyczących kosmosu. Jako że Tim jest wyjątkowo otwartym człowiekiem - pytania zaczęli zadawać wszyscy. Tim rozumie tę ciekawość i stara się wszystkim zainteresowanym wyczerpująco odpowiadać. Jedne są banalne i powtarzają się co spotkanie, inne są wyjątkowe. Co jędzą astronauci? Jakie noszą zegarki? Czy w kosmosie jest hałas? Jak się w kosmosie korzysta z toalety? Ile lat miał najmłodszy astronauta? Co w kosmosie jest najbardziej obrzydliwe? 
Pytania świetne, prawda? Tim postanowił zebrać je wszystkie w książce. W ten sposób powstała rewelacyjna, najlepsza, bezprecedensowa i najbardziej ekstra (to mój Młodszy) książka pt. "Zapytaj Astronautę".
Pytania zostały zebrane w sześć tematycznych grup: Start, szkolenie, życie i praca na stacji kosmicznej, spacery kosmiczne, ziemia i przestrzeń kosmiczna i powrót na ziemię. Autor w bardzo prosty i wyrazisty sposób odpowiada na pytania, starając się młodemu czytelnikowi przybliżyć tajemnice kosmosu. Nie ukrywajmy - ja też czytałam z otwartymi ustami i często byłam zdziwiona przekazywanymi rewelacjami. Ilość ciekawostek zawartych w książce przekracza najśmielsze oczekiwania. Wiecie  na przykład, że w Rosji, przed samym startem, tradycją jest obsikanie przez astronautów tylnej opony autobusu? Albo, że ciśnienie wewnątrz skafandra odpowiada ciśnieniu jakie występuje 9 144 m n.p.m.? Takich ciekawostek jest w tej książce całe mnóstwo i zapewniam was że każdy - od 5 - do 105 lat - będzie ją czytał z wypiekami na twarzy. No dobra - wykluczmy z tej grupy astronautów. 
W książce jest trochę zdjęć. Niewiele, ale tę niewielką ilość rekompensują obrazki. Uwierzcie - że graficznie można przedstawić bardzo wiele. Jest też sporo ciekawostek ujętych w telegraficznym skrócie. Umieszczone są w ramkach na zasadzie pytanie odpowiedź co daje niesamowity głód wiedzy. 
Polecam każdemu, każdemu bez wyjątku. Najbardziej jednak żądnym wiedzy dzieciakom, których marzenia sięgają gwiazd. 
A na zakończenie zagadka, którą musiał rozwiązać autor podczas kwalifikacji do szkoły astronautów. Wyobraźcie sobie że macie kostkę która na ściance pod spodem ma kropeczkę, Reszta na rysunku poniżej,  a odpowiedź do znalezienia w recenzji.  



środa, 11 kwietnia 2018

Kapitan Majtas i wyniki rozdawajki

Przygody Kapitana Majtasa to najbardziej zwariowana seria książeczek, jaką do tej pory miałam przyjemność trzymać w rękach. To zupełnie odlotowa historia, w której autor zawarł najbardziej odjazdowe pomysły, jakie mu przyszły do głowy. Wehikuł czasu w postaci karmazynowego kibelka ? Proszę bardzo. Pierścień hipnozy i sok supersiły? Proszę bardzo. Babunia - Gorsetunia i Dziadek Gatek? Nic prostszego!
Ósmy tom przygód Kapitana Majtasa o przedziwnym tytule "Kapitan Majtas i kretyńskie kombinacje kosmitów z karmazynowego kibelka" są już tak dojechane, że bardziej chyba nie można. Nasi bohaterowie, George i Harold, podróżując wehikułem czasu, dotarli do zwariowanego miejsca, w którym wszystko jest na opak. Nauczyciele są przesympatyczni, wuefista - wysportowany, a posiłki w stołówce pachną przepysznym jedzeniem, a nie starą szmatą. Niestety, jest też zła wiadomość. Skoro w rzeczywistości George i Harold są bohaterami pozytywnymi, a dyrektor Krupp jest zły, to w krainie, gdzie wszystko jest na odwrót - charakter bohaterów również się zmienia. Dyrektor Krupp uważa psikusy chłopców za wyjątkowo zabawne, a tamtejsi George i Harold są paskudnymi dzieciakami. Ich psoty są nieobliczalne. Pozwalają sobie nawet na porwanie pterodaktylka Krakersa i cybernetycznego chomika. Chłopcy - chcąc uratować pupilów - muszą stanąć w szranki ze swoimi sobowtórami. Kiedy do tego dołożymy dorosłych, psujących plany kolacją z okazji dnia dziadków... Cóż - kapitan Majtas na pewno będzie miał co robić!


Książeczka jest naprawdę świetna. Przede wszystkim napisana jest językiem, który z zasady zachwyci małolatów. Dorośli niewątpliwie będą zdziwieni bo czytanie o kibelku, siuśkach i głupkach, nie zawsze znajdzie zrozumienie w ich oczach. Ale wystarczy, że przypomnimy sobie jakie tematy nas interesowały w dzieciństwie. Już? I wszystko jasne. 
Drugą zaletą są ilustracje. Masa ilustracji, które nie zawsze są grzeczne i powodują niczym niestłumioną radość w oczach małego czytelnika. Goła dupka u Babci i majty w grochy u dziadka dadzą efekt murowany. Cały dom pokłada się ze śmiechu. 


Książka zawiera kilka dodatkowych historyjek wplecionych we właściwą treść książki. Mają One formę komiksu i rewelacyjnie uatrakcyjniają lekturę. Wiadomo przecież, że mały czytelnik długo nie wysiedzi w jednym miejscu. Lektura komiksu, do którego można co pewien czas powrócić jest bardzo dobrym pomysłem. 
A na zakończenie coś, co tygrysy lubią najbardziej, czyli ruchome obrazki. W poprzednich tomach były również i Młodszy, biorąc nowy tom do ręki, rozpoczął lekturę od kartkowania książki w poszukiwaniu ruchomych atrakcji. Ołówek, wokół którego zostanie zakręcona stroniczka i heja! Zabawa murowana.  
Książeczki o kapitanie Majtasie recenzowałam już wcześniej i za każdym razem zachęcałam młodych czytelników do lektury. Teraz nie będzie inaczej. Ósma część trzyma poziom. Wysoki. Miłej zabawy. :-) 


I czas na rozdawajkę, o której pisałam tu. Młodszy zerknął na zgłoszenia i stwierdził, że są dwa komplety nagród i dwaj anonimowi uczestnicy zabawy. Tak więc Aga i osoba, która podpisała się mailem ptasznik@wp.pl otrzymają książeczki. Pozdrawiam serdecznie i miłej lektury życzę. 
Kochani - informacja na mailu. 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Elf i dom strachów

Mój syn jest szaleńczo zakochany w książkach p. Marcina Pałasza o przygodach przesympatycznego psiaka o imieniu Elf. Przesympatyczne opowieści urzekły Młodszego nie tylko ciekawą fabułą, ale również świetnym pomysłem na ubarwienie lektury. Otóż co pewien czas wydarzenia opowiadane są z punktu widzenia psiaka. Młodszy zaśmiewa się do rozpuku kiedy czyta o podsikiwaniu drzewek czy też o wspaniałym zapachu psiej kupy... Sami mamy psa, który jest piątym członkiem rodziny i tylko szkoda, że nie mówi po ludzku. . 
"Elf i dom strachów" to czwarty tom przygód naszych bohaterów. Tym razem Pan Marcin wraz z psem i synem zwanym potocznie Młodszym, trafiają do nowo otwartego pensjonatu w którym...straszy. Przesuwające się po ścianie obrazy, pojawiające się postacie podobne do Hatifnatów rodem z doliny Muminków, czy też literki na lodówce układające się w zdania - to wszystko czeka na czytelnika na kartach książki. Powieść jest trochę mroczna, ale zważywszy na tematykę - wybaczam. Niestety, w imieniu Młodszego (mojego Młodszego) wybaczyć nie mogę jednego - w każdym kolejnym tomie autor coraz mniej miejsca oddaje Elfowi. W pierwszym tomie wypowiedzi psiaka było naprawdę sporo, a potem im dalej, tym skromniej. Szkoda, bo dla dziewięcioletniego czytelnika "psie wstawki" są naprawdę atrakcyjne i czynią z tych książek coś niespotykanego. 
Młodszy wraz z ojcem i psem postanawiają rozwikłać zagadkę straszącego pensjonatu. Wyposażeni w najwyższej klasy sprzęt śledzą duchy i stwory. Robi się strasznie i mroczno, kiedy na lustrze zaczynają pojawiać się napisy, a garnki same spadają z szafek. Na szczęście nasze chłopaki nie dają się nabić w butelkę. Tyko czy aby na pewno wszystko jest udawane? 
Świetna książka, ale po tym tomie musimy sobie zrobić chwilkę przerwy od Elfa. Co za dużo to niezdrowo :-)))
Na zakończenie dodam, że książki o Elfie powinny być lekturą w szkole podstawowej. Zachwycone dzieciaki czytałyby na korytarzach szkolnych. Jak mój Młodszy!

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Pożeracze książek Złoty szyfr

Kiedy byłam dzieckiem, książek w sklepach było jak na lekarstwo. Pamiętam moją Mamę, która stała pół dnia w księgarni, bo akurat dostarczono "Piotrusia pierwszaka", "W dolinie Muminków" i "Fizię Pończoszankę". Mama kupiła mi wszystkie trzy i czytałam je w kółko, póki znowu czegoś nie "rzucili". Im byłam starsza, tym było lepiej, ale do dzisiaj zazdrośnie zerkam na półki moich dzieci, gdzie mienią się tęczowe okładki, a tematyka poraża różnorodnością. Lecząc więc braki z dzieciństwa, zdarza mi się sięgać po książki dzieciaków, zwłaszcza z półki należącej do Starszej. Podbieram jej takie, które czyta z wypiekami na twarzy, a po zakończeniu lektury pada znamienne: "Mama czad książka! Musisz ją przeczytać! Tak właśnie było ze "Złotym szyfrem". 
Emilly i James są dobrymi przyjaciółmi i sąsiadami jednocześnie. Poznajemy ich na bankiecie wydanym z okazji odnalezienia przez nich zaginionych dzieł Edgara Allana Poe. Przygody związane z tym wydarzeniem możemy poznać w pierwszym tomie Pożeraczy książek, na szczęście to jedyne nawiązanie do wcześniejszych perypetii dzieciaków. Akcja "Złotego szyfru" zawiązuje się już na bankiecie, kiedy Emilly zauważa podejrzane zachowanie nauczyciela historii. Nie ulega wątpliwości, że ma on coś do ukrycia, a jego zachowanie pobudza dzieciaki do działania. Szybko wpadają na trop pewnego listu i dowiadują się o istnieniu Złotego Szyfru. Emilly i James podejmują próby złamania złotego szyfru, który ma ich zaprowadzić do ukrytego skarbu. Zadanie jest trudne zwłaszcza, że tajemniczy Feniks ciągle rzuca im kłody pod nogi. Strach budzi również klątwa spoczywająca na każdym, kto próbuje rozwikłać zagadkę złotego szyfru. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że klątwa wciąż działa, przez co nasi bohaterowie wpadają w coraz to nowe tarapaty.
Akcja dzieje się szybko i sprawnie. Nie ma czasu na nudę, a czytelnik ciągle zadziwiany jest kolejnymi zagadkami. Świetnym pomysłem jest to, że mały czytelnik może z powodzeniem popróbować samodzielnego tworzenia szyfrów. W książce są rysunki i tabelki, dzięki którym zrozumienie zasady tworzenia szyfrów jest banalnie proste. Dziecko może samo odszyfrowywać tajemnicze zdania, a potem... cóż, karteczki z zaszyfrowanymi zdaniami pałętają się w mojej kuchni w ilości ponadprzeciętnej... 
Atrakcji podczas lektury na prawdę nie brakuje. Mamy tajemnicze szyfry, zakopane okręty tajemnicze skrytki i pożary nękające rodzime miasto bohaterów. Zagadki, tajemnice i szyfry wprost atakują czytelnika i domagają się rozwiązania. Rewelacyjna powieść dla każdego młodego czytelnika. 
Zachwycił mnie pomysł przedstawiony w książce, będący podstawą całej fabuły. To klub Łowców Książek, który działa na zasadzie książkowego geocaching ‘u. Polega on na ukrywaniu książek w różnych punktach miasta, a następnie na rzucaniu wyzwań innym uczestnikom gry. Wszystkie ukryte zadania i książki prezentowane są w programie komputerowym, do którego dostęp mają Łowcy Książek. Pewnie niejeden z Was dałby wiele, aby powstał u Was taki Klub. Sama bym chciała! 
Cała powieść jest pełna nawiązań do różnych książek i powieści. Pełno tu cytatów, anegdotek z życia pisarzy i aluzji do wielu bardzo znanych książek. Prawdziwa gratka dla każdego "książkochłona". Często zagadki oparte są właśnie na cytatach, a do ich rozwiązania potrzebna jest znajomość klasyki literatury. 
Powieść została zilustrowana - może nie bogato, ale na tyle, aby przełamać nudę monotonnie zapisanych stronic. Proste czarno - białe ilustracje cieszą oko i pobudzają wyobraźnię
"Złoty Szyfr" jak żadna inna książka zasługuje na miano powieści przygodowej. Szkoda, że nie jest lekturą szkolną. Gdyby była - myślę, że grono fanów czytelnictwa wzrosłoby diametralnie! Warto podsuwać ją swoim pociechom, a jeżeli macie ochotę powrócić do swoich dziecięcych marzeń o poszukiwaniu skarbów - sami po nią sięgnijcie. Warto.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Dom babci

Młodszy jest pełnym werwy ośmiolatkiem. Starsza - zakochaną trzynastolatką. Zapewniam Was, że wspólne lektury - przy takim podziale płci i wieku - są właściwie niemożliwe. Zdarza się, że Starsza coś poleci Młodszemu, ale odbywa się to z miną pod tytułem: "Jak byłam taka smarkata jak Ty, to uwielbiałam tę książkę". Co pewien czas, (ku mojej radości) zdarzają się jednak takie pozycje, które zachwycają oba moje bąble. Taki był, lata temu, "Baranek Bronek", który wydany został bardzo podobnie jak "Dom babci". Obie są dużymi kwadratowymi książkami w twardej okładce, obie zachwycają ilustracjami i dbałością o wygląd. Moje dzieciaki mają też wspólnie ulubioną serię o Domku na drzewie, ale to temat na oddzielną recenzję. 
Ostatnim wspólnym odkryciem moich dzieci jest właśnie książka pt. "Dom babci". Pozycja na czasie, bo przecież dzień babci był raptem kilka dni temu i wydaje się, że lepszego momentu na jej wręczenie dzieciakom nie mogłam znaleźć. Z drugiej strony Dzień babci kojarzy się z pełną werwy, uśmiechniętą babcią i tańczącym dziadkiem, tymczasem „Dom babci” dotyczy raczej tej smutnej strony "babciowania". Nie jest to książka o radosnej, babcinej miłości. To raczej książka o tęsknocie do tego, co się utraciło. 
Salon, lampa, fotel w kwiatki, na ścianach mnóstwo zdjęć... w takiej scenerii poznajemy babcię i Jej
wnuczka. Chłopiec bardzo kocha swoją babcię i uwielbia wspólnie z Nią spędzać wieczory na oglądaniu zdjęć. Babcia kiedyś była architektem i obiecała chłopcu, że zbuduje dla niego dom. Niestety babcia się zestarzała i pewnego dnia, kiedy chłopiec chciał ją odwiedzić - Jej już nie było. Zrozpaczony chłopiec zbudował więc "mechaniczną babcię", a gdy skończył - babcia otworzyła oczy i zabrała chłopca w przepiękną podróż. Dokąd? Przeczytajcie sami. 
"Dom babci" to książeczka zarówno dla młodszych jak i starszych czytelników. Młodsze dziecię znajdzie w niej przepiękną historię o babci, wnuku i o tym, że miłość jest ponadczasowa i pokona największe przeszkody. Nastoletni czytelnik odnajdzie tu nie tylko historie babci i wnuka, ale również przepiękne opowiadaniu o miłości, szacunku i przywiązaniu. To, co dla Młodszego jest ciepłą historią pokazującą, jak ważna jest babcia - dla Starszej miało wiele innych, bardziej wzniosłych znaczeń. 
Książka budzi cały wachlarz uczuć. Na pierwszy rzut oka wydaje się smutna. Traktuje o stracie osoby bliskiej, o smutku i rozpaczy. Bardzo szybko jednak rozpacz zamieniona zostaje nadzieję, dzięki której opowiadanie kończy się ogromnym sukcesem. Smutek zamienia się w uczucie zwycięstwa, potrzebę dalszego działania i dążenia do upragnionego celu. Co ważne - ani razu w książce nie pada słowo "śmierć" czy "strata". Pomimo trudnego tematu, autor stara się dzieciom w przyjazny sposób przedstawić problem straty i tęsknoty. Pomimo trudnego tematu - książka jest ciepła i wzruszająca. Pomimo trudnego tematu - naprawdę warto. 
Książka jest rewelacyjnie wydana. Wydawnictwo CzyTam nie wydaje wielu książek, ale każda, która wyjdzie spod jego skrzydeł jest dziełem sztuki sama w sobie. "Dom babci" jest klimatyczną, przepięknie ilustrowaną książką, która zachwyci i małych i dużych. Jej lektura to czysta przyjemność. Na pewno mały czytelnik nie powinien zostać z lekturą sam na sam, ponieważ ilość uczuć przelanych na papier może go przytłoczyć. Przyda się ciepły komentarz Mamy, a już wspólna lektura z babcią byłaby mistrzostwem świata.

czwartek, 18 stycznia 2018

Kapitan Majtas i zasmarkany cyborg

Latem wraz z Młodszym wybraliśmy się do kina na film pt. "Kapitan Majtas". Fabuła niezbyt skomplikowana, za to gagi i żarty w ilości znacznie przekraczającej przyjętą normę. Młodszy rżał jak młody kucyk na pastwisku, i długo po seansie wspominał głupotki z filmu (Ja osobiście wyszłam raczej zażenowana, ale przecież to nie do mnie kierowany był ten film). Kiedy więc zobaczyłam w księgarniach serię o kapitanie Majtasie byłam pewna, że będzie to druga miłość mojego syna, zaraz po Tomku Łebskim.
Nie pomyliłam się. Po otrzymaniu w łapki dwóch tomów powieści, uśmiech wykwitł na twarzy Młodszego i dwa tomy Majtasa zostały wchłonięte w czeluście pokoju mego syna. Przez pewien czas dochodziły stamtąd odgłosy rodem z Jasia Fasoli, po czym Młodszy, szczęśliwy wyłonił się ze swojej pieczary. Gdyby nie pewna atrakcja zamieszczona w książce, pewnie siedziałby dalej, ale jak nic potrzebował pomocy Wapniaków. Ale zanim dojdę do atrakcji, przedstawię Wam bohaterów tej zwariowanej książeczki. 
George i Harold to dwaj psotni uczniowie, którzy pewnego dnia zahipnotyzowali dyrektora swojej szkoły. Dzięki hipnozie zamienił się on w bohatera komiksu, Kapitana Majtasa. Prześmieszna postać, posiadająca ogromne moce, ale niezbyt rozgarnięta. Taki dzieciak w ciele dorosłego. Pstryknięcie palcami przemienia Kapitana Majtasa w dyrektora i odwrotnie, co powoduje wiele niespodzianek i śmiesznych sytuacji. 
W siódmej wielkiej powieści pt: Wielka bitwa z zasmarkanym cyborgiem" robogluty zostają wystrzelone w stronę Uranu. Niestety udaje im się wrócić na ziemię i zaatakować  obsługę lotniska. Kapitan Majtas nie może udać się na ratunek, ponieważ niechcący dokonał zamiany na mózgi z kolegą naszych bohaterów, lizusem Melvinem. Teraz Melvin jest w ciele Majtasa co oznacza, że przemądrzały Melvin ma super moce. Wynika z tego wiele problemów. (oczywiście śmiesznych) Aby dokonać ponownej zamiany chłopcy przenoszą się w czasie i odzyskują Kombinatron 2000....
Przyznacie, że nawet opis fabuły jest całkowicie  odjechany. Wyobraźcie więc sobie ośmiolatka, którego niezmiernie bawi wieszanie na wieszaku za gumkę od majtek, porzucanie starszych pań w koronie drzew, czy też wehikuł czasu utworzony w karmazynowym kibelku. Rechotał tak, że wraz z moim mężem, chichraliśmy z niego. Trzeba przyznać, że fabuła go wciągnęła choć nie ukrywam, że troszkę miałam obawy, czy się uda. To jest właściwie jedyna wada serii o Majtasie - poszczególne tomy powinno się czytać po kolei - od pierwszego do ostatniego. My niestety zaczęliśmy od siódmej i początkowo Młodszy nie bardzo pojmował, co się dzieje. Na szczęście autorzy przewidzieli, że nie każdy będzie czytał jak Pan Bóg przykazał i na początku zamieszczono komiks w skrócie ukazujący, co się działo w poprzednich tomach. 
Książeczka napisana totalnie prostym językiem, przeplatana wieloma ilustracjami, cudownie zachęca małolatów do czytania. Same ilustracje są śmieszne i świetnie uzupełniają treść. Jest też niespodzianka, która mnie trochę wzruszyła, a mianowicie kilka stron, dzięki którym można pobawić się w ruchome obrazki, za pomocą ołówka i zrolowanej strony. Pamiętacie z dzieciństwa przesuwanie kartki za pomocą ołówka tak, że na rysunkach powstawało złudzenie ruchu? Do tego właśnie Młodszy potrzebował pomocy, Ale jak już załapał... zabawa murowana. 
Uwierzcie mi - super książka na poprawę humoru i długie, deszczowe wieczory. 


Kazio w miasteczku pełnym wampirów

Młodszy jest już w takim wieku, że powinien czytać sam. Wiem, wiem, osiem lat to już niewątpliwie pora. Nie jest tak, że nie czyta w ogóle. Owszem czyta, ale głównie książki w stylu Dziennika Cwaniaczka, czy Tomka Łebskiego, gdzie literki przetykane są obrazkami, a na wielu stronach słowo pisane przegrywa walkę z  grafiką. Ja jednak cieszę się, że choć do tego udało się Go namówić. 
A kontynuując walkę z niechęcią do książek wieczorami czytamy razem. Zdarza się, że stronę ja stronę On, często tylko On mi, a zdarza się też, że tylko ja Jemu. 
Kazia czytałam ja. Dlaczego? Powód jest prosty. Niezmiernie mi ta książka przypadła do gustu i nie bardzo miałam ochotę uronić z jej treści czegokolwiek. 
Wcześniejsze tomy przygód Kazia poznaliśmy jeszcze w czasach, kiedy to Starsza była odbiorcą serii o Kaziu. Teraz Młodszy zanosił się śmiechem słuchając o wampirach. Ale od początku. 
Pewnego dnia w Milusinie rozeszła się plotka, że Wampiry są groźne dla ludzi. Atakują ich i mogą naprawdę zaszkodzić. Nasz przyjaciel Kazio, który w poprzednich tomach serdecznie zaprzyjaźnił się z rodziną Wampirów nie może przeboleć tych niecnych oszczerstw i robi wszystko, aby uciąć podłe plotki. Próbuje odpowiedzieć na pytania, kto stoi za spiskiem antywampirowym oraz kto porwał profesora Gurgula? Kazio, Zuzulinda, babcia Fibrycukella i dziadek Hongogard współdziałają pomimo tego, że dzieli ich rasa i pochodzenie. Nic nie jest w stanie jednak przeszkodzić w rozwiązaniu zagadki.
Uwielbiam te książki. Humor tryska z każdej strony, a główni bohaterowie budzą sympatię zarówno w dużym jak i małym czytelniku. Świetnie napisana, bogato ilustrowana... czegóż więcej chcieć? Może tylko tego, aby kolejne tomy (o ile autor je przewidział) były trochę bardziej obszerne bo ledwo się człowiek rozpędzi, a już jest na ostatniej stronie.
Świetną zapowiedź znalazłam na kanale YouTube. Zapraszam!


środa, 10 stycznia 2018

Zadania dla Asów klasa 2

Każdy, kto jest rodzicem zrobi wszystko, aby dziecko miało udany start w życiu. Każdy pakuje kasę w książki, zmazywalne długopisy (a tu kasa idzie niemała) super pomoce naukowe i materiały uzupełniające. Zapewniam Was, że wybór jest ogromny, a firmy prześcigają się w produktach coraz bardziej użytecznych, kolorowych i przyciągających oko. Dziecięcia nasze kochane są istotkami nad wyraz sprytnymi i dobrze wiedzą, co pomoże i ułatwi naukę. Wybór jednak często jest bardzo trudny. Ilość książkowych publikacji na półkach w księgarniach, mających ułatwić naukę, jest niesamowita. Dzieciaki mają więc możliwość wyboru i chętnie sięgają po takie książeczki, w których różnorodność zadań nie pozwala na nudę. 
Ja z Młodszym również poszukiwałam książeczek, w których zadania jemu sprawią przyjemność, a mi dadzą poczucie dobrze wykonanego zadania. I znalazłam. Seria „Zadania dla Asów” jest naprawdę dobra. 
W pierwszej kolejności dorwałam zadania dla klasy 2 zawierające ćwiczenia dodatkowe z języka polskiego. Czego tu nie ma! Krzyżówki, wykreślanki, uzupełnianki, rysowanki, zagadki, rebusy, labirynty, plątaniny... naprawdę trudno to wszystko zliczyć. Pogrupowane tematycznie i ciekawie przedstawione, potrafią na dłuższy czas skupić na sobie uwagę małego ucznia. Mamy zadania związane ze zdrowiem, mamy część o Polsce i patriotyzmie, są też zadania o wakacjach, przyjaźni, znakach drogowych, czy pogodzie. Do wyboru do koloru. Zadań jest sporo i nawet najbardziej wybredne dziecko znajdzie tu coś dla siebie. Zadania są przeplatane i nie ma strony, na której dziecko byłoby zmuszone do zrobienia dwóch takich samych zadań. Taki układ na dłużej przykuwa malca do biurka i powoduje, że z chęcią brnie przez kolejne wyzwania. 
Opracowanie ma jedną wadę, a mianowicie klejony grzbiet. Nie jest to opasłe tomisko i można było pokusić się o zszycie książki, a nie jej klejenie. Grzbiet powoduje, że dziecko ma trudności z wypełnieniem zadań po wewnętrznej stronie publikacji. Na szczęście Młodszy po kilku fochach i utyskiwaniach tak wsiąkł w rozwiązywanie kolejnych łamigłówek, że nawet mu to bardzo nie przeszkadzało. 
Dla mnie jako Mamy (i myślę że dla wszystkich odbiorców) ważne jest to, że zadania zawarte w „Zadaniach dla Asów” raczej zawyżają poziom niż zaniżają. Kiedy Młodszy wypełniał zadania zawarte w książeczce był uczniem trzeciej klasy (wrzesień - październik 2017). Większość zadań wypełniał bez trudu, jednak było kilkanaście takich, gdzie zmuszony został przyjść do matki po poradę. Nie było to nic trudnego, ale trzeba się było zastanowić i pogłówkować. Co więcej – często taka publikacja po prostu uzupełnia braki w wiedzy malucha, i nie chodzi tu o złe nauczanie w szkole, a jedynie o uzupełnienie wiedzy, którą już posiada o szczegóły i szczególiki. Zakres tematyczny „Zadań dla Asów” jest tak szeroki, że – moim zdaniem – żaden uczeń w wieku 6-8 lat nie będzie umiał rozwiązać wszystkich zadań. I dobrze, bo byłoby to po prostu nudne. A tak jest wyzwanie i jest zabawa. 
Młodszy przy rozwiązywaniu zadań doskonale się bawił. To, że przy okazji ćwiczył spostrzegawczość, dokładność, umiejętność rozróżniania i porównywania, logiczne myślenie, pamięć i samodzielność - to jedno. Ważne jest również to, że Młodszy, będący prawdziwym chłopakiem, a co za tym idzie bazgrzący jak przysłowiowa kura pazurem - ćwiczył również zdolności manualne i ładne pisanie. I nie trzeba go było zaganiać do biurka i mozolnie stawiać literek. Można to było osiągnąć przez zabawę z zadaniami. 
Świetna publikacja, która powinna znaleźć się jako materiał uzupełniający w każdej podstawówce. 

piątek, 15 grudnia 2017

Kapitan Majtas poszukiwany!

Zajawka nr 1 
Rzadko umieszczam takie posty, ale tym razem muszę, "inaczej się uduszę". Jakieś pół roku temu, wraz z Młodszym, trafiłam do kina na "Kapitana Majtasa". Śmieszna historia o dwóch chłopcach, którzy słyną w swojej szkole jako para zdolna do niesamowitych wyczynów. Pewnego dnia chłopaki, wchodząc na wyżyny swoich "psotliwych" możliwości, hipnotyzują nielubianego dyrektora swojej szkoły. Skutki hipnozy są wyjątkowo śmieszne. Dyrektor przemienia się w superbohatera znanego pod niezbyt chlubnym pseudonimem "Kapitan Majtas”. Jest On nieporadnym olbrzymem, wyposażonym w wiele umiejętności, jednak ich wykorzystanie często prowadzi do różnych nieszczęść i gagów. Historyjka cudna, którą Młodszy długo wspominał. 

Zajawka nr 2
Młodszy ostatnio stał się fanem serii książek o Tomku Łebskim. Rozumiem go, bo - na razie - do fanów czytelnictwa nie należy, a rozkładając książkę, nawet tak mało wypełnioną tekstem jak Tomek Łebski, zaspokaja matczyną potrzebę oglądania pociech z książkami w ręku. Trochę oczywiście żartuję, ale naprawdę zaczytuje się w Tomku i dziwię się, że jeszcze się nie znudził. 

Podsumowanie obu zajawek :-)
Ostatnio otrzymałam informację, że na rynku wydawniczym pojawiły się książki o Kapitanie Majtasie, które są utrzymane własnie w formule Tomka Łebskiego. Już od lipca hulają po księgarniach cztery pierwsze tomy, a ja jakoś nie zwróciłam na nie uwagi. No powiem Wam, że szczęście moje nie ma granic. Nareszcie mój syn - który na każda inną książkę kręci nosem - wykazał zainteresowanie, a nawet swoistego rodzaju euforię. Może w końcu ruszy dalej z czytelnictwem. Jeżeli książkowy kapitan Majtas jest równie śmieszny, co filmowy, to zabawa będzie rewelacyjna! Wydawnictwo Jaguar szykuje się do wydania kolejnych dwóch tomów, ale my chyba zaczniemy od początku...