czwartek, 15 listopada 2018

Gospoda pod Bocianem

Polska bocianami stoi i to niewątpliwie jest prawda. Jadąc z północy na południe (a tak jest, kiedy Szczecinianka wybiera się na wakacje w Bieszczady) można naprawdę napatrzyć się na te piękne ptaki. Są symbolem szczęścia i miłości; mówi się, że gospodarstwo, które posiada na swoim terenie bocianie gniazdo, będzie w przyszłości na pewno szczęśliwe. 
"Gospoda pod bocianem" przyciąga okładką. Piękną, delikatną, wskazującą na raczej babski kierunek rozwoju fabuły. Zapewniam Was, że może i babski, ale na pewno nie jest to romansidło. To raczej piękna saga rodu Bogoszów, która zabiera czytelnika w podróż przez historię - zarówno Polski jak i samej gospody. Czytelnik na dłuższą chwilę staje się członkiem rodziny i płynie wraz z jej członkami przez kilka dekad. 
Podróż rozpoczynamy w czasach współczesnych, kiedy to studentka Kasia przegląda stare szpargały. Jej uwagę przyciągnęło zdjęcie kobiety z dwojgiem dzieci, na tle Gospody pod Bocianem. Autorem zdjęcia był Konstanty Bogosz - ciepły staruszek – fotograf, który z wielką ochotę zabiera Kasię, a wraz z nią czytelnika, w podróż wspomnień. Płyniemy więc przez czasy obu wojen, czasy międzywojenne, trudną dolę powojenną, komunizm i wolną już Polskę. Bogoszowie trwają w Gospodzie pod Bocianem nawet w czasach komunizmu, kiedy gospoda zostaje upaństwowiona. Bogoszowie stoją na jej czele jako kierownictwo i całą rodziną mieszkają w części prywatnej gospody. Bocianie gniazdo, umieszczone obok gospody wraz z mieszkańcami obserwują radości i tragedie Bogoszów. A zapewniam Was, że losy tej rodziny są bogate w wydarzenia. Nestor rodu – Henryk, założył gospodę na kupionym dopiero co kawałku ziemi. Do szczęścia brakuje mu tylko żony i kiedy poznaje Teodorę wie, że tylko ta i żadna inna. Gospoda pod Bocianem jest świadkiem pierwszego wesela... choć nie do końca szczęśliwego. Nie wszystko idzie tak, jak para młoda sobie zaplanowała. Pojawiają się dzieci, ale pojawiają się też inne kobiety. Morderstwo i tajemniczy list, zaginięcie jednego z członków rodziny, trudne decyzje i wybory - to wszystko składa się na wzruszającą historię o rodzinie, przyjaźni zdradzie i miłości. 
Powieść jest napisana bardzo pięknym językiem. Autorka posiada bogaty zasób słownictwa i nie waha się korzystać ze swoich zbiorów. Urzekły mnie niektóre opisy (choć z zasady ich nie lubię). Wesele Bogoszów jest zestawieniem tradycji i zwyczajów weselnych z uczuciami osób w nim biorących - nieszczęściem panny młodej, desperacją nowożeńca i nadzieją na przyszłość członków ich rodzin, To, ile słów i uczuć przewija się przez jedno wydarzenie, to trudno opisać. 
„Gospoda pod bocianem” to książka na długie, jesienne wieczory. Z wielką przyjemnością - z kocem i kubkiem parującej herbaty - zatapiałam się w wydarzenia prezentowane w powieści. Trochę drażnił mnie współczesny wątek, bo właściwie oprócz Bogosza - Fotografa, nic nowego do fabuły nie wnosił. Trochę na siłę, właściwie bez polotu... Dopiero przy końcu powieści zrozumiałam, że ten wątek spinał wszystko, aby na końcówce zalśnić. 
Dawno nie czytałam tak rozbudowanej powieści. Trochę jak baśń dla dorosłych - wiele wątków płynie przez całą książkę, niektóre w połowie zanikają, inne urywają się niczym zerwana nić. Ta wielorodność budzi w czytelniku nieposkromioną ciekawość. Zaczynamy kibicować bohaterom, a zwłaszcza Tosi, która pomimo nieszczęść i przeciwności losu - trwa w gospodzie. Nawet kiedy odchodzi z tego świata wydaje się komenderować światem z czarno - białej fotografii. 
Takie sagi są ozdoba księgarskich półek. Nie jest to książka na chwilę. To powieść dla koneserów pięknego słowa. Polecam.

środa, 14 listopada 2018

Okruchy dobra

"Okruchy dobra" to powieść, która zbudowana jest według uwielbianego przeze mnie schematu. Najpierw poznajemy kilka osób, pozornie ze sobą niezwiązanych. Następnie drobne sprawy, przypadki i zbiegi okoliczności, lekkie muśnięcie i wymienione w biegu spojrzenie - to wszystko powoduje, że losy bohaterów zaczynają splatać się ze sobą. Początkowo delikatnie, niczym pajęczyna, snują się wspólne nitki, które wraz z rozwojem wydarzeń, przeradzają się w uczucie i przywiązanie. To jest schemat powieści, który przyciąga mnie jak magnes. Jeżeli dodamy do tego magię Świąt Bożego Narodzenia, otrzymamy książkę, która skradła moje serce. 
Siedmioro bohaterów (nie licząc ptaszka, kota i konia) pozornie niezwiązanych ze sobą. Jowita, Małgorzata, Szymon, Anka, Roman, Karolina i Ignacy - każdy wyjątkowy, każdy poharatany przez los, każdy oczekujący od świąt Bożego Narodzenia chwili wytchnienia. Jowita samotnie wychowująca córeczkę, musi uporać się z porzuceniem przez męża. Anna pragnie ciszy i spokoju po rozwodzie. Roman który stracił żonę, pragnie od syna (obwiniającego go o śmierć mamy) choć cienia uśmiechu, Szymon kocha ale jest inna i jeszcze coś.... Najbardziej ujął moje serce Ignacy - krakowski dorożkarz - samotnik, któremu do szczęścia potrzebne jest jedynie towarzystwo jego konia, pieszczotliwie zwanego Adasiem. Losy tych osób są najczęściej smutne i przejmujące, jednak autorki przeplatają je świątecznymi drobiazgami, tak zwykłymi dla tego magicznego okresu. Śledzie, pierogi, zakupy na ostatnią chwilę, wybieranie bombek, problemy z zaparkowaniem auta przed sklepem - to wszystko dodaje tym historiom szczypty magii i zapachu pierników z pomarańczami. 
Gdzieś tak w połowie powieści zaczynamy czuć, że coś się zmienia. Pozornie drobne gesty i sprawy, ta przemożna chęć niesienia pomocy innym w przedświąteczny czas powodują, że poszczególne osobny zaczynają się spotykać. Niby przypadkiem, niby niechcący - przecież to magiczny czas prawda? 
Zakończenie jest piękne. Ciepłe i wzruszające. Czytając wzruszyłam się nieziemsko. Przecież to z jednej strony takie prawdziwe, a z drugiej bajkowe i magiczne. 
To powieść z tych, które zostają w sercu na długo. Jest taka zwykła, a jednocześnie świątecznie magiczna. Tu nie ma przekoloryzowanych bohaterów rodem ze świątecznych reklam Coca - coli i Kawy Jacobs. Jest za to zwykłe życie - trudne i często okrutne - w które wkrada się iskierka nadziei przyniesiona przez Aniołka. Fabuła została osadzona w Krakowie, a w tym mieście prezenty przynosi dzieciom właśnie Aniołek, a nie Mikołaj. Kraków jest tym miastem, który do powieści świątecznych wyjątkowo pasuje. Sukiennice, Rynek obsypany śniegiem i dorożki. Dorożki to bardzo ważny element, bo dzięki nim mogłam poznać mistrza drugiego planu - konia Adasia. Adaś to najlepszy przyjaciel Ignacego. To On codziennie zmusza swojego właściciela do wstania z łóżka. Przecież trzeba konia nakarmić, trzeba zarobić na paszę, wyczyścić zwierzaka i szepnąć w uszko kilka ciepłych słówek. Jeżdżą więc wysłużoną bryczką po magicznym Krakowie i wożą zabieganych ludzi. Aż pewnego dnia do dorożki wsiada Małgorzata... 
Autorki stanęły na wysokości zadania tworząc świąteczną powieść o prozie życia. Każdy z bohaterów na pierwszy rzut oka wydaje się nieszczęśliwy, ale wystarczy mały gest, garstka czułości i magia świąt wygrywa. Bo to właśnie Święta Bożego narodzenia są tym czynnikiem, który w naszych bohaterach budzi chęć do przeżycia czegoś niesamowitego. Gotowi na przyjęcie Bożonarodzeniowego Aniołka chwytają życie garściami. Czego i Wam życzę. 

wtorek, 13 listopada 2018

Pokój kołysanek

Święta zbliżają się wielkimi krokami. Właściwie to ogromnymi. Nie mamy już wyboru - wszystko pomału się świeci, błyszczy i przyzywa magicznym skojarzeniem z choinką i prezentami. Uwielbiam ten okres nie tylko za atmosferę, ale również za wysyp wyjątkowo ciepłych i magicznych książek, które swoją atmosferą ogrzewają serca czytelników. Ich przepiękne okładki błyszczą się, mienią i wołają mnie z każdej księgarskiej półki. Treść też zawsze jest godna uwagi. Nigdy, przenigdy się jeszcze nie zawiodłam. 
"Pokój kołysanek" to książka, której okładka jest najpiękniejszą okładką, jaką kiedykolwiek widziałam. Przepiękne zdjęcia maleństwa w koszyczku, odzianego w żółtą czapeczkę i otulonego miękkim szalem. Do tego mieniące się i skrzące gwiazdki... coś przepięknego. Bałam się tylko, czy treść jest równie godna uwagi, co okładka. Nie zawiodłam się. Powieść przeczytałam, chłonąc fabułę i zerkając za okno, czy przypadkiem śnieg nie zaczyna prószyć.  
Joachim jest wolontariuszem w jednym z poznańskich szpitali. Staruszek, który ma już ponad osiemdziesiąt lat codziennie rano ubiera się i maszeruje do szpitala, aby przytulać wcześniaki - maleństwa dziko walczące o pozostanie po tej stronie światła. Tuli, głaszcze, a przede wszystkim mówi. Opowiada małym wojownikom o swoich podróżach i przygodach; robi to pięknym, ciepłym głosem, który jednak łamie się w chwilach, gdy wspomnienia wiodą go do Koralików i do imienia Helena... Pomału poznajemy przeszłość Joachima i razem z nim szukamy ciepła i miłości. Joachim przez całe życie rozpamiętywał, co by było, gdyby... gdyby został... gdyby pozwolił się kochać. Towarzyszymy mu w odkrywaniu tajemnic jego życia i w odnajdywaniu ciepła i miłości, a wszystko w atmosferze zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. 
Autorka każdą stronę wypełnia sercem i czułością. Pokazuje cuda, ale takie życiowe, które mogą spotkać każdego z nas. To jak muśnięcie skrzydeł motyla - delikatne zbiegi okoliczności budzące emocjonalne tornado. Historie o dzieciach wychowywanych w domu dziecka, (o ich potrzebie czułości, o tym, że cieszyły je najmniejsze drobiazgi) wypełniały całe moje serce. Mała Rysia, która nie mogła poradzić sobie z emocjami, wspólne wieczorne opowiadanie bajek, wesołe zabawy na śniegu (choć w domu były tylko jedne sanki i para nart) - słowem wielka kochająca się rodzina. Dzieci pokochały Joachima i pokazały mu drogę do szczęścia, jednak On ciągle szukał. Czy podjął dobrą decyzję?
Kiedy dotarłam do zakończenia płakałam jak bóbr. Bo każdy, w powieści świątecznej, oczekuje szczęśliwego zakończenia, a tu... no właściwie jest happy end, ale taki inny - trochę magiczny, pachnący piernikiem i aniołami. 
Niesamowita powieść pokazująca, że należy się cieszyć z tego, co posiadany, bo nawet się nie obejrzymy, a możemy to stracić. Wyciskajmy każdą minutę jak cytrynę i żyjmy tak jakby każdy dzień miał być tym ostatnim. Rozglądajmy się wkoło siebie i pomagajmy innym.  
Powieść jest inspirowana postacią Dawida Deutchmana - starszego Pana, który w każdy wtorek odwiedza Oddział Intensywnej Terapii Dziecięcej w Atlancie, aby tulić maleństwa. Tu nie chodzi o to, że są sierotami - po prostu ich rodzice muszą pracować i nie mogą spędzać całych dni w szpitalu. Ten cudowny człowiek przychodzi tam aby otaczać ciepłem i miłością małe istotki, dziko walczące o życie. 
"Pokój kołysanek" jest świetną książką na prezent dla ukochanej osoby. Robi wrażenie zarówno przy pierwszym spotkaniu (kiedy to podziwiamy okładkę) jak i podczas podróży z Joachimem przez jego życie. A już zakończenie... polecam. 


piątek, 9 listopada 2018

Wodecki. Tak mi wyszło

Zbigniew Wodecki. Wielki człowiek o cudownym sercu. Wspaniały piosenkarz, świetny skrzypek, rewelacyjny trębacz. Wszystko co robił, robił z lekkością i pogodą ducha. Krakus z serca i rozumu. Twórca wielu pięknych piosenek (i nie mam tu na myśli tylko "Pszczółki Mai" i "Izoldy") Człowiek, którego twórczość była trochę pomijana, trochę zapomniana, trochę lekceważona. Niby wszyscy go znamy, ale ile razy doceniliśmy Jego twórczość? Potrzebował publiczności; poklask był dla Niego konieczny do prawidłowego funkcjonowania. Jego obecność w "Tańcu z gwiazdami" wynikała własnie z tego, że bardzo bał się zostać zapomniany. Uwielbiał rozdawać autografy, uwielbiał być rozpoznawany, a jednocześnie emanował skromnością i pogodą ducha. 
Kiedy zobaczyłam książkę pt. "Wodecki. Tak mi wyszło" wiedziałam, że musi być moja. Zawsze miałam słabość do Jego piosenek. A już refren ze słowami: "... czy nie stanie w nich czasami tamten chłopak ze skrzypcami?" podbił serca całej mojej rodziny. Grube tomiszcze nadeszło do mnie w najlepszym momencie. Chora siedziałam w domu i miałam czas. Zatonęłam, zadurzyłam się w tej książce. Rewelacyjna. 
Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza, to reportaż - rzeka o tym, jak "Zbiegniw Wodecki spotkał Mitch&Mitch i co z tego wynikło". Z reportażu piosenkarz wychyla się jako człowiek bardzo nieśmiały, wręcz społecznie wycofany, co nie zmienia faktu, że bardzo zdolny. Ten talent obronił i siebie i Zbyszka. Kiedy jego pierwsza płyta przechodzi bez echa, rozżalony piosenkarz właściwie o niej zapomina. Przez wiele lat czarny krążek kurzy się na półkach, a na Allegro można go kupić za 10-15 zł Do czasu. Kiedy Maciej Moretti (Lider zespołu Mitch&Mitch) po wielu wielu latach dorwał tę płytę - zakochał się w niej bez pamięci. A już piosenka "Panny mego dziadka" stała się objawieniem. Muzycy postanowili zrobić z tej płyty coś na miarę obecnych czasów. Oczywiście konieczny był do tego Wodecki. Cudownie się czyta o tym, jak Panowie - pomimo różnic - spotkali się gdzieś po środku

Zbigniew Wodecki z muzykami Mitch & Mitch  Materiały Promocyjne Gazeta Wyborcza 
Różni ich wiele. Moretti ma przeszłość punkową, a Wodecki od dziecka występował na scenie w białej koszuli i w spodniach w kancik. Wiekowo dzieli ich całe pokolenie, bo Moretti ma dokładnie tyle lat, ile syn Wodeckiego. 
Spotykają się gdzieś w pół drogi i robią wielką rzecz. Przede wszystkim Zbigniew Wodecki odkrywa w sobie ducha sceny. Ze sztywniaka w garniturku przeistacza się w schowmena, który potrafi zaczarować publiczność. Kiedy pojawia się na imprezie OFF Festival, nikt nie wróży temu koncertowi sukcesu. A tu jest sukces i to jaki!!!
Siedziałam z nosem w książce i palcami na klawiaturze komputera i odkrywałam utwory, jakich do tej pory nie znałam. Ba! Odkrywałam też Wodeckiego, jakiego nie znałam. 
Niestety Wodecki to człowiek, który nie umiał odpocząć. Sam przyznał się, że wakacji to On nie miał od lat. Jechał gdzieś z rodziną i po dwóch dniach już się kręcił i wiercił, już jechał dalej. Nie mieli z nim łatwo... Część pierwsza kończy się smutno...
Druga część to wywiad rzeka Wacława Krupińskiego ze Zbigniewem Wodeckim. Tu jest dużo bardziej prywatnie i intymnie. Artysta opowiada o swoim dzieciństwie o latach młodzieńczych o trudach nauki gry na instrumencie... Sam przyznaje, że skrzypce odkryły się przed nim dopiero w szkole średniej. W podstawówce męczył się z nimi, a one z Nim. Opisuje nam swojej pierwsze wyjazdy z Ewą Demarczyk pierwsze rozterki - grać czy komponować? 
Powiem Wam że teraz - gdybym mogła przeczytać tę książkę jeszcze raz (ale tak, żeby to był mój pierwszy raz) - przeczytałabym ją w odwrotnej kolejności. Najpierw wywiad rzeka, a potem reportaż o przyjaźni Mitchów i Wodeckiego. Wtedy miałabym przed oczami Zbyszka - twórcę, śpiewaka, skrzypka i trębacza - pełnego energii i entuzjazmu. A tak zaczęłam czytać wywiad zaraz po tym, jak się spłakałam, czytając o śmierci tego Wielkiego Człowieka. Reportaż bowiem kończy się wspominkami przyjaciół Wodeckiego o tym, gdzie zastała ich straszna wiadomość o śmierci Wodeckiego. Następna część była więc czytana w cieniu myśli o tym, jak strasznie szkoda, że umarł...
To wspaniała książka. Pełna ciepła i humoru, pełna klimatycznego Krakowa i cudownej sztuki. Pełna Zbyszka Wodeckiego. Nic dodać nic ująć. Powinna utrzymywać się na liście bestsellerów przez długi, długi czas...
Rzadko to robię bo uważam, że podziękowania dla Wydawnictw to w mailach, a nie na forum, ale tym razem zrobię wyjątek. 
Droga Księgarnio "Tania Książka" - dziękuję!