poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Rozdawajka z Norą Katarzyny Puzyńskiej

Długo wyczekiwany tom zawierający kolejną mroczną zagadkę. Uwielbiam książki Katarzyny Puzyńskiej z Lipowem w tle. Ten nastrój i klimat nie ma sobie równych. Uwielbiam pyskatą Klementynę, czy też niezastąpionego Daniela Podgórskiego. Zagadki są świetnie skonstruowane... nic tylko czytać. Macie ochotę?
Dzięki Wydawnictwu Prószyński i spółka mam dla chętnych czytelników mojego bloga jeden egzemplarz najnowszej książki pt. "Nora". Ponad 800 stron wspaniałej literackiej przygody szuka nowego domu... Zapowiada się rewelacyjnie. Chętnych do zapewnienia "Norze" nowego dachu nad głową (okładką) proszę o pozostawienie komentarza pod postem. 20 kwietnia Młodszy wskaże paluszkiem szczęśliwy post i autora, do którego powędruje "Nora". 

Zapraszam! Wraz z autorką życzę Wam wszystkim, fascynującej lektury. 

czwartek, 12 kwietnia 2018

RÓŻOWA CZAPECZKA NIECH ŻYJE!!!

Ależ się ubawiłam :-))) Uśmiałam się do łez, rżałam jak konik na pastwisku, aż bolały mnie mięśnie brzucha. To własnie jest myślenie, jakie lubię. Nie szczerzymy kłów, nie machany szabelką, a mówimy o rzeczach ważnych z uśmiechem i życzliwością.  I zapewniam, że każdy zapamięta, że ta śmieszna książeczka o różowej czapeczce dotyka śmiertelnie poważnego tematu jakim są prawa kobiet - a właściwie ich brak. 
Na początku nie było czapeczki. A potem... już była. Jej życie było burzliwe. Kot porwał czapeczkę, a potem znalazły ją dzieci. Bardzo trudno było o czapeczkę ale w końcu udało się ją zdobyć. Miała wiele, bardzo wiele zastosowań. Aż w końcu pies wykradł czapeczkę, a dziewczynka uratowała czapeczkę. Zabrała ją do domu, gdzie czapeczka została wyprana i wysuszona. Dziewczynka ubrała swoją czapeczkę i używała jej, aż pewnego dnia wyszła na ulicę, gdzie wszyscy inni też mieli na głowach różowe czapki. 

To właściwie wszystko, ta prosta treść (a przecież pełna odniesień, aluzji i metafor) została okraszona wspaniałymi ilustracjami gdzie oprócz czarnej kreski występuje tylko jeden kolor - róż. Wiadomo przecież że facet różu nie nałoży, więc czego symbolem jest różowa czapeczka? 
Wszystko wyjaśnia się na ostatnich stronach, gdzie autor uświadamia czytelnikowi, że nieważne, czy idziemy w manifestacji pod szyldem różowych czapeczek czy czarnych parasolek. Ważne jest to, że idziemy razem - ramię w ramię. Że łączy nas idea, razem potrafimy głośno o niej mówić i w razie konieczności jednym głosem krzyknąć NIE!!!
Głosy na temat "Różowej czapeczki" są rożne. Jedni - że totalna klapa, inni - że wspaniałe dzieło. Ja raczej jestem po środku. Wspaniałości bym w tej książeczce nie szukała, ale urzekła mnie prostym i jakże trafionym podejściem do tematu. Na pewno zostanie mi w głowie. Na długo. 


środa, 11 kwietnia 2018

Kapitan Majtas i wyniki rozdawajki

Przygody Kapitana Majtasa to najbardziej zwariowana seria książeczek, jaką do tej pory miałam przyjemność trzymać w rękach. To zupełnie odlotowa historia, w której autor zawarł najbardziej odjazdowe pomysły, jakie mu przyszły do głowy. Wehikuł czasu w postaci karmazynowego kibelka ? Proszę bardzo. Pierścień hipnozy i sok supersiły? Proszę bardzo. Babunia - Gorsetunia i Dziadek Gatek? Nic prostszego!
Ósmy tom przygód Kapitana Majtasa o przedziwnym tytule "Kapitan Majtas i kretyńskie kombinacje kosmitów z karmazynowego kibelka" są już tak dojechane, że bardziej chyba nie można. Nasi bohaterowie, George i Harold, podróżując wehikułem czasu, dotarli do zwariowanego miejsca, w którym wszystko jest na opak. Nauczyciele są przesympatyczni, wuefista - wysportowany, a posiłki w stołówce pachną przepysznym jedzeniem, a nie starą szmatą. Niestety, jest też zła wiadomość. Skoro w rzeczywistości George i Harold są bohaterami pozytywnymi, a dyrektor Krupp jest zły, to w krainie, gdzie wszystko jest na odwrót - charakter bohaterów również się zmienia. Dyrektor Krupp uważa psikusy chłopców za wyjątkowo zabawne, a tamtejsi George i Harold są paskudnymi dzieciakami. Ich psoty są nieobliczalne. Pozwalają sobie nawet na porwanie pterodaktylka Krakersa i cybernetycznego chomika. Chłopcy - chcąc uratować pupilów - muszą stanąć w szranki ze swoimi sobowtórami. Kiedy do tego dołożymy dorosłych, psujących plany kolacją z okazji dnia dziadków... Cóż - kapitan Majtas na pewno będzie miał co robić!


Książeczka jest naprawdę świetna. Przede wszystkim napisana jest językiem, który z zasady zachwyci małolatów. Dorośli niewątpliwie będą zdziwieni bo czytanie o kibelku, siuśkach i głupkach, nie zawsze znajdzie zrozumienie w ich oczach. Ale wystarczy, że przypomnimy sobie jakie tematy nas interesowały w dzieciństwie. Już? I wszystko jasne. 
Drugą zaletą są ilustracje. Masa ilustracji, które nie zawsze są grzeczne i powodują niczym niestłumioną radość w oczach małego czytelnika. Goła dupka u Babci i majty w grochy u dziadka dadzą efekt murowany. Cały dom pokłada się ze śmiechu. 


Książka zawiera kilka dodatkowych historyjek wplecionych we właściwą treść książki. Mają One formę komiksu i rewelacyjnie uatrakcyjniają lekturę. Wiadomo przecież, że mały czytelnik długo nie wysiedzi w jednym miejscu. Lektura komiksu, do którego można co pewien czas powrócić jest bardzo dobrym pomysłem. 
A na zakończenie coś, co tygrysy lubią najbardziej, czyli ruchome obrazki. W poprzednich tomach były również i Młodszy, biorąc nowy tom do ręki, rozpoczął lekturę od kartkowania książki w poszukiwaniu ruchomych atrakcji. Ołówek, wokół którego zostanie zakręcona stroniczka i heja! Zabawa murowana.  
Książeczki o kapitanie Majtasie recenzowałam już wcześniej i za każdym razem zachęcałam młodych czytelników do lektury. Teraz nie będzie inaczej. Ósma część trzyma poziom. Wysoki. Miłej zabawy. :-) 


I czas na rozdawajkę, o której pisałam tu. Młodszy zerknął na zgłoszenia i stwierdził, że są dwa komplety nagród i dwaj anonimowi uczestnicy zabawy. Tak więc Aga i osoba, która podpisała się mailem ptasznik@wp.pl otrzymają książeczki. Pozdrawiam serdecznie i miłej lektury życzę. 
Kochani - informacja na mailu. 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Elf i dom strachów

Mój syn jest szaleńczo zakochany w książkach p. Marcina Pałasza o przygodach przesympatycznego psiaka o imieniu Elf. Przesympatyczne opowieści urzekły Młodszego nie tylko ciekawą fabułą, ale również świetnym pomysłem na ubarwienie lektury. Otóż co pewien czas wydarzenia opowiadane są z punktu widzenia psiaka. Młodszy zaśmiewa się do rozpuku kiedy czyta o podsikiwaniu drzewek czy też o wspaniałym zapachu psiej kupy... Sami mamy psa, który jest piątym członkiem rodziny i tylko szkoda, że nie mówi po ludzku. . 
"Elf i dom strachów" to czwarty tom przygód naszych bohaterów. Tym razem Pan Marcin wraz z psem i synem zwanym potocznie Młodszym, trafiają do nowo otwartego pensjonatu w którym...straszy. Przesuwające się po ścianie obrazy, pojawiające się postacie podobne do Hatifnatów rodem z doliny Muminków, czy też literki na lodówce układające się w zdania - to wszystko czeka na czytelnika na kartach książki. Powieść jest trochę mroczna, ale zważywszy na tematykę - wybaczam. Niestety, w imieniu Młodszego (mojego Młodszego) wybaczyć nie mogę jednego - w każdym kolejnym tomie autor coraz mniej miejsca oddaje Elfowi. W pierwszym tomie wypowiedzi psiaka było naprawdę sporo, a potem im dalej, tym skromniej. Szkoda, bo dla dziewięcioletniego czytelnika "psie wstawki" są naprawdę atrakcyjne i czynią z tych książek coś niespotykanego. 
Młodszy wraz z ojcem i psem postanawiają rozwikłać zagadkę straszącego pensjonatu. Wyposażeni w najwyższej klasy sprzęt śledzą duchy i stwory. Robi się strasznie i mroczno, kiedy na lustrze zaczynają pojawiać się napisy, a garnki same spadają z szafek. Na szczęście nasze chłopaki nie dają się nabić w butelkę. Tyko czy aby na pewno wszystko jest udawane? 
Świetna książka, ale po tym tomie musimy sobie zrobić chwilkę przerwy od Elfa. Co za dużo to niezdrowo :-)))
Na zakończenie dodam, że książki o Elfie powinny być lekturą w szkole podstawowej. Zachwycone dzieciaki czytałyby na korytarzach szkolnych. Jak mój Młodszy!

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Poszukiwaczka

Taka fantastyka to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Wpadasz w świat trochę inny od naszego, zatapiasz się w nim i przeżywasz przygody zupełnie oderwane od rzeczywistego świata. Sędziowie, Poszukiwacze, magiczne moce, niesamowite bronie, które każdą walkę czynią niespotykaną... rewelacja. 
"Poszukiwaczka" to pierwszy tom trylogii, która w pewnym momencie była dość mocno obecna w internecie. Piękna okładka kusiła mnie dość długo, aż w końcu powieść wpadła w moje ręce. Nie ukrywam, że oczekiwałam wiele zwłaszcza, że opis książki mocno przyciągał. Nie zawiodłam się i mogę uczciwie powiedzieć, że czas spędzony nad tą książką był czystą przyjemnością. 
Poszukiwacze to wybrańcy - ludzie mający misje do spełnienia. Mają czynić dobro, chronić słabszych i walczyć ze złem. Aby zostać poszukiwaczem należy przejść mordercze szkolenie, trwające kilka lat. Dopiero po jego zakończeniu można przystąpić do ceremonii, która w pełni umożliwi korzystanie z mocy Poszukiwaczy. Dla Quin ceremonia nie była niestety niczym wzniosłym. Odarła ją ze złudzeń i pokazała, jak wiele musi się jeszcze nauczyć. Niestety walki o Athaman (sztylet o wyjątkowych właściwościach) mocno nadwyrężyły pojmowanie dobra przez Poszukiwaczy. Prowadzone spory pomiędzy przedstawicielami poszczególnych rodów i potrzeba dominacji ich przywódców spowodowały, że wszystko przewróciło się do góry nogami. Szkolenia nowych poszukiwaczy - wśród których znaleźli się głowni bohaterowie powieści - całkowicie zmieniły cel dla którego były prowadzone. To nie chęć pomocy, a chęć zemsty, zaczęła być myślą przewodnią mistrzów. 
Kiedy skończyłam czytać powieść byłam zafascynowana. Urzekł mnie świat, urzekli bohaterowie i cała otoczka związana z poszukiwaniami Athamenu. Autorka w nasz realny świat wplotła elementy rodem z fantastyki, uatrakcyjniając w ten sposób lekturę. Przykładem niech będzie Hongkong, w którym dzieje się spora część akcji. Miasto rzeczywiście istniejące, jednak w powieści głównym elementem tego miasta jest Most. Na Moście ludzie żyją, jedzą i spotykają się. Dostanie się na Most, dla osób nie będących stałymi mieszkańcami, graniczy z cudem. Pod Mostem natomiast toczy się drugie życie. Przywodzi to na myśl "Wodny świat", gdzie też niby wszystko działo się w naszym świecie, ale fantastyczne elementy wplecione w ten świat dawały poczucie rzeczywistości rodem z bajki. 
"Poszukiwaczka" może pochwalić się bardzo sprawną fabułą. Krótkie rozdziały powodują, że akcja mknie jak szalona. Narracja prowadzona jest w trojaki sposób - bo tylu mamy głównych bohaterów. Quin, Shinobu i John naprzemiennie opowiadają o wydarzeniach, co pozwala na ocenę sytuacji z kilku punktów widzenia. Daje to niesamowity efekt zwłaszcza, gdy jedno zdarzenie zazębia dwa kolejne rozdziały. Jest też wątek Sędziów, ale on jest tak trochę obok, choć nie powiem - wciągający mocno. 
Autorka ma dar do tworzenia szczegółowych i realistycznych opisów. Znacie to uczucie, kiedy oglądacie film i na widok krwi zamykacie oczy bo boicie  się tego, co za chwilę się wydarzy? Tak miałam własnie przy lekturze Poszukiwaczki - choć sami przyznacie, że ciężko czytać książkę z zamkniętymi oczami... Walki na pokładzie podniebnego okrętu, starcia sędziów, czy pościgi bohaterów są zaskakujące i bardzo wciągające. Wielki szacunek dla autorki za stworzenie takiego świata. 
Książkę czyta się świetnie i polecam każdemu, kto ma ochotę pomknąć z szybkością błyskawicy przez świat Poszukiwaczy. Teraz przede mną tom drugi - podobno lepszy ! 

Opowiadania lżejsze od powietrza

Jak sami wszyscy wiecie, książki możemy podzielić na te ambitne i te... hmmm... mniej ambitne. Daleka jestem od czytania książek z serii Harlequin, czy też gazetowej wersji Dynastii, ale przecież nie samym przysłowiowym Tołstojem człowiek żyje. Książki lekkie też muszą być na tym świecie. Przy ich lekturze można się pośmiać, odpocząć i oderwać od codziennych trosk. "Opowiadania lżejsze od powietrza" są właśnie takie. 
Cudowne jest to, że na pierwszy rzut oka autorka miała na celu stworzenie książki właśnie takiej - lekkiej, łatwej i przyjemnej. Jeżeli czytelnik po prostu przemknie po fabule opowiadań to stwierdzi, że one naprawdę są lżejsze od powietrza. Delikatne, trącające jedynie struny emocji czytelnika, świetnie pozwalają oderwać się od rzeczywistości. Ich lektura kojarzy się troszkę z czytaniem bajek na dobranoc. Każde z opowiadań jest odmienne, nie ma wspólnego mianownika, jest za to spora dawka ironii przeplatanej humorem. Zagłębiając się bardziej w ich sens, odczucie jest już inne, ale o tym za chwilę. 
Opowiadanie o ciotkach, które wylądowały w więzieniu za napad na kantor pokazuje, że nawet to co nas złego spotyka, można przekuć z korzyścią dla siebie. Cioteczki nie załamały się i nawet w więzieniu starały się radzić sobie, jak umiały najlepiej. A zakończenie... rewelacja! 
Kot Oxford trochę trąci fantastyką, ale w realiach polskiej rodziny robi wrażenie niemałe. Gadający kot, pouczający gości co do kultury i taktu, czy też rozmawiający z księdzem kanonikiem, to naprawdę nie lada gratka dla szanownego czytelnika. Były momenty że śmiałam się do rozpuku, wyobrażając sobie kota mającego wszystko i wszystkich w głębokim poważaniu. 
Zupełnie inny oddźwięk ma opowiadanie o mieszkańcach rosyjskiej kamienicy. Tu moje uczucia były dość burzliwe, bo ciężko czyta się o biedzie i ludzkim nieszczęściu. Na szczęście szybko okazało się, że to opowiadanie też jest lżejsze od powietrza, a początek to tylko wstęp do głównej - zresztą pięknej - historii. 
Zupełnym zaskoczeniem było dla mnie opowiadanie o porach roku. Cudna, wręcz zjawiskowa narracja wprowadziła mnie w dobry humor i założyła mi na nos różowe okulary. 
Przy lekturze "Opowiadań lżejszych od powietrza" trzeba uważać, bo łatwo można poddać się ułudzie. Te opowiadania są rzeczywiście lekkie, można wręcz powiedzieć - bajkowe. Każde ładnie zamyka się w całość, w każdym znajdziemy jakieś przesłanie... mówiąc wprost - zakończenie z morałem. Kiedy jednak przedrzemy się przez tą - wydawałoby się prostą fabułę - zauważymy, że autorka chciała nam przekazać coś więcej, niż tylko ładną historyjkę. Magia tych opowiadań pozwala na odcięcie się od rzeczywistego świata i spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość w trochę odmienny sposób. I co widzimy? Pod powłoczką lekkości schowany jest cierpki świat pełen problemów i skaz. 
Opowiadania czyta się bezbłędnie. Czytelnik ma wrażenie że stąpa po pękatych obłoczkach, albo turla się po łące pełnej kwiatów. Tylko trzeba pamiętać, że w obłoczkach może być dziura, a w trawie leżeć g.... 
I ta okładka! Grafika bez żadnych wątpliwości nawiązuje do Mary Poppins. Cudna jest po prostu. Stare kamieniczki na tle błękitnego nieba i te kobitki maszerujące za spasionym kocurem. Kocham tę książkę choćby za okładkę. :-) 
Polecam Waszej uwadze tę śliczną książkę z frapującą zawartością Spróbujcie przedrzeć się przez pokłady lekkości, a dojrzycie to, co w życiu najważniejsze. Wiarę w drugiego człowieka i przekonanie, że wszystko będzie dobrze. Czego i Wam życzę.

środa, 4 kwietnia 2018

Rozdawajka z Kapitanem Majtasem

O przygodach Kapitana Majtasa pisałam już kilkukrotnie. Bohater komiksu dla dzieci, którego lektura powoduje niekontrolowane skurcze żołądka. Nie ma znaczenia, czy masz lat 5 czy 105 - czytając samemu, czy z pociechą na pewno uśmiejesz się do łez. Młodszy,  czytając Majtasa, parskał śmiechem co kilka stron. Starsza jeszcze nie wzięła książki w swe ręce - ale wszystko przed Nią.  Nic straconego! :-) 
Seria o Kapitanie Majtasie powstała z myślą o najmłodszym czytelniku. Dav Pilkey stworzył przesympatycznego superbohatera wiele lat temu, ale do Polski trafił On stosunkowo niedawno i podbił serca nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Wydawnictwo Jaguar z wielkim rozmachem wydało 7 tomów tego komiksu, a ostatnio przyszedł czas na ósmy i dziewiąty. 
Nie czytałam jeszcze choć oba tomy dotarły już pod strzechę mego domostwa. Nie wątpię, że zabawa podczas lektury jest przednia, co wnioskuję z chichotów, jakie dochodzą z pokoju Młodszego. Parska i prycha niczym młody źrebak na wiosennej łące. Cóż - muszę cierpliwie poczekać, aż Kapitan Majtas zostanie przekazany w moje ręce. 
Kochani moi - jeżeli macie ochotę na rozpoczęcie znajomości z przesympatycznym (i trochę nieogarniętym) kapitanem Majtasem, to mam dla Was propozycję. 


Od Wydawnictwa Jaguar otrzymałam dwa zestawy książek do rozdania. Wystarczy, że polubicie profil Kapitana Majtasa na Facebooku, a w komentarzu pod tym postem zadeklarujecie chęć otrzymania książek i potwierdzicie polubienie "Majtasowego profilu". Proszę też o podawanie maila, aby nie było problemu z nawiązaniem kontaktu :-)  
Na zgłoszenia czekam do 10 kwietnia. 11 kwietnia dam znać, do kogo powędrują zestawy. Zwycięzców, wylosuje największy fan Kapitana Majtasa czyli mój Młodszy. :-) 
Powodzenia

czwartek, 29 marca 2018

Aconcagua w cieniu śnieżnego strażnika

Uwielbiam góry. Łażę po nich w każde wakacje, a rok bez wizyty w górach, to dla mojej rodziny rok stracony. O ironio - dużo bliżej mi do morza (mieszkam w Szczecinie) niż w góry, ale nie przeszkadza mi to ani trochę. Należy jednak podkreślić, że góry odwiedzane przeze mnie i moją rodzinę są raczej przyjazne i daleko im do K-2 czy Mount Everestu. Takim górom przyglądam się raczej na kartkach książek. 
Literaturę wysokogórską wielbię miłością dozgonną. Wywiad rzeka z Wandą Rutkiewicz dumnie pręży się na mojej półce, a "Broad Peak. Niebo i piekło" do dzisiaj budzi wielkie emocje. Każda książka, na okładce której lśni w słońcu ośnieżony szczyt, jest godna mojej uwagi. "Aconcagua w cieniu śnieżnego strażnika" również mnie zachwyciła. 
Książka jest trochę inna niż wszystkie. W większości z nich bardzo ważnym elementem są relacje panujące między uczestnikami wyprawy, rozdarcie pomiędzy chęcią osiągnięcia sukcesu, a koniecznością niesienia pomocy słabszym. Często punktem kulminacyjnym (oprócz oczywiście zdobycia szczytu) są tragedie dziejące się tuż obok. "Aconcagua w cieniu śnieżnego strażnika" jest zupełnie inna. Stanowi relację samotnego podróżnika z wejścia na najwyższy szczyt Andów. Autor jest sam, a przypadkowo poznane osoby zawsze są gdzieś obok. 
Łukasz Kocewiak to prawdziwy entuzjasta gór i zapalony podróżnik. Na wyprawę szykował się z przyjacielem, który koniec końców nie mógł w niej uczestniczyć. Łukasz został sam z wyzwaniami, słabościami i ogromną górą. 
Książka stanowi bardzo intymny obraz z wyprawy. Jak to w życiu bywa - samotna podróż powoduje, że nie bardzo ma się do kogo usta otworzyć, w związku z czym myśli kłębią się pod czerepem. Relacja zawarta w książce daje upust właśnie takim myślom. Początek książki - kiedy autor jest jeszcze poza Parkiem Narodowym - jest po prostu relacją. Opisy są wartkie, często śmieszne, a przy tym bardzo ciekawe. Im wyżej nasz bohater wchodzi, tym relacja staje się coraz bardziej intymna. Nagle jest tylko podróżnik i góra, która długo broni do siebie dostępu. Przestaje być śmiesznie. Robi się zimno, a każdy kolejny krok stanowi ogromne wyzwanie. Czytelnik ma wrażenie że jest obok, słyszy zgrzyt raków o skałę i czuje zimno na opuszkach palców. 
Na samym początku wyprawy Łukasz nabawił się kontuzji nogi. Prawie każdy z nas zastanawiałby się nad sensem wyprawy z niesprawną kostką. Łukasz nie. Wyszedł z założenia, że to nic poważnego i uda się pokonać słabość. Opisy pierwszych dni i towarzyszącego im bólu przeplatane są ciekawostkami z życia argentyńskiego miasteczka. Ludzie i ich przyzwyczajenia, tak odmienne od naszych, budzą spore zainteresowanie czytelnika. 
Kiedyś słyszałam taką opinię, że wyprawa w góry wysokie to przede wszystkim czekanie na okno pogodowe. Relacja zawarta w książce "Aconcagua w cieniu śnieżnego strażnika" jest również potwierdzeniem tej tezy. W bazach odwiedzanych przez autora temat pogody dominuje wszystko i wszystkich. Każdy dzień jest analizowany i poddawany obróbce. Możemy również ocenić jak ważne jest podejście podróżnika do kwestii pogody. Jedni ciągle narzekają, że pada, że wieje, a dalsza podróż nie ma sensu. Inni cierpliwie czekają, wypatrując słońca. Zgadnijcie, która grupa częściej staje na szczycie? 
Książkę świetnie się czyta. Autor ma wyjątkowo ciekawe pióro i wręcz nie można oderwać się od lektury. Oczywiście że mamy tu wiele opisów przyrody i monumentalnej góry... nie. Wcale nie. Nie ma dużo opisów; są za to wspaniałe relacje z każdej chwili wyprawy. Można się pośmiać, można podziwiać i można przeżywać chwilę trwogi. Mamy tu naprawdę wszystko. A żeby było jeszcze ciekawiej, to właściciele smartfonów z zainstalowanym czytnikiem kodów QR mogą wzbogacić sobie czytane fragmenty zdjęciami z wyprawy. Wystarczy wczytać kod umieszczony na marginesie stronicy i ... voila! Te same zdjęcia można zobaczyć na stronie autora (zresztą rewelacyjnej) ale zapewniam Was, że oglądanie ich podczas lektury ma zupełnie inny wymiar. 
Bardzo, bardzo polecam lekturę "Aconcagua...". To książka która pokaże wszystkim jak ważne jest dobre nastawienie do świata i jak ciężko jest walczyć ze swoimi słabościami. Ale czy warto? Warto. Dla tej jednej, jedynej chwili sukcesu... 

piątek, 9 marca 2018

Brak książek w organizmie? Skorzystaj z KsiążkoTerapii w Pogotowiu Czytelniczym!

Do Pogotowia Czytelniczego trafia pacjent w ciężkim stanie. To kablówkowiec, który żywił się wyłącznie telewizją i nie dostarczył swojemu organizmowi odpowiedniej dawki książek. Na szczęście z pomocą przybyło Pogotowie Czytelnicze!

30 000 książek tańszych nawet o 40%!

KsiążkoTerapia trwa od 9 do 13 marca 2018 roku. Przydatne informacje znajdziesz klikając tu.  

          Pogotowie czytelnicze

Szperakowski zalecił kurację szokową. 40 stopni gorączki chce zwalczyć gorączką cenową! Przepisał pacjentowi 30 000 książek tańszych nawet o 40% i nakazał przyjmowanie lekarstw do 13 marca. Czujesz, że łamie Cię w biblioteczce, a na myśl o braku książek robi Ci się gorąco? Skorzystaj z KsiążkoTerapii w Pogotowiu Czytelniczym!"


Dodam jeszcze, że każdy pacjent, który weźmie udział w akcji ratunkowej Pogotowia Czytelniczego, ma szansę wygrać kod rabatowy! Co trzeba zrobić? Wystarczy kupować ;)
Przez cały czas trwania akcji "Pogotowie Czytelnicze" wartość wszystkich złożonych zamówień jest sumowana. Jeżeli po zakończeniu akcji suma zamówień przekroczy próg 119 złotych, to czytelnik otrzyma od Pogotowia Czytelniczego 8% rabatu na kolejne zakupy! Prawda, że to proste? :) Po szczegóły zapraszam tu

czwartek, 8 marca 2018

"Spiżowy gniew", czyli fantastyka, jaką lubię

Kiedy sięgałam po "Spiżowy gniew" zastanawiałam się, czy dobrze robię. Trochę przerażała mnie okładka rodem z komiksów o Thorgalu, za którym, szczerze mówiąc, nie przepadam. Na szczęście z zasady nie pozwalam sobie na ocenę książek po okładce i ponownie przekonałam się, że to dobre podejście. Powieść bardzo mi się podobała i uważam, że to jedna z lepszych powieści fantastycznych, jakie ostatnio czytałam. 
Hatwaret to miasto, na czele którego stoi król Adrezar. Dwójka jego dzieci - książę Tyrsen i księżniczka Sarsana, żyją sobie błogo w dobrobycie królestwa. Jedno trochę kapryśne, drugie rozpuszczone - nie zdają sobie sprawy, jakie niespodzianki zgotuje im los w najbliższym czasie. Za Morzem Północnym położone jest Młodsze Królestwo Mesambria. Władcy obu królestw mają wspólnego przodka, ale nie przeszkadza im to toczyć waśni i sporów. Właściwie dopiero od niedawna królestwa żyją w pozornej zgodzie, ale wszyscy wiedzą, że niewielka iskra wystarczy, aby zniweczyć panujący spokój. Królewskie rodzeństwo, musi wiele poświęcić z dotychczasowego życia, aby pokój stał się trwały i przyniósł obu krainom szczęście. 
W tej skomplikowanej sytuacji politycznej pojawia się tajemniczy wędrowiec - Zahred. Jest znikąd, ale to nie ma znaczenia. Jego postać na stałe wpisze się w historie obu królestw. Zmieni on plany króla i wpłynie wyjątkowo mocno na życie naszych bohaterów, przeradzając się z nieznanego wędrowca w ważną osobistość. Ta postać to wisienka na torcie powieści. Zahred jest tak tajemniczy i tak "nieprzewidywalny", że zafrapuje każdego czytelnika. Z wielką przyjemnością śledziłam jego
kolejne ruchy i to, jak zjednywał sobie tych, których współpracy potrzebował. Oczywiście - jak to w literaturze fantastycznej bywa - metody i sposoby działania Zahreda były nieco tajemnicze i zgoła magiczne, ale to tylko dodawało smaczku całej historii. Zresztą powieść Zahredem się zaczyna (a początek jest naprawdę mocny) i na Zahredzie kończy co wyraźnie pokazuje, że to On trzyma karty.  
Pierwsze moje spostrzeżenie dotyczyło królewskiego rodzeństwa. Łączące ich uczucie nie należy raczej do miłości siostrzano - braterskiej. Miłość fizyczną traktują właściwie trochę jak rozrywkę, jednak można z całą pewnością stwierdzić, że nie pozostają sobie obojętni. Autor przedstawia kazirodczy związek jako coś zupełnie normalnego i niejako zmusza czytelnika do przejęcia swojego punktu widzenia. Z czasem zrozumiałam, że na potrzeby fabuły, takie podejście było konieczne, ale na początku było mi trudno.  
Przez sporą część powieści miałam wrażenie, że "Spiżowy gniew" jest trochę bajkowy. Jest król, księżniczka i czekający na nią za morzem książę... jest czarny charakter i intryga. Wszystko się zgadza. Nastrój bajkowy pryska gwałtownie, kiedy dochodzi do głosu wątek wojenny. Nagle ukazuje nam się inne oblicze powieści - bezwzględne i brutalne. Autor wyjątkowo gładko tłumaczy militarne zawiłości bitwy tak, że nawet ja - kobietka, której z militariami raczej nie po drodze - z ciekawością czytałam o dwóch armiach podchodzących się wzajemnie. Różnice w uzbrojeniu, w budowie łodzi czy też w metodach walki opisane są krótko i treściwie. Podstępy i triki stosowane przez obie armie w stosunku do siebie powodują, że opisy bitew nie są nudne i czyta się je wyśmienicie.  
Cała powieść obfituje w wydarzenia. Gołkowski bardzo sprawnie kieruje bohaterami i nie ma ani jednego momentu, w którym pomyślałabym o nudzie. Każde wydarzenie ma jakiś cel i doprowadza do kolejnych perypetii. Nie ma tu mdłych opisów i przestojów. Wszystko pędzi na łeb na szyję i zatrzymuje się dopiero na ostatniej stronie. Mocno. I  z przytupem. 
Na zakończenie dodam, że autor postąpił tak, jak lubię. Powieść jest całością, a czytelnik, zamykając okładkę (czy też czytnik) ma poczucie, że fabuła jest spójna, a historia zakończona. Jednak autor nie wszystkie nitki zakończył supełkiem. Ta jedna jedyna, gdzieś tam jest i prosi się, aby ja pochwycić i zbudować kolejną historię o Zahredzie....
Czekam :-) 
...połączy się z matką ziemią, z której wszyscy wyszliśmy na rozkaz wszechwładnych bogów i do której w końcu powrócimy. Bo taki jest odwieczny cykl narodzin, życia i śmierci. Bo każdy koniec jest zarazem nieuchronnym początkiem czegoś nowego.  

Mocne zakończenie, nieprawdaż? 

poniedziałek, 5 marca 2018

Nie czytasz książek? Lecz się!

Na widok pustej biblioteczki kłuje Cię w sercu? Po skończonej książce masz napady lęku? A może drgawki utrudniają Ci zaparzenie melisy na uspokojenie, kiedy nie masz nic nowego do przeczytania?
To oznaka, że cierpisz na niedobór książek! Na szczęście wiemy jak Cię wyleczyć! Już 9 marca Pogotowie Czytelnicze wkracza do akcji!




Ślubowaliśmy pomóc w potrzebie wszystkim Książkoholikom, którzy są spragnieni nowych tytułów i słowa dotrzymamy. Opracowaliśmy skuteczną metodą leczenia. Stosujemy inhalację z pary topniejących cen, okłady z gorących nowości oraz terapię szokową przy użyciu porażających promocji. Wszystkim osobom, które zamiast krwi mają tusz, umożliwiamy przyjmowanie książek dożylnie. Czopków nie stosujemy.
Chcesz dostarczyć swojemu organizmowi niezbędnych witamin i książkowych minerałów? Nie oszczędzaj na swoim czytelniczym zdrowiu i weź udział w naszej KsiążkoTerapii!


sobota, 17 lutego 2018

Kobieta w oknie

Thriller kojarzy się z książką, w której jest dość sporo przemocy. Musi być zły bohater i musi być ktoś, kto z tym złem walczy. Są książki będące klasycznym przedstawicielem tego gatunku, ale są też takie, które - niczym grypa - po cichutku zarażają czytelnika swoim nastrojem. Niby nic się nie dzieje, niby spokojna powieść, aż nagle, nie wiadomo kiedy, czytelnik z przerażeniem uświadamia sobie, że nic nie jest takie, jak się wydawało na początku. Efekt? Przy takich książkach (filmach również) zawsze mam ochotę, bez zakończenia lektury, wrócić do początku książki i już "wiedząc" - przeczytać jeszcze raz. "Kobieta  w oknie" jest właśnie taka. Zachwycająco dwuznaczna.  
Zacznę z trochę innej beczki. Trzeba przyznać, że "Kobieta w oknie" miała świetną promocję. Wydawnictwo stanęło na wysokości zadania i książka w pewnym momencie była wszędzie. Na plakatach, przystankach autobusowych... nawet w Empiku Pani próbowała wcisnąć mi egzemplarz jako wyjątkową promocję. Nic z tego. Powieść już wówczas stała na półce, a ja z coraz większym przerażeniem zastanawiałam się czy warto po nią sięgnąć. 
Warto. 
Anna Fox straciła wszystko. Jest samotną kobietą, cierpiącą na fobię związaną z wychodzeniem z domu. W jej wykonaniu jest to praktycznie niemożliwe. Oknem na świat Anny jest telewizor i internet. Kiedy chce wyjść na zewnątrz, ogarnia ją tak ogromna panika, że pokonanie jej graniczy z cudem. Trochę pomaga parasol będący "ochraniaczem" od otwartej przestrzeni, ale Anna korzysta z tego wyjątkowo rzadko. Kobieta ma przedziwne hobby - obserwuje sąsiadów przy pomocy aparatu fotograficznego. Ich życie pochłania ją i fascynuje. Zna wszystkie zajęcia i rozkład dnia poszczególnych osób, a każde odchylenie od normy jest wydarzeniem. 
Rodzinna Russelów jest "najnowszym nabytkiem dzielnicy". Anna z upodobaniem uczy się ich nawyków, aż do chwili kiedy widzi coś, czego nie powinna. Wydarzenia biegną szybko, a ludzie mówią Annie tak sprzeczne zdania, że Anna sama już nie wie, co widziała, a co było tylko ułudą. Czytelnik brnie wraz z bohaterką w rzeczywistość - tę prawdziwą i tę urojoną. Wszystko się miesza niczym w tyglu, a kiedy przychodzi pora na wyjaśnienia, czytelnik musi zbierać przysłowiową szczękę z podłogi. 
Trudno mi było przebrnąć przez pierwsze 50 stron. Autorka - chyba chcąc dobrze oddać klimat samotnego życia naszej bohaterki - długo międliła codzienność Anny i jej przyzwyczajenia. Kilkakrotnie powtarzane rytuały i internetowe konwersacje w pewnym momencie zaczęły mnie nużyć. Na szczęście uczucie to było krótkotrwałe, a zaraz za nim przyszedł szok i niedowierzanie. 
To książka, w której nic nie jest takie, jak się wydaje. Prawdziwa jest tylko fobia bohaterki i jej samotność. Natomiast cała reszta ... przeczytajcie, bo warto.  
Ostatnio mam rękę do dobrych thrillerów. "Za zamkniętymi drzwiami" było świetne "Fashion Victim" również. "Kobieta w oknie" to kontynuacja dobrej passy :-) 

środa, 14 lutego 2018

"Raport z północy" - czyli o tym, że grzeczność powinna obowiązywać nawet autorów

Primo - uwielbiam Skandynawię. Zwiedziłam kilkakrotnie Malmo, byłam w Sztokholmie, podziwiałam Nynashamn i uważam, że piękniejsze tereny na ziemi nie występują. Rewelacyjna cisza i spokój, ludzie się nie spieszą, czerwone domki, wąskie uliczki i ścieżki rowerowe których jest więcej niż ustawa przewiduje. Zachwyca ukształtowanie terenu, przybrzeżne skały i ilość jagód. Rewelacja. Wielu moich znajomych odbiera Skandynawię bardzo podobnie - jako ziemską krainę baśni. 
Secundo - twórczość Andrzeja Pilipiuka lubię - nawet bardzo. Jego opowiadania są rewelacyjne, Kuba Wędrowycz zawsze poprawia mi humor, a cykl "Oko jelenia" dumnie pręży się u mnie na półce.  
Podsumowując primo i secundo - Kiedy w moje ręce wpadła książka pt. "Raport z północy" pomyślałam sobie że to będzie świetna lektura. Autor, którego lubię, popełnia książkę o podróżach w rejony, które uwielbiam. Hmmm... no nie do końca tak było. 
Młodszy z piękną flagą :-)
Książka jest dość specyficzna i nie wątpię że są tacy, którzy nie doczytają jej do końca. Stanowi mozaikę, dla której tłem są podróże po Skandynawii. Oprócz wspomnień i opisów pięknych miejsc, podczas lektury otrzymamy również sporą dawkę wspomnień z dzieciństwa, ciekawostek historycznych  i poglądów politycznych. Nie ukrywam, że "wtręty" poglądowo wyznaniowe mnie trochę odrzucały. Zawsze uważałam Pana Pilipuka za osobę pogodną i otwartą tymczasem z książki wyłania się obraz - cóż, delikatnie rzecz ujmując - osoby dość narzekającej i widzącej wszystko raczej w czarnych barwach. Do tego jeszcze okazało się, że mamy zupełnie odmienne poglądy polityczne ale do tego się nie odnoszę, bo przecież o tym się nie dyskutuje :-). Z grubsza rzecz ujmując, książkę możemy podzielić na dwie części. Jedna urzekła mnie i zniewoliła opisami przygód, jakich autor doświadczył na północy Europy. Czytało mi się rewelacyjnie zwłaszcza, że w wielu miejscach również byłam. Z ciekawością czytałam ciekawostki historyczne i kulturowe i po ich poznaniu stwierdziłam, że są miejsca, które po lekturze "Raportu..." zwiedzałabym zupełnie inaczej. Takim miejscem jest np. muzeum Vasa gdzie Szwedzi przechowują ogromny okręt zbudowany w XVII wieku. Pan Pilipiuk wdzięcznie wkłada do głowy czytelnika sporo wiedzy o Skandynawii. Aż się chce jechać. Podobnie życie i twórczość Astrid Lindgren zostaje ukazana w bardzo, bardzo ciekawy sposób. Zdjęcia z Bulerbyn zaciekawiły nawet Starszą.
Starsza przy pomniku Astrid Lindgren
Autor opisał 5 wypraw - od podróży z tatą jeszcze w stanie kawalerskim, aż po wyprawy rodzinne i przyjacielskie. Dużo tu wspomnień, wiele prywatnych, wręcz intymnych spostrzeżeń i wątków. Jest też sporo zdjęć które pomagają czytelnikowi zrozumieć miłość autora do tamtych terenów. Opowieści o podróżach są okraszone wieloma ciekawostkami historycznymi, które autor  - jako archeolog z wykształcenia -  przekazuje w sposób bardzo ciekawy. 
Druga część (niestety dużo gorsza) to wątek marudersko - żałujący. Autor rozwodzi się nad utraconymi szansami i możliwościami naszego kraju i Polaków. Czyni to w nieprzyjemny, momentami wręcz niegrzeczny sposób. Krytykuje wszystko i wszystkich; właściwie nie ma tu jednego zdania, które dawałoby nadzieję. Powiem więcej - w niektórych przypadkach czułam wręcz niechęć do autora, bo część poglądów przedstawionych na kartkach książki jest po prostu nieprzyjemna i wręcz grubiańsko niegrzeczna. Autor chyba zapomniał, że (na szczęście) nie ma jeszcze księgarni w których są naklejki "Platformersom nie sprzedajemy" albo też "Pisiorom wstęp wzbroniony" Cóż - może stwierdzenie, że poczułam się urażona to zbyt wiele, ale spodziewałam się po Panu Pilipiuku trochę więcej polotu w przedstawianiu swoich poglądów politycznych. 
Podsumowując - od połowy książki pomijałam opisy uczuć i żali, które targają autorem, a skupiałam się na świetnych relacjach z podróży po Skandynawii. Ta cześć zasługuje na piątkę. Część marudersko - polityczną oceniam na 2. Średnia 3,5 i tak oceniam całość.  

Muzeum Vasa - okręt który zatonął u wybrzeży Szwecji....

... a został zbudowany z myślą o ataku na Polskę

środa, 31 stycznia 2018

Dotyk życia i śmierci

Czytam dużo i szybko. Najczęściej przemykam od książki do książki, poszczególne pozycje nie zostają zbyt długo w mojej głowie, a jeśli już zostają, to na krótko. Jest jednak taka niewielka grupa książek, która siedzi gdzieś w łepetynie z tyłu i od wielu, wielu lat towarzyszy mi w codziennym życiu. "Dom z papieru", "Przyślę Panu list i klucz", "Drużyna pierścienia"... te i kilka innych są moimi towarzyszami na dobre i na złe. Teraz ta lista powiększyła się o  "Dotyk życia i śmierci". 
Jeżu kolczasty, zupełnie nie rozumiem fenomenu tej niepozornej książeczki! Co ma takiego, że tak mnie zachwyciła. Kiedy zasiadałam do niej świadoma, że to debiut Pana Mateusza Kowalczyka, spodziewałam się mocnego średniaka. A tu taka niespodzianka. Książka inna niż wszystkie. Zachwycająca, porażająca i nietypowa. Tu nie ma fabuły w potocznym rozumieniu tego słowa. Tu mamy życie i śmierć przeplatające się nawzajem, muśnięcie dłoni, które przenosi nas z miejsca na miejsce, od bohatera do bohatera. Kiedy tak wędrowałam i obserwowałam losy poszczególnych osób zdałam sobie sprawę, jak ułudne i zwiewne jest to co - wydaje nam się - że mamy. Świat jest przebiegły i często widzi więcej niż my, co z iście szatańską przyjemnością wykorzystuje. 
Historie, które serwuje nam autor pozornie nie są ze sobą związane. Łączy je muśnięcie dłoni, ta iskra, która obraca nasz wzrok w stronę kolejnych bohaterów książki. Nastolatka przerażona niechcianą ciążą, wściekła żona, która odkryła, że mąż nadal ją zdradza, muzułmanin pragnący dostać się do raju, dwóch narkomanów po zażyciu prochów, dziewczynka siedząca na ławce z tabletem i chińczyk, którego do ratowania niewinnego życia popycha rozpacz po śmierci najbliższych. Wszystko niby oddzielne, niby autonomiczne, a jednak czytelnik mimochodem wyłapuje te cienkie nitki snujące się nad Warszawą, łączące naszych bohaterów. Jedne decyzje ważne inne błahe, jedne dotyczą pojedynczych osób, inne mają wpływ na tysiące istnień. I tylko ten ostatni dotyk, nieprzekazany...
Każdy bohater uchwycony został w tym ulotnym momencie, kiedy uwaga czytelnika przechodzi z jednej osoby na drugą. Autor stara się pokazać czytelnikowi motywy działania każdej osoby poprzez ukazanie pewnego epizodu z życia bohatera. Wydarzenie ważne i mające wpływ na całe jego życie często niestety jest brzemienne w skutkach dla wielu osób dookoła. Każdy bohater - w moim odczuciu dosłownie każdy - swoimi działaniami woła o pomoc, ale niestety często nie dostaje jej na czas, albo też krzyczy zbyt cicho i niezauważalnie.
Piękny język, lekkie pióro, szybkie zwroty i jedyny niepowtarzalny klimat powieści sprawiły, że dla mnie osobiście książka ta stanowi małe arcydzieło - zamknięte i skończone. Powieśc zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Pochłonęłam ja w jeden dzień, ale gdyby liczyła 1000 stron więcej, czytałabym z chęcią jeszcze i jeszcze i jeszcze... 
Panie Mateuszu, proszę o jeszcze! Jeżeli to jest Pana debiut, to niecierpliwie czekam, co Pan ma nam jeszcze do przekazania... O rety!
Książka genialna. 

wtorek, 30 stycznia 2018

Idiota skończony

Opowiadania są taką formą literacką, którą się albo kocha albo nienawidzi. Ja osobiście za opowiadaniami nie przepadam - forma krótka, która nie bardzo pozwala rozbujać się wyobraźni. Musi się naprawdę wiele zadziać, abym po lekturze mogła powiedzieć - to było to! Kilka lat temu zachwyciła mnie książka Andrzeja Pilipiuka pt. "2586 kroków", która jest właśnie zbiorem opowiadań. Od tego czasu jedyne opowiadania, jakie czytam, to właśnie z gatunku fantastyki. Wyobraźnia autora może wszystko i już w pierwszych akapitach czytelnik zostaje zaskoczony przedstawionym światem, czy bohaterem. Nie ma tu miejsca na rozbudowane wstępy czy przydługie dialogi. Nie potrzeba wielu słów, aby stworzyć coś niewyobrażalnego. Zbiór opowiadań "Idiota skończony", który właśnie skończyłam czytać jest potwierdzeniem mojej teorii: Opowiadania to forma stworzona dla fantastyki. 
Dwanaście opowiadań - każde inne, każde zaskakujące, każde przedstawiające światy odmienne od tego, co znamy. Jedno wesołe, drugie smutne, trzecie przygnębiające… wszystkie łączy jedno: bohater, którego decyzja (trafna lub niej trafna) wpływa na losy otaczającego świata. Spotykamy więc młodą wiedźmę, która dzięki pochopnej decyzji odkrywa w sobie wielki talent, mężczyznę, który próbuje przetrwać w świecie zniszczonym przez nuklearną wojnę, samolubnego urzędnika, który otrzymuje pod "opiekę" samotne i przerażone dziecko. Odwiedzamy tajemnicze miasteczko, nękane niewyjaśnionymi zbrodniami i archiwum majora Tuchajewa zawierające rozwiązanie niesamowitej tajemnicy. Poznajemy zarówno światy podobne do naszego jak i całkowicie odmienne i kierujące się zupełnie innymi regułami. Akcja jednego z opowiadań została umieszczona na "Smoczycy" - statku będącym ciężkim "skokowcem o niemal fregatowym tonażu". To opowiadanie jest chyba najbardziej oderwane od rzeczywistości. Wielki statek, kosmiczni piraci, drogocenny towar i... wiersze Mickiewicza. Połączenie niespotykane prawda?
"Idiota skończony" jest zbiorem opowiadań, z których każde jedno - bez wyjątku - zaskakuje. Rozpoczynając lekturę czytelnik najpierw musi usadowić gdzieś swoje myśli i już samo to jest wyzwaniem. Z Włoch znajdujących się pod okupacją Chińczyków, przenosimy się do Lublina (nie takiego dzisiejszego, o nie!), potem Wrocław stanowiący schronienie dla tych, co przetrwali i Warszawa ogarnięta powstaniem... uwierzcie mi, po każdym opowiadaniu musiałam robić przerwę na kilka głębszych wdechów, bo trudno tak skakać z rzeczywistości w rzeczywistość. Każde z opowiadań ryza wyrwę w mózgu czytelnika i zostawia ślad. Widać, że autorzy stanęli na wysokości zadania. Nic w tym dziwnego, bo osoby, które "popełniły" opowiadania zawarte w "Idiocie..." są w większości znanymi i cenionymi twórcami polskiej Fantastyki. Gołkowski, Białołęcka, Komuda... myślę, że zachwalać nie trzeba. 
Opowiadania porywają pomysłowością i tchną świeżością pióra. Nie ma tu ani jednego akapitu, który przypominałby coś, co już znam i czytałam. Większość opowiadań zaskakuje i zachwyca czytelnika. Nie znajdziemy tu sztampy i powielanych wzorców. Oczywiście każdy czytelnik jest inny i każdy ma inne preferencje. Jeden zachwyci się leśna krainą, w której rządzą kobiety wojowniczki, inny uzna to opowiadanie za najsłabsze. Każdy jednak znajdzie tu coś dla siebie i nikt nie będzie miał okazji powiedzieć: To już było.
Ilustracja pochodzi ze strony doba.pl (klik)
Chciałabym, aby kiedyś w moje ręce trafiła papierowa wersja tej książki. E-book (który właśnie skończyłam czytać) nie daje przyjemności obcowania z okładką i ilustracjami, a nie wątpię, że "Fabryka słów" ponownie stanęła na wysokości zadania. Okładka nawet w czytniku zachwyca, a ilustracje przyciągają uwagę. Pan Paweł Zaręba znany jest raczej jako twórca przepięknych okładek, lecz - jak widać - czarno białe obrazki wychodzą Mu równie dobrze. 
"Idiota skończony" to zbiór opowiadań dla każdego. Dwanaście historii o życiu, walce i namiętności. Każda inna, każda wyjątkowa. Łączy je jedno - konieczność podjęcia przez bohatera decyzji i nadzieja, że jest ona właściwa. Jednak każdy z nas przecież wie, komu matkuje nadzieja...
Polecam. 

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Pożeracze książek Złoty szyfr

Kiedy byłam dzieckiem, książek w sklepach było jak na lekarstwo. Pamiętam moją Mamę, która stała pół dnia w księgarni, bo akurat dostarczono "Piotrusia pierwszaka", "W dolinie Muminków" i "Fizię Pończoszankę". Mama kupiła mi wszystkie trzy i czytałam je w kółko, póki znowu czegoś nie "rzucili". Im byłam starsza, tym było lepiej, ale do dzisiaj zazdrośnie zerkam na półki moich dzieci, gdzie mienią się tęczowe okładki, a tematyka poraża różnorodnością. Lecząc więc braki z dzieciństwa, zdarza mi się sięgać po książki dzieciaków, zwłaszcza z półki należącej do Starszej. Podbieram jej takie, które czyta z wypiekami na twarzy, a po zakończeniu lektury pada znamienne: "Mama czad książka! Musisz ją przeczytać! Tak właśnie było ze "Złotym szyfrem". 
Emilly i James są dobrymi przyjaciółmi i sąsiadami jednocześnie. Poznajemy ich na bankiecie wydanym z okazji odnalezienia przez nich zaginionych dzieł Edgara Allana Poe. Przygody związane z tym wydarzeniem możemy poznać w pierwszym tomie Pożeraczy książek, na szczęście to jedyne nawiązanie do wcześniejszych perypetii dzieciaków. Akcja "Złotego szyfru" zawiązuje się już na bankiecie, kiedy Emilly zauważa podejrzane zachowanie nauczyciela historii. Nie ulega wątpliwości, że ma on coś do ukrycia, a jego zachowanie pobudza dzieciaki do działania. Szybko wpadają na trop pewnego listu i dowiadują się o istnieniu Złotego Szyfru. Emilly i James podejmują próby złamania złotego szyfru, który ma ich zaprowadzić do ukrytego skarbu. Zadanie jest trudne zwłaszcza, że tajemniczy Feniks ciągle rzuca im kłody pod nogi. Strach budzi również klątwa spoczywająca na każdym, kto próbuje rozwikłać zagadkę złotego szyfru. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że klątwa wciąż działa, przez co nasi bohaterowie wpadają w coraz to nowe tarapaty.
Akcja dzieje się szybko i sprawnie. Nie ma czasu na nudę, a czytelnik ciągle zadziwiany jest kolejnymi zagadkami. Świetnym pomysłem jest to, że mały czytelnik może z powodzeniem popróbować samodzielnego tworzenia szyfrów. W książce są rysunki i tabelki, dzięki którym zrozumienie zasady tworzenia szyfrów jest banalnie proste. Dziecko może samo odszyfrowywać tajemnicze zdania, a potem... cóż, karteczki z zaszyfrowanymi zdaniami pałętają się w mojej kuchni w ilości ponadprzeciętnej... 
Atrakcji podczas lektury na prawdę nie brakuje. Mamy tajemnicze szyfry, zakopane okręty tajemnicze skrytki i pożary nękające rodzime miasto bohaterów. Zagadki, tajemnice i szyfry wprost atakują czytelnika i domagają się rozwiązania. Rewelacyjna powieść dla każdego młodego czytelnika. 
Zachwycił mnie pomysł przedstawiony w książce, będący podstawą całej fabuły. To klub Łowców Książek, który działa na zasadzie książkowego geocaching ‘u. Polega on na ukrywaniu książek w różnych punktach miasta, a następnie na rzucaniu wyzwań innym uczestnikom gry. Wszystkie ukryte zadania i książki prezentowane są w programie komputerowym, do którego dostęp mają Łowcy Książek. Pewnie niejeden z Was dałby wiele, aby powstał u Was taki Klub. Sama bym chciała! 
Cała powieść jest pełna nawiązań do różnych książek i powieści. Pełno tu cytatów, anegdotek z życia pisarzy i aluzji do wielu bardzo znanych książek. Prawdziwa gratka dla każdego "książkochłona". Często zagadki oparte są właśnie na cytatach, a do ich rozwiązania potrzebna jest znajomość klasyki literatury. 
Powieść została zilustrowana - może nie bogato, ale na tyle, aby przełamać nudę monotonnie zapisanych stronic. Proste czarno - białe ilustracje cieszą oko i pobudzają wyobraźnię
"Złoty Szyfr" jak żadna inna książka zasługuje na miano powieści przygodowej. Szkoda, że nie jest lekturą szkolną. Gdyby była - myślę, że grono fanów czytelnictwa wzrosłoby diametralnie! Warto podsuwać ją swoim pociechom, a jeżeli macie ochotę powrócić do swoich dziecięcych marzeń o poszukiwaniu skarbów - sami po nią sięgnijcie. Warto.

niedziela, 28 stycznia 2018

Odzyskać utracone

Bardzo, bardzo lubię takie książki. Określenie powieść obyczajowa, w przypadku książki "Odzyskać utracone", nie jest zbytnio trafione. Mamy tu właściwie wszystko oprócz kryminału. Trochę psychologii, szczyptę mistycyzmu i ludowych guseł, garść wątku miłosnego (w wielu odmianach) i odrobinę historii Polski - tej najtrudniejszej i najbardziej bolesnej, czyli II wojny światowej i okresu powojennego. 
Jest rok 1950. Miranda Szamretów powraca do Białegostoku, po 10 latach spędzonych na Syberii. Została tam wywieziona jako trzynastolatka z babcią i siostrą. Niestety tylko Ona przeżyła okropieństwa zesłania. Dziewczyna ma nadzieję, że rodzina, do której wraca, choć troszkę przypomina tamtą, którą pamięta sprzed wywózki. Tymczasem w jej rodzinnym domu wszystko się zmieniło. Nie ma ojca, za to jest braciszek, Januszek, który z miejsca zdobywa miłość Mirandy. Dziecko jest bardzo chore i właściwie nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie mu dane żyć. Mama jest, jednak zupełnie odmieniona. Zmieniła nazwisko na Stasiak (dla bardziej pospolitego brzmienia) i z eleganckiej kobiety przerodziła się w babę handlującą na czarnym rynku mięsem. Oprócz tego w rodzinie obecne są tajemnice i niedopowiedzenia, które bardzo utrudniają psychiczny powrót dziewczyny do domu.  
Miranda na Syberii radziła sobie jak potrafiła. Oprócz żalu i rozpaczy, przywiozła do Polski umiejętność leczenia ludzi ziołami i mocą płynącą z dobrego serca i dłoni. Wykorzystuje swój dar, pomagając ludziom, ale sama nie potrafi przyjąć niczyjej pomocy. Jest zgorzkniała i przepełniona żalem do całego świata. Jedyną radość jej życia stanowi Januszek i robi wszystko, aby przedłużyć życie malca.
Powieść piękna. Czyta się ją jak bajkę, choć przecież opowiada o strasznych czasach. Oba wątki przeplatające się nawzajem niosą w swej treści ogrom krzywd, jakich doznała ze strony żołdaków radzieckich rodzina Szamretów najpierw w czasie wojny, a potem tuż po jej zakończeniu. Jednak pomimo tragicznych wydarzeń matka Maria Szemretowa (obecnie Stasiak) ani razu się nie załamała. Z podniesiona głową walczy o zdrowie i życie swojej rodziny. No może raz ugięła kark... na samo wspomnienie mam dreszcze. Postać Marii pokazuje czytelnikowi, że nie warto obracać się i rozpamiętywać tego, co było. Należy iść z podniesioną głową do przodu i walczyć o swoje. Wyrwać z życia tyle, ile się tylko da. 
Autorka "Odzyskać utracone", Katarzyna Kołczewska, zaczyna wysuwać się na prowadzenie na liście moich ulubionych polskich autorów. Najpierw poznałam Idealne życie  - rewelacyjną powieść, którą połknęłam w kilka godzin. Potem "Kto, jak nie ja" potargało mną czytelniczo i zachwyciło. Czeka na mnie jeszcze jedna powieść pt: "Wbrew sobie". Na szczęście mam ją już w czytniku :-). 

sobota, 27 stycznia 2018

Bądź moim Bogiem

"Bądź moim Bogiem" to książka w książce, opowiadanie w powieści, historia w historii... powieść zupełnie inna niż wszystkie. Niespotykana. 
Pewnego dnia młody, lekko zdziwaczały dziennikarz, podróżując metrem, dostrzega twarz, która jest mu znana. Reakcja jest bardzo silna, ponieważ nie spodziewał się, że postać ta żyje i mieszka w Warszawie. Postanawia przeprowadzić własne śledztwo i odnaleźć kobietę. Szybko dowiadujemy się, że kobieta jest wdową po znanym twórcy literatury - Borysie, który był jednocześnie najbliższym przyjacielem ojca naszego bohatera. Dzięki tym koneksjom, młody dziennikarz otrzymuje od ojca dostęp do przechowywanego na strychu archiwum po Borysie. To archiwum to tak naprawdę karton dokumentów, zdjęć i szpargałów. Wśród tych skarbów jest też koperta, która otwiera drzwi do kolejnej historii opowiadającej o losach Very Gran. Ta dzielna kobieta jest z pochodzenia Żydówką, która podczas wojny przeżyła getto, a mimo okropieństw dnia codziennego z pasją uprawiała to, co kochała najbardziej - śpiew. Ostatnie lata życia spędza w Paryżu i tam własnie odnajduje ją nasz dziennikarz. Poznaje jej wojenne losy, a jednocześnie czynnie uczestniczy w jej obecnym życiu. Zawiera znajomość z sąsiadami, którzy z upływem czasu zostają najwierniejszymi przyjaciółmi Very. 
Powieść jest trochę poplątana. Dzisiaj miesza się z wczoraj, a ulice Warszawy plączą się z paryskimi alejkami. Nie ulega jednak wątpliwości, że cała historia ma jeden cel - poznać wnętrze człowieka i to, co w nim siedzi najgłębiej. Postacie są bardzo mało zindywidualizowane. Właściwie czytelnik nie bardzo wie, z kim ma do czynienia. Jedynie Vera w pewnym momencie zaczyna dominować, a pod koniec książki jest jedyną bohaterką, o której wiemy na tyle dużo, że można ująć w słowa emocje, które budzi. Reszta bohaterów nagle staje się jedynie tłem dla jej losów. 
Cudna książka - lekko pokręcona i nabuzowana emocjami, ale cudna. 

piątek, 26 stycznia 2018

Kredziarz

Czarna okładka z kredowym rysunkiem wisielca... na grzbiecie też nieporadnie rozsypane ludziki... wszystko sprawia wrażenie przysypanego pyłem kredowym do tego stopnia, że gdy odkładałam książkę, zawsze wycierałam ręce o spodnie. Okładka rewelacyjna. A treść? Jedno wiem na pewno - nie zawiodłam się.
Najpierw trochę o moich odczuciach. Byłam bardzo, ale to bardzo zdziwiona kiedy okazało się, że najważniejsza (w moim odczuciu) zagadka rozwiązana zostaje już w kilku pierwszych rozdziałach. Postać Kredziarza właściwie nie jest tajemnicą i jeżeli liczycie na zawiłość zagadki pt. "Kto jest kredziarzem?" to się srogo zawiedziecie. Jednak cierpliwość należy nagradzać i tak własnie postanowił postąpić autor książki. To, co dzieje się na dalszych stronach powieści, to przechodzi ludzkie pojęcie. Tajemnica rodzi tajemnicę, a rozwiązanie każdej kolejnej tajemnicy prowadzi do następnych zagadek. Niesamowite, mroczne i tajemnicze poplątanie wydarzeń, czasu i zbiegów okoliczności.
Rzecz dzieje się w 2016 r. i 1986. Czterdziestoletni Eddy jest samotnym, trochę zdziwaczałym nauczycielem, który mieszka w wielkim domu po rodzicach. Pewnego dnia odwiedza go kolega z  dzieciństwa, składając propozycje nie do odrzucenia. Problem jest taki, że to co proponuje przyjaciel, otwiera w głowie naszego bohatera wspomnienia z dzieciństwa do których wcale nie ma ochoty wracać. Wraca jednak, a czytelnik razem z nim. W 1986 r. Eddy wraz z paczką przyjaciół wiedli beztroskie życie. Wszystko zmieniło się podczas wyprawy do wesołego miasteczka, gdzie dochodzi do tragedii. Jedna z karuzel ulega awarii, a oderwany wózek wpada w przypadkowych przechodniów. Tak właśnie Eddy poznaje Pana Hallorana. Od tej chwili nic już nie będzie takie samo, a Eddy wprost gubi się w tym, co dzieje się dookoła niego. Mnóstwo przypadkowych zdarzeń, które okazują się wcale nieprzypadkowe. Śmierć zbiera swoje żniwo, a naszych bohaterów ogarnia przerażenie. Czytelnika również. Okazuje się bowiem, że nic nie jest takie, na jakie wygląda.
"Kredziarz" to nie tylko kryminał. To psychologiczne studium, ukazujące zawiłości ludzkich uczuć i ich emocjonalny bagaż. Każdy z piątki przyjaciół ma coś na sumieniu, każdy przeżył jakąś traumę i właściwie  dopiero w dorosłym życiu maja odwagę spojrzeć sobie prosto w oczy i wyjawić prawdę. Wszystkie tajemnice są spotęgowane mrocznością i tajemniczą atmosferą, w której czynieniu autor jest moim mistrzem.
"Kredziarz" to również opowieść o konsekwencjach, jakie niesie za sobą każdy czyn. Wiele tu nawiązań do kościoła i pewnych norm kierujących życiem człowieka. Treść książki, gdzieś między słowami nawiązuje do pewnego porzekadła mówiącego o tym, że za złe czyny należy ponieść zasłużoną karę. I tak właśnie jest w "Kredziarzu". Trochę to wszystko jest mistyczne ale ta cecha, w ogólnym rozrachunku nie przeszkadza w świetnym odbiorze książki, a nawet często wzmaga poczucie tajemnicy.
Na zakończenie dodam, że w grupie przyjaciół była dziewczyna - prawdziwa chłopczyca, biegająca w ogrodniczkach z chłopakami i na równi z nimi walcząca o wpływy w bandzie. To własnie Ona wzbudziła moją największą sympatię i - jak się potem okazało, moja intuicja mnie nie zawiodła.
Jeżeli macie ochotę na niebanalny i zaskakujący kryminał, w którym oczekiwana zagadka rozwiązana zostaje niespodziewanie szybko, a tuż za progiem czeka mnóstwo innych zagadek i tajemnic - polecam. Nietuzinkowa książka, której lektura niesie za sobą niezapomniane przeżycia.

czwartek, 25 stycznia 2018

Niezwykłe przypadki Kunegundy Paciorek

Książki dla nastolatków to temat rzeka. Jest ich miliard i trudno stwierdzić, która jest super bestselerem, a która gniotem. Jedni uwielbiają stare powieści Verna, inni zaczytują się w Harrym Potterze, jeszcze inni przepadają za Dziennikami wampirów. Do wyboru do koloru. Nie wątpię, że bardzo trudno jest wybić się na rynku wydawniczym książce, która nie jest poparta reklamą w necie, czy też telewizji. Tym bardziej więc należy promować książki, które naszym zdaniem są wartościowe.
Leszek Talko to dziennikarz i autor felietonów, które swojego czasu pochłaniałam jak świeże bułeczki. Kiedy Starsza była małym dziecięciem, prenumerowałam miesięcznik "Dziecko”, w którym Pan Talko zamieszczał krótkie felietony o wychowywaniu dzieci. Uwielbiałam je i głównego bohatera Pitulka. Rewelacja. Kiedy więc zobaczyłam, że autorem "Niezwykłych przypadków Kunegundy Paciorek jest właśnie Pan Talko wiedziałam, że muszę ją przeczytać.
Na pierwszych stronach powieści poznajemy Kunegundę, która siedzi w ławce w nowej szkole i cierpi. Trwa lekcja, podczas której nauczycielka kazała dzieciom pokrótce opowiedzieć o sobie, a Ona szczerze nie cierpi swojego imienia. Najchętniej w ogóle się do niego nie przyznaje, a najbliższych prosi, aby mówili do niej K. (Kej) Obok Kej siedzi dziewczynka, która nie do końca odpowiada jej gustom, ale co tam - warto spróbować się zaprzyjaźnić. Aby przyjaźń zacieśnić, dziewczynki postanawiają wspólnie nakręcić film. Podczas kręcenia Kej wydaje się, że w piwnicy widzi wielkiego pająka. Mając nadzieję, że to tylko złudzenie Kej umieszcza filmik na YouTube. Filmik momentalnie osiąga wielką popularność właśnie ze względu na strasznego pająka, który ukazuje się na ekranie. Kolejny filmik również charakteryzuje się, ukazującym się na ułamek sekundy, potwornym monstrum. Dziewczynki nie wiedzą co się dzieje, a Kej jest coraz bardziej przerażona. W jej otoczeniu zaczynają dziać się coraz dziwniejsze rzeczy. Początkowo złudne i trudno zauważalne, jednak w miarę upływu czasu coraz bardziej niepokojące. Jej przerażenie sięga zenitu kiedy okazuje się, że Marysia wraz z całą rodziną ... znika. Kunegunda z dwójką przyjaciół zaczynają prowadzić dochodzenie, którego efekty są niespotykane. 
Książka ma wyjątkowo czarny klimat. Wielkie pająki, potwory, niewyjaśnione zjawiska i przerażające wydarzenia powodują, że czytelnik podczas lektury ogląda się przez ramię sprawdzając, czy wszystko w porządku. Bohaterowie książki łażą po piwnicach i starych korytarzach, włamują się do cudzych domów i walczą z własnym strachem. Jest kot, który znika, pies, którego niewidzialna moc unieruchamia na dłuższy czas i dom, w którym ciągle palą się światła pomimo tego, że Kej i jej przyjaciele ciągle je gaszą. Naprawdę mroczna i klimatyczna książka. 
Leszek Talko stworzył powieść, której odbiorcą jest dzisiejszy, współczesny nastolatek. Nawiązania do YouTube, komputerów i serwisów społecznościowych powodują, że książka jest na swój sposób oswojona i nie traktuje o czasach, w których telefon miał tarczę, a muzyki słuchało się na Kasprzaku. Z drugiej strony autor tworzy atmosferę grozy i horroru, dzięki czemu świat nowinek technologicznych schodzi na drugi plan. Ważna jest przyjaźń i współdziałanie, dzięki którym jest szansa na uratowanie przyjaciółki. 
Na zakończenie trzeba koniecznie wspomnieć o ilustracjach ponieważ swoim klimatem świetnie wpasowują się w mroczną treść książki. Obrazki są czarno - białe i tylko jeden element jest czerwony. Okno, tytuł książki, szuflada, pies - każdy rysunek podkreśla coś, co w tym momencie powieści jest ważne i godne uwagi. 
Niezwykłe przypadki Kunegundy Paciorek kończą się w taki sposób, że Pan Talko jest po prostu zmuszony zająć się dalszymi losami dziewczynki i jej przyjaciół. Nic się nie wyjaśnia, wszystko się gmatwa... czekam z niecierpliwością.

środa, 24 stycznia 2018

78 - piętrowy domek na drzewie

Syn mój jedyny, zwany Młodszym, czytaniem raczej nie jest zafascynowany. Klocki Lego, zagadki matematyczne, tablet... to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Czytanie? Owszem, wieczorem do podusi i to najlepiej, żeby mama czytała. Podsuwam mu od czasu do czasu co nieco, ale niestety sukces odniosłam raptem kilka razy. Tomek Łebski jest faworytem, a zaraz za nim plasuje się seria, której bohaterami są Andy i Terry, czyli ".... piętrowy domek na drzewie".
Zaczęło się od "52 - piętrowego domku na drzewie". Po szybkim przemknięciu przez ponad 300 - stronicową książkę, Młodszy z zachwytem sapnął: Jeszcze! Przeczytaliśmy więc 13 -, 26 -, 39 - i 65 -piętrowe domki na drzewie" i z niecierpliwością czekaliśmy na kolejne tomy. Ku naszej radości zupełnie niedawno ukazał się "78 - piętrowy domek na drzewie" i oczywiście musiał niezwłocznie pojawić się na półce Młodszego.
Ta część serii jest nieco inna od poprzedniczek. Mniej jest wymyślnych, prześmiesznych i absurdalnych pięter, a więcej treści i fabuły. Moim zdaniem to najlepsza część serii, a widzę, że Młodszy - oceniając po tempie wchłonięcia książki - również popiera moje zdanie. 
Tym razem mieszkańcy wielopiętrowego domku postanawiają nakręcić film. Pojawia się filmowiec i cały osprzęt konieczny do realizacji tego przedsięwzięcia. Niestety filmowiec nie przewiduje raczej roli dla Andy'ego, wyraźnie faworyzując drugiego z przyjaciół. Andy urażony postanawia odejść z domku, a właściwie to filmowiec go wyrzuca z planu. Andy postanawia nie pojawiać się więcej na planie. Okazuje się jednak, że to wcale nie jest takie proste. Kilkakrotnie, niechcący wraca na plan (wiem, że to niechcący głupio brzmi, ale tak właśnie jest) i psuje całą robotę związaną z realizacją filmu. Raz nawet Andy pojawia się w wielu odsłonach... J Kiedy Andy przypadkiem odkrywa, że filmowi grozi niebezpieczeństwo robi wszystko, aby ostrzec ekipę. Nikt go jednak nie słucha myśląc, że po prostu próbuje zwrócić na siebie uwagę. Co z tego wyniknie? Przeczytajcie sami...
"78 - piętrowy domek..." to przede wszystkim czaderskie, prześmieszne, najlepsze w świecie, jakie widziałam ILUSTRACJE. Lekturze opisów domku na drzewie i jego atrakcji można poświęcić cały dzień oglądając, szukając śmiesznych szczegółów, analizując poszczególne niuanse budowli i śmiejąc się z żartów i żarcików. Samochodowe spa, miksomat, piętro z siedemdziesięcioma ośmioma wirującymi talerzami, niewyklute megajajo, grota gryzmołów z graffiti, Andylandia... długo by wymieniać. Wszystkie piętra okraszone są rysunkami, których analiza zajmuje więcej czasu niż czytanie. Szczegóły i szczególiki przyciągają uwagę małego czytelnika, a absurdalne treści wywołują kwiki radości i śmiech, którego natężenie trudno opisać. Kulminacja śmiechu nastąpiła przy "Krowywiadowcach". Młodszy śmiał się do łez, a Krowywiadowcy byli hasłem całego dnia. 
Dla porządku dodam, że to chyba pierwsza część tej serii, w której było nie tylko do śmiechu. Kiedy Andy smutny i urażony wycofał się z planu filmowego, nagle przestało być śmiesznie, a rysunki zamieszczone w książce straciły na znaczeniu. Dla małego czytelnika ważne staje się to, jak skończy się ta historia. Co ciekawe - kiedy Młodszy dowiedział się, że wszystko kończy się dobrze, wrócił do początku książki i tym razem skupił się na ilustracjach i wyłapywaniu śmiesznych scen i gagów. 
Rewelacyjna książka. Śmieszna do bólu brzucha, odlotowo pomysłowa i napisana (a także narysowana) w taki sposób, że jej lektura wystarczy na długo. A potem można jeszcze raz i jeszcze... i zawsze znajdzie się coś nowego do oglądania. 
A na zakończenie rysunek, który nas najbardziej ucieszył. Z niecierpliwością czekamy!

wtorek, 23 stycznia 2018

Dzienniki Krystyny Jandy 2003-2004

Krystynę Jandę kocham, uwielbiam i czczę miłością czystą i niebiańską :-)))
Nie znam ludzi, którym ta aktorka byłaby obojętna. Jedni (i tych jest większość) łączą się ze mną w uwielbieniu, inni psioczą, utyskują i krytykują. Krytyka stała się większa od czasu, kiedy Pani Krystyna wyraźnie opowiedziała się przeciwko partii rządzącej (i znowu moje uwielbienie wzrosło), ale na szczęście - jak to mówi mądre przysłowie - psy szczekają, karawana idzie dalej. 
Od wielu, wielu lat czytuję publikowane w Internecie zapiski Pani Krystyny na temat... życia. Po prostu. Pod adresem krystynajanda.pl  internetowy przechodzień może zapoznać się z dziennikami prowadzonymi od 2001 r. To już 16 lat... Powiem Wam, że dzienniki towarzyszą mi przez całe dorosłe życie. Raz częściej, raz rzadziej, ale zawsze i niezmiennie - zaglądam. To właśnie przy lekturze dzienników gdzieś w głowie zakołatało: Może bloga bym założyła?
Kiedy Wydawnictwo Prószyński i spółka zapowiedziało wydanie Dzienników w formie papierowej, byłam przeszczęśliwa. Posiadanie ich na półce jest naprawdę przyjemnością w najczystszej postaci. Wprawdzie pierwszy tom trochę mnie przeraził, bo tomiszcze liczące ponad 700 stron to nie przelewki. Zapewniam Was, że kiedy już czytelnik wsiąknie w ten świat naprawdę nie chce się go opuszczać. 
Drugi tom zawierający zapiski z lat 2003-2004 jest równie porywający. Po dwóch latach pisania Krystyna Janda wyraźnie zdała sobie sprawę, że dzienniki są czytywane i mogą stanowić świetne narzędzie do kontaktu z fanami i publicznością. Publikuje więc mnóstwo opinii recenzji i materiałów z festiwali filmowych, konkursów i koncertów. Występuje na tych imprezach w rolach mniej lub bardziej oficjalnych (od widza po członka jury), ale wszystkie zapiski tchną szczerością i chęcią podzielenia się wrażeniami. Pani Krystyna pozwala nam również zajrzeć do domu. Dzieli się z czytelnikiem anegdotami z dnia codziennego i chwilami spędzonymi z mężem i dziećmi. Raz jest śmiesznie raz wzruszająco, niezmiennie jednak ciepło i szczerze. 
Dzienniki jak to dzienniki - zapiski skaczą z tematu na temat i to jest właśnie cudowne. Mamy możliwość poczytać wiersze, poznać kilkanaście anegdot z życia aktorów, oraz ściągnąć przepis na kluseczki francuskie. Możemy pooglądać zdjęcia z wyjazdów i z premiery sztuki teatralnej. Są też posty w stylu:
"Bardzo przepraszam. Wyjeżdżam na dzień. Dobrego dnia"
Każdy zapisek zaczyna się od cytatu, który zapadł Pani Krystynie w pamięci. W wersji internetowej każdy post rozpoczynał się życzeniami dla jubilatów, którzy w danym dniu obchodzili swoje święto, ale - nie wiedzieć czemu - wydawca zrezygnował z tego. Niemniej jednak prawie każdy zapisek kończy się niezmiennym "Dobrego dnia". Oczywiście nawet z tego zwrotu powstał zapisek:    
Dobrego dnia. (Kiedy pisałam „Dobrego dnia” napisało mi się „Dobrego dna”, i to mnie rozśmieszyło, ale zapomnijmy o tej literówce!). Usłyszałam wiele żartów ostatnio, ale są tak niecenzuralne albo niepoprawne, że nie mogę ich zacytować, a szkoda, a szkoda!
Poszczególne zapiski są często okraszone zdjęciami, co daje poczucie jeszcze większej intymności i „kolegowania się" z Panią Krystyną. Ujęcia z premiery spektaklu, mimochodem pstryknięta fotka ze spaceru, fotki z wyjazdu na narty... wszystko to przybliża i skraca dystans na  linii czytelnik - autor. 
Czytając Dzienniki na przemian śmiałam się, płakałam, wkurzałam i rozczulałam. Szkoda, że papierowa wersja dzienników nie jest wiernym odzwierciedleniem dziennika internetowego. Tak jakby wydawca i redaktor próbowali troszkę, tak troszeczkę, uporządkować nieuczesane myśli Pani Krystyny. Podam tylko jeden przykład, który troszkę mnie zasmucił, choć rozumiem, że Internet ma mniejsze wymagania niż papier. 
19 czerwca 2004 r. Pani Krystyna Janda zamieszcza trochę nostalgiczny post związany ze śmiercią p. Jacka Kuronia. Nagle pada takie zdanie:
Czy wyobrażacie sobie, że lotnisko może mieć adres: Księżycowa 1? To jak żart.
Rzeczywiście zdanie ni z gruszki, ni z pietruszki, ale pamiętam, że ubawiłam się czytając to zdanie. Tymczasem w wersji papierowej tego zdania nie ma, a szkoda. Takie wyrwane z kontekstu myśli dodawały dziennikom lekkości i polotu. Żeby nie było - uważam, że papierowe dzienniki również są mistrzostwem świata, ale mając świadomość takiego lekkiego retuszu byłam ociupinkę rozczarowana. 

17 grudnia 2003 w wydaniu internetowym Dzienników
Niby to samo a jednak troszkę inaczej :-)
17 grudnia 2003 w wydaniu
papierowym dzienników













Polecam każdemu fanowi Krystyny Jandy i każdemu wielbicielowi różnorakich dzienników. Zapiski Krystyny Jandy tryskają poczuciem humoru, ciepłem i wrażliwością, co powoduje, że gdy czytelnik raz zanurzy się w świat koncertów, teatrów i festiwali nie będzie chciał się z niego wydostać. 
Pozdrawiam Pani Krystyno!