piątek, 15 czerwca 2018

Plemiona. Wojna Bogów

Co jest takiego w literaturze młodzieżowej, że przyciąga mnie jak magnes? Co powoduje, że sięgam po nią pomimo tego, że na karku ... dzieści lat? To jest jakaś magia, która sprawia, że pochłaniam takie książki w kilka dni. Można sobie tłumaczyć, że chcę zobaczyć co czytają moje dzieci, ale w przypadku pierwszego tomu serii Plemiona pt. "Wojna Bogów", to tłumaczenie nie jest zbytnio wiarygodne. Gdyby lektura tej książki była spowodowana tylko i wyłącznie chęcią sprawdzenia, co czyta Starsza, to nie czekałabym z niecierpliwością na kolejny tom. A czekam. 
Weronika Kacper i Zbyszek są rodzeństwem. Dzieciaki bardzo się kochają i szanują, choć najsilniejsza więź łączy Weronikę i Zbyszka, jako że są bliźniakami. Kacper nie ma z tym problemu choć, jako najmłodszy z rodzeństwa, domaga się większej uwagi i zdarza się, że czuje się troszkę odstawiony na boczny tor. Pewnego dnia dzieciaki jadą na szkolną wycieczkę do słowiańskiej osady. Zbieg okoliczności (czy aby na pewno?) sprawia, że rodzeństwo przenosi się półtora tysiąca lat wstecz do czasów, kiedy ludzie nie wiedzieli co to szczoteczka do zębów, a obiad trzeba było sobie upolować. Nie ma jeszcze Polski a na jej terenach zamieszkują niewielkie plemiona. Każde z dzieciaków trafia w inne miejsce, każde przeżywa odmienne przygody i każde ma do osiągnięcia inne cele. Ale wspólny cel jest jeden - pokonanie Czarnoboga, który zagraża światu. 
Powieść jest rewelacyjna. Na pierwszy rzut oka schemat jest znany i wręcz przereklamowany - trójka dzieci trafia do innego świata i tam przeżywa wspaniałe przygody. Od razu przychodzą mi do głowy "Opowieści z Narni", czy też "Baśniobór". Cóż więc odróżnia Wojnę Bogów od innych powieści? Autor postanowił umieścić akcję w starym słowiańskim świecie, gdzie rzeczywistość przeplata się z czarami, a zwykłe życie silnie powiązane jest z dobrymi, lub złymi duchami. Trole, bziki, biesy czy kaduki są żywym elementem tamtego świata. Jeżeli dodamy do tego dwie krainy - Prawię i Nawię - które zaczynają się przenikać tworząc magiczną rzeczywistość - otrzymamy rewelacyjną i wyjątkowo klimatyczną powieść dla młodzieży. Jest w niej wszystko - od plemion i ich codziennych zwyczajów zaczynając, a na starciu magicznych sił kończąc. Naprawdę trudno się oderwać i to bez względu na to czy się ma -naście czy -dzieści lat. 
"Wojna Bogów" ma wyjątkowy i niepowtarzalny klimat. To taka powieść historyczna z elementami magicznymi. Autor pokazuje młodym czytelnikom wielość plemion i to, że walki międzyplemienne były dość groźne i nie można ich było bagatelizować. Pokazuje również jak wiele w tamtych czasach znaczyła zielarki, gusła i zabobony. Jak ważne było to, aby nie urazić dobrych duszków domowych, czy też niechcący nie zaprosić do swojego domostwa Biedy. Urzekła mnie przyjaźń jednego z bohaterów z Przemkiem (który okazuje się być wiosłem). Z przyjemnością czytałam o ludowych podaniach i wierzeniach przedstawionych w taki sposób, aby dzieciaki zrozumiały, że wieki temu elementy tych legend były częścią rzeczywistości. Śmiałam się czytając o poglądach na codzienne mycie czy też czesanie włosów i płakałam w momentach, kiedy główni bohaterowie… no i jak napisać, żeby zbyt wiele nie zdradzić? Nie napiszę, a tych, których zaciekawiłam, zapraszam do lektury. 
Przeczytałam jednym tchem bawiąc się przy lekturze wprost rewelacyjnie. Warto podsunąć młodszym czytelnikom pod nos, aby przekonali się, że nasza przeszłość też jest barwna i nie potrzeba smoków i wymyślonych krain, aby poczuć magię i ten specyficzny dreszczyk, który jest dowodem na to, że powieść zdobyła nasze serca i duszę. 

piątek, 8 czerwca 2018

Hotel Varsovie. Bunt chimery

Są takie powieści które czyta się jak po przysłowiowym maśle. Oczy zapętlają się w literki i nijak nie idzie ich oderwać. Mózg pochłania akapit za akapitem, a czytelnicza jaźń wrzeszczy jak opętana: Jeszcze, jeszcze! Nie ma jak jeść, a konieczność picia spowodowała, że na części stron mam zniechęcającą "falkę" powstałą od wody, którą niechcący wylałam. Opasłe tomiszcze pochłonęłam w kilka dni sycąc swoją wyobraźnię przepięknymi opisami autorstwa p. Sylwii Zientek. 
"Hotel Varsovie. Bunt chimery" to drugi tom cyklu, którego akcja dzieje się wokół warszawskiego hotelu posadowionego przy ul. Długiej. Tym razem zasuwamy przez powieść trzema drogami. Pierwsza ścieżka (dla mnie chyba najmniej ciekawa) to współczesna Warszawa i Dana Spakowski, która marzy o odzyskaniu nieruchomości położonej w samym sercu stolicy. Jak wiadomo, w Warszawie nieruchomości to łakomy kąsek... Drugi wątek to XIX - wieczna Warszawa pełna ówczesnego przepychu, pruderii i megalomanii. Sylwia Zientek przepięknie odtworzyła tamte czasy, podziały społeczne i urok ówczesnego życia. Z jednej strony, piękna bogata Warszawa z Ogrodem Saskim, cotygodniowymi spotkaniami na herbatkach i bogatym życiem towarzyskim, z drugiej - bieda, brak środków na zaspokojenie podstawowych potrzeb, wszechobecny hazard i brak szacunku do kobiet.  
Trzeci wątek to Warszawa mi obca - z czasów napoleońskich. Warszawa brudna, podupadła i pozbawiona złudzeń. Z drugiej strony to Warszawa pełna marzeń o wolności, wierząca w talent Napoleona i czekająca na wyzwolenie. Do takiego miasta przybywa Ludwik Żmijewski - piękny choć nieco niski młodzian, który pragnie podbić stolicę. W tym samym czasie do miasta przybywa madame de Gris - tajemnicza kobieta, o której mówi się, że jest szpiegiem Napoleona. Tajemnicze powiązania, wielkie uczucie i tragedia... tylko czy aby na pewno?
Kurczaki pieczone, naprawdę świetna powieść. Już pierwszy tom, o którym pisałam tu, mnie po prostu zachwycił. Trochę się bałam drugiego, bo często człowiek oczekuje od kontynuacji dużo więcej niż otrzymał w pierwszym tomie, ale tu nie zawiodłam się. Losy Żmijewskich i Szpakowskich misternie się przeplatają, a fabuła jest spójna i niezwykle wciągająca. To, w jaki sposób autorka tej powieści ujęła historię Warszawy jest naprawdę godne największych gratulacji. Widać, że Pani Zientek kocha swoje rodzinne miasto do granic możliwości. Zna każdą piędź ziemi, każdą ciekawszą historię i - co ważniejsze - potrafi się tymi historiami w przepiękny sposób podzielić. Czytałam tę powieść niczym najpiękniejszą bajkę. Długie opisy - których z zasady nienawidzę - tu przyciągają jak magnes. To nie są statyczne obrazy opisywane w przydługich akapitach. Te opisy żyją, budzą emocję i kartka po kartce pchają czytelnika dalej i dalej...
Zarówno "Klątwa Lutnisty" jak i "Bunt chimery" to piękne powieści. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to saga godna porównania z najlepszymi. Jeżeli Pani Sylwia Zientek w kolejnych tomach (oby jak najszybciej) utrzyma taki sam poziom to uważam, że "Hotel Varsovie" znajdzie swoje miejsce obok największych dzieł polskiej literatury. 

sobota, 2 czerwca 2018

Ignaś

Rok 2018 jest dla nas bardzo ważny. W mojej rodzinie - gdzie wszyscy jesteśmy członkami ZHP - obchody stulecia odzyskania niepodległości są naprawdę widoczne. Starsza brała udział w konkursie Pieśni Patriotycznej, gdzie otrzymała wyróżnienie i świetne zakładki do książek fundowane przez IPN, (o czym w następnym poście). Akcja #Moja Niepodległa organizowana przez IPN towarzyszy nam właściwie od listopada 2017 r. Cieszę się, że dzieciaki to czują i świętują. Nie było lepszej chwili na wręczenie mojemu Młodszemu książki z serii opowieści patriotyczne pod tytułem "Ignaś". Książki, która dla Młodszego jest o tyle ważna , że mówi o Paderewskim nie tylko, jako o polityku, ale również jako o rewelacyjnym muzyku i światowej sławy pianiście. Mój mały skrzypek po prostu przepadł... 
Książka zaczyna się dość dramatycznie. Czteroletni Ignaś jest świadkiem brutalnego aresztowania ojca za udział w powstaniu styczniowym. Rozpacz wyziera już z pierwszych kart powieści, ale też od razu mamy przesłanie: "Trzeba być silnym. Nigdy się nie poddawaj. Walcz o siebie synku. I walcz o Polskę!" 
Te słowa wyzierają właściwie z całej powieści. Mały Ignaś postawił sobie dwa cele: być kimś i zrobić coś dla Polski. Kiedy ciotka zaopiekowała się nim i jego siostrą, mały Ignaś marzył tylko o tym, aby grać na pianinie. Jego przedwcześnie zmarła matka miała wielki talent muzyczny i była dla małego Ignasia muzą i natchnieniem. Chłopiec chciał być pianistą, jak mama i patriotą, jak tata. Ignaś grał i grał i grał.... Męczył pianino najpierw jednym paluszkiem, a potem już poszło. Zdobył wiedzę i wykształcenie dzięki wytężonej pracy i pomocy dobrych ludzi. Ćwiczył kilkanaście godzin dziennie i nie przestawał dążyć do celu., Wszystko, co robił, ukierunkowane było w jedną stronę: być sławnym pianistą i rozsławić imię nieistniejącej przecież wówczas Polski. Zawsze opowiadał z dumą o swojej ojczyźnie i robił wszystko, aby Polska pojawiła się ponownie na mapach świata. 
"Ignaś" jest świetnym połączeniem ciepłej powieści i podręcznika historii. Losy Ignacego Paderewskiego splatają się z losami naszej ojczyzny. Powstanie Styczniowe, twórczość Adama Mickiewicza tak przesiąknięta tęsknotą za wolnością, Hrabina Chodkiewiczowa, Helena Modrzejewska, Bitwa pod Grunwaldem... wiele tematów jest jedynie muśniętych, ale wywołują w małym czytelniku ogromne zainteresowanie i emocje. 
"Ignaś" to książka, która powinna stać na każdej dziecięcej półce. To skarbnica wiedzy nie tylko o Paderewskim, ale też o odrodzeniu Polski. Lektura "Ignasia" to - w dzisiejszych trudnych dla Polski czasach - bardzo dobry moment na zatrzymanie się i zastanowienie nad dniem dzisiejszym. Należy uświadomić sobie i naszym dzieciom, że Polska to my i tylko od nas zależy, jaka będzie. "Ignaś" uświadamia to nie tylko dorosłym, ale też i małym czytelnikom. Tym najmniejszym - dla których Polska to na razie tylko podwórko i rodzice. 
Książka jest pięknie wydana. Duży format, spore litery i przepiękne ilustracje pomagają młodemu czytelnikowi w lekturze. Podczas wspólnego czytania niektóre fragmenty musiałam Młodszemu tłumaczyć, bo nawet dziewięciolatkowi trudno zrozumieć, że Polski nie było na mapach, ale w sercach Polaków była żywa i piękna. 
Polecam każdemu, bez wyjątku. I co z tego, że dla dzieci. Spróbujcie przeczytać, nawet, jeżeli Wasze dzieci są już duże. Jestem pewna, że po lekturze ostatniej strony poczujecie się Polakami przez duże P! Czego Wam z całego serca życzę.


piątek, 1 czerwca 2018

Jesteś moim przyjacielem

Książki dla dzieci to taka półka, o której można pisać godzinami. Dzielą się na kategorie, te na podkategorie, a te jeszcze na coś tam dalej.... Kolorowe, czarno - białe, z większymi lub mniejszymi literkami, ogromne niczym telewizor i malutkie jak pudełeczko od zapałek. Treść też różnoraka - od prostackiej, wręcz (jak na moje oko) wulgarnej, aż do przesłodkich kucyków, zajączków i chmureczek. Do wyboru do koloru. Co podsuwać dzieciom? Myślę, że ważne jest, aby wypośrodkować wybory, jednak bardziej skłaniam się do słodyczy niż w drugą stronę. "Jesteś moim przyjacielem" to książka z tej słodkiej kategorii. Nie oznacza to jednak, że jej treść jest banalna. O nie! Porusza tematy ważne i dość trudne dla małego czytelnika. 
Najsłodszą książką, jaką czytałam z moimi dziećmi była bajeczka pt. "Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham". Cudowna książka o miłości rodziców do dzieci. Kiedy kilka dni temu w moje ręce wpadła "Jesteś moim przyjacielem", od razu moje myśli powróciły do książeczki sprzed lat. Jest ona równie cudowna, co tamta, tyle, że nie o miłości rodziców do dzieci, a o przyjaźni. Na kilkunastu stronach, zawierających piękne ilustracje, zamieszczono krótkie opowiadanie, którego treść jest śliczna. Oczywiście - jak to w książeczce skierowanej do dzieci młodszych - jest i puenta i nauka, ale pomijając to, historyjka jest po prostu bardzo, bardzo ładna i wzruszająca. 
Pewnego wiosennego dnia zajączek spotkał jeżyka. Zwierzaczki bardzo się polubiły i zaprzyjaźniły.
Całymi dniami wspólnie baraszkowali, szukali marchewek, leżeli na łące i rozmawiali. Bardzo się polubili i zostali przyjaciółmi. Kiedy nadeszła jesień jeżyk poczuł, że przyszedł ten moment, kiedy musi porzucić zajączka. Zajączek wpadł w rozpacz, jednak jeżyk obiecał mu, że na pewno wróci. Zajączek całą zimę chodził na polanę i czekał na powrót jeżyka, Początkowo był rozżalony, jednak cierpliwie czekał. Nie wątpił, że jeżyk wróci, bo przecież mu to obiecał, a przyjaciele dotrzymują obietnic. Pewnego zimowego dnia wrona powiedziała zajączkowi, że jeże w zimie wykopują sobie norki i śpią aż do wiosny. Zajączek wpadł na pomysł i resztę zimy pracował pod ziemią. Kiedy jeżyk obudził się, zajączek z dumą pokazał mu wykopaną norkę na tyle dużą, że oboje bez problemu się do niej zmieszczą. Teraz już zajączek nawet w zimie nie będzie sam. 
Książeczka zawiera przepiękne ilustracje. Nie żadne wymyślne i udziwnione, ale zwykłe kolorowe obrazki, których autorką jest p. Joëlle Tourlonias. Ciepłe, pastelowe ilustracje z powodzeniem oddają klimat przyjaźni i wspólnego zaufania. Są ozdobą książeczki i rewelacyjnie uzupełniają jej treść. 
Książeczka zawiera też drugą, niemą historyjkę, dostępną tylko dla uważnych czytelników. Jej bohaterką jest myszka - bierna obserwatorka zmagań zajączka i jeżyka. Warto jednak prześledzić wspólnie z naszą pociechą jej losy, ponieważ są one równie ciekawe, a niewątpliwym wyzwaniem jest to, że mały czytelnik sam musi opowiedzieć sobie historyjkę myszki i co więcej - wyciągnąć z niej wnioski. 
Autor Michael Engler jest cenionym niemieckim autorem książek dla dzieci i młodzieży. Napisał drugą część przygód zajączka i jeżyka pt. "Przyjaciele na zawsze". Czy warto? Na pewno! Myślę, że temat przyjaźni i uczciwości w stosunku do drugiego człowieka jest bardzo ważny i uniwersalny. Zarówno Starsza jak i Młodszy przeczytali "Jesteś moim przyjacielem". Starsza oczywiście z pobłażliwym uśmieszkiem na twarzy, co nie znaczy, że treść nie dała jej do myślenia. Młodszy - z ciekawością, choć również padł komentarz: Przecież to dla maluchów! Okazało się jednak, że oboje zauważyli myszkę i oboje skomentowali jej losy. To, co podane wprost przyjęli bez emocji, ale przekaz dodatkowy zrobił już o wiele większe wrażenie.


wtorek, 22 maja 2018

Początek

Powiem tak. Po "Kodzie Leonarda da Vinci" i "Aniołach i demonach" już nic nie jest w stanie mnie zachwycić. Dwie pierwsze części mnie urzekły, ale już kolejne - niekoniecznie. Nie oznacza to jednak że do lektury "Początku" musiałam się zmuszać... bez przesady :-) Niewątpliwe jednak jest to, że każdą kolejną książkę oceniam przez pryzmat dwóch pierwszych tomów, a to stanowczo już nie wróci. 
Robert Langdon, profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista w dziedzinie ikonologii religijnej i symboli, przybywa do Muzeum Guggenheima w Bilbao, gdzie ma dojść do ujawnienia odkrycia, które „na zawsze zmieni oblicze nauki”. Gospodarzem wieczoru jest Edmond Kirsch, czterdziestoletni miliarder i futurysta, którego oszałamiające wynalazki i śmiałe przepowiednie zapewniły mu rozgłos na całym świecie. Kirsch, który dwadzieścia lat wcześniej był jednym z pierwszych studentów Langdona na Harvardzie, planuje ujawnić informację, która będzie stanowić odpowiedź na fundamentalne pytania dotyczące ludzkiej egzystencji.
Gdy Langdon i kilkuset innych gości w osłupieniu ogląda oryginalną prezentację, wieczór zmienia się w chaos, a cenne odkrycie Kirscha może przepaść na zawsze. Chcąc stawić czoła nieuchronnemu zagrożeniu, Langdon musi uciekać z Bilbao. Towarzyszy mu Ambra Vidal, elegancka dyrektorka muzeum, która pomagała Kirschowi zorganizować wydarzenie. Razem udają się do Barcelony i podejmują niebezpieczną misję odnalezienia kryptograficznego hasła, które stanowi klucz do sekretu Kirscha… (opis ze strony wydawnictwa) 
Jak to z powieściami Dana Browna bywa, "Początek" świetnie się czytało. Szybkie zawiązanie akcji, spore tempo wydarzeń i intryga, która ... no własnie. Miała zaskoczyć, a tu nic. Problem z intrygą jest taki, że niby jest coś nowego, niby rozważań na temat dziejów ludzkości jeszcze nie było, ale wszystko przypomina fabułę poprzednich tomów. I tak, przemykając przez kolejne rozdziały czułam coraz większą pewność, że kolejnego tomu już nie będę czytać. Wystarczy. Nasz bohater jak zwykle jest supermenem, którego kule się nie imają, jest oczywiście chuda piękność, którą Langdom ratuje, jest helikopter.... no kurczę właściwie jest wszystko to, co w poprzednich częściach, tylko zagadek jakby mniej. A szkoda, bo to zawsze dla mnie był najciekawszy element tych powieści.
To co z pewnością mnie urzekło to pytanie do ludzkości: Skąd przyszliśmy i dokąd idziemy? Wywody w tej kwestii są tyleż ciekawe, co przydługie i męczące. W ogóle powieść jest okraszona sporą ilością teologicznych wywodów, które początkowo wydają się wciągające, ale gdzieś w połowie książki zaczynają nużyć. 
Trudno mi pisać, bo nie wątpię, że dla czytelników, którzy po raz pierwszy spotkają się z twórczością Dana Browna, "Początek" będzie super wciągającą lekturą. Ja jednak rozczarowałam się i bardzo żałuję, że autor nie potrafi wymyślić już nic oryginalnego. 

Jej wysokość P.

Książki dla młodzieży czytać lubię i to nawet bardzo. Pewnie to kwestia tego, że moja Starsza ma już tych -naście lat i lubię jej co ciekawsze pozycje podsuwać pod nos. "Jej wysokość P." podsunęłam, wręcz wepchnęłam do ręki i stwierdziłam: Masz przeczytać! :-) Dlaczego? Dlatego, że moje dziecię ma kompleks niskiego wzrostu. Liczy sobie 160 cm wzrostu i nie rozumie, że to naprawdę nie jest żadna tragedia. Poza tym nastolatki lubią książki o miłości, Starsza w tej kwestii nie jest wyjątkiem. :-) Teraz jest w trakcie lektury. Reakcja ? Cóż, zobaczymy... 
Główna bohaterka - Peyton - ma siedemnaście lat, 184 cm wzrostu i masę kompleksów na tym punkcie. Jako osoba zakompleksiona oczywiście garbi się na potęgę i jest dość niezgrabna, czym naraża się na ciągłe docinki ze strony rówieśników. Ma trudności z kupieniem sobie pasujących ubrań czy też butów, nie mówiąc już o kostiumie kąpielowym. Ciągle słyszy, że jest brzydka i nieatrakcyjna przez co ma spore trudności w kontaktach z rówieśnikami. Owszem, ma jedną oddaną przyjaciółkę, ale już o męskiej sympatii może tylko pomarzyć. Pewnego dnia Peyton, skuszona możliwością otrzymania niebagatelnej kwoty 800 dolarów, podejmuje zakład. Dostanie te pieniądze pod warunkiem że uda jej się poderwać chłopaka wyższego od siebie. Miernikiem wygranej są trzy randki i bal maturalny spędzony z chłopcem mającym 185 lub więcej centymetrów wzrostu.  
Cała powieść jest obserwacją motyla. Czytelnik może śledzić dojrzewanie wewnętrzne naszej bohaterki, obserwować, jak z brzydkiego kaczątka zamienia się w łabędzia. Kiedy Peyton odkrywa swoją pasję i talent odkrywa również, że to jak wygląda i jak ją odbierają ludzie, zależy w dużej mierze od niej samej. Z biednej zakompleksione panienki na początku powieści Peyton przeradza się w pewną siebie i swoich talentów dziewczynę... i to zakochaną dziewczynę!
Kompleksy kompleksami ale - jak to w bajkach bywa - musi być wątek miłosny. I jest - bardzo delikatny i subtelny, taki w sam raz.  Miłości i erotyki jest dokładnie tyle ile potrzeba, aby nastolatki czytały z wypiekami na twarzy. Wątek ten jest jednak na tyle delikatny, że pozostaje gdzieś w tle, nie dominując fabuły książki. 
"Jej wysokość P" można odebrać troszkę jako fabularny podręcznik dla nastolatek traktujący  o tym, jak radzić sobie z kompleksami i jak budować wiarę w siebie i swoje umiejętności. To powieść bardzo pozytywna i mająca dobry wydźwięk emocjonalny w czytelniku. Czytając ją miałam wrażenie, że autorka (która nomen omen jest psychologiem) przekazuje czytelnikowi podprogowy przekaz: Jesteś najlepsza! Uwierz w siebie! Taki przekaz w połączeniu ze sporą dawką humoru daje nam naprawdę ciekawą lekturę bardzo sympatyczną w odbiorze. I ta afera cyckowa... :-) 

poniedziałek, 21 maja 2018

Zapytaj astronautę

Od początku zastrzegę - jeżeli, mój drogi czytelniku, nie lubisz rozpływania się nad książką, to nie czytaj dalej, tylko proszę pamiętaj: "Zapytaj Astronautę" jest super książką. A jeżeli jednak chcesz wiedzieć troszkę więcej w zamian za przyjęcie sporej dawki słodyczy, ochów i achów - to zapraszam do recenzji.
Rzadko spotykam książkę, która zainteresuje zarówno mnie jak i moje dzieci. To jest trudne zadanie - Mama, czternastolatka i dziewięciolatek nie są wdzięcznym targetem do wspólnego czytania. "Zapytaj Astronautę" dało radę. Jest świetną, naprawdę rewelacyjną książką do wspólnego czytania. Można po niej podróżować w tę i nazad, można zachwycać się ilustracjami, rozwiązywać zagadki, zastanawiać się, jak to możliwe i śmiać do łez z anegdot ukazujących życie w kosmosie. 
Tim Peake jest brytyjskim lotnikiem i astronautą. W 2016 r. zakończył misję Principia, w ramach której 186 dni spędził w kosmosie. Jako tata dwóch chłopców na co dzień spotyka się z miliardem pytań dotyczących kosmosu. Jako że Tim jest wyjątkowo otwartym człowiekiem - pytania zaczęli zadawać wszyscy. Tim rozumie tę ciekawość i stara się wszystkim zainteresowanym wyczerpująco odpowiadać. Jedne są banalne i powtarzają się co spotkanie, inne są wyjątkowe. Co jędzą astronauci? Jakie noszą zegarki? Czy w kosmosie jest hałas? Jak się w kosmosie korzysta z toalety? Ile lat miał najmłodszy astronauta? Co w kosmosie jest najbardziej obrzydliwe? 
Pytania świetne, prawda? Tim postanowił zebrać je wszystkie w książce. W ten sposób powstała rewelacyjna, najlepsza, bezprecedensowa i najbardziej ekstra (to mój Młodszy) książka pt. "Zapytaj Astronautę".
Pytania zostały zebrane w sześć tematycznych grup: Start, szkolenie, życie i praca na stacji kosmicznej, spacery kosmiczne, ziemia i przestrzeń kosmiczna i powrót na ziemię. Autor w bardzo prosty i wyrazisty sposób odpowiada na pytania, starając się młodemu czytelnikowi przybliżyć tajemnice kosmosu. Nie ukrywajmy - ja też czytałam z otwartymi ustami i często byłam zdziwiona przekazywanymi rewelacjami. Ilość ciekawostek zawartych w książce przekracza najśmielsze oczekiwania. Wiecie  na przykład, że w Rosji, przed samym startem, tradycją jest obsikanie przez astronautów tylnej opony autobusu? Albo, że ciśnienie wewnątrz skafandra odpowiada ciśnieniu jakie występuje 9 144 m n.p.m.? Takich ciekawostek jest w tej książce całe mnóstwo i zapewniam was że każdy - od 5 - do 105 lat - będzie ją czytał z wypiekami na twarzy. No dobra - wykluczmy z tej grupy astronautów. 
W książce jest trochę zdjęć. Niewiele, ale tę niewielką ilość rekompensują obrazki. Uwierzcie - że graficznie można przedstawić bardzo wiele. Jest też sporo ciekawostek ujętych w telegraficznym skrócie. Umieszczone są w ramkach na zasadzie pytanie odpowiedź co daje niesamowity głód wiedzy. 
Polecam każdemu, każdemu bez wyjątku. Najbardziej jednak żądnym wiedzy dzieciakom, których marzenia sięgają gwiazd. 
A na zakończenie zagadka, którą musiał rozwiązać autor podczas kwalifikacji do szkoły astronautów. Wyobraźcie sobie że macie kostkę która na ściance pod spodem ma kropeczkę, Reszta na rysunku poniżej,  a odpowiedź do znalezienia w recenzji.  



sobota, 19 maja 2018

Oskarżyciel

Książkę znalazłam w internecie. Właściwie to - jak rzadko - wyboru dokonałam "po okładce". Garnitur, krawat, biała koszula, tytuł cyklu - wszystko wskazywało na thriller prawniczy, albo chociaż na coś o przybliżonej tematyce. Oczekiwałam grubego tomiszcza, które zajmie mi przynajmniej kilka wieczorów. Jakież było moje zdziwienie! Nie mylmy przy tym zdziwienia z rozczarowaniem, bo takie uczucie nie pojawiło się w czasie lektury ani przez chwilę. Natomiast zaskoczenie - owszem. 
Po pierwsze zamiast opasłego tomiszcza dostałam do rąk niepozorną książeczkę, liczącą raptem 128 stron. Lektura właściwie na jeden wieczór. Dobra - pomyślałam. Przecież nie liczy się ilość, a jakość prawda? Książki o tematyce prawniczej wciągam niczym kluski, więc na pewno mi się spodoba. No własnie, chyba nie do końca....
Bohaterem powieści może i jest prawnik, ale z thrillerem prawniczym "Oskarżyciel" nie ma nic wspólnego. Ta powieść jest powieścią o zabarwieniu erotycznym, która na pewno spodoba się fankom cyklu o Grey'u. Ja do nich nie należę.  
Andrew Hamilton jest bogatym przystojnym prawnikiem o dość nietypowym spojrzeniu na kobiety i związki z nimi. Jest aroganckim, pewnym siebie d....kiem, który zwyczajnie zalicza panienki. Związki trwające nie dłużej niż dobę to szczyt jego możliwości. Potencjalnych partnerek poszukuje na portalu społecznościowym przeznaczonym dla zdesperowanych samotnością prawników. Alyssa jest jedną z uczestniczek tego portalu i od pierwszego kontaktu intryguje naszego bohatera. Kobieta odmawia spotkania "w realu", jednakże wyjątkowo chętnie flirtuje na łączach. Szuka również porad zawodowych i to wokół nich krąży konwersacja naszych bohaterów. Nieoczekiwanie dla obojga ta znajomość przeradza się w dość nietypową relację. Na pewno daleko jej do przyjaźni, ale niewątpliwie jest ona bardzo zażyła. Wszystko się zmienia w momencie, gdy kancelaria Andrew'a rozpoczyna poszukiwania stażystki. Nie będę więcej pisać, choć nietrudno domyśleć się co się wydarzy.
Fabuła jest prosta, wręcz banalna. Nie należy jednak oczekiwać po takiej powieści większych fajerwerków. Gdybym choć zerknęła na opis, wiedziałabym z jakim rodzajem powieści mam do czynienia. A tak zaskoczył mnie mocno erotyczny świat. Nie to, że nie przeczytałam, bo przeczytałam i nawet - patrząc kategoriami powieści lekkiej łatwej i przyjemnej - mi się podobało, ale na zakończenie szlag mnie trafił. 
Powiedzcie mi, jaki jest sens robienia trylogii, skoro pierwszy tom swoją objętością przypomina instrukcję sokowirówki? Drugi tom liczy sobie 120 tom, czyli razem mamy 240. Tyle stron liczy (moim zdaniem) pełnowymiarowa powieść. W "Oskarżycielu" ledwo poznałam głównych bohaterów, ledwo zdążyłam się z nimi "czytelniczo" spoufalić, a już dotarłam do końca. Właściwie to czułam się tak, jakbym własnie przeczytała wstęp. To - przyznam się - mocno  mnie zirytowało. 
Polecam powieść wszystkim kobitkom spragnionym chwilki oddechu. Treść banalna, ale okraszona pikantnymi szczegółami, dość zgrabnie wplecionymi w fabułę. Nie jest to literatura wysokich lotów, ale przecież nie tylko Orwellem człowiek żyje. Ot lekka pozycja na zakończenie dnia. Natomiast rada moja jest taka - jeżeli chcecie w pełni docenić walory tej powieści, to zgromadźcie przy sobie wszystkie trzy tomy i traktujcie je jako całość. Inaczej niedosyt jaki w Was pozostanie zepsuje wszystko. 

piątek, 18 maja 2018

Tajemnica zapomnianych podziemi

Ta niepozorna książeczka, licząca sobie raptem 140 stron, niesie w sobie wszystko to, co stanowi odzwierciedlenie marzeń dzisiejszych dzieci. W dobie komputerów, smartfonów i tabletów przygoda, jaką przeżyli bohaterowie "Tajemnicy..." jest czymś wyjątkowo cennym. Powieść przeczytałam w jeden ranek i zachwyciłam się. Czym? Prostotą przekazu, lekkim piórem i wspaniałą fabułą. 
Szymon i Jan są dwunastoletnimi kuzynami. Lubią wspólnie spędzać czas, choć często przeszkadza im siostra Jana - Milena. Pewnego dnia dzieci wraz z rodzicami wybierają się na wycieczkę rowerową zakończoną piknikiem. Kiedy rodzice siedzą na trawie z młodszym rodzeństwem, nasza trójka postanawia zbadać pobliski lasek. Jakież jest ich zdziwienie, kiedy w pobliżu łąki odkrywają wejście do tajemniczych tuneli. Postanawiają ukryć to w tajemnicy przed rodzicami. Następnego dnia organizują wyprawę mająca na celu eksplorację tuneli. Ich trochę nieodpowiedzialne działanie pociąga za sobą spore skutki. Pełna niebezpieczeństw wyprawa pokazuje młodemu czytelnikowi, jak ważne jest przewidywanie efektów swoich czynów. Brzmi może moralizatorsko, ale zapewniam Was, że na kartach powieści przekaz jest dużo łagodniejszy, choć bardzo wyraźny. 
Lektura budzi sporo emocji. Trochę strachu o losy naszym młodocianych odkrywców, trochę śmiechu, bo kiedy czytamy o wampirach i piciu krwi, to bez wyjątku - każdy się roześmieje. Dodam jeszcze, że w powieści istnieje drugi wątek, który mnie osobiście wzruszył. Miejscowy włóczęga i pijaczek okazuje się być zupełnie kimś innym, niż mieszkańcom wioski się wydaje. Przy rozwiązaniu zagadki gula w mym gardle nie chciała ustąpić. 
Cóż więcej napisać? Chyba tylko tyle, że rzadko można spotkać taką książkę. Szkoda, że okładka jest dość niepozorna przez co wielu rodziców szukających wartościowej lektury dla swoich pociech, po prostu "Tajemnicy zapomnianych podziemi" nie zauważy... 

czwartek, 17 maja 2018

Rozrywacz

Podsumowanie powinno być na końcu, ale tym razem nie mogę się powstrzymać i napiszę już w pierwszym zdaniu: To wielka sztuka napisać trylogię tak, aby każdy kolejny tom był lepszy od poprzedniego! To wielka sztuka tak podzielić nurtujące głowę pomysły, aby ciekawostek i nowości wystarczyło na wszystkie trzy tomy. To wielka sztuka tak stworzyć fabułę powieści, aby czytelnik po każdym kolejnym tomie nie mógł się doczekać kolejnego. A już napięcie na końcówce trzeciego tomu... naprawdę, autorka dała radę! 
Oczywiście na wstępie trzeciego tomu - nowy bohater i to taki, który swoja tajemniczością i mrokiem duszy wywołuje ciarki na plecach. Jego losy i przygody wprowadzają nieco zamętu do fabuły, ale nie przeszkadza to w odbiorze całości, a w ręcz przeciwnie - uatrakcyjnia powieść. Zresztą znani nam z poprzednich tomów bohaterowie przeżywają tyle przygód, że poszczególne tomy trylogii można by stworzyć tak, aby każdy tom opowiadał o perypetiach danego bohatera. Wprawdzie wtedy tomów byłoby około dziesięciu, a nie trzy, ale myślę że fani "Podróżniczki" byliby z tego faktu niepomiernie zadowoleni.
Głównym wątkiem "Rozrywacza" są klany poszukiwaczy. Poznajemy losy członków poszczególnych klanów, przyczyny niesnasek i konfliktów. Przedstawiona historia jest obłędna. Autorka świetnie połączyła wszystkie watki ciągnące się przez poprzednie dwa tomy w całość i zakończyła trylogię z przytupem. Czytelnik poznaje rozwiązania największych tajemnic. Poznajemy tożsamość Starszego Sędziego, dowiadujemy się kim jest Nott i zagłębiamy się w przeszłość, aby lepiej zrozumieć to, co wydarzyło się w teraźniejszości.
Wielki szacunek mam dla autorki za wyczucie chwili. Niektóre zagadki i tajemnice zostały rozwiązane w idealnym punkcie powieści. Ani za wcześnie, ani za późno - w sam raz, aby czytelnika zaskoczyć i wywołać w nim uczucie podziwu dla kunsztu pisarskiego.
Trudno pisać recenzję tej powieści. Każde zdanie, które przychodzi mi do głowy na temat fabuły, momentalnie zostanie uznane za spojler. Tu cały czas coś się dzieje, nie ma czasu na nudę, a każde zdarzenie wywołuje lawinę kolejnych perypetii.
Polecam zwłaszcza młodym miłośnikom fantastyki. Świeżość tej powieści zachwyci każdego.   

środa, 16 maja 2018

Wyrok na miłość

Książki Agaty Kołakowskiej uwielbiam. Każda z nich jest perełką samą w sobie. "Wszystko co minęło", "We dnie w nocy", "Kolejny rozdział", "Niechciana prawda"..., każda z nich była świetna, nietuzinkowa i chwytająca za serce. Każda z nich stanowiła zaskoczenie. A już "Niechciana prawda" pobiła wszystko. Pamiętam, że długo nie mogłam dojść do siebie po tej lekturze. 
"Wyrok na miłość" - jak zwykle - był zaskoczeniem. Powieść inna niż wszystkie i to z kilku względów, ale o tym za chwilę.
Deski teatru Variétés są tym, co łączy bohaterów powieści. Nitki powiązań i zależności pomiędzy postaciami związanymi z teatrem, snują się niczym pajęczyna. Dyrektor teatru Igor Niesłony, jest artystą zmuszonym przez życie do pracy w charakterze menadżera. Trudny człowiek, który ma swoje za uszami. Jego przyjaciel Cezary jest aktorem, który musi się zmierzyć ze zdradą najbliższych sobie osób. Adam Mitoraj - z zawodu prawnik, z zamiłowania dramaturg - marzy o tym, aby któregoś dnia zasiąść w fotelu teatralnym jako autor wystawianej sztuki. Marlena Zych jest sprzedawczynią w "Małej czarnej". Pragnie od życia ciszy i tego, aby świat o niej zapomniał. Hubert - starszy Pan z wydatnym brzuszkiem - jest właścicielem fabryki okien. Zakochał się w młodszej o 20 lat kobiecie, która z teatru Variétés czyni kartę przetargową.  
Bohaterów jest o wiele więcej. Tabun zapatrzonych w siebie, bezpardonowych kobiet z miłością do pieniędzy i brakiem szacunku do świata, aktorzy z teatru.... ba!, nawet ochroniarz odgrywa niebagatelną rolę. Każdy z bohaterów prowadzi własne życie, które trochę przypadkiem, a trochę świadomie, splata się z losami innych bohaterów. 
I to jest właśnie smaczek tej powieści. Wyobraźcie sobie makatkę, która na początku składa się z kilkunastu jednokolorowych pasm. Równe, jednobarwne wstęgi, splecione ze sobą pojedynczymi nitkami. Im dalej idziemy po tym dywanie, tym więcej pasm przenika się nawzajem, aż w końcu powstaje wielobarwna mieszanina kolorów. Taka własnie jest ta powieść i powiem Wam, że obserwacja współzależności, zbiegów okoliczności, przemian i dramatów jest dla czytelnika przepyszną ucztą.
Powieść jest jak życie - czasem zabawna, czasem smutna, miejscami zwyczajna, a miejscami wyjątkowa. Magiczne są dla mnie sceny, których tło stanowi teatr. Nie wiem dlaczego, ale kiedy czytałam o scenografii stanowiącej przekrój budynku, o przygotowaniach aktorów do spektaklu, ogarniało mnie przekonanie, że złapałam Pana Boga za nogi i mogę zajrzeć w niedostępny dla mnie do tej pory świat. 
Żeby nie było za słodko dodam, że jest też wątek, który mnie drażni. Weronika, będąca narzeczoną Huberta, działa na mnie jak płachta na byka, a jej nabzdyczone przyjaciółeczki są dla mnie nie do przyjęcia. Ale może właśnie o to autorce chodziło? O ten przeskok z tajemniczego teatru do pustego świata kobiecej próżności...
Rewelacyjna mozaika ludzkich uczuć, marzeń i pragnień. Polecam każdemu, kto lubi literaturę lekką, ale wymagającą od czytelnika uwagi. Szkoda, że tytuł z zasady szufladkuje powieść jako literaturę "babską", bo przecież nie do końca tak jest. 
Na zakończenie dodam, że po raz pierwszy żałowałam, że czytam książkę na czytniku. Już po lekturze dowiedziałam się, że do papierowej wersji została dodana płyta z utworami skomponowanymi z myślą o książce. Piosenki nagrano w studio u Leszka Możdżera we Wrocławiu. Utwory "Wilda wody" i "Wyrok na miłość" śpiewa aktorka Teatru Muzycznego Ewa Szlempo. 
To dopiero musi być uczta! 

wtorek, 15 maja 2018

Podróżniczka

Dobra, młodzieżowa fantastyka jest w cenie. Rzadko można trafić na coś, co nie jest płytkie i nie zakrawa na bajeczkę dla grzecznych dzieci. Ostatnio mam dobrą rękę do takich książek. Była "Kaldera", byli "Zwiadowcy", teraz czas na "Podróżniczkę".
Pierwszy tom trylogii  pt. "Poszukiwaczka" recenzowałam jakiś czas temu. Powieść zrobiła na mnie spore wrażenie głównie ze względu na bardzo ciekawie wykreowany świat. Pomysł tchnie świeżością  i nietuzinkowością. Świetna fabuła, wyraziste postacie bohaterów - czegóż chcieć więcej?
Nie ukrywam, że po dobrym pierwszym tomie, trochę bałam się sięgnąć po drugi. Czy autorka pokona tak wysoko postawioną poprzeczkę? Czy drugi tom zachwyci mnie równie mocno, jak pierwszy?
Już na wstępie zaskoczyło mnie poczucie, że autorka potraktowała pierwszy tom, jako swoistego rodzaju prolog. Na początku drugiego tomu nie ma żadnego wstępu czy też przypomnienia. Czytelnik musi szybko przypomnieć sobie zdarzenia z pierwszego tomu. Od razu pojawiają się nowe imiona oraz - co ciekawsze - nowe magiczne przedmioty. Narracja również się wzbogaca. W drugim tomie swoje przygody opowiadają nam nie tylko dotychczasowi bohaterowie (Quin, Shinobu, John i Maud), ale również tajemniczy chłopiec o imieniu Nott oraz mama Johna - Catherine. Wzbogaca to niesamowicie fabułę powieści i powoduje, że czytelnik z niecierpliwością czeka na to, jak to wszystko się zakończy. Ciekawy jest również wątek Młodej Sędzi, który zaskoczył mnie niepomiernie. Przyznam się, że był taki moment podczas lektury, kiedy moja sympatia z Quin i Shinobu powędrowała w stronę Johna i Młodej Sędzi. Kibicowałam im i miałam nadzieję, że... się uda. Więcej nie powiem. 
Dzieje się dużo. Czytelnik - dzięki nowym postaciom - cofa się w czasie i pomału odkrywa dlaczego poszczególne klany poszukiwaczy są do siebie tak wrogo nastawione.  Okazuje się, że konflikt korzeniami sięga daleko w przeszłość, a jego powody są dość skomplikowane. Akcja toczy się wartko i czytelnik - pomimo wielu niedopowiedzeń - nie ma czasu zastanawiać się nad poszczególnymi fragmentami układanki. Kiedy poszczególne elementy wskakują na swoje miejsce odbiorca szeroko otwiera oczy ze zdziwienia i .... koniec. Trzeba sięgnąć do trzeciego tomu, albo pozostać w niewiedzy i niepewności. 
Świetna powieść, która proponuje czytelnikowi podróż rollercoasterem przez nieznaną krainę pełną niespodzianek, magicznych przedmiotów i zaskakujących zwrotów akcji. 
Warto. 

poniedziałek, 14 maja 2018

Nie zabijaj tej miłości

Powieść, z której emocje wydostają się jak bąbelki ze wstrząśniętej butelki z coca - colą. Z jednej strony czytelnik domyśla się, przeżywa, zaciska pięści i zaklina książkową rzeczywistość, z drugiej obserwuje spokojne życie i ludzkie losy, splatające się ze sobą niczym warkocz. 
Plaża, piękna pogoda słońce i dwie kobiety. Jedna siedzi w towarzystwie małego dziecka z rozdartym sercem i rozpaczą w duszy. Druga - uśmiechnięta i radosna - cieszy się swoim życiem i szczęściem, które towarzyszy jej każdego dnia. Co je łączy? A właściwie należy zapytać: co je dzieli? 
Basia jest pielęgniarką w sanatorium, ma synka Piotrusia i męża żołnierza. Niestety jej małżeństwo właśnie przeżywa kryzys i Basia czuje, że jest na życiowym zakręcie.
Anna to kobieta torpeda. Oddaje się pracy naukowej, wspiera męża notariusza i na pozór jest szczęśliwa. Myśl o powiększeniu rodziny odkłada na potem. Przecież ma jeszcze czas, prawda? Niestety okazuje się, że jej mąż Tomasz jest zupełnie innym człowiekiem, niż Anna oczekiwała. Wielkie rozczarowanie jego zachowaniem zbiega się z coraz większymi naciskami rodziny męża dotyczącymi wymarzonego potomka. Oczywiście męskiego. W Annie wzbiera się bunt i chęć zakończenia małżeństwa, tym bardziej, że w pobliżu pojawia się mężczyzna, który wydaje się być ideałem. 
Urzekła mnie prostota powieści. Autorka spokojnym, lekkim piórem przeprowadza czytelnika przez życie naszych bohaterek. Chora ciocia, konflikty z ojcem, problemy z synkiem - życie! Prawdziwe życie, które na kartach powieści płynie wartko, niczym rzeka. Ta zwykła rzeczywistość stanowi tło dla naszych bohaterów. Każda z postaci jest do bólu zwykła - ma wady i zalety, jasną i ciemną stronę. 
Książka prosta w treści i skomplikowana w uczuciach. Czytając powieść, czytelnik "płynie" nad losami bohaterów i obserwuje wydarzenia jakby zza firanki. Pamiętacie, jak w Piotrusiu Panu latające dzieci zaglądały do okien poszczególnych domów i podglądały życie ich mieszkańców? Podczas lektury "Nie zabijaj tej miłości" tak własnie się czułam. To uczucie dawało specyficzny, mistyczny klimat. Niby wszystko było wiadomo, niby zakończenie łatwe do przewidzenia, a jednak ciągle miałam nadzieję, że autorka zaskoczy czymś wyjątkowym. Czy zaskoczyła? Zapraszam do lektury. 

wtorek, 8 maja 2018

Internat

Lubię takie książki. Mają w sobie coś magicznego. Trudno powiedzieć co, ale niewątpliwie emanuje z nich oryginalność i specyficzny nastrój. Niby zwykłe czytadło, niby nic ambitnego, a jednak fabuła "Internatu" pozostanie w mojej głowie na długi czas. To powieść niebanalna, choć przyjemnie prosta "w obsłudze". 
Już sama okładka przyciąga wzrok. Piękne, monumentalne gmaszysko kusi i przyzywa czytelnika. To własnie w tym budynku znajduje się tytułowy internat. Mieszkanki internatu są bohaterkami powieści, która zawojowała świat nastolatek. Współczesne dziewczyny są zafascynowane opisanym światem. Dyscyplina, posłuszeństwo, mundurki i przysłowiowy "ordnung" z niewiadomych przyczyn fascynują i przyciągają współczesną młodzież. Tej fascynacji przygląda się Wiktoria - młoda studentka socjologi, która postanawia napisać na ten temat pracę magisterską. Kiedy bierze  do ręki pierwsze wydanie "Internatu" wszystko zaczyna się zmieniać. Wiktoria przenosi się do książki, do ciała jednej z bohaterek, Anny Wolf. Dziewczyna nie jest zbyt lubiana, jednak nie ma to większego znaczenia. Nasza bohaterka zrobi wszystko, aby powrócić do swojego świata, ale czy to możliwe?
Wielką przyjemność sprawiła mi lektura opisów codziennego życia bohaterek - książkowego życia. To co dziewczyny robią, jedzą czy też mówią jest w dużej mierze uzależnione od tego, co autorka napisała w powieści. Nie muszą korzystać z toalety, bo nigdzie nie ma na ten temat wzmianki. Nie pocą się, nie kąpią... ale takie rozwiązanie ma też niewątpliwie wady. Np. posiłki są zupełnie bez smaku, co jest zrozumiałe zważywszy na fakt, że w powieści autorka w żadnym z rozdziałów nie skupiła się na opisie wspaniałości posiłków. 
Drugi wątek skupia się wkoło Adama - chłopaka Wiktorii. Kiedy Adam zauważa, że jego dziewczyna nie jest sobą, postanawia się z nią rozstać. Na szczęście szybko okazuje się, że Wiktoria to nie Wiktoria, a Adam... no nie mogę więcej napisać, bo zepsuję niespodziankę. Dodam tylko, że im dalej w lekturę tym bardziej robi się mroczno i straszno. Książka wciąga niczym magnes, a końcówki powieści nie należy czytać w mroku. Fascynujące opisy pogrążonego we mgle internatu i życia dziewczyn, uzależnionego od ludzi z zewnątrz, robią naprawdę niesamowite wrażenie. 
Trochę rozczarowało mnie zakończenie. Myślałam, że autorka wymyśli coś, co mnie zadziwi i będzie taką wisienką na torcie, a tu okazało się, że najprostsze sposoby są najbardziej skuteczne. Szkoda, bo miałam nadzieję na fajerwerki, a tu tylko pyknięcie. Nie ulega jednak wątpliwości, że powieść mnie oczarowała i przyjemnie zaskoczyła. Długo pozostanie w mej pamięci. 

poniedziałek, 7 maja 2018

Kaldera

John Flanagan to autor niesamowicie wciągającej serii pt. "Zwiadowcy". Moja Starsza, podczas ubiegłorocznych wakacji zaczytywała się kolejnymi tomami tak intensywnie, że aż mnie drażniła. Czytnik był niezmiennie piątym członkiem rodziny. Wszędzie gdzie się dało - czytała. Ciekawa byłam, co też to jest - i wsiąkłam w powieść równie mocno jak Ona. Świat wykreowany w Zwiadowcach pochłonął mnie i zauroczył. Nic więc dziwnego, że obie z wielką radością powitałyśmy nową serię tego samego autora pt. Drużyna. 
"Kaldera" to siódmy tom serii, jednak nie należy się zrażać nieznajomością wcześniejszych przygód bohaterów. Starsza czytała po kolei, ja natomiast sięgnęłam najpierw po Kalderę. Autor w kilku zgrabnych akapitach przedstawia czytelnikowi główne postacie i właściwie nie ma potrzeby sięgania do wcześniejszych tomów. Książka sama w sobie jest całością, ze zgrabnym początkiem i ciekawym zakończeniem - bardzo wciągającą całością. 
Naszych bohaterów spotkamy w Hallasholm, kiedy to Stig przygotowuje się do arcyważnego turnieju. Zwycięzca będzie mianowany najwaleczniejszym spośród wszystkich wojowników Skandii. Niestety Stig musi zweryfikować swoje plany, a udział w turnieju niespodziewanie przestaje być dla chłopaka ważny. Przyczyną tego są odwiedziny tajemniczego mężczyzny, który zapukał do drzwi podczas posiłku, jakim raczyła Stiga i jego przyjaciół matka chłopaka. Szybko okazuje się, że to Olaf, ojciec Stiga, który przed laty okradł swoich towarzyszy i w hańbie opuścił żonę i syna. Teraz jednak znalazł się w potrzebie i postanowił poszukać pomocy u tych, których dawno temu skrzywdził. Będąc dowódcą cesarskiej straży w dalekiej krainie nie dopełnił swoich obowiązków i pozwolił na uprowadzenie młodego cesarza. Chłopaka porwał groźny pirat Myrgos. Chłopiec znalazł się w ogromnym niebezpieczeństwie, a jego matka - surowa Cesarzowa - za wszystkie nieszczęścia obwiniła Olafa. Stig - mając nadzieję na polepszenie stosunków z ojcem - wraz z przyjaciółmi postanawia pomóc Olafowi i na przepięknym okręcie o wdzięcznej nazwie "Czapla" wyrusza w podróż pełną przygód i niebezpieczeństw. 
"Kaldera" to powieść skierowana niewątpliwie do młodego odbiorcy. Główni bohaterowie nakreśleni są wyraźnie, a ich cechy charakteru nie pozostawiają wątpliwości co do ich mocnych i słabych stron. Dowódca okrętu Hal jest nieomylny i - co trochę drażniące - wydaje się być również nieśmiertelny. Jedyna kobieta w Drużynie Lidia, to sprytna i gibka łuczniczka stanowiąca świetną ochronę dla załogi. Dwóch bliźniaków Ulf i Wulf można traktować trochę jak błaznów; zawsze w grupie ktoś taki się znajdzie. Należy jednak pamiętać, że w potrzebie oboje wykazują się sprytem i przebiegłością. Stig jest lojalnym, choć trochę porywczym pierwszym oficerem, a Thorn - doświadczonym wojownikiem, któremu brak ręki wcale nie przeszkadza w skutecznym władaniu mieczem. Wszyscy bohaterowie tworzą zgraną drużynę, w której nie ma miejsca na swady i kłótnie. Trochę to nudne, ale pamiętajmy, że odbiorca, do którego powieść jest skierowana ma -naście lat i potrzebuje przynależności do zgranej grupy rówieśniczej. Niewątpliwie "Kaldera" ukazuje właśnie taką drużynę - ludzi, którzy znają się nawzajem i mogą na sobie polegać. 
Fabuła jest taka .... bajkowa. Mamy piratów, bogactwa, młodego chłopca w niewoli i zadanie do spełnienia przez naszych bohaterów. Sporo tu zagadek, ciekawych zwrotów akcji i świetnych dialogów. W powieści nie ma miejsca na nudę. Ciągle coś się dzieje, a lekkie pióro autora i szybkie dialogi powodują, że od powieści nie można się oderwać. Bajkowe mistrzostwo świata. 
Jeżeli ktoś szuka ukrytych znaczeń i głębszych prawd do przekazania to musi sięgnąć po inną książkę. "Kaldera" jest przepiękną baśnią dla młodzieży, ale nic więcej. Tylko czy coś więcej potrzeba? Moim zdaniem absolutnie nie. Należy po prostu poddać się magii powieści i pozwolić sobie na chwilę zapomnienia...

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Rozdawajka z Norą Katarzyny Puzyńskiej

Długo wyczekiwany tom zawierający kolejną mroczną zagadkę. Uwielbiam książki Katarzyny Puzyńskiej z Lipowem w tle. Ten nastrój i klimat nie ma sobie równych. Uwielbiam pyskatą Klementynę, czy też niezastąpionego Daniela Podgórskiego. Zagadki są świetnie skonstruowane... nic tylko czytać. Macie ochotę?
Dzięki Wydawnictwu Prószyński i spółka mam dla chętnych czytelników mojego bloga jeden egzemplarz najnowszej książki pt. "Nora". Ponad 800 stron wspaniałej literackiej przygody szuka nowego domu... Zapowiada się rewelacyjnie. Chętnych do zapewnienia "Norze" nowego dachu nad głową (okładką) proszę o pozostawienie komentarza pod postem. 20 kwietnia Młodszy wskaże paluszkiem szczęśliwy post i autora, do którego powędruje "Nora". 

Zapraszam! Wraz z autorką życzę Wam wszystkim, fascynującej lektury. 

czwartek, 12 kwietnia 2018

RÓŻOWA CZAPECZKA NIECH ŻYJE!!!

Ależ się ubawiłam :-))) Uśmiałam się do łez, rżałam jak konik na pastwisku, aż bolały mnie mięśnie brzucha. To własnie jest myślenie, jakie lubię. Nie szczerzymy kłów, nie machany szabelką, a mówimy o rzeczach ważnych z uśmiechem i życzliwością.  I zapewniam, że każdy zapamięta, że ta śmieszna książeczka o różowej czapeczce dotyka śmiertelnie poważnego tematu jakim są prawa kobiet - a właściwie ich brak. 
Na początku nie było czapeczki. A potem... już była. Jej życie było burzliwe. Kot porwał czapeczkę, a potem znalazły ją dzieci. Bardzo trudno było o czapeczkę ale w końcu udało się ją zdobyć. Miała wiele, bardzo wiele zastosowań. Aż w końcu pies wykradł czapeczkę, a dziewczynka uratowała czapeczkę. Zabrała ją do domu, gdzie czapeczka została wyprana i wysuszona. Dziewczynka ubrała swoją czapeczkę i używała jej, aż pewnego dnia wyszła na ulicę, gdzie wszyscy inni też mieli na głowach różowe czapki. 

To właściwie wszystko, ta prosta treść (a przecież pełna odniesień, aluzji i metafor) została okraszona wspaniałymi ilustracjami gdzie oprócz czarnej kreski występuje tylko jeden kolor - róż. Wiadomo przecież że facet różu nie nałoży, więc czego symbolem jest różowa czapeczka? 
Wszystko wyjaśnia się na ostatnich stronach, gdzie autor uświadamia czytelnikowi, że nieważne, czy idziemy w manifestacji pod szyldem różowych czapeczek czy czarnych parasolek. Ważne jest to, że idziemy razem - ramię w ramię. Że łączy nas idea, razem potrafimy głośno o niej mówić i w razie konieczności jednym głosem krzyknąć NIE!!!
Głosy na temat "Różowej czapeczki" są rożne. Jedni - że totalna klapa, inni - że wspaniałe dzieło. Ja raczej jestem po środku. Wspaniałości bym w tej książeczce nie szukała, ale urzekła mnie prostym i jakże trafionym podejściem do tematu. Na pewno zostanie mi w głowie. Na długo. 


środa, 11 kwietnia 2018

Kapitan Majtas i wyniki rozdawajki

Przygody Kapitana Majtasa to najbardziej zwariowana seria książeczek, jaką do tej pory miałam przyjemność trzymać w rękach. To zupełnie odlotowa historia, w której autor zawarł najbardziej odjazdowe pomysły, jakie mu przyszły do głowy. Wehikuł czasu w postaci karmazynowego kibelka ? Proszę bardzo. Pierścień hipnozy i sok supersiły? Proszę bardzo. Babunia - Gorsetunia i Dziadek Gatek? Nic prostszego!
Ósmy tom przygód Kapitana Majtasa o przedziwnym tytule "Kapitan Majtas i kretyńskie kombinacje kosmitów z karmazynowego kibelka" są już tak dojechane, że bardziej chyba nie można. Nasi bohaterowie, George i Harold, podróżując wehikułem czasu, dotarli do zwariowanego miejsca, w którym wszystko jest na opak. Nauczyciele są przesympatyczni, wuefista - wysportowany, a posiłki w stołówce pachną przepysznym jedzeniem, a nie starą szmatą. Niestety, jest też zła wiadomość. Skoro w rzeczywistości George i Harold są bohaterami pozytywnymi, a dyrektor Krupp jest zły, to w krainie, gdzie wszystko jest na odwrót - charakter bohaterów również się zmienia. Dyrektor Krupp uważa psikusy chłopców za wyjątkowo zabawne, a tamtejsi George i Harold są paskudnymi dzieciakami. Ich psoty są nieobliczalne. Pozwalają sobie nawet na porwanie pterodaktylka Krakersa i cybernetycznego chomika. Chłopcy - chcąc uratować pupilów - muszą stanąć w szranki ze swoimi sobowtórami. Kiedy do tego dołożymy dorosłych, psujących plany kolacją z okazji dnia dziadków... Cóż - kapitan Majtas na pewno będzie miał co robić!


Książeczka jest naprawdę świetna. Przede wszystkim napisana jest językiem, który z zasady zachwyci małolatów. Dorośli niewątpliwie będą zdziwieni bo czytanie o kibelku, siuśkach i głupkach, nie zawsze znajdzie zrozumienie w ich oczach. Ale wystarczy, że przypomnimy sobie jakie tematy nas interesowały w dzieciństwie. Już? I wszystko jasne. 
Drugą zaletą są ilustracje. Masa ilustracji, które nie zawsze są grzeczne i powodują niczym niestłumioną radość w oczach małego czytelnika. Goła dupka u Babci i majty w grochy u dziadka dadzą efekt murowany. Cały dom pokłada się ze śmiechu. 


Książka zawiera kilka dodatkowych historyjek wplecionych we właściwą treść książki. Mają One formę komiksu i rewelacyjnie uatrakcyjniają lekturę. Wiadomo przecież, że mały czytelnik długo nie wysiedzi w jednym miejscu. Lektura komiksu, do którego można co pewien czas powrócić jest bardzo dobrym pomysłem. 
A na zakończenie coś, co tygrysy lubią najbardziej, czyli ruchome obrazki. W poprzednich tomach były również i Młodszy, biorąc nowy tom do ręki, rozpoczął lekturę od kartkowania książki w poszukiwaniu ruchomych atrakcji. Ołówek, wokół którego zostanie zakręcona stroniczka i heja! Zabawa murowana.  
Książeczki o kapitanie Majtasie recenzowałam już wcześniej i za każdym razem zachęcałam młodych czytelników do lektury. Teraz nie będzie inaczej. Ósma część trzyma poziom. Wysoki. Miłej zabawy. :-) 


I czas na rozdawajkę, o której pisałam tu. Młodszy zerknął na zgłoszenia i stwierdził, że są dwa komplety nagród i dwaj anonimowi uczestnicy zabawy. Tak więc Aga i osoba, która podpisała się mailem ptasznik@wp.pl otrzymają książeczki. Pozdrawiam serdecznie i miłej lektury życzę. 
Kochani - informacja na mailu. 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Elf i dom strachów

Mój syn jest szaleńczo zakochany w książkach p. Marcina Pałasza o przygodach przesympatycznego psiaka o imieniu Elf. Przesympatyczne opowieści urzekły Młodszego nie tylko ciekawą fabułą, ale również świetnym pomysłem na ubarwienie lektury. Otóż co pewien czas wydarzenia opowiadane są z punktu widzenia psiaka. Młodszy zaśmiewa się do rozpuku kiedy czyta o podsikiwaniu drzewek czy też o wspaniałym zapachu psiej kupy... Sami mamy psa, który jest piątym członkiem rodziny i tylko szkoda, że nie mówi po ludzku. . 
"Elf i dom strachów" to czwarty tom przygód naszych bohaterów. Tym razem Pan Marcin wraz z psem i synem zwanym potocznie Młodszym, trafiają do nowo otwartego pensjonatu w którym...straszy. Przesuwające się po ścianie obrazy, pojawiające się postacie podobne do Hatifnatów rodem z doliny Muminków, czy też literki na lodówce układające się w zdania - to wszystko czeka na czytelnika na kartach książki. Powieść jest trochę mroczna, ale zważywszy na tematykę - wybaczam. Niestety, w imieniu Młodszego (mojego Młodszego) wybaczyć nie mogę jednego - w każdym kolejnym tomie autor coraz mniej miejsca oddaje Elfowi. W pierwszym tomie wypowiedzi psiaka było naprawdę sporo, a potem im dalej, tym skromniej. Szkoda, bo dla dziewięcioletniego czytelnika "psie wstawki" są naprawdę atrakcyjne i czynią z tych książek coś niespotykanego. 
Młodszy wraz z ojcem i psem postanawiają rozwikłać zagadkę straszącego pensjonatu. Wyposażeni w najwyższej klasy sprzęt śledzą duchy i stwory. Robi się strasznie i mroczno, kiedy na lustrze zaczynają pojawiać się napisy, a garnki same spadają z szafek. Na szczęście nasze chłopaki nie dają się nabić w butelkę. Tyko czy aby na pewno wszystko jest udawane? 
Świetna książka, ale po tym tomie musimy sobie zrobić chwilkę przerwy od Elfa. Co za dużo to niezdrowo :-)))
Na zakończenie dodam, że książki o Elfie powinny być lekturą w szkole podstawowej. Zachwycone dzieciaki czytałyby na korytarzach szkolnych. Jak mój Młodszy!

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Poszukiwaczka

Taka fantastyka to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Wpadasz w świat trochę inny od naszego, zatapiasz się w nim i przeżywasz przygody zupełnie oderwane od rzeczywistego świata. Sędziowie, Poszukiwacze, magiczne moce, niesamowite bronie, które każdą walkę czynią niespotykaną... rewelacja. 
"Poszukiwaczka" to pierwszy tom trylogii, która w pewnym momencie była dość mocno obecna w internecie. Piękna okładka kusiła mnie dość długo, aż w końcu powieść wpadła w moje ręce. Nie ukrywam, że oczekiwałam wiele zwłaszcza, że opis książki mocno przyciągał. Nie zawiodłam się i mogę uczciwie powiedzieć, że czas spędzony nad tą książką był czystą przyjemnością. 
Poszukiwacze to wybrańcy - ludzie mający misje do spełnienia. Mają czynić dobro, chronić słabszych i walczyć ze złem. Aby zostać poszukiwaczem należy przejść mordercze szkolenie, trwające kilka lat. Dopiero po jego zakończeniu można przystąpić do ceremonii, która w pełni umożliwi korzystanie z mocy Poszukiwaczy. Dla Quin ceremonia nie była niestety niczym wzniosłym. Odarła ją ze złudzeń i pokazała, jak wiele musi się jeszcze nauczyć. Niestety walki o Athaman (sztylet o wyjątkowych właściwościach) mocno nadwyrężyły pojmowanie dobra przez Poszukiwaczy. Prowadzone spory pomiędzy przedstawicielami poszczególnych rodów i potrzeba dominacji ich przywódców spowodowały, że wszystko przewróciło się do góry nogami. Szkolenia nowych poszukiwaczy - wśród których znaleźli się głowni bohaterowie powieści - całkowicie zmieniły cel dla którego były prowadzone. To nie chęć pomocy, a chęć zemsty, zaczęła być myślą przewodnią mistrzów. 
Kiedy skończyłam czytać powieść byłam zafascynowana. Urzekł mnie świat, urzekli bohaterowie i cała otoczka związana z poszukiwaniami Athamenu. Autorka w nasz realny świat wplotła elementy rodem z fantastyki, uatrakcyjniając w ten sposób lekturę. Przykładem niech będzie Hongkong, w którym dzieje się spora część akcji. Miasto rzeczywiście istniejące, jednak w powieści głównym elementem tego miasta jest Most. Na Moście ludzie żyją, jedzą i spotykają się. Dostanie się na Most, dla osób nie będących stałymi mieszkańcami, graniczy z cudem. Pod Mostem natomiast toczy się drugie życie. Przywodzi to na myśl "Wodny świat", gdzie też niby wszystko działo się w naszym świecie, ale fantastyczne elementy wplecione w ten świat dawały poczucie rzeczywistości rodem z bajki. 
"Poszukiwaczka" może pochwalić się bardzo sprawną fabułą. Krótkie rozdziały powodują, że akcja mknie jak szalona. Narracja prowadzona jest w trojaki sposób - bo tylu mamy głównych bohaterów. Quin, Shinobu i John naprzemiennie opowiadają o wydarzeniach, co pozwala na ocenę sytuacji z kilku punktów widzenia. Daje to niesamowity efekt zwłaszcza, gdy jedno zdarzenie zazębia dwa kolejne rozdziały. Jest też wątek Sędziów, ale on jest tak trochę obok, choć nie powiem - wciągający mocno. 
Autorka ma dar do tworzenia szczegółowych i realistycznych opisów. Znacie to uczucie, kiedy oglądacie film i na widok krwi zamykacie oczy bo boicie  się tego, co za chwilę się wydarzy? Tak miałam własnie przy lekturze Poszukiwaczki - choć sami przyznacie, że ciężko czytać książkę z zamkniętymi oczami... Walki na pokładzie podniebnego okrętu, starcia sędziów, czy pościgi bohaterów są zaskakujące i bardzo wciągające. Wielki szacunek dla autorki za stworzenie takiego świata. 
Książkę czyta się świetnie i polecam każdemu, kto ma ochotę pomknąć z szybkością błyskawicy przez świat Poszukiwaczy. Teraz przede mną tom drugi - podobno lepszy ! 

Opowiadania lżejsze od powietrza

Jak sami wszyscy wiecie, książki możemy podzielić na te ambitne i te... hmmm... mniej ambitne. Daleka jestem od czytania książek z serii Harlequin, czy też gazetowej wersji Dynastii, ale przecież nie samym przysłowiowym Tołstojem człowiek żyje. Książki lekkie też muszą być na tym świecie. Przy ich lekturze można się pośmiać, odpocząć i oderwać od codziennych trosk. "Opowiadania lżejsze od powietrza" są właśnie takie. 
Cudowne jest to, że na pierwszy rzut oka autorka miała na celu stworzenie książki właśnie takiej - lekkiej, łatwej i przyjemnej. Jeżeli czytelnik po prostu przemknie po fabule opowiadań to stwierdzi, że one naprawdę są lżejsze od powietrza. Delikatne, trącające jedynie struny emocji czytelnika, świetnie pozwalają oderwać się od rzeczywistości. Ich lektura kojarzy się troszkę z czytaniem bajek na dobranoc. Każde z opowiadań jest odmienne, nie ma wspólnego mianownika, jest za to spora dawka ironii przeplatanej humorem. Zagłębiając się bardziej w ich sens, odczucie jest już inne, ale o tym za chwilę. 
Opowiadanie o ciotkach, które wylądowały w więzieniu za napad na kantor pokazuje, że nawet to co nas złego spotyka, można przekuć z korzyścią dla siebie. Cioteczki nie załamały się i nawet w więzieniu starały się radzić sobie, jak umiały najlepiej. A zakończenie... rewelacja! 
Kot Oxford trochę trąci fantastyką, ale w realiach polskiej rodziny robi wrażenie niemałe. Gadający kot, pouczający gości co do kultury i taktu, czy też rozmawiający z księdzem kanonikiem, to naprawdę nie lada gratka dla szanownego czytelnika. Były momenty że śmiałam się do rozpuku, wyobrażając sobie kota mającego wszystko i wszystkich w głębokim poważaniu. 
Zupełnie inny oddźwięk ma opowiadanie o mieszkańcach rosyjskiej kamienicy. Tu moje uczucia były dość burzliwe, bo ciężko czyta się o biedzie i ludzkim nieszczęściu. Na szczęście szybko okazało się, że to opowiadanie też jest lżejsze od powietrza, a początek to tylko wstęp do głównej - zresztą pięknej - historii. 
Zupełnym zaskoczeniem było dla mnie opowiadanie o porach roku. Cudna, wręcz zjawiskowa narracja wprowadziła mnie w dobry humor i założyła mi na nos różowe okulary. 
Przy lekturze "Opowiadań lżejszych od powietrza" trzeba uważać, bo łatwo można poddać się ułudzie. Te opowiadania są rzeczywiście lekkie, można wręcz powiedzieć - bajkowe. Każde ładnie zamyka się w całość, w każdym znajdziemy jakieś przesłanie... mówiąc wprost - zakończenie z morałem. Kiedy jednak przedrzemy się przez tą - wydawałoby się prostą fabułę - zauważymy, że autorka chciała nam przekazać coś więcej, niż tylko ładną historyjkę. Magia tych opowiadań pozwala na odcięcie się od rzeczywistego świata i spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość w trochę odmienny sposób. I co widzimy? Pod powłoczką lekkości schowany jest cierpki świat pełen problemów i skaz. 
Opowiadania czyta się bezbłędnie. Czytelnik ma wrażenie że stąpa po pękatych obłoczkach, albo turla się po łące pełnej kwiatów. Tylko trzeba pamiętać, że w obłoczkach może być dziura, a w trawie leżeć g.... 
I ta okładka! Grafika bez żadnych wątpliwości nawiązuje do Mary Poppins. Cudna jest po prostu. Stare kamieniczki na tle błękitnego nieba i te kobitki maszerujące za spasionym kocurem. Kocham tę książkę choćby za okładkę. :-) 
Polecam Waszej uwadze tę śliczną książkę z frapującą zawartością Spróbujcie przedrzeć się przez pokłady lekkości, a dojrzycie to, co w życiu najważniejsze. Wiarę w drugiego człowieka i przekonanie, że wszystko będzie dobrze. Czego i Wam życzę.

środa, 4 kwietnia 2018

Rozdawajka z Kapitanem Majtasem

O przygodach Kapitana Majtasa pisałam już kilkukrotnie. Bohater komiksu dla dzieci, którego lektura powoduje niekontrolowane skurcze żołądka. Nie ma znaczenia, czy masz lat 5 czy 105 - czytając samemu, czy z pociechą na pewno uśmiejesz się do łez. Młodszy,  czytając Majtasa, parskał śmiechem co kilka stron. Starsza jeszcze nie wzięła książki w swe ręce - ale wszystko przed Nią.  Nic straconego! :-) 
Seria o Kapitanie Majtasie powstała z myślą o najmłodszym czytelniku. Dav Pilkey stworzył przesympatycznego superbohatera wiele lat temu, ale do Polski trafił On stosunkowo niedawno i podbił serca nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Wydawnictwo Jaguar z wielkim rozmachem wydało 7 tomów tego komiksu, a ostatnio przyszedł czas na ósmy i dziewiąty. 
Nie czytałam jeszcze choć oba tomy dotarły już pod strzechę mego domostwa. Nie wątpię, że zabawa podczas lektury jest przednia, co wnioskuję z chichotów, jakie dochodzą z pokoju Młodszego. Parska i prycha niczym młody źrebak na wiosennej łące. Cóż - muszę cierpliwie poczekać, aż Kapitan Majtas zostanie przekazany w moje ręce. 
Kochani moi - jeżeli macie ochotę na rozpoczęcie znajomości z przesympatycznym (i trochę nieogarniętym) kapitanem Majtasem, to mam dla Was propozycję. 


Od Wydawnictwa Jaguar otrzymałam dwa zestawy książek do rozdania. Wystarczy, że polubicie profil Kapitana Majtasa na Facebooku, a w komentarzu pod tym postem zadeklarujecie chęć otrzymania książek i potwierdzicie polubienie "Majtasowego profilu". Proszę też o podawanie maila, aby nie było problemu z nawiązaniem kontaktu :-)  
Na zgłoszenia czekam do 10 kwietnia. 11 kwietnia dam znać, do kogo powędrują zestawy. Zwycięzców, wylosuje największy fan Kapitana Majtasa czyli mój Młodszy. :-) 
Powodzenia

czwartek, 29 marca 2018

Aconcagua w cieniu śnieżnego strażnika

Uwielbiam góry. Łażę po nich w każde wakacje, a rok bez wizyty w górach, to dla mojej rodziny rok stracony. O ironio - dużo bliżej mi do morza (mieszkam w Szczecinie) niż w góry, ale nie przeszkadza mi to ani trochę. Należy jednak podkreślić, że góry odwiedzane przeze mnie i moją rodzinę są raczej przyjazne i daleko im do K-2 czy Mount Everestu. Takim górom przyglądam się raczej na kartkach książek. 
Literaturę wysokogórską wielbię miłością dozgonną. Wywiad rzeka z Wandą Rutkiewicz dumnie pręży się na mojej półce, a "Broad Peak. Niebo i piekło" do dzisiaj budzi wielkie emocje. Każda książka, na okładce której lśni w słońcu ośnieżony szczyt, jest godna mojej uwagi. "Aconcagua w cieniu śnieżnego strażnika" również mnie zachwyciła. 
Książka jest trochę inna niż wszystkie. W większości z nich bardzo ważnym elementem są relacje panujące między uczestnikami wyprawy, rozdarcie pomiędzy chęcią osiągnięcia sukcesu, a koniecznością niesienia pomocy słabszym. Często punktem kulminacyjnym (oprócz oczywiście zdobycia szczytu) są tragedie dziejące się tuż obok. "Aconcagua w cieniu śnieżnego strażnika" jest zupełnie inna. Stanowi relację samotnego podróżnika z wejścia na najwyższy szczyt Andów. Autor jest sam, a przypadkowo poznane osoby zawsze są gdzieś obok. 
Łukasz Kocewiak to prawdziwy entuzjasta gór i zapalony podróżnik. Na wyprawę szykował się z przyjacielem, który koniec końców nie mógł w niej uczestniczyć. Łukasz został sam z wyzwaniami, słabościami i ogromną górą. 
Książka stanowi bardzo intymny obraz z wyprawy. Jak to w życiu bywa - samotna podróż powoduje, że nie bardzo ma się do kogo usta otworzyć, w związku z czym myśli kłębią się pod czerepem. Relacja zawarta w książce daje upust właśnie takim myślom. Początek książki - kiedy autor jest jeszcze poza Parkiem Narodowym - jest po prostu relacją. Opisy są wartkie, często śmieszne, a przy tym bardzo ciekawe. Im wyżej nasz bohater wchodzi, tym relacja staje się coraz bardziej intymna. Nagle jest tylko podróżnik i góra, która długo broni do siebie dostępu. Przestaje być śmiesznie. Robi się zimno, a każdy kolejny krok stanowi ogromne wyzwanie. Czytelnik ma wrażenie że jest obok, słyszy zgrzyt raków o skałę i czuje zimno na opuszkach palców. 
Na samym początku wyprawy Łukasz nabawił się kontuzji nogi. Prawie każdy z nas zastanawiałby się nad sensem wyprawy z niesprawną kostką. Łukasz nie. Wyszedł z założenia, że to nic poważnego i uda się pokonać słabość. Opisy pierwszych dni i towarzyszącego im bólu przeplatane są ciekawostkami z życia argentyńskiego miasteczka. Ludzie i ich przyzwyczajenia, tak odmienne od naszych, budzą spore zainteresowanie czytelnika. 
Kiedyś słyszałam taką opinię, że wyprawa w góry wysokie to przede wszystkim czekanie na okno pogodowe. Relacja zawarta w książce "Aconcagua w cieniu śnieżnego strażnika" jest również potwierdzeniem tej tezy. W bazach odwiedzanych przez autora temat pogody dominuje wszystko i wszystkich. Każdy dzień jest analizowany i poddawany obróbce. Możemy również ocenić jak ważne jest podejście podróżnika do kwestii pogody. Jedni ciągle narzekają, że pada, że wieje, a dalsza podróż nie ma sensu. Inni cierpliwie czekają, wypatrując słońca. Zgadnijcie, która grupa częściej staje na szczycie? 
Książkę świetnie się czyta. Autor ma wyjątkowo ciekawe pióro i wręcz nie można oderwać się od lektury. Oczywiście że mamy tu wiele opisów przyrody i monumentalnej góry... nie. Wcale nie. Nie ma dużo opisów; są za to wspaniałe relacje z każdej chwili wyprawy. Można się pośmiać, można podziwiać i można przeżywać chwilę trwogi. Mamy tu naprawdę wszystko. A żeby było jeszcze ciekawiej, to właściciele smartfonów z zainstalowanym czytnikiem kodów QR mogą wzbogacić sobie czytane fragmenty zdjęciami z wyprawy. Wystarczy wczytać kod umieszczony na marginesie stronicy i ... voila! Te same zdjęcia można zobaczyć na stronie autora (zresztą rewelacyjnej) ale zapewniam Was, że oglądanie ich podczas lektury ma zupełnie inny wymiar. 
Bardzo, bardzo polecam lekturę "Aconcagua...". To książka która pokaże wszystkim jak ważne jest dobre nastawienie do świata i jak ciężko jest walczyć ze swoimi słabościami. Ale czy warto? Warto. Dla tej jednej, jedynej chwili sukcesu... 

piątek, 9 marca 2018

Brak książek w organizmie? Skorzystaj z KsiążkoTerapii w Pogotowiu Czytelniczym!

Do Pogotowia Czytelniczego trafia pacjent w ciężkim stanie. To kablówkowiec, który żywił się wyłącznie telewizją i nie dostarczył swojemu organizmowi odpowiedniej dawki książek. Na szczęście z pomocą przybyło Pogotowie Czytelnicze!

30 000 książek tańszych nawet o 40%!

KsiążkoTerapia trwa od 9 do 13 marca 2018 roku. Przydatne informacje znajdziesz klikając tu.  

          Pogotowie czytelnicze

Szperakowski zalecił kurację szokową. 40 stopni gorączki chce zwalczyć gorączką cenową! Przepisał pacjentowi 30 000 książek tańszych nawet o 40% i nakazał przyjmowanie lekarstw do 13 marca. Czujesz, że łamie Cię w biblioteczce, a na myśl o braku książek robi Ci się gorąco? Skorzystaj z KsiążkoTerapii w Pogotowiu Czytelniczym!"


Dodam jeszcze, że każdy pacjent, który weźmie udział w akcji ratunkowej Pogotowia Czytelniczego, ma szansę wygrać kod rabatowy! Co trzeba zrobić? Wystarczy kupować ;)
Przez cały czas trwania akcji "Pogotowie Czytelnicze" wartość wszystkich złożonych zamówień jest sumowana. Jeżeli po zakończeniu akcji suma zamówień przekroczy próg 119 złotych, to czytelnik otrzyma od Pogotowia Czytelniczego 8% rabatu na kolejne zakupy! Prawda, że to proste? :) Po szczegóły zapraszam tu

czwartek, 8 marca 2018

"Spiżowy gniew", czyli fantastyka, jaką lubię

Kiedy sięgałam po "Spiżowy gniew" zastanawiałam się, czy dobrze robię. Trochę przerażała mnie okładka rodem z komiksów o Thorgalu, za którym, szczerze mówiąc, nie przepadam. Na szczęście z zasady nie pozwalam sobie na ocenę książek po okładce i ponownie przekonałam się, że to dobre podejście. Powieść bardzo mi się podobała i uważam, że to jedna z lepszych powieści fantastycznych, jakie ostatnio czytałam. 
Hatwaret to miasto, na czele którego stoi król Adrezar. Dwójka jego dzieci - książę Tyrsen i księżniczka Sarsana, żyją sobie błogo w dobrobycie królestwa. Jedno trochę kapryśne, drugie rozpuszczone - nie zdają sobie sprawy, jakie niespodzianki zgotuje im los w najbliższym czasie. Za Morzem Północnym położone jest Młodsze Królestwo Mesambria. Władcy obu królestw mają wspólnego przodka, ale nie przeszkadza im to toczyć waśni i sporów. Właściwie dopiero od niedawna królestwa żyją w pozornej zgodzie, ale wszyscy wiedzą, że niewielka iskra wystarczy, aby zniweczyć panujący spokój. Królewskie rodzeństwo, musi wiele poświęcić z dotychczasowego życia, aby pokój stał się trwały i przyniósł obu krainom szczęście. 
W tej skomplikowanej sytuacji politycznej pojawia się tajemniczy wędrowiec - Zahred. Jest znikąd, ale to nie ma znaczenia. Jego postać na stałe wpisze się w historie obu królestw. Zmieni on plany króla i wpłynie wyjątkowo mocno na życie naszych bohaterów, przeradzając się z nieznanego wędrowca w ważną osobistość. Ta postać to wisienka na torcie powieści. Zahred jest tak tajemniczy i tak "nieprzewidywalny", że zafrapuje każdego czytelnika. Z wielką przyjemnością śledziłam jego
kolejne ruchy i to, jak zjednywał sobie tych, których współpracy potrzebował. Oczywiście - jak to w literaturze fantastycznej bywa - metody i sposoby działania Zahreda były nieco tajemnicze i zgoła magiczne, ale to tylko dodawało smaczku całej historii. Zresztą powieść Zahredem się zaczyna (a początek jest naprawdę mocny) i na Zahredzie kończy co wyraźnie pokazuje, że to On trzyma karty.  
Pierwsze moje spostrzeżenie dotyczyło królewskiego rodzeństwa. Łączące ich uczucie nie należy raczej do miłości siostrzano - braterskiej. Miłość fizyczną traktują właściwie trochę jak rozrywkę, jednak można z całą pewnością stwierdzić, że nie pozostają sobie obojętni. Autor przedstawia kazirodczy związek jako coś zupełnie normalnego i niejako zmusza czytelnika do przejęcia swojego punktu widzenia. Z czasem zrozumiałam, że na potrzeby fabuły, takie podejście było konieczne, ale na początku było mi trudno.  
Przez sporą część powieści miałam wrażenie, że "Spiżowy gniew" jest trochę bajkowy. Jest król, księżniczka i czekający na nią za morzem książę... jest czarny charakter i intryga. Wszystko się zgadza. Nastrój bajkowy pryska gwałtownie, kiedy dochodzi do głosu wątek wojenny. Nagle ukazuje nam się inne oblicze powieści - bezwzględne i brutalne. Autor wyjątkowo gładko tłumaczy militarne zawiłości bitwy tak, że nawet ja - kobietka, której z militariami raczej nie po drodze - z ciekawością czytałam o dwóch armiach podchodzących się wzajemnie. Różnice w uzbrojeniu, w budowie łodzi czy też w metodach walki opisane są krótko i treściwie. Podstępy i triki stosowane przez obie armie w stosunku do siebie powodują, że opisy bitew nie są nudne i czyta się je wyśmienicie.  
Cała powieść obfituje w wydarzenia. Gołkowski bardzo sprawnie kieruje bohaterami i nie ma ani jednego momentu, w którym pomyślałabym o nudzie. Każde wydarzenie ma jakiś cel i doprowadza do kolejnych perypetii. Nie ma tu mdłych opisów i przestojów. Wszystko pędzi na łeb na szyję i zatrzymuje się dopiero na ostatniej stronie. Mocno. I  z przytupem. 
Na zakończenie dodam, że autor postąpił tak, jak lubię. Powieść jest całością, a czytelnik, zamykając okładkę (czy też czytnik) ma poczucie, że fabuła jest spójna, a historia zakończona. Jednak autor nie wszystkie nitki zakończył supełkiem. Ta jedna jedyna, gdzieś tam jest i prosi się, aby ja pochwycić i zbudować kolejną historię o Zahredzie....
Czekam :-) 
...połączy się z matką ziemią, z której wszyscy wyszliśmy na rozkaz wszechwładnych bogów i do której w końcu powrócimy. Bo taki jest odwieczny cykl narodzin, życia i śmierci. Bo każdy koniec jest zarazem nieuchronnym początkiem czegoś nowego.  

Mocne zakończenie, nieprawdaż?