poniedziałek, 22 października 2018

Najnudniejsza książka świata

No tak. Zrecenzować książkę, której autorzy za zaletę uznają coś, co przy innych książkach uznawane jest za wadę to naprawdę wyzwanie. Tak! Ciśnie się na usta komentarz, że ta książka jest... rewelacyjnie nudna... po prostu wyjątkowa. I to chyba najlepsze określenie na to, co znajdziemy pomiędzy okładkami "Najnudniejszej książki świata". O jej wyjątkowości świadczy choćby fakt, że w wielu księgarniach znajduje się na liście bestsellerów. Każdy, kto ma ochotę na garść ciekawostek podanych w dość specyficzny sposób powinien sięgnąć po tę książkę. I proszę się nie zrażać! Ta książka jest naprawdę nudna, ale w bardzo ciekawy sposób (jeśli można to tak określić).  
Pierwsze, co należy zrobić to przekartkować - jeśli dacie radę. Moja koleżanka z pracy przekartkowała, pośmiała się, zatrzymała się na niektórych rozdziałach, po czym stwierdziła, że przeczytała. Tak pewnie uczyni większość czytelników, bo niektóre rozdziały wydają się nie do przebrnięcia.  Np. artykuł "O pomiarze intensywności wiercenia się słuchaczy..." Nie dałam rady, ale dodam, że ze śmiechem porzuciłam lekturę tego artykułu. Podobnie było przy studiowaniu rodzajów śniegu, albo rodzaju łyżeczek (no, zgadnijcie, ile rodzajów łyżeczek wymienił autor?*). Śmiałam się ja, śmiała się moja rodzina i każdy, komu pokazywałam tę książkę. 
Są jednak i takie artykuły, które czytałam z wielkim zainteresowaniem, np. o rodzajach kiszonych ogórków, albo o rondach (dodam, że autor jako ciekawostkę podaje, że w mieście Redditch, niedaleko Birmingham w Wielkiej Brytanii, jest ponad 40 rond. Sprawdziłam - w moim rodzinnym Szczecinie jest ich 46!) Wcale nie uśpiły mnie ciekawostki z dziejów snu, czy też rozdział pt. "Jak zagrać walczyka Celebrated Chop". No ale już "O rozwiązaniach mechanicznych stosowanych w kręgielniach" nie dałam rady :-)
Podsumowując - wcale się przy lekturze tej książki nie nudziłam, a przynajmniej podczas lektury większości rozdziałów. Zawiera ona tyle nikomu niepotrzebnych ciekawostek, że  trudno się od niej oderwać. A to, co nie jest ciekawe, jest po prostu śmieszne do bólu brzucha. 
Nie liczcie kochani że przy niej zaśniecie. Zapewniam Was, że będziecie się dobrze bawić wertując ją od początku do końca i z powrotem. Nie jest to bowiem książka, którą się czyta od deski do deski, bo tak rzeczywiście można zasnąć. Tę książkę bowiem otwiera się na chybił trafił, a następnie należy zagłębić się w przedstawionej tematyce i zrobić wszystko aby dobrnąć do końca.  Świetna zabawa dla każdego. 
* autor wymienia 57 rodzajów łyżeczek 


czwartek, 18 października 2018

12 miesięcy z Mikołajem czyli trawnik pełen reniferów

Do Świąt Bożego Narodzenia jeszcze kawał czasu, ale to nie przeszkadza w czytaniu tematycznych książek. Każdy chyba uwielbia powieści o Świętym Mikołaju, prezentach i ciepłych uczuciach, które towarzyszą tym wyjątkowym świętom. A jak jeszcze książka napisana jest z humorem, to czytanie jej nabiera wyjątkowego charakteru. "12 miesięcy ze Św. Mikołajem czyli trawnik pełen reniferów" spełnia wszystkie moje świąteczne zachcianki. To książka ciepła, klimatyczna i z humorem tryskającym z każdej kartki - i to jakim!
Wyobraźcie sobie zwykłą rodzinę, która - jak co roku - obchodzi Święta Bożego Narodzenia. Trochę zakręcony Tatko, Mama trzymająca całą rodzinę w ryzach i dzieci płci obojga - Lotte, będąca narratorem książki i młodszy o kilka lat chłopiec, o imieniu Lars. Sporą rolę odgrywa jeszcze Magnus, będący przyjacielem Larsa, ale o tym za chwilę. Pierwszego dnia Świąt Bożego narodzenia w drzwiach domu przy ul. Puszczykowej pojawia się Święty Mikołaj. Pracownicy Biura Bożego Narodzenia - chcąc go uchronić przed tłumem turystów oblegających Jego dom w Laponii - skierowali Świętego Mikołaja do domu przy ul. Puszczykowej, aby w spokoju spędził tam kolejny rok. Uznali, że tu będzie mógł wypocząć, a jak przyjdzie pora, to w skupieniu zajmie się przygotowaniami prezentów na kolejny rok. Efekt? Stadko reniferów pasących się w ogrodzie, ogromne sanie zaparkowane w garażu, psotne skrzaty harcujące w kuchni i książki poprzestawiane na opak przez pomocników Mikołaja. 
Życie rodziny staje na głowie. Mikołaj stara się jak może, nie być ciężarem w codziennym życiu, ale jest to niezmiernie trudne. Zalicza mnóstwo prześmiesznych wpadek, które wzbudzają w czytelniku salwy śmiechu. Z radością czytałam z Młodszym o wojnie na zielony groszek, o skrzatach przygotowujących prezenty i o tym, że wszystkie drewniane zabawki są robione ręcznie. A wiecie jak skrzaty dzwonią do drzwi? Stają jeden drugiemu na ramionach i robią wieżę tak wysoką, aby dosięgnąć do dzwonka. A wiecie, dlaczego skrzaty podczas spotkań wywalają książki z półek? Bo półki są świetnym miejscem do obserwowania tego, co się dzieje na podłodze! Zapewniam Was, że lektura jest wyjątkowo fascynująca głównie przez to, że mały czytelnik dowiaduje się o rzeczach, których do tej pory mógł się tylko domyślać. 
Książka jest tak cudownie ciepła, że zachciało nam się Bożego Narodzenia tu i teraz. Co z tego, że za oknem słońce... Postać Mikołaja jest wyjątkowo pocieszna i taka niezgrabna w poruszaniu się w codzienności ludzkiej. Nie przeszkadza Mu to w zdobyciu sympatii sąsiadki... nic więcej nie napiszę. 
Kochani - warto kupić "12 miesięcy ze Świętym Mikołajem". Może trochę za wcześnie na lekturę,  ale niewątpliwie, zaraz zarutko nadejdzie listopad, potem grudzień, a to czas w sam raz na tę lekturę. Polecam gorąco! 


wtorek, 16 października 2018

Skrzydła dla motyla

Kiedyś, dawno temu, przeczytałam książkę pt. "Kwiat pustyni". Zszokowała i nieźle mną wstrząsnęła, bo nie zdawałam sobie wówczas sprawy, że taki proceder, jak obrzezanie kobiet, jest w ogóle praktykowany. Uczuliłam się na problem i z przerażeniem czytałam pojawiające się co pewien czas doniesienia na temat tego zwyczaju. Zawsze zastanawiało mnie, jak można zrobić taką krzywdę własnej córce?
"Skrzydła dla motyla" to kolejna powieść poruszająca ten temat. Może nie do końca powieść... To raczej wspomnienia i przeżycia młodej kobiety, Ntalian Lolkoki, która wprowadza nas w swój świat. Opisuje beztroskie dzieciństwo i to, jak dorastała. Wraz z dwoma siostrami prowadziła tryb życia nieznany europejskim dzieciom. Od rana do nocy, na wielkim placu zabaw, jakim było dla dziewczynek otoczenie domu. Dorastała w kenijskiej wsi, której mieszkańcy żyli zgodnie z przyrodą i jedli to co im ziemia dała. Ntalian opisuje stada słoni, zabawy w dżungli... słowem wszystko to, co my znamy właściwie tylko z książek. Z wielkim zaciekawieniem czytałam tę część książki. Wprowadzała mnie w nieznany świat szkoły prowadzonej przez misjonarzy, plemiennych zależności i pozycji kobiet w wiosce, w której dziewczyna mieszkała. 
Gdy Ntalian miała dwanaście lat została obrzezana. Dwa słowa - "Została obrzezana" - położyły się cieniem na całym życiu tej młodej kobiety. Ntalian pozwala nam obserwować, jak jej życie seksualne i (co gorsza) emocjonalne - zanika. Staje się pusta i niezdolna do odczuwania czegokolwiek. Trochę mnie drażniła postawa autorki i to wieczne użalanie się nad sobą. Szybko jednak moje odczucia zmieniły się, kiedy okazało się, że pomimo traumy udało Jej się wyrwać z Kenii i podjąć próby życia na własny rachunek. Moim zdaniem Jej postawa życiowa wynikała z braków emocjonalnych - nie potrafiła kochać, właściwie nic Jej nie interesowało. Ciągle szukała swojej drogi. Kiedy jednak wróciła do Kenii po to, aby nawracać rdzennych mieszkańców na wiarę katolicką... no nie zdzierżyłam. Trudno mi było zrozumieć to postępowanie i rozchwianie na wszystkie strony świata. 
Książka zawiera sporo informacji na temat tego straszliwego procederu, jakim jest obrzezanie dziewcząt. Poraża to, że członkowie tych plemion nie widzą nic złego w tym brutalnym zwyczaju. Przecież i matka i babka i prababka - wszystkie były obrzezane, więc jak można nie obrzezać kolejnego pokolenia dziewcząt. Co więcej - wmawia się młodym kobietom, że jeżeli nie będą obrzezane, to nie będą w stanie stać się godną mężczyzny! Tragedia
Książka piękna w swoim przesłaniu i frustrująca podczas poznawania losów Ntalian. Trudno przejść do porządku dziennego nad straconymi szansami i związkami, które dziewczyna zaprzepaściła czy też po prostu nie zauważyła. Nie ulega jednak wątpliwości, że to bardzo ważny głos w walce z procederem obrzezania kobiet. Powieść godna poleceniom wszystkim. Bez wyjątku. 

środa, 10 października 2018

Lewis Barnavelt na tropie tajemnic. Zegar czarnoksiężnika

Nie ukrywam, że sięgnęłam po tę książkę po obejrzeniu zwiastunu filmu. Zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale bardzo chciałam najpierw przeczytać książkę. Mam wiele powieści, które pochłonęłam dopiero po obejrzeniu ekranizacji i zawsze psioczyłam na tę kolejność. Przecież po obejrzeniu Harrego Pottera, główny bohater zawsze będzie miał twarz Daniela Radcliffe. Taka sytuacja jest nie do przyjęcia więc szybciutko pochłonęłam te kilkaset stron i... super było. Naprawdę. "Zegar czarnoksiężnika" to pierwsza część ośmiotomowego cyklu i jeżeli każda część jest tak klimatyczna, to czeka mnie i moje dzieci nie lada przygoda.
Lewis jest bardzo rezolutnym chłopcem, który niespodziewanie zostaje sierotą. Jego rodzice giną w wypadku samochodowym przez co chłopiec trafia pod opiekę wuja Jonathana. Wuj jest czarnoksiężnikiem, czego wcale przed chłopcem nie ukrywa. Mieszka w domu pełnym zagadek i tajemnic. Chłopiec jest zachwycony zarówno wujkiem jak i jego magiczna sąsiadką. Oczywiście jest też tajemnica. Mianowice dom został przejęty przez wuja Jonathana po śmierci złego czarnoksiężnika, który chciał na zawsze zmienić świat. Lewis wraz z wujem i sąsiadką mają przed sobą arcytrudne zadanie. Muszą uratować ludzkość.
Powieść niestety pozostała w cieniu Pottera, ale zapewniam Was, że warto po nią sięgnąć. Klimat i nastrój panujący w powieści jest po prostu magiczny i zasłużenie, w wielu księgarniach, powieść ta znalazła się na półce z bestsellerami. Jest krótsza i niewątpliwie mniej skomplikowana, ale przez to bardziej dociera do młodego czytelnika.  Główny bohater - moim skromnym zdaniem - również bardziej przypadnie czytelnikowi do gustu. To zwykły chłopak, mający problemy z kontaktami w grupie rówieśniczej, ale bardzo sympatyczny. Bardzo stara się o przyjaźń kolegi ze szkoły, przez co popada w "czarodziejskie"  tarapaty. Jest trochę nieśmiały, ale przy tym bardzo odważny. Na pewno spodoba się każdemu kto sięgnie po powieść. 
Powieść bardzo przyjemnie się czyta. Szybka akcja i lekkie pióro autorki przyczyniły się do tego, że przyjemność czytania rozłożyłam zaledwie na jeden wieczór i jeden ranek. Zachwycił mnie ten świat - pełen magii ale zupełnie innej niż ta znana z serii o Harrym. Tamta magia (przynajmniej w pierwszych tomach) była taka uczniacka, a tu mamy magię i złe moce w pełnym tego słowa znaczeniu. 
Lektura tej książki to rewelacyjna przygoda - pełna magii i skrząca od przygód. Wspaniała przygoda dla młodych czytelników. 

wtorek, 9 października 2018

Pod niebem pełnym zapytania

Rzadko kiedy moje podejście do książki ulega tak diametralnej zmianie, jak to miało miejsce przy powieści pt. "Pod niebem pełnym zapytania". Podchodziłam do niej jak pies do jeża. Piękna okładka przyciągała, ale świadomość, że autor jest księdzem... Nie ukrywam, że do Boga (tego znanego z kościoła katolickiego) mi daleko i na samą myśl o tekstach przepełnionych wiarą, robiło mi się mdło. Otóż nic bardziej mylnego. Gdyby wszyscy księża potrafili tak pięknie i delikatnie mówić o Bogu i wierze jak ks. Marek Chrzanowski - biegałabym do kościoła codziennie. Kochani, wolniej! Ta powieść absolutnie nie jest tylko o Bogu... Dobra - muszę chyba zacząć od początku. 
"Hotelik dla dwojga" to przepięknie położony pensjonat gdzieś w europejskich górach. Prowadzi go Magdalena - kobieta trochę poharatana przez los, ale szczęśliwa w tym, co robi. W pracy odnalazła swoją pasję i swoją miłość. Maciek (który na co dzień jest kierowcą w hotelu) bardzo długo starał się o względy Magdy, a gdy już je zdobył, wszystko runęło jak domek z kart. Czytelnik ma okazje podziwiać rodzące się uczucie ze wszystkimi tego konsekwencjami. Obserwujemy, jak Magda powoli się otwiera, jak Maciek czule ale stanowczo walczy o miłość swojego życia. Musi walczyć, ponieważ jego przeszłość jest trudna i bardzo zagmatwana. Aby zdobyć Magdę, chłopak zmuszony jest najpierw rozprawić się z duchami przeszłości. 
Wątek Magdy i Maćka to nie wszystko. Każdy rozdział zawiera inną historię opowiadającą o ludziach odwiedzających hotelik. Każda historia jest jedyna w swoim rodzaju - jedna ciekawa, druga zabawna, kolejna wzruszająca. Z ciekawością czekałam na nowych gości i historie, które niosą ze sobą. Magdalena jest wspaniałą obserwatorką, a jej wpisy, których dokonuje w notatniku pokazują czytelnikowi wiele z tego, co na pierwszy rzut oka umyka. 
I teraz to najważniejsze. Powieść jest po prostu magiczna... nie wiem, co powoduje takie odczucia, ale niewątpliwie tak jest. Może to, że książka jest ciepła niczym ogień z kominka i kapcie przed nim postawione. Może to, że w jej treści jest sporo poezji - takiej od serca i od Boga. Może to, że powieść jest pełna wiary w to, że każdy kiedyś znajdzie swojego Boga. Trzeba tylko mieć uszy i oczy szeroko otwarte. Wielu bohaterów powieści zaufało Bogu, a co za tym idzie żyje z Nim w zgodzie i powiem Wam, że nawet mi to w lekturze nie przeszkadzało. Co więcej - z zazdrością czytałam o tym, jak łatwo można powierzyć wszystkie troski Bogu i czekać aż załatwi za nas pewne sprawy. 
Bóg w tej powieści jest wszędzie, ale nie wprost. Unosi się nad kartami powieści niczym mgiełka i otula wszystko, łącznie z czytelnikiem. Tu nie ma zbędnego umoralniania,, nie ma cienia pogardy dla tych, którzy nie wierzą. jest za to zrozumienie i miłość - wielka i wszechpotężna. 
Na początku powieść wydała mi się po prostu nudna. Ot, dzień po dniu, obserwujemy życie, które leniwie toczy się w górskim hoteliku. Dopiero po kilkunastu stronach dotarło do mnie, że to nie jest powieść, w której bohater przeżywa miliard przygód na minutę. To powieść o nas samych. O tym, co nam w duszy gra. Kiedy czytałam, jak Magda odnajduje w hoteliku spokój, jak organizuje czytelniczy kącik, jak oddaje się cotygodniowym koncertom pianistycznym... zazdrościłam, po prostu. 

czwartek, 4 października 2018

Miłość na dziesiątej wsi

Bardzo, bardzo mi się podobało. Niezapomniany klimat, rewelacyjnie wykreowani bohaterowie, przemyślana narracja ... i ta sielska, wiejska atmosfera, sianem i jabłkami pachnąca!
"Miłość na dziesiątej wsi" to taka jednotomowa saga pokoleniowa. Rozpoczynamy podróż od Jacka i Basi. On zakochany w Sarze (Żydówce z sąsiedztwa) świata poza Nią nie widzi, Ona - zahukana, wiejska dziewczyna, niepewna swojego pochodzenia, a co za tym idzie - narażona na staropanieństwo.  Jacek dla swojej miłości rzuca szkołę, czego rodzice nie mogą mu darować. Za karę zmuszają go do małżeństwa z Basią chcąc Go ukarać związkiem z nieciekawą dziewczyną. Tak zaczyna się saga rodu Cichych. Przepiękny, a jednocześnie tragiczny opis ślubu i wiejskiego weselicha jest początkiem trudnej drogi tej pary. Oboje cierpią, oboje tęsknią i oboje... żyją dalej. Rodzi się dziecko za dzieckiem, co zmusza Basię do pracy ponad siły. Musi wyżywić swoje stadko, a na pomoc męża raczej nie ma co liczyć. Jacek nadal tęskni, a o swoje nieszczęście i ciągłą tęsknotę obwinia Basię. Jest jeszcze sąsiad o nazwisku Zarządca, którego obecność budzi w czytelniku niepokój. Pojawia się zawsze tam gdzie coś się dzieje - tajemniczy, bez korzeni, bez rodziny... I tak rok za rokiem, dekada za dekadą, płyniemy z Cichymi przez życie. Obserwujemy, jak dzieciaki dorastają i nagle uwaga czytelnika przenosi się na ich losy, pozostawiając Basię i Jacka trochę w tyle. Życiowe zakręty i miłosne zawiłości potomków naszych bohaterów są naznaczone brakiem szczęścia rodziców. Jakaś przeklęta jest ta wieś, bo tak naprawdę nikt nie jest do końca szczęśliwy. Nawet miłość - ta odnaleziona i odwzajemniona - jest gorzka i trudna do przełknięcia. Każdy ma jakieś tajemnice, każdy musi uważać, aby nie skrzywdzić bliskich sobie osób...
Powieść ta jest piękna nie tylko dlatego, że mówi o trudnych losach mieszkańców wsi i przeplata konary rodziny Cichych między sobą. Jej piękno wynika również z tego, że przepełniona jest miłością do przyrody i do takiego zwykłego, wiejskiego życia. Autorka pokazuje czytelnikowi, jak bardzo nasze istnienie zależy od natury, od pracy na roli i od miłości do tego, co ziemia nam urodzi. Ja jestem miastowa dziewczyna, ale kiedy czytałam o tym, jak cudownie jest przejść się po polu na początku jesieni, kiedy to wszystko pachnie tą porą roku ... uwierzcie mi - zatęskniłam. Oczywiście, że z książki wyziera również bieda, głód i choroby, bo przecież w okresie międzywojennym (i nawet powojennym), na wsiach było to na porządku dziennym. Nie zmienia to jednak faktu, że od wieki wieków, to przyroda była dla człowieka najważniejsza. Tylko teraz jakoś to nam gdzieś umknęło..... 
"Miłość na dziesiątej wsi" to trzeci tom cyklu "Saga z dziesiątej wsi". Ja to mam przysłowiowe szczęście do sięgania po kolejne tomy w zupełnie przypadkowej kolejności. Dopiero w trakcie lektury powieści, kiedy już się wciągnę i zachwycę, niespodziewanie dowiaduję się, że to któryś tam z kolei tom. Najczęściej jestem wściekła, ale tym razem dobrze się stało. Z docierających do mnie komentarzy wynika, że trzecia część sagi zawiera sporo powtórzeń z poprzednich tomów, co trochę psuje jej atmosferę i czyni ją lekko nudnawą. Ja - na szczęście - nie znam poprzednich części, więc dla mnie to po prostu powieść idealna. 
Zachęcam do lektury. Nie zważajcie na to, że to trzeci tom. Sięgnijcie i zanurzcie się w tym świecie. Świecie znaczonym ciężką pracą na roli i skomplikowanymi losami mieszkańców dziesiątej wsi. 

czwartek, 27 września 2018

Pamiętnik znaleziony w Katyniu


Janina Lewandowska - pilot, pierwsza Europejka, która wykonała skok spadochronowy z 5 km, jedyna kobieta zamordowana przez Sowietów w Katyniu.
Tę książkę można uznać za hołd oddany tej dzielnej kobiecie. Kiedy znalazła się w obozie, była podporą dla wielu więźniów, którzy nie radzili sobie z sytuacją w jakiej się znaleźli. Pomagała wszystkim, zawsze z uśmiechem na ustach, zawsze miła, podnosiła na duchu i dodawała otuchy. Nazywali Ją "Matką Boską Kozielską" co pokazuje, jaką dużą estymą i szacunkiem darzyli ją pozostali więźniowie. 
To piękna powieść, stylizowana na pamiętnik, zawierający notatki z okresu od 10 grudnia 1939 do 22 kwietnia 1940 roku. Powieść smutna i przejmująca, a jednocześnie radosna i wzruszająca. Maria Nurowska podeszła do tematu w charakterystyczny dla swojej twórczości sposób. Za to uwielbiam twórczość tej autorki. Pomimo tego, że czytelnik wie, jak to wszystko się skończy, pomimo tego, że czyta o życiu w obozie - z kartek powieści bije nadzieja. Widać że bohaterka kocha życie, widać, że nie traci ducha i liczy na to, że wszystko jakoś się ułoży. Rzadko kiedy przeżywa chwile załamania, a nawet jeśli - to robi to po cichu, w ukryciu, tak, aby nie zmartwić pozostałych współwięźniów. 
Maria Nurowska rewelacyjnie ukazuje obozową codzienność. Janka, jako jedyna kobieta była traktowana trochę inaczej niż mężczyźni. Miała swój "pokój", nie musiała też fizycznie pracować, a jedynie pomagała w kuchni. Widzimy jej delikatność i wrażliwość na potrzeby innych. Wzruszył mnie pomysł zorganizowania koncertu Hanki Ordonówny, w którą wcieliła się nasza bohaterka. Miała piękny głos i wielu więźniów uwierzyło, że śpiewała naprawdę Hanka. Wzruszyła mnie też miłość Janki i Azorka - pieska, który przybłąkał się do obozu. Wspierali się nawzajem i pocieszali w trudnych chwilach. 
Losy Janki przeplatają się  z losami Jej męża, który przeżył wojnę. Jego losy są jednak jedynie tłem - odskocznią od tego co działo się w obozie. Szczerze mówiąc - mogłoby równie dobrze ich nie być. 
"Pamiętnik znaleziony w Katyniu" to powieść która nakazuje pamiętać o tragedii, która wydarzyła siew katyńskich lasach. Jest niesamowita własnie dlatego, że o tragicznych sprawach mówi w lekkich słowach - tak spokojnie. Przez takie podejście do tematu powieść pozostaje w sercu i głowie czytelnika na bardzo, bardzo długo. 

środa, 26 września 2018

Lawenda w chodakach

Urzekła mnie ta książka. Klimatyczna, ciepła, taka właśnie lawendowa. Lekka łatwa i przyjemna w czytaniu, choć - kiedy się zamyślimy nad jej treścią - to już nie jest tak beztrosko.
Czwórka przyjaciół postanawia spędzić wspólne wakacje zwiedzając samochodem Europę. Dwie pary - Magda i Kuba oraz Wiktor i Damroka - zdają sobie sprawę, że ten wyjazd zmieni ich na zawsze. Nie domyślają się jednak, jak bardzo. Pewnego dnia Damroka poznaje Jacka - samotnego podróżnika o dość specyficznym podejściu do życia. Jacek postanawia dołączyć do naszych bohaterów, co przewraca spokojne życie podróżników do góry nogami. Żeby było ciekawiej - na horyzoncie pojawia się jeszcze jedna para, w której Ona jest zahukaną bidulką, a On bezczelnym męskim szowinistą. Jak łatwo się domyśleć jest jeszcze jeden bohater książki, a mianowicie uczucia. Zapewniam Was, że to, jak potoczą się losy naszych bohaterów, będzie dla Was całkowitym zaskoczeniem. 
Powieść świetnie się czyta. Płynie przez mózg jak rzeka - to spokojnym strumieniem, to znowu jak rwący potok. Powiązania między bohaterami, ich uczucia i to, jak każdy z nich na swój sposób odkrywa na nowo siebie - to dla każdego czytelnika stanowić będzie literacką ucztę. Każdy z bohaterów jest inny - każdy budzi całkowicie odmienne emocje. W trakcie lektury okazuje się, że każdy chowa w zanadrzu jakąś tajemnicę, która bezlitośnie wpływa na kontakty z innymi ludźmi. 
Ja pokochałam Damrokę, pomimo Jej wad i drażniącego mnie podejścia do życia. Ta dziewczyna mocno stąpa po ziemi i bierze życie za rogi pomimo tego, że trudności piętrzą się jej przed nosem. 
Urzekli mnie też Panowie, którzy pod płaszczykiem męskiego macho ukrywają małych łobuziaków. Za każdym razem, kiedy była mowa o zabawie samochodzikami, na mojej twarzy gościł uśmiech. 
Świetna powieść. Rewelacyjne studium ludzkich charakterów i powiązań. I dowód na to, że jeżeli czegoś naprawdę chcemy, to warto o to powalczyć. Na śmierć i życie. 

wtorek, 25 września 2018

Rosomak

Nie wiem, co mam napisać. Nie wiem jak mam napisać. Wyjścia są dwa: albo ja jestem tępa i nie rozumiem tej książki, albo autor dał ponieść się wyobraźni tak daleko, że tylko On sięga na te bezbrzeża szaleństwa... No ja tam nie sięgam na pewno. 
Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy to skromna okładka. Skromna, ale dająca do myślenia. Nazwiska autora za bardzo nie widać, bo nie wiadomo czy "Kryza" to nazwisko czy pseudonim. Na środku okładki dziewczynka z zakręconym wyrazem twarzy i mało czytelny tytuł. Nic to - myślę - spróbujmy książkę oswoić. Wpisuję tytuł na "Lubimy czytać" - pustka. Na granice pl. owszem jest, ale taka bezimienna. Autor właściwie nieznany i niemożliwy do zidentyfikowania - jakby się wstydził swojej twórczości... tajemnica za tajemnicą. Dobra - myślę - trzeba wziąć byka za rogi. Zaczęłam czytać i zdębiałam. Tak odjechanej prozy dawno nie miałam w swoich rękach - o czytaniu nie wspomnę. Strona za stroną przeklinałam swoją żelazną zasadę zgodnie z którą, jeżeli książkę zaczęło się czytać, to należy ją skończyć. 
Głowna bohaterka Hilaria jest uczennicą renomowanego liceum. Ogromną przyjemność sprawia jej spadanie. Spada więc z krzesła podczas lekcji kilka razy dziennie. Nienawidzi świata, siebie i całej swojej rodziny. Rodzinę też ma nienormalną. W domu panowała "kleista brązowa atmosfera", co wyraźnie widać i czuć w opisach rodziców i dzieci. Ale to jeszcze zniosłam, aż doszłam do 20 strony powieści, kiedy to pojawił się... Gilgun. To dziwaczne stworzenie wraz z dziwną maszyną pomagali dziewczynce w uporaniu się z nienawiścią. Zapewniam Was, że to dopiero początek. Drugi wątek to wątek o Zębowej Wróżce, która ani trochę nie przypomina zębowej wróżki znanej nam z bajek dla dzieci. 
"Miała około 120 centymetrów wzrostu, dziecięcą posturę i ...niektóre elementy szczura. Jej ręce od łokcia aż do czubków palców były szczurzymi łapkami. Posiadała też długi różowy ogon i wielkie szczurze czerwone oczy. 
No i co Wy na to? Wiedziałam już, że będę się męczyć podczas tej lektury. I nie myliłam się. Ta powieść nie mam żadnej sensownej fabuły. Ona powstała tylko po to, aby autor mógł przelać na papier swoje fantazje i imaginacje. Dziewczynki, które - chcąc być chude - wpychały do przełyku szmatkę przeżyłam. Ale chłopiec, któremu matka związywała nogi i wmawiała, że jest ślimakiem, a On był przekonany, że ślina to ślimaczy śluz.... To już przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Nie zdziwiło mnie więc zakończenie, które jest wzięte zupełnie z kosmosu. 
Powiem tak. Powieść ta zupełnie do mnie nie dotarła i jeżeli jej treść posiada jakieś drugie dno, które stanowi przesłanie dla ludzkości, to jest ono dla mnie zupełnie niedostępne. Zakończenie książki pt. wzięła karabin i powystrzelała całą szkołę - nie mieści mi się w głowie. Moim zdaniem autor, po wizycie u psychiatry, postanowił przelać na papier swoje chore przywidzenia, a następnie znalazł szalonego wydawcę, który mu to wydał. 
Jeżeli macie ochotę na makabryczne dziełko bez większej treści - to sięgnijcie po Rosomaka. I proszę - oświećcie mnie, jeżeli znajdziecie w niej coś więcej niż tylko upiorne zapiski szalonego autora.

niedziela, 23 września 2018

Mój Tata mieszka w innym świecie

Kiedy poznajemy Krzysia, Jego ból po stracie taty jest już okiełznany. Oczywiście, że tęskni - to zrozumiałe - ale widzi już świat w kolorowych barwach, a nie tylko czarno – białych. Krzyś jest bardzo mądrym chłopcem, który potrafi analizować to, co go otacza dużo bardziej dojrzale niż niejeden dorosły. Ma też bardzo mądrą Mamę, będącą ogromną podporą dla swojego synka. To właśnie Mama zauważyła tę dojrzałość chłopca i od kilku lat zapisywała Jego myśli. Kiedy pojawił się pomysł napisania książki, chłopiec samodzielnie zaczął zapisywać swoje przeżycia i przemyślenia, jednak było to bardzo męczące. Dopiero Mama wpadła na pomysł wykorzystania dyktafonu. Nagle wszystko okazało się prostsze. 
Ta książeczka to skarbnica wiedzy o emocjach i przeżyciach Krzysia, które otoczyły go po śmierci Taty. Krzysiu twierdzi, że świetnie Go pamięta, choć przecież od jego śmierci minęło 6 lat. Kiedy mówi o Ojcu, z Jego słów bije ciepło i tęsknota. Krzysiu pisze też o innych - całkiem zwyczajnych rzeczach. Opowiada o tym, że nie lubi zielonego jedzenia uwielbia za to naleśniki i pomidorówkę. Dużo czyta i wie doskonale, że w rodzinie najważniejsza jest miłość. Opowiada o ukochanych zwierzętach i swoich przyjaciołach, a zwłaszcza o jednym z nich o przepięknym imieniu Tymoteusz, który wykonał ilustracje do książki. Dodam, że bardzo udane ilustracje. 
Pisze też o swoich uczuciach i emocjach i nie ukrywam, że ta sfera książki zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Sama mam w domu synka, który jest niewiele młodszy od Krzysia. „Młodszy” to mądry chłopak, wrażliwy i wygadany, ale o wielu sprawach, o których pisze Krzyś, nie ma bladego pojęcia. 
"Krzysiowe historyjki" są przepiękne, mądre i głębokie, a jednocześnie po dziecięcemu naiwne. Krzysiu opisuje, jak to Mama wyszła z domu w dwóch różnych butach, albo jak zdarzyło Jej się pojechać pod prąd. Spisane prostym językiem mocno wchodzą w głowę czytelnika i tam się kłębią. Opowieści są i wesołe i smutne... jak to w życiu. Wyziera z nich ogromna miłość do Mamy i niesamowity szacunek do życia. Krzyś formułuje też myśli piękne, które mogą być cytowane i powtarzane. Urzekło mnie na przykład poniższe stwierdzenie: 
"... chciałem być wiatrem. Mama tego nie rozumiała, więc musiałem Jej wytłumaczyć. Chciałem być wiatrem, bo on nigdy nie umiera". 
Co mnie uderzyło podczas lektury, to mądrość krzysiowej Mamy. Kobieta nie dość, że sama musiała poradzić sobie z odejściem ukochanej osoby, to jeszcze musiała zrobić wszystko, aby pomóc swojemu synkowi. Ta kobitka Nobla powinna dostać za swoje umiejętności. Sama też radzi sobie jak potrafi i ... robi anioły. Początkowo - jak to opisuje Krzyś - nie były zbyt udane, ale z czasem piękniały. Krzyś nawet jednego zrobił sam i zaniósł do klasy z zadaniem strzeżenia całej klasy przed przykrymi niespodziankami. 
"Mój Tata mieszka w innym świecie" należy przeczytać. Samemu, albo ze swoją pociechą, ale koniecznie przeczytać. Mój syn w kilku momentach potrzebował komentarza, bo niektóre emocje, które dla Krzysia są codzienne - Młodszemu są obce. Cieszę się że mogliśmy na niektóre tematy pogadać. Piękne słowa o płaczu, które wypowiada Krzyś - mojego syna przeraziły. On płacze raczej rzadko i kojarzy mu się to jednoznacznie z doznaniem krzywdy, a tu proszę.... 
Warto kupić tę książeczkę również po to, aby wspomóc podopiecznych Fundacji Dorastaj z Nami. Bo przecież warto pomagać :-) 


piątek, 21 września 2018

Pensjonat Leśna Ostoja

Jestem zwolenniczką nieoceniania książek po okładkach, ale nie do końca i nie bez zastanowienia. Trochę to dziwne brzmi, ale tak właśnie jest. To" nie do końca" oznacza, że jeżeli okładka zniechęca do lektury (np. wskazując na romansidło, albo na książkę ponurą i smutną) to daję jej często szansę, traktując okładkę jako zło konieczne. Jednak, jeżeli okładka mnie woła i kusi, jest barwna, ciepła... No przepiękna po prostu, wówczas często sięgam po taką książkę nie bacząc na to, co zastanę w środku. 
Powieść „Pensjonat Leśna Ostoja” zachwyciła mnie właśnie okładką. Wiedziałam, że czytając tę pozycje nie mam co liczyć na literaturę wielkich lotów, ale przecież nie samym Prusem i Mickiewiczem świat stoi. Podczas lektury bawiłam się świetnie i wcale nie żałuję, że poświęciłam tej pozycji dwa czytelnicze dni. 
Justyna jest panną w średnim wieku, pracującą w korporacji i kochającą porządek tabelek i wykresów, które tworzy pisząc sprawozdania na potrzeby swojej firmy. Nie grzeszy wyobraźnią i lekkością ducha a jej radość życia zabijana jest przez rutynę. Pewnego dnia zostaje wezwana przez swoją przełożoną, która – chcąc Ją zmusić do złożenia wypowiedzenia – ma dla naszej bohaterki "wspaniałą" wiadomość. Otóż pracodawca zakupił stary dom na zabitej dechami wsi. Planuje tam zorganizować pensjonat mający być odskocznią dla pracowników i miejscem do przeprowadzania imprez integracyjnych firmy. Złośliwy babsztyl (czytaj: szefowa Justyny) postanowił, że to właśnie Ona zajmie się odnowieniem rudery i dostosowaniem jej tak, aby spełniała wymagania najbardziej wybrednych gości. Justyna jest załamana czekającym ją wygnaniem. Nie chcąc stracić pracy pakuje się wyjeżdża i... Przeżywa przygodę swojego życia. 
Motyw wydaje się oklepany. Samotna kobitka wyjeżdża z dużego miasta w głuszę, aby prowadzić pensjonat. Musi zamienić wypielęgnowane paznokcie na robocze rękawiczki, garsonki na dżinsy i ruderę na pensjonat. Na szczęście autorka ma dość przyjemne pióro i nawet ta część powieści, która zdaje się być relacją z robót budowlanych jest dość przyjemna w odbiorze. Druga część jest już całkiem sympatyczna, ponieważ do głosu dochodzi zacięcie kryminalne autorki. Pojawiają się zagadki - i to nie jedna, a kilka na raz. Tajemniczy dziennik niemieckiego esesmana, ukryty skarb, czy też grasujący kłusownik skutecznie rozwiewają monotonię prac budowlanych. Najlepsza jest jednak zagadka obrazu, na którym uwidoczniono kobietę bardzo przypominającą naszą bohaterkę. Ten wątek mnie naprawdę zauroczył i żałuję, że autorka nie pochyliła się nad nim z większym zacięciem. Nie szkodzi. 
Powieść czyta się bardzo przyjemnie. Zawiera wiele wzruszających akcentów – takich babskich w pozytywnym tego określenia znaczeniu. Dziewczynka, która pomaga urządzać ogród, wspaniali miejscowi robotnicy, którzy z sercem na dłoni pomagają naszej bohaterce doprowadzić dom do stanu używalności, czy też poszukiwania ukrytego skarbu - to wszystko składa się na powieść, którą można czytać w długie, jesienne, deszczowe wieczory. Uroku dodaje również bohater drugoplanowy, którym jest przyroda. Autorka bardzo zgrabnie wplata opisy okolicy – co więcej – potrafi za pomocą opisów stworzyć taki nastrój, że ciarki mkną po plecach. Bardzo podobały mi się akcenty związane z przechadzającym się żubrem, czy też zachwycające opisy zwykłych leśnych ścieżek czy krzewów. Tu autorce należą się brawa i słowa uznania. 
Przez powieść mknie się przez nią z szybkością błyskawicy towarzysząc Justynie w pokonywaniu trudności. Powieść godna polecenia wszystkim tym, którzy chcą spędzić przyjemny wieczór z ciekawą, acz niewymagającą wysiłku intelektualnego powieścią.

czwartek, 20 września 2018

Kłamstwo doskonałe

Macie takie powieści, które czytacie z wypiekami na twarzy? Które trudno odłożyć na półkę? Które czytacie wszędzie: na przystanku, podczas spaceru z psem i na światłach w oczekiwaniu na zielone? No właśnie. "Kłamstwo doskonałe" to powieść, którą czytałam na moim czytniku, dzięki czemu łatwiej mi było czytać w każdej wolnej chwili. Pochłonęła mnie po kilku stronach, a wypuściła ze swoich szponów dopiero na ostatniej stronie. Ale z drugiej strony nic dziwnego. Każda powieść Lisy Scottoline jest własnie taka: pożera i pochłania, nie dając chwili wytchnienia. 
Kiedy poznajemy Chrisa Brennana wybiera się On na rozmowę o pracę do Dyrektorki szkoły średniej w Central Valley. Czytelnik bardzo szybko orientuje się, że Chris prowadzi podwójną grę. Praca nauczyciela liceum i trenera szkolnej drużyny baseballu to tylko przykrywka do ... no właśnie trudno się zorientować, do czego. Wiadomo tylko jedno - mieszkańcom Central Valley zagraża wielkie niebezpieczeństwo. Plan Chrisa początkowo przeraża zwłaszcza dlatego, że opiera się na kłamstwie i na manipulowaniu mieszkańcami miasteczka. Później nic już nie jest takie samo, a to, co wydawało się białe, nagle pokrywa się szarością. Czytelnik nie wie już, w co ma wierzyć i komu ufać. W rozwiązaniu zagadki pomaga nam analiza zachowań trzech uczniów szkoły.  Poznajemy ich rodziny, tajemnice i mroczne sekrety skwapliwie chowane po kątach zamieszkiwanych posiadłości. 
Powiem tak - nie wiem, co bardziej mi się podobało. Czy przemyślna intryga stworzona na potrzeby naszego bohatera, czy też śledzenie losów trzech rodzin, których losy się wzajemnie przeplatają i przenikają. Świetnie przemyślana fabuła jest naprawdę mistrzostwem świata. 
Tylko ta okładka... do niczego nie pasuje. Jej nastrój wskazuje na literaturę obyczajową a przecież wcale tak nie jest. Nie szkodzi. na szczęście nie oceniam książek po okładce i dzięki temu mogłam przeczytać świetny thriller, którego lekturę szczerze polecam.  

środa, 19 września 2018

Bona. Zmierzch jagiellonów

Magdalena Niedźwiedzka zachwyca mnie swoją twórczością. "Królewska heretyczka", opisująca życie królowej Anglii Elżbiety I Wielkiej urzekła mnie niesamowicie. "Maria Skłodowska-Curie. Geniusz i siła miłości" również przeczytałam z zapartym tchem. Powieści te są sfabularyzowanym spojrzeniem na losy postaci sławnych i niebanalnych. Autorka świetnie oddaje nastrój epoki i ówczesne problemy pisząc o tym w taki sposób, że czytelnik czyta te książki jak najlepsze kryminały. 
Postać Królowej Bony spotkałam, jako mała dziewczynka, w serialu emitowanym dawno, dawno temu przez Telewizję Polską. Każdy chyba pamięta Aleksandrę Śląską, która wcieliła się w postać Bony. Robiła wrażenie; naprawdę grała z klasą. Kiedy więc zobaczyłam na stronie mojego ulubionego wydawnictwa, że kolejna książka Pani Niedźwiedzkiej będzie własnie opisywać losy wielkiej Bony... aż ręce zacierałam z radości.
Powieść absolutnie spełniła moje oczekiwania. Poznałam losy Bony że tak to określę - od podszewki. Autorka prowadzi powieść kilkutorowo. Po pierwsze przedstawia losy włoskiej księżniczki, które w dużej mierze tłumaczą późniejszą postawę Bony już jako królowej Polski. Z drugiej strony towarzyszymy Królowi Zygmuntowi w jego poszukiwaniach żony godnej tronu polskiego. Widzimy jego rozdrażnienie i rozdarcie, kiedy wszyscy dookoła tłumaczą mu, że musi mieć przecież męskiego potomka. Poznajemy też jego charakter i losy, zanim jeszcze włożył na głowę koronę. Powiem Wam - że nie urzekło mnie postępowanie naszego króla. Niezdecydowany i rozdarty pomiędzy swoimi potrzebami, a potrzebami korony nie budzi sympatii czytelnika. 
Trzecim wątkiem są losy Albrechta Hohenzollerna. Z wielką ciekawością poznawałam wydarzenia, które doprowadziły do Hołdu Pruskiego. Autorka świetnie pokazała rozterki i działania władcy, który przebrnął długa drogę - od marzeń o tym, aby zostać duchownym do władcy, który przeprowadził sekularyzację swojego Państwa. 
Losy Bony, przedstawione w powieści, obserwujemy w bardzo ciekawy sposób. Z jednej strony autorka bardzo wnikliwie i szczegółowo opisuje losy Bony jednocześnie nie oceniając jej postępowania. Czytelnik sam dokonuje oceny, jednocześnie obserwując, jak ta wielka kobieta pogrąża się w samotności i nieszczęściu. Rozdarta pomiędzy miłością do Włoch, a potrzebą bycia kimś wielkim, nie potrafi odnaleźć się w polskiej rzeczywistości. Nie lubi Polski - jej długich wieczorów, dżdżystych pór roku i mroźnych zim. Z drugiej strony uwielbia możliwości, jakie daje jej zasiadanie na tronie królewskim. Nienawidzi szlachty i tego, jak bardzo ogranicza Króla, a jednocześnie sama skwapliwie korzysta z braku decyzyjności króla Zygmunta.  
Powieść rewelacyjna, wciągająca, cudowna.... mogę tak długo, bo każda dotychczas przeczytana książka Pani Magdaleny mnie zachwyciła, a już "Bona...." to po prostu wisienka na torcie. Poproszę drugi tom. jak najszybciej. 

piątek, 14 września 2018

Witamy Młodzieżówkę :-)

Moja Starsza czyta sporo. Lubi literaturę z czasów wojny, lubi fantastykę, czyta też dużo powieści kryminalnych. Jedyne, czego nie trawi, to literatura przeznaczona dla nastolatek. Opowiadania o problemach w szkole, pierwszych miłościach, czy też o tym, kto kogo obgadał za plecami, budzą na twarzy mojej Starszej wyraz obrzydzenia. 
Sami rozumiecie, że trudno mi podrzucać Jej wartościowe pozycje literackie, zwłaszcza, że chłonie książki jak młody pelikan rybki. Efektem tego jest to, że z nadzieją witam pojawienie się każdego nowego Wydawnictwa oferującego wartościowe powieści dla młodych ludzi.
Ostatnio dostałam informację, że na naszym rynku księgarskim pojawia się nowe wydawnictwo skierowane własnie do młodych czytelników, o wdzięcznej nazwie "Wydawnictwo Młodzieżówka". Czekam niecierpliwie, zwłaszcza, że pierwsza książka zachęca i kusi...
Zerknijcie, jeżeli macie ochotę :-)

Profil na Facebooku można obejrzeć tu, a profil na Instagramie można obejrzeć tu.

Życzę powodzenia z całego serca i trzymam mocno kciuki 

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Skazy

Skazy to piękna książka. Historyczna powieść o tożsamości miasta i ludzi; o tym, że warto posłuchać siebie nie patrząc na to, co się dzieje dookoła. Gdańsk zawsze był troszkę inny niż pozostałe miasta. Zawsze miał predyspozycje do całkowitej samodzielności. Co i rusz Gdańsk był Wolnym Miastem. Nawet gdy ktoś wyciągał po Niego rękę (najczęściej oczywiście Niemcy), po pewnym czasie miasto powstawało z kolan i znowu błyszczało autonomią na mapie. To miało swoje plusy i minusy. Gdańsk bardzo długo był ostoją dla obcokrajowców prześladowanych w swoich krajach. Jako Wolne Miasto nie obawiało się niczego i nikogo. Niewątpliwie jednak miało to wpływ na brak poczucia tożsamości mieszkańców miasta. przy takiej mozaice narodowości trudno mówić o spójnej polityce. 
"Skazy" to powieść umiejscowiona w okresie międzywojennym. Poznajemy losy bardzo bogatej i liczącej się rodziny Hollenbachów, której nestor czuje się Niemcem i nie może przeboleć tego, że Gdańsk ma powrócić do odradzającej się Rzeczpospolitej. Poznajemy losy dwóch sióstr Hollenbach, które wzrastając w międzywojennym Gdańsku, obserwują rozwój miasta. Kiedy dziewczęta dorastają, losy rzucają je do Berlina. Dziewczęta muszą uporać się z rozwojem kabaretów i rozwiązłością moralną z jednej strony, a z drugiej z politycznymi zmianami spowodowanymi dojściem do władzy Hitlera. 
Książka pokazuje jak maluczki jest człowiek. Jak jednostka niesiona falami historii musi unosić się wraz z nią - nie ma siły płynąć pod prąd. 
Dwa poboczne wątki (jeden umiejscowiony współcześnie, a drugi w XVII wieku) nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Uważam, że zostały napisane na siłę, tylko po to, aby urozmaicić fabułę. Szkoda, bo Ona nie wymaga urozmaicania. Jest sztuką sama w sobie. A tak autorka stworzyła dwa wątki, które są bezpłciowe i właściwie nic nowego nie wnoszą. Ani współczesna tajemnica nie rozpala uszu z ciekawości, ani wcześniejsze dzieje rodu nie powalają czytelnika z nóg. 
Warto sięgnąć po "Skazy". Jest to powieść pięknie napisana i wciągająca czytelnika w wir wydarzeń. Trochę to banalnie brzmi ale tak naprawdę jest, więc po cóż szukać bardziej wzniosłych słów :-) 

piątek, 24 sierpnia 2018

Lena z 7a

No i co ja mam napisać? "Lena z 7a" to powieść dla nastolatek, którą rzuciłabym w kąt po lekturze pierwszych 20 stron, gdyby nie to, że zobowiązałam się ją zrecenzować. Męczyłam się podczas czytania okrutnie. Perypetie przesympatycznej uczennicy byłyby może porywające  dla uczennic podstawówki gdyby nie to, że młode głowy należy przed tą książką bronić. Książka ma tyle wad, że przesłaniają one całe dobro tej powieści, które i tak jest wielkości ziarnka maku. Słownictwo i budowa zdań na miarę umiejętności literackich bohaterki. Zdania wielokrotnie złożone są w tej książce naprawdę rzadko spotykane. Ubogie słownictwo i nadmiar mowy potocznej powodują, że podczas lektury moje serce krwawiło. Chcecie próbkę? Proszę bardzo.
„Tuż za ogrodzeniem targowiska Antek nagle skręcił w prawo. Lena powinna przejść przez skrzyżowanie i skierować swoje kroki w lewą stronę. Podjęła jednak decyzje, że pójdzie za nim. Strach paraliżował ją coraz bardziej. Antek szedł w stronę Mostu Trzebnickiego. Nagle zatrzymał się na światłach. Spojrzała. Świeciło się czerwone światło. (...) Antek przeszedł przez most. Ona także. Szedł jeszcze jakiś czas prosto”.
287 stron pisanych w stylu rozbudowanego telegramu to trochę za dużo jak na moje skołatane serce. Pochwalę się jednak, że dzielnie dotarłam do końca powieści, co więcej - po zamknięciu książki moje odczucia były nie tylko złe. Gdzieś tam wyłaniał się skrawek tęczy, który wynikł z poruszanego w książce tematu.
Lena jest uczennicą wrocławskiej podstawówki. Czynnie działa w harcerstwie, ma kochającą się rodzinę i dwie przyjaciółki. Pewnego dnia do klasy Leny przychodzi nowy chłopiec - Antek. Jest zamknięty w sobie i tajemniczy, co tylko pobudza ciekawość dziewcząt. Jak nietrudno się domyśleć Lena i Antek zakochują się w sobie. Autorka dość topornie opisuje budzące się uczucie, jednak to jestem w stanie przeboleć. Nie mogę jednak przejść do porządku dziennego nad słownictwem, które autorka wkłada w usta bohaterki. Moja Starsza jest dokładnie w wieku Leny i nie słyszałam, żeby odzywała się tak, jak bohaterki powieści. "Wbijasz do mnie?" zamiast "Przyjdziesz do mnie?" to tylko próbka. Jeżeli do tego niechlujnego języka dodamy błędy gramatyczne w stylu "wchodzę na salę" zamiast "do sali"...
Miałam nie narzekać, a tu znowu. Dobra teraz o plusach. Nasz bohater, Antek, ma siostrę Klarę. Dziewczynka cierpi na zespół Retta. Jest to uwarunkowane genetycznie zaburzenie w rozwoju, które w znacznym stopniu upośledza rozwój dziecka. Dzieci te nazywane są Milczącymi Aniołami. Autorka, tworząc ten wątek, skupia się raczej na emocjach Antka, który bardzo kocha swoją siostrę, jednak nie zawsze radzi sobie z jej chorobą. Chłopiec pomaga rodzicom i rozumie, dlaczego życie rodziny podporządkowane jest pod potrzeby Klary. Nie oznacza to jednak, że zgadza się z tym, aby stale być na drugim planie. Lena musi oswoić problem i uporać się zarówno z emocjami chłopca, jak i własnymi.
Wątek Milczących Aniołów to jedyny wątek zasługujący na uwagę. Reszta mnie po prostu drażniła. Wyimaginowane problemy trzech przyjaciółek, których przyjaźń poddana jest próbie. Sztywne i nierealne rozmowy za pośrednictwem komunikatorów internetowych... nawet opowieści o harcerstwie mnie drażniły choć sama przecież działam w ZHP. Może właśnie dlatego... Materiały, z których autorka czerpała pomysły do opisów zbiórek i zajęć harcerzy pochodzą chyba ze "Świata Młodych". Dzisiejsze zbiórki wyglądają zupełnie inaczej, a do tego nie znam drużyny starszoharcerskiej, która miałaby zbiórki wspólnie z zuchami.To oczywiście zdarza się bo przecież służba harcerska na rzecz maluchów jest częsta, ale na pewno nie jest to regułą.
Lena z 7a to książka, która jest idealnym przykładem tego, jak nie należy pisać powieści dla młodzieży. To książka, której za żadne skarby nie dam do przeczytania mojej córce, bo zepsuje sobie "pióro", które właśnie ślicznie jej się wykształca. Z drugiej strony temat Milczących Aniołów jest rzadko poruszany i tylko dlatego cichutko szepnę. że może warto jednak zajrzeć.
Może jestem trochę niesprawiedliwa. Może autorka użyła takiego języka chcąc stworzyć powieść, którą młodzi odbiorcy przyjmą, jak powieść autorstwa "ziomka z bloku obok". Ja jednak stanowczo mówię nie takiemu podejściu. Młodzi ludzie to często bardzo wartościowi ludzie, którzy czytają twórczość Tolkiena i Sienkiewicza. Książki pokroju "Leny z 7a" w ogóle nie powinny pojawiać się na księgarskich półkach.

piątek, 3 sierpnia 2018

Zlot ZHP GDAŃSK 2018 - będziesz?


Starsza - harcerka pełną gębą. Młodszy - zuch, jak się patrzy. Ja - wspieram działalność Poczty Harcerskiej Szczecin II. Jak może nas tam zabraknąć? Mój mąż szanowny również jedzie. On również wywodzi się z ZHP. Wspólnie śpiewaliśmy, łaziliśmy po Bieszczadach, prowadziliśmy drużynę harcerską... Działo się naprawdę wiele. 
Nie możemy ominąć takiego wydarzenia. ZHP trwa od stu lat. Spotyka się z wieloma burzami i sztormami - ale mimo to, trwa nadal. Bo harcerstwo to przyjaźń i ludzie, a nie polityka i smutni panowie. W czasie komuny też było - oczywiście, że tak. I dawało radość ogromną dzieciom w tych smutnych czasach. Teraz też jest i - co ważne - ma o wiele więcej możliwości. Jesteśmy członkami ruchów skautowych zrzeszających skautów z całego świata. Poszerzamy horyzonty i pokazujemy dzieciom, że komputer i smartfon to nie wszystko. Pokazujemy, że najważniejsza jest przyjaźń i zrozumienie. Tolerancja i radość z życia. Dążenie do celu i satysfakcja z sukcesu. 
Moja Starsza jest trochę wyalienowana w klasie. Dlaczego? Bo woli spodnie wojskowe od odkrytego pępka. I naprawdę sytuacja w szkole niewiele ją obchodzi. Wie, że ma przyjaciół w każdym zakątku Polski, a mundur i chusta otwierają Jej wiele zamkniętych dla cywilów drzwi. Wie, że zawsze może liczyć na tych, którzy są wierni harcerskim ideałom. 

Pozdrawiam wszystkich harcerzy! Do zobaczenia na Zlocie! 

czwartek, 2 sierpnia 2018

Pogrom 1905

Ostatnio mam dobry czas na książki retro. Przyznam się, że takie powieści, to miód na moje serce. Wyjątkowy klimat, jaki panował w polskich miastach na przełomie XX wieku nadaje tym powieściom specyficzny charakterek. Poza tym umiejscowienie powieści w tamtych czasach niewątpliwie zobowiązuje do dbałości o język. Żadne "Hej" czy też "Nara" nie ma tu prawa bytu. Jest za to piękna polszczyzna, okraszona zwrotami tak charakterystycznymi dla tamtego okresu. 
Kraków z początku XX wieku poznałam z książki "Seans w domu egipskim" Teraz przyszła kolej na Warszawę, która spogląda na czytelnika z powieści pt. "Pogrom 1905". Tę piękną, przedwojenną Warszawę, która w zaułkach i zakamarkach miasta, miała sporo za uszami. Polacy żyjący pod zaborami, ze wszystkich sił starali się uprzykrzyć zaborcom życie. Już na początku powieści jesteśmy świadkami wybuchu ładunku w cukierni, który przyczynia się do śmierci rosyjskiego urzędnika. Tak jest właściwie codziennie. Rosjanie traktują Polaków jak przestępców i boją się o każdy następny dzień. Poznajemy też półświatek prostytutek i sutenerów. Przyznam się, że z dziką radością czytałam fragmenty dotyczące codziennego życia tej warstwy społecznej. Tu na pierwszy rzut oka nie ma nic śmiesznego, ale autor tak obrazowo opisuje codzienne życie panienek i "Mamy", że naprawdę trudno jest nie napawać się tą specyficzną atmosferą. Szybko jednak mój uśmiech zamarł na ustach, kiedy doszłam do głównego wątku powieści. 
„Pogrom 1905" to powieść mówiąca o historii Warszawy nieznanej większości Polaków. Wiosną 1905 r. tłumy mieszkańców zaatakowały domy publiczne. Rozjuszona gawiedź mordowała, okaleczała i biła wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób byli związani z najstarszą profesją świata. Ucierpiały głównie dziewczęta, ale sutenerzy i właściciele burdeli również nie uniknęli okrutnego losu. Trudno powiedzieć, dlaczego te rozruchy nie spotkały się z reakcją władz. Autor jednak świetnie oddał nastroje wśród rosyjskich urzędników. Wyraźnie widać, że mają Oni po prostu nadzieję, że nasyłając poszczególne grupy społeczne na siebie i podsycając wzajemne animozje zmniejszą ilość ataków skierowanych bezpośrednio na zaborców. 
Powieść jest literackim majstersztykiem. Jej wielowątkowość absolutnie nie jest wadą, a jedynie nadaje całości wyjątkowego sznytu. Dzięki temu, czytelnik może oceniać rozwój wydarzeń z rożnych punktów widzenia. Trochę drażniły mnie opisy carskich urzędasów, którzy w każdej osobie narodowości polskiej widzieli potencjalnego bandytę. Natomiast - najpierw z rozbawieniem, a potem z przerażeniem śledziłam losy tej gromionej części społeczności. 
Atrakcyjność książki wynika również z wyjątkowej dbałości o język literacki. Tu nie ma miejsca na niedoróbki - tu jest piękny, ojczysty język z całą jego kwiecistością i mnogością epitetów. Każdy bohater jest inny i - jak każdy - budzi różne, skrajne emocje w czytelniku. Charakterystyczne jest to, że do wielu postaci autor nie pozwala się przywiązać. Pojawiają się i szybko znikają w gąszczu postaci i wydarzeń. Są takie postacie, które poznajemy na jednej stronie, a na kolejnej już się z nimi żegnamy, obserwując jak giną wskutek wybuchu. Z innymi wędrujemy przez całą powieść kibicując i obserwując bieg wydarzeń. 
Wisienką na torcie jest ówczesna Warszawa. Przemierzając wraz z autorem ulice tego miasta z przełomu wieków, możemy delektować się jego smaczkami, wadami i zaletami. Każdy z nas wie, że Warszawa wówczas cyrylicą stała, że były konne tramwaje, piękne kamienice i klimatyczne podwórka. "Pogrom 1905" obok takich oczywistych informacji przedstawia nam zupełnie nieznane smaczki. Informacja o nastoletnich niewolnicach trzymanych w obskurnych budach, czy też praktyki doktorka badającego przydatność prostytutek do zawodu, to takie smaczki, które powodują, że czytelnik czyta i czyta i czyta... 
Autor rewelacyjnie oddał klimat Warszawy, co w połączeniu z niewielkimi fotografiami z tamtego okresu ozdabiającymi początek każdego rozdziału sprawa, że lektura tej powieści jest czystą przyjemnością. 
"Pogrom 1905" to książka dla każdego, kto szuka z jednej strony przyjemności w czytaniu, a z drugiej wartościowej treści, która wzbogaci naszą wiedzę. Otóż to! 

wtorek, 31 lipca 2018

Dziewczyny z Wołynia

Kiedy czytam takie książki, łzy same się cisną do oczu, a w żyłach buzuje krew. Jak to możliwie, że człowiek człowiekowi zgotował taki los? Tylko dlatego, że byli Polakami, musieli zginąć. Od ciosu siekierą, z odrąbaną głową, zatłuczeni zwykłymi kijami... bez godności, bez pamięci, pochowani gdziekolwiek...
Książka jest częścią pięknej i wzruszającej serii pt. Historie prawdziwe. Każda książka będąca częścią tej serii opowiada o losach pewnej grupy ludzi. Wraz z córką z zapartym tchem przeczytałyśmy "Dziewczyny z powstania", pochłonęłyśmy również "Dziewczyny z Syberii" i kilka innych. Każda z tych książek jest bestsellerem, każda zasługuje na uwagę. Żadna jednak nie była tak bardzo drastyczna w opisach tego, co się działo....  
"Dziewczyny z Wołynia" to trochę mylny tytuł. Powinno być "Dzieci z Wołynia", albo "Dziewczynki z Wołynia". Te wspomnienia są właśnie dlatego bardzo poruszające, bo mówią o nich kobiety, które w 1943 r. - kiedy mordowanie Polaków było najbardziej zaciekłe - miały w najlepszym wypadku 16 lat. Najmłodsza z bohaterek książki miała wówczas 4-5 lat. Cóż musiało dziać się w tej małej główce.... 
Dziewczyny z Wołynia snują dla nas swoje opowieści, odsłaniając masakryczne szczegóły zbrodni, których były świadkami. Zbrodni na rodzicach, dziadkach, sąsiadach, a nawet osobach, które pojawiły się przypadkiem - przyjeżdżając w gościnę. Przeżyły cudem - zasłonięte ciałami innych zamordowanych, albo ukryte pod płotem, lub w stogu siana. Najczęściej zostawały zupełnie same - spłakane i zrozpaczone szukały pomocy gdziekolwiek. Same o sobie mówią, że przeżyły głównie po to, aby dać świadectwo.  
Każda z bohaterek książki opowiada o rzezi po swojemu. Jedna całą swoją opowieść poświęciła tej tragedii, inne tylko cząstkę, opowiadając również o tym, jak potoczyły się Ich losy po wojnie. Czytając te opowieści, czytelnika nie opuszcza uczucie strachu i zagrożenia. Nawet w dorosłym życiu kobiety te, raz po raz przeżywają rozpacz tamtych dni. Jedna z nich mówi wyraźnie, że bardzo trudno jest wybaczyć... Należy pamiętać, że przez bardzo długi okres ocalałe z rzezi kobiety nie mogły mówić o tym, co widziały. Za czasów komuny rzeź wołyńska nie istniała, a mówienie o niej mogło sprowadzić tylko nieszczęście i więzienie. Dopiero po upadku komunizmu, nasze bohaterki mogły wrócić do swoich rodzinnych stron. Wiele jest w książce zdjęć, które pokazują zarośnięte chaszczami pole i zawierają podpis: Tu stał dom rodzinny...." 
Dziewięć bohaterek, dziewięć historii... każda inna, a jednocześnie każda, jakże podobna do kolejnej. Ich opowieści są poruszające. Każda wspomina życie przed wojną - piękne stroje, dostatek, sielskie dzieciństwo, dobre serce sąsiadów. Kilka z nich wspomina, że mieszkańcy nie zwracali uwagi na narodowość sąsiada. Żyli ramię w ramię, jak równy z równym. Aż do wojny, kiedy to wszystko się skończyło. 
Porażająca książka, która powinna być czytana wszędzie i przez każdego. Musimy pamiętać sami i nie dać zapomnieć innym. Dla tych ludzi, którzy umierali tylko dlatego, że byli naszymi rodakami. Musimy pamiętać, bo z książki wyraźnie wynika, że na Ukrainie nadal są dwie prawdy...

poniedziałek, 30 lipca 2018

Seans w Domu Egipskim

"Seans w Domu Egipskim" to książka, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia, a raczej od pierwszej strony. Nastrój panujący w powieści jest taki, jak okładka - mroczny, dekadencki, wręcz diabelsko uduchowiony. Taki kryminał retro pobudza wyobraźnię czytelnika i sprawia, że człowiek boi się otwartej szafy i skrzypiących drzwi...
Zaćmienie księżyca to dla Profesora Szczupaczyńskiego i jego szanownej małżonki dobry pretekst do spotkania się w gronie znajomych i przyjaciół. Do domu egipskiego (nazwanego tak ze względu na ozdoby i rzeźby znajdujące się na fasadzie) przybywają szanowni mieszkańcy Krakowa oraz medium. Niestety podczas seansu spirytystycznego jeden z uczestników całego zamieszkania umiera. Oczywiście profesorowa Szczupaczyńska, uzależniona wręcz od rozwiązywania zagadek kryminalnych, od razu znajduje się w swoim żywiole. Po nitce do kłębka, pomalutku, ale cierpliwie rozwiązuje zagadkę morderstwa. 
Powieść urzekła mnie z dwóch powodów. Po pierwsze autorka świetnie oddała klimat Krakowa u schyłku XIX wieku. Te wąskie uliczki, dorożki, błoto i ciemności... czytelnikowi aż zapiera dech od duchoty drobnomieszczańskiego życia. Wszechobecne pozory, życie na pokaz i drobnomieszczańskość powodują, że książka jest trochę satyrą na tamte czasy. Nie ulega jednak wątpliwości, że te wszystkie drobiazgi składają się na jedyne w swoim rodzaju tło, dla świetnie skonstruowanej zagadki kryminalnej. 
Drugi powód mojej miłości to rewelacyjne pióro i słownictwo użyte w powieści. Dbałość o szczegóły i kwiecistość językowa bohaterów powieści jest po prostu urzekająca. Czytelnik czuje się tak, jakby przeniósł się w czasie i wraz z profesorową przemierzał Kraków od domu do domu w poszukiwaniu mordercy. Do łez ubawiła mnie służąca Szczupaczyńskich, która - znając swoją wartość - pozwalała sobie na uszczypliwe uwagi w stosunku do Państwa. Zresztą takich scenek budzących salwy śmiechu, w tym "czarnym" skądinąd kryminale, jest więcej. 
Rozwiązanie zagadki kryminalnej jest zaskakujące. Bardzo podobała mi się możliwość śledzenia, krok po kroku, poczynań Pani profesorowej. Dzięki temu mogłam przy rozwiązaniu zagadki delektować się zauważonymi szczegółami i drobiazgami, które w całości złożyły się na sukces dochodzenia. 
Nie potrafię słowami oddać tego, co jest najbardziej urzekające w tej książce. Aby opisać jej nastrój, potrzeba czegoś więcej, niż tylko słów. Napiszę więc tylko, że "Seans w Domu Egipskim" to naprawdę świetny kryminał, który - dzięki zgrabnemu umiejscowieniu akcji w dziewiętnastowiecznym Krakowie - stał się prawdziwą perełką na rynku wydawniczym i zupełnie zasłużenie, w wielu księgarniach okrzyknięto go bestsellerem

czwartek, 26 lipca 2018

Po dwóch stronach barykady. Miłość za żelazną kurtyną

Sprawa elbląska to wydarzenia, o których wielu mieszkańców tego miasta wolałoby zapomnieć. Kiedy w 1949 roku spłonęła hala produkcyjna zakładów mechanicznych Zamech, władza komunistyczna postanowiła wykorzystać tę tragedię. Po pożarze, pod zarzutem sabotażu Urząd Bezpieczeństwa aresztował ponad 100 osób. Część aresztowanych nie miała żadnych związków z tragedią. Aresztowania objęły głównie reemigrantów z Francji, którzy zostali oskarżeni o tworzenie siatki szpiegowskiej. Wiele osób zmarło podczas śledztwa lub krótko po nim. Był to najbardziej odczuwalny w Elblągu akt stalinowskiego terroru. W 1956 roku wszystkich skazanych uniewinniono. 
Tyle historii. Przerażające jest to, że gdyby w moje ręce nie trafiła książka pt. "Po dwóch stronach barykady. Miłość za żelazną kurtyną" nie miałabym pojęcia o tych wydarzeniach. Tylu ludzi i tyle nieszczęść odeszło w zapomnienie. Należy wydawać takie książki właśnie dla pamięci. Żeby nie zapomnieć. 
Bronek Basista niewiele wie o przeszłości swoich rodziców. Swojego ojca ledwie pamiętał, a matka nigdy nie chciała rozmawiać o wydarzeniach z młodości. Jednak, kiedy okazało się, że Bronek może starać się o odszkodowanie za krzywdy rodziców, których doznali za czasów komuny - zaczął przeglądać dokumenty i papierzyska pozostałe po rodzicach z tamtych czasów. Niewiele tego było, ale może jednak się uda. 
Mam wrażenie, że osoba Bronka jest w powieści jedynie przyczynkiem do ukazania losów Agaty i Michała. Bronek jest taki jak i cały wątek, którego jest bohaterem - trochę bez charakteru, taki niemrawy i bez uczuć. Może i nie jest to właściwe w sytuacji, gdy z innych wątków rzeką wylewają się emocje, ale niewątpliwe pozwala to odpocząć czytelnikowi od nadmiaru szczegółów i informacji, którymi zalewa nas autorka przedstawiając losy rodziców. 
Tak naprawdę fabuła książki prowadzona jest dwuwątkowo i opiera się na postaciach Agaty oraz generała Bolesława Nieczuja - Ostrowskiego. Matka Agaty przybyła do Francji przed wojną, w poszukiwaniu pracy. Los nie szczędził jej bólu i rozczarowań. Kiedy poznała Michała, zakochała się w nim bez pamięci. Nie przeszkadzało jej, że mężczyzna ma w Polsce żonę i dwójkę dzieci. Szybko związała się z Michałem, a owocem związku była właśnie Agata. Michał szybko pokazał swoje prawdziwe oblicze i na samym początku wojny powrócił do Polski zostawiając we Francji Marię z dzieckiem. Agata szybko dorastała w silnym poczuciu bycia Polką. Żyła w ciągłej tęsknocie za ojczyzną podsycaną przez matkę. Niestety obraz Polski, jaki miała był w dużej mierze wykreowany przez stalinowską propagandę. Ani Ona ani matka nie wierzyły w zbrodnie katyńskie, choć w kronice filmowej widziały czaszki ze śladem po kuli. Propaganda była silniejsza i to pod jej wpływem kobiety postanowiły jednak wrócić do kraju. Jakież było zdziwienie, kiedy zamiast bogatego państwa zastały biedę i terror. 
Z powieści wyziera tragedia tamtych czasów i rozpacz pojedynczego człowieka, który nic nie może poradzić na panoszące się dookoła zło. Może tylko dzień po dniu walczyć o przetrwanie swoje i swojej rodziny i czekać na lepsze. Nie wiadomo, komu można zaufać nie wiadomo, kto przyjaciel, a kto wróg... Agata cierpi właściwie tylko dlatego, że urodziła się we Francji. To pozostawi w niej ranę na całe życie.... 
Powieść dobra, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że świetna, gdyby nie nadmierna szczegółowość autorki. Ja rozumiem, że pisała o tragicznej przeszłości swojego rodzinnego miasta i chciała w czytelniku pozostawić uczcie prawdziwości opisywanych zdarzeń. Zapewniam jednak, że gdyby użytych dat, faktów i dokumentów na ich potwierdzenie było o połowę mniej, powieść byłaby gładsza i przyjemniejsza w odbiorze. A tak podczas lektury musiałam bardzo uważać, aby nie zagubić fabuły. To psuło mi przyjemność czytania i powodowało, że lektura po prostu mnie nużyła. Nadmierna ilość szczegółów i nazwisk powodowała, że trudno było powiązać poszczególne osoby i wydarzenia, przez co nie mogłam w pełni przeżywać losów głównych bohaterów. Miejscami powieść zamieniała się w podręcznik do historii i to już drażniło mnie nieprzeciętnie. 
Pomimo tego zapewniam Was, że jeżeli powieść ta wpadnie w Wasze ręce - warto się nad nią pochylić. I niech Was nie zwiedzie słodka okładka. Treść książki wcale nie jest słodka. Jest przerażająca, ale należy ją przeczytać po to, aby pamiętać. Bo póki pamiętamy, zrobimy wszystko, aby ta historia nie powtórzyła się. 

środa, 25 lipca 2018

Masz to jak w banku

O jeżu kolczasty, ale się ubawiłam! Powieść pobiła wszelkie możliwe rekordy w moim maleńkim rankingu powieści, które poprawiają mi nastrój na kilka kolejnych dni. Nie wiem z czego to wynika, bo główny wątek powieści - jak to w kryminałach bywa - wcale nie jest śmieszny. Może z tego, że akcja toczy się w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy to miałam te ...dzieścia lat i które pamiętam, jako lata szybkiego rozwoju, ale takiego "po trupach". Natomiast w "Masz to jak w banku" lata te przedstawiane są jako okres niezdarnego raczkowania kapitalizmu, co w połączeniu z nawykami i zachowaniami pochodzącymi z czasów głębokiej komuny, daje mieszankę wybuchową. 
Oglądaliście serial pt. "07 zgłoś się"? Czytając "Masz to jak w banku" niezmiennie towarzyszyło mi odczucie, jakbym miała do czynienia z kapitanem Borewiczem, tyle że w formie papierowej. Rewelacyjna intryga, świetne zakończenie... i ten nastrój rodem z PRL - u gdzie wódka była wszystkim - lekarstwem, walutą, rozweselaczem, najlepszym prezentem i czym sobie tylko jeszcze zamarzycie.
Mirek Brodziak i Teoś to dwaj serdeczni przyjaciele, pracujący jako funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej. Służą w Poznaniu, w którym dochodzi do niepokojących wydarzeń. Kilkoro chłopców znajduje zwłoki człowieka, który okazuje się być drobnym cinkciarzem. Kilka dni później ginie "cinkciarski" szef, kierujący tym interesem na terenie Poznania. Trup się ściele jak grzyby po deszczu, co wywołuje niepokój o życie Ryszarda Grubińskiego, będącego szefem nad szefami w ledwie raczkującym interesie walutowym. Na szczęście dla Grubego Rycha, szefem ekipy dochodzeniowej zostaje jego najlepszy przyjaciel z podwórka, czyli własnie znany nam funkcjonariusz MO, Mirek Brodziak. Czy Mirek i Teoś rozwiążą zagadkę morderstw? 
Oczywiście oprócz dochodzenia mamy wiele pobocznych wątków, które na końcu łączą się zgrabnie w całość. Obserwujemy ledwie raczkujący wolny handel, rodzące się bazarki i targowiska, lewe interesy i wszechobecną korupcję. Nawet w Milicji, funkcjonariusze, którzy podczas przypadkowej akcji "znaleźli" w bagażniku torbę z dolarami (które sprawiedliwie podzielili między siebie), są potępiani, ale nie za to, że nie zgłosili znaleziska, tylko za to, że nie odpalili dowódcy działki. 
Podczas lektury czytelnikowi towarzyszą obrady Okrągłego Stołu i lęki z tym związane. Wiadomo, że wszystko się zmieni, ale czy na lepsze? Zmiany oznaczają walkę o byt w nowej rzeczywistości. Ci ,którzy dzisiaj są na górze niewątpliwe spadną na sam dół. Pytanie tylko czy upadek będzie bardzo bolesny.  
Autor ma świetne pióro, które w połączeniu z darem obserwacji  świata daje czytelnikowi literacką ucztę. Barwne postacie, posługujące się prostym, wręcz prostackim językiem, budzą sympatię czytelnika i wywołują uśmiech na twarzy. Nieporadny Teoś, który zawsze spada na cztery łapy, jest moim ulubieńcem. Autor wiele scen okrasza humorem sytuacyjnym, który ubarwia opowiadaną historię. Zepsuta i rzeżąca skrzynia biegów skutecznie uniemożliwia policjantom niezauważalne śledzenie innych samochodów. Dialogi na temat marmurkowych dżinsów, czy też rozmowy na komendzie rozbawiały mnie niesamowicie. Podobnie goździki na Dzień Kobiet i perypetie związane ze szwalnią. Jeżeli dodamy do tego lejącą się strumieniami wódę, która rozwiązuje języki i upośledza pamięć - zapewniam Was, że warto sięgnąć po taką powieść i zupełnie zasłużenie w wielu księgarniach stoi na półce z bestsellerami
Kiedy skończyłam czytać powieść, przypadkowo dowiedziałam się, że "Masz to jak w banku" to dziewiąty już tom całej serii o poznańskich policjantach. Ciesze się, że tyle dobrej lektury jeszcze przede mną :-)))

wtorek, 24 lipca 2018

Nowakowie

Trzy dni, to dużo, czy mało? Trzy dni to 72 godziny, to 4 320 minut... W rodzinie Nowaków TE trzy dni zmienią wszystko. Jednym runie cały świat, dla innych otworzą się nowe drzwi i powstaną nowe możliwości. Jedni będą płakać, a inni śmiać się ze szczęścia. Trudne to wszystko. 
Rodzina Nowaków, to taka przykładna, polska rodzina. Nie wiem, czy autorka z premedytacją nadała im takie nazwisko, ale - moim zdaniem - lepiej trafić nie mogła. Niepracująca mama, zupełnie zagubiona w dzisiejszym trudnym świecie, tata zarabiający fortunę i czwórka fajnych, choć trochę zagubionych dzieciaków.  Najstarszy syn jest pełnoletni, a najmłodszy to  raptem czterolatek. Wydaje się, że żyją szczęśliwie i dostatnio, ciesząc się z uroków codziennego życia. Niestety, kiedy przyjrzymy się bliżej okazuje się, że każdy z członków rodziny ma swoje tajemnice. Tatuś prowadzi podwójne życie i dwa domy. Mama przez cały czas usilnie próbuje utrzymać przy sobie męża, posuwając się do wyjątkowo podłych sposobów. A dzieci? Dzieci właśnie odkrywają podwójne życie ojca, przez co cały sielski obrazek kochającej się rodzinki pierzcha, jak piasek na wietrze. 
Książkę czyta się rewelacyjnie. Nie dajcie się zwieść pozorom. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to powieść, jakich wiele - zdradzona, żona, facet, który prowadzi podwójne życie i skrzywdzone dzieciaki. Nic bardziej mylnego. Autorka wręcz mistrzowsko skonstruowała głównych bohaterów, pochylając się nad ich kreacją wyjątkowo dokładnie. Każdy z nich jest sprawcą i pokrzywdzonym jednocześnie. Każdy ma swoje tajemnice i każdy czuje się winny. Tylko czteroletni brzdąc jest "prosty w budowie", ale trudno oczekiwać, że autorka z czterolatka zrobi bestię. 
Do kompletu mamy jeszcze rodziców tatusia, którzy nigdy w pełni nie zaakceptowali wyboru syna. Co ciekawe - przez całą książkę potępiałam Mamę, która poświęciła wszystko dla domu i rodziny. Pozwoliła sobie na zamknięcie się i odizolowanie od świata, przez co stała się zagubioną kurą domową. Dopiero pod koniec powieści autorka pokazuje czytelnikowi, że prawda leży gdzieś po środku i to, że kobieta pozwoliła sobie na izolację od świata, to nie tylko jej samodzielny wybór. Mieszkając z apodyktycznymi teściami i mężem uzależnionym od rodziców, musiała dostosować się do ich życia. Sama, ze straconymi złudzeniami i niespełnionymi marzeniami... nie wiem, która z nas podniosłaby się i z dumnie uniesioną głową szła przez życie. 
Należy mocno podkreślić, że tak naprawdę głównymi bohaterami tej powieści są dzieci. Początkowo przedstawione są jako rozpieszczone dzieciaki, które mają wszystko. Ich kieszonkowe liczone w tysiącach złotych uspokaja sumienie tatusia. Wydaje im się, że mając taką kasę, są właściwie dorośli i świat stoi przed nimi otworem. Kiedy misterny domek z kart zawala się i ich rodzina pęka w szwach, do głosu dochodzą pierwotne emocje. Nagle okazuje się, że to nadal dzieci, które potrzebują kochającego ojca i czułej matki. Serce mi płakało, kiedy czytałam o rozpaczy najstarszego - jakby nie patrzeć już dorosłego syna. 
Bardzo dobra powieść, która obnaża współczesne stereotypy rodziny. Pokazuje, że często obraz widziany z zewnątrz nie jest prawdziwy. Za frontową, bogato zdobioną ścianą, kryją się często brudne uczucia, kłamstwo i rozpacz. Musimy jednak pamiętać, że to od nas zależy, czy nasze życie to tylko pozory i czy żyjemy dla siebie, czy dla innych. Trudne pytania i trudne odpowiedzi...

czwartek, 12 lipca 2018

Sfora. Opuszczone miasto

Pamiętacie "Film o pszczołach"? Albo "Mrówkę Z"? To bajki, w których głównymi bohaterami są stworzenia inne, niż ludzie. Mrówki i pszczoły grają w fabule pierwsze skrzypce, a ludzie owszem, są - ale gdzieś z boku, raczej jako tło. Książka, która ostatnio wpadła mi w ręce oparta jest właśnie na takim schemacie. W tle jest nasz świat i są ludzie, ale głównymi bohaterami są zwierzaki. W przypadku książki pt. Sfora. Opuszczone miasto” głos oddajemy psiakom. 
Kiedy poznajemy Fuksa, na świat spadł właśnie Warkot wysłany przez Psią Ziemię Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale proszę - dajcie tej powieści szansę, bo warto. Fuks, w momencie Warkotu, znajdował się w klatce i chcąc ratować swoje życie, musiał się z niej uwolnić. Na szczęście dookoła zapanował wielki chaos, a pilnujący psów Długonodzy zniknęli. Fuks bez większych trudności uwolnił się z niewoli i wraz z towarzyszką o słodkim imieniu Słodka - rozpoczęli życie w niebezpiecznym świecie Długonogich. Niestety nie było im dane długo cieszyć się swoim towarzystwem. Słodka - jak każde zwierzę stadne - szukała sfory, do której mogłaby się przyłączyć i przy pierwszej nadarzającej się okazji porzuciła Fuksa. Ten - jako samotnik z prawdziwego zdarzenia - specjalnie się tym nie przejął, ciesząc się wolnością i odpowiedzialnością tylko za siebie. Jednak, zgodnie z przysłowiem o tej górze, co to nie chciała przyjść do Mahometa - nie chciał Fuks do sfory to sfora znalazła Fuksa. Problem w tym, że w skład tej sfory wchodziły psy domowe, noszące obrożę i niewiele wiedzące o życiu na wolności. Czy Fuksowi uda się nauczyć tę zbieraninę kanapowych psiaków polowania? I czy taka różnica charakterów nie będzie przeszkodą do wspólnego życia? Wśród kanapowców znajduje się siostra Fuksa, Piękna - ale braterstwo krwi w tym przypadku chyba nie będzie wystarczające.... Czy Fuks w ogóle nadaje się do życia w sforze? 
Książka jest wyjątkowo magiczna. Po pierwsze klimat, jaki w niej panuje, nie przypomina żadnej dotąd mi znanej powieści. To jest jak przeniesienie się do świata przyszłości, który został nawiedzony przez potężny kataklizm, ale oglądany nie z punktu widzenia człowieka, a jego najlepszego przyjaciela, czyli psa. Ludzie uciekli i zostawili czworonogów samych sobie. Te bezpańskie sobie jakoś radzą, ale te domowe... Nie potrafią zdobyć pożywienia, czy też zorganizować sobie miejsca na nocleg. Nie potrafią nawet rozstać się z obrożą, choć ta stanowi dla nich śmiertelne zagrożenie. 
Urzekło mnie słowotwórstwo, jakiego dopuścił się autor książki i - jak rozumiem - tłumacz również. Znaczenia pewnych sformułowań trzeba się domyślać, ale większość przyjmujemy intuicyjnie. Np. czytelnik szybko się domyśli, że nie-słońce to noc, a "Dom pułapka" to schronisko dla zwierząt. Hałaskrzynki to samochody, a przezroczysty kamień to po prostu okna i szklane ściany. Cały ten świat widziany z psiej perspektywy urzeka i pochłania czytelnika. Jest on po prostu magiczny, a psie spojrzenie dodaje jeszcze uroku i wrażliwości. To ciągłe lizanie się po pyszczkach i wylizywanie ran… 
Nie potrafię powiedzieć, do kogo skierowana jest ta powieść. Niby książka przeznaczona jest dla młodzieży, ale powiem Wam, że nastrój powieści jest dość mroczny i tajemniczy w taki trochę straszny sposób. Na każdym kroku czuć samotność bohaterów pomimo tego, że wkoło mieli przecież inne psiaki. Dojmująca jest też tęsknota za długonogimi. Jednym słowem emocje aż wylewają się z kart powieści i zalewają serce czytelnika. Co więcej - kiedy Fuks i jego kompania wychodzą z miasta i próbują przetrwać w świecie bez długonogich - czytelnika ogarnia poczucie przynależności do tej sfory. Cieszyłam się z każdego upolowanego żuka i z każdej małej zdobyczy, która pomagała ulepszyć psiakom ich wspólne legowisko. Drżałam o topiącego się członka sfory i o maleńką Stokrotkę, którą kopnął długonogi w żółtym futrze. 
Podsumowując - świetnie napisana powieść, która zaskakuje ujęciem tematu i pozwala czytelnikowi przeżywać przygody razem z psimi bohaterami. Zapewnia mocne wrażenia i doznania rodem z powieści grozy. Z niecierpliwością czekam na kontynuację. Bo, że będzie - nie wątpię. 

wtorek, 10 lipca 2018

Wyspa węży

Recenzja "Wyspy węży" to właściwe dwa odrębne rozdziały. Pierwszy dotyczy treści książki, a drugi formy. Trudno bowiem zmieszać te dwie kwestie tak, aby tekst był przejrzysty, a zapewniam Was, że obie zasługują na dużą dozę uwagi. 
"Wyspa węży" to arcyciekawy reportaż napisany przez Małgorzatę Szejnert i Jej samej dotyczący. Autorka bowiem - porządkując stare listy - natrafiła na zagadkę sprzed lat dotyczącą jej wuja Ignacego Raczkowskiego. Pan Raczkowski, jako przeciwnik generała Sikorskiego, został odizolowany od swojej ojczyzny na Wyspie Bute. Bohaterka musiała przebrnąć trudną drogę, pytając i analizując przeróżne dokumenty, zanim udało Jej się ustalić, jakie były losy wuja. Początkowo wiedziała tylko, że "coś jest na rzeczy". Aby dowiedzieć się, co spotkało Raczkowskiego, udała się w podróż na Wyspę, gdzie kawałek po kawałku składała informacje ukazujące tragedie oficera i towarzyszących mu żołnierzy. Raczkowski wraz z szesnastoma innymi generałami został skazany na banicję i tęsknotę za ojczyzną. Wywiezieni na wyspę żołnierze zostali z miejsca otoczeni sympatią mieszkańców i czynnie uczestniczyli w codziennym życiu wyspy. Niestety, nie było im dane uczestniczyć w życiu swoich rodaków. Oficerowie mogli grać w karty i spokojnie wyczekiwać na koniec wojny. Trudno jednak od oficerów oczekiwać spokoju, kiedy nic nie mogą robić tylko patrzeć, jak świat dookoła przewraca się do góry nogami. 
Autorka swoje poszukiwania i odkrycia potwierdza ogromną ilością dokumentów, zdjęć i wycinków prasowych. Podróż po londyńskich archiwach i wyspie Bute jest swoistego rodzaju przygodą i zabawą w detektywa. Poskładanie w całość elementów układanki stanowi nie lada wyzwanie. Dla czytelnika, trudność stanowi mnogość elementów tej układanki. Nazwisk, dat, wydarzeń i listów jest tak dużo, że często trudno się połapać w gąszczu danych. Podczas lektury były takie momenty, że musiałam zerkać wstecz lub na spis postaci, bo po prostu gubiłam się, kto jest kim i jaką rolę odegrał w gąszczu zdarzeń. Pomimo tego, podróż w zakamarki historii, w towarzystwie Pani Szejnert była naprawdę czystą przyjemnością. Ilość szczegółów i rzetelność w ich przekazywaniu wywołuje w czytelniku poczucie bliskości z historią. Ta książka to świetny kryminał tylko taki trochę... z reporterskim zacięciem. 
A teraz trochę o samej książce. Z zasady Wydawnictwo Znak znane jest z dbałości o formę. Książki tego wydawnictwa to książki z klasą. I nie chodzi tu o piękne kolory, obwolutę czy inne gadżety. Po prostu czytanie książek, które firmuje Znak, jest czystą przyjemnością. Na marginesie należy dodać, że nie spotkałam się też z "literackim chłamem" firmowanym przez Znak i z zasady ich książki stanowią coś więcej niż tylko czytadło. "Wyspa węży" nie odbiega od normy. Twarda okładka i format wskazują na powieść sporego kalibru i tak rzeczywiście jest. I uwierzcie mi - nie ma strony, na której cokolwiek byłoby niechlujne. Dbałość o detale jest tu widoczna na każdym kroku. Ilustracje, zdjęcia i listy są starannie porozmieszczane na poszczególnych stronach. Naprawdę urzekła mnie ta książka, a i czyta się świetnie. 
Polecam każdemu kto ma ochotę na podróż w czasie w doskonałym towarzystwie. 

poniedziałek, 9 lipca 2018

Nora

"Nora" to jeden z najlepszych kryminałów, jakie dane mi było przeczytać. Klasyk gatunku, w którym po nitce do kłębka dochodzimy do rozwiązania zagadki. Trup się ściele gęsto, a podejrzani swoim zachowaniem nie pomagają w znalezieniu mordercy. Nie ma co ukrywać - moim zdaniem to najlepsza część cyklu o Lipowie. Porównywalnie dobry był "Motylek" ale to był pierwszy tom, a pierwszy zawsze wydaje się najlepszy. 
W "Norze" dzieje się naprawdę wiele. Autorka wprowadziła dużo nowych postaci, które początkowo mieszają się czytelnikowi. Na szczęście na początku książki znajdziemy spis postaci, co bardzo ułatwia czytanie i zorientowanie się w mnogości bohaterów. Powieść toczy się wielowątkowo, tak więc ilość uczestników wydarzeń jest jak najbardziej uzasadniona. Na szczęście, obok nowych osób, spotkamy się także ze starymi znajomymi. Jest Daniel Podgórski rozdarty pomiędzy dwoma kobietami, jest mysia policjantka Strzałkowska, walcząca o własne ja, i jest też Weronika, która zmaga się z przeszłością i dojmującą samotnością. To ta trójka jest łącznikiem pomiędzy poszczególnymi tomami sagi o Lipowie i to ich losy snują się przez kolejne dziewięć części. Rewelacja
Podstawowy wątek to oczywiście poszukiwania odpowiedzi na pytanie: Kto zabił? A morderstw jest kilka, pozornie ze sobą niezwiązanych. Ale czy na pewno? Mamy również retrospekcję do lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy to wydarzyła się tragedia mająca związek ze współczesnymi morderstwami. Ale czy na pewno miała związek? Jest też ośrodek o nazwie "Nowe Horyzonty", którego podstawowym zadaniem jest zapewnienie spokojnego życia osobom doświadczonym przez los. Tylko czy aby na pewno cel ten jest osiągnięty? Weronika i lekarz psychiatra (pojawiający się pierwszy raz w poprzednim tomie) próbują wyjaśnić tajemnicze wydarzenia dziejące się w ośrodku, co prowadzi do bardzo niepokojących wydarzeń. Kurczaki pieczone, trudno opisać fabułę tak, aby nic nie zdradzić, dlatego polecam zajrzeć do tego opasłego tomiszcza.  
Najbardziej zachwycił mnie warsztat autorki. To naprawdę rewelacyjne uczucie obserwować, jak Pani Puzyńska, z debiutującej powieściopisarki zamienia się w pogromcę polskich kryminałów. To już nie są powieści obyczajowe z zagadką w tle. To prawdziwy, rasowy kryminał, który przed czytelnikiem stawia odwieczne pytanie: "Kto zabił?", a następnie prowadzi go do rozwiązania. A rozwiązanie jest niezmiernie zaskakujące. Rewelacja.