Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 września 2020

Księża na księżyc! Tylko co dalej?

Recenzję książki pt. "Księża na księżyc! Tylko co dalej?" należy zacząć od małego wyznania. Otóż nie jestem wierząca tak, jak tego od swoich wiernych oczekuje kościół. Owszem - wierzę w Boga, bardzo szanuję obecnego Papieża (wręcz podziwiam go) ale nic tak mnie nie mierzi, jak polski kler. Ksiądz, który swoją postawą powinien być odzwierciedleniem wysłannika Bożego, w naszym kraju jest butny, pewny siebie i mieszający w tyglu politycznym wielką łychą. Nieraz zdarzyło mi się wyjść z kościoła podczas kazania, a kiedy nasz proboszcz zaczął na mszy dziecięcej mówić o "ideologii LGBT i palcu bożym” - po prostu nigdy tam nie wróciłam. Nie jestem jednak zamknięta na dyskusję i często sięgam po książki, których lektura może zmienić moje poglądy. Lubię książki ks. Bonieckiego, ks. Kaczkowskiego, ale niestety na razie od kościoła jako instytucji trzymam się z daleka.
Książka „Księża na księżyc” (a właściwie jej tytuł) w części odpowiada moim poglądom w tej sprawie. Dlatego właśnie, na przekór samej sobie, postanowiłam sięgnąć po nią i sprawdzić, czy autor przekona mnie do siebie, czy też nie. Nie liczyłam na to, że mój szacunek do kleru (w ujęciu ogólnym) w jakikolwiek sposób się zwiększy, ale może choć troszeczkę… ociupinkę…Nic z tego. 
Zacznę od plusów. Jak zwykle Wydawnictwo "Znak" stanęło na wysokości zadania i lektura tej książki (należącej do nowości wydawniczych) pod względem redakcyjnym i graficznym to czysta przyjemność. Cytaty z Pisma Świętego elegancko wyeksponowane, zdjęcia i grafiki wytonowane i nie przytłaczające tekstu. Po raz kolejny zostałam pozytywnie zaskoczona.
Obiektywnie rzecz ujmując, książka porusza bardzo trudny temat relacji pomiędzy klerem, a osobami świeckimi, wręcz niewierzącymi. Relacje te – w odczuciu księdza Pawlukiewicza – są bardzo napięte. Autor szuka przyczyn tych napięć i dochodzi do wniosku, że wina leży po obu stronach. A właściwie nie tyle po obu stronach, ile wynika z braku rozmowy, akceptacji, umiejętności przyznawania się do błędów i braku umiejętności wybaczania. Autor zdaje sobie sprawę z tego, że polscy księża dopuścili się wielu złych uczynków, ale próbuje tłumaczyć, że tak, jak wśród ateistów są ludzie dobrzy i źli tak i wśród księży znajdują się ludzie różni. Zdaniem autora – księżom jest o tyle trudniej, ponieważ od wielu, wielu lat narażeni są na prześladowania i prześmiewczą wręcz krytykę. Tylko czy to ich usprawiedliwia? W swojej książce autor bardzo często winą za „złe zachowanie” księdza obarcza wszystkich dookoła, tylko nie jego. Złe wzorce w domu, szydzenie w szkole, brak przyjaciół. Co więcej – obarcza winą nawet wiernych, którzy – jego zdaniem - bezkrytycznie powinni podchodzić do słów księży, zrzucając marne zachowania i kazania na wszystko, tylko nie na kleryka. A już najbardziej zdrażniły mnie takie słowa:

Czy nie jest przypadkiem tak, że często <<kazania nie na poziomie>> są jedynie pretekstem do tego, by ze spokojnym sumieniem uwolnić się od obowiązku spełniania praktyk religijnych”?

Czyli co? Wierny musi się starać zrozumieć i tolerować, ale ksiądz nie musi pracować nad swoim zachowaniem i może wygłaszać marne i krzywdzące innych kazania bo jest biedny i kiedyś był poniżany?
Autor porusza dużo trudnych tematów. Takich, które bolą nie tylko stronę świecką, ale i duchowną. Bo przecież nie każdy ksiądz jest z gruntu zły i nie każdy z ambony potępia ateistów, homoseksualistów i rozwodników. Problem w tym, że nawet ksiądz Pawlukiewicz wszystkie te osoby stawia w jednej kaście ludzi złych, bezbożnych i oddalających się od kościoła Tu nie ma zmiłuj się. Z drugiej strony pokazuje, jacy to księża są biedni i prześladowani i tu prosi czytelnika o zrozumienie. I znowu zrozumienie ma działać tylko w jedną stronę. 
Wiele osób recenzujących tę książkę napisało, że to kawał dobrej roboty. Te same osoby piszą, że nie ma „w książce nic odkrywczego dla osób prawdziwie i dojrzale wierzących oraz patrzących trzeźwo na kapłanów. Lektura mogłaby być pouczająca dla przeciwników Kościoła i księży - ale oni raczej po tę pozycje nie sięgną”.
Otóż sięgnęłam i uważam, że to kolejne spojrzenie na kler subiektywnym spojrzeniem osoby należącej do opisywanej grupy. To nie jest dla mnie pouczająca lektura, to kolejna próba usprawiedliwienia kościoła poprzez specyficzna interpretację słów Pisma Świętego. Należy jednak podkreślić, że bardzo cenię autora za podjęcie próby ukazania mi swojego spojrzenia na księży. Zresztą ksiądz Piotr Pawlukiewicz, znany jest z „oswajania” kościoła wśród ateistów nie tylko słowem pisanym. Jest On znany z działań nietypowych, np. założył zespół, który grał muzykę chrześcijańską w stylu rockowym. Prowadził wiele rekolekcji i to z bardzo dobrym skutkiem. Niestety do mnie nie przemówił. Zdrażniło mnie przesłanie idące za książką, które można podsumować tak:  Ja wiem, że kościół źle robi, ale zanim zaczniesz krytykować spójrz na siebie. Tylko czego mam u siebie szukać? Nienawiści do osób transpłciowych? Akceptacji krzywdzenia dzieci? Nic z tego. Odłożyłam książkę kiedy przeczytałam takie słowa
„Nie mogę zrozumieć stopnia takich niebezpieczeństw jak zabijanie poczętego życia, eutanazja, rozwody, rozkład rodziny i wiele wiele innych”. 
No i pozamiatane. Bo ja uważam, że rozwód często jest dobrodziejstwem dla bitych kobiet i dzieci, czy też wykończonych psychicznie mężczyzn.
Podsumowując - polecam książkę otwartym umysłom, zarówno wierzącym jak i nie. Tylko nie liczcie na obiektywne spojrzenie. Proszę jednak - spróbujcie zrozumieć obie strony dyskusji i szukajcie usprawiedliwienia zarówno dla jednych jak i drugich. Liczę na Was!

Zosia z Wołynia. Prawdziwa historia dziewczynki, która ocaliła żydowskie dziecko

Babcia i dziadek to osoby, które kojarzą się z ciepłem, naleśnikami i kołysankami na dobranoc. Przynajmniej mi. Jako dziecko nigdy nie interesowałam się tym, co w młodości robili moi dziadkowie. Kochali mnie, przyjmowali na noclegi, kiedy tylko chciałam… na nic mi była ta wiedza. A szkoda. Kiedy ich zabrakło, a ja dorosłam, dopiero Mama opowiedziała mi, że mój dziadek był w obozie pracy i tak cierpiał, że chciał popełnić samobójstwo. Aby osiągnąć swój cel wypił benzynę, która wywołała jedynie silną biegunkę. Oczywiście, ku swojej rozpaczy – przeżył. Moja babcia, jako młoda dziewczyna z Kaszub, część wojny spędziła z siostrami w studni, chowając się najpierw przed Nazistami, a potem Rosjanami. Bardzo żałuję, że nie miałam okazji z Nimi o tym porozmawiać.
Autor książki pt. „Zosia z Wołynia…” miał tę okazję, czego zazdroszczę. Mateusz Madejski to wnuk tytułowej Zosi, a że jest z zawodu dziennikarzem, bez trudu przeniósł wspomnienia swojej babci na karty książki, tworząc powieść, która powinna być czytana na głos i to kilka razy.
„Zosia z Wołynia. Prawdziwa historia dziewczynki, która ocaliła żydowskie dziecko” to swoistego rodzaju wywiad wnuka z własną babcią. Bez wątpienia należy ją zaliczyć do literatury faktu. Zofia Hołub do szesnastego roku życia wiodła szczęśliwe życie na Wołyniu. Ramię w ramię, z osobami innych narodowości, żyła spokojnie i dostatnio. Aż przyszła II Wojna Światowa, a wraz z nią nienawiść każdego do każdego. Żyjący do tej pory za płotem przyjacielski sąsiad – Ukrainiec, nagle stawał się wrogiem. Z drugiej strony płotu, sąsiad żydowskiego pochodzenia nagle zostawał zwierzyną. W tym narodowościowym tyglu nie wiadomo było, kto przyjaciel a kto wróg. Wyjaśnienie przyniosły lata 1943-1944, kiedy to ukraińscy nacjonaliści zamordowali ponad 60 tysięcy Polaków. Zosia wraz z rodziną w ostatniej chwili uciekła z rodzinnej wsi Biała Krynica do miasteczka, o nazwie Radziwiłłów. Szybko z ofiary stała się wybawicielem, gdyż w niedługim czasie los postawił na jej drodze kilkuletnią żydowską dziewczynkę. To właśnie Inka (dzisiaj Sabina Heller) zawdzięcza naszej Zosi swoje życie.
Powieść jest wyjątkowo poruszająca. Pamiętnik z okresu wojny, który Zofia Hołub tworzy przy niewielkiej pomocy swojego wnuka. Tyle tu emocji i zdarzeń, tyle radości i tragedii, że wystarczyłoby do obdarowania niejednego ludzkiego życia. Bohaterki bardzo cierpiały i często na szali wydarzeń kładły swoje życie. Trudno tu mówić o heroizmie – po prostu wiedziały, że tak należy postąpić i już.
Ta książka to kolejna powieść, która powinna być lekturą szkolną. Niestety świadkowie tamtych wydarzeń pomału odchodzą od nas. Pozostają po nich właśnie pamiętniki i wywiady, które trzeba czytać i ujawniać. Ciągle powtarzany zwrot „ku przestrodze” staje się trochę wyświechtany, ale szczerze mówiąc, nie znajduję lepszego. Bo właśnie dlatego należy takie książki wydawać i kolportować. Ku przestrodze.

piątek, 27 marca 2020

Motyl i skrzypce

Bardzo, ale to bardzo czekałam na książkę pt. "Motyl i skrzypce". Nie ze względu na tematykę obozową (takich książek pojawiło się w księgarniach mnóstwo) ile ze względu na skrzypce. Wiedziałam, że motyw austriackiej skrzypaczki albo mnie uwiedzie i zakocham się w książce na umór, albo rozczaruje, przez co cała powieść będzie zaliczona do lektur nieudanych. Powieść ta, jeszcze jako wydawnicza nowość znalazła się w moich rękach i pochłonęłam ją w kilka dni. Wrażenia? Zupełnie odmienne od tych, jakich oczekiwałam... 
Adele von Bron to ulubienica faszystowskiej Austrii. Młoda, utalentowana skrzypaczka jest perełką w orkiestrze i często gra dla wysoko postawionych urzędników Rzeszy, do których zalicza się także jej ojciec. Adel nie jest jednak pustą dziewczyną, której sukces uderzył do głowy. Potrafi czujnie obserwować rzeczywistość i wie, że na świecie dzieje się wiele zła. Podejmuje próbę uratowania rodziny żydowskiej przed zagładą, przez co trafia do obozu w Auschwitz. Jej świat się diametralnie zmienia. Jak można się domyśleć przed komorą gazową ratuje ją talent. Żyje, ale co to za życie... 
Drugi wątek przenosi czytelnika w czasy współczesne. Poznajemy Serę James, właścicielkę galerii sztuki na Manhattanie. Sera jest opętana portretem młodej skrzypaczki, a właściwie jego brakiem. W dzieciństwie raz jeden widziała ten portret, jednak ślad po nim zaginął. Pewnego dnia Sera dostaje tajemniczą przesyłkę od Williama Hanovera, który w niesamowity sposób powiązany jest z dziewczyną z obrazu. Parę łączą skomplikowane uczucia, ale przede wszystkim poszukiwania oryginału obrazu. 
Powieść bardzo, ale to bardzo podobała mi się, jeżeli mówimy o wątku wojennym. Miłość do muzyki i skrzypiec wylewa się ze słów powieści. Autorka bardzo sugestywnie przedstawia losy Adele, (choć omija oczywiście najbardziej brutalne i znane wszystkim elementy, przez co wątek jest mimo wszystko trochę cukierkowy) Nie ulega jednak wątpliwości, że to muzyka i skrzypce pozwoliły Adele przetrwać. Zakończenie czytałam ze łzami w oczach pochłaniając poszczególne strony z nadzieją, że wszystko się wyjaśni. 
Z drugiej strony wątek Sery zupełnie do mnie nie przemówił. Autorka zrobiła z tego ckliwe romansidło, a poszukiwania obrazu zepchnęła całkowicie na drugi plan. Rodzące się uczucie pomiędzy Serą a Wiliamem w ogóle mnie nie interesowało. Gdybym chciała czytać o spacerach po plaży, nieporozumieniach sercowych i romantycznych zbiegach okoliczności to sięgnęłabym po twórczość prezentowaną w ramach serii Harlequin. Tu jednak musiałam to śledzić chcąc wiedzieć jak skończy się ta powieść. Mierziło mnie to bardzo. A można było z tego wątku zrobić świetną historię z sensacyjnym zacięciem. 
Powieść „Motyl i skrzypce” mimo wszystko bardzo mi się podobała. Pomijając to, co książkę zepsuło, czyli wątek miłosny - powieść jest godna polecenia. To, jaka miłość do muzyki bije ze słów autorki to jest coś cudownego. Muzyka pozwala Adele (i nie tyko jej) przetrwać najgorsze koszmary. Kiedy Adele bierze do ręki instrument, kiedy zatraca się w muzyce, palce śmigają po strunach w poszukiwaniu przejrzystego dźwięku... Piękne.

poniedziałek, 2 marca 2020

Teraz albo nigdy

Czytałam już kilka książek autorstwa Szymona Hołowni, ale przyznam się, że żadnej nie czytało mi się tak żmudnie. Trudno bowiem oddzielić w głowie tego Szymona, którego znałam wcześniej jako człowieka z sercem na dłoni, który w miarę zdrowo podchodzi do otaczającego nas świata, od Szymona Hołowni startującego w wyborach prezydenckich. Nie lubię polityki i nie szanuję zbytnio ludzi, którzy się w nią mieszają. A Pana Szymona do tej pory szanowałam, a teraz... mam mętlik w głowie i szacunek nieco mniejszy, (ale tylko odrobinkę). Mimo to sięgnęłam po zbiór felietonów zebranych w tomie "Teraz albo nigdy". I nawet mi się podobało, choć w tyle głowy ciągle miałam obawy na ile to prawdziwe poglądy znanego mi Hołowni, a na ile zajawki polityczne. 
"Teraz albo nigdy" należy do tzw. literatury faktu i jest zbiorem felietonów publikowanych przez Szymona Hołownię na łamach Tygodnika Powszechnego. Zważywszy na to, że do Kościoła (zwłaszcza tego naszego, polskiego) jest mi nie po drodze, to i zrozumiałym jest, że Tygodnik Powszechny również omijam z daleka. Dlatego każdy przeczytany felieton był dla mnie odkryciem, każdy wywoływał burzę w mózgu. Pan Hołownia bowiem nie porusza tematów błahych, a nawet z tych prawie błahych potrafi zrobić wielką rzecz. Pisze po prostu - o świecie, o życiu, o odżywianiu, o męczących nas plagach. Pisze o imigracji, o ekologii i o tym, że trzeba czynić dobro. Jego teksty trafiają prosto w serce, ponieważ dotyczą naszego świata i naszego podwórka. Niestety Pan Hołownia - jako człowiek o sporym ilorazie inteligencji - operuje bogatym słownictwem i nie ulega wątpliwości, że jego felietony do szarego Kowalskiego czy Nowaka raczej nie trafią. Po prostu zbyt trudne słownictwo i zawile zbudowane zdania zniechęca przypadkowych czytelników do lektury. 
Pan Hołownia ma bardzo mocne poglądy i wyraźnie oddziela to, co dobre od tego, co złe przez pryzmat chrześcijaństwa. Znane są przecież jego książki, które mają na celu przybliżenie statystycznemu Kowalskiemu kościoła i zasad, jakimi się On kieruje. W nich nie ma tematów do rozważań a nawet jeżeli są to takie na wprost. W "Teraz albo nigdy" każdy felieton budził w mojej głowie pytania, każdy prowadził do krótkiej refleksji. Tu dla odmiany nie ma nic na wprost. Z tej książki Szymon Hołownia wyłania się jako piekielnie inteligentny kandydat na prezydenta o silnych poglądach i wyraźnie wymierzonym celu. Tylko czy to dobrze? 
Cóż - Pan Hołownia moim prezydentem na pewno nie będzie, ponieważ Jego drogi zbyt często krzyżują się z drogami czarnych panów,. Nie zmienia to jednak faktu, że szanuję Go bardzo przede wszystkim za to, co robi dla Fundacji Kasisi. To niewątpliwie wielka rzecz i żadne wybory prezydenckie tego nie zmienią Panie Szymonie!

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Czerwone Żniwa. Uderzenie wyprzedzające

„Czerwone Żniwa. Uderzenie wyprzedzające” to nowa seria autorstwa Radosława Rusaka i Pawła Majki. Właśnie nazwisko "Majka", spowodowało, że z ciekawością sięgnęłam po tę powieść. Czytałam kilka książek tego autora i wszystkie były bardzo w porządku. 
Zacznę od tego, co w trakcie lektury mnie trochę zdenerwowało. Lepiej zacząć od minusów niż na nich skończyć prawda? Otóż zgodnie z opisem wydawcy, biorąc "Czerwone żniwa" do ręki spotkamy się z kolejną historią z serii political fiction. Ja za bardzo nie znam się na gatunkach literackich, ale moim zdaniem "Czerwone żniwa" to jednak fantastyka. Political fiction powinno jednak trzymać się choć troszkę realiów panujących w połowie XX wieku. Tymczasem tu mamy historię z czapki, jak to mówi moja córka. I dobrze, ale nie skazujmy tych, którzy nie lubią fantastyki na takie rozczarowanie.
Ogromnym plusem książki jest pomysł. Czytelnik już na samym początku zostaje wciągnięty w wir wydarzeń. A dzieje się naprawdę dużo. Zimna Wojna przestaje być zimną i robi się dość gorąco. NATO i Układ Warszawski nie stoją obok siebie, ramię w ramię, a przeciwko sobie. Zapalnikiem wojny jest odkrycie, że za tajemniczymi zniknięciami dzieł sztuki na terenie Układu Warszawskiego stoi CIA. Teren Polski staje w ogniu największych bitew pomiędzy Rosjanami a Amerykanami. Zarówno tych prowadzonych otwarcie, jak i w tajemnicy. 
Wojna, która wybuchła, pochłania wiele ludzkich istnień. Obok otwartych działań wojennych są też te ukryte, na których sukcesy strony konfliktu dużo bardziej liczą, niż na chłopców skierowanych na front. O losach wojny mają zadecydować działania jednostek specjalnych, a ich misje są dość tajemnicze i nieprzewidywalne. 
Książka przypomina mi trochę powieści Pana Ciszewskiego (którego twórczość bardzo lubię) Duża ilość wątków i mnogość bohaterów powodują, że trudno powiedzieć, kto jest głównym bohaterem i które zdarzenia są najważniejsze. Trochę to rozmywa fabułę, ale nadal powieść czyta się jak dobrą książkę szpiegowską. Trochę czuć, że to pierwszy tom serii, bo bardzo długo miałam wrażenie, że to jednak dopiero wstęp do prawdziwej historii. Niemniej jednak przy lekturze miałam sporo dobrej zabawy. Zwłaszcza poszukiwania szczerbca wprowadziły w książce specyficzny klimat poszukiwań i tajemnicy, który bardzo mi odpowiadał. 
Podsumowując - szału nie ma, ale drugi tom przeczytam. Choćby po to, aby dowiedzieć się, jak się to wszystko skończyło.

wtorek, 31 lipca 2018

Dziewczyny z Wołynia

Kiedy czytam takie książki, łzy same się cisną do oczu, a w żyłach buzuje krew. Jak to możliwie, że człowiek człowiekowi zgotował taki los? Tylko dlatego, że byli Polakami, musieli zginąć. Od ciosu siekierą, z odrąbaną głową, zatłuczeni zwykłymi kijami... bez godności, bez pamięci, pochowani gdziekolwiek...
Książka jest częścią pięknej i wzruszającej serii pt. Historie prawdziwe. Każda książka będąca częścią tej serii opowiada o losach pewnej grupy ludzi. Wraz z córką z zapartym tchem przeczytałyśmy "Dziewczyny z powstania", pochłonęłyśmy również "Dziewczyny z Syberii" i kilka innych. Każda z tych książek jest bestsellerem, każda zasługuje na uwagę. Żadna jednak nie była tak bardzo drastyczna w opisach tego, co się działo....  
"Dziewczyny z Wołynia" to trochę mylny tytuł. Powinno być "Dzieci z Wołynia", albo "Dziewczynki z Wołynia". Te wspomnienia są właśnie dlatego bardzo poruszające, bo mówią o nich kobiety, które w 1943 r. - kiedy mordowanie Polaków było najbardziej zaciekłe - miały w najlepszym wypadku 16 lat. Najmłodsza z bohaterek książki miała wówczas 4-5 lat. Cóż musiało dziać się w tej małej główce.... 
Dziewczyny z Wołynia snują dla nas swoje opowieści, odsłaniając masakryczne szczegóły zbrodni, których były świadkami. Zbrodni na rodzicach, dziadkach, sąsiadach, a nawet osobach, które pojawiły się przypadkiem - przyjeżdżając w gościnę. Przeżyły cudem - zasłonięte ciałami innych zamordowanych, albo ukryte pod płotem, lub w stogu siana. Najczęściej zostawały zupełnie same - spłakane i zrozpaczone szukały pomocy gdziekolwiek. Same o sobie mówią, że przeżyły głównie po to, aby dać świadectwo.  
Każda z bohaterek książki opowiada o rzezi po swojemu. Jedna całą swoją opowieść poświęciła tej tragedii, inne tylko cząstkę, opowiadając również o tym, jak potoczyły się Ich losy po wojnie. Czytając te opowieści, czytelnika nie opuszcza uczucie strachu i zagrożenia. Nawet w dorosłym życiu kobiety te, raz po raz przeżywają rozpacz tamtych dni. Jedna z nich mówi wyraźnie, że bardzo trudno jest wybaczyć... Należy pamiętać, że przez bardzo długi okres ocalałe z rzezi kobiety nie mogły mówić o tym, co widziały. Za czasów komuny rzeź wołyńska nie istniała, a mówienie o niej mogło sprowadzić tylko nieszczęście i więzienie. Dopiero po upadku komunizmu, nasze bohaterki mogły wrócić do swoich rodzinnych stron. Wiele jest w książce zdjęć, które pokazują zarośnięte chaszczami pole i zawierają podpis: Tu stał dom rodzinny...." 
Dziewięć bohaterek, dziewięć historii... każda inna, a jednocześnie każda, jakże podobna do kolejnej. Ich opowieści są poruszające. Każda wspomina życie przed wojną - piękne stroje, dostatek, sielskie dzieciństwo, dobre serce sąsiadów. Kilka z nich wspomina, że mieszkańcy nie zwracali uwagi na narodowość sąsiada. Żyli ramię w ramię, jak równy z równym. Aż do wojny, kiedy to wszystko się skończyło. 
Porażająca książka, która powinna być czytana wszędzie i przez każdego. Musimy pamiętać sami i nie dać zapomnieć innym. Dla tych ludzi, którzy umierali tylko dlatego, że byli naszymi rodakami. Musimy pamiętać, bo z książki wyraźnie wynika, że na Ukrainie nadal są dwie prawdy...

poniedziałek, 30 lipca 2018

Seans w Domu Egipskim

"Seans w Domu Egipskim" to książka, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia, a raczej od pierwszej strony. Nastrój panujący w powieści jest taki, jak okładka - mroczny, dekadencki, wręcz diabelsko uduchowiony. Taki kryminał retro pobudza wyobraźnię czytelnika i sprawia, że człowiek boi się otwartej szafy i skrzypiących drzwi...
Zaćmienie księżyca to dla Profesora Szczupaczyńskiego i jego szanownej małżonki dobry pretekst do spotkania się w gronie znajomych i przyjaciół. Do domu egipskiego (nazwanego tak ze względu na ozdoby i rzeźby znajdujące się na fasadzie) przybywają szanowni mieszkańcy Krakowa oraz medium. Niestety podczas seansu spirytystycznego jeden z uczestników całego zamieszkania umiera. Oczywiście profesorowa Szczupaczyńska, uzależniona wręcz od rozwiązywania zagadek kryminalnych, od razu znajduje się w swoim żywiole. Po nitce do kłębka, pomalutku, ale cierpliwie rozwiązuje zagadkę morderstwa. 
Powieść urzekła mnie z dwóch powodów. Po pierwsze autorka świetnie oddała klimat Krakowa u schyłku XIX wieku. Te wąskie uliczki, dorożki, błoto i ciemności... czytelnikowi aż zapiera dech od duchoty drobnomieszczańskiego życia. Wszechobecne pozory, życie na pokaz i drobnomieszczańskość powodują, że książka jest trochę satyrą na tamte czasy. Nie ulega jednak wątpliwości, że te wszystkie drobiazgi składają się na jedyne w swoim rodzaju tło, dla świetnie skonstruowanej zagadki kryminalnej. 
Drugi powód mojej miłości to rewelacyjne pióro i słownictwo użyte w powieści. Dbałość o szczegóły i kwiecistość językowa bohaterów powieści jest po prostu urzekająca. Czytelnik czuje się tak, jakby przeniósł się w czasie i wraz z profesorową przemierzał Kraków od domu do domu w poszukiwaniu mordercy. Do łez ubawiła mnie służąca Szczupaczyńskich, która - znając swoją wartość - pozwalała sobie na uszczypliwe uwagi w stosunku do Państwa. Zresztą takich scenek budzących salwy śmiechu, w tym "czarnym" skądinąd kryminale, jest więcej. 
Rozwiązanie zagadki kryminalnej jest zaskakujące. Bardzo podobała mi się możliwość śledzenia, krok po kroku, poczynań Pani profesorowej. Dzięki temu mogłam przy rozwiązaniu zagadki delektować się zauważonymi szczegółami i drobiazgami, które w całości złożyły się na sukces dochodzenia. 
Nie potrafię słowami oddać tego, co jest najbardziej urzekające w tej książce. Aby opisać jej nastrój, potrzeba czegoś więcej, niż tylko słów. Napiszę więc tylko, że "Seans w Domu Egipskim" to naprawdę świetny kryminał, który - dzięki zgrabnemu umiejscowieniu akcji w dziewiętnastowiecznym Krakowie - stał się prawdziwą perełką na rynku wydawniczym i zupełnie zasłużenie, w wielu księgarniach okrzyknięto go bestsellerem. 

wtorek, 10 lipca 2018

Wyspa węży

Recenzja "Wyspy węży" to właściwe dwa odrębne rozdziały. Pierwszy dotyczy treści książki, a drugi formy. Trudno bowiem zmieszać te dwie kwestie tak, aby tekst był przejrzysty, a zapewniam Was, że obie zasługują na dużą dozę uwagi. 
"Wyspa węży" to arcyciekawy reportaż napisany przez Małgorzatę Szejnert i Jej samej dotyczący. Autorka bowiem - porządkując stare listy - natrafiła na zagadkę sprzed lat dotyczącą jej wuja Ignacego Raczkowskiego. Pan Raczkowski, jako przeciwnik generała Sikorskiego, został odizolowany od swojej ojczyzny na Wyspie Bute. Bohaterka musiała przebrnąć trudną drogę, pytając i analizując przeróżne dokumenty, zanim udało Jej się ustalić, jakie były losy wuja. Początkowo wiedziała tylko, że "coś jest na rzeczy". Aby dowiedzieć się, co spotkało Raczkowskiego, udała się w podróż na Wyspę, gdzie kawałek po kawałku składała informacje ukazujące tragedie oficera i towarzyszących mu żołnierzy. Raczkowski wraz z szesnastoma innymi generałami został skazany na banicję i tęsknotę za ojczyzną. Wywiezieni na wyspę żołnierze zostali z miejsca otoczeni sympatią mieszkańców i czynnie uczestniczyli w codziennym życiu wyspy. Niestety, nie było im dane uczestniczyć w życiu swoich rodaków. Oficerowie mogli grać w karty i spokojnie wyczekiwać na koniec wojny. Trudno jednak od oficerów oczekiwać spokoju, kiedy nic nie mogą robić tylko patrzeć, jak świat dookoła przewraca się do góry nogami. 
Autorka swoje poszukiwania i odkrycia potwierdza ogromną ilością dokumentów, zdjęć i wycinków prasowych. Podróż po londyńskich archiwach i wyspie Bute jest swoistego rodzaju przygodą i zabawą w detektywa. Poskładanie w całość elementów układanki stanowi nie lada wyzwanie. Dla czytelnika, trudność stanowi mnogość elementów tej układanki. Nazwisk, dat, wydarzeń i listów jest tak dużo, że często trudno się połapać w gąszczu danych. Podczas lektury były takie momenty, że musiałam zerkać wstecz lub na spis postaci, bo po prostu gubiłam się, kto jest kim i jaką rolę odegrał w gąszczu zdarzeń. Pomimo tego, podróż w zakamarki historii, w towarzystwie Pani Szejnert była naprawdę czystą przyjemnością. Ilość szczegółów i rzetelność w ich przekazywaniu wywołuje w czytelniku poczucie bliskości z historią. Ta książka to świetny kryminał tylko taki trochę... z reporterskim zacięciem. 
A teraz trochę o samej książce. Z zasady Wydawnictwo Znak znane jest z dbałości o formę. Książki tego wydawnictwa to książki z klasą. I nie chodzi tu o piękne kolory, obwolutę czy inne gadżety. Po prostu czytanie książek, które firmuje Znak, jest czystą przyjemnością. Na marginesie należy dodać, że nie spotkałam się też z "literackim chłamem" firmowanym przez Znak i z zasady ich książki stanowią coś więcej niż tylko czytadło. "Wyspa węży" nie odbiega od normy. Twarda okładka i format wskazują na powieść sporego kalibru i tak rzeczywiście jest. I uwierzcie mi - nie ma strony, na której cokolwiek byłoby niechlujne. Dbałość o detale jest tu widoczna na każdym kroku. Ilustracje, zdjęcia i listy są starannie porozmieszczane na poszczególnych stronach. Naprawdę urzekła mnie ta książka, a i czyta się świetnie. 
Polecam każdemu kto ma ochotę na podróż w czasie w doskonałym towarzystwie. 

piątek, 11 marca 2016

List

O jeżu kolczasty co to ma być? Dawno nie czytałam takiego gniota i zupełnie nie rozumiem zachwytu twórczością tego autora. Kilka lat temu czytałam powieść Evansa (już nawet nie pamiętam tytułu) i byłam zniesmaczona. Zachwyt nad jego twórczością jest jednak do dzisiaj nieustający więc postanowiłam spróbować jeszcze raz. Trafiłam z deszczu pod rynnę. Brak mi słów, żeby opisać moje odczucia po lekturze tej książki. Nie mam zamiaru się denerwować.    
Powieść płytka i banalna. Mamy małżeństwo, które rozpacza po utracie dziecka. Rozpacz jest tak wielka, że małżonkowie pogubili się i Mary Ann postanawia zniknąć. Zostawia swojemu małżonkowi list, w którym histerycznie informuje go, że musi wyjechać i odpocząć. Pozostawia Davida pogrążonego w rozpaczy. Mężczyzna postanawia za wszelką cenę odzyskać żonę. W trakcie poszukiwań okazuje się, że głównym problemem Davida jest własna przeszłość. Po drodze szuka więc swojej matki i własnego ja. 
Gdyby powieść "List" dotyczyła tylko tego wątku uznałabym ją za marny romans i tyle. Niestety autor obok rozhisteryzowanego wątku miłosnego wplata wątek rasizmu. Robi to niezdarnie i ckliwie, choć przecież temat trudny i poruszający serca. Żywo odrzucało mnie od tej książki kiedy na jednej stronie miałam opis zrozpaczonego Davida, a już kilka akapitów dalej robotnicy z fabryki poniżali innego pracownika tylko dlatego, że miał inny kolor skóry. Połączenie tych dwóch wątków jest po prostu niezdarne i żenujące. Całą powieść miałam wrażenie, że autor wymyślił nieciekawy wątek miłosny i żeby go trochę uatrakcyjnić, postanowił czytelnika zszokować wplatając w ckliwe teksty trudny temat rasizmu. 
A już zakończenie totalnie mnie rozłożyło. Po prostu z bezsilności zaczęłam się śmiać. Liczba jęków, chlipów i jojków jest po prostu dramatyczna. Moje bezpieczniki zwiększające tolerancję na literackie gnioty przepaliły się i stwierdziłam, że nie tknę więcej twórczości tego Pana. Po prostu nie. I już  

sobota, 4 lipca 2015

Dom tajemnic

"Dom tajemnic" to druga książka, którą moja Starsza otrzymała jako nagrodę na zakończenie klasy czwartej. Porównanie tej powieści do "Harrego Pottera" jest dużym nadużyciem. Czytałam obie powieści i tak jak Pottera czytałam z dużą przyjemnością, tak przy lekturze  "Domu tajemnic" zwyczajnie się nudziłam.
Kornelia, Brendan i Eleanora to trójka rodzeństwa, która wraz z rodzicami przeprowadza się do pięknego, starego, tajemniczego domostwa. Cena za dom jest dziwnie niska, jednak jest on taki piękny, że rodzice po chwili wahania decydują się na zakup. Dzieciom nie jest jednak dane pomieszkać w spokoju. Już w pierwszym dniu dom zostaje zaatakowany przez Wichrową wiedźmę, która swoja mocą przenosi dom i dzieci do innej krainy. Wichrowa wiedźma ma jedno pragnienie: zdobyć Księgę Życzeń i Zagłady. Problem w tym, że sama nie może jej zdobyć, dlatego też próbuje podstępem i czarami zmusić dzieci do przejęcia księgi i przekazania w jej ręce. Dzieciaki natomiast marzą tylko o tym, żeby wyjść cało z opresji i bezpiecznie wrócić do domu. Niestety do tego jeszcze daleko. Olbrzymy, piraci, latające książki, pilot z czasów II wojny światowej... wiele, naprawdę wiele będą musiały przeżyć zanim bezpiecznie wrócą do mamy.
Książkę przeczytałam bardzo szybko. Prosty język, krótkie rozdziały, szybka akcja - to wszystko przyspiesza czytanie i chęć poznania co dalej. Niestety akcja jest jednowątkowa, prosta i  nie daje zbyt dużo miejsca na przemyślenia. Wszystko podane jak kawa na ławę, co nie pozwala na rozbujanie wyobraźni. Są też w książce takie miejsca przy lekturze których czytelnik ma wrażenie że boksuje kołami w błocie. Już, już ma się coś zacząć, ale jeszcze nie, jeszcze chwileczkę... Frustrowało mnie to okrutnie.
Prosta bajka dla starszych dzieci i nastolatków, którzy od książki nie wymagają zbyt wiele. 

czwartek, 23 stycznia 2014

"Zgoda na szczęście i "Krok do szczęścia" - jestem szczęśliwa że już za mną!

Przyznam się, przeczytałam zarówno "Zgodę na szczęście" jak i "Krok do szczęścia". Gnioty jakich mało. Nawet pisać mi się nie bardzo chce, bo właściwie nie ma o czym. Przemknęłam przez treść niczym ślizgacz po falach  i im dalej brnęłam, tym bardziej mój wzrok zamiast czytać jedynie śmigał po literach. Wykładowcy szybkiego czytania mogą mnie chwalić i czuć dumę z pojętnego ucznia. 
Akcja toczy się - a właściwie turla - niczym piłka w błocie. Czyli właściwie stoi w miejscu. To co się wydarzyło można skreślić w dwóch, trzech zdaniach.  Hania trapi się tajemnicą skrywaną przed Dominiką. Mikołaj trapi się Hanią. Dominika trapi się... nie, Ona na szczęscie się nie trapi. Dziewczyna jest super i to jedyny powód, dla którego dobrnęłam do końca tej trylogii. 
Powieść ciągnie się jak flaki z olejem. Wynudziłam się niemiłosiernie. Tak naprawdę to wszystkie trzy tomy są dobrym materiałem na ... książkę. Ale jedną, a nie trzy. Do tego powieść jest obrzydliwie słodka, sentymentalna i pełna wzniosłych zwrotów, których w normalnym życiu po prostu się nie używa. Żeby chociaż coś się działo, to można by powiedzieć, że to taka bajka dla zakompleksionych kobiet, które przez całe życie czekają na księcia z bajki zamiast brać życie za rogi. Ale nie! Hania przez 10 stron czeka, przez kolejne 10 płacze, a przez kolejne 100 dochodzi do siebie. Cierpienie Hanki jest mocno przerysowane, a Ona sama jest porcelanową laleczką nie radzącą sobie w życiu. Ma farta, że jest jedynie bohaterką powieści, bo w normalnym życiu dawno skoczyłaby z okna.
Jednym ciekawym charakterkiem jest Dominika choć i ona w trzecim tomie zawodzi.
Podsumowując: nie czytajcie - szkoda czasu. 
..........................................
Po pytaniach i komentarzach dodam jeszcze jedno.
Moim zdaniem super ekstra opinie o tych książkach wynikają z polityki wydawnictwa, które rozesłało do recenzji pewnie "tysiąc egzemplarzy". Pamiętam, (współpracowałam z wieloma wydawnictwami) jak trudno jest napisać krytyczną recenzję o książce, którą się "dostało". Ciesze się bardzo, że ten etap mam za sobą. W pewnym momencie powiedziałam sobie, że nigdy nie napiszę recenzji wbrew sobie. Ilość współpracujących wydawnictw stopniała, ale nie żałuję. Te, które zostały są moje, ukochane i dzięki nim wiem, że można pisać w zgodzie z samym sobą.

wtorek, 3 grudnia 2013

Biała jak mleko czerwona jak krew

Książka zachwyciła mnie okładką. Od dawien dawna mam słabość do rudego koloru i bynajmniej nie jest to wpływ "Ani z Zielonego Wzgórza". Uważam, że rude kobiety mają to COŚ i nie boją się tego użyć. Drżyjcie wszyscy słabi  i malutcy! Dziewczyna na okładce urzekła mnie, uwiodła i oczarowała. Tylko dla niej sięgnęłam po powieść i .... zamiast silnej niewiasty spotkałam chorą na białaczkę ognistorudą Beatrice. Silny natomiast jest główny bohater szesnastoletni Leo, który pomaga Beatrice przebrnąć przez koszmar choroby. W trakcie powieści obserwujemy jak z młodego szczeniaka przeradza się w odpowiedzialnego młodzieńca. Musi zrozumieć, że życie nie składa się z samych przyjemności. Niestety przekonuje się o tym z całą siłą brutalnego świata. 
Książka choć smutna jest czytelnikowi bardzo przyjazna. Jest niczym bajka przepełniona bielą i czerwienią. Bardzo piękna i niesamowicie intrygująca. Godna polecenia. 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Skąd zachwyt nad tą książką nie wie nikt... Alibi na szczęście

Młoda kobieta Hanna Lerska  w ciągu jednej chwili traci wszystko. Zawala jej się cały świat. Nie je, nie pije, każdy oddech jest przemyślany i wymuszony. Kotwicą trzymającą przy życiu jest Irenka - gosposia zaprzyjaźniona z rodziną Hani - która głaszcze po głowie i powtarza "będzie dobrze". Druga podpora życiowa to Dominika; szalona trzpiotka chwytająca życie pełnymi garściami. Pewnego dnia na horyzoncie pojawia sie Mikołaj. Zakochuje się w Hani bez pamięci i walczy o jej uczucie całym sobą. Oczywiście uczucie się rodzi, Hania mięknie jak plastelinka, uginają się pod nią nogi, broni się przed miłością.... brrrr okropność. Mina i spojrzenie kotka ze Shreka to pikuś przy ilości słodkości zawartej w tej powieści.
Cóż, książka może i by mi się spodobała gdyby autorka nie rozciągnęła jej na ponad 600 stron. Uważam, że połowa tego byłaby w sam raz. A tak? Mamy ślimaczącą się akcję, przydługie opisy mierne, na siłę rozciagane dialogi. Do tego wszystkiego mamy również mdłych bohaterów rodem z love story (nie obrażając oczywiście klasyków) Wszyscy piękni, młodzi i bogaci, każdy idzie przez świat z brodą uniesioną wysoko do góry. Nawet Hania, która para się mało płatnym zawodem nauczyciela  jest finansowo ustawiona dzięki zapobiegawczemu tatusiowi. Myślę, że autorce tak po prostu było łatwiej. Wszak w powieści liczy się tylko miłość! 
Nie rozumiem wszechobecnego zachwytu tą powieścią. Uważam, że jest to jednowątkowa prosta i płytka historyjka dla niezbyt wymagających gospodyń domowych.
Pierwsze 200 stron przeczytałam, przez kolejne 200 przemknęłam, a ostatnie 200 po prostu zmęczyłam. I jak rzadko - nie polecam

środa, 3 lipca 2013

Miłość z kamienia

To książka o... nie wiem o czym. O miłości, zdradzie, samotności i smutku. To książka trudna choć pisana prostym językiem, smutna, choć są w niej iskierki radości. To książka kobiety zdradzonej, samotnej i nieradzącej sobie z własnymi emocjami. To książka, która nie spodobała mi się. 
Grażyna Jagielska jest żoną korespondenta wojennego, którego każdy zna. Połączyła ich miłość do podróży. Chcieli wspólnie podróżować, poznawać świat i zwiedzać ciekawe miejsca. Pani Grażyna pozostała wierna tej miłości, natomiast pan Wojciech swoje uczucia skierował ku wojnie. Podróżnik zniknął, pojawił się reporter wojenny. Podróżował do miejsc, z których powrót jest jedną wielką niewiadomą. A Żona? Żona została sama ze swoimi strachami. Żyła od wyjazdu do wyjazdu. Kiedy wyjechał, jej jedynym towarzyszem był telefon. Potrafiła godzinami siedzieć i  wpatrywać się w niego wyobrażając sobie głos, który poinformuje ją o najgorszym. W końcu Pani Grażyna trafia do szpitala z objawami stresu bojowego. Tam zaczyna radzić sobie ze swoimi emocjami. Trudno powiedzieć, że jej stan ulegał poprawie; raczej z kłębuszka emocji wyciągała pojedynczą nitkę i analizowała jej treść. 
Książka jest ponura. Trudno czyta się o kobiecie, której całe życie polega na czekaniu. Traci kontakt z rzeczywistością, nie odróżnia pór roku. Bardzo mi żal jej dzieci właściwie pozbawionych matki. Widok najważniejszej kobiety w ich życiu ciągle nieobecnej, zapłakanej, czekającej lub zapatrzonej w telefon... koszmar.  Drażniła mnie ślepota Jagielskiego, ciągłe obietnice, że to ostatni raz, miłość do "Matki Agory". Drażniła mnie bezsilność Pani Grażyny. Wiem, że łatwo oceniać jednak nie mam zamiaru w tym przypadku próbować wczuć się w postać głównej bohaterki. To postać, której współczuję, jednak ani trochę nie rozumiem. I tyle. 

czwartek, 12 lipca 2012

Upał

Wyobraźcie sobie stadion. Wielki, ogromny wypełniony dziesiątkami tysięcy ludzi. Są tam biznesmeni, bezrobotni, panienki, matki z dziećmi. Są kibole i są kibice - wszyscy zjednoczeni w jednym wspólnym celu: pokonać rywala! A jeżeli jest to jeszcze mecz finałowy, w którym gra nasza reprezentacja... będzie się działo!
Wszystko wygląda ekscytująco dla pobieżnego obserwatora. Tak większość z nas wyobraża sobie finałowy mecz podczas "Euro 2012". Jednak jest ktoś, kto postanowił pokazać nam jak wiele scenariuszy mogłoby się zdarzyć, jak mało wiemy i jak wiele sił kosztuje zapewnienie bezpieczeństwa kibicom i piłkarzom. Pan Marcin Ciszewski swoją książką zapalił czerwoną lampkę i przypomniał, że beztroska zabawa milionów kibiców okupiona jest ciężką pracą tysięcy osób różnych profesji i zawodów.  
"Upał" to mistrzowska literatura z serii "co by było gdyby". Autor od pierwszych stron powieści porywa nas w wir wydarzeń. Bardzo umiejętnie splata kolejne wątki tak, aby czytelnik miał wrażenie, że przedstawiane wydarzenia miały miejsce w rzeczywistości. A oto Warszawa w gorące letnie popołudnie. Koszula klei się do pleców, życie biegnie w zwolnionym tempie - któż tego nie zna? Młody Inspektor Jakub Tyszkiewicz otrzymuje zadanie, które na pierwszy rzut oka przerasta jego siły i możliwości. Ma zorganizować pracę policji i pozostałych służb specjalnych tak, aby "Euro 2012" było imprezą bezpieczną. Czytelnik ma wrażenie, że czyta dobrze napisane sprawozdanie z działań policji. Nic nie jest tu fikcją, wszystko mogło się zdarzyć "w realu", w trakcie przygotowań do poszczególnych meczów. Pierwszym sygnałem, który przypomniał mi, że jestem w fikcyjnym świecie było przesłuchanie Pakistańczyka przeprowadzone przez agentkę Potocką. Zaczęłam się zastanawiać czy takie zdarzenia mają miejsce w rzeczywistości? Po tej części powieści postanowiłam pamietać, że to co czytam to fikcja i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Postanowienie okazało się słuszne ponieważ od tego momentu autor wprowadzał coraz więcej elementów, które doprowadziło do końcowego BUM. Powieściowa ochrona Euro okazała się zadaniem trudnym ze względu na docierające do służb informacje o możliwym ataku terrorystycznym. Jakub robi wszystko co w swojej mocy aby posklejać skrawki informacji i zapobiec nieszczęściu. Rozwiązanie zagadki jest proste, a jednocześnie zaskakujące. 
Książkę czyta się lekko i szybko. Czytelnik towarzyszy bohaterom w każdej chwili. Rzadko w trakcie lektury miewam wrażenie, że akcja dzieje się tuż obok mnie. "Upał" jest własnie taką książką. Nie potrafię wyjaśnić jak autorowi udało się tak ująć akcję w słowa, by czytelnik znalazł się w samym centrum wydarzeń. Nie ulega wątpliwości, że zapewnia to dość sporo emocji, które w moim przypadku spotęgował fakt czytania książki w takcie prawdziwego "Euro 2012" . Czytając  o wydarzeniach, które w rzeczywistości dzieją się tuż  obok  często ogarniały mnie myśli w stylu "A jeżeli naprawdę zaraz coś się wydarzy?".
"Upał" jest powieścią typowo sensacyjną. Na jej podstawie można by nakręcić film, którego nie powstydziłby się najlepszy reżyser. Szybka akcja, wyrazisty bohater, w tle piękna, skrzywdzona kobieta, broń, terroryzm... czego więcej trzeba?
Dodam jeszcze, że bardzo podobało mi się zakończenie. Nie ma tu euforii i końca w stylu "... i żyli długo i szczęśliwie", jest natomiast pokorna ocena sytuacji i możliwości. Dla samego zakończenia warto sięgnąć po tę książkę. 
Na zakończenie dodam tylko, że w trakcie meczu finałowego na Euro 2012 ja z wypiekami na twarzy czytałam o Stadionie w Warszawie i terrorystach biegających wkoło niego... Niepowtarzalne uczucie...

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Rozdawajki część trzecia przy udziale Pana Hołowni i Pana Prokopa


"Jeżeli stoisz pod górą, masz wielki kamień i nie możesz go wtoczyć, to, go po prostu podziel na mniejsze części i wnieś kilkadziesiąt razy."

Pan Szymon Hołownia jest mi znany i lubiany. Jego książka pt. "Ludzie na walizkach" doprowadziła mnie do łez. W ekspresowym tempie pochłonęłam "Monopol na zbawienie" oraz "Bóg. Życie i twórczość". Z wielkim niepokojem siadałam w fotelu z najnowszą książką napisaną "wespół w zespół" z Panem Prokopem.Dlaczego? Ponieważ dla odmiany Pan Prokop działa na mnie jak płachta na byka. Jest dla mnie zbyt dosłowny, ma kiepskie poczucie humoru i ciężki sposób wypowiadania swoich myśli. Jak tu przyjąć książkę autorstwa osób, do których żywię tak różne uczucia? 
Po pierwsze - Pan Szymon mnie nie zawiódł. Jego poglądy są bardzo wyraziste, widać, że jest to człowiek wielkego ducha i serca. Ma jasno wytczoną drogę na końcu której wyraźnie widać metę. Urzekły mnie niektóre historie. Zakonna kariera Pana Szymona, o której opowiada z rozczuleniem i pewnym zawstydzeniem,  rozmyślania o ogromnej wadze Pisma Świętego, rozważania o Panu Bogu... wszystkie wypowiedzi Pana Szymona są w granicach rozsądku. A Pan Prokop? Okazuje się, że również stanął na wysokości zadania. Po zamknięciu książki moje uczucia do Niego wyraźnie się ociepliły. Okazało się że pod przykrywką pajacowatej postaci prowadzącego "Mam talent" kryje się mądry człowiek, którego podejście do kwestii religii i wiary jest mocno zbieżne z moimi. W pierwszej części książki wydaje się On zagubiony w prowadzonej dyskusji. Jednak im więcej kartek przewracałam tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że to tylko poza. Pan Prokop wprawdzie nie potrafi tak profesjonalnie bronić swoich poglądów, ale też trudno mówić o profesjonaliźmie, kiedy kilkutysiącletniej nauce kościoła przeciwstawiamy miłość do życia i fascynacje muzyką. Pan Prokop urzekł mnie. Naprawdę radził sobie w dyskusji i dzielnie  bronił swoich poglądów i wiary... a raczej jej braku. 
Książka pokazuje klasę obu Panów. Rozmawiają o naprawdę trudnych tematach wykazując ogromny szacunek do swojego rozmówcy i jego poglądów. Panowie nie namawiają, nie przekonują na siłę - natomiast z wielką siłą i spokojem rzucają w przeciwną stronę argumenty obserwując czy trafią i jak wielkie poczynią spustoszenia. 
Moim zdaniem z walki na słowa zwycięsko wyszedł Pan Marcin. W dzisiejszych czasach łatwiej być ateistą niż katolikiem. Jak przekonująco bronić nauki kościoła, która zachęca do pokory i życia w ubóstwie, będąc jednocześnie szalonym prezenterem w programie rozrywkowym i fanem elektronicznych gadżetów?  A Pan Prokop? Spokojnie i rzeczowo wykłada swoje podejście do życia, które dla osób oddalonych od kościoła jest dużo łatwiejsze do zaakceptowania.
A na koniec cytat, który mnie - mamę dwóch diabliszcząt - po prostu urzekł.
"Naukowcy twierdzą, że to co definiujemy jako miłość jest po prostu jakimś zaburzeniem balansu chemicznego w organizmie. Z punktu widzenia medycyny człowiek zakochany nie różni się niczym od człowieka niepoczytalnego albo będącego pod wpływem narkotyków. Miłość można też potraktować jako sprytne narzędzie ewolucji. Moja znajoma, świeżo upieczona mama, powiedziała mi kiedyś, że gdyby nie miłość, żaden normalny człowiek nie zajmowałby się z troską i poświęceniem wiecznie wrzeszczącym bachorem który non stop czegoś od Ciebie oczekuje."
Oczywiście jak przy każdej książce Wydawnictwa Znak, klikając na poniższą okładkę można zajrzeć do środka. 
Książka czeka na chętnych, którzy w komentarzu pod postem wyrażą chęć jej otrzymania. Można również zdecydować się na inną pozycję spośród biorących udział w rozdawajce. 

poniedziałek, 5 grudnia 2011

"Obiecaj mi" - czyli Rozdawajki część druga

Najtrudniej opisać książę, która jest niezwykła. Bo jak oddać tę niezwykłość - ulotną i delikatną ? Jakich słów użyć, żeby nie wyszło zbyt pospolicie? To trudne i niestety nie zawsze się udaje. Co więcej - często mam wrażenie, że przenosząc swoje emocje na papier odzieram je z tej niezwykłości.
"Obiecaj mi" zaczyna się ot tak, zwyczajnie. Oto Beth, starsza Pani przygotowująca się do bożonarodzeniowego przyjęcia. Obraz sielankowy na którym pojawia się rysa wspomnień, rozlewających się po umyśle Beth. Wraz z nią przenosimy się do końcówki lat osiemdziesiątych kiedy to wraz z córeczką i mężem wiodła sielankowe życie. Niestety tylko na pozór. Kiedy zaczyna się walić to wszystko naraz.
Właściwie to w tym miejscu powinnam zakończyć recenzję. Bardzo trudno bowiem pisać o dalszych losach Beth tak, aby nie uchylić rąbka tajemnicy i nie zepsuć przyjemności czytania i odkrywania książki. Dodam tylko, że powieść jest naprawdę magnetyczna i niespotykana. Czytelnik poznając dalsze (a właściwie to wcześniejsze) losy zastanawia się czym jeszcze książka go zaskoczy. A zaskakuje i to nie raz. Co kilka stron losy Beth ulegają przemianie. Jak to mówi stare polskie przysłowie "Raz na wozie raz pod wozem". Bohaterka walczy z przeciwnościami dzielnie i ciągle ma wrażenie że jakieś siły nadprzyrodzone nad nią czuwają. Wytłumaczenie jest proste, zaskakujące i ... wzruszające. 
Książka nie należy do literatury ambitnej. Nie ma tu głebokich przemyśleń i rozmyślań nad sensem świata. Ale czy tak ma zawsze być? Moim zdaniem każdy co pewien czas ma ochotę sięgnąć po bajkową historię rodem z Kopciuszka. Właśnie w takiej chwili warto mieć "Obiecaj mi" pod ręką. A że właśnie mamy przedświąteczny czas, który sprzyja ciepłym rodzinnym historiom...
Zerknijcie proszę do książki klikając na poniższą okładkę. 

Jeżeli ktoś ma ochotę otrzymać w prezencie egzemplarz "Obiecaj mi" proszę o zgłoszenie w komentarzu. Szczegółowe zasady Mikołajkowo - książkowej Rozdawajki ZNAK - owej są tutaj.

sobota, 26 listopada 2011

Wygrywajki część pierwsza - Podróże małe i duże Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny

"Zastanawialiśmy się jak dwóch może napisać jedną książkę. Doszliśmy do wniosku, że nie jest to możliwe. Postanowiliśmy się rozdzielić i w tym celu pojechaliśmy obaj do Domu Pracy Twórczej w Radziejowicach. Zamieszkaliśmy w jednym pokoju. Najpierw z zainteresowaniem obserwowaliśmy młodzieżowy festyn w Radziejowicach, potem kupiliśmy litr wódki - to przecież nie jest cienka książka - i po dwóch godzinach pisaliśmy już bardzo szybko. Raz pisał jeden raz drugi".  
Mann i Materna są w czołówce moich idoli. Jak słucham Radia to musi to być Trójeczka. A już w piątki, kiedy poranną audycję prowadzi Mann... po prostu uwielbiam. Prognoza pogody w Jego wykonaniu nastraja mnie pozytywnie na cały dzień choćby za oknem lało jak z cebra. "Cóż powiedzieć,,, Spójrzcie za okno, powiedźcie na głos co widzicie i to będzie najlepsza prognoza." Po prosty kocham Tego Pana!
Z Panem Krzysztofem sprawa ma się nieco inaczej, a mianowicie znam Go właściwie tylko u boku Manna, więc jako osobnik samodzielny jest mi obcy. Nie zmienia to faktu, że jego niewinny uśmiech od ucha do ucha towarzyszy mi od dzieciństwa. Program pt. "Za chwilę dalszy ciąg programu" oglądałam już jako brzdąc, a "MdM" obserwowałam już jako starsza osóbka, co ważne - z większym zrozumieniem. 
Nic więc dziwnego, że na książkę "Podróże małe i duże" rzuciłam się jak kobiety na rajstopy w czasach PRL - u (ups, chyba klimat książki nadal jest w mojej głowie :-)). Powiem Wam, że warto było, oj warto.
"Podróże małe i duże" to swoistego rodzaju zapiski dwóch globtroterów podane czytelnikowi w wyjątkowo specyficzny, radosny i ciepły  sposób. Zarówno Mann jak i Materna mają ten wyjątkowy dar Boży, który pozwala każdą najbardziej błahą historię przedstawić jako porywający dramat, przezabawną komedię, lub po prostu niezłą hecę. Rejs statkiem "Batory" i sławne niebieskie worki, dworski posiłek we Włoszech fundowany przez miejscowych Panów w czarnych garniturach, zapalenie spojówek i ośli upór Materny, coby jednak zagrać w golfa - każda z tych historii jest jedyna w swoim rodzaju. Czytelnik poznając przygody bohaterów ma wrażenie, że siedzi obok Panów autorów. Raz mówi jeden, raz drugi, nieraz się przekrzykują, a kiedy jeden wychodzi (w celach sobie wiadomych) drugi opowiada podróż, w której ten pierwszy nie uczestniczył. Dla mnie hitem była podróż duetu M. pożyczonym samochodem przez całą Amerykę. Oj działo się, działo, a ja płakałam ze śmiechu, kiedy bohaterzy prowadzili negocjacje z szeryfem aby uniknąć więzienia. 
Obaj Panowie w roli gawędziarzy sprawdzają się fenomenalnie. Każda historia aż kipi od humoru, ironicznych wstawek i ciepłych wspomnień. Każdy, kto słucha Pana Manna w programie Trzecim wie, że On właściwie nie potrafi poważnie. Jeżeli już, to mówi "śmiertelnie poważnie" i to znowu jest śmieszne. Pan Materna nie pozostaje w tyle. Efekt jest taki, że przedstawiona w książce Polska tamtych czasów z pustymi półkami, wiecznymi kolejkami i cenzurą jest po prostu żałośnie śmieszna. Natomiast opowieści bohaterów o  zagranicznych "dwóch tygodniach pełnych salcesonów, polędwic, suchych kiełbas..." to zupełnie co innego. 
Były też chwile kiedy było wzruszająco. W pewnym momencie Panowie M. wspominają Edwarda Kłosińskiego, którego bardzo lubiłam i szanowałam. Mąż Krystyny Jandy, współtwórca sławnego Teatru - fenomenalny człowiek. Wspomnienie o nim, o jego anielskiej cierpliwości i jedno zdanie o tym, jak Go zabrakło - po prostu się wzruszyłam. 
 Książka jest bardzo starannie wydana. Przyjazna dla oka czcionka powoduje, że czyta się jednym tchem. Do tego treść każdego rozdziału podzielona jest na krótkie części, co bardzo ułatwia sprawę. Jednak moje serce podbiły ilustracje, które są bardzo rozsądnie osadzone w tekście i bardzo trafnie skomentowane. Pan Mann w koszulce w paski, ogromnych okularach i czapeczce z napisem Acapulco - niezapomniany widok.  Klikając na okładkę poniżej można zajrzeć do książki. Zapewniam Was - warto. 


A na zakończenie wypowiedź Pana Wojtka Manna, który podaje powody dla których napisał książkę:
Ja Wojciech Mann, pisze te słowa po to, żeby kolejne pokolenia Mannów, jakie zamierzam po sobie pozostawić, wiedziały że nie byłem jakims tam zwykłym petakiem, który nawet głupiej książki nie potrafił napisać. Nie wypadłem sroce spod ogona i dlatego postanowiłem zostać pisarzem.
Polecam naprawdę szczerze każdemu kto chce miło spędzić czas przy świetnej książce :-)

Na zakończenie przypominam, że książka bierze udział w świątecznej "Wygrywajce". Jeżeli macie ochotę na książkę "Podróże małe i duże" proszę o wpis w komentarzu. 
A na zakończenie dla każdego z Was mam miły upominek do zrealizowania w księgarni Wydawnictwa ZNAK. Każdy kto ma ochotę zrobić tam świąteczne zakupy może zapłacić za nie 30 % mniej. Wystarczy że skorzysta z kodu rabatowego, który brzmi 
Migdaly 
Można go użyć wielokrotnie do 15 grudnia włącznie. 



niedziela, 20 listopada 2011

Mikołajkowo - książkowa ROZDAWAJKA ZNAKowa

Uwielbiam Boże Narodzenie. (jak  chyba większość z nas). Lubię choinkę, bombki, światełka i prezenty. Dzięki Wydawnictwu Znak i sympatycznemu Panu Tomkowi mogę zorganizować Rozdawajkę, która umili świąteczny czas. 
Zasady Rozdawajki 

Zasady są bajecznie proste. 
  1. Przez cztery kolejne niedziele (miały być piątki, ale logistycznie nie udało się)  na Półeczce będą ukazywać się recenzje książek, które można otrzymać w ramach mikołajkowej Rozdawajki. Książki te są widoczne na zdjęciu powyżej. Losowanie odbędzie się się 17 grudnia. Mam nadzieję, że książki dotrą przed świętami i będą miłym uzupełnieniem choinkowych upominków. 
  2. Pod każdą recenzją możecie wpisywać się wyrażając chęć otrzymania książki. W komentarzu wystarczy wpisać "Zgłaszam się". 
  3. Jedna uwaga. Nawet jeżeli wpiszecie komentarz pod kilkoma książkami, Wasze nazwisko na liście do losowania umieszczę tylko raz. 
  4. 17 grudnia wylosuję dwie osoby, które drogą mailową będą mogły wybrać sobie jedną spośród prezentowanych powyżej książek. 
  5. Jeżeli nie macie bloga proszę o podanie maila.
Na zakończenie dodam, że właśnie czytam pierwszą z książek biorących udział w akcji, a mianowicie "Podróże małe i duże" Manna i Materny. Uśmiałam się do łez już na kilku pierwszych stronach :-)


A już dzisiaj dla każdego z Was mam miły upominek do zrealizowania w księgarni Wydawnictwa ZNAK. Każdy kto ma ochotę zrobić tam świąteczne zakupy może zapłacić za nie 30 % mniej. Wystarczy, że skorzysta z kodu rabatowego, który brzmi:
Migdaly

Kod daje czytelnikom bloga zniżkę 30 % na zakupy dowolnych książek na www.znak.com.pl
Można go użyć wielokrotnie do 15 grudnia włącznie. 

piątek, 11 listopada 2011

Wyspa niesłychana

Wyobraźcie sobie łódź, która płynie wśród mgły. Płyniecie sobie, jest cisza i spokój, tajemniczy nastrój potęguje wrażenie niesamowitości i uczucie samotności. Co pewien czas z mgły wyłaniają się nieznane postacie odgrywające ze swoimi towarzyszami  krótkie epizody - często zaskakujące - których sens jest zrozumiały dopiero w połączeniu z innym przedstawionym obrazem. Wszystkie osoby są niesamowicie charakterystyczne, każda jest na swój sposób tajemnicza i przyciąga obserwatora niczym magnes. Nagle wypływacie z mgły i wszystko staje się jasne niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - każdy element układanki wskakuje na swoje miejsce... i żyli długo i szczęśliwie :-)
Właściwie to nie musiałabym więcej pisać. Należy tylko dodać, że powyższy opis dotyczy odczuć towarzyszących mi przy czytaniu książki "Wyspa niesłychana". Książki, po której spodziewałam się zupełnie czegoś innego co nie oznacza, że to co mnie spotkało podczas tej literackiej wycieczki mnie rozczarowało. O nie...
Autor we wstępie do powieści wyraźnie "ostrzega" tych czytelników, którzy nie lubią opowiadań (to ja!), że "Wyspa" początkowo miała być opowiadaniem, ale tak "jakoś" rozrosła się w powieść. Dobrze, że wstęp przeczytałam, bo wiele wyjaśnił. Losy Fabregasa to jedno, a cała otoczka to zupełnie inna historia. 
Fabregas zmęczony codziennością przyjeżdża do Wenecji. Ma serdecznie dosyć dotychczasowego życia i postanawia przeżyć coś nowego. Finanse go nie ograniczają więc rzuca się na głęboką wodę próbując wyjść na spotkanie  losowi. Nie musiał długo czekać, Włócząc się po uliczkach Wenecji przypadkowo spotyka Marię Klarę - kobietę tajemniczą, pełną niedomówień i zagubioną jak i On. Niczym żuraw i czapla szukają się wzajemnie - dosłownie i  w przenośni. Od tego dnia Fabregasa spotyka mnóstwo zaskakujących i wręcz groteskowych sytuacji. Poznaje zdziwaczałą rodzinę Marii Klary, sam przeżywa coś w rodzaju umysłowego zagubienia, uczestniczy w dziwnym rytuale, poznaje przedziwne weneckie zamczysko - wszystko po to, by w końcu znaleźć swoje miejsce na ziemi. 
Losy Fabregasa przeplatane są różnymi opowieściami, które można by wyłuskać z "Wyspy" i na ich podstawie stworzyć zupełnie nowe historie, Mnie urzekła opowieść o przodkini Marii Klary która nie mając środków do życia zdobywa je handlując własnym ciałem. Mistrzowsko opowiedziana historia!
Jeżeli ktoś wcześniej czytał książki Mendozy będzie mocno zdziwiony. "Wyspa" nie jest książką śmieszną, choć nie oznacza to, że powaga przebija z każdej strony. Poczucie humoru widoczne w "Wyspie"  jest po prostu zupełnie inne. Tu czytelnik nie płacze ze śmiechu jak przy "Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa" Tu raczej dominuje kpina i absurd. Czytelnik co rusz poznaje nowe historie, każda inna, każda budząca odmienne uczucia a co najdziwniejsze większość z nich w dalszej części książki jest negowana przez kolejnych rozmówców. Wiele z tych historii budzi początkowo śmiech, jednak im dalej brniemy w powieść tym mocniej utwierdzamy się w przekonaniu, że to jest śmiech przez łzy. 
Powieść polecam zarówno tym, którzy chcą dopiero rozpocząć przygodę z twórczością Mendozy jak i wiernym fanom. To książka, której się nie zapomina, która po przeczytaniu ostatniej strony jeszcze długo tkwi w myślach i sączy się powodując ciągłą analizę poznanych historii.
Jeżeli macie ochotę na literaturę odmienną od większości książek - polecam