wtorek, 15 stycznia 2019

Popierasz Owsiaka?!

Taka historia.... Kiedy urodził się Marek miał żółtaczkę. Nie taką zwykłą, fizjologiczną, ale tą gorszą - wynikającą z różnicy w grupie krwi Mamy i Taty (ja mam "0" a Mariusz "A"). W szpitalu ponaświetlali nas i z uśmiechem wypisali do domu. Cieszyłam się bardzo, ale jedna rzecz spokoju mi nie dawała: Marek ciągle spał. Wszyscy chwalili, jakie to grzeczne dziecko: je i śpi! Marzenie każdej Mamy! Nie panikuj... A ja spać nie mogłam. W końcu pojechałam do szpitala na badanie krwi. Bilirubina 18,9. Do końca życia będę pamiętała strach w oczach lekarki i informację przekazaną drżącym głosem: "Trzeba natychmiast zacząć naświetlania bo może dojść do uszkodzenia mózgu". My nie mamy inkubatora wolnego... proszę szukać... Z dzieckiem na ręku i ze łzami w oczach pojechaliśmy na poszukiwania. Jeden szpital - nic, drugi szpital... Kiedy weszliśmy spanikowani na oddział Szpitala w Zdrojach, przywitał nas rząd wolnych inkubatorów... KAŻDY Z SERDUSZKIEM WOŚP - U. 
Marek jest zdrowy. Gra na skrzypcach, ćwiczy dżudo - jest świetnym dzieciakiem. Jurku dziękujemy! Marek będzie z Tobą grał do końca świata i o jeden dzień dłużej!

piątek, 11 stycznia 2019

Papierowe duchy

Lubię takie książki. Klimatyczne, trochę straszne, w których nie ma miliarda bohaterów, a Ci którzy są, mają naprawdę sporo do powiedzenia. Pomiędzy stronami skrzy od emocji, od wydarzeń i od strachu. Czarno-białe zdjęcia dodają całej powieści pikanterii... No, jestem pod wrażeniem.  
Grace długo przygotowywała się do realizacji swojego zamierzenia. Przeanalizowała wszystkie scenariusze, które mogłyby ją spotkać. Przygotowała zapasy gotówki, farby do włosów na wypadek konieczności zmiany wyglądu, a nawet położenie hoteli i moteli wzdłuż planowanej trasy. Wszystko po to, aby całą sobą oddać się realizacji planu, jakim jest rozwikłanie zabójstwa swojej starszej siostry. Ciała dziewczyny nigdy nie odnaleziono, a dla małej Grace z przeszłości cała sytuacja była wyjątkowo traumatyczna. Chcąc uporać się z przeszłością, Grace wyrusza w podroż z Carlem - domniemanym seryjnym mordercą - który na swoim sumieniu ma kilka młodych istnień. Niestety z Carlem dość trudno się dogadać, jako że cierpi na demencję. Do tego facet rozmawia z duchami i ma wrodzony szósty zmysł, dzięki któremu potrafi przewidywać wydarzenia. 
Carla - pomimo tego, że w powieści jest tym czarnym charakterem - uwielbiam. Przypomina mi Hannibala Lectera i szczerze mówiąc przez całą lekturę miał dla mnie twarz Antoniego Hopkinsa. Jego zachowanie, jego słowa i to, że był w stanie przygarnąć napotkane, bezdomne zwierzaki - to wszystko złożyło się na obraz człowieka, którego pokochałam. Ja wiem, że On miał być tym złym. I co z tego? To właśnie Carl Zdobył moje serce, a zakończenie umocniło mnie w poczuciu wielkości postaci. 
Powieść jest podróżą przez Stany. Podróżą w ciasnym samochodzie, z miejsca na miejsce, w ciągłej pogoni za prawdą. W miarę jak upływa asfalt szos, odkrywamy traumę związaną z zabójstwem siostry, szczegóły morderstw, o jakie posądzono Carla oraz to, że nie wszystko jest takie, jak nam się na pierwszy rzut oka wydaje. Carl nie broni się przed zarzutami postawionymi mu przez społeczeństwo i wymiar sprawiedliwości. On odkrywa dla Grace swoje oblicze. To drugie oblicze schowane przed dziennikarzami i składem sędziowskim. 
Powieść jest niesamowita. Tajemnicza, pełna grozy z jednej strony, a jednocześnie zachowanie Carla często rozczula i zadziwia. Do tego jeszcze mamy duchy, które nieustannie towarzyszą Carlowi i grace w podróży  i drażnią kobietę niebotycznie. Nastrój książki godny Pulitzera. 
"Papierowe duchy" to podróż przez Stany, podróż przez życie Grace i podróż przez umysł Carla. Wszystkie te wyprawy są niesamowicie wciągające. Zapraszam Was w podróż. Warto.  

sobota, 5 stycznia 2019

Szachy

Kiedy byłam mała, moja Mama kupiła mi książeczkę o nauce gry w szachy. Pamiętam, że była ona stworzona na zasadzie rozmów dwóch małolatów, którzy metodą prób i błędów poznawali zasady gry. Gra podobała mi się okrutnie, ale po poznaniu podstaw nijak nie mogłam zrozumieć dalszych tajników i zasad tej gry. Reguły obowiązujące poszczególne figury i ich podstawowe ruchy to owszem – rozumiałam. Ale co dalej? Niestety, kiedy dochodziłam do omówienia poszczególnych rozgrywek zniechęcałam się do dalszej nauki. 
Moje dzieciaki mają szachownicę. Właśnie tę moją – z dzieciństwa. Niestety grają szachami w warcaby, bo matka zbyt tępa jest, aby ich nauczyć gry królów. Kiedy więc zobaczyłam na książce wielki napis „Szachy” i grafikę wskazującą jednoznacznie, że adresatem książki są dzieci – nie wahałam się. Czekałam z lekką obawą na jej przybycie pod mój dach. I nie zawiodłam się. 
"Szachy są grą logiki i wyobraźni, czyli szlachetną walką, toczącą się na płaszczyźnie ludzkiego umysłu”. 
Tak mówi do czytelnika królowa i rzeczywiście tak jest. Może to trochę górnolotne, ale nie zaprzeczycie, że eleganckie i prawdziwe. Uwierzcie mi - cała książka, pomimo tego, że jest skierowana do dzieci, jest właśnie taka - elegancka i prosta w odbiorze. W pierwszej kolejności czytelnik zaznajamiany jest z bierkami. Każda figura zostaje zaprezentowana, a następnie staje się przewodnikiem czytelnika po swoich umiejętnościach. Dowiadujemy się, jakie ruchy i jakie możliwości wiążą się z poszczególnymi bierkami. Oczywiście najlepsze są pionki, które budzą niesamowitą sympatię. Świetny jest też król, który z pokorą tłumaczy, czym jest mat. Trochę wychodzi na tchórza zamiast na króla - ale cóż – taka robota. 


Partia hiszpańska, obrona słowiańska, mat w siedmiu ruchach… to wszystko może przydarzyć się podczas otwarcia. Książka świetnie to tłumaczy, pokazując poszczególne ruchy i możliwości na rozrysowanych szachownicach. Ruch po ruchu, opatrzone komentarzem, naprawdę wydają się proste. Problem pojawia się wówczas, gdy próbujemy wprowadzić to w życie. Mam wrażenie, że nawet przy tak świetnie napisanym podręczniku przyda się jednak przeciwnik, który choć trochę ogarnia zasady tej gry. Ja z dzieciakami bawiłam się świetnie do tego momentu. Potem już samodzielne roztrząsanie prezentowanych zasad trochę nas przerosło. Rozdziały „Droga do zwycięstwa”, „Kombinacje” i „Klucz do zwycięstwa” zostały przez nas tylko przewertowane i choć naprawdę świetnie się to studiuje i ogląda obrazki, to jednak w praktyce, samemu nie mamy szans, aby ogarnąć zasady. Żywy człowiek, które odpowie na nasze pytania i wątpliwości jest po prostu niezbędny. 
Nie ulega wątpliwości, że dzieciaki, które mają ochotę nauczyć się podstaw gry w szachy, będą miały z lektury tej książki niesamowitą frajdę. Twarda okładka i kredowy papier nie tylko uprzyjemniają oglądanie tego podręcznika, ale i sprawiają, że trwałość tej książki jest bardzo duża. To niezmiernie ważne, jeżeli uświadomimy sobie, że książka przechodzi z rąk do rąk pomiędzy graczami, a jej zawartość wertowana jest okrutnie. 

Urzekły mnie ilustracje, na których poszczególne figury zostały uczłowieczone. Król - w zależności od wyniku rozgrywki - albo płacze rzewnymi łzami, albo śmieje się do rozpuku. Pionki są śmieszne i trochę wzruszające, a królowa to prawdziwa dama. Konik jest odważny, wieża często się złości... Słowem nic, co ludzkie, nie jest im obce. Dzięki takiemu zabiegowi czytelnik ma wrażenie, jakby szedł przez tajniki wiedzy szachowej w towarzystwie kilku osób, które służą radą i pomocą. Niestety - to nadal trochę mało. 
„Szachy” to świetna pozycja i rewelacyjny podręcznik, ale tylko do nauki podstaw tej gry. Ważne jest to, że zawartość książki nie zniechęca do dalszego poszukiwania a raczej motywuje.

piątek, 4 stycznia 2019

O przepięknej książce, czyli o tym, jak "Czerwony notes" zawładnął moimi świętami

Przepiękna książka. To jedna z tych, których nigdy nie zapomnę. Siedzi w sercu jak zadra, pomimo tego, że skończyłam ją czytać kilka tygodni temu. Takie książki powinny być sprzedawane na oddzielnych stoiskach dla pozycji wybitnych. Wzruszająca do bólu, do łez. Powalająca prostotą przekazu. Zachwycająca fabułą. Wybitna. 
Staruszka, o pięknym imieniu Doris, żyje samotnie w jednym ze szwedzkich miast. Każdy dzień mija tak samo. Poranek, południe, wizyta opiekunki, obiad, kolacja, spanie. Nieraz kąpiel, jeżeli opiekunka pomoże. Oknem na świat jest komputer. To dzięki niemu Doris może kontaktować się z cioteczną wnuczką, żyjącą daleko, za oceanem. Jenny kocha Doris, jak matkę (a nawet bardziej) i z chęcią poświęca Jej swój czas. Z niecierpliwością oczekuje na cotygodniowe połączenia, aby choć na chwilę poczuć wolność i niezależność. Doris czuje, że jej ziemski czas dobiega końca, w związku z czym postanawia, że jedyna bliska jej sercu, osoba powinna poznać rodzinne tajemnice i sekrety ciotecznej babki. 
Losy Doris - tej siwiutkiej i schorowanej, acz jednak wyjątkowo pogodnej kobiety - to jedno. Równocześnie z tym wątkiem poznajemy zawartość czerwonego zeszytu - podarunku dla Doris od taty. Notes towarzyszył Doris przez całe jej życie. Zapisywała w nim swoje radości i smutki, swoje przygody miłosne i rozczarowania. Poznajemy miłość jej życia - mężczyznę, który ciągle się gubił, ciągle gdzieś podróżował. Kochali się i szukali przez całe życie. Wzruszające zapiski Doris prowadzą nas przez całe jej życie, aż do dnia, kiedy świat powiedział "Stop". Notes był dla Doris nie tylko pamiętnikiem. Zapisywała w nim również adresy i telefony najbliższych jej osób. Wrażenie zrobiły na mnie te zapiski niesamowite. 
Nie potrafię powiedzieć, co mnie w tej powieści tak poruszyło. Pewna jestem tylko tego, że to po prostu przepiękna historia. Doris przeżyła naprawdę wiele. Mogłaby obdarować swoimi przeżyciami kilka osób i jeszcze by dla niej sporo zostało. Niestety jej losy były smutne i poruszające. Nie będę pisała o szczegółach, żeby nie psuć przyjemności czytania, ale zapewniam Was, że Doris swoim życiem poruszy nawet te zatwardziałe serca. Łza kręciła się w moim oku niejeden raz, a myśli o życiu i przemijaniu kłębiły się w mojej głowie niczym fale podczas sztormu. A już zakończenie powaliło mnie na kolana. Piękne, wzruszające i gdyby nie to, że moje dzieciaki ciągle kwękały mi nad głową, płakałabym jak bóbr. 
Piękna powieść w pastelowych barwach, poruszająca wszystkie emocjonalne struny naszego jestestwa. Nie wiem jak zachęcić, więc napiszę: Czytajcie, a nie pożałujecie!

czwartek, 3 stycznia 2019

Bakhita

Ooooo! Ale mnie zaskoczyła ta książka! Wyjątkowo. Znam pierwszą powieść autorki pt. „Czekam na Ciebie” i - choć mi się podobało – to jednak zachwytu nie było. „Bakhita” natomiast jest dla mnie absolutnym objawieniem. Miało być o kobiecie uznanej za świętą, więc spodziewałam się spokojnej lektury o tym, jak czarnoskóra Bakhita odnajduje drogę do Boga. Dostałam wstrząsającą powieść ukazującą całe zło niewolniczej Afryki. Pierwszą połowę powieści czytałam niedowierzając temu, co czytam. Czy naprawdę było aż tak strasznie? Niby wszyscy wiemy, że niewolnicy byli traktowani bardzo brutalnie. Dzieci były oddzielane od matek, rodzeństwo od sióstr i braci, a żony od mężów. Przeżywali tylko najsilniejsi, bo brud i choroby zabierały każdego, kto choć trochę podupadał na zdrowiu. Bicie i maltretowanie było na porządku dziennym. Kiedy przeczytałam o tatuażach... ale od początku. 
Kiedy wzięłam książkę do ręki wcale nie byłam zachwycona perspektywą jej czytania. Dość opasłe tomiszcze zawierające głównie opisy; dialogów jak na lekarstwo... na szczęście autor wraz z wydawcą zadbali o wygodę czytelnika i kolejne wątki i myśli oddzielili od siebie nie tylko akapitami, ale też przerwą w tekście. Wertowałam, miąchałam, gdzieś tam w środku zaczęłam czytać i ... przyłapałam się na tym, że z wypiekami na twarzy czytam powieść... od środka! 
Gdzieś daleko w Sudanie, w XIX wieku, żyje sobie plemię szczęśliwych ludzi. Rytm życia wyznacza im przyroda, jedzą dary ziemi, żyją w zgodzie i harmonii. Kiedy wodzowi rodzą się dwie córki bliźniaczki, wystawia maleństwa do księżyca i wymawia imiona dziewczynek, oddając je pod ochronę żywiołom ziemi. Niestety tę sielankę przerywają brutalnie handlarze niewolników. Porywają ludzi z wiosek i gnają przez pół kraju, nie bacząc na siły i zdrowie czarnoskórych nieszczęśników. Straszne rzeczy dzieją się po drodze, jeszcze gorsze po dotarciu na miejsce... w ogóle koszmar, jaki przeżyli Ci ludzie jest nie do opisania. Kiedy Bahita trafiła w ręce wysokiego urzędnika myślałam, że to koniec Jej udręki. Niestety żona i córka Pana prześcigały się w wymyślaniu, jak tu obrzydzić życie niewolnikom. To właśnie w tym domu Bakhita wraz z małą dziewczynką zostały poddane najgorszej próbie... płakałam po prostu. 
Część opisująca losy w Afryce zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Człowiek człowiekowi zgotował ten los... coś potwornego. Wrażenia wzmacnia jeszcze fakt, że autorka nie śpieszyła się w pisaniu. Wszystko jest pokazane wyjątkowo plastycznie i szczegółowo. Działa na czytelnika wbijając nóż prosto w serce.... 
Kidy Bakhita trafia do Włoch, powieść zmienia swoje oblicze. Robi się bardziej ludzka, mniej pierwotna. Zaczynają pojawiać się uczucia nie tylko głodu i rozpaczy. Tu już czytałam ze spokojem, co nie oznacza, że było łatwo. Przerażające jest to, jak bardzo jest się niewolnikiem w sercu. Bakhita nie potrafi cieszyć się wolnością, nawet wówczas, kiedy naprawdę ją odzyskuje. 
Bakhita jest postacią autentyczną. Cytując za Wikipedią 
„Św. Józefina Bakhita patronuje chrześcijanom mieszkającym w Sudanie, zgromadzeniom sióstr kanosjanek i braci kanosjanów, a także wszystkim dziełom miłosierdzia, w szczególności nastawionym na ubogie dziewczęta i kobiety”. 
Rzeczywiście całe swoje życie poświęciła ubogim dzieciom i dziewczętom. Miała wyjątkowy dar zbliżania ich do siebie. Wycierała zasmarkane nosy, całowała obtłuczone kolana, ale – co najważniejsze – podtrzymywała na duchu i pokazywała którą drogą należy iść. 
Książka jest niesamowita. Stanowi rewelacyjny zapis życia, ale nie można tego nazwać biografią. Zbyt wiele emocji i uczuć. To tak jakbyśmy mieli w ręku film tylko, że wydrukowany. Opisy są tak plastyczne, że czytelnik czuje się tak, jakby tam był. Niby siedzę w fotelu i trzymam książkę, ale słyszę świst bata nad głową i ból wywołany tworzeniem tatuażu na skórze. Talent pisarski autorki jest niewątpliwy i zauważalny. Za Bakhitę autorka została uhonorowana nagrodą Prix Fnac, a także znalazła się w finale Nagrody Goncourtów i Prix Femina. To idealny przykład tego, jak można pięknie rozwinąć warsztat pisarski. Pierwsza powieść tej autorki nie zachwyciła mnie. Bakhita już tak.

środa, 2 stycznia 2019

Pocztówki z Amsterdamu

Lubię ciepłe książki. To takie ciepłe bułeczki maślane z powidłami, które ozdabiają moją biblioteczkę. Podczas lektury takich powieści robi się lekko na duszy, świat pięknieje, a wszystkie problemy stają się jakby mniejsze i mniej wyraźne. Problem jest taki, że często granica pomiędzy dobrą, obyczajową powieścią, a kiczem, jest bardzo płynna i zdarza się, że autor - chcąc przypodobać się "babskiej części czytelników - przesadza z tym optymizmem i uczuciami... I wtedy mamy właśnie kicz. Na szczęście "Pocztówki z Amsterdamu" uchroniły się przed takimi zapędami. Autorka stworzyła świetną książkę ku pokrzepieniu babskich serc. Niestety, dopiero podczas lektury zorientowałam się, że jakoś tak brakuje mi pewnych elementów układanki. Zerknęłam do neta i okazało się, że "Pocztówki z Amsterdamu" to kontynuacja powieści "Do jutra w Amsterdamie". Szkoda, że wydawca nigdzie nie umieścił notatki o tym, że to druga część. Na szczęście byłam już tak wciągnięta w losy Agnieszki, że tylko przeczytałam kilka recenzji pierwszego tomu. To mi wystarczyło, aby szybko pojąć, co z czym się je.
Kiedy poznajemy Agnieszkę, dziewczyna jest na życiowym zakręcie. Wróciła z Holandii do Polski po miłosnym rozczarowaniu i próbuje na nowo ułożyć sobie życie. Rozpoczyna pracę w redakcji lokalnej gazety w Drawnie, odnawia przyjaźnie i na nowo układa stosunki z mamą. Pomoc mamy jest nieoceniona, jako że dziewczyna jest w ciąży. Wrodzona ciekawość świata powoduje, że Agnieszka wpada na trop afery, w którą wplątani są miejscowi notable. Mamy również wątek dotyczący nieuczciwego pośrednictwa pracy i tajemnicze pocztówki, przychodzące do naszej bohaterki z różnych holenderskich miejsc...
Powieść jest cudowną mieszaniną wspomnień z Holandii przewodnika po Pojezierzu Drawskim i przepięknej historii opowiadającej o tym, że przez życie trzeba iść z podniesioną głową. Nasza bohaterka nie daje się pokonać nostalgii i tęsknocie, Z uporem godnym podziwu walczy z tęsknotą za przeszłością i życiem w ukochanej Holandii. Rzuca się w wir dziennikarskiej pracy, odnawia przyjaźnie, zawiera nowe i bacznie obserwuje otaczający ją świat. Pióro autorki zachwyca prostotą przekazu i ciepłem bijącym z każdego słowa. Losy Agnieszki podszyte są miłością do świata i przekonaniem, że na wszystko znajdzie się rada a ciepłe ciasto drożdżowe pozwoli zwalczyć wszelkie smuteczki. 
Pomimo lekko frywolnej okładki zapewniam Was, że „Pocztówki z Amsterdamu” to ciepła i mądra książka o przyjaźni, tęsknocie i sile rodziny. Spędziłam przy tej powieści kilka przesympatycznych wieczorów i za każdym razem lektura podnosiła mnie na duchu i sprawiała, że świat dookoła mnie wydawał się odrobinkę lepszy.