czwartek, 16 listopada 2017

Gabi. A właśnie, że jest pięknie!

Cudowna książka, która ładuje baterie zarówno dorosłym, jak i dzieciom. Pokazuje, jak ważne jest to, aby widzieć świat przez pryzmat szklanki do połowy pełnej, a nie do połowy pustej. I te ilustracje... przepiękne po prostu!
Gabrysia jest bardzo wrażliwą siedmiolatką, która wraz z rodziną przenosi się do Nowej Soli. W domu jest ich sporo - oczywiście mama i tata, ale oprócz Gabrysi jest jeszcze szóstka innych dzieci. Niewątpliwie kochają się jak prawdziwe rodzeństwo, jednak formalnie rzecz biorąc, są rodziną zastępczą. Cudowną rodziną, w której każdy każdego kocha i szanuje. Gabrysia jest wyjątkową osóbką. Pełna energii optymistka, która wszędzie widzi dobro i życzliwość. Ciągle powtarza: "Moje życie to pasmo sukcesów!". i nawet jeżeli gdzieś się potknie i coś nie wyjdzie, to szybko podnosi się z kolan i prze dalej do przodu.
Książka, którą powinna przeczytać każda naburmuszona nastolatka i podbuntowany nastolatek. Bije z niej optymizm i radość życia. Pokazuje, że jeżeli tylko wystarczająco mocno o czymś marzymy, to na pewno się spełni. Próbuje wytłumaczyć dzieciom, że każdy człowiek jest dobry i każdy zasługuje na szansę, trzeba mu tylko ją dać. Oswaja trudne tematy związane z adopcją i rodzina zastępczą. Trudne, ale jak ważne!

czwartek, 9 listopada 2017

Obsesja

Podobało mi się i to bardzo. Po lekturze "Szeptuchy" trochę się bałam, czy autorka udźwignie powieść zupełnie od niej odmienną i umiejscowioną w innych realiach. Tu natura, kwiatki, czary, zabobony i wiejskie gusła, a tu medycyna, szpital, psychologia i szara codzienność lekarzy. Na szczęście udało się i to nawet całkiem zgrabnie. 
Kiedy poznajemy Joannę Skoczek, jest ona na zakręcie swojego życia. Zostawiła za sobą nieudane małżeństwo i przeniosła się, wraz z sierściuchem o imieniu Kołtun, do Warszawy. Joanna chce po prostu zapomnieć. Nie ma ochoty na nowy związek, a jedyne co może w tym momencie przyjąć od drugiego człowieka, to przyjaźń. Niestety Panowie wokół niej są odmiennego zdania. Koło Joanny namolnie kręci się Łukasz będący pracownikiem szpitalnej pralni oraz chirurg Tomek, znany z licznych podbojów kobiecych serc. Jakby tego było mało, Asia w swojej szafce znajduje listy od tajemniczego wielbiciela. Poczałkowo nieśmiałe, ale im dalej, tym gorzej... 
Żeby nie było zbyt obyczajowo, jest też wątek kryminalny. Pewnego dnia na terenie szpitala, pracownik odbierający odpady medyczne znajduje zwłoki. Policjant prowadzący sprawę podejrzewa, że seryjny morderca sprzed kilku lat na nowo rozpoczął swoją działalność. Jeśli tak rzeczywiście jest, to oznacza, że Policja w najbliższym czasie będzie miała masę roboty. Seryjny morderca sprzed kilku lat działał profesjonalnie i mistrzowsko zacierał za sobą ślady. Jego morderstwa łączyło jedynie to, że wszystkie ofiary miały czarne, kręcone włosy i wszystkie w chwili znalezienia były brutalnie okaleczone...
"Obsesję" przeczytałam z wyjątkową przyjemnością To powieść, która wsysa czytelnika i trudno potem przejść do życia codziennego. Należy podkreślić, że to nie fabuła mnie tak wciągnęła i nie świetnie skrojeni bohaterowie... ochów i achów na ten temat można znaleźć w sieci mnóstwo. Mnie urzekła atmosfera powieści. Kiedy Joanna szła przez piwniczne korytarze szpitala, ciarki miałam na plecach. Kiedy słyszała za sobą kroki, nie mogłam się powstrzymać, aby nie obejrzeć się i nie sprawdzić, co się dzieje za moimi plecami. Naprawdę, kreowanie klimatu i atmosfery grozy Pani Miszczuk ma w małym paluszku. 
Z drugiej strony były takie rozdziały, kiedy pokładałam się ze śmiechu. Dialogi Asi z Kołtunem są po prostu mistrzostwem świata. Podobnie lekko ironiczne rozmowy naszej bohaterki z Policjantem (którego imienia niestety nie pamiętam). Są lekkie, frywolne i poprawiają humor czytelnika. I nagle pac - kolejny rozdział znowu ciężki, mroczny i aż lepki od strachu. Tak właśnie Pani Miszczuk się ze mną zabawiała od pierwszej do ostatniej strony powieści. I powiem Wam, że mi się to podobało! 

czwartek, 2 listopada 2017

Czasami kłamię

Macie nieraz tak, że nie możecie oderwać się od książki? Czytacie wszędzie gdzie tylko można, co więcej - czytacie nawet tam, gdzie nie można. Ja tak mam - rzadko, ale zdarza mi się. "Czasami kłamię" doprowadziło mnie własnie do takiego stanu. Ciekawość, jak to wszystko się skończy, to jedno. Druga strona medalu to ciągłe otwieranie oczu ze zdziwienia. Właściwie po każdym rozdziale należało zmienić swój pogląd na sytuację. Każdy rozdział przynosił zaskoczenie i każdy powodował dreszczyk emocji. 
"Czasami kłamię" to powieść z dreszczykiem. Nie chodzi o to, że to horror. thriller czy coś w tym guście. Nie. Chodzi o to, że autorka wytworzyła taką atmosferę, że ciarki przechodzą po plecach. A przecież tłem są święta Bożego Narodzenia...
"Nazywam się Amber Reynolds . Powinniście wiedzieć o mnie trzy rzeczy:
1. Jestem w śpiączce.
2. Mój mąż już mnie nie kocha.
3. Czasami kłamię."
Cała powieść jest taka, jak ten cytat. Tajemnicza. Intrygująca. Ciemna. Zaczyna się dość niewinnie, bo oto poznajemy Amber, która jest prezenterką radiową. Można powiedzieć, że jest szczęśliwa, choć widoczne są pewne rysy, które pozwalają wątpić w pełnię szczęścia. I nagle spotykamy Amber w szpitalu. Dziewczyna jest w śpiączce, ale resztkami świadomości rejestruje wszystko to, co dookoła niej się dzieje.  Nie wiadomo, dlaczego znalazła się w szpitalu, nie wiadomo co było przyczyną jej stanu. Nie może sobie przypomnieć ostatnich dni, które doprowadziły ją do tego, że leży samotna i otępiała na szpitalnym łóżku.  Nie ulega jednak wątpliwości, że się boi. Emocje i strach budzą się podczas odwiedzin różnych osób - i tych dobrych... i tych złych...

Życie Amber to dla czytelnika trzy płaszczyzny: Teraz, Niedawno i Kiedyś. Teraz to szpital, choroba i gorączkowe próby przypomnienia sobie, co się właściwie wydarzyło. Niedawno to obiektywne (czy aby na pewno?) przedstawienie tego, co wydarzyło się na kilka dni przed wypadkiem, a kiedyś... no właśnie. Kiedyś to pamiętnik dziewczynki. Pamiętnik, który wiele gmatwa i wszystko wyjaśnia. I kiedy już czytelnik przeczyta i zrozumie, to szczęka mu opada i musi ją zbierać z chodnika. I nawet jak już pozbiera, to wytrzeszcz oczu ze zdziwienia pozostaje na długi czas. 
Bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ta powieść. Cudownie się ją czyta, a wartka akcja nie pozwala się od niej oderwać. Niesamowita. 

Skradzione godziny

Książka skusiła mnie zapowiadaną na okładce tajemnicą i zagadką z historią miłosną w tle. Tymczasem urzekło mnie zupełnie coś innego. Urzekł mnie klimat powieści i jej specyficzny charakter.  "Skradzione godziny" to Hiszpania zaraz po rządach Franco, która w jakiś sposób pomalutku wstawała z kolan. To społeczeństwo, które nie bardzo radziło sobie z odzyskaną wolnością, ówczesne kobiety... rewelacja. Naprawdę warto zanurzyć się w tym świecie. 
A oto hiszpańska rodzina - rodzina, jakich wiele. Mama tata, dwoje dzieci i dziadek, który pewnego dnia pojawił się w drzwiach domu córki. Anzelm przez długi czas mieszkał w Argentynie i tam zbił majątek, jednak po śmierci żony uznał, że czas wrócić do córki, do Hiszpanii. Wydaje się, że przybył do niej z tęsknoty za rodziną. Nic bardziej mylnego.  
Za płotem inna rodzina.  Mama tata trójka dzieci i babcia. Rodzina żyjąca w ciągłym strachu przed despotycznym ojcem, który tłucze dzieciaki, wyzywa żonę... jedyną osobą, którą szanuje jest jego matka Carmen. Niestety, kobieta cierpi na demencję starczą i niewiele pamięta ze swojego życia. 
Pewnego dnia dziadek Anzelm umiera. Nie byłoby w tym nic dziwnego - taka kolej rzeczy - gdyby nie to, że kiedy Roberto go znalazł, dziadek w dłoni ściskał karteczkę z napisem: "Powiedz mi że mnie kochasz..." Roberto nie może zapomnieć o tym szczególe, a tajemnica z tym związana staje się jego obsesją. 
Losy obu rodzin przeplatają się i zawijają niczym dym unoszący się nad ogniskiem. Każdy z bohaterów ma coś do ukrycia, każdy ma coś, czego nie chce ujawnić. Należy podkreślić, że są to bardzo różne rodziny. Rodzice Roberta są prawnikami - inteligentni i mądrzy ludzie, którzy z nadzieja patrzą w przyszłość. Niestety miłość między nimi wygasła, co sprawia, że każdy z nich pragnie na nowo ułożyć sobie życie. Zszokowało mnie to, w jak suchy i bezemocjonalny sposób o tym mówili. Rozwód, separacja, nowe życie... tylko dzieci rozpaczały, bo świat im się zawalał. 
Zupełnie inaczej wyglądała sprawa z rodziną Ramona, który jest najbliższym przyjacielem Roberta. Tu widać konserwatyzm i dominującą rolę mężczyzny w rodzinie. Ojciec Ramona wydaje się być despotycznym łajdakiem, który znęca się psychicznie i fizycznie nad rodziną. Jednak - jak to w bajkach bywa - nic nie okazuje się być takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. 
Urzekła mnie ta powieść i przyznam się, że przeczytałam ją w jeden dzień. Kiedy już czytelnik wsiąknie w tę magiczną szarość hiszpańskiej codzienności, niechętnie się z niej wydobywa. Dwie rodziny, dwa różne światy i sieć powiązań, które oplatają ich członków jak niewidzialny sznur. Przeszłość mieszka się z teraźniejszością a miłość z jej brakiem. 
Bardzo szybko domyśliłam się. co łączy te dwie rodziny, jednak przez długi czas prześladowała mnie myśl, że młode pokolenie bardzo łatwo popełnia te same błędy co ich przodkowie i to zupełnie nieświadomie. Tak jakby pewne działania przenoszone były w genach. Ale cóż - takie jest życie.   

sobota, 7 października 2017

Zapisane w wodzie

Kolejna książka czytana w telefonie dzięki Legimi. Miała być czytana podczas spacerów z psem, a tym samym stanowić miłe wypełnienie tych kilkunastu minut spędzonych na powietrzu. Tymczasem  czytałam nie tylko podczas spacerów, ale i w domu, a nawet... w samochodzie stojąc na światłach. 
Żeby nie było wątpliwości - to wcale nie jest tak, że powieść szalenie mnie wciągnęła i nie mogłam się od niej oderwać. Wcale nie. Powieść raczej zaliczę do tych nudnych i mało porywających. Sytuacja spowodowana była raczej mnogością bohaterów co powodowało, że jakakolwiek dłuższa przerwa w lekturze zmuszała mnie do cofania się i przypominania sobie, kto jest kim. 
Miasteczko Beckford cieszy się złą sławą ze względu na serię tragicznych wypadków, mających miejsce w miejscu zwanym Topieliskiem. Dawnymi czasy Topielisko służyło do karania kobiet posądzonych o czary. Związywano im ręce i nogi i wrzucano w odmęty wody. Jeżeli tonęły, to znaczy, że nie były czarownicami... pokrętna logika. We współczesnych czasach również zginęło tam kilka kobiet.  Anna, Lauren, Katie i Nel... wszystkie utonęły. Nie ma co ukrywać - każda z nich miała jakieś tajemnice. Ostatnia z topielic, Nel Abott, postanowiła spisać historię miasta, co wielu osobom się nie spodobało. Czy to jest jednak powód, aby dopuścić się morderstwa? 
Kiedy do Beckford przyjeżdża siostra zmarłej, w mieście aż huczy od plotek. Kobieta nie wierzy, że jej siostra popełniła samobójstwo. Pomalutku, powolutku na światło dzienne wychodzą mroczne tajemnice.
Kurcze - nie wiem tak do końca dlaczego, ale nie podobało mi się. Niby tajemnica jest, podejrzani są, atmosfera jest...ale to jednak za mało. Klimat książki jest taki wilgotny i spleśniały. Nie ma tu miejsca na jakikolwiek promyczek słońca, wszystko jest szare i bure. 
Są pewnie wśród Was tacy, których powieść zachwyciła. Ja - jak rzadko - jestem rozczarowana. 

czwartek, 5 października 2017

Wilcza godzina

To jedna z tych książek, które frapują czytelnika od pierwszej strony. Tu było jednak trochę inaczej niż zwykle (ba! cała książka jest inna!), bo nie pierwsze akapity powieści mnie zafrapowały, a wstęp. Autor zwraca się do czytelnika słowami: 
Może właśnie stoisz w księgarni, a może jesteś w domu, wygodnie usadowiłeś się w przytulnym kąciku i jesteś gotowy by przewrócić pierwszą stronę. W obu przypadkach czuje się w obowiązku cię ostrzec. 
No i jak tu nie czytać? Zaczęłam i wsiąkłam. "Wilcza godzina" wraz z Wilnem anno domini  1905, zdobyła moje serce. 
Króciutką chwileczkę musimy zatrzymać się w roku 1870, kiedy to wskutek handlu z Rosją, Amerykanie tworzą unię wolnych miast, zwaną Aliansem. W skład Aliansu wchodzą Wilno, Rewel, Kraków Praga i część Konstantynopola. Uzyskana w ten sposób wolność pozwala na rozwój nauki, a Wilno - wolne i  niepodległe - rozwija się i  rozkwita. To własnie na Uniwersytecie Wileńskim naukowcy dokonują odkrycia, które popchnie cywilizacje w zupełnie innym kierunku, niż dzisiejsza rzeczywistość. Mamy więc rzeczywistość alternatywną, która niezmiernie mi się spodobała. 
Autorka urzeka pomysłowością. Oczywiście wymyślony świat daje dużo więcej możliwości do knucia intryg oraz wkłada w dłonie bohaterów o wiele więcej narzędzi i umiejętności co umożliwia autorce realizację najniezwyklejszych zamierzeń. Momentami miałam nawet wrażenie, że pomysły trącą przesadą, co powodowało pewne rozdrażnienie. Dlatego ważne jest, aby cały czas pamiętać że "Wilcza godzina" to jednak fantastyka, a nie książka historyczna. Nawiasem mówiąc trudno mówić o książce historycznej, skoro po ulicach jeżdżą parowe karety, a czynności skomplikowane zostały powierzone automatonom. W trakcie lektury złudzenie prawdy historycznej jednak gdzieś z tyłu głowy kołatało, zwłaszcza, że przez całą powieść możemy zauważyć wiele znanych nam szczegółów. Pomysł rewelacyjny i obłędne wrażenia. Efekt był taki, że odczuwałam niesłabnącą przyjemność z wyszukiwania elementów charakterystycznych dla naszej rzeczywistości.   
Trochę długi ten wtręt, już wracam do meritum. W Wilnie, w 1905 r. zaplanowano spotkanie przedstawicieli najważniejszych państw Europy. Spotkanie ważne i mogące mieć wpływ na europejską rzeczywistość. Nic więc dziwnego, że każdy zamierza przedstawić swoje cele jako priorytetowe. Co więcej - każdy pragnie cele te zrealizować i to niekoniecznie uczciwymi metodami... i tu zaczyna się cały ambaras. Od drobnych intryg po brutalne morderstwa - to wokół nich skupia się cała fabuła i to one napędzają powieść. Jeżeli dodamy do tego alchemików, wskrzesicieli i ich możliwości - możecie sobie wyobrazić co się tam zadziało. 
Niestety są też minusy, na szczęście niewielkie. Otóż początkowo autor na tyle mocno skupia się na opisach alternatywnego Wilna, że gdzieś zgubił głównego bohatera. Nie żebym nad tym bardzo ubolewała, bo (jak już pisałam wcześniej) opisy Wilna mnie naprawdę zachwyciły, jednak rozumiem, że może to czytelnika trochę wytrącić z równowagi. Każda postać opisana jest szybko i na pozór nieskładnie, przez co trudno wyodrębnić powiązania pomiędzy bohaterami. Co więcej - nie bardzo wiadomo na kim się skupić. Jeżeli dodamy do tego mnogość wątków i odmienność rzeczywistości, otrzymamy powieść, której lektura może w pewnym momencie znużyć. Warto jednak przeczekać ten moment, ponieważ znużenie szybko ustąpi miejsca zaciekawieniu, a całość lektury pozostawia świetne wrażenie. Autor na końcówce wprowadził nowe fakty i lekko zakręcił fabułą, przez co z niecierpliwością czekam na kolejny tom. 
Na zakończenie dodam, że jak zwykle wydawnictwo sqn postarało się, aby książka przykuła uwagę. Piękna okładka zachwyca. 

środa, 4 października 2017

O książce - cebulce i o tym, że każda przesyłka może być wyjątkowa :-)

Wczoraj Pan listonosz przyniósł paczkę. Jeszcze dobrze do domu nie weszłam, a już Młodszy wręcza mi kopertę z napisem "Uwaga! ostrożnie" i zaaferowany oświadcza: Mamo trzeba ostrożnie otworzyć! Mhm... myślę sobie, ale wraz z nim delikatnie otwieram kopertę szukając przyczyny tego ostrożnego otwierania. Mój synek z wypiekami na twarzy rozrywa, rozcina, wyjmuje, a tam... kolejna paczuszka z naklejoną karteczką. Dalej więc rozcina, rozrywa, a tam kolejna warstwa papieru z kolejnym liścikiem. I kolejna, i kolejna... powiem Wam, że z każdą następną warstwą nasza ciekawość rosła i mieliśmy rodzinne wrażenie, że z tych "obierek" wyłoni się  nie wiadomo jakie monstrum. A tymczasem wyłoniła się książka. Książka, która w naszych oczach zyskała na wartości i nawet gdybym nie czekała na nią, to po takim początku znajomości na pewno z ciekawością zerknęłabym do środka. Szkoda, że nie można tak sprzedawać książek w księgarniach. To by się działo!!!
Wielkie uznanie dla osób, które w wydawnictwie WAB zajmują się promocją. 
Daliście czadu ! 








niedziela, 1 października 2017

Dziesięć godzin

Ależ się uśmiałam przy lekturze tej książki! Świetna powieść i to nie dlatego, że porusza bardzo (baaaardzo) aktualne tematy, ważne dla każdego z nas. Powodem mojego "uhahania" jest to, że napisana jest z jajem, polotem i właściwą Nurowskiej zadziornością. Zaczynając powieść nie spodziewałam się takiej fabuły. Początkowo byłam zaskoczona, ale potem dałam się ponieść fali niedopowiedzeń i półsłówek, które złożone w całość dały prześmiewczy, a jednocześnie paskudnie realny obraz naszej ojczyzny. 
Kiedy poznajemy Małgorzatę, znajduje się ona w dość trudnym położeniu. Przed jej obliczem staje Józef Pinior będący sławą i legendą Solidarności. Jego los spoczął w rękach sędziny Małgorzaty, która musi rozpatrzeć wniosek prokuratury o aresztowanie Piniora. Małgorzata ma problem ze spokojną i rzeczową oceną sytuacji, ponieważ sama znajduje się na życiowym zakręcie. Jej mąż jest chorym człowiekiem, który załamał się wskutek czego całe swoje życie umieścił w internetowej rzeczywistości. Córka również coraz bardziej oddala się od domu rodzinnego... 
Tymczasem w ojczyźnie Małgorzaty źle się dzieje. Dwa diabły, Fagot i Woland, przyglądają się sytuacji w państwie i z iście diabelskim uśmieszkiem komentują wydarzenia. Władzę dzierży partia, której przewodniczy tchórz i szaleńca w jednej osobie. Nie chcąc ponosić odpowiedzialności za swoje decyzje, rządzi on z ukrycia, a jego decyzje przypisywane są człowiekowi bez twarzy i kręgosłupa zwanemu "garniturem"... brzmi znajomo prawda? 
Diabliszcza, widząc sytuację, postanawiają poużywać sobie i trochę ludziom poszkodzić. Nie zdają sobie sprawy, że obalając władzę i rzucając partyjniakom kłody pod nogi, w rzeczywistości wyzwalają naród spod władzy głupoty. 
Ależ miałam frajdę w czasie lektury! Dopasowywanie bohaterów powieści do dziś rządzących nam miłościwie polityków było świetną zabawą. Maria Nurowska nie oszczędziła nikogo pokazując w sposób prosty i rzetelny głupotę i podłość dzisiejszych "elit" politycznych. Rewelacyjnie pokierowała diabłami, którzy każdego z polityków ośmieszyli i doprowadzili do miejsca, gdzie już nie mogli szkodzić. 
Przez dziesięć godzin Małgorzata musiała podjąć szereg decyzji, które zmieniły jej świat na lepsze. Te same dziesięć godzin zajęło naszym diabłom naprawianie naszego chorego Państwa. Małgorzata wybrała dobrze. A diabły? Cóż - mam nadzieję, że wkrótce się przekonamy. 

piątek, 29 września 2017

Matka i córka

Hmmm... cóż ja mam napisać o tej książce... Szara i nijaka, a jednocześnie tak barwna i ekspresyjna. Nie mogłam się od niej oderwać, ale jednocześnie z każdą następną stroną miałam coraz większą ochotę rzucić ją w kąt. Nudna i wciągająca zarazem. Rozbieżność emocji rodzących się w mojej głowie podczas lektury była zatrważająca. 
Fabuła książki jest taka, że nawet trudno opisać co się na łamach książki dzieje. Cztery kobiety powiązane siecią wzajemnych zależności. Natalia, Gloria, Dolores i Ángela są jednocześnie matką, córką, siostrą, ciotką, szwagierką ... mam nadzieję, że nic nie pominęłam. A! pominęłam. Oczywiście wszystko zagmatwane jest przez rolę kochanki. Dom, w którym mieszkają trzy z czterech bohaterek jest bardzo stabilnym domem, jednak okazuje się, że filarem tej stabilności jest mężczyzna. Kiedy Angel umiera wszystko dookoła tego domu składa się jak domki z kart. Wychodzą na wierzch brzydkie tajemnice i niewygodne uczucia. Każda z kobiet zamyka się w sobie i bez obracania się na towarzyszki niedoli brnie samotnie naprzód. 
Pokochałam Dolores. Jest samotną kobietą, która całe swoje życie oddała wychowywaniu dzieci brata. Kiedy dziewczynki dorosły, Dolores nie potrafi tej pustki wypełnić. To wydaje się normalne pod warunkiem, że los nie podsuwa pod oczy szansy na szczęście. Tymczasem Dolores ma to szczęście dosłownie na wyciągnięcie ręki i - mimo tego - boi się rzucić na głęboką wodę. Obserwując jej rozterki bardzo jej współczułam, a jednocześnie szczerze kibicowałam. Zła jestem strasznie na zakończenie tego wątku. Pozostałe historie też nie są różowe, bo to nie jest książka dla zabicia czasu. Zaniechane marzenia, utracone nadzieje... niewiele tu optymizmu. "Matka i córka" to dość wnikliwe studium uczuć i charakterów ludzkich. Pokazuje jak trudno wyplątać się z pajęczyny, jaką dla każdego z nas utkało życie.

64 Obronna Drużyna Starszoharcerska "Cień"


czwartek, 28 września 2017

Uwikłana

Kiedy brałam "Uwikłaną" do ręki byłam pewna, że szybko przeczytam i szybko zapomnę. Ot sensacyjna historyjka o dobrych i złych charakterach i wojnie na śmierć i życie, z której tylko jedna strona może wyjść cało. Rzeczywiście przedstawiona historia jest przewidywalna, ale nie dlatego, że jest banalna, ale dlatego, że napisało ją życie i nie ma tu samostrzelnych pojazdów i nadludzkich mocy. Natomiast to, co mnie urzekło w tej książce, to całe tło, które wydaje się mało ważne w porównaniu z tym, co przeżywa Pilar, ale po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że  tło tej powieści jest bardzo ważnym, samodzielnym bohaterem. 
Pilar jest kobietą idealną. Piękna i świetnie wykształcona Kolumbijka zdaje sobie sprawę ze swojej wartości i postanawia wyrwać się ze swojego szarego środowiska. Bez większych trudności zostaje stewardessą i podbija serca pasażerów linii lotniczych. Pewnego dnia jej wzrok przyciągnął mężczyzna - miły szarmancki i (na pierwszy rzut oka) bogaty. Pilar zostaje jego żoną i bardzo szybko przekonuje się, że to jednak nie jest miłość jej życia. Ernest okazuje się być wysoko postawionym dealerem narkotyków. Niestety jest również bardzo słabym człowiekiem i gdy zostaje aresztowany, postanawia ratować własną skórę kosztem Pilar. Dziewczyna, żyjąc u boku Ernesta wyrobiła sobie wysoką pozycje w narkotykowym świecie przez co stała się dla Policji bardzo łakomym kąskiem. Nie mając wyjścia, Pilar pracowała jako tajna informatorka przez kilka lat. Niestety wiadomo było, że w końcu wydarzy się najgorsze... 
Z drugiej strony poznajemy historię pewnego policjanta Toma Tideringtona. Kiedy go spotykamy, jest On pionkiem w wielkiej maszynie do walki z narkotykami. Dzięki własnemu uporowi i trochę dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, trafia do rządowej jednostki, której celem jest walka z narkotykami na szeroką skalę. Ten wątek, moim zdaniem, jest o niebo lepszy niż historia Pilar. Pokazuje, jak w latach 80 XX wieku problem narkotyków był bagatelizowany. Z przerażeniem czytałam o tym, jak Policja udawała, że nie widzi tego, co dzieje się na ulicach miast. Co więcej - wiele miasteczek, nie mając odpowiedniego sprzętu, po prostu bagatelizowało problem najzwyczajniej  w świecie się bojąc. Jeżeli dodamy do tego brak współpracy pomiędzy jednostkami Policji, które rywalizowały między sobą - przerażające wnioski nasuwają się same.   
Kiedy losy Pilar i Toma się przetną , nic już nigdy nie będzie takie samo...
"Uwikłana" napisana została w dość pokrętny sposób. Od początku wiadomo, że powieść oparta jest na faktach, ale sposób narracji powoduje, że książkę czyta się jak najlepszy kryminał. Tu ciągle coś się dzieje, a opisy zmian społecznych i tego co działo się za oceanem w dwóch ostatnich dekadach XX wieku jedynie dodają pikanterii przedstawianej historii. Wciągały mnie nieprzeciętnie opisy tworzenia przez Toma siatki informatorów, czy też opisy procedury prania brudnych pieniędzy. Człowiek porównuje możliwości jakie daje dzisiaj technika i zastanawia się, jak to wówczas (bez komórek i laptopów) było możliwe do ogarnięcia? Mam wrażeniem że ta szczegółowość i dbałość o tło wydarzeń spowodowało, że powieść bezsprzecznie zasługuje na miano bestselleru
Z drugiej strony narkotykowa epidemia, która ogarnęła Amerykę, wydaje się niemożliwa do opanowania. Porwania, zabójstwa i szantaże miały miejsce właściwie codziennie i to pod nosem Policjantów, którzy nie zawsze mogli i nie zawsze chcieli z tym walczyć. 
"Uwikłana" to dobra lektura, ale wcale nie łatwa. Opisy, które mnie urzekły i porwały, innego czytelnika mogą znużyć i znudzić. Warto jednak spróbować, bo z tej ponad pięćsetstronicowej powieści wyłania się bardzo ciekawy świat, w którym przyszło żyć sprytnej i silnej kobiecie. 
Polecam.  

Książki, książki i jeszcze raz książki

Książki czytać uwielbiam. Jest to moja pasja, największa przyjemność i - od kiedy prowadzę bloga -  niesamowita przygoda. Uwielbiam książkowe niespodzianki. Uwielbiam czytać książki i czytać o nich. Gdzie czytam o nich? Oczywiście najczęściej w necie; na innych blogach w serwisie "Lubimy czytać", czy też w internetowych księgarniach. Ostatnio jednak dokonałam odkrycia, które mnie zachwyciło, a jednocześnie wstrząsnęło mną, że taka gapa jestem i do tej pory tej pozycji nie zauważyłam. Mianowicie istnieje na rynku gazeta... właściwie to magazyn... a właściwie to książka o książkach. No miód na moje serce :-) 
"Książki" są kwartalnikiem. Jak dla mnie trochę mało, ale patrząc na zawartość, ilość artykułów publikacji i "książkowych zachęcajek", to taka częstotliwość ukazywania się na półkach jest zrozumiała. Zresztą tekstów jest naprawdę sporo i jeżeli czytelnik nie rzuci się na "Książki" z zachłannością dziecka widzącego lizaka, a będzie się delektować zawartością magazynu, to czytania jest dość sporo. 
Każdy tu znajdzie coś dla siebie. Oczywiście najwięcej jest o książkach, ale są one przedstawione w bardzo różnorodnych ujęciach. Urzekł mnie tekst o kobietach marszałka Piłsudskiego, ale nie dlatego, że przedstawiał kolejne ukochane Józefa, ale własnie ze względu na świetne ujęcie tematu. Każda z kobietek zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Od matki Marii Billewiczówny aż do ostatniej kochanki Jadwigi Burhardt. Szybkie, wręcz poklatkowe zetknięcie się z każdą z nich, każda inna, każda niepowtarzalna, i nagle strzał. Bo kiedy już z wypiekami na twarzy docieramy do końca tekstu czytamy: "Rozszerzona wersja tekstu ukaże się w przyszłym roku w książce Janusza Rudnickiego".  I w ten sposób moja lista "must have" znowu się powiększyła. 
Należy wyraźnie powiedzieć, że po lekturze "Książek" człowiek dostaje książkowego oczopląsu. "Książkowych zachęcajek" jest bowiem na kartach magazynu mnóstwo, jednak - co warto podkreślić - są one prezentowane w sposób bardzo uporządkowany. Najczęściej prezentuje się po prostu wydawnictwo ze swoimi nowościami. "Wydawnictwo Literackie", "Iskry" czy "Świat Książki" wykupili całe strony i na nich prezentują swoje najbardziej polecane książki. Są też oczywiście całe strony poświęcone tylko jednej książce czy też polecające konkretne wydarzenie literackie. Ja jednak wolałam przeglądać pojedyncze "zachęcajki" zgrabnie uzupełniające miejsce obok lub pod tekstem podstawowym. One raczej zdobią stronę niż denerwują czytelnika, a dzięki zgrabnemu wkomponowaniu w treść stanowią świetne uzupełnienie całości. 
Sporo wywiadów (bo aż cztery), artykuł o pornografii w literaturze z bardzo ciekawą puentą, prezentacja Finalistów nagrody Nike, artykuł o Gombrowiczu, o kobietach rządzących dawną Polską i wiele wiele innych naprawdę ciekawych tekstów. Schemat jest prawie wszędzie taki sam. Pod tytułem znajdziemy okładkę (czy też okładki) książek, które zainspirowały autorów do napisania tekstu. Rewelacyjna sprawa dla tych wszystkich, którzy mają grube portfele i mogą wykupić pół księgarni. Dla pozostałych też, choć oni mogą tylko wpisać wypatrzone tytuły na listę i tęsknie wyczekiwać wolnej gotówki... 
Bardzo podobał mi się tekst Łukasza Orbitowskiego, który opisał swoje podróże w trakcie pisania książki pt. "Exodus". Świetne, choć trochę chaotyczne (na szczęście w sposób zamierzony) ukazanie czytelnikowi, jak ważne jest to, aby autor w trakcie tworzenia książki dbał o nią i podróżował z awłasnymi pomysłami. Nie podobał mi się esej, za to pochłonęłam opowiadanie Toma Hanksa "Trzy tygodnie męki". Urzekł mnie tekst zachęcający do czytania opowiadań. i najkrótsze opowiadanie autorstwa E. Hemingwaya: 
"Sprzedam buciki dziecięce, nigdy nienoszone" 
Spotkamy tu tyle form literackich ile pomysłów przyjdzie czytelnikowi do głowy. Spotkamy wielu autorów, wiele przemyśleń, i co najważniejsze - książki; te dobre i te gorsze. Przecież wiadomo, że przy takiej ilości tekstów jedne podobają nam się bardziej inne mniej. I tak własnie powinno być. 
Dodam jeszcze, że podczas lektury nie obyło się bez wzruszenia z mojej strony, bo na końcu magazynu "Książki" zamieszczone zostało kalendarium i krzyżówka. Jak za dawnych czasów, kiedy z moją mamą w trakcie zakupów kupowałam "Przekrój", "Przyjaciółkę" i "Kobietę i życie" i zawsze było wiadomo, gdzie co znaleźć. W "Książkach" jest tak samo - czysto, porządnie i po kolei. Czysta przyjemność. 
Moi drodzy. Proponuję pójść do kiosku i kupić "Książki". Duży format i porządne wydanie zapewni wam przyjemność i frajdę na kilka dni. Przy kawie w jesienne wieczory rozrywka zapewniona. 
A na koniec przytoczę fragment artykułu pt. "Gonzo", który bardzo mnie rozbawił:
Reporter Ziemowit Szczerek jest niewychowany. Hugo - Bader trochę mniej. "Ech w końcu, po tylu latach, po wręcz smoleńskim pierdolnięciu o grunt latach dziewięćdziesiątych, to miasto zaczyna nabierać kształtów. Serio. Zaczyna się pojawiać forma, której to miasto (nie bardziej zresztą niż cały kraj) rozpaczliwie potrzebowało. Jakoś  się zaczynał Radom powoli unosić nad samym sobą. Nabierać odrobiny tej lekkości, której mu tak, kurwa, potrzeba" - pisze Szczerek o Radomiu. "Polska leje z Radomia, bo Radom jest nią, jest Polską do szpiku kości - i polewając z Radomia, Polska polewa z samej siebie. Polska wbiła sobie do swojego głupiego łba, że jest od Radomia w jakikolwiek sposób lepsza. O kurwa, to dopiero jest beka. Ej, Polska. Nie jesteś. Jesteś dokładnie tak samo chujowa". 

czwartek, 21 września 2017

Biały Szanghaj

Urzekła mnie ta powieść. Jest cudownie długa, wielowątkowa, ze wspaniale wykreowanymi bohaterami i świetną akcją. Są też oczywiście wady - na szczęście niewielkie i ukrywające się za wspaniałością rozbudowanej fabuły. 
Biały Szanghaj to druga część sagi. O pierwszym tomie pt. "Miłość w czasie rewolucji" pisałam wcześniej i nie ukrywam, że "Miłość..." podbiła moje serce. Spodziewałam się taniego romansidła, a dostałam świetną powieść z fascynującym tłem historycznym. Zastanawiałam się, czy II tom dosięgnie poprzeczki tak wysoko postawionej przez pierwszą część. Udało się.  
Nasi bohaterowie uciekają z ogarniętej rewolucją Rosji do Chin. To własnie tutaj Nina i Klim zaczynają swoje życie od nowa. Poznajemy również Adę, która w tej części sagi odegra niebagatelną rolę. Szanghaj wita ich rzeszą uchodźców, którzy szukają jakiejkolwiek pracy pozwalającej na utrzymanie się na powierzchni życia. Nagle nieważne jest pochodzenie i status społeczny, nieważne posiadane dobra, które przecież właściwie przestały istnieć. W Szanghaju tamtych czasów człowiek wart był tyle, ile potrafił. A że nasze arystokratki nie potrafiły zbyt wiele....
Zarówno Nina jak i Klim nie zmieniają się zbytnio. Klim pozostaje "Piotrusiem Panem" który radzi sobie jednak całkiem nieźle w nowej rzeczywistości. Nina początkowo jest trochę zagubiona, ale w pewnym momencie odkrywa w sobie żyłkę do interesów. I tak trochę jak żuraw i czapla,,, raz są razem, raz się rozstają... co z tego wyjdzie ? Warto przeczytać.
Powieść zachwyca pięknem słowa. Autorka snuje losy naszych bohaterów, zachwycając umiejętnością łączenia słów w zdania. Temat wcale nie jest łatwy, tło historyczne skomplikowane, a mimo tego wątki snują się i przeplatają w sposób iście mistrzowski. Tu nie ma miejsca na literackie wpadki i niedomówienia, tu każde zdarzenie ma swoje miejsce, a jego konsekwencje mają długotrwałe brzmienie. Warto przeczytać choćby dlatego, aby pozachwycać się specyfiką tej powieści.
Podczas lektury drażniła mnie jedna rzecz. Trudno mi to oddać w jasny sposób... Często miałam wrażenie, że autorka tak zagmatwała losy bohaterów, że już sama nie wie, jak z tego wybrnąć. Wówczas ratunkiem jest całkowita zmiana otoczenia. Jak w życiu - wsiąść do pociągu byle jakiego... W prawdziwym życiu człowiekowi zdarza się to sporadycznie, natomiast zarówno w pierwszym jak i w drugim tomie sagi, ucieczka od rzeczywistości stanowi rozwiązanie wszystkich problemów. Nie ukrywam, że drażniło mnie to mocno.
Trzeci tom czeka już na swoją kolej :-) 

poniedziałek, 18 września 2017

Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę

Przeczytałam tę książkę na komórce, korzystając z Legimi. Oznacza to, że czytałam ją głównie na spacerach z psem i dobrze się stało. Gdybym czytała ją w domu, przy moich dzieciach, ciągle bym przy nich siedziała i dziękowała Bogu, że mają szczęśliwe dzieciństwo.... 
Czternastoletni Adam jest chłopcem z zespołem Aspergera. Kiedy go poznajemy, ma już jedno nieszczęście za sobą, ponieważ umarła mu Mama. Na szczęście ma jeszcze tatę, siostrę, braci i przyjaciół. Chodzi do szkoły, ogląda telewizję, słucha radia... normalne życie. Adam różni się od swoich rówieśników przede wszystkim wrażliwością. Emocje i niedokładności świata widzi kolorami. Potrafi opowiedzieć o uczuciach członków swojej rodziny ponieważ w zależności od samopoczucia, każdy z nich ma inny kolor. No i oczywiście nasz Adam maluje obrazy....
Wojna, która nadchodzi do Aleppo, wchodzi w życie Adama brutalnie, z dnia na dzień. Nagle czytelnik przenosi swoją uwagę na całą rodzinę, nie tylko na Adama. Obserwujemy jak ojciec znika dla świata, zamykając się w chorobie psychicznej, towarzyszymy Yasmine w tragedii, jaka ją dosięga, ale nadal przede wszystkim kibicujemy Adamowi. Dasz radę chłopaku! Nie poddawaj się!
Adam przeżywa tragedię wojny po swojemu. Maluje, maluje i jeszcze raz maluje - do ostatniej kartki. Zatapia w farbie swój ból i rozpacz, chowa w pędzlach strach i niemoc. 
Straszna książka i piękna jednocześnie. Wrażliwość Adama powoduje, że patrzymy na okropieństwa wojny przez kolorowy filtr. Nieraz świat jest fioletowy, nieraz zielony, innym razem niebieski... i nie ważne co się dzieje, ważne aby przetrwać.  Czytałam i modliłam się, żeby się skończyło. I z każdą stroną dziękowałam Bogu, za to że żyję w spokoju. 

czwartek, 7 września 2017

Przeszłość

Są takie książki, przez które przemykamy niczym łyżwiarz na lodzie; szybko i beznamiętnie. Są takie, które czytamy równie szybko, ale z pasją i zaangażowaniem. Te zostawiają po sobie wyrwę w duszy i wiele emocji. Są też takie, które czytamy niespiesznie, smakując słowa i opisy w niej zawarte. Każdy rodzaj lubię, każdy szanuję i każdy mnie zachwyca. Problem mam tylko wówczas, gdy spodziewam się czegoś innego, niż zostało w rzeczywistości zawarte między okładkami. Tak właśnie było z "Przeszłością". 
Wyobraźcie sobie piękną, angielską wieś, otoczoną polami, lasem i niezbadanymi, mrocznymi zakamarkami przyrody. Na uboczu takiej wsi stoi sobie dom, w którym czas się zatrzymał. Nie ma tu zasięgu telefonii komórkowej, a o internecie można tylko pomarzyć. Cisza i spokój zostają nagle zmącone przez przybycie czwórki rodzeństwa, dla których wakacje w tym miejscu są powrotem do dzieciństwa. W domu zamieszkiwali ich dziadkowie, a chwile tu spędzone na pierwszy rzut oka wydają się sielankowe i radosne. Okazuje się jednak, że czwórka rodzeństwa to cztery zupełnie inne charaktery. Każdy z nich jest na swój sposób pokiereszowany przez życie. Wspólne wakacje stają się dobrą chwilą na wyciągnięcie na światło dzienne tajemnic zgromadzonych w najmroczniejszych zakamarkach duszy. 
Powieść składa się z trzech części. Pierwsza wprowadza nas w dusze i charaktery naszych bohaterów. Pokazuje, jacy są połamani i pokiereszowani przez życie i los. Samotność, brak pewności siebie, lub też po prostu smutek wyzierają z dusz naszych bohaterów. W kolejnej części cofamy się do przeszłości i poznajemy zdarzenia, które w ten czy inny sposób przyczyniły się do  tego, jak wygląda "dziś". Kiedy ponownie wracamy do teraźniejszości, zupełnie inaczej patrzymy na zachowania rodzeństwa. Czytelnik jest bogatszy o wiedzę z przeszłości i ocenia niektóre zachowania już nie tak obiektywnie lecz przez pryzmat tego, co było.
To jest powieść, którą należy się delektować. Autorka posiada dar snucia opisów ubierając je w ciepłe barwy i magiczne słówka. Nastrój angielskiej wsi aż wylewa się z poszczególnych stron. Jest spokojnie, nostalgicznie, czasami zaskakująco, a czasami wręcz nudno. Ale nie jest to nuda związana z fabułą, ale taka nuda, która pozwala na odpoczynek i kontemplację. 
Piękną książkę  popełniła Tessa Hadley, jednak to piękno zostało trochę zbrukane przez "zajawki" i opisy poprzedzające moment ukazania się powieści w księgarniach. Ich nastrój i brzmienie wskazuje, że podczas lektury będziemy mieli do czynienia przynajmniej z lekką sensacją. Tymczasem nie tędy droga. Myślę, że z tego wynikają niezbyt wysokie oceny powieści. Gdyby czytelnik był nastawiony na sielską i powolną podróż przez zawiłości ludzkiej psychiki, to zupełnie inaczej podszedłby do "Przeszłości". A tak pozostaje niedosyt.... 

Domino dla opornych

Młodszy jest muzykiem. Dumnie to brzmi, ale ja też jestem z tego dumna i umniejszać nie mam zamiaru. W listopadzie mijają 4 lata, od kiedy gra na skrzypcach i na swoim koncie ma już kilka sukcesów. Dlaczego to piszę? Otóż powszechnie wiadomym jest, że muzyka z matematyką idą w parze, a mój synek jest tego najlepszym przykładem. Bawi się matematyką z wielką przyjemnością, rozwiązuje przykłady, zadania i zagadki, a każda nowa matematyczna zabawka sprawia mu wielką radość. Dlatego też dość często w ostatnim czasie gości u nas na stole domino, które jest prostą grą, znaną prawie wszystkim. Wersja z obrazkami, kropeczkami i innymi udziwnieniami jest obecna prawie w każdym domu. Nas urzekło nie takie zwykłe domino, a właśnie domino matematyczne. 
Przygodę zaczęliśmy od wersji, które pomaga dzieciom opanować sztukę dodawania. W opakowaniu znajdziemy pięć kompletów domina, co umożliwia rozgrywanie wielu rund pod rząd bez obaw, że dziecko będzie z pamięci rzucało wyniki. Minusem jest to, że nie można mieszać kompletów, ale z drugiej strony jest to zrozumiałe. Dla wygody użytkownika każdy komplet kostek jest oznaczony innym kolorem co bardzo ułatwia zabawę, a zwłaszcza sprzątanie po rozgrywkach. Jeżeli chcielibyście korzystać z domina w szkole, to zestaw pięciu kompletów umożliwia rozgrywkę dla 25 uczniów, co oznacza, że cała klasa jest zaangażowana w układanie kostek. Rewelacja. 
Trudność działań w każdym z zestawów jest naprawdę zróżnicowana. Znajdziemy zarówno "3+8" jak i "57+13". Taka różnorodność nie pozwala młodemu adeptowi matematyki na nudę, a jednocześnie daje poczucie własnej wartości, kiedy dokładanie kostek domina przy łatwiejszych działaniach idzie w tempie ekspresowym. Zabawę urozmaicać można stosując kilka wariantów gry, które w sposób bardzo czytelny zostały opisane w instrukcji. Wydawca uzmysłowił mi, że domino może być traktowane jako łamigłówka dla jednego gracza i nie ukrywam, że Młodszy bardzo polubił samodzielne układanie węża. Mamy też opisane trzy wersje gry dla dwóch graczy, oraz po jednej dla czterech lub pięciu graczy. W życiu nie przypuszczałam, że domino może mieć tyle odmian. 
Gra ma jedną wadę, a mianowicie materiał, z których wykonane są kostki do gry. Do wytworzenia poszczególnych elementów zastosowano zwykłą tekturkę, co powoduje, że kostki w rękach ośmiolatka dość szybko kończą żywot. Może z określeniem "zwykła tekturka" trochę przesadziłam, ale plastik to też nie jest. Niewątpliwie materiał, z którego wykonane jest domino ma wpływ na cenę, która jest naprawdę atrakcyjna, ale wolałabym dołożyć kilka złotych i mieć domino z trwalszego materiału. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Po zniszczeniu kilku kartoników Młodszy sam doszedł do wniosku, że można je po prostu dorobić, a właściwie to nawet można zrobić swoje domino. I zaczęła się zabawa z tworzeniem domina i wpisywaniem działań na kartoniki własnoręcznie wycięte. 
"Domino matematyczne dla opornych" dotyczące dodawania jest skierowane raczej do młodszych dzieci z pierwszych klas podstawówki. Moje dzieciaki teraz walczą z kafelkami zawierającymi przykłady dotyczące mnożenia i powiem Wam, że już nie jest tak cukierkowo :-))) Dla osób, które chciałyby pobawić się matematyką ze swoimi pociechami grając w domino dodam, że oprócz dodawania i mnożenia możemy również zakupić domina ćwiczące dzielenie i odejmowanie. Polecam serdecznie, zwłaszcza jeżeli chcecie połączyć przyjemne z pożytecznym. Przecież lepiej łączyć działania matematyczne niż słonie i żabki... :-) Zapraszam do zabawy.  

niedziela, 3 września 2017

Podręczna

To książka inna niż wszystkie. Pisana tak jakoś inaczej, opowiedziana inaczej... w ogóle wszystko jest w niej inne. Świat, ludzie, zasady i reguły życia w tej powieści stanęły do góry nogami i dodatkowo przekręciły się na lewą stronę. Aż nie do wiary, że można stworzyć tak nienormalny i niemoralny świat. 
Freda jest Podręczną. Jeżu kolczasty, nawet nie wiem jak opisać, o czym jest ta książka. No dobra, jeszcze raz. Kiedy poznajemy Fredę przebywa Ona w czymś w rodzaju szkoły, której uczestniczki szkolą się do pełnienia funkcji podręcznej. Podręczna to taki chodzący inkubator służący do wyhodowania dziecka, które następnie zostanie oddane na wychowanie. Po zakończeniu szkolenia podręczna trafi do domu swoich Panów, którzy wskutek chorób spowodowanych katastrofą ekologiczną nie mogą mieć dzieci. Podręczne mogą mieć tylko rodziny, w której Pan domu jest wysokiej rangi urzędnikiem. Losy Fredy są w "Podręcznej" jedynie haczykiem do tego, aby przedstawić społeczeństwo żyjące wg jakichś chorych, pokręconych zasad. Nie wolno czytać, książek, nie wolno słuchać muzyki, każde słowo może zostać odebrane jako niesubordynacja. Światem rządzi kasta komendantów, która łamie wszystkie ustanowione zasady. Ich żony to głupie laleczki, szczęśliwe, że los postawił je przy komendantach. Są jeszcze Marty pełniące rolę służby no i oczywiście podręczne. 
Kobiety w tym świecie właściwie nie istnieją. Nie mogą pracować, nie mają własnych pieniędzy i własnego zdania. Najgorzej mają podręczne, zobowiązane raz w miesiącu oddać się Kapitanowi, który gwałci je na oczach swojej żony. Okoliczności tego gwałtu są obrzydliwe, ponieważ chwilę przed stosunkiem  wszyscy obecni zmawiają modlitwę, a następnie Podręczna, z głową na łonie żony Komendanta, i z nim samym pomiędzy nogami, zostaje bezdusznie zapłodniona. Taką wszyscy mają nadzieję. 
Powieść tak wciąga, że nie można się od niej oderwać. Mało tu dialogów, mnóstwo opisów i przemyśleń głównej bohaterki, a mimo to książkę czyta się jak najlepszy kryminał. Szoku doznałam, kiedy okazało się, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej Freda była wspaniałą matką i ukochaną żoną. Świat był taki jak nasz - poukładany (w miarę :-)) i szanujący człowieka. I nagle trach - do władzy dorwało się kilku oszołomów i wszystko runęło jak domek z zapałek. 
Powieść została napisana w 1985 r. To bardzo dawno zwłaszcza, jeżeli uświadomimy sobie, jaki przez ten czas nastąpił postęp zarówno technologiczny, jak i społeczny. Tym bardziej przerażające wydaje się przesłanie książki, która jest bardzo aktualna w swoim przesłaniu. 
Powinien przeczytać każdy. I kobieta i mężczyzna. Ty także. Ku przestrodze. 

sobota, 2 września 2017

Miłość w czasie rewolucji

Nie ma co ukrywać, tak mistrzowsko rozbudowanej fabuły dawno nie miałam w swoich rękach. Długo w czytniku tytuł "Miłość w czasach rewolucji" przewijał się i pałętał przed moimi oczami. Tytuł wskazuje na romansidło i to nie najwyższych lotów, więc jakoś nie mogłam się przemóc. Kiedy w końcu wzięłam byka za rogi, nie mogłam otrząsnąć się ze zdumienia. Wspaniała powieść. Z jednej strony żałowałam, że tak późno po nią sięgnęłam, ale z drugiej strony wszystkie trzy tomy cyklu "Burzliwa epoka" są już przetłumaczone, więc ominęło mnie męczące czekanie na kontynuacje przygód bohaterów powieści. 
Klim Rogow jest Rosjaninem, który w bardzo młodym wieku wyjechał do Argentyny. Skłócony z ojcem nie spodziewał się, że ojciec pozostawi mu jakiś spadek. Kiedy senior rodu umiera, a wiadomość o spadku dociera do Klima, postanawia On wrócić do Rosji i uporządkować swoje sprawy majątkowe. Kiedy przyjeżdża do Niżnego Nowogrodu oczom czytelnika ukazuje się barwne, tętniące życiem miasto, pełne bogatych i szczęśliwych ludzi. Klim postanawia pozostać chwilę w mieście  i ponapawać się wspomnieniami i spotkaniami z członkami dawno nie widzianej rodziny. Na swoje nieszczęście spotyka również kobietę nie spokrewnioną z nim, w której się szaleńczo zakochuje. I w tym własnie momencie kończy się ckliwy romans, a zaczyna wspaniała powieść z wieloma świetnie nakreślonymi bohaterami, wspaniałymi opisami i rewelacyjnie przedstawionym tłem historycznym. Wszystko dzieje się bowiem w przededniu Wielkiej Rewolucji. Klim traci wszystko, jednak postanawia walczyć o ukochaną kobietę i zrobić wszystko aby wydostać się wraz z nią z opętanej szaleństwem Rosji. Na naszych oczach Rosja zmienia się, ludzie się zmieniają... wszystko się zmienia. Autorka pokazuje czytelnikowi, ile trudu musiał włożyć zwykły mieszkaniec tego kraju, aby przeżyć te okrutne czasy. Nikt nikomu nie ufał, a ten kto wczoraj był przyjacielem, dziś mógł okazać się najzagorzalszym wrogiem. 
Losy naszych bohaterów i wielu innych osób, które poznajemy podczas lektury są przedstawione w porywający sposób. Podczas czytania powieści przychodziły mi do głowy najróżniejsze porównania - od "Przeminęło z wiatrem" poczynając, a na "Rodzinie Połanieckich" kończąc. Czytelnik buja się na falach wspaniałej fabuły płacząc, radując się, opłakując zmarłych i ciesząc się z narodzin razem z bohaterami powieści. To jest takie uczucie, jakbyśmy mieli możliwość cofnięcia się w czasie i spoglądania zza szyby na przebieg wydarzeń. Niewielu autorów ma taką umiejętność snucia fabuły. Oświadczam, że Elvira Baryakina posiada tę umiejętność w stopniu mistrzowskim!
A to dopiero pierwszy tom....

piątek, 1 września 2017

Czekam na Ciebie

Mam dwie ukochane autorki. Pierwsza to Jodie Picoult, która ostatnio napisała powieść pt. "Małe wielkie rzeczy". Książka zachwyciła i potrząsnęła mną niczym landrynkami w pudełku. Druga pisarka to Lisa Scottoline, która również słynie z książek silnie naładowanych emocjami. Jej powieści też porywają niczym rwąca rzeka. No i własnie. Po zamknięciu książki pt. "Małe wielkie rzeczy", powinnam dać sobie chwilkę i przeczytać "Karolcię", albo "Dzieci z Bullerbyn", pozwalając uspokoić się myślom w głowie. A ja tymczasem szybko przesiadłam się na "Czekając na ciebie".  Z deszczu pod rynnę :-)  
Christine Nilsson bardzo długo nie mogła zajść w ciążę. Po wykonaniu miliona badań okazało się, że jej mąż Marcus, nie może być ojcem. Para jednak nie rezygnuje z marzeń o potomstwie i postanawia spróbować skorzystać z innych możliwości, jakie daje współczesna medycyna. Decydują się na skorzystanie z usług banku spermy. Cała sytuacja jest dość krepująca, ale bardzo uważnie wybierają ojca dziecka, oglądając zdjęcia i czytając opisy kandydatów. Wybierają młodego, przystojnego i ambitnego chłopaka, marzącego o studiach medycznych. Rachu ciachu i po strachu - Christine zachodzi w wymarzoną ciążę. Wydaje się, że sukces został osiągnięty i nic nie zmąci radości przyszłych rodziców. Nic bardziej mylnego. Pewnego dnia Christine, oglądając wiadomości, w schwytanym mordercy rozpoznaje dawcę, którego pamięta ze zdjęć opublikowanych na stronach banku spermy. Został on oskarżony o zabójstwo trzech pielęgniarek.  
Christine nie zastanawia się długo i podejmuje decyzję o własnym śledztwie, które da odpowiedź na pytanie, czy Jej dziecko będzie dzieckiem mordercy. Sam Zachary twierdzi, że jest niewinny, ale to trochę mało... kobieta stawia na szali własne szczęście i rusza w podróż w poszukiwaniu prawdy. 
Na początku bardzo irytowała mnie główna bohaterka. Uparcie, wręcz namolnie próbowała wszystkich dookoła przekonać, że domniemany morderca jest ojcem biologicznym dziecka. Wszyscy mówili, że podobieństwo jest złudne, a ona dalej swoje. Już zębami zgrzytałam ze złości na myśl, że cała powieść to będą rozterki rozhisteryzowanej przyszłej mamy. Na szczęście po kilkunastu stronach fabuła się rozwinęła i to szeroką wstęgą. 
Autorka stworzyła niesamowitą, pełną emocji i niezwykłą powieść, poruszającą bardzo trudny temat. Wykreowała postacie tak, aby czytelnik mógł wczuć się w ich sytuację i wraz z nimi przeżywać rozterki. Małżonkowie mają zupełnie odmienne sposoby radzenia sobie ze stresem. Co więcej - oboje w całkowicie odmienny sposób zareagowali na całą sytuację. Christine postanawiała działać i jedzie do więzienia rozmówić się z podejrzanym, co uruchamia całą lawinę dramatycznych wydarzeń. Marcus natomiast wybiera inną ścieżkę i postanawia walczyć o swoje prawa przed sądem. To powoduje, że małżonkowie się od siebie coraz bardziej oddalają i w najtrudniejszych chwilach Christine jest sama. 
Wielką sympatią zapałałam do samotnego prawnika, który podejmuje się obrony Zachary'ego. Ten ekscentryczny, małomówny staruszek, który od początku budził niechęć, okazał się wspaniałym człowiekiem. Uwielbiam te fragmenty książki, które ukazują jego szorstkość, wręcz niegrzeczność w kontaktach z Christine. I co? I ponownie okazało się, że to co na zewnątrz człowieka ma się nijak do tego, co w środku. 
Polecam lekturę z całą stanowczością. To połączenie książki obyczajowej, kryminału, a nawet thrillera. Jest ciekawie, miejscami strasznie, a miejscami zabawnie, ale należy podkreślić, że całość jest mocno wciągająca i intrygująca.  

czwartek, 31 sierpnia 2017

Niedźwiedź Wojtek. Niezwykły żołnierz armii Andersa

Cudowna, ciepła książka, pełna szacunku dla niezwykłego żołnierza Wojtka, który wraz z Armią Andersa uczestniczył w walkach o Monte Cassino. O tym, że był taki żołnierz wiedzą chyba wszyscy, jednak wiedza bardziej szczegółowa na temat jego losów, psikusów i charakteru jest już dość skąpa i ginie w mrokach historii. Autorka książki Aileen Orr w każdym słowie książki pokazuje i udowadnia, jak wielkim szacunkiem darzy Polskę i Polaków. "Polska jest moja pasją" - mówi autorka i rzeczywiście z każdej strony książki wyziera autentyczna miłość do naszego kraju. Nasi rodacy zamieszkujący na terenach Szkocji ukazani są jako przystojni silni, zawsze uśmiechnięci i skorzy do pomocy młodzi ludzie. Nie można znaleźć złego słowa co cieszy tym bardziej że książka  doczekała się już kilku wznowień. Egzemplarz, który posiadam to nowość na rynku wydawniczym, która cieszy oko ładnym wydaniem i zdjęciami naszego bohatera.
Aileen Orr poznała Wojtka z opowieści swojego dziadka, który spotkał polskich żołnierzy i szeregowego Wojtka na Bliskim Wschodzie. Książka ukazuje losy misia od samego początku, kiedy to polscy żołnierze 22  Kompani zaopatrywania artylerii podróżowali z Persji do Palestyny. Po drodze spotkali chłopca niosącego worek. Żołnierze zaciekawili się ruchomą zawartością worka i po krótkiej dyskusji przekonali chłopca do uchylenia rąbka tajemnicy. Kiedy z worka wyłonił się maleńki niedźwiadek, żołnierze z miejsca pokochali zwierzaka. Za nóż, tabliczkę czekolady i konserwę wołową wykupili misia, który od tej chwili stał się ich wiernym przyjacielem. Wojtek był zwierzakiem niezwykle inteligentnym i empatycznym. Uwielbiał miód, słodycze i czekoladę, przepadał też za piwem, stanowiącym nagrodę za dobre zachowanie. Kochał swoich opiekunów, a najbardziej Piotra Prendysza, któremu bezgranicznie ufał i był mu bezwzględnie posłuszny. Wojtek był misiem
Źródło: Wikipedia
psotnym i zabawnym niczym kilkuletnie dziecko. Kochał zapasy ze swoimi opiekunami, które początkowo (kiedy Wojtek był małym niedźwiadkiem) odbywały się jeden na jednego. Kiedy Wojtek urósł, zapasy wyglądały w ten sposób, że żołnierze rzucali się na niego i próbowali obalić go na ziemię, a on łapą przewracał ich niczym kręgle. Uwielbiał się kąpać, chodzić na spacery, ale najbardziej lubił jeść. Niczym Kubuś Puchatek próbował włamać się do kuchni przez okno i utknął. Żołnierze starali się wyciągnąć go z potrzasku, a miś tymczasem kontynuował błagalne prośby kierowane do przerażonych kucharek o coś smakowitego do jedzenia. Takich historyjek w książce jest całe mnóstwo i naprawdę warto je poznać. Co ciekawsze urywki czytałam mojej rodzinie i zawsze wszyscy rechotaliśmy niczym młode źrebaki. Śmieszność anegdotek była podrasowana świetnym piórem autorki, dzięki któremu książkę czyta się jednym tchem. 
Druga część książki stanowi... nie wiem jak to określić... najtrafniej jest chyba napisać "rys historyczny naszego kraju". Autorka przedstawia Polskę jako kraj, który z racji położenia geograficznego nie ma łatwo, jednak charakterni Polacy z każdej opresji wychodzą obronną ręką. Nie obyło się bez kilku błędów historycznych, ale  uważam, że jak na osobę, która nie jest z wykształcenia historykiem, autorka może pochwalić się naprawdę sporą wiedzą na temat naszego kraju. Z każdego zdania bije ciepło i sympatia oraz szacunek i wdzięczność dla żołnierzy polskich walczących u boku Jej rodaków. 
Źródło: Wikipedia
"Niedźwiedź Wojtek. Niezwykły żołnierz armii Andersa" to książka, którą naprawdę warto przeczytać. Pomijając bardzo ciekawą historię przesympatycznego, oswojonego misia, możemy przekonać się, że nie tak dawno to Polacy tułali się po całej Europie nie mogąc wrócić do swojej ojczyzny. W wielu miejscach kontynentu tworzono dla nas obozy i robiono wszystko, abyśmy mogli godnie żyć w Państwie, które otwarło dla nas bramy. Nie ulega wątpliwości, że wśród Szkotów  (bo to własnie Szkocja była domem dla Wojtka) można było spotkać osoby przeciwne osiedlaniu się Polaków na ziemiach szkockich. Jednak znaczna większość darzyła naszych przodków sympatią i robiła wszystko, aby złagodzić ogromną tęsknotę za ojczyzną. 

Małe wielkie rzeczy

Zawsze książki Jodie Picoult trafiają we mnie jak grzmot w czasie burzy. Kiedy widzę zapowiedź wiem już, że czeka mnie wielka literatura i kilka emocjonalnie szalonych dni. Jej twórczość zawsze przewraca moje serce na lewą stronę i długo powracam do normalności. Autorka porusza tematy trudne, budzące emocje i rodzące wątpliwości i dyskusje. Każda książka Jej autorstwa jest przeze mnie wyczekiwana, a kiedy już ja mam, wszystko inne idzie w odstawkę. 
"Małe wielkie rzeczy" to kolejna wielka powieść, która porusza bardzo trudny temat - rasizm. Jak wszyscy wiemy, od zarania dziejów do dnia dzisiejszego ludzkość boryka się z problemem rasizmu i nie ma sposobu, aby wyplenić go z zachowań społecznych, choć od małego uczymy się, że jest to zjawisko złe. Od "Chaty wuja Toma" po "Małe wielkie rzeczy"  - problem jest ten sam, tylko okoliczności się zmieniają. 
Ruth od dwudziestu lat, czyli od początku swojej kariery zawodowej, jest położną. Kocha swoją pracę i nie zamieniłaby jej na nic innego. W pracy jest lubiana przez koleżanki i szanowana przez przełożonych. Od pozostałego personelu medycznego zatrudnionego na porodówce różni ją tylko kolor skóry. Tylko tyle i aż tyle.  
Turk Buer wraz z żoną są parą, która budziła podczas lektury powieści moje obrzydzenie. Rasiści do szpiku kości, którzy brzydzą się każdą "innością". Czarnoskóry, homoseksualista, czy Żyd - każda inność budziła w nich odrazę, agresję i chęć zabijania. Losy Turka Buera splatają się z życiem Ruth podczas narodzin jego synka. To własnie Ruth odbiera poród, za co w podziękowaniu dowiaduje się, że młodzi rodzice nie chcą, aby czarnoskóra osoba dotykała ich dziecka. Co więcej, przełożona Ruth, nie chcąc żadnych awantur, przychyla się do ich żądania i kategorycznie zabrania Ruth dotykania maleństwa. Pech chciał, że dochodzi do komplikacji, które zagrażają życiu dziecka, a jedyną obecną na sali jest właśnie Ruth. Ratować? Przestrzegać polecenia przełożonych? Dotykać? Udawać, że się nie widzi, że malec ledwo oddycha? 
Kennedy jest młodą prawniczka specjalizującą się w udzielaniu pomocy z urzędu. Dziennie prowadzi od kilkunastu do kilkudziesięciu spraw - niczym w fabryce. Jednak jedna sprawa nie daje jej spokoju i postanawia pomóc czarnoskórej położnej w walce nie tylko o sprawiedliwość, ale również o swoją godność. 
Oświadczam wszem i wobec, że Jodie Picoult stworzyła powieść wielką, godną nagród i czego tam jeszcze potrzeba, aby powieść została zauważona. Wykreowała wspaniałych bohaterów i pokazała, co jest w życiu ważne. Podziwiałam Ruth kiedy pluli jej pod nogi, a ona z podniesioną głową szła do przodu. Podziwiałam kiedy walczyła o syna i tłumaczyła mu, że musi być silny bo też jest czarny i w życiu będzie mu tak samo trudno. Bardzo przeżyłam scenę kiedy Ruth zabrała Panią adwokat do sklepu. Cały czas chodziła za nimi sprzedawczyni patrząc na ręce, a kiedy wychodziły ze sklepu z zakupami, Kennedy została przepuszczona przez bramkę, podczas gdy Ruth została zatrzymana przez ochroniarza, który przeszukał jej torbę. Dopiero ten incydent uświadomił Kennedy jak wiele zachowań ludzkich ma podłoże rasistowskie. Nie mają tu znaczenia zapisy konstytucji o równym traktowaniu bez względu na kolor skóry - świat jest bezlitosny i kieruje się własnymi prawami. 
Jak zawsze u Jodie Picoult zakończenie zachwyca i zaskakuje. Nie zdradzę nic, ale pozwolę sobie powiedzieć, że tym razem smakuje jeszcze słodką zemstą. 
Czytałam, płakałam, złościłam się, trzymałam kciuki, zagryzałam zęby i goniłam rodzinę, żeby mi nie przeszkadzała. Dawno nie miałam powieści, która mnie tak bardzo pochłonęła. Moje emocje podsycane były jeszcze wiedzą, że powieści Pani Picoult nie zawsze kończą się dobrze, za to zakończenia zawsze zaskakują. Zastanawiałam się czy i tym razem będę przecierać oczy ze zdumienia i nie zwiodłam się. 
Cudowna książka, która daje wiele do myślenia i pokazuje, jak mało wiemy o sobie nawzajem i jak bardzo uprzedzenia kierują naszym postępowaniem nawet wówczas, gdy nie bardzo zdajemy sobie z tego sprawę. 

środa, 30 sierpnia 2017

Mroczny las

"Mroczny las" jest kontynuacją "Willow", którą to powieść recenzowałam tu. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że powieść mnie nie zachwyciła, choć przeczytałam ją całą. Nie zmienia to jednak faktu, że autorka nie wspięła się na wyżyny swoich możliwości. Sięgnęłam po cykl książek o rodzinie de Beers zachęcona opiniami o poprzedniej twórczości Pani Virginii C. Andreas. Tymczasem moje oczekiwania spełzły na niczym. Willow okazała się przesympatycznym czytadłem, ale niczym więcej, dlatego też trudno mi było sięgnąć po kolejną część sagi. Z drugiej strony byłam ciekawa, jak potoczą się losy przesympatycznej Willow de Beers. Ciekawość zwyciężyła i teraz z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że drugi tom jest dużo lepszy od pierwszego, choć fajerwerków i baloników w mojej głowie nie było. 
Kiedy ponownie spotykamy Willow de Beers, jest ona gotowa porzucić swoje dotychczasowe życie i przenieść się do matki i przyrodniego brata zamieszkujących w domu w Palm Beach. Żeby nie było za cukierkowo rodzina Willow mieszka w domku dla służby, (chciałabym mieć taki domek :-)) położonym  na tyłach wielkiej rezydencji. Wprawdzie główna nieruchomość stanowi własność rodziny de Beers, ale koszty utrzymania domu zmusiły ich do wynajęcia nieruchomości i przeprowadzki do mniejszego i skromniejszego lokum. Willow staje nagle przed zupełnie innymi problemami niż dotychczas. Natężenie głupoty, snobizmu i plotkarstwa wśród otaczających ją ludzi jest tak ogromne, że dziewczyna nie może sobie z tym poradzić. Wydaje się, że jedynym oparciem dla niej jest jej narzeczony Thatcher Eaton. Przystojny i uwodzicielski prawnik jest łakomym kąskiem dla ślicznotek zamieszkujących Palm Beach. On jednak nie zważa na tłumy panienek, które namolnie pukają do jego bram i wiernie towarzyszy Willow w przebrnięciu przez zawiłości życia bogatego Palm Beach. Willow jest wdzięczna narzeczonemu za jego obecność i towarzystwo ... do czasu...
To "do czasu" jest punktem kulminacyjnym powieści. Od tego momentu moja sympatia do autorki naprawdę wzrosła i zrozumiałam, skąd tyle zachwytów nad jej twórczością. Jeżeli poprzednie książki miały w sobie ten specyficzny mrok, który powoduje ciarki na plecach, to wszystko rozumiem. Willow zostaje zdradzona przez najbliższe jej osoby, a pomoc przychodzi z zupełnie niespodziewanej strony. Oczywiście wszystko kończy się dobrze (niestety ani przez chwilę nie wątpiłam w happy end), jednak należy uczciwie powiedzieć, że były takie momenty, że włos się jeżył na głowie. Przez ostatnie kilkadziesiąt stron przeleciałam niczym tajfun, a na zakończenie stwierdziłam, że gdyby cała powieść była tak ekscytująca jak jej zakończenie, to byłaby to jedna z najlepszych książek, jakie w tym roku przeczytałam. Niestety sto końcowych stron z pięćset osiemnastu to trochę mało, żeby uczciwie zachwycić się tą powieścią. 
"Mroczny las" to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Kiedy pojawi się kolejny tom sagi na pewno po niego sięgnę i przeczytam z czystej ciekawości, ale polecać nie będę. 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Trzy i pół sekundy

Co za smutna, przejmująca, a jednocześnie piękna książka. Może piękna to trochę niefortunne określenie w odniesieniu do książki, w której mowa o śmierci małej dziewczynki, ale zapewniam Was, że moje odczucia po zakończeniu lektury były właśnie takie. Powieść piękna - mówiąca o stracie i bólu nie do wytrzymania, o pojednaniu i zabliźnianiu ran, o miłości i współczuciu... Czytelnik gubi się w emocjach i musi mocno trzymać się, aby nie zgubić tego, co najważniejsze. Jedno jest pewne - jeżeli macie tę powieść pod ręką i zamierzacie zacząć lekturę, to nie róbcie tego bez pudełka chusteczek.
Chloe jest jedynym dzieckiem Grace i Toma. Wyczekane i wyśnione maleństwo jest oczkiem w głowie swoich rodziców. Każdy uśmiech, każdy gest, pierwsze sukcesy i pierwsze porażki są skrzętnie odnotowywane przez zakochanych rodziców. Grace pracuje zawodowo i nie ma zbyt dużo czasu na wychowywanie Malutkiej, za to Tom, (któremu praca zawodowa przynosiła o wiele mniejsze dochody niż Grace) porzucił prace architekta i całe swoje życie poświęcił ukochanej córeczce. Jedno tylko spędza sen z oczu: to ciągłe infekcje gardła, które nie pozwalają Chloe zwyczajnie żyć. Za namową lekarza rodzice decydują się na wycięcie migdałków. Zabieg prosty, wręcz rutynowy absolutne nie zalicza się do tych, które stanowią zagrożenie dla życia Malutkiej. I rzeczywiście Chloe wybudza się i wydaje się, że wszystko jest w porządku. Niestety najgorsze dopiero przed nimi. 
Książka "Trzy i pół sekundy" nie ma na celu (jakby się na pierwszy rzut oka wydawało) opisania śmierci dziecka i rozwodzenia się nad tragedią, jaka spotkała rodziców. Od początku wiemy, że Chloe przegra walkę z sepsą, a od początku powieści do momentu tragedii mija zaledwie kilkadziesiąt stron. Tu nie śmierć jest bohaterką. Ta książka skupia się na tym jak wyjść z czerni rozpaczy. Dwójka ludzi, która po stracie najukochańszej osoby dotknęła dna i nijak nie może podnieść się z bólu. Rozpacz jest wszechobecna i wszechogarniająca. Autorka pisze takim językiem, że czytelnik tonie razem z nimi. Nie mogłam oderwać się od lektury, a jednocześnie łzy leciały mi ciurkiem. Mój mąż i dzieciaki śmiały się ze mnie, ja się śmiałam razem z nimi, ale w głowie przeżywałam razem z Grace śmierć Chloe. Dopiero po pewnym czasie pojawia się światełko w tunelu. To Grace postanawia podjąć próbę wydostania się z lepkiej czerni rozpaczy. Nie bacząc na uczucia Toma robi coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się prostackie i egoistyczne. Nic bardziej mylnego. 
Wbrew wszystkiemu powieść kończy się dobrze. Mając jednak w pamięci wszechobecną w tej powieści rozpacz i żal, długo nie mogłam podejść do tej recenzji. Nie umiałam tak jej napisać, aby nie streścić fabuły i nie zdradzić tego, co najważniejsze. 
Książka krzyczy do czytelnika: Zainteresuj się, co to jest sepsa! Poczytaj! Uchroń siebie i swoich najbliższych! Przejmujące są początki rozdziałów, które na wstępie opatrzone są krótką informacją na temat tego podstępnego choróbska. I kiedy przeczytamy, że w trakcie roku, w Wielkiej Brytanii sepsa pochłania więcej ofiar niż rak piersi - przyjmujemy tę wiedzę do akceptującej wiadomości. Ale kiedy do raka piersi dodamy raka prostaty, wypadki drogowe i AIDS, to to już są dane przerażające. 
Piękna książka, porywająca serce i warta przeczytania. 
A dlaczego "Trzy i pół sekundy"? Bo na świecie, co trzy i pół sekundy sepsa zabija jedną osobę.... 



poniedziałek, 31 lipca 2017

Willow

Z czym kojarzy się słowo Willow? Oczywiście z pięknym filmem, w którym karzeł Willow wyrusza z misją, mającą na celu ochronę niemowlęcia przed złą królową. Tytuł mnie zmylił i za jego sprawą, początkowo poczułam rozczarowanie. Oczekiwałam (patrząc na dotychczasową twórczość autorki, zupełnie bezpodstawnie) baśniowej fantastyki, albo chociaż baśniowego klimatu, a otrzymałam... baśniową literaturę kobiecą mocno okraszoną romansem. Owszem, lubię takie powieści, ale nie wtedy, gdy nastawiam się na zupełnie inny rodzaj literacki. 
Kiedy poznajemy młodą kobietę Willow de Beers, jest ona na progu nowego życia. Studiuje psychologię, ma narzeczonego i wydaje się, że świat stoi przed nią otworem. Dziewczyna czuje się wyzwolona od macochy, która dręczyła ją przez całe dzieciństwo. Willow została adoptowana trochę pod przymusem i adopcyjna matka nigdy nie pozwoliła jej o tym zapomnieć. Dziewczynka jakoś przebrnęła przez dzieciństwo korzystając z pomocy niani i chwytając odrobinki czułości jakie wysyłał do niej ojczym, który - wbrew wszystkiemu - bardzo ją kochał. Nie mógł niestety jawnie okazywać swojej pasierbicy uczuć a to za sprawą... Kiedy rodzice umierają, w ręce dziewczyny trafia pamiętnik ojczyma zawierający w zapiskach wielką tajemnicę. Tajemnicę, która na zawsze zmieni życie Willow.  Efekt jest taki, że dziewczyna zostawia za sobą wszystko i bez żalu wyrusza do Palm Beach z nadzieją odnalezienia biologicznej matki. 
Do tego momentu powieść aż skrzy od tajemnic i nastroju rodem z "Tajemniczego ogrodu". Lektura pochłonęła mnie bez reszty. Nie potrafię do końca powiedzieć, co mnie tak urzekło. Myślę, że nastrój powieści, wszechobecna tajemnica i posiadłość rodzinna Willow rodem z angielskiej bajki, miały w odbiorze powieści niebagatelne znacznie. 
Niestety część opisująca losy Willow w Palm Beach już nie zdobyła mojego uznania. Tu tajemnica i angielska zamglona atmosfera zostały zastąpione bogactwem, ułudą i kaprysami zamożnej elity. Gdzieś po drodze autorka gubi nastrój powieści i zastępuje go trochę kiczowatym romansem Willow z poznanym tam prawnikiem. Owszem, sama historia rodziny dziewczyny jest nadal bardzo wciągająca. Czytałam z dużym zainteresowaniem  i ani przez chwilę nie pomyślałam o odłożeniu książki. Niestety początek powieści postawił poprzeczkę na tyle wysoko, że wydarzenia z Palm Beach budzą tęsknotę za tamtym klimatem. 
"Willow" jest pierwszym tomem sagi o Rodzinie de Beers. Jedni sagę pokochają, inni znienawidzą - wszystko jest kwestią gustu. Nie ulega wątpliwości, że nie jest to literatura wysokich lotów, a jedynie przesympatyczne babskie czytadło. Ale przecież i taka literatura ma grono wiernych czytelników (a właściwie czytelniczek) i nikt nie czyta pod przymusem. Willow to taka baśń dla dorosłych dziewczynek, które lubią zatopić się w niedostępnym dla nich świecie blichtru i bogactwa. Piękne kobiety, przystojni mężczyźni i życie upływające na imprezach i przyjęciach. Ja osobiście nie lubię takich powieści, ale rozumiem, że można się nimi zachwycić. 
Na zakończenie dodam, że jest jednak coś w "Willow", co mnie urzekło i siedzi w głowie do dziś. To rozmowy Willow z wyimaginowaną postacią nieżyjącego już ojca, który pojawia się w głowie dziewczyny w trudnych dla niej sytuacjach. Ojciec od dzieciństwa pomagał Willow rozwiązywać problemy poprzez zadawanie pytań i naprowadzanie Jej odpowiedziami na właściwą drogę. Bardzo spodobała mi się ta metoda. W dzieciństwie dziewczyna żyła w przekonaniu, że sama radzi sobie z problemami, a tymczasem Tata cały czas czuwał nad nią, zadając właściwe pytania. Szkoda, że nie potrafię tak rozmawiać ze Starszą.... 

Życie na wynos

Olga Rudnicka swoim stylem pisania coraz bardziej przypomina mi Panią Joannę Chmielewską. Zabawa słowami, humor sytuacyjny, niewielka ilość bohaterów i mistrzowskie dialogi to przecież była wizytówka słynnej polskiej pisarki. Pani Olga Rudnicka jest godna następczynią, a Emilia Przecinek na pewno świetnie czułaby się w "Lesiu", czy w "Romansie wszechczasów". Podkreślam, że podobieństwo do twórczości Joanny Chmielewskiej jest dla mnie wielką zaletą, jednak nie wątpię, że nie wszystkim to odpowiada. 
Tym razem nasza bohaterka Emilia Przecinek zostaje porwana w wir wydarzeń związanych ze znalezieniem w piwnicy budynku, w którym mieszka, nieżywego mężczyzny. Denat jest niewiadomego pochodzenia, a dane osobowe mordercy również pozostają tajemnicą. Oczywiście Policja rozpoczyna poszukiwania sprawcy zbrodni, ale okazuje się, że nie jest to wcale sprawa prosta. Śledztwo wydatnie utrudniają starsze Panie (mama i teściowa naszej bohaterki), które plączą i mataczą, próbując co chwila ratować bliskich z wyimaginowanych opresji. Do tego wszystkiego, szukając zbrodniarza, czytelnik przebija się przez korowód sąsiadów Emilii, z których każdy jest potencjalnym sprawcą i każdy ma coś do ukrycia. Czy uda się znaleźć mordercę?
Wątek kryminalny to jedno. Tu akurat zachwytu nie ma, ponieważ Olga Rudnicka knuje intrygę dość płytką i przewidywalną.  Schemat zagadki kryminalnej nie zachwycił mnie, ale to nie szkodzi. Dialogi pomiędzy bohaterkami, wpadki i nieporozumienia, zabawa słowami i taka gapowatość głównej bohaterki wynagrodziły mi z nawiązką tę niewielką niedogodność. Czytając powieść rżałam niczym młody źrebak na pastwisku, a oczy zachodziły mi łzami od ciągłego śmiechu. Naprawdę trzeba mieć talent, aby tak wartko i lekko prowadzić rozmowy bohaterek.
Najmocniejszą stroną powieści są właśnie bohaterowie. Serce moje zdobyły dwie staruszki, które mieszkają razem z Emilią i jej dziećmi. Pterodaktyle, swoimi planami i rozmowami, napędzały właściwie całą powieść. Kroku dotrzymywała im Emilia, która postanowiła skończyć z samotnością i znaleźć sobie życiowego partnera korzystając z serwisu randkowego. Okazy, jakie trafiały jej się za pośrednictwem komputera naprawdę robią wrażenie. Dzieci Emilii - Kropka i Kropeczek - również wtrącają swoje pięć groszy do fabuły. Kropeczka rzeczowo i merytorycznie prowadzi Emilię za rączkę przez meandry życia. Kropeczek natomiast w sposób godny typowego nastolatka podbija świat. Każda z tych osób  jest wyjątkowa i każda budzi sympatię. Rewelacja.
W całej powieści, od pierwszej do ostatniej strony panuje taki pozytywny chaos, który porywa i  zniewala czytelnika. Mnóstwo sympatycznych nieporozumień i sytuacyjnych wpadek uskrzydla zarówno książkę jak i serce czytelnika. To naprawdę dobra powieść dla każdego, kto chce przeżyć chwile niczym nieskrępowanego śmiechu. Mam nadzieję, że Emilia Przecinek nie opuściła jeszcze głowy Pani Rudnickiej i odwiedzi mnie na kartkach kolejnej książki. 

piątek, 28 lipca 2017

Mietek, drużyna i piwnica, której nie ma

Zacznę trochę inaczej niż zwykle, ponieważ w książce "Mietek, drużyna i piwnica, której nie ma" jest coś, co przyciągnęło moją uwagę dużo bardziej, niż opowiedziana historia. Zacznę od ilustracji, które - moim zdaniem - są rewelacyjne. Charakterne, ani trochę nie słodkie... takie hultajskie i zawadiackie. Może to efekt tego, że autorka i ilustratorka to jedna i ta sama osoba, dzięki czemu ilustracje są świetnym dopełnieniem tekstu. Pewien klimat i nieuchwytny urok opowiedzianej historyjki nie byłby możliwy do osiągnięcia tylko za pomocą słów.  To własnie obrazki przekazują emocje podwójnie a nawet potrójnie. Są surowe, a jednocześnie bardzo szczegółowe. Stanowią świetne uzupełnienie dla emocji, które autorka chce przekazać młodym czytelnikom, a z racji lekko kryminalnego zabarwienia emocje te nie zawsze mają kolor różowy.
Dobrze - teraz fabuła. Wyobraźmy sobie blokowisko, a w nim dwa wieżowce rozdzielone boiskiem do gry w piłkę nożną. W jednym z nich mieszka trójka chłopaczków i w drugim  również. Boisko jest więc ciągłym polem walki o wpływy. Chłopaki nie mogą się pogodzić aż do momentu, gdy w szkole ogłaszają turniej piłki nożnej. Aby wziąć w nim udział konieczne jest stworzenie sześcioosobowej drużyny. Mietek (jako jedyny marzący o karierze sędziego) próbuje stworzyć zespół. Tylko jak to zrobić skoro jedni kibicują Realowi, a drudzy Barcelonie? 
Tworzenie drużyny to jedno, ale jak tu oddać się treningom skoro w piwnicach bloków straszy? Ciągle coś szura, jęczy a nawet świeci latarką. Jakie jest rozwiązanie zagadki? Bardzo proste jednak aby do tego dojść potrzebna jest głucha dziewczynka, która na szczęście świetnie czyta z ruchu warg i jeszcze lepiej gra w piłkę.
Treść w dużym skrócie wydaje się dość banalna, ale zapewniam Was, że tak nie jest. Kiedy przeanalizujemy przebieg wydarzeń łatwo dojść do wniosku, że autorka bardzo sprawnie i delikatnie wprowadza dzieci w świat problemów które towarzyszą dorosłym w codziennym życiu. Niedołężny staruszek, któremu choroba nie pozwala na udział w zajęciach w najważniejszym dniu, strata bliskiej osoby i rozpacz z tym związana, czy też wspólne wypracowanie kompromisu tak aby można było razem trenować - to wszystko pokazuje młodemu czytelnikowi, że nic w życiu nie przychodzi łatwo a na sukces należy naprawdę ciężko pracować. Autorka pokazuje również że realizacja marzeń jest możliwa nawet jeżeli wydaje się to niemożliwe. Bo jak inaczej nazwać to co osiągnęła głuchoniema Amelka? Nie dość że trenowała piłkę nożną to jeszcze okazała się zawodnikiem, który swoimi umiejętnościami przewyższa niejednego chłopca. Nasi młodzi zawodnicy musieli zrozumieć na własnej skórze, że nie jest ważny strój, a umiejętności. 
Jedno Wam powiem: wszystko jest w głowie. Nie bójcie się kogoś tylko dlatego, że ma lepsze ciuchy. Ciuchy bramek nie strzelają. (...) Oni myślą, że jesteście słabi, bo nie macie trenera i każdy ma inne kolanówki. Tylko oni o tym nie wiedzą i to jest własnie Wasza przewaga. 
Książka jest pełna takich mądrości, które podane w umiejętny sposób wydają się małolatom prawdą objawioną,  anie zrzędzeniem dorosłego. 
Jeszcze jedno - tak naprawdę to cichymi bohaterami powieści jest pewien staruszek i babcia Mietka. To własnie Oni, pomimo choróbsk i złego samopoczucia, pomagają chłopakom osiągnąć wymarzony cel. W dzisiejszych czasach, kiedy dookoła promowana jest młodość i sprawność fizyczna ta książeczka ze swoimi cichymi bohaterami powinna być lekturą w podstawówce. 
Książka jest naprawdę godna polecenia. To nie jest powiastka o Mikołajku (za którym nie przepadam). Owszem, niesie w swojej treści sporą dawkę humoru, ale ma również przesłanie, które jest dla dzieciaków bardzo ważne. Po pierwsze, kiedy o czymś marzycie, to nie wolno się poddawać tylko trzeba szukać drogi do sukcesu. A poza tym przy realizacji pasji nie są ważne płeć czy wiek. Ważne jest to aby współpracować i szanować siebie nawzajem.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Drugie bicie serca

Książki skierowane do młodzieży są przeróżne. Często na regałach skierowanych do młodego czytelnika widzimy różowe okładki i odmieniane przez wszystkie przypadki słowa "pamiętnik", "nastolatka" i "miłość". Trochę lepiej jest w literaturze skierowanej do chłopców, ale to "lepiej" wynika również z tego, że tych książek jest po prostu mniej. Mając w domu czytającą nastolatkę, dla której biblią jest książka pt. "Kamienie na szaniec" i saga o Wiedźminie, mam awersję do różowych okładek. Na szczęście wśród nowości wydawniczych dobrej literatury również nie brakuje, jednak pomna niesmaku, jaki wywołuje w mej córce "różowa tematyka" często - zanim podsunę książkę na nocny stolik Starszej - sama ją czytam. Moje reakcje są różne; od pobłażliwego uśmiechu po niezmącony niczym zachwyt. "Drugie bicie serca" plasuje się bardzo, ale to bardzo blisko zachwytu. 
Cztery osoby, trzy rodziny, dwie tragedie i jedno szczęście. Bliźniaki Leo i Niamh, jak każde rodzeństwo, często kłócą się i rywalizują między sobą. Leo jest tym "lepszym". Lepiej się uczy, mistrzowsko gra w piłkę... jednym słowem wszystko zmienia w złoto. Niamh jest trochę w cieniu brata. Czuje się gorsza i niekochana. Pewnego pięknego dnia na plaży zostaje rzucone wyzwanie: kto pierwszy? Niewinna zabawa prowadzi do ogromnej tragedii... Jonny całe dzieciństwo spędził w szpitalu podłączony do niesamowicie drogiego urządzenia zwanego berlińskim sercem. Nastolatek nie ma hobby, przyjaciół i własnego stylu - to wszystko zabrała mu choroba. Ma jedną przyjaciółkę - Emmy, która walczy z ostrą białaczką szpikową. Losy tej czwórki w niesamowity sposób splatają się ze sobą niosąc żal, szczęście, frustrację i miłość.  
Powieść porusza i - co chyba najważniejsze - oswaja trudny temat, jakim jest oddanie  organów osoby zmarłej do przeszczepu. To zagadnienie, które każdemu wydaje się odległe i takie mistyczne. Każdy mówi sobie: przecież mnie to nie dotyczy! Ale to tylko pozory. Też tak myślałam do czasu, gdy jedna z bardzo bliskich mi osób zachorowała i potrzebny był przeszczep nerki. I co? Nagle temat przestał być odległy. Stał się palący, zaprzątał, każdą komórkę w głowach najbliższych. W takiej chwili nie ma czasu na rozmyślania natury etycznej. Pragniesz tej nerki i czekasz.... 
Tamsyn Murray daje spokój rozważaniom etycznym. Skupia się raczej na odczuciach najbliższych osób "wmieszanych" w proceder transplantacji. Pokazuje, jak wiele można zrobić nawet po śmierci, jak wiele istnień możemy uratować dzięki jednej karteczce w portfelu. Oczywiście z całą mocą ukazuje rozpacz rodziny po śmierci najbliższej osoby, jednak nie rozwodzi się nad tym tematem. W powieści daje 3-4 strony na rozpamiętywanie zagadnienia i to nie pod kątem rozważań, czy to etyczne, ale pod kątem poglądów dawcy na tę sprawę. Decyzja zostaje podjęta bez zbędnych rozważań. Natomiast to, co następuje potem, jest naprawdę rewelacyjne. Serce młodego dawcy nadal bije i wpływa na uczucia i losy najbliższych osób.
Niejako z boku powieść ukazuje również trudy poradzenia sobie ze stratą najbliższej osoby. Obserwujemy jak rodzina pogrąża się w rozpaczy, jak ranią siebie nawzajem. I nagle drobne zdarzenie doprowadza do przełomu. Wszyscy zdają sobie sprawę, że zamknęli się w skorupach i tylko wysuwali gniewne spojrzenia. Zrozumieli, że konieczne jest wspieranie się nawzajem i  - co najważniejsze - szczerość wobec siebie. 
Piękna książka, oswajająca trudne tematy i pokazująca, że to co wydaje się nam odległe może nas dosięgnąć. Może nie jutro, nie pojutrze, ale w niedalekiej przyszłości...  Zdrowia wszystkim życzę!