poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Urodzić dziecko

"Urodzić dziecko" to książka z tych, które się albo kocha, albo nienawidzi. Uderza w emocje czytelnika od samego początku i to niekoniecznie pozytywnie. Kiedy zaczęłam czytać, oczy przecierałam ze zdumienia. Składnia i gramatyka jest tak drażniąca ucho i oko, że aż trudno przebrnąć przez pierwsze akapity. Na szczęście tylko przez pierwsze. Kiedy już przywykłam do specyficznego języka, popłynęłam wraz z bohaterami powieści do ich świata i szybko zrozumiałam walory i zalety takiego ujęcia tematu.
Mai jest dwudziestoletnią Szwedką żyjącą w latach trzydziestych XX wieku. Kiedy ją poznajemy dziewczyna jest na rozdrożu. Mieszka w wynajętym pokoju, pracuje w cukierni i wydaje się, że jest jako tako szczęśliwa. Nie jest to szczyt jej marzeń, ale cieszy się, że wyrwała się z domu rodzinnego i rozpoczęła samodzielne, dorosłe życie. Radzi sobie, choć nie jest cukierkowo. Jej chłopak Erik porzucił ją, a Maj nie może poradzić sobie z samotnością. Wszystko się zmienia, kiedy podczas niedzielnej wycieczki poznaje Tomasa. Ten dużo starszy od niej mężczyzna jest nią naprawdę zauroczony. Mai też imponuje - zwłaszcza ustabilizowaną pozycją społeczną i tym, co może jej zaoferować. Kiedy okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży, podejmuje życiową decyzję. Pomimo tęsknoty za Erikiem, jaka rozdziera jej serce, postanawia wyjść za Tomasa. I tak jej życie, dzień po dniu, ulega całkowitej metamorfozie...
"Urodzić dziecko" to jeden rok z życia Mai. Jeden rok to tak mało, a jednocześnie tak dużo... Poznajemy rodzinę Tomasa, towarzyszymy Mai w Jej przygotowaniach do Świąt, uczestniczymy w porodzie i w pierwszych matczynych rozterkach. Dzielimy z Nią obawy o męża kiedy zbliża się wybuch wojny, kibicujemy Tomasowi podczas walki o samego siebie. Nic czytelnika nie ominie. Każde zdarzenie jest opisane z pieczołowitością średniowiecznego kronikarza. Niesamowite.   
Teraz najważniejsze. Ta powieść jest zupełnie inna niż wszystkie, a to za sprawą bardzo specyficznej, wręcz niepoprawnej gramatycznie składni zdania. Bardzo dużo tu przecinków, przez co zdania wydają się niesamowicie długie. W środek zdania potrafi zostać wtrącone kilka słów, które diametralnie zmieniają postrzeganie rzeczywistości. Nie należy się tym jednak zrażać. Po przebrnięciu przez pierwsze kilka akapitów, czytelnik przyzwyczaja się do specyficznego tempa i dalej jest tylko lepiej. Początkowo nie rozumiałam celu, jaki kierował Panią Sandberg, kiedy pisała w ten arcytrudny sposób. Ale bardzo szybko przekonałam się, że taki sposób pisania - ni to słowotok, ni to pamiętnik - pozwala zajrzeć bohaterom do przysłowiowego garnka. Możemy bardzo, bardzo dokładnie poznać świąteczne zwyczaje Szwedów, rozterki Mai związane z bożonarodzeniowymi przyjęciami, czy też towarzyszące jej przy dobieraniu garderoby. Idziemy z nią ramię w ramię na salę porodową, płaczemy z bezradności, kiedy nie może uspokoić dziecka i złościmy się na Thomasa, kiedy nie sprosta naszym oczekiwaniom. Razem martwimy się, czy mieszkanie jest wystarczająco posprzątane na przyjęcie gości i czy szczupak jest wystarczająco miękki, aby sprostać gustom wymagającej teściowej. I najważniejsze - razem z Mai tęsknimy za Erikiem, rodzicami i życiem którego z racji zbyt wczesnego macierzyństwa nie było jej dane zasmakować. 
Ta książka jest jak cieniutki papier na życiu naszej bohaterki. Nałożony starannie pozwala nam wręcz z pedantyczną dokładnością obserwować jej poczynania, ale jednocześnie pozostawia filtr, daje czytelnikowi poczucie bezpiecznej izolacji. Mimo tej przenikliwej obserwacji stoimy jednak z boku. Nigdy, przenigdy nie czytałam takiej książki i przyznam, że jestem oczarowana. 
Nazwanie powieści "Urodzić dziecko" hołdem złożonym każdej kobiecie to trochę przesada. Nie ulega jednak wątpliwości, że powieść jest nietuzinkowa i niełatwo przejść po jej lekturze do porządku dziennego. Ta przenikliwa samotność głównej bohaterki, jej nieporadność i obawa przed brakiem akceptacji powoduje, że z całego serca kibicujemy Mai w jej życiu, dzień po dniu. Płaczemy razem z nią, śmiejemy się razem z nią... żyjemy razem z nią. Po prostu. 
Powieść jest warta polecenia. Jednak jeżeli nie macie czasu na delektowanie się słowem pisanym to poczekajcie z jej lekturą. Dopiero, kiedy najdzie Was ochota na smakowanie powieści, na wolne przewracanie stron i na sporą dawkę emocji - wówczas sięgnijcie, a nie
pożałujecie.

środa, 19 kwietnia 2017

Bractwo śmierci

Lubię kryminały, nawet bardzo. Lubię zadawać sobie pytanie: "Kto zabił?", lubię czuć dreszczyk emocji kiedy zbliżam się do rozwiązania zagadki i lubię czuć dumę z tego, że odkryłam sprawcę, zanim jeszcze autor pokazał czytelnikowi, kto jest winny. "Bractwo śmierci" to taki właśnie klasyczny kryminał, choć od mojego ideału kryminalnego arcydzieła w niektórych aspektach odbiega.  
Denis Mira jest trochę oderwanym od rzeczywistości przesympatycznym profesorem, budzącym sympatię i ciepłe uczucia każdego, kto miał przyjemność go poznać. Kiedy jednak dowiaduje się, że jego kuzyn senator Edward Mira próbuje, w tajemnicy przed nim, sprzedać dom, który wspólnie odziedziczyli po dziadkach, postanawia wyjaśnić sobie z kuzynem co nieco. Zgodnie z ustaleniami nieruchomość miała pozostać w rodzinie, a tu taki cios. Wchodząc do domu, słyszy głosy kuzyna i pośrednika nieruchomości... chyba. Jego oczom ukazuje się fotel, w którym siedzi pobity Edward Mira. Nagle Denis traci przytomność, a kiedy ją odzyskuje, w pokoju  nie ma śladu ani po pobiciu ani po kuzynie. Żona Denisa prosi o pomoc w dochodzeniu swoją przyjaciółkę Eve. I tak poznajemy główną bohaterkę - policjantkę, która wraz z partnerką Peabody próbuje wyjaśnić tajemnicę zniknięcia senatora. I - jak to w kryminale bywa - po nitce do kłębka, odkrywany straszne bractwo założone po to, aby co roku w dość koszmarny sposób fetować sukcesy z młodości. Ofiary bractwa próbują się mścić, a naszej policjantce nie pozostaje nic innego jak szukać sprawców morderstw i podejmować próby wyprzedzenia myśli i działań morderców. 
Książka jest czterdziestym drugim (!!!) tomem cyklu opowiadającego o losach policjantki Eve Dallas. Ja zetknęłam się z nią po raz pierwszy i kilka rzeczy mnie niepomiernie zdziwiło. Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, dzięki czemu policjantka może korzystać z dość rewolucyjnych metod śledczych. Długo nie mogłam zrozumieć specyficznych opisów i kwestii,  które stały się dla mnie jasne w momencie, gdy doszłam do tego, że rzecz dzieje się w przyszłości. Drugim minusem powieści jest to, że w kilku miejscach nawiązuje do treści poprzednich tomów cyklu. Na szczęście jest to na tyle subtelne, że nie bardzo przeszkadza w śledzeniu przebiegu akcji. Właściwie to jedyne felery powieści. Pomijając je, należy wyraźnie podkreślić, że "Bractwo śmierci" to kawał dobrej, misternie przemyślanej sensacji. Akcja toczy się wartko, a pomysł na zakończenie zaskakuje. Szkoda, że tak szybko dowiadujemy się, kto stoi za serią morderstw. Nie można tu zbyt długo zadawać sobie pytania "Kto zabił?". Można natomiast śledzić ze sporymi wypiekami wyścig Eve ze złoczyńcami. Policjantka depcze im po piętach, a Oni co rusz wymykają się i działają dalej. 
Nie ulega wątpliwości, że obserwowanie poczynań naszej policjantki i kibicowanie jej próbom wyprzedzenia kolejnych ruchów przestępcy daje sporo literackiej frajdy. Dlatego, jeżeli dysponujecie chwilka wolnego czasu - polecam. 

piątek, 14 kwietnia 2017

Kumplobook

Macie przyjaciela? Ale takiego prawdziwego, z krwi kości, co to trochę podokucza, trochę pogada, czasem irytuje, ale zawsze jest obok. Na dobre i na złe. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach to rzadkość. Wydaje się, że w dobie fejsa, komórek, Internetu i innych społecznościowych cudeniek, pojęcie prawdziwego kumpla gdzieś zginęło. Otóż nie. Mój syn ma kumpla. Przyjaciela - takiego prawdziwego. Chodzą razem na plac zabaw, jeżdżą na rowerze, kłócą się, łażą po drzewach... Dla nich książka, która ostatnio wpadła w moje ręce pt. "Kumplobook dogrywka" jest świetną pozycją. Przecież książka (nawet taka z zagadkami i łamigłówkami) jest "intelektualnie pochłaniana" raczej w samotności. Trudno wspólnie rozwiązywać krzyżówkę czy przechodzić labirynt. "Kumplobook" jest taką książką, która wręcz wymaga obecności duetu. Oczywiście bez kolegi czy rodzeństwa też można, ale śmiechu jest dużo mniej. Co więcej - niektóre zadania wymagają rywalizacji, a o to bez drugiego osobnika dość trudno...
Książka zaczyna się od przypomnienia, kto to jest przyjaciel. Cytat Arystotelesa "Przyjaciele jedna dusza w dwóch ciałach" jest dość wzniosły, za to jaki prawdziwy! Powaga ta na szczęście jest przełamana zabawnymi rysunkami, których w książce jest mnóstwo. Autor postawił na komiksowy i dość śmieszny charakter ilustracji, co nawet przy arystotelesowskich cytatach, wywołuje uśmiech na twarzy. Kumple towarzyszący przez poszczególne strony z zadaniami są śmieszni i wyluzowani. Czapka przekręcona daszkiem do tyłu, ręce w kieszeniach, nogi w trampkach na stole... Przekaz jest wyraźny - chcesz być cool, rozwiąż zadanie! Autor rysunków Krzysztof Kiełbasiński zastosował ciekawe rozwiązanie. Im więcej pracy do wykonania w poszczególnych zadaniach tym grafika jest prostsza. Twarz, ręka, pojedyncza postać - nic, co zabierałoby uwagę od wymyślania sposobu rozwiązania zadania. Natomiast na stronach, gdzie myślenie (a raczej kombinowanie) nie odgrywa aż takiej roli, roi się od szczegółów i drobiazgów. Pozwala to na skupieniu się na tym, co ważne, na osiągnięciu celu. 
Śmiech moich pociech wywołała również instrukcja obsługi książki. Moje dzieci nie są uzależnione od telefonów (może trochę Starsza, ale Młodszy nawet nie ładuje swojej komórki), ale nawet Oni na tekst "Wyobraź sobie, że przez godzinę nie masz komórki" zrobili wielkie oczy. Dalsza część instrukcji tłumaczy, że do zabawy Kumplobookiem nie potrzebny jest Internet czy fejs, za to niezbędny jest kupel z krwi i kości. Dlaczego? Otóż książeczka zawiera zadania gry i łamigłówki dla dwóch osób. Tam gdzie zabawa polega na rywalizacji, identyczne zadania umieszczone są na dwóch sąsiadujących stronach. Tam gdzie potrzebna jest współpraca, zadanie jest jedno, za to zajmuje dwie strony, co pozwala na rozwinięcie twórczych skrzydeł. Natomiast do gry (np. w statki) mamy na ostatniej stronie tekturowy murek, który pozwoli skutecznie oddzielić się od kumplo - przeciwnika. 
Propozycji w książce jest wiele. Poczynając od znanych wszystkim gier w statki, państwa - miasta czy kółko i krzyżyk, poprzez rebusy, wykreślanki, labirynty i uzupełnianki, na kreatywnych zabawach kończąc. Uczestniczyliście kiedyś w wymyślaniu rymowanki na śniadanie? Albo wspólnym rysowaniu mapy okolicy z zaznaczeniem najważniejszych miejsc? Albo w wymyślaniu własnego gwiazdozbioru? To wszystko - i wiele innych zabaw - znajdziemy w Kumplobooku. 
Dodać koniecznie należy, że wszystkie zadania są wspaniale okraszone rysunkami i grafikami. Często nie są one związane z treścią zadania, ale wprowadzają frywolny klimat, który uprzyjemnia pracę. Przecież krzyżówka wbudowana w ananasa jest lepsza niż zwykła krzyżówka, a gra w statki jest dużo przyjemniejsza, w towarzystwie pirata, niż na zwykłej kartce w kratkę. Wszystko jest takie komiksowe i lekko śmieszne - idealne dla młodego odbiorcy. 
Kumplobook to prawdziwa kopalnia pomysłów na deszczowy dzień. Można siedzieć i na kanapie i do upadłego przewracać strony w poszukiwaniu co ciekawszych łamigłówek. 
Bardzo żałuję, że w moje ręce nie wpadł pierwszy tom pt. "Kumplobook". Nic straconego - na pewno nadrobię. 



czwartek, 13 kwietnia 2017

W ciemnym mrocznym lesie

O rany julek, kurczaki pieczone, motyla noga i co tam komu jeszcze przyjdzie do głowy! Co za książka! Siedziałam i gryzłam paznokcie podczas lektury, a wieczorami odkładałam książkę i w całym domu zaciągałam żaluzję, bo jakoś tak nieswojo mi się robiło. No, warto przeczytać, naprawdę warto. Chyba, że nie lubicie mrocznych thrillerów, gęstej atmosfery i niezapowiedzianych zwrotów akcji...
Zaczyna się niemrawo. Przyznam się nawet, że początek mnie trochę zmierził. No bo jak to? Miał być lekki horrorek, a tu samotna dwudziestosześciolatka dostaje zaproszenie na wieczór panieński od koleżanki z dawnych lat. Wspominki i odczucia głównej bohaterki raczej pachniały obyczajówką niż mocną sensacją. Na szczęście krótko. Już po kilkunastu stronach wiedziałam, że się nie rozczaruję. 
Wieczór panieński odbywał się w domu ciotki na odludziu. Sześć osób. Każda inna, każda dziwna, każda kryjąca mroczne tajemnice. Wszystkie, pozornie lekkie zabawy towarzyszące imprezie, w tym przypadku mają złowieszczy klimat. Ciągłe aluzje do zdarzeń z przeszłości, niespodziewane przykrości i nieskończona walka z nieprzyjemną atmosferą panującą pomiędzy uczestnikami wieczoru panieńskiego powodują, że czytelnik czeka aż wszystko pęknie. I rzeczywiście - pęka w najmniej spodziewanym momencie i w najmniej spodziewany sposób. Każdy się spodziewa, że stanie się coś złego, ale że aż tak? I że ofiarą będzie... ? Od momentu morderstwa wszystko przewraca się do góry nogami. Każdy podejrzewa każdego, a możliwe rozwiązania zagadki morderstwa budzą grozę. Nora niewiele pamięta z tego co się wydarzyło i przez to sama trafia do kręgu osób podejrzanych o popełnienie przestępstwa. Musi walczyć z ułomnością własnej pamięci, aby obronić się przed zarzutami i przypomnieć sobie, co się właściwie stało. Kiedy udaje jej się to, ogarnia ją przerażenie...
Świetna książka. Nastrój, jaki panuje podczas wydarzeń powodował, że ciarki szły mi po plecach jak nigdy. Rzadko kiedy autorowi powieści udaje się wprowadzić czytelnika w stan strachu i grozy. Prędzej zdarza się to podczas prelekcji filmu, ale to przecież zrozumiałe. W filmie mamy muzykę, obraz i wiele innych instrumentów wspomagających nastrój. W książce mamy tylko literki i wyobraźnię. Jak wielkim wirtuozem pióra trzeba być, aby zbudować taki nastrój, że czytelnik boi się otworzyć wieczorem szafę... Rewelacja. 
Świetny jest również pomysł na fabułę. To własnie tu jest cały smaczek. Podczas pierwszej części książki czekamy na rozwój wydarzeń i właściwie nie wiemy, do czego to wszystko zmierza. Kulminacyjny moment przewraca cały misternie utkany obraz do góry nogami i ponownie czytelnik musi sobie wszystko w głowie poukładać. Tyle tylko, że to, co było białe, to teraz jest czarne, a czarne mieni się kolorami tęczy. Rewelacja. 

5 złotych

5 złotych...to dużo czy mało? Można kupić za to bardzo dużo rzeczy, ale czy to znaczy, że to dużo? Dla jednego 5 złotych to tyle co nic, dla drugiego to całkiem sporo (zwłaszcza dla dzieci). Książeczka pt. "5 złotych" jest dobrą pomocą dla rodzica, który próbuje wytłumaczyć swojej pociesze wartość pieniądza. 
"5 złotych" jest książką dość specyficzną, bo obrazkową. "Czytelnik" nie znajdzie tu ani jednej literki. Znajdzie natomiast historyjkę o małym chłopcu, który pewnego dnia znajduje monetę. Szczęśliwy rusza z nią do miasta na spacer, podczas którego sprawdza, co może za nią kupić. Zagląda do sklepu z butami, z komputerami, do optyka... ciekawość budzi w nim nawet sklep z biżuterią. 5 złotych to tak dużo, a zarazem tak mało... W końcu malec kupuje sobie lizaka i jest najszczęśliwszym chłopcem na świecie. Tyle treści. Niewiele, choć wszystko zależy od kreatywności rodzica i małego czytelnika. Można przecież bawić się tą książeczką na rożne sposoby. Można wymyślać rzeczy, które w danych sklepach są dostępne za pięć złotych. W sklepie z butami za 5 złotych nie kupimy butów, ale już sznurówki jak najbardziej. U okulisty okulary raczej nie będą dla nas dostępne, ale chusteczki do szkieł już tak. Mój synek spędził
w ten sposób sporo czasu dorabiając do każdego sklepu kosz produktów, które kupiłby za pięć złotych. Inna zabawa (tym razem pomysłu Młodszego) - szukanie na poszczególnych ilustracjach powtarzających się szczegółów. Notesik z obrazkiem, piesek, śpiący tata - to elementy, które spotykamy na stronach książki po kilka razy, co daje małemu, bystremu obserwatorowi sporo radości. Zresztą wszystkie ilustracje budzą zachwyt i ciekawość. Są naprawdę świetne. Z każdej z nich wyziera świat widziany oczami dziecka. Dorośli bez twarzy tworzą jedynie tło dla celu, który maluch chce osiągnąć. Tak właśnie czytelnik postrzega przedstawioną historyjkę: to opowieść małego chłopca o tym, jak trudny jest świat dookoła nas i jak wiele taki brzdąc musi się nauczyć, aby móc w nim swobodnie funkcjonować. Otoczony dorosłymi próbuje sam zrozumieć o co chodzi w tym skomplikowanym dorosłym świecie. Bardzo spodobało mi się zakończenie. Chłopiec kupuje lizaka i widać, że jest to dla niego wielki sukces. Poradził sobie sam i bez pomocy dorosłych znalazł rzecz którą kupił za 5 złotych. Rewelacja.
Książka - pomimo braku słów - wcale nie została potraktowana po macoszemu. Jest bardzo ładnie wydana. Twarda oprawa i pastelowe kolory powodują, że czytelnik może przeglądać ją bez końca. Zresztą Wydawnictwo Dwie Siostry słynie z ładnych książek. Wystarczy przypomnieć sławetną serię "Mistrzowie ilustracji". Książki wydawane w jej ramach są rewelacyjne, a posiadanie ich na dziecięcej półce napawa mnie dumą.
Autorami tej książki są ilustratorzy pochodzenia koreańskiego Jae-hyuk Cha i Eun-young Choi. Nie podejmuję się poprawnie przeczytać tych imion i nazwisk, ale to nie szkodzi. Książeczka jest obrazkowa, a to niewątpliwie język ponad podziałami i nie ma tu znaczenia kraj, z którego pochodzą autorzy. 
Bardzo sympatyczna i ciepła książeczka. Wprawdzie jej lektura nie jest zbyt pasjonująca, ale przecież nie zawsze chodzi o burzliwe przygody. Niewątpliwie każdy mały czytelnik lubi jak coś się dzieje. Łapanie złodziei, podróż przez morze czy szukanie skarbów jest niewątpliwe pasjonujące, ale warto czasem przycupnąć i zastanowić się, czy nie warto z naszym brzdącem trochę zwolnić. „5 złotych” daje możliwość wspólnego opowiadania, analizowania, wymyślania zdarzeń i, co najważniejsze, wspólnego spędzenia wolnego czasu. 

piątek, 31 marca 2017

Latarnia umarłych.

Jestem Szczecinianką. Jestem z tego dumna, choć wiem, że wiele osób uważa moje miasto za "wioskę z tramwajami". Nie zgadzam się z tym, choć rzeczywiście, Szczecin leży na uboczu Polski i jest taki trochę zapomniany. Do dworca "Szczecin Główny" można dojechać pociągiem, a dalej już tylko do Świnoujścia. Wielu Polaków myśli, że Szczecin leży nad morzem, a przecież mamy do Bałtyku równiutko 100 km. Tyle co do wiedzy moich rodaków na temat Szczecina. Nie zmienia to jednak faktu, że moje miasto kocham. Mamy przepiękną filharmonię, fenomenalne Jasne Błonia, które na wiosnę zmieniają się w krokusowe łąki i dumne Wały Chrobrego witające podróżnych. Dlaczego to piszę? Ponieważ dla mnie "Latarnia umarłych" to nie tylko świetna sensacja. To również książka właśnie o moim mieście. Nie ma tego tyle ile w pierwszej książce Leszka Hermana pt. "Sedinum", ale wstawki o Szczecinie są, i to mocne. 
Bohaterzy, których poznaliśmy w "Sedinum" powracają do czytelników trzymając poziom. do którego przyzwyczailiśmy się w pierwszej części. Dziennikarka Paulina pewnego dnia otrzymuje telefon od Pana Wyrzykowskiego - schorowanego staruszka, który twierdzi, że jest w posiadaniu tajnych materiałów. Co więcej - w jego piwnicy znajdują się szczątki żołnierza z czasów drugiej wojny światowej, a sama piwnica kryje tajemnicę. Architekt Igor użera się z nadopiekuńczą mamusią i rozbudową restauracji na warszawskim rynku. Okazuje się, że w trakcie rozbudowy odkryto zabytkową ścianę... czy na pewno zabytkową? Napis na cegle wskazuje, że jest to cegła rozbiórkowa przywieziona do Warszawy z ruin szczecińskiej fabryki. W Szczecinie rozbierano żeby w Warszawie odbudować... niezbadane są dzieje historii. :-) Trzeci bohater to brytyjski arystokrata Johan podróżujący z przyjaciółmi luksusowym jachtem. W trakcie wyprawy młodzi ludzie nurkują w Bałtyku, penetrując wraki starych okrętów i statków. Co połączy te trzy osoby i jakie rozwiązanie zagadki szykuje nam autor ? Zapraszam do lektury.
Powieść czyta się wartko. Wprawdzie autor w najmniej spodziewanym momencie przeskakuje między wątkami, budząc dość często w głowie czytelnika popłoch, ale z drugiej strony, dzięki temu akcja toczy się szybko i w bardzo ciekawy sposób zazębia. Niemniej jednak na początku powieści panuje wrażenie chaosu i takiego gwałtownego urywania wątków. Warto jednak przeczekać po to, aby w pełni delektować się zagadkami, szyframi, tajemnicami zabytkowych kościołów i wieloma innymi atrakcjami. Szkoda że mnogość wątków zaczyna układać się w całość tak w połowie powieści. Poszczególne elementy wskakują na swoje miejsca, a z pozornie niezwiązanych ze sobą wątków wyłania się  zupełnie zaskakujący i fantastyczny obraz. 
Bardzo ciekawe są wątki historyczne, które autor przedstawia w taki sposób, że czytelnik sam jest ciekaw, co jest prawdą a co faktami stworzonymi na potrzeby powieści. Sama z ciekawością sięgnęłam do internetu aby przeczytać o katastrofie chińskiego Statku Fu Shan Hai. Nasi bohaterowie nurkują do tego wraku i przyznam, że opisy (zarówno tej wyprawy jak i wielu innych opisanych w Latarni Umarłych) zrobiły na mnie naprawdę spore wrażenie. Dno Bałtyku - tak zimne i nieprzyjazne - naprawdę mnie zafascynowało. Jeżeli do tego dodamy opisy uroczego Bornholmu w połączeniu z mrocznymi kartami historii, które były udziałem mieszkańców tych terenów - otrzymujemy iście mistrzowską powieść sensacyjna, okraszoną wątkami historycznymi. Dla mnie - rewelacja. 
Trzeba podkreślić że "Latarnia umarłych" to nie tylko zagadki szyfry i beztroskie nurkowanie. Autor porusza bardzo trudny temat zbrodni wojennych i to nie tylko popełnianych przez Niemców. Zbrodnie wojenne były również popełniane na narodzie niemieckim i bez znaczenia było, czy to mężczyzna, kobieta, czy dziecko. Pamiętać należy, że przecież Szczecin (i okolice) podczas II wojny Światowej był przecież niemiecki... Kiedy Sowieci wyzwalali te tereny były one dla nich terenami wroga. Z powieści wyraźnie wyłania się przesłanie - zróbmy wszystko, aby wydarzenia, które doprowadziły do tragedii ludobójstwa nigdy się nie powtórzyły. Zgwałcenie ośmioletniej dziewczynki a następnie jej zamordowanie i wyrzucenie jej zwłok na śmietnik jest przerażające. Dlatego trzeba pamiętać. 
Świetna powieść. Trzymająca w napięciu, wielowątkowa i o moich stronach. To, że "Paprykarz szczeciński" i paszteciki są specjałami charakterystycznymi dla Szczecina, to każdy wie. (dodam, że paszteciki można zjeść tylko u nas - nigdzie indziej) Ale ilu z Was wie, że shot o nazwie "Wściekły pies" powstał w jednej z rodzimych knajpek? Zapewne niewielu. A szkoda... Pan Leszek Herman przybliża czytelnikowi Szczecin, czy też Darłowo właśnie takimi ciekawostkami. Dają one specyficzny nastrój i taki smaczek nadmorskich terenów, który jest nie do powtórzenia nigdzie indziej.    
I ten tajemniczy tytuł... :-) 

wtorek, 28 marca 2017

Pamiętnik nastolatki

Mam córkę, na potrzeby recenzenta zwaną Starszą. Zwykła dziewczynka z dwoma warkoczykami, podkochująca się w chłopakach. Ma przyjaciółki, uwielbia słuchać muzyki, jest grzeczna, nie przeklina...  To tak jak Natka. Natka jest bohaterką "Pamiętnika nastolatki" i powiem Wam, że to jest główny atut tej książki - Natka. Zwykła dziewczynka, może trochę za poważna jak na swój wiek i trochę zamknięta w sobie, ale - co najważniejsze - nie ma w niej nic przerysowanego. Ot dziewczynka jakich wiele. 
"Pamiętnik nastolatki" to jeden rok szkolny z życia Natalki i jej przyjaciół. Uczennica gimnazjum posiada brata, siostrę i dwójkę rodziców. Szczęśliwa rodzinka. Do kompletu Natalka posiada przyjaciół oraz - jak na nastolatkę przystało - chłopaka (można powiedzieć, że nawet dwóch :-)) Natalia ma tysiąc pomysłów na minutę, co nie zawsze idzie w parze z ich realizacją. Jak każda nastolatka przeżywa wiele rozterek związanych z codziennym życiem. Nie lubi nadopiekuńczości swojej mamy, kłóci się z rodzeństwem i uwielbia swojego tatę. Poza tym jej życie płynie tak jak na nastolatkę przystało. "Pamiętnik nastolatki" pozwala czytelnikowi płynąć przez poszczególne dni z życia dziewczynki bardzo sprawnie i lekko. Język autorki jest wyjątkowo przyjazny dla czytelnika. Do tego dochodzą rysunki i grafiki, które bardzo uprzyjemniają lekturę. 
Urzekło mnie ciepło i prostota z jakimi autorka podeszła do kreślenia głównych bohaterów. Oczywiście nikt nie jest ideałem i każdy ma jakieś wady, ale postacie z "Pamiętnika nastolatki" mają raczej więcej zalet niż wad. Najbardziej urzekł mnie ojciec Natalki, który ponad wszystko stawiał obie sprawy swoich pociech. Nie przywiązywał nadmiernej wagi do rzeczy, które w oczach nastolatków są po prostu nieważne - nie karci za złe oceny i nie każe za naganne zachowanie. Za to próbuje zrozumieć i znaleźć wyjście z każdej sytuacji. No po prostu ideał!
Pomimo tego że na pierwszy rzut oka powieść wydaje się banalna to zapewniam Was, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Oczywiście nastolatki pochłoną ją z wypiekami na policzkach odnajdując w poszczególnych bohaterach siebie lub kogoś z najbliższego otoczenia. Natalka ma przyjaciółkę Olę, której postawa mnie osobiście dość drażniła. Z zapłakanej nieszczęśliwej pannicy w chwilę potrafiła przeistoczyć się w rozszczebiotaną panienkę. No nie do przyjęcia po prostu. Moja córka od razu przykleiła jej łatkę swojej koleżanki z klasy i co rusz z jej pokoju słyszałam komentarz: "No właśnie! Mama czytałaś? To tak jak u nas!" Świetna życiowa lektura pokazująca małolatom, że nie są osamotnieni w swoich problemach.  
"Pamiętnik nastolatki" to również dobra lektura dla dorosłych. Oczywiście, że nie ma tu wartości rodem z Prousta, ale jeżeli macie ochotę zobaczyć świat oczami waszych dzieci - zapraszam. Książka w swojej treści przemyca wiele uniwersalnych prawd o tym, że przyjaźń jest najważniejsza i nie można nikogo pozostawiać bez pomocy. Uczy że ważna jest lojalność, ale nie ślepa. Pokazuje, że nikt nie chce być sam i każdy zasługuje na odrobinę uczucia. A przecież nie ulega wątpliwości, że te prawdy warto przemycać do głów naszych pociech zwłaszcza, gdy można to uczynić poprzez naprawdę sympatyczną, miejscami śmieszną, miejscami wzruszającą powieść. A taki jest właśnie "Pamiętnik nastolatki". 

środa, 22 marca 2017

Mogło być inaczej

Hmmm... nie wiem co mam napisać. Jestem pełna sprzecznych opinii i uczuć, więc pewnie ta recenzja też będzie trochę poszarpana. Jak moje odczucia. Z jednej strony książka potrzebna "ku przestrodze" wszystkim tym, którzy przechodzą nad problemami nastolatków do porządku dziennego stwierdzając "jakoś to będzie". Z drugiej strony dawno nie czytałam tak smutnej książki. Brak konsekwencji w działaniach rodziców bił po oczach na każdej stronie powieści, co niewątpliwie nie pozostało bez wpływu na charakter i losy bohaterki książki. Czytałam i wściekałam się i myślałam sobie, że ja postąpiłabym na pewno inaczej. Czy aby na pewno? Kiedy skończyłam lekturę, już nie byłam taka pewna siebie i swoich ewentualnych poczynań. Jedyne co przychodziło mi do głowy to dziękowanie komuś, tam na górze za to, że Starsza i Młodszy to poukładane dzieciaki.  
Już na samym początku wiadomo o co chodzi. Pewnego dnia rankiem zaniepokojony John stwierdza, że sypialnia jego córki jest pusta. Tknięty złym przeczuciem rozpoczyna poszukiwania. Dość szybko dowiaduje się, że młoda dziewczyna odpowiadająca rysopisowi Casey z samego rana skoczyła z mostu Golden Gate zwanego też mostem samobójców. Co popchnęło młodą dziewczynę do tak drastycznego kroku? Aby się tego dowiedzieć, musimy cofnąć się w czasie...
W 1991 r. John i Erika Brooks adoptowali w Polsce czternastomiesięczną dziewczynkę. Nie mogąc mieć własnych dzieci byli w tej chwili najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Szczęście to jednak nie trwało długo. Dziewczynka z biegiem lat stawała się coraz bardziej zamknięta, a do tego pojawiły się objawy poważnych zaburzeń emocjonalnych. Duże wyzwanie dla rodziców, nie ma co! Każdy rodzic, który zmaga się z problemem zbuntowanej nastolatki nie ma łatwo. Próbuje w różny sposób pomóc sobie i dziecku, szuka pomocy wszędzie gdzie tylko się da. Otóż John i Erica coś przegapili. Pomimo ciągłego zmieniania terapeuty, pomimo stosowanych kar i ograniczeń, Casey coraz bardziej oddalała się od nich. Inną sprawą jest to, że - moim zdaniem - byli w stosunku do niej za bardzo pobłażliwi. Właściwie wchodziła im na głowy. Owszem stwarzali pozory surowych rodziców, ale konsekwencją w swoich działaniach - delikatnie rzecz ujmując - nie grzeszyli.
Książkę przeczytałam jednym tchem. Smutna, zwłaszcza dlatego, że od początku wiadomo, że się źle skończy. Taka równia pochyła, po której puszczamy piłeczkę i możemy obserwować jak spada. Nie uratujemy jej przed upadkiem. Nic nie możemy zrobić, pozostaje tylko czekać na upadek. Niestety ojciec dziewczyny przegapił sygnały, które wskazywały że Casey cierpi na syndrom zaburzenia więzi. Kilka razy ten termin docierał do jego uszu, jednak nie zwrócił na niego większej uwagi. Dopiero po śmierci Casey, kiedy przyszedł czas na rozpacz i analizę, krok po kroku, tego co zrobił (i czego nie zrobił) doszedł do wniosku, że jednak mógł pomóc. Spora część książki poświęcona jest  opisowi objawów i skutków syndromu zaburzenia więzi. Im więcej John czytał na ten temat tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jednak mógł pomóc.
Moim zdaniem John pomógł. Może nie swojej córce, ale na pewno wielu rodzicom, którzy dzięki tej książce będą mogli pomóc swoim dzieciom. Zagubionym i zdesperowanym małolatom, którzy czują się tak samotni, że pozbawiają się największego daru, jakim jest życie. 

środa, 15 marca 2017

Niewidzialne życie Iwana Isajenki

Wiosna idzie, więc to może magia przyrody i tego że wszystko się odradza. Albo gwiazd na niebie, albo dobrych prądów, albo nie wiem... może żyła wodna płynie pod domem mym i wpływa na dobór lektury. W każdym razie ostatnio w me dłonie wpadają książki magiczne, inne niż wszystkie, odstające od większości znanej mi literatury. To nie są powieści górnych lotów i do Prousta czy Mana to im daleko, ale mają w sobie iskierkę. Taki promyczek, który powoduje, że siedzą w mojej duszy i wyjść nie mogą. Promyczek to mało powiedziane. "Niewidzialne życie Iwana Isajenki" to bomba słoneczna po prostu. Przyznam się, że takiej powieści dawno nie czytałam.  
"Prywatne życie Iwana Isajenki" to jest po prostu mistrzostwo książki innej niż wszystkie. Może wpływa na to fakt, że powstała ona na podstawie zapisków znalezionych w szpitalu w Mozyrzu na Białorusi. Opowiada o prawdziwych wydarzeniach, których bohaterem jest siedemnastoletni Iwan. Chłopak właściwie całe życie spędził w szpitalu. Jest kaleką bez nóg i z jedną ręką nie w pełni sprawną. Mimo wszystko żyje i stara się brać z życia ile się da. Ma - jak każdy młody chłopak - marzenia i potrzeby. Interesuje się światem zewnętrznym, a do tego jest piekielnie inteligentny. Jego oknem na świat jest pielęgniarka Natalia - jedyna życzliwa mu dusza w całym szpitalu. Iwan cierpi głównie z powodu nudy. Jego życie to pasmo codziennej rutyny przeplatanej figlami i złośliwościami płatanymi personelowi szpitala. Dni upływają jeden za drugim, aż do momentu, kiedy w szpitalu pojawia się chora na raka dziewczynka, o imieniu Polina. Dzięki niej Iwan otwiera się na świat i dociera do niego, że szpital to nie wszystko. Im bardziej Polina żegna się ze światem tym bardziej Iwan ten świat odkrywa. Ten związek jest przepiękny, magiczny wzruszający i jedyny w swoim rodzaju. Polina pokazuje Iwanowi czym są gwiazdy, drzewa i muzyka. Pokazuje, czym jest miłość i radość. Mają różne szalone pomysły, których realizacja ich jednoczy i pozwala rozwijać się kiełkującemu uczuciu. 
Książka oczywiście ma smutne zakończenie. Płakałam jak dzieciak i to kilka razy. Historia nie do opisania. Po prostu trzeba przeczytać. 
Największy szok przeżyłam kiedy na końcu książki przeczytałam notkę o dalszych losach Iwana. Niby wiedziałam, że powieść powstała na podstawie odnalezionych zapisków prowadzonych przez pacjenta, ale ta notka jeszcze bardziej uświadomiła mi, że to wszystko działo się naprawdę. Niesamowita historia. 
Książka powaliła mnie na kolana i do dzisiaj do końca się z nich nie podniosłam. Rewelacyjna. 

wtorek, 14 marca 2017

Maria Skłodowska Curie

No, urzekła mnie ta książka, nie ma co! Nie jestem fanką chemii czy fizyki i do niedawna obojętne mi było życie Marii Skłodowskiej Curie. Oczywiście znałam podstawowe fakty z życia naszej noblistki, ale żebym się nim fascynowała... bez przesady. Z drugiej strony, do niedawna życie królowej Anglii Elżbiety I też było mi obojętne. Zmieniło się to po lekturze "Królewskiej Heretyczki" autorstwa Magdaleny Niedźwiedzkiej. Opasłe tomiszcze pochłonęłam niczym najlepszą muffinkę i żałowałam, że się już skończyło. Kiedy więc Pani Niedźwiedzka popełniła druga książkę własnie o Marii Skłodowskiej Curie wiedziałam już, że niewątpliwe poznam bliżej życie sławnej rodaczki. Przeczucia mnie nie zawiodły ani trochę.
"Maria Skłodowska Curie" to nie jest taka zwykła biografia. Życie Marii Skłodowskiej pokazane jest w bardzo ciekawy sposób. Autorka nie ujmuje go w zwykłe ramy - od narodzin do śmierci. Poznajemy Marię w przełomowym dla jej życia momencie, (dodam, że nie jest to chwila otrzymania nagrody Nobla) a następnie przeskakujemy do dzieciństwa, aby krok po kroku śledzić, w jaki sposób Maria znalazła się w takich opałach. Młodzieńcze lata przeplatane są dalszymi losami noblistki. Nie wiem jak taki zabieg literacki się nazywa, ale niewątpliwe daje to efekt iście mistrzowskiej przekładanki, w której wszystko elegancko się zazębia, aby ukazać nam efekt końcowy w postaci naszej bohaterki. Wyraźnie widać, że hardość w kontaktach z ludźmi wyniosła z domu. Widać też, że z maniakalnym wręcz uporem dąży do celu nawet kosztem własnego zdrowia. Twardy i niezłomny naukowiec, a jednocześnie zagubiona i wrażliwa kobieta. To też jest efekt pewnych zdarzeń z lat młodzieńczych. Jakich? Zapraszam do lektury. 
Dużo tu dialogów i pióro autorki przyjazne, co powoduje, że czyta się jednym tchem. Poznajemy Marię w dość nieprzyjemnym dla niej momencie, kiedy wychodzi na jaw jej romans z żonatym mężczyzną. Co więcej - dowiadujemy się o tym nie od samej Marii, ale z rozmowy zdradzonej żony z matką. Jak w prawdziwym życiu Maria stoi gdzieś z boku - cicha, lekko zahukana, z głową w chmurach. Książka ukazuje nam postać kobiety myślącej tylko o badaniach, o nauce i o wynalazkach. W tych trudnych dla kobiet czasach, kiedy właściwie musiały walczyć o podstawowe prawa, Maria Skłodowska była fenomenem. Uznawana przez większość naukowców, (oczywiście płci męskiej) zachwycała zarówno tęgą głową jak i urodą. A ona sama? Ona żyła jakby w zawieszeniu. Ze swoim ukochanym mężem Piotrem Cuire badała, odkrywała, eksperymentowała... dopiero jego śmierć spowodowała, że zaczęła postrzegać świat realnie. Spragniona miłości i osamotniona wpadła w sidła bawidamka. On ze skandalu wychodzi cało, Maria dostaje ostro po głowie. Nie potrafi obronić się przed wszędobylskimi dziennikarzami. Trudno to opowiedzieć trzeba przeczytać. Koniecznie.
Urzekło mnie zakończenie. Pokazało, że nawet najgorsze burze i wichury przejdą i uspokoją się. Trzeba tylko trwać i ograniczać straty.
Z powieści jawi się obraz Marii taki trochę smutny. Nie miała łatwo w tych jakże trudnych dla kobiet czasach. Jeżeli kobieta miała jakiekolwiek ambicje większe, niż tylko leżeć i pachnieć, wzbudzała niezdrową sensacje i zainteresowanie.
Pani Niedźwiecka ma niesamowitą umiejętność przybliżania czytelnikowi bohaterów nawet wówczas, gdy są oni wielkimi historycznymi postaciami. Czytanie o Albercie Einsteinie jako o zakochanym młodzieńcu, albo o Piotrze Curie... właściwie co krok spotykamy wielkie nazwiska. Dzięki umiejętnościom autorki, postacie kryjące się pod tymi nazwiskami stają się coraz bliższe naszemu sercu, aż w końcu kibicujemy im niczym bohaterom ulubionych kreskówek. 
Powieść czyta się cudownie. Jeżeli ktoś szuka dokumentu i biografii to trafił pod zły adres. Ale jeżeli macie ochotę na powieść o wspaniałej Polce i wielkim naukowcu w jednym, to to jest własnie ta książka. Trochę za dużo w niej romansu, a za mało naukowych sukcesów, ale z drugiej strony już okładka krzyczy do czytelników "Geniusz i siła miłości". Czytelnik wie od samego początku, że naukowych wywodów raczej tu nie znajdzie. Maria Skłodowska wyłania się z kart powieści jako prawdziwa kobieta będąca naukowcem, a nie odwrotnie. I dobrze. Należy jednak podkreślić, że pomimo oparcia fabuły na uczuciowej stronie życia Marii, powieść nie jest jakoś specjalnie egzaltowania. Wszystkiego jest tak do smaku, nie za dużo nie za mało. Co więcej - jest też sporo wesołych momentów zwłaszcza wówczas, gdy na scenie pojawia się Albert Einstein. Ten wielki naukowiec przedstawiony jest jako radosny człowiek z ogromnym dystansem do siebie i otaczającego świata. 
Rewelacyjna powieść. Teraz nie zostało mi nic innego, jak wybrać się do kina na film (z rewelacyjną Karoliną Gruszką w roli głównej), aby przekonać się, że - jak zawsze - książka jest lepsza od filmu. A może tym razem będzie inaczej... zobaczymy. 

poniedziałek, 13 marca 2017

Wybrany

Lubię polską literaturę i to bardzo. Nasz kraj ma tak specyficzne cechy, że nawet nie patrząc na okładkę jestem w stanie powiedzieć, czy to twórczość rodzimego autora, czy też nie.  Specyficzny nastrój i dobór słów powoduje, że czytelnik bez wątpliwości może stwierdzić że książka ta wyszła spod pióra nieszczęśnika zamieszkującego ten specyficzny kraj. "Wybrany" jest własnie taki - na wskroś "polski", zarówno w dobrym jak i złym tego słowa znaczeniu.
Kiedy poznajemy Staszka, jest on chyba w najgorszym punkcie swojego życia. Z dyplomem wyższej uczelni w kieszeni pracuje w hipermarkecie na podłym stanowisku, bez szansy na jakikolwiek rozwój czy też awans. Wraz z nim pracuje grupa ludzi tak samo jak On pogrążona w szarości dnia codziennego. Wszyscy młodzi, wykształceni i bez perspektyw na rozwój i samorealizację. Praca to jedno, życie prywatne to zupełnie co innego. Niestety w tej materii rzeczywistość również nie ma dla Staszka nic ciekawego do zaoferowania. Obskurne mieszkanko, (które dzieli wraz z kolegą będącym świetnym materiałem na alkoholika) i brak pieniędzy, zamienia jego życie prywatne w wegetację i koszmar. Staszek bardzo próbuje wyrwać się z marazmu i biedy, jednak z każdej strony napotyka ścianę. Nie może znaleźć sposobu na zmianę swojego życia ,postanawia więc ...  no właśnie.
Powieść jest świetnie napisana. Autorka bardzo umiejętnie stopniuje napięcie. Zaczynamy od spokojnej, wręcz nudnej egzystencji Staszka, a kończymy z wypiekami na twarzy zastanawiając się, co dalej. Nie można też przejść obojętnie nad problemem, jaki porusza autorka. Taka szara egzystencja, bez perspektyw na zmianę, jest z pewnością udziałem wielu młodych ludzi w naszej wspaniałej ojczyźnie. Ilu z nich - podobnie jak Staszek - posunie się do desperackiego kroku? Ilu z nich po prostu nie zdzierży biedy i wyjedzie za granicę? "Wybrany" pokazuje pewien schemat, który jest udziałem wielu młodych ludzi przyjeżdżających do wielkiego miasta z nadzieją na poprawę swojego małomiasteczkowego życia.
Bardzo poruszyły mnie opisy codziennego życia Staszka i jego znajomych. Nie może kupić sobie puszki coca-coli, bo jeżeli to zrobi, to pewnego dnia zabraknie mu na bułkę i będzie głodował. Z drugiej strony w rodzinnym miasteczku i przed własną matką gra wielkiego karierowicza, któremu świat leży u stóp. Czytałam z zażenowaniem i zastanawiałam się, na ile krzywdę Staszkowi zrobiła jego własna przerośnięta ambicja. To Ona właśnie nie pozwala Staszkowi na zwykłe życie. Kiedy Staszek poszukuje pracy, albo kiedy odwiedza na imprezie znajomych widać wyraźnie, że stawia się w szeregu wyżej od innych. Pogardza osobami, które pracują razem z nim jakby zapominając, że przecież też tam pracuje. Wścieka się kiedy jego współlokator dostaje propozycje pracy ponieważ uważa, że to On zasługuje na lepsze życie - nikt inny. Wyraźnie widać przysłowiowy przerost ambicji nad treścią. 
Urzekła mnie ta książka takim specyficznym polskim smaczkiem. Te bure osiedla, pracownicze ogródki działkowe, sprytny wujaszek będący idealnym przykładem "zaradnego krętaczka - Polaczka", nadopiekuńcza mamuśka... no smaczki polskiej rzeczywistości widoczne na każdym kroku. Mnie osobiście ten klimat urzekł, choć nie wątpię że są osoby, które za ten własnie nastrój rzucą powieścią w kąt.
Warto sięgnąć choćby po to, aby podziwiać wszędobylskie i spostrzegawcze oko autorki, które wyciągnie na światło dzienne nasze wszystkie narodowe wady, kompleksy czy też chore ambicje i pokaże, dokąd ta mieszkanka może nas zaprowadzić.

piątek, 10 marca 2017

52 - piętrowy domek na drzewie

Moje dzieci są zupełnie różne. Starsza czyta wszystko, co jej w ręce wpadnie. Jeśli tylko ma chwilkę wolną - czyta. Młodszy natomiast w tej kwestii wykazuje totalne lenistwo. Owszem, lubi książki, ale tylko te, które czyta mu Mama. Podsuwam mu różnorakie pozycje, od komiksów począwszy, a na "Magicznym drzewie" skończywszy. Bez rezultatu. Czyta dwie strony i książka ląduje w kącie. Aż pewnego dnia...
"52 - piętrowy domek na drzewie" to czwarty tom rewelacyjnej serii, której bohaterami są dwaj chłopcy posiadający domek na drzewie. Niby nic wielkiego, ale tylko do czasu, kiedy dowiadujemy się, że ten domek ma 52 piętra! Początkowo miał ich 13 (w pierwszym tomie) ale pomysłowe chłopaki systematycznie go rozbudowywali, dodając coraz to nowe, totalnie nieprzydatne i odlotowe piętra. Andy i Terry w poszczególnych częściach domku stworzyli maszynę do robienia fal, nawiedzony dom, pokój z pamięciowyciskarką, tor do wyścigów koni na biegunach i wiele, wiele innych, zupełnie zwariowanych miejsc. Już sama lektura o tym, co wchodzi w skład domku, budzi uśmiech czytelnika. Wyobraźcie sobie marchewkostrzelną wyrzutnię rakietową, albo piętro do żonglowania piłami łańcuchowymi. Odlot!
Treści w tej książeczce jest niewiele, jako że nie ona tu gra pierwsze skrzypce. Pewnego dnia Terry i Andy przypominają sobie, że mieli napisać książkę. Niestety tego nie zrobili, dzwonią więc do Pana Nochala, który jednak nie odbiera telefonu. Okazuje się, że Pan Nochal zniknął, a jego biuro przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Nasi bohaterowie jadą tam i na biurku znajdują gąsienicę, która jako naoczny świadek prawdopodobnie wie, co się wydarzyło, Niestety nie mówi, wobec czego przyjaciele postanawiają zabrać ją do Jill, która rozumie język tych owadów. Kiedy swoim jajkolotem docierają do domu dziewczynki okazuje się, że ona śpi. Co należy zrobić gdy dziewczyna śpi? Oczywiście pocałować ją. Niestety, pocałunek musi złożyć królewicz. Przyjaciele biorą dziewczynę i gąsienicę do wózka i jadą w poszukiwaniu królewicza. Dalej pisać nie będę, dodam tylko, że jeżeli chcecie dowiedzieć się, kto to jest Wendetarianin, i jak namówić dzieci do jedzenia warzyw, to "52 piętrowy domek..." jest lekturą dla Was. 
Kiedy książeczkę czytała Starsza, kwiczała ze śmiechu, a ja razem z nią. Nikt nie zachowa powagi czytając o Ślimaczej Akademii Wojowników Ninja, czy też o królu kartoflu, albo o gąsienicy która pożarła dwa rozpędzone walce drogowe. Młodszy zerkał, podsłuchiwał, aż sięgnął i wsiąkł. Kiedy usłyszałam od niego "Mamo idę poczytać", miód wlał się w moje serce. Lektura to jednak nie pospolita, albowiem "Domek..." to przede wszystkim czaderskie, prześmieszne, najlepsze w świecie, jakie widziałam ILUSTRACJE. Lekturze opisów domku na drzewie i jego atrakcji można poświęcić cały dzień oglądając, szukając śmiesznych szczegółów, analizując poszczególne niuanse budowli i śmiejąc się z żartów i żarcików. Tu naprawdę nie można się nudzić. Każda strona tej książki to małe graficzne arcydzieło.  Często jest tak, że dziecko spędza więcej czasu nad rysunkiem, niż na samym składaniu literek w słowa. Mój syn ma kilka ulubionych stron, do których wraca i po raz nie wiadomo który oglądając to samo, zawsze znajdzie jakiś nowy szczegół. Ramki, dymki, tabelki wykresy... atrakcji dla małej główki aż nadto. 
Rewelacyjna seria. Śmieszna do bólu brzucha, odlotowo pomysłowa i napisana (a także narysowana) w  taki sposób, że jej lektura wystarczy na długo. A potem można jeszcze raz i jeszcze... i zawsze znajdzie się coś nowego do oglądania. 
                                                                                źródło ilustracji  - Empik.com 




czwartek, 9 marca 2017

Noc Kupały

Lubicie słowiańskie klimaty? Wianki na głowie, taniec przy ognisku, strzygi, rusałki, Bóstwa o przedziwnych imionach, których brzmienie wskazuje na słowiańskie pochodzenie... ja lubię, nawet bardzo. Klimat takich książek jest niepowtarzalny, a mistrzami słowiańskich historii są rodzimi pisarze (trudno, żeby było inaczej). Podczas lektury "Nocy Kupały" pachniało mi "Starą baśnią", choć przecież akcja powieści toczy się w czasach współczesnych. Urzekł mnie ten klimat - nawet bardzo. 
Niestety zrobiłam błąd, ponieważ okazało się, że "Noc Kupały" jest drugą częścią cyklu pt. Kwiat paproci. Zorientowałam się dopiero wówczas, kiedy książka już stała u mnie na półeczce. Na szczęście można ją spokojnie przeczytać bez znajomości treści pierwszej części. Jako że historia nie należy do zbyt skomplikowanych, czytelnik dość szybko zorientuje się o co chodzi. Bez problemu pojęłam kto jest kim, choć zdumiało mnie pochodzenie i wiek niektórych bohaterów. 
Już na początku powieści czytelnik zostaje zaskoczony tempem wydarzeń. Poznajemy Gosławę, która jest z wykształcenia lekarką, ale szkoli się na szeptuchę. Pod okiem starej zielarki poznaje tajniki ziołolecznictwa i różnorakich medycznych guseł. Gosia jest szaleńczo zakochana w Mieszku, walczy o miłość i robi wszystko, aby jej nie stracić. Mieszko niestety jest dość specyficznym facetem, który ma problem z okazywaniem uczuć i ma ku temu powody. Do tego wszystkiego nad Gosią ciąży konieczność podjęcia decyzji, komu ma oddać kwiat paproci. Obiecała go wielu osobom i Bogom, jednak najchętniej oddałaby go własnie ukochanemu, co zwróciłoby mu "prawdziwe" życie. Plącze się Gosi jej życie i przecieka przez palce. Mieszko nagle gdzieś znika, a na nią spadają wszelkie "magiczno - słowiańskie" przeciwności losu. Była żona Mieszka Ote (właściwie to jest żywa, ale jakoby martwa) z zaciekłością poluje na naszą bohaterkę. Mamy również wyznawców pewnej Bogini, którzy zrobią wszystko, aby Gosię zabić. Na szczęście wszystko kończy się.... no własnie. Zakończenie książki zapiera dech w piersiach i wynagradza czytelnikowi wszystkie niedociągnięcia powieści. Czytałam z zapartym tchem, a po lekturze ostatniego słowa czułam niedosyt. Wielki. 
Powieść jest trochę banalna. Taka bajka dla dorosłych dziewczynek. Jedni lubią, inni nie... ja lubię. Przecież nie każda powieść musi nas wynosić na intelektualne wyżyny. Często chcemy przy lekturze po prostu odpocząć i dobrze się bawić. Niestety książka zawiera w sobie kilka błędów i niedociągnięć, które ten odpoczynek zakłócają. W trakcie wypadku samochodowego Gosia opisuje, że czuła, jak pasy bezpieczeństwa napinają się i trzymają ją w fotelu, po czym kilka stron dalej stwierdza, że latała po wnętrzu auta ponieważ nie miała zapiętych pasów. Takich niuansów jest kilka i nie ukrywam, że drażniły mnie one niepomiernie. W kilu miejscach drażniła mnie również sama Gosia, która co pewien czas jawi się jako głupiutka, zakochana panienka. Ale pomimo tych minusów, całość powieści jest godna przeczytania. Jako plus zaliczam niepowtarzalny, wręcz magiczny klimat powieści. Naprawdę można wsiąknąć w słowiańskie zwyczaje i gusła. Cudownie wręcz przekazuje wiarę w boginki, zjawy i rusałki, łącząc te zjawiska ze światem współczesnym. 
Autorka dość ciekawie pisze. Ma lekkie pióro, które z łatwością przekazuje kłębiące się w głowie autorki myśli. Przemknęłam przez powieść gładko i szybko, mając z czytania sporą frajdę. 
Największym jednak plusem książki jest zakończenie. Świetny pomysł na finał, który powoduje, że z niecierpliwością będę czekała na kolejny tom. 

środa, 8 marca 2017

Ostatnia z rodu Brontë

Ostatnio mam szczęście do magicznych książek. Są inne niż zawsze. Mają w  sobie coś takiego, co porywa mnie do środka i  nie chce wypuścić. "Ostatnia z rody Brontë" jest własnie taka, choć początki były trudne. Nie mogłam dojść do ładu z główną bohaterką, a tym samym radość czytania była lekko przyćmiona. 
Kiedy Samantha Whiple przyjeżdża do Oxfordu boleśnie zdaje sobie sprawę, że będzie budzić ciekawość wszystkich dookoła. Jako ostatnia żyjąca potomkini sióstr Brontë jest nie lada atrakcją zarówno dla wykładowców jak i studentów literatury angielskiej. Spod pióra jej przodkiń wyszły takie smaczki jak "Dziwne losy Jane Eyre", czy "Wichrowe Wzgórza", które zachwycają pokolenia książkomaniaków. Nic więc dziwnego, że Samantha budzi chorobliwą wręcz ciekawość zwłaszcza, że również studiuje literaturę. Studia to jedno, a życie to zupełnie inna sprawa. Dookoła dziewczyny dzieją się dziwne rzeczy, które wzbudzają niepokój i lekki strach. Dziewczyna otrzymuje pokój w wieży, który właściwie nie nadaje się do zamieszkania, ktoś podrzuca jej niechciane prezenty... po prostu czuć, że cała ta sytuacja posiada drugie dno. Wszystko to dzieje się cieniu ojca i jego specyficznego podejścia do życia i córki. Samantha aż do chwili śmierci ojca była wręcz chorobliwie z nim związana. W dość specyficzny sposób uczył ją sam w domu, przez co poglądy dziewczyny również nie są pospolite i budzą kontrowersje. Szkoda tylko że Samantha nie potrafi bronić swoich poglądów, co mnie drażniło niepomiernie.  
Podczas lektury nie mogłam oprzeć się ciągłemu zaglądaniu do Wikipedii. Nie jestem zwolenniczką angielskiej literatury klasycznej (a raczej po prostu jej nie znam), ale fakty z życia sióstr Brontë są przedstawione tak, że nie sposób oprzeć się ciągłemu sprawdzaniu, co jest prawdą, a co fikcją. Autorka wyciągnęła najciekawsze fakty i wplotła to w naszą powieść iście po mistrzowsku. Może Wikipedia nie jest najlepszym źródłem wiedzy, ale generalnie potwierdzała większość informacji zawartych w książce. Po lekturze "Ostatniej z rody Brontë" - zupełnie jak nie ja - nabrałam ochoty na lekturę "Wichrowych Wzgórz". To niewątpliwie sukces autorki, która zyskała mój szacunek za rewelacyjny pomysł na przybliżenie sylwetek pisarek
Przecudnie czytało się o tajemniczych zakamarkach Oxfordu. Chłonęłam atmosferę tego miejsca - trochę tajemniczą, przesiąkniętą ciekawością świata połączoną z szacunkiem do wiedzy. Te odczucia potęgowane były przez świetne dialogi prowadzone przez bohaterkę z promotorem, który również do pospolitych ludzi nie należy Rozgrywki słowne na temat literatury, sióstr Brontë i niechcianego dziedzictwa ciążącego dziewczynie na duszy są prawdziwą wisienką na torcie 
Składając wszystko razem otrzymujemy smakowitą powieść z zagadką, skarbem i tajemnicą do rozwikłania w tle. 
Osobiście cały smaczek psuła mi główna bohaterka, a właściwe jej prawdziwie babski charakterek. Trochę rozmemłana, nie wiedząca za bardzo czego chce od życia, nie widząca celu w tym, co robi. Na studia poszła, bo właściwie nic innego nie miała do roboty. Czytelnik ma wrażenie, że jej opinie i wiedza o życiu pochodzi tylko od ojca. Owszem, jest pyskata, co daje jej dialogom z promotorem wiele uroku, a na twarzy czytelnika niezmiennie wywołuje uśmiech. Ale poza tym jest - dla mnie - pannicą, która wiele oczekuje od życia nie dając nic w zamian. Jej postać nie miała jednak wpływu na to, że urok i czar powieści, tajemnicze zakamarki i zagadka do rozwikłania urzekły mnie całkowicie. 
Powieść czyta się dobrze, nawet bardzo dobrze. Są chwile, kiedy fabuła jest trochę naciągana, ale przecież nie jest to książka biograficzna, tylko powieść, która ma zabić nudę i pozwolić choć na chwile oderwać się od  rzeczywistości, co przy tej książce nie jest trudne. Kiedy czytamy o wrzosowiskach, o mokrej lecz jakże klimatycznej Anglii, o jadalni w Oxfordzie w której przywilej spożywania posiłków mają nieliczni... Szczerze mówiąc ta powieść to "Kod Leonarda da Vinci" i "Harry Potter" w jednym. Nic dodać, nic ująć. Polecam gorąco. 

piątek, 3 marca 2017

Olimpiada Pana Lemoncella

"Olimpiada Pana Lemoncella" urzekła mnie podobnie jak pierwszy tom. "Bibliotekę Pana Lemoncella" pochłonęłam i uznałam ją za jedną z najlepszych książek dla dzieci. Nic więc dziwnego, że gdy tylko pojawił się drugi tom, jego nakład w księgarniach właściwie nie zaistniał, a w bibliotekach kolejki do otrzymania egzemplarza są długie niczym w dawnych czasach za mięsem. Nic to - pomyślałam. Moja biblioteka umożliwia za darmo korzystanie z zasobów Legimi.pl i choć z zasady jestem przeciwniczką czytania na telefonie ten raz zrobię wyjątek. Tak też uczyniłam i nie żałuję.
Tak książka jest po prostu cudowna. Wspaniała biblioteka pełna gier, zabaw, świetnych wynalazków i najlepszych w świecie gadżetów zachwyca czytelnika. Pomysłowość autora do wymyślania różnorakich udziwnień również zachwyca. Ale to, co mnie urzekło w tej książce, to mnogość nawiązań do różnorakiej literatury dla młodzieży. To, ile tytułów kanonu literatury dziecięcej przewija się przez strony "Biblioteki..." to naprawdę zadziwiające. Człowiek czuje się malutki, gdy zdaje sobie sprawę, ile lektur w młodości pominął i jakie przygody zaprzepaścił. Do tego mnóstwo zagadek dla czytelnika, rebusy, anagramy... to wszystko powoduje, że mały odkrywca literatury niczym uczestnik olimpiady odkrywa, główkuje i zakochuje się w literaturze. Mam nadzieję. 

Historia spisana atramentem

Zrecenzować tę powieść to niełatwe zadanie. Z jednej strony serce krzyczy: Przecież uwielbiasz twórczość Marii Ulatowskiej! Jej sagi, ciepłe pióro, umiejętność zachwycania się drobiazgami... Ale zaraz serce zostaje stłamszone przez umysł, który z iście diabelską dokładnością stwierdza: Ale "Historia spisana atramentem" to nie jest tylko Pani Ulatowska i to widać. Coś czyni spustoszenie w umiejętnościach autorki przekazywania tych kropelek ciepła i niteczek radości... 
I cóż mam czynić? Jak żyć? :-) 
Sama historia ukazana w tej powieści jest bardzo ciekawa. Na przełomie XIX i XX wieku poznajemy Czesława - ucznia seminarium duchownego, trochę zagubionego we własnych uczuciach, ale ogólnie budzącego sympatię. Wędrujemy z nim przez całe jego życie. Wsłuchujemy się w jego rozterki rodzące się już w seminarium i towarzyszące mu do końca jego dni. W trakcie lektury nie mogłam odczepić się od znanego wszystkim wierszyka "Żuraw i czapla". Tyle tylko, że tu nie było dwóch postaci, a dwa wcielenia księdza Czesława. Jedno jest oddanym księdzem, wierzącym głęboko w sens posługi duchowej, a drugie obsesyjnie wręcz kocha kobietę i wie, że aby spełnić marzenia o miłości musi porzucić sutannę. Jak dla mnie problemem tego związku jest kobieta - Maria. Ona ślepo wierzy w obiecanki - cacanki Czesława i jak potulna owieczka znosi wszystkie jego humory. Ciągle tylko czytamy o obiecankach że wróci, o zaklinaniu: Czekaj na mnie! I ona czeka... Im dłużej Ona czeka tym mnie bardziej frustrował główny bohater, a moja sympatia dla niego topniała niczym masło na patelni. A już wyprawa do Paryża upewniła mnie w przekonaniu, że pogoniłabym takiego Czesława w diabły. 
Równocześnie z losami Czesława i Marii śledzimy współczesne losy dwójki przyjaciół - Matyldy i Janusza. Ten wątek wyjątkowo przypadł mi do gustu. Tu mamy zagadkę (szkoda, że łatwą do rozwiązania), której rozwikłanie wymaga podróży w odległe czasy. Ta wyprawa przez polskie dworki i pałace, przez coś, co właściwie już dzisiaj nie istnieje. Naprawdę, tu smakowałam każde słowo. Przyczynkiem do zagadki jest pamiętnik dziadka Matyldy opisujący... ehh skomplikowane to wszystko. Nie chcąc zdradzić szczegółów nadmienię, że jest skarb, nocna wyprawa, czarny charakter i wiele innych naprawdę ciekawych wątków.
Powieść dla mnie jest trochę za długa. Opowieści o księdzu Czesławie często ciągnęły się i dłużyły, za to współczesny wątek czytałam szybko i żałowałam że się już skończył.  Nie mogę powiedzieć, że to powieść niewarta polecenia, bo to nieprawda. Niewątpliwe jednak fani Marii Ulatowskiej nie znajdą tu tego, co tak magicznie urzekało w poprzednich powieściach. 

środa, 15 lutego 2017

Atlas Polski

Mój synek - jak chyba każdy ośmiolatek - jest dziecięciem ciekawskim świata. Zadaje tysiące pytań, co mnie bardzo cieszy, bowiem udzielanie na nie odpowiedzi jest chyba najlepszą formą edukacji zarówno dla niego jak i (ostatnio dosyć często) dla Mamy. Niestety moje wyjaśnienia od dłuższego czasu są niewystarczające. Oczywiście, że z pomocą przychodzi komputer czy tablet z nieśmiertelną Wikipedią i innymi przydatnymi stronkami. Ale ja najbardziej lubię, jak do dzieła przystępuje nie tylko głowa ale i paluszki mego potomka. Plastelina, naklejki zagadki - to tygrysy lubią najbardziej. 
"Atlas Polski" który ostatnio wpadł w moje ręce spełnia oczekiwania zarówno moje jak i mego synka. Kolorowa książeczka formatu A 4 jest nie lada gratką dla ciekawskich świata dzieciaków. Poprzez naklejanie ogromnej ilości naklejek (mój synek aż zapiał z zachwytu) brzdące uczą się podstawowych informacji zarówno o Polsce jak i o Europie. Wielu z Was powie, że uczeń drugiej klasy powinien podstawowe informacje mieć już w głowie. Może i macie rację. Ale nie każdy ośmiolatek wie, że największą wyspą jest Wolin, a najgłębszym jeziorem Hańcza, a mój syn po zabawie z Atlasem Polski, może się tą wiedzą pochwalić. 
Bardzo ciekawym pomysłem są pineski, które naklejane na mapę obrazują, gdzie mały podróżnik był
nie tylko palcem po mapie. Mój synek szukał, przypominał sobie nasze podróże i z dumą naklejał "Tu byłem". Największa część każdej strony zajmuje oczywiście mapa Polski w różnych "konfiguracjach". Mamy więc mapę z województwami, mamy mapę geograficzną, kolejną obrazującą polską przyrodę. Są też mniej typowe - pokazujące regiony polskie albo postacie z legend. Każda strona zawiera masę ciekawostek podanych w bardzo przejrzysty sposób. Sama byłam zaciekawiona niektórymi podanymi faktami. Np. to, że z naszego rodzinnego Szczecina najdalej jest w Bieszczady, to każdy wie. Ale  to, że jesteśmy miastem najbardziej oddalonym od stolicy (564 km) to już było nawet dla nas niespodzianką. Ciekawostek jest naprawdę sporo; od Puszczy Błędowskiej poczynając, poprzez informacje o najstarszym drzewie, a na Liczyrzepie kończąc. 
No i te naklejki.... Jest ich naprawdę sporo a ich dobór jest taki, aby dzieciaki przy naklejaniu pytały. Kto to jest Król Popiel, gdzie występuje Sękacz i dlaczego Zamek Kórnik pisze się z dużej litery... Mózg mi strzelał, ale dzielnie odpowiadałam. Mój syn był szczęśliwy, aż mu się policzki zaróżowiły. 
Wisienką na torcie dla dzieciaczka jest plakat, który zawiera wszystkie postacie z naklejek tak pieczołowicie przyklejanych przez małego geografa na poszczególnych stronach. Do tego wszystkiego Dyplom "Podróżnika i odkrywcy, Znawcy całej Polski" i uśmiech na twarzach dzieci murowany. 
Lekturę, a właściwie zabawę z tą niepozorną książeczką polecam. Może okładka nie jest porywająca, ale zawartość naprawdę zachwyca, a ilość wiedzy przyswojonej przez brzdąca podczas zabawy jest godna podziwu. Dodam jeszcze, że im więcej rodzic będzie w tej zabawie uczestniczył tym edukacja będzie bardziej efektywna.


piątek, 3 lutego 2017

O tym, jak jedna paczuszka przywróciła mi chęć blogowania :-)))

Posta dawno nie było, bo i czasu niewiele. Moje dzieci są coraz większe, a ich zajęcia pozalekcyjne zabierają mi większość energii. Jedno gra na skrzypcach, drugie na flecie, jedno jest zuchem, drugie harcerzem, oboje chodzą na dodatkowy angielski, trenują dżudo.... a ja mam drugi etat - taksówkarza. Nie to żebym narzekała, ale jak już zbliża się wieczór to zdarza się, że nie pamiętam, czy już jadłam kolację :-)))
Sami więc rozumiecie, że posty nowe rodzą się w tych krótkich chwilach skradzionych wieczorem lub  pracy. A że takich chwil niewiele...
Na szczęście są takie duszyczki, które nie pozwalają mi zapomnieć o tej magii, która wraca z każdą przeczytaną książką i z każdym nowym wpisem na blogu. Blog prowadzę już siedem lat i jest On właściwie równolatem mojego synka. I kiedy już nachodzą mnie myśli, że pora z tym skończyć zdarza się coś, co przywraca mi te siły i moce tak charakterystyczne dla każdego typowego książkochłona. 

Wczoraj też się zdarzyło. Dzięki Wydawnictwu Prószyński Media wróciła mi wiara. I żeby nie było nieporozumień - ta książka przyszła ot tak, po prostu, bez obietnic recenzji terminów i umów. Przyleciała jak dobry duszek :-))) 






niedziela, 15 stycznia 2017

Krystyna córka Lavransa

To jest własnie powieść, którą się albo kocha, albo nienawidzi. Zaczęłam czytać ją razem z moją przyjaciółką w wersji elektronicznej. Ona  - zachwycona i urzeczona pięknem tej powieści. Ja - coraz bardziej znudzona i chętna do rzucenia książki w kąt. Książka dłużyła mi się niepomiernie i choć dostrzegałam w niej to, co tak zachwyca większość czytelników, to jednak lektura męczyła mnie okrutnie. Nie ukrywam, że byłam zdziwiona, bo generalnie sagi lubię i pochłaniam je dość regularnie. Jednak porównanie "Krystyny córki Lavransa" do "Filarów Ziemi" jest dla mnie delikatnie rzecz biorąc przesadą i wielkim nadużyciem. 
Opowieść zaczyna się w 1306 roku, a kończy w 1349 i zawiera historię życia Krystyny, córki Lavransa. Ojciec Krystyny był szanowanym i bogatym norweskim szlachcicem, osiadłym na dworze Jorund w północnej Norwegii. Trzy tomy powieści to trzy etapy życia Krystyny - "Wianek", "Małżeństwo", "Krzyż". Zwykłe życie, lecz tak wspaniale zajmujące - piękne, radosne dzieciństwo, miłość, narodziny dzieci, śmierci bliskich, tęsknota, powodzenie i upadki,trudne wybory i odwaga w kształtowaniu własnego życia.
Powieść jest trzytomowym dziełem wchodzącym w skład kanonu literatury skandynawskiej. Wielu pisze o niej: arcydzieło. Może i tak, ale mi jakoś nie podeszło do gustu. Przydługie opisy i nudne wydarzenia... skończyło się tak, że Dorota stanęła na rzęsach, aby mieć na półce papierową wersję, a ja w połowie drugiego tomu odpuściłam dalszą lekturę tej powieści. 

czwartek, 12 stycznia 2017

Prosto z ambony

Krzysztof Daukszewicz znany jest chyba wszystkim. Wspaniały satyryk i kabareciarz, jednak dla mnie przede wszystkim bard z gitarą i piórem. Jego smutna twarz zupełnie nie współgra z tym, co prezentuje w swojej twórczości. Bo jak tu spokojnie patrzyć w tak poważne oblicze i nie śmiać się z tak zabawnych tekstów? Ostatnio twarz p. Daukszewicza najczęściej chyba pojawia się w "Szkle kontaktowym", w którym to jego udział bardzo cenię i lubię. Komentarze, prztyczki i trafne riposty są dla tego programu istnym skarbem. Poczucie humoru, którym został obdarzony p. Daukszewicz odpowiada mi bezwzględnie. Piekielnie inteligentny człowiek z wielką pokorą dla samego siebie i szacunkiem do otaczającego świata. Owszem - wiedziałam, że jest również autorem kilku (a nawet kilkunastu) książek, ale jakoś tak nigdy się nie złożyło. Aż do pięknego przedświątecznego czasu, kiedy to w moje ręce wpadła niepozorna książeczka pt. "Prosto z ambony". Nie ukrywam - na pierwszy rzut oka zachwytu nie było. Na półce w księgarni ta książka niczym szczególnym się nie wyróżnia. Wielka szkoda, bo jej zawartość godna jest tego, aby stać na półce z bestselerami.
"Prosto z ambony" to zbiór kilkudziesięciu felietonów pisanych do czasopisma "Łowca polski". Cóż - pomyślałam -  zwierzęta kocham, myślistwem raczej się brzydzę, ale spróbuję. Już po kilku stronach wiedziałam, że pióro p. Daukszewicza jest równie sprawne jak język, którym komentuje wydarzenia polityczne w "Szkle kontaktowym". Autor w prostych słowach ubranych w nieskomplikowane zdania przybliża nam uroki i zalety okolicznych lasów i pól. Ważne jest jednak to, że lasy i pola są jedynie wdzięcznym tłem dla anegdot i dykteryjek przekazywanych w poszczególnych utworach. Każda z tych krótkich powiastek budziła we mnie śmiech, chichot i ból brzucha. Widać, że autor lubi chodzić, patrzeć, obserwować i zachwycać się naturą. Jest jednocześnie grzybiarzem, spacerowiczem, myśliwym, wędkarzem... długo by wymieniać. Teksty są właściwe wolne od polityki, choć w niektórych miejscach przebijają może nie tyle poglądy autora, ile Jego ocena zastałej rzeczywistości. Dzięki temu książka ta jest balsamem dla skołatanej duszy. Spokój i cisza lasu oraz miłość do zwierząt i natury w czystej postaci przebija z każdej stronicy tej książki. Wiele tekstów zaczyna się od słów w stylu: "Pewnego dnia na spacerze...", albo" Chodząc po lesie..." albo "Idąc między drzewami...", serce się raduje i tęskni za spokojem i ciszą. I kiedy już czytelnik sobie przyjemnie czyta i tęskni za pięknem natury, nagle dostaje strzała w postaci celnej uwagi lub trafnej riposty i jest ugotowany ze śmiechu.
Historyjki są różne - każda ciekawa lub śmieszna, choć nieraz budząca nostalgię i zamyślenie. Opowiastki są krótkie, więc nie ma w nich miejsca na zbędne słowa. Jest początek (najczęściej przyrodniczy), jest zawiązanie akcji w postaci spotkania kogoś lub znalezienia czegoś i jest puenta tak charakterystyczna dla dobrego satyryka. Daukszewicz sięga po bardzo różnorodną tematykę od przyrody począwszy, a na rodzinie skończywszy. Prywatnych dygresji jest niewiele, jednak te, które są należy cenić, ponieważ szczerość z nich bijąca bardzo wpływa na klimat całej książki.
Ja jednak najbardziej pokochałam sławetne meneliki pojawiające się nawet w lesie i przy ambonie. Okazuje się, że znawcy win i innych trunków są wszechobecni i zawsze można na nich liczyć. Lubię też dialogi z wszelakiej maści bywalcami lasów i pól, jako że skrzą się one od żartów i słownych przepychanek.  Aha - no i wędkarzy. Tak właśnie! :-))) 
Teksty okraszone są świetnymi ilustracjami Juliana Bohdanowicza, którego kreska jest powszechnie znana. Teksty i rysunki świetnie ze sobą współgrają i tworzą całość godną pochwały i zainteresowania. 
Świetna książka na poprawę humoru. Pochłonęłam w trzy wieczory i powiem Wam, że to były bardzo udane wieczory. 

wtorek, 3 stycznia 2017

Ocalałem z Buchenwaldu

Ostatnio przyciąga mnie literatura dość specyficzna. Zaczęło się od "Mischling, czyli kundel" - opowieści o bliźniaczkach, które w Auschwitz dostały się w ręce doktora Mengele. Kolejna lektura wyszukana pod wpływem pierwszej to "Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele" - relacja. Dzisiaj skończyłam lekturę książki  "Ocalałem z Buchenwaldu". Dwie pierwsze dotyczą dzieci i nazistowskiego obozu w Oświęcimiu; ta ostatnia to relacja młodego Francuza Louisa Grosa z obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Zestawienie dość dziwne, ale dające spore możliwości do porównania życia w tych dwóch jakże różnych, a zarazem podobnych miejscach. 
Środkowe Niemcy, przepiękna Turyngia. Tu, pośród zieleni starych, wiekowych drzew powstało jedno z najstraszniejszych miejsc na ziemi. Obóz w Buchenwaldzie został założony w 1937 r. początkowo jako miejsce służące do odizolowania Niemców, którzy buntowali się przeciwko polityce Hitlera. Umieszczano tam również innowierców, kryminalistów i homoseksualistów. Bardzo szybko przekształcił się w miejsce tortur, pseudobadań lekarskich i masowych egzekucji. 
Relacja zamieszczona w książce "Ocalałem z Buchenwaldu" jest przerażająca w swojej prostocie. Nasz bohater trafił do Buchenwaldu przez głupotę innego człowieka, działającego w ruchu oporu, który zostawił kartkę z adresem Grosa po prostu na stole. Podczas przeszukania mieszkania kartka wpadła w ręce nazistów, a że przeszukanie dotyczyło działalności w ruchu oporu, szybko doszło do aresztowania zarówno Louisa Grosa jak i jego ojca. 
Już opis podróży do Buchenwaldu sprawia, że serce zamiera. Ludzie stłoczeni po 500 osób w jednym wagonie, w upale, bez picia i jedzenia... Gros opisuje czytelnikowi drobiazgi, które przybliżają tragedię w wyjątkowo emocjonujący sposób. Opisanych sytuacji jest kilka - wszystkie przedstawione pobieżnie i szybko tak, jakby autor chciał przemknąć przez ten moment życia i szybko zapomnieć. Jeden z podróżnych znalazł w plecaku kawałek czerstwego chleba, jednak był zbyt wycieńczony i odwodniony, aby ten skarb pogryźć i połknąć. Zaczął dławić się i krztusić. Współwięźniowie patrzyli jak powoli umiera. W końcu jeden wstał, złapał wiadro pełne moczu i wlał krztuszącemu się biedakowi zawartość wiadra do gardła. W ten sposób uratował mu życie. 
Cała książka jest naszpikowana takimi "anegdotkami" (jeżeli można to tak nazwać). Opowieści o latrynach na świeżym powietrzu, czy o "gównianym komando" są może i śmieszne, ale w tej swojej śmieszności żałosne i przerażające. Trudno zrozumieć, że ludzie w takich rzeczach i zdarzeniach dopatrywali się radości życia. Trudno w to po prostu uwierzyć. 
Obóz w Buchenwaldzie to był przede wszystkim obóz pracy. Więźniowie wstawali o 4:30 i szli do pracy w kamieniołomach lub w fabryce. Wracali o 18, a już o 18:30 musieli stawić się na apelu. Dwanaście godzin ciężkiej, katorżniczej pracy przez siedem dni w tygodniu właściwie bez ani jednego solidnego posiłku. Nawet najsilniejszego faceta taki tryb życia doprowadziłby do wycieńczenia, a Oni żyli, pracowali, jedli co im w ręce wpadło i starali się przetrwać. 
Autor szczegółowo opisuje nam organizację życia w obozie. Każdy więzień miał numer - na szczęście nie wytatuowany, ale wypisany na szmatce, która musiała zostać umieszczona w widocznym miejscu. Każdy miał też obowiązek nosić w widocznym miejscu literkę oznaczającą narodowość, oraz plakietkę, której kolor oznaczał przynależność do pewnej grupy. Inny kolor mieli kryminaliści, inny więźniowie polityczni, jeszcze inny znienawidzeni przez Niemców Żydzi i Cyganie. Poznajemy ich codzienne życie, niekończące się apele i trudy zwykłego dnia. Najważniejsza zasada brzmiała: "Nie dać się zauważyć". Wydaje się, że w takiej masie ludzi, to nie jest trudne - zniknąć i rozpłynąć się wśród identycznie wyglądających setkach mężczyzn. Problem w tym, że jak już się człowiek napatoczył pod łapy esesmana, to trudno było wyjść z tej sytuacji żywym. Wstrząsnęła mną historia pewnego Żyda, który podczas powrotu do obozu niechcący strącił swoje okulary do pobliskiego bajora, Niemiecki oprawca zgodził się na to, aby nieszczęśnik wszedł do wody i ich poszukał. Kiedy jednak poszukiwania nie dawały rezultatu Niemiec nie pozwalał swojej ofierze zaprzestać poszukiwań. W końcu tak długo przytrzymał go pod wodą, że ten po prostu utonął. 
Książka jest przerażająca przez prostotę przekazu. Nie wiem jak to działa, ale opowieść Louisa Grosa jest taka trochę jak relacja dziecka z odbytej wycieczki. Nie ma złości czy nienawiści do narodu niemieckiego, nie ma przeklinania, obietnic zemsty i chęci zabijania wszystkich po kolei. Ta historia jest oddana bez złych emocji, tak charakterystycznych dla wojennych wspomnień. Miałam wrażenie, że stoję za szybą, która oddziela mnie od bohaterów powieści. Właśnie - nawet Ci, którzy stanowią kanwę historii są tacy... bezimienni. Owszem padają imiona, nazwiska, kraj, pochodzenie, ale wszystkie te dane szybko umykają z pamięci czytelnika pod naporem kolejnych zdarzeń i opisów. Zapamiętałam tylko imię przyjaciela Luisa - Delattre. Taką formę przekazu relacji wojennych spotkałam po raz pierwszy. Nie spodziewałam się, że tak mnie emocjonalnie mocno kopnie. Dodatkowo na wyobraźnię działają zdjęcia, których w książce jest dość sporo. Jedne drastyczne, inne zwykłe (przedstawiające jedynie miejsca i budynki) jeszcze inne sielankowe i dające nadzieję. Te ostatnie to zwłaszcza zdjęcia Luisa Grosa już po wyzwoleniu. Na jednym z nich widzimy Luisa w szpitalu, w którym walczył z gruźlicą, kolejne przedstawia żonę i synka. Dobrze, że udało mu się ułożyć sobie życie. 
Ostatnie dni obozu to dla naszego bohatera wspomnienie chleba i masła, które wraz z przyjacielem ukradł z wagonu pełnego żywności od Czerwonego Krzyża. Oczywiście Niemcy nie pozwolili skorzystać więźniom z tych wspaniałości, ale i tak koniec końców żywność trafiła do tych najbardziej potrzebujących.
Porażająca książka. Mam nadzieję, że nigdy, przenigdy nie będę musiała patrzeć na takie zło. Ani ja, ani nikt inny. Przekaz Luisa Grosa wynikający z tej książki jest jeden i to bardzo wyraźny: Życie jest cenne i nauczmy się je szanować.