poniedziałek, 12 października 2020

Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę

Wyobraźcie sobie kochani rok 1987, Wigilia. W księgarniach pustki, a tu pod choinkę zerka dwunastolatka, która połyka książki niczym młody pelikan rybki. Jedna starcza jej na maksymalnie dwa dni. To ja. Głód książek miałam przeogromny. Moja kochana mama stała prawie cały dzień w księgarni, bo... rzucili. Nieważne co, ważne że jest i to bez obrazków (z obrazkami to wstyd czytać). Kiedy więc znalazłam pod choinką kilka książek, byłam zachwycona. Wśród nich jedna wyróżniała się słoneczną, żółtą okładką z uśmiechniętą, dziewczęcą buzią. To była "Szósta klepka". Wybrakowana, bo bez pierwszej strony, ale kto by na to patrzył! Przeczytałam raz, potem drugi, a potem niezliczoną ilość razy. Do dzisiaj kocham, uwielbiam i co pewien czas czytam wszystkie tomy Jeżycjady. Można je kupić w różnej formie. Ja mam najpopularniejsze wydanie ale np. w jednej z internetowych księgarni można kupić przepiękne kolekcjonerskie wydanie. 
Kiedy zobaczyłam "Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę!” wiedziałam, że nie zasnę spokojnie, dopóki nie będzie stała na mojej półce. Poznanie losów Borejków trochę od kuchni, ciągnęło mnie jak magnes. W końcu przyszedł ten dzień, w którym z paczkomatu wyjęłam ciężką i sporą paczkę. Książka okazała się przepiękna! Duże, szyte wydanie z twardą, połyskującą okładką i grubym papierem. Wisienką na torcie jest wstążeczka do zakładania. Niby nic, a cieszy. Uwierzcie mi - byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. 
Borejkową encyklopedię napisała Małgorzata Musierowicz wraz z córką, Emilią Kiereś. Jej czytanie i przeglądanie jest po prostu miodem na serce miłośników Jeżycjady. Przez kartki przewija się mnóstwo zdjęć, rysunków wykonanych tak charakterystyczną kreską, wspominków i pamiątek rodzinnych. Idąc przez zakamarki pamięci autorek poruszamy się od A do Z - stąd skojarzenie z encyklopedią. Każda literka to inne wspomnienie, inne miejsce i wyjaśnienie innej zagadki rodem z Jeżycjady. Wszystko aż kipi ciepłem i dobrymi fluidami, których tak dużo w twórczości Pani Musierowicz. Lektura tej książki to były najprzyjemniejsze chwile ostatnich czasów. Byłam wzruszona, roześmiana i szczęśliwa, że jeszcze raz mogę zawitać do domu Borejków, tyle że teraz tak od kuchni.
Przyznam, że recenzja tej książki jest dość trudna. Przecież każdy fan Jeżycjady sięgnie po nią i oceni zupełnie nieobiektywnie. Tak jak ja. A Ci, którzy nie czytali Jeżycjady po prostu po nią nie sięgną. Nikt nie zaczyna poznawania serii literackiej od czytania uzupełnienia. Dlatego też uważam, że ta książka skierowana jest do wyraźnie określonej grupy odbiorców, którzy przyjmą ją z zachwytem. 
Dodam jeszcze na zakończenie, że to wspaniała książka na prezent. Każda fanka rodziny Borejków na pewno chętnie ugości to literackie cacko na swojej półce. 

Perry Mason i sprawa podmienionego zdjęcia

Perry Mason i sprawa podmienionego zdjęcia” to przede wszystkim znakomity kryminał. Przeniósł mnie do czasów, kiedy namiętnie zaczytywałam się powieściami Agaty Christie czy też Conan Doyle’a. To super książki, w których autorzy nie starają się okraszać kryminalnej zagadki wątkiem miłosnym, czy też inną obyczajową otoczką. Tu wszystko kręci się dookoła jednego pytania, które najczęściej brzmi:, „Kto zabił?” Oczywiście jest wiele innych pytań, ale to jest najważniejsze. I tak właśnie w kryminałach powinno być prawda? Lubię też kryminały, w których zagadka rozwiązuje się właściwie na sali sądowej. Lawirowanie wśród zeznań świadków, zwrócenie uwagi na drobne słowa czy gesty potencjalnego sprawcy, które potem rzutują na wynik całego postępowania. Tak, to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Takie kryminały powstawały sto lat temu i powstają dziś. Książki z udziałem świetnego adwokata Perry’ego Masona z całą pewnością zaliczają się do tej kategorii książek. Nic więc dziwnego, że powieść pochłonęłam niczym świeżutką bułeczkę. Zresztą powieść ta jest świeżutka bo to przecież nowość, którą można kupić internetowej księgarni.  
Przygoda z Masonem zaczyna się w podróży. A oto zamożni państwo Newberry wraz z córką podróżują do Honolulu tym samym statkiem, co Perry. Nasz bohater staje się światkiem na pozór wydumanej tragedii związanej z podmienieniem w ramce zdjęcia ich córki, Belle. Od słowa do słowa okazuje się, że Belle wcale nie jest rodzoną córką Pana Newberry, co więcej – bogactwo głowy rodziny jest niewiadomego pochodzenia. Pozory gonią pozory. Żona podejrzewa, że ich bogactwo nie pochodzi z wygranej na loterii, jak twierdzi mąż, a po prostu z przestępstwa. Zdaniem Pani Newberry najlepszym rozwiązaniem byłoby przyznanie się szanownego małżonka do winy i zwrot skradzionej gotówki. Perry Mason nie musi długo zastanawiać się, czy przyjąć sprawę Pana Newberry, ponieważ problem niejako rozwiązuje się sam. Pan Newberry wypada za burtę, a świadek zdarzenia twierdzi, że to pani Newberry zastrzeliła męża, a następnie wrzuciła jego ciało do wody. Teoria znajduje potwierdzenie w kabinie podejrzanej, gdzie kapitan statku odnajduje mokre ubrania denata i pas wypchany pieniędzmi, który zawsze nosił przy sobie. Po tym odkryciu już nikt nie ma wątpliwości – to Pani Newberry zabiła męża. Perry Mason ma jednak wątpliwości? A wszystko to przez podmienione zdjęcie…. 
Podczas lektury zachwycił mnie przede wszystkim warsztat pisarki autora. Szybki, trochę telegraficzny przekaz, dużo dialogów, skupienie uwagi na szczegółach i – co naprawdę ważne – wyjątkowa konsekwencja w przedstawianiu wydarzeń. To wszystko czyni lekturę tej powieść wspaniałą przygodą. Wprawdzie podczas lektury miałam moment, kiedy czułam się zagubiona w gąszczu wydarzeń i postaci, ale szybko doszłam do ładu. Przyznam się jednak, że są momenty, gdy lektura wymaga sporego skupienia. Na szczęście na skrzydełku książki wymieniono najważniejszych bohaterów, co ułatwia odnalezienie się w fabule. 
Ta zawiłość fabuły ma plusy i to spore. Kiedy bowiem doszło do rozwikłania zagadki siedziałam przez chwilę zastanawiając się nad umiejętnościami dedukcyjnymi Pana Masona. Ta zagadka to „majstersztyk”, który zachwyca swoją budową i rozwiązaniem. Książka zapewnia naprawdę sporo dobrej zabawy, a sposób rozwiązania zagadki wzbudził mój najszczerszy podziw. Do tego wszystkiego spora ilość dialogów okraszonych dobrym poczuciem humoru i zabawa murowana. Rozmowy prowadzone przez bohaterów na pewno wywołają uśmiech na niejednej czytelniczej twarzy. 
Podsumowując – adwokat Perry Mason po raz kolejny pokazał, ze jego zdolności dedukcyjne przekraczają umiejętności zwykłego śmiertelnika. Jest w tym wszystkim uroczy i zachwycający. Polecam każdemu. 

piątek, 9 października 2020

Miłość w Auschwitz



Dużo ostatnio w literaturze tematyki obozowej. Już trochę drażniące są tytuły, w których drugi człon to "...z Auschwitz". "Tatuażysta z Auschwitz", "Kołysanka z Auschwitz", "Położna z Auschwitz", "Dziewczęta z z Auschwitz"... Większość z nich czytałam i niestety większość z prawdą historyczną ma niewiele wspólnego. Są to niezłe historie, w jakimś stopniu oparte na wydarzeniach, które rzeczywiście miały miejsce, tyle tylko, że tematyka trudna i takie spowszednienie jej jakoś mnie drażni. 
"Miłość w Auschwitz" to książka zupełnie inna. Może mylić okładka, która sugeruje, że mamy do czynienia z kolejną powieścią o miłości w tych trudnych czasach. Rzeczywiście tak jest, ale nie jest to banalna historyjka, a pełna rzetelnych informacji książka, ukazująca dwójkę ludzi, którzy na przekór wszystkiemu postanawiają choć chwilę nacieszyć się wolnością. Autorka już na samym początku zasypuje nas informacjami na temat rodziny Mali Zimetbaum. Przyznam, że byłam zaskoczona, kiedy zamiast kolejnego obozowego love story zaczęłam czytać opracowanie pełne dat, nazw miejscowości i nazwisk przodków Mali. Opowieść o prześladowaniach, o ucieczce do Belgii, o tym jak krąg nienawiści zacieśniał się dookoła Mali i jej rodziny. Chwilę trwało zanim się przestawiłam, ale gdy zrozumiałam, że to nie jest lektura, po której prześliznę się wzrokiem  - wpadłam po uszy. 
Książka opiera się głównie na wspomnieniach o Mali i Edwardzie. Dokumentów i zdjęć nie ma zbyt wiele, a historia młodej pary została w dużej mierze zapomniana. Dlatego najważniejsza relacja pochodzi od osób, które poznały ich już w Auschwitz i byli tak naprawdę biernymi obserwatorami rozgrywającej się tragedii. 
Mala i Edward poznali się w obozie. On był tam od początku, ona przyjechała z zachodniej Europy, z transportem innych Żydów. Od początku była dobrze traktowana przez Niemców, a to głównie dzięki znajomości wielu języków. Sama starała się pomóc współwięźniom jak tylko mogła. Dodatkowy kawałek chleba, łyżka zupy, wykreślenie nazwiska z listy osób przeznaczonych do zagłady, albo dopisanie do listy osób, które w danym dniu miały lżejszą pracę. Drobne gesty, które w tamtych okolicznościach ratowały życie. Mala robiła wszystko, aby przetrwać. Zgubiła ją miłość do Edwarda. Razem uciekli i spędzili na wolności kilka dni. Czy było warto? 
Książka zachwyciła mnie reporterskim podejściem do tematu. Dużo tu faktów, liczb i nazw, ale uwierzcie mi – powieść jest naprawdę ciekawa i bardzo dobrze się ją czyta. Takie reporterskie podejście powoduje, że w czytelniku jest mniej emocji i żalu, za to więcej poczucia bezsilności. Ten moment, kiedy Mala zdawała sobie sprawę, że jej nazwisko w końcu znajdzie się na liście… i to bierne oczekiwanie… straszne. 
Autorka robi wszystko, aby ocalić historię Mali i Edwarda od zapomnienia. Odnajduje członków ich rodzin,, odwiedza miejsca, które były dla nich ważne, odnajduje nawet człowieka, z którym pierwotnie Edward miał uciec, ale to wszystko mało. Na szczęście coraz więcej o tym się mówi, a historia zdaje się ocalała od zapomnienia. 
Czy poruszyło serca?

środa, 7 października 2020

To nie jest mój mąż

Spotkanie Matyldy, jak zawsze, jest dla mnie niesamowitą przyjemnością i przygodą zarazem. Matylda nie spuszcza z tonu i zapewnia czytelnikowi sporą dawkę śmiechu. W pierwszym tomie swoich przygód pt. „Oddaj albo giń” wplątała się w niesamowitą, kryminalną kabałę, po wyjaśnieniu której postanowiła zrobić licencję prywatnego detektywa. Kiedy spotykamy ją w drugim tomie, Matylda właśnie próbuje ciągnąć dwa etaty. Pierwszy w swojej ukochanej bibliotece, a drugi w agencji detektywistycznej. Zlecenie które otrzymała jest dość proste. Należy udowodnić niewierność męża klientki. Sytuacja się komplikuje, kiedy okazuje się, że mąż to nie do końca mąż a dodatkowo właściwie nie wiadomo, gdzie on się podziewa. Na scenę za to wkracza kochanek klientki, który zaraz po tym również znika. Matylda właściwie nie wie czy szuka męża, czy kochanka, co więcej – sama klientka także nie wie na kim jej bardziej zależy. Kiedy na arenę wkracza znana z pierwszego tomu para policjantów – robi się naprawdę ciekawie. 
Zapewniam was jednak, że wątek kryminalny to jedno. Jest wciągający i bardzo pomysłowo pociągnięty, ale języczkiem uwagi tej powieści jest sama Matylda i jej rodzina. Dialogi prowadzone między Panią detektyw, a jej mężem są po prostu przezabawne, a ich czytanie jest czystą przyjemnością. Lekko ciapowaty mąż nie nadąża za skrótami myślowymi swojej małżonki, co doprowadza do wielu nieporozumień i słownych utarczek. Kiedy do tego dodamy jeszcze rezolutną córeczkę, która hołduje zasadzie „co w sercu to na języku”, otrzymujemy iście mistrzowską mieszkankę humoru. Mogłoby nie być wątku kryminalnego, a ja i tak przeczytałabym całą powieść od deski do deski. Przyznam się, że całym sercem uwielbiam twórczość Pani Rudnickiej. Zaczynałam od Natalii, a skończyłam na Matyldzie i nie umiem powiedzieć, która z książek jest moją ulubioną. Styl Pani Rudnickiej powoduje, że wszystkie jej książki czyta się z wielką przyjemnością. Fabuła płynie niczym rwąca rzeka i ani się człowiek obejrzy, a tu koniec. Pozostaje jedynie czekać na kolejne książki autorki.

wtorek, 6 października 2020

Mały Oświęcim. Dziecięcy obóz w Łodzi.

To jedna z najważniejszych książek, jakie w swoim życiu czytałam. Niesamowicie przejmująca, mówiąca o straszliwościach tego, co działo się zaledwie 80 lat temu w Łodzi, przy ul. Przemysłowej. Jak można dwu, trzyletnie dzieci zamykać w obozach? Jak można pozbawić dziesięcioletniego chłopca najbliższej rodziny? Pytanie "Jak można?”, powtarzane nawet kilka dni nie wyczerpie oburzenia nad okrucieństwem tamtych ludzi. I za co? Za kilogram ziemniaków szmuglowanych do domu, gdzie czekała mama z czworgiem rodzeństwa? Za rodziców, którzy walczyli o Polskę?, Za to, że maluch nie miał domu? 
Książka „Mały Oświęcim” opowiada o losach więźniów zamkniętych w obozie w Łodzi przy ul. Przemysłowej. Obóz ukryty przez światem, z którego nie było ucieczki. Umiejscowiony został na terenie łódzkiego getta, więc jak uciec? Do getta? Żydzi wiedzieli, że za przyprowadzenie małego uciekiniera dostaną bochenek chleba. Nie było nadziei. 
W obozie umieszczano dzieci od 6 do 16 roku życia, ale z relacji świadków wynika, że były tam również dzieci maleńkie, dwu, trzyletnie. Sporadycznie przebywały  tam również niemowlęta, ale ich losy rozpłynęły się w odmętach historii. 
Książka podzielona jest na dwie części. Nie wiem, która zrobiła na mnie większe wrażenie, która mną bardziej wstrząsnęła. Jedna jest straszna przez to, o czym opowiada, druga przez to, jak opowiada. Pierwsza to wspomnienia z obozu. Opis strasznego życia, ponad siły dorosłych, a co dopiero dzieci. Dwie pajdki chleba, brunatna "kawa" i zupa na obiad, która często nie nadawała się do jedzenia, bo pływały w niej szmaty i robaki. Dzieci wiedziały, że nie wolno jeść czarnych robaków, bo się od nich umiera, ale jeżeli są białe albo żółtawe to jak najbardziej. Przy takim wyżywieniu dzieci pracowały od siódmej rano do wieczora. Prace były różne: lżejsze i ciężkie ponad miarę malucha Najgorzej jednak było jak nie było pracy, bo wówczas Niemcy wymyślali różne „ciekawe” zajęcia. Na przykład przelewanie odchodów z wiadra do wiadra, albo przewożenie taczkami piasku raz w jedną raz w drugą stronę. Bite, poniżane, głodne i zalęknione... Niemicy dzieciom zgotowali ten los. 
Druga część książki to spotkania z osobami, których wspomnienia stanowią podstawę części pierwszej. Myślicie, że łatwiejsza część dla czytelnika? Nic bardziej mylnego! To nie są wywiady, a krótkie zdjęcia, chwile byłych więźniów uchwycone przez autorkę na kartach tej książki. Niezmiernie wzruszające krótkie scenki pokazujące, jak obozowy okres wpłynął na współczesne życie tych ludzi. Oto mężczyzna, który co noc budzi się z płaczem. Od tylu lat... co noc... Oto kobieta, która pierwsze słowo wspomnień wypowiada po 7 minutach milczenia. Co działo się w jej głowie przez te siedem minut? Jakie okropności musiała sobie przypomnieć. Z wszystkich wypowiedzi wypływa żal, że tak mało ludzi pamięta o dzieciach z Przemysłowej. Żal, że poprzednia władza próbowała wymazać pamięć o tym obozie. Ta część książki dużo bardziej mną wstrząsnęła. Kiedy uświadomiłam sobie jak straszne wspomnienia Ci ludzie muszą w sobie nosić przez dziesiątki lat. 
To jest książka dokument, książka pomnik i książka pamiętnik. Może zabrzmi to pompatycznie, ale ta książka z twarzą chłopca na okładce powinna być czymś ważnym dla całego naszego kraju. W prostych słowach, bez ogródek, bez zbędnego przekonywania o okrucieństwie opiekunów, (bo do tego nie trzeba przekonywać) strzela w serce czytelnika potwornymi wspomnieniami o losie sześcio, siedmiolatków. 
Na zakończenie dodam, że (choć to może źle zabrzmi w odniesieniu do tej książki) całość bardzo dobrze mi się czytało. Autorka ma wyjątkowo prosty styl, przez co wspomnienia naszych bohaterów nabierają trudnej do określenia ostrości. Wchodzą w duszę czytelnika niczym nóż w masło. I tak już zostają.

poniedziałek, 5 października 2020

Lockdown

To nie jest dobry czas na czytanie tej książki. Podobała mi się i to bardzo, ale nie ukrywam, że trochę mnie przygnębiła. Dlaczego? Ano dlatego, że tłem tej powieści jest wirus, ale nie koronawirus (ten nasz, obecny i w miarę oswojony) a taki bardziej paskudny, który wpływa na układ nerwowy i powoduje, że ludzkie zwłoki leżą na ulicy. To, że wirus przylazł do Polski z Chin i to, że najpierw zaatakował zachodnią Europę spowodowało, że jakoś tak odnosiłam tę fikcje literacką do naszej rzeczywistości. I to nie było fajne. Fajna natomiast była cała reszta powieści. Niewątpliwie tematyka pomogła powieści wylądować na liście bestsellerów w niejednej księgarni. Uważam że zasłużenie. 
"Lockdown" to historia Olgi - milionerki i potentatki handlowej, która samotnie wychowuje nastoletnią córkę. Kocha ja nad życie i dla niej poświęci wszystko. Dziewczyna jest bardzo mądra nastolatką, której bogactwo matki wcale nie uderzyło do głowy. Olga kocha również swoją pracę i co więcej – jest świetna w tym, co robi. Właśnie kończy swój największy projekt (Centrum handlowe Eden), kiedy spadają na nią niczym grom dwie koszmarne wiadomości. Pierwsza to to, że jej córka właśnie została porwana, a porywacz za jej uwolnienie żąda dziesięciu milionów euro. Druga to taka, że choć ma takie pieniądze na koncie, to w żaden sposób nie jest w stanie nimi dysponować. Ze względu na epidemię spowodowaną wirusem, rząd ogłasza zamknięcie wszystkiego. W czasie lockdownu wypłata pieniędzy z banku jest właściwie niemożliwa, co zmusza Olgę do poszukiwania mniej legalnych źródeł pieniędzy. Olga musi zejść do półświatka i spotkać się z osobami, z którymi w normalnym życiu nigdy by się nie spotkała. W nawiązaniu relacji pomaga jej Karol - kierowca, który okazuje się..., a nie powiem, bo szkoda psuć przyjemność odkrywania tej książki. Jeżeli macie ochotę odkryć dalszą fabułę, polecam zakupy w księgarni Tania Książka
Super powieść – szybka, prosta i niesamowicie wciągająca. Krótkie rozdziały i iście żołnierski przekaz powodują, że czyta się ją rewelacyjnie. Akcja pędzi do przodu niczym pendolino. Pochłonęłam powieść w dwa wieczory i przyznam się, że bardzo polubiłam głównych bohaterów. Twarda i nieustępliwa Olga świetnie współgrała z Karolem, który czuł się w warszawskim półświatku niczym ryba w wodzie. Ten duet zdobył moje serce i mogłabym zagubić się z nimi w kolejnych tomach powieści. 
Teraz o jednym malutkim minusiku. Przeszkadzały mi w lekturze dziwne wstawki o zupełne przypadkowych ludziach. Miały one na celu (chyba) ukazać, jak bardzo zjadliwy był wirus, który zaatakował Europę. Kilka króciutkich scenek o umierających ludziach w moim wypadku nie spełniło swojej roli. Początkowo myślałam, że gdzieś w połowie książki wszystkie postacie, (które przeżyły) się spotkają, ale kiedy zrozumiałam, że te króciutkie scenki mają się nijak do fabuły najchętniej bym je omijała. Drażniły mnie niepomiernie i przyznam się, że psuły mi zabawę związaną ze śledzeniem perypetii Olgi i Karola. 
Mimo tego uwierzcie mi, że warto sięgnąć po "Lockdown". To powieść, która uświadamia czytelnikowi, że nic nie jest wieczne, a świat, który znamy, może w ciągu jednej doby stanąć do góry nogami. I nie należy się poddawać tylko trzeba walczyć, aby normalność jak najszybciej wróciła w nasze progi.


piątek, 25 września 2020

Mój balet

"Mój balet" to najpiękniejsza książka, jaką przyszło mi ostatnimi czasy czytać. Czytać, przeglądać, wertować, podziwiać... nie jest to bowiem pozycja, z którą należy usiąść i przeczytać od deski do deski. To nowość na rynku wydawniczym, która naprawdę przyciąga wzrok. Z tą książką należy postępować tak: najpierw popatrzeć podotykać, pogłaskać, powąchać... następnie delikatnie otworzyć okładkę i pobieżnie przejrzeć ilustracje. Dlaczego pobieżnie? Ano dlatego, że "Oglądacz" już po kilku stronach orientuje się, że każda kolejna strona, to coraz to piękniejsze zdjęcia. Zapewniam Was, że gdy tylko skończycie oglądać po raz pierwszy, wrócicie do początku i znowu będziecie wertować, czując niedosyt i ogromną chęć napawania się detalami. Następnie nasz Oglądacz zamieni się w Czytacza i zacznie składać literki w całość. Z tego składania wyłoni się przepiękne i delikatne uzupełnienie ślicznych pastelowych zdjęć. Autorka - Pani Aneta Wira-Ostaszyk - jest tancerką zespołu Polskiego Baletu Narodowego. Wydawałoby się, że od tancerki do autorki książki daleka droga. Też tak myślałam, dopóki nie zajrzałam na bloga Pani Anety. Zajrzyjcie, bo naprawdę warto. Po lekturze bloga stwierdziłam, że jak ktoś ma zacięcie tak wspaniale pisać o swojej pasji i to od ponad sześciu lat, to rzeczywiście czas już na książkę. 
To teraz trochę o zawartości. Książka w bardzo ciepły i przystępny sposób przybliża nam codzienność baletnicy. Ale to nie wszystko. Czytelnik może zobaczyć, jak z brzydkiego kaczątka rodzi się łabędź. Poznamy kulisy pracy w szkole baletowej, dowiemy się, jak to jest żyć w bursie, zajrzymy za kulisy, a nawet dowiemy się, że wszędzie zdarzają się wpadki i gafy. Nieprzewidziane zmiany w scenografii, kontuzje, albo... 

Pamiętam spektakl, którego częścią były wymowne projekcje wideo, uzupełniające treść. Pod koniec pierwszego aktu coś się zawiesiło, jak to się czasem zdarza z komputerami. Tańczyliśmy więc... z wielkim napisem "Windows" w tle. Na szczęście w drugim akcie wszystko było już, jak trzeba. 


Takich historyjek - dykteryjek jest w książce więcej i to one nadają świetny klimat całości. 
Ostatnie trzy części były dla mnie najmniej atrakcyjne, ale rozumiem sens ich umieszczenia w książce. Dzięki nim "Mój balet" stanowi integralną całość, która wydaje się dziełem skończonym i idealnym. "Podstawy baletu", "Historia baletu i "Słynne balety" może nie zostały przeczytane przeze mnie od deski do deski, ale zapewniam Was, że warto się w nich choć trochę zagłębić. Dowiedziałam się na przykład, że "Jezioro Łabędzie" to balet, w którym (wg interpretacji Matthew Bourne'a) role łabądków grają mężczyźni. Chciałabym to zobaczyć. 
Podsumowując - warto zapoznać się z książka tak piękną, że dech zapiera, a i zawartość merytoryczna zachwyci niejednego czytelnika. 



piątek, 18 września 2020

Na dzielenie sposób nowy, samo wchodzi do głowy.

Dawno, dawno temu, w moje ręce wpadła książka pt. "Na tabliczkę sposób nowy, sama wchodzi do głowy". To były czasy, kiedy moja Starsza (obecnie licealistka) naprawdę nie mogła sobie poradzić z niektórymi działaniami. Siedem razy osiem było nie do przeskoczenia i w żaden sposób nie można było zapamiętać, że wynik tego działania to pięćdziesiąt sześć. Ta książeczka pomogła. A w jaki sposób? Wierszykiem! 

Ile mała mrówka może listków nieść?
Siedem razy osiem to pięćdziesiąt sześć.

Uwierzcie mi, że to niesamowity sposób. Oczywiście nie można liczyć na to, że każde działanie zapamiętamy, wkuwając wierszyk. Na to po prostu szkoda czasu. Ale te trudne... 
Teraz nie mam potrzeby pomagania sobie, ani najbliższym wierszykami, ale z czystej ciekawości zerknęłam do bliźniaczej książeczki, tyle że traktującej o dzieleniu. I jestem zachwycona. Dzielenie z zasady jest troszkę trudniejsze do zapamiętania i tu – patrząc wstecz na edukację mojej córki - chyba więcej wierszyków byłoby w ruchu. Na szczęście moje dzieci nie potrzebują już wierszykowej pomocy, a ja z czystą przyjemnością mogłam czytać wierszykowe „podpowiadanki”, nie stresując się ich przydatnością do użycia w szkolnym życiu pociech. 
Każda rymowanka daje nam świetny sposób na zapamiętanie wyników konkretnych działań. Nie są one już takie wprost, bo też i dzielenie jest trudniejsze niż mnożenie. Autor musiał wykazać się większą pomysłowością, niż przy pierwszym tomiku, a odbiorca musi trochę pogłówkować (choć nie ukrywam, że jest to bardzo przyjemne). Każde działanie jest opatrzone ilustracją, co uprzyjemnia naukę i pobudza wyobraźnię. Zresztą zobaczcie sami. 


Cudowna książeczka, będąca niezawodną pomocą dla małych matematyków. 

czwartek, 17 września 2020

Franka. W obcym domu.

Oleńka. Panienka z Białego Dworu" bardzo mi się podobała. Wiedziałam że wydawnictwo Prószyński wyda drugi tom, ale z niewiadomych mi przyczyn, w zalewie codzienności, gdzieś temat mi uciekł. Kiedy - zupełnie przypadkiem - w moje ręce wpadła powieść pt. "Franka. W obcym domu" w ogóle tych dwóch książek nie skojarzyłam ze sobą. Nie wyobrażacie sobie jak się ucieszyłam, kiedy zorientowałam się, że trzymam w rękach drugi tom "Oleńki...". To była prawdziwa niespodzianka. 
Kiedy spotykamy naszą Panienkę z białego Dworu nie jest ona już Oleńką, a Franciszką Wyrobek – chłopką, która dla sąsiadów będzie odtąd Ignacową Możejko albo Kowalową, a dla swojego męża – Szurą. Nie ulega wątpliwości, że jej postępowanie nie jest podyktowane miłością do Ignacego. Wyszła za mąż po to, aby ratować swoje dzieci - to prawdziwe, czyli Marysię i przygarniętego chłopczyka. Los nie oszczędził France niczego. Zaznała przemocy ze strony męża, rozpaczy po utracie bliskich i złudnej nadziei, że idzie ku lepszemu. Została skazana na poniewierkę po wschodniej części Europy. Nieraz głód i śmierć zaglądały jej w oczy, często nie widziała nadziei na przeżycie kolejnego dnia. Trzymała ją w ryzach miłość do dzieci, których miała coraz więcej. Zawierucha wojenna z wielu dzieci czyniła sieroty, a Oleńka nie miała zamiaru zostawiać krewniaków w potrzebie. Pod koniec powieści miała ich już szóstkę…. 
Tłem dla powieści jest I wojna światowa, nietrudno więc wyobrazić sobie, co spotykało kobietę w trakcie poniewierki. Większość mężczyzn została pognana na front. Trudne czasy i zabory spowodowały, że często Polak był zmuszony strzelać do Polaka. Większość wsi właściwe została zrównana z ziemią. Franka, po wielu perypetiach, trafia do szlacheckiego dworu na Kresach, gdzie w końcu zaznaje nieco spokoju. Niedługo jednak ma szczęście cieszyć się nim, co więcej – opis tego, co spotyka ją i jej rodzinę z rak Ukraińców wstrząsnęła mną dogłębnie. Franka wraz ze swoimi bliskimi uchodzi cało z opresji, a los – jakby chcąc jej wynagrodzić wszystko, co złe - szykuje dla niej wspaniałą niespodziankę. 
Przyznam się, że drugi tom dużo bardziej mnie pochłonął niż pierwszy. Tu działo się naprawdę wiele. Niespokojne, wojenne czasy były przyczyną tego, że Franka nie zaznała ani chwili spokoju. Przeganiana z kąta w kąt, nie ma chwili na złapanie oddechu. 
Czytelnik, obok losów Franki, może śledzić również losy innych barwnych postaci. Róża i Ksawery (rodzeństwo Oleńki) Hipolit i jego córka, Józia… czytelnik ma do wyboru całą gamę charakterów, których losy są naprawdę barwne. Szacunek mój wielki dla autorki za to, że w tym gąszczu nie pogubiła się i nie dopuściła do żadnych nieścisłości. Przynajmniej ja nie zauważyłam. Powieść czytało mi się wspaniale. Gładko, przyjemnie, z wypiekami na twarzy. Jedynie zakończenie – cóż, bardziej zachęcić do oczekiwania na trzeci tom nie było można. Jestem bardzo, ale to bardzo ciekawa, jak potoczą się losy Franki – Oleńki w niepodległej już Polsce. Czasy nadal ciekawe, więc myślę, że będzie się działo! 

Zanim zamkniemy drzwi

To jest taka powieść, którą czyta się w jeden dzień. Zasiadłam z książką pewnego dnia o poranku i ograniczała mnie jedynie godzina 15.00, kiedy to miałam stawić się u moich dzieci w szkole. Chwilę przed wyznaczoną godziną przeczytałam ostatnie zdanie powieści i czułam, że właśnie połknęłam kawał dobrej, psychologiczno–obyczajowej prozy. To była wspaniała podróż przez życie bohaterów, ich uczucia wzloty i upadki. Niesamowita lekcja pokazująca, jak łatwo można zepsuć to, co dobre i jak trudno to naprawić. 
Olga, to zgorzkniała emerytka, którą poznajemy jako straszną zołzę. Już na pierwszych kartach książki widzimy, ile żalu i frustracji w niej drzemie. Te złe emocje skierowane są przede wszystkim przeciw Karolowi – spokojnemu i kulturalnemu starszemu Panu, mającemu pecha być mężem Olgi. Wprawdzie po pewnym czasie poznamy przyczynę tych negatywnych uczuć, ale jeszcze nie teraz. Ich córka Marta dużo lepiej dogaduje się z ojcem. W kontaktach z matką zaciska zęby i modli się o koniec spotkania. Jej mąż, Maciek również nie daje kobiecie powodów do radości. Niby wszystko jest dobrze, ale brakuje tej skry i namiętności. Coś się nie układa, coś kuleje, a wzajemne żale i frustracje nie pozwalają cieszyć się życiem. Wszystko się zmienia w chwili, kiedy do mieszkania nad Olgą wprowadza się przemiły, młody człowiek. Wprowadza on do powieści kilka ciepłych chwil nawiązując relację zarówno z matką, jak i córką. Koniec jest zaskakujący, a czytelnik dochodzi do wniosku, że nie zawsze to, co się wydaje białe, w rzeczywistości jest białe. Nieraz warto zaufać swojej intuicji, a nie polegać na zdaniu ledwo co poznanego człowieka. 
Powieść jest trudna. Tu nie ma różowego tła i happy endu w zwykłym rozumieniu tego zwrotu. Mamy sporo negatywnych emocji i trudność z wykrzesaniem sympatii do głównych bohaterek. Często ich działania powodują zdumienie czytelnika i niedowierzanie, że można postąpić tak nierozważnie. Nie ma emocjonalnego wytchnienia podczas lektury. Postępowanie bohaterek ciągle wywoływało moją frustrację, ale właśnie dlatego nie mogłam oderwać się od tej książki. Byłam ciekawa, czy ten trend pakowania palca w ogień się utrzyma. Czy naprawdę człowiek jest tak destrukcyjny i nie zauważa tego, co ma przed nosem, patrząc i szukając tego samego gdzieś w oddali? 
„Zanim zamkniemy drzwi” to powieść o emocjach, frustracji i błędnych wyborach, ale warto się przy niej zatrzymać. Przecież nie wszystko musi być cukierkowe. Życie nie jest cukierkowe, co więcej – często jest właśnie szare i zupełnie zaskakujące. Warto nieraz przeczytać powieść, która pokaże, jak ważne jest to, aby ze sobą rozmawiać. Jak ważne są zwykłe, ciepłe słowa skierowane do bliskich. Jeden uśmiech może tyle zmienić…

Wilczyca. W pogoni za wolnością

Kompletnie nie wiem jak podejść do recenzji tej powieści. Jestem rozdarta pomiędzy oceną fabuły i naprawdę niezłej historii, jaką powieść przedstawia, a niezbyt odpowiadającym mi piórem autorki powodującym, że książka nabiera takiego reporterskiego sznytu, nie do końca mi odpowiadającego. Do tego powieść jest niespójna i pomija wiele aspektów, które dla wiarygodności całości powieści są niezbędne. Ale zacznijmy może od tego, z czym czytelnikowi przyjdzie zmierzyć się podczas lektury. 
Kiedy poznajemy Karolinę, jest ona młodą, zrozpaczoną dziewczyną, za którą lada chwila mają zamknąć się bramy więzienia. Płacze za utraconą wolnością, pozostawioną pod opieką babci małą córeczką i nad zmarnowanymi szansami. Jak do tego doszło, że trafiła do więzienia? O tym mówi pierwsza część powieści. Karolina, jako dziecko, wychowywała się w wielkim domu, otoczona drogimi przedmiotami, służbą i wszędobylską agresją matki. Nie było dla dziewczyny spokojnego dnia, ani nocy. Regina była – jak dla mnie – chorą psychicznie sadystką, która znęcała się nad własną córką. Biła ją łyżką do butów, kopała, a nawet wyrzucała z domu. Dziewczynka tułała się z kąta w kąt, zagubiona i nieszczęśliwa. Z wiekiem zaczęła uciekać z domu i spędzać więcej czasu w gdańskich klubach. Tam zawierała znajomości... różne znajomości, prowadzące ją do różnych poczynań, nie zawsze legalnych. Pierwsza scena (przed bramą więzienia) chronologicznie powinna znaleźć się gdzieś w połowie książki. Dalej poznajemy życie Karoliny w więzieniu oraz jej dalsze losy, już po wyjściu zza krat. 
Ta powieść to bajka o współczesnym kopciuszku. To opowieść o dziewczynie, która zadaje się z mafią, krzywdzi innych ludzi, a mimo to osiąga sukces. Jej bogaty tatuś wyciąga ją z więzienia i nie ma w dalszej części powieści ani słowa o tym, czy poniosła konsekwencje za swoje czyny. Jedynie dowiadujemy się, że w chwili wyjścia z więzienia do rozprawy jeszcze daleka droga… i to koniec tematu. Nie chciałabym, aby moja nastoletnia córka dorwała tę powieść. Przekaz z niej płynie taki: Szybko żyj nawet kosztem innych i pamiętaj, że szczęście mogą Ci przynieść jedynie pieniądze. Dla nic powinnaś zrobić wszystko, bo są w życiu najważniejsze. 
Drażniła mnie niepomiernie główna bohaterka. Najpierw prześladowana przez własną matkę nigdzie nie szukała pomocy. Nie do uwierzenia jest postawa ojca, który widząc los swojej córki, w ogóle nie reaguje na krzywdę. Tak samo inni – rodzicie przyjaciółki, gosposia, nauczyciele... mało to wiarygodne. Kiedy Karolina dorosła, zbratała się z półświatkiem przestępczym i bez żadnych oporów krzywdziła innych ludzi. Co więcej - nie poniosła za swoje czyny żadnych konsekwencji. A już jej życie „po areszcie” w ogóle do mnie nie przemawia. Karolina bez żadnych wyrzeczeń i działań zamienia je we wspaniałe i dostatnie, wypełnione kwitnącym interesem i kochającą się rodziną. Tak to przynajmniej przedstawia autorka. I kolejne przesłanie: Nie ucz się, nie pracuj, bo nic z tego nie będziesz miała! Jakoś mnie to nie przekonuje, wręcz drażni wszędobylski brak konsekwencji. Bohaterka uczęszcza do elitarnej szkoły dla zdolnej młodzieży, ale nikt z grona pedagogicznego nie interesuje się jej losem. Pragnie się usamodzielnić, ale nie kiwnie palcem, żeby znaleźć uczciwą pracę. W ogóle nie czuje skruchy za przestępstwa których się dopuściła. Niesamowite prawda? No właśnie. Niektóre zdarzenia następują jak dar dobrej wróżki - po prostu są i już. 
Podobno jest to historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, ale ja uważam, że to trochę naciągane stwierdzenie. Inaczej – sama historia jest bardzo ciekawa i jeżeli rzeczywiście na świecie jest istota, która przeżyła tyle, co Karolina, to należą się jej brawa za upór w dążeniu do celu. Nie umniejsza to faktu, że sposób przedstawienia tej historii przez autorkę zupełnie do mnie nie trafił. Te niedociągnięcia i brak konsekwencji bardzo gryzą się z reporterskim charakterem książki, który sugeruje, że historia, choć w części jest prawdziwa. A nie jest, a przynajmniej absolutnie nie daje w siebie wierzyć. 
Trudno ocenić tę powieść dobrze, jeszcze trudniej źle. Ale po drugi tom na pewno nie sięgnę. 

Do boju! Jak w skrajnych sytuacjach pozostać w jednym kawałku, zachować zmysły i nie złapać infekcji

Kilka lat temu czytałam książkę pt. "Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków". Uśmiałam się jak norka, a do tego - już zupełnie na poważnie - dowiedziałam się kilku bardzo ciekawych nowinek na temat... nieboszczyków. Potem przyszedł czas na "Bzyk Pasjonujące zespolenie nauki i seksu". Tu też było wesoło, choć trochę inaczej niż przy Sztywniaku. Bo śmiech śmiechem, ale były też chwile zastanowienia, co zrobić ze zdobytą wiedzą. Nad lekturą najnowszej książki nawet się nie zastanawiałam. Łykałam kolejne strony jak młody pelikan, choć tytuł mnie trochę przystopował, wskazując na tematykę wojskowo - militarną. Niepotrzebnie się przestraszyłam, bo Mary Roach każdy problem przedstawi tak, że lektura książki jest świetną zabawą. 
"Do boju! Jak w skrajnych sytuacjach pozostać w jednym kawałku, zachować zmysły i nie złapać infekcji" - tak brzmi cały tytuł. Dość przydługi, ale wiernie oddaje to, o czym autorka pisze. Mary Roach dotyka prawie każdego tematu, który przyjdzie nam do głowy w związku z wojskiem. Od munduru poczynając, poprzez broń, łodzie podwodne, ludzkie odruchy, choroby grożące żołnierzom podczas wojny - na amputacjach i śmierci kończąc. Czytelnik dowiaduje się, że stworzenie wygodnego i praktycznego munduru wiąże się z milionowymi nakładami finansowymi, pracą setek naukowców i doświadczeniami rodem z najbardziej skomplikowanego laboratorium technicznego. Dowiemy się również, jak bardzo marynarzom łodzi podwodnych dokucza brak światła dziennego, jak jest im ciasno i co robią, żeby pozostać przy zdrowych zmysłach. Dowiemy się, jak walczyć z biegunką, i że jest to przypadłość, przez którą niejeden wielki dowódca przegrał bitwę. Autorka pokazuje nam jak ważna jest walka ze zbyt wysoką temperaturą powietrza i jak ważne jest to, aby nasz organizm prawidłowo się pocił. W szoku byłam, kiedy czytałam o tym, że wielu żołnierzy traci podczas wojny penisy i że można je zrekonstruować i doprowadzić do tego, aby żołnierz wrócił do w miarę sprawnego życia seksualnego. Rodzi to pewne wątpliwości natury etycznej, bo czy dziecko spłodzone podczas takiego stosunku jest dzieckiem tego żołnierza, czy też mężczyzny, którego organ został przeszczepiony? 
Świetna książka, którą czytałam z ogromną ciekawością, a przysłowiowa szczęka co i rusz z hukiem spadała na podłogę. Autorka przekazuje zdobytą wiedzę w bardzo ciekawy i dostępny sposób, co jeszcze bardziej wzmaga w czytelniku chęć poznania wojskowych nowinek. Jeżeli dodamy do tego wyjątkowo dowcipne pióro autorki, otrzymujemy dzieło quasi popularno-naukowe, ale za to wyjątkowo ciekawe i porywające. Bardzo podobał mi się rozdział, w którym autorka pokazuje czytelnikowi, jak bardzo stres przeszkadza w pracy sanitariuszom. Wykonują oni pewne czynności podczas ćwiczeń po tysiąc razy, a mimo to w sytuacji stresowej potrafią stracić głowę i nie poradzić sobie z najprostszymi czynnościami, które w normalnych warunkach zrobiliby z zamkniętymi oczami. Świetny był też rozdział o bieliźnie i o tym, że w tej kwestii w wojsku Panie są problemem…, ale tylko dla Panów. 
Świetna książka. Jeżeli macie ochotę na spory zasób wiedzy podany w sposób dowcipny i prosty, to ta książka jest dla Was. To naprawdę podróż w nieznane oblicza wojny, które - dzięki Mary Roach - nabierają trochę ludzkiego oblicza.

piątek, 11 września 2020

Dom sekretów

Są takie książki, po lekturze których mam ochotę wsiąść do pociągu i odwiedzić miasto będące miejscem opisywanych zdarzeń. Wołała mnie już Warszawa po lekturze "Kamienicy przy Kruczej", wołał Poznań po całej serii Jeżycjady, czy też Bieszczady po lekturze książki pt. "Koniec świata". Dobrze, że mieszkam w Szczecinie, bo "Sedinum" niesamowicie do mnie przemawiało swoimi opowieściami o masonach, podziemnych korytarzach i starych, szczecińskich kamienicach.
Teraz na tapecie mam Łódź, a to za sprawą książki pt. "Dom sekretów". Łódź niewiele ucierpiała w czasie wojny, choć może mieszkańcy Łodzi na to stwierdzenie się obruszą... To napiszę inaczej. W porównaniu do innych polskich miast, Łódź nie ucierpiała bardzo. Pozostało wiele nienaruszonych kamienic, które często w swoich murach kryją niesamowite sekrety i tajemnice. Z tego faktu skorzystała autorka i utkała na tej kanwie świetną powieść – „Dom sekretów”.
Przy ul. Piotrkowskiej stoi kamienica. Piękna, stara, pamiętająca czasy międzywojenne. To właśnie w tym okresie, na podwórku tej kamienicy spotykają się cztery tak odmienne rodziny: żydowska, polska, niemiecka i rosyjska. Poznajemy rodzinę Goldmanów, córkę fabrykanta Annę Wilhelminę wraz z córką Różą, kolorową Królową, szwaczkę Andzię, stolarza i jego syna i wielu innych. Każda z tych osób wyjątkowa, każda bardzo charakterystyczna. Autorka postarała się jak najwierniej oddać realia tamtej epoki, dzięki czemu uczyniła z tego wątku małe historyczne cacko. Czyta się wyśmienicie, a wyobraźnia działa na wysokich obrotach. Naprawdę wysokich. Cała ówczesna Łódź była tyglem narodowościowym, w którym przeplatały się różne języki i kultury. Cudowna była ta tolerancja i życie obok siebie, ramię w ramię, przedstawicieli tak różnych kultur.
W czasach współczesnych też dzieje się ciekawie. Młoda doktorantka historii postanawia wynająć pokój w tej właśnie kamienicy. Trafia do mieszkania pani Sabiny, która przez ścianę sąsiaduje z młodym, chłopakiem - Filipem. Odziedziczył on mieszkanie po swojej ciotce. Co łączy Dorotę i Filipa? Otóż zwłoki znalezione w schowku, w ścianie mieszkania Filipa oraz tajemnicza szkatułka. Aby rozwiązać zagadkę znaleziska, muszą odszukać dawnych mieszkańców kamienicy i poznać ich losy.
Po lekturze książki wniosek nasuwa się jeden: Nasz świat jest bardzo malutki....
Fabuła książki prowadzona jest dwutorowo, jednak jest jeden bohater, który przewija się i tu, i tu. To Łódź. Specyficzny klimat i cudowny nastrój tego miasta płynie z każdej literki i pochłania czytelnika. To miasto musi być wspaniałe. Zresztą potwierdza to moja córka, która chwilkę tylko była w Łodzi (dwa tygodnie ferii) a wróciła zakochana po uszy.
Ale wróćmy do powieści. Ujął mnie wątek międzywojenny, który w bardzo urokliwy sposób ukazuje to, jak ludzie wtedy żyli, w co się ubierali i jakie problemy ich męczyły. Oczywiście losy głównych bohaterów plotą się nieustannie, ale autorka nie omieszkała wrzucić między nie kilku historycznych ciekawostek i niuansów.
Piękna to powieść – pełna emocji, radości i smutków. Wojennych rozpaczy i powojennych tajemnic. Miłość przeplata się z tragedią rozłąki a nienawiść z uczuciem przyjaźni i wierności. Czyta się jak wspaniałą bajkę dla dorosłych i tylko gdzieś w tyle głowy kłuje myśl, że to taka nie do końca bajka… Polecam.

czwartek, 10 września 2020

Książka kucharska dla miłośników serialu "Przyjaciele". Ten, w którym są wszystkie przepisy.

Na wstępie zaznaczę, że sięgnęłam po tę książkę kucharską nie dlatego, że jestem miłośnikiem wytwarzania kuchennych smakołyków. Absolutnie nie. Do sięgnięcia skłoniła mnie obsesyjna wręcz miłość do serialu "Przyjaciele". Uwielbiam poukładaną Monikę Geller, szaloną Phoebe, czy też postrzeloną Rachel. Męscy bohaterowie też mnie urzekli - trochę gapowaty Ross, dziecinny i niedojrzały Joey, no i oczywiście ostoja męskości (choć nieco karykaturalna) - Chandler. Uwielbiam ten serial i mogę go oglądać nieustannie. Niezmiennie poprawia mi humor i sprawia, że świat jest odrobinkę lepszy. Nic więc dziwnego, że z radością przywitałam książkę pt. „Przyjaciele”. Przeczytałam z wypiekami na twarzy i uznałam, że jest super. Teraz radość sprawiło mi wydawnictwo Prószyński i spółka, wydając książkę z przepisami inspirowanymi wydarzeniami z „Przyjaciół”. 
151 stron i 74 przepisy na kuchenne wspaniałości na pewno uradują niejednego domowego kucharza. Zwłaszcza, że przepisy są proste i zaprezentowane w bardzo przejrzysty sposób. Oczywiście dla miłośników serialu książka ma drugie dno. Odbiorca kulinarny znajdzie przepis na ciasteczka babuni, a miłośnik serialu zaraz będzie miał przed oczami rozpacz Phoebe, kiedy okazało się, że przepis babuni spłonął w pożarze mieszkania. Następnie nasz "miłośnik serialu" uśmiechnie się wspominając niezliczoną ilość partii ciastek pieczonych przez Monikę, która postanowiła odtworzyć przepis. 


Kolejny przykład? Proszę bardzo! Awaryjne grzanki. Grzanki jak grzanki, ale wystarczy dopisek o nieudanej potrawie z indyka z okazji Święta Dziękczynienia i już "miłośnicy” widzą Joey’a, z wielkim indykiem na głowie. Zapewniam Was - tak jest z każdym przepisem. Żałuję tylko, że w ramach dodatku nie ma kulinarnych wpadek bohaterów. Na przykład deser Rachel - angielski warstwowy trifle. Na skutek sklejenia się dwóch stron książki kucharskiej powstaje przekładaniec, na który składają się biszkopty, maliny, krem i... wołowina z groszkiem. Oczywiście Joey nawet taką hybrydą nie pogardził stwierdzając, że jeżeli wszystkie składniki osobno są dobre, to wymieszane też muszą być dobre. No i oczywiście Dżem! Był odcinek pt. "Ten z dżemem" i w książce również jest przepis na pyszny dżem. 
Przeglądałam i piszczałam z radości, kiedy któryś przepis przypominał mi konkretny odcinek. A nawet jeżeli nie przypomniał, bo takie też się zdarzały, to i tak przyjemność z wertowania stron jest ogromna. Książka jest bardzo ładnie wydana i naprawdę robi wrażenie. Podzielona jest ona na pięć rozdziałów: Coś na ząb, Na lunch z Przyjaciółmi, Na obiad i kolację z Przyjaciółmi, Na deser z przyjaciółmi, Drinki i Napoje. Każdy znajdzie tu coś dla siebie i zapewniam Was, że nie chodzi tylko o przepisy. To podróż do kultowego serialu lat 90, który wywoływał uśmiech na wielu twarzach. 



środa, 9 września 2020

Pałac w Moczarowiskach

Bardzo, ale to bardzo mi się podobało! Pani Ulatowska zawsze zabierała mnie w piękne podróże – do pensjonatu Sosnówka czy też do warszawskiej kamienicy przy ul. Kruczej, ale ta powieść urzekła mnie wyjątkowo. To lektura iście bajkowa, która porywa czytelnika do pięknego miejsca, aby mógł spotkać tam arcyciekawych ludzi. Powieść pełna tajemniczości, ludzkich cierpień, a jednocześnie miłości i wiary w to, że w każdym z nas można znaleźć coś dobrego.
Pałac w Moczarowiskach jest miejscem wyjątkowym. Właściciel pałacu, hrabia Ignacy Sęp – Moczarowski, zorganizował tam swoistego rodzaju elitarny pensjonat, w którym goście mogą przenieść się do XIX wieku. Każdy z pensjonariuszy ma do wyboru całą gamę strojów, nie ma możliwości korzystania z telefonów, a o dostępie do Internetu czy telewizora można tylko pomarzyć. Każdy gość, za pociągnięciem odpowiedniej szarfy może wezwać służbę lub kucharza. Sam zamek również jest pełen tajemnic, tajnych przejść i mrocznych zagadek z przeszłości. Goście pałacu to przede wszystkim bardzo bogaci ludzie, do których hrabia nie pała zbytnią sympatią. Na szczęście przypadkowo trafiają do niego zwykli śmiertelnicy, których w normalnych okolicznościach w życiu nie byłoby stać na pobyt w pałacu. Przyjeżdża Magda, dla której życie skończyło się w chwili, gdy została oskarżona o plagiat. Tak przynajmniej myśli. Przyjeżdża Julian, który chwilowo musi ukryć się przed światem. Poznajemy również Leokadię, będącą charyzmatyczną Panią marzącą o chwili wytchnienia. W zupełnie odmienny sposób (a mianowicie przez parkan) przybywa również do Pałacu w Moczarowiskach Huck Finn..., a właściwe to Nikodem..., przepraszam Weronika..., długo tłumaczyć. Pomysłowość i talent autorów do snucia fabuły przekracza wszelkie granice. Powieść czyta się fenomenalnie, szałowo i cudownie. Losy naszych bohaterów plotą się i zazębiają, a czytelnik zaciska pięści, trzymając kciuki za powodzenie snutych planów. Wisienką na torcie jest kamerdyner Onufry, który swoją kwiecistą mową dodaje uroku całej powieści. Pokładałam się ze śmiechu czytając takie oto perełki:

Pan hrabia Ignacy Sęp-Moczarowski herbu Topór poruczył niegodnym mym strunom głosowym wyartykułowanie zaproszenia dla panicza Nikodema na podniosłą uroczystość podniebienną w jego prywatnej sali jadalnej na Zameczku.

albo:

Zdarzali się li goście, co nie chcieli tu dolnych członków postawić, a kiedy życzeniem jakiego było w swej cielesności noc tuże spędzić, na hazard wystawiwszy życie swoje, ten nigdy więcej widziany nie był.

Wspaniałe, nieprawdaż?
Każdy bohater powieści - a jest ich naprawdę sporo – ma wyjątkowo wyrazistą i barwną duszę. Każdy budzi w czytelniku sympatię i zmusza do gorącego kibicowania jego zamierzeniom. Nawet dzik o trzech nogach, o imieniu Piotruś, budzi ogromną sympatię.
Czytałam jak oszalała, rankami i wieczorami. Kiedy dotarłam do końca bardzo żałowałam, że powieść się skończyła i moja podróż do Pałacu w Moczarowiskach dobiegła końca. Tu nawet nie chodzi o to, że chciałam poznać, jak potoczą się losy bohaterów. Samo czytanie tej powieści sprawiało mi dziką przyjemność. Mam wrażenie, że gdyby duet Ulatowska - Skowroński mieli za zadanie ułożyć instrukcję obsługi sokowirówki, byłaby ona naprawdę poruszającym i ciekawym utworem.
Podróż do Pałacu na długo pozostanie w moim sercu i w mojej pamięci. Pokochałam Nikę i Pawełka, szczerze kibicowałam Magdzie i Leo, nawet drobny oszust Julian zamieszkał w kąciku mojej duszy. Po cichutku mam nadzieję, że ukaże się II tom, jako że na to wskazuje zakończenie powieści. Byleby szybko.