czwartek, 7 września 2017

Przeszłość

Są takie książki, przez które przemykamy niczym łyżwiarz na lodzie; szybko i beznamiętnie. Są takie, które czytamy równie szybko, ale z pasją i zaangażowaniem. Te zostawiają po sobie wyrwę w duszy i wiele emocji. Są też takie, które czytamy niespiesznie, smakując słowa i opisy w niej zawarte. Każdy rodzaj lubię, każdy szanuję i każdy mnie zachwyca. Problem mam tylko wówczas, gdy spodziewam się czegoś innego, niż zostało w rzeczywistości zawarte między okładkami. Tak właśnie było z "Przeszłością". 
Wyobraźcie sobie piękną, angielską wieś, otoczoną polami, lasem i niezbadanymi, mrocznymi zakamarkami przyrody. Na uboczu takiej wsi stoi sobie dom, w którym czas się zatrzymał. Nie ma tu zasięgu telefonii komórkowej, a o internecie można tylko pomarzyć. Cisza i spokój zostają nagle zmącone przez przybycie czwórki rodzeństwa, dla których wakacje w tym miejscu są powrotem do dzieciństwa. W domu zamieszkiwali ich dziadkowie, a chwile tu spędzone na pierwszy rzut oka wydają się sielankowe i radosne. Okazuje się jednak, że czwórka rodzeństwa to cztery zupełnie inne charaktery. Każdy z nich jest na swój sposób pokiereszowany przez życie. Wspólne wakacje stają się dobrą chwilą na wyciągnięcie na światło dzienne tajemnic zgromadzonych w najmroczniejszych zakamarkach duszy. 
Powieść składa się z trzech części. Pierwsza wprowadza nas w dusze i charaktery naszych bohaterów. Pokazuje, jacy są połamani i pokiereszowani przez życie i los. Samotność, brak pewności siebie, lub też po prostu smutek wyzierają z dusz naszych bohaterów. W kolejnej części cofamy się do przeszłości i poznajemy zdarzenia, które w ten czy inny sposób przyczyniły się do  tego, jak wygląda "dziś". Kiedy ponownie wracamy do teraźniejszości, zupełnie inaczej patrzymy na zachowania rodzeństwa. Czytelnik jest bogatszy o wiedzę z przeszłości i ocenia niektóre zachowania już nie tak obiektywnie lecz przez pryzmat tego, co było.
To jest powieść, którą należy się delektować. Autorka posiada dar snucia opisów ubierając je w ciepłe barwy i magiczne słówka. Nastrój angielskiej wsi aż wylewa się z poszczególnych stron. Jest spokojnie, nostalgicznie, czasami zaskakująco, a czasami wręcz nudno. Ale nie jest to nuda związana z fabułą, ale taka nuda, która pozwala na odpoczynek i kontemplację. 
Piękną książkę  popełniła Tessa Hadley, jednak to piękno zostało trochę zbrukane przez "zajawki" i opisy poprzedzające moment ukazania się powieści w księgarniach. Ich nastrój i brzmienie wskazuje, że podczas lektury będziemy mieli do czynienia przynajmniej z lekką sensacją. Tymczasem nie tędy droga. Myślę, że z tego wynikają niezbyt wysokie oceny powieści. Gdyby czytelnik był nastawiony na sielską i powolną podróż przez zawiłości ludzkiej psychiki, to zupełnie inaczej podszedłby do "Przeszłości". A tak pozostaje niedosyt.... 

Domino dla opornych

Młodszy jest muzykiem. Dumnie to brzmi, ale ja też jestem z tego dumna i umniejszać nie mam zamiaru. W listopadzie mijają 4 lata, od kiedy gra na skrzypcach i na swoim koncie ma już kilka sukcesów. Dlaczego to piszę? Otóż powszechnie wiadomym jest, że muzyka z matematyką idą w parze, a mój synek jest tego najlepszym przykładem. Bawi się matematyką z wielką przyjemnością, rozwiązuje przykłady, zadania i zagadki, a każda nowa matematyczna zabawka sprawia mu wielką radość. Dlatego też dość często w ostatnim czasie gości u nas na stole domino, które jest prostą grą, znaną prawie wszystkim. Wersja z obrazkami, kropeczkami i innymi udziwnieniami jest obecna prawie w każdym domu. Nas urzekło nie takie zwykłe domino, a właśnie domino matematyczne. 
Przygodę zaczęliśmy od wersji, które pomaga dzieciom opanować sztukę dodawania. W opakowaniu znajdziemy pięć kompletów domina, co umożliwia rozgrywanie wielu rund pod rząd bez obaw, że dziecko będzie z pamięci rzucało wyniki. Minusem jest to, że nie można mieszać kompletów, ale z drugiej strony jest to zrozumiałe. Dla wygody użytkownika każdy komplet kostek jest oznaczony innym kolorem co bardzo ułatwia zabawę, a zwłaszcza sprzątanie po rozgrywkach. Jeżeli chcielibyście korzystać z domina w szkole, to zestaw pięciu kompletów umożliwia rozgrywkę dla 25 uczniów, co oznacza, że cała klasa jest zaangażowana w układanie kostek. Rewelacja. 
Trudność działań w każdym z zestawów jest naprawdę zróżnicowana. Znajdziemy zarówno "3+8" jak i "57+13". Taka różnorodność nie pozwala młodemu adeptowi matematyki na nudę, a jednocześnie daje poczucie własnej wartości, kiedy dokładanie kostek domina przy łatwiejszych działaniach idzie w tempie ekspresowym. Zabawę urozmaicać można stosując kilka wariantów gry, które w sposób bardzo czytelny zostały opisane w instrukcji. Wydawca uzmysłowił mi, że domino może być traktowane jako łamigłówka dla jednego gracza i nie ukrywam, że Młodszy bardzo polubił samodzielne układanie węża. Mamy też opisane trzy wersje gry dla dwóch graczy, oraz po jednej dla czterech lub pięciu graczy. W życiu nie przypuszczałam, że domino może mieć tyle odmian. 
Gra ma jedną wadę, a mianowicie materiał, z których wykonane są kostki do gry. Do wytworzenia poszczególnych elementów zastosowano zwykłą tekturkę, co powoduje, że kostki w rękach ośmiolatka dość szybko kończą żywot. Może z określeniem "zwykła tekturka" trochę przesadziłam, ale plastik to też nie jest. Niewątpliwie materiał, z którego wykonane jest domino ma wpływ na cenę, która jest naprawdę atrakcyjna, ale wolałabym dołożyć kilka złotych i mieć domino z trwalszego materiału. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Po zniszczeniu kilku kartoników Młodszy sam doszedł do wniosku, że można je po prostu dorobić, a właściwie to nawet można zrobić swoje domino. I zaczęła się zabawa z tworzeniem domina i wpisywaniem działań na kartoniki własnoręcznie wycięte. 
"Domino matematyczne dla opornych" dotyczące dodawania jest skierowane raczej do młodszych dzieci z pierwszych klas podstawówki. Moje dzieciaki teraz walczą z kafelkami zawierającymi przykłady dotyczące mnożenia i powiem Wam, że już nie jest tak cukierkowo :-))) Dla osób, które chciałyby pobawić się matematyką ze swoimi pociechami grając w domino dodam, że oprócz dodawania i mnożenia możemy również zakupić domina ćwiczące dzielenie i odejmowanie. Polecam serdecznie, zwłaszcza jeżeli chcecie połączyć przyjemne z pożytecznym. Przecież lepiej łączyć działania matematyczne niż słonie i żabki... :-) Zapraszam do zabawy.  

niedziela, 3 września 2017

Podręczna

To książka inna niż wszystkie. Pisana tak jakoś inaczej, opowiedziana inaczej... w ogóle wszystko jest w niej inne. Świat, ludzie, zasady i reguły życia w tej powieści stanęły do góry nogami i dodatkowo przekręciły się na lewą stronę. Aż nie do wiary, że można stworzyć tak nienormalny i niemoralny świat. 
Freda jest Podręczną. Jeżu kolczasty, nawet nie wiem jak opisać, o czym jest ta książka. No dobra, jeszcze raz. Kiedy poznajemy Fredę przebywa Ona w czymś w rodzaju szkoły, której uczestniczki szkolą się do pełnienia funkcji podręcznej. Podręczna to taki chodzący inkubator służący do wyhodowania dziecka, które następnie zostanie oddane na wychowanie. Po zakończeniu szkolenia podręczna trafi do domu swoich Panów, którzy wskutek chorób spowodowanych katastrofą ekologiczną nie mogą mieć dzieci. Podręczne mogą mieć tylko rodziny, w której Pan domu jest wysokiej rangi urzędnikiem. Losy Fredy są w "Podręcznej" jedynie haczykiem do tego, aby przedstawić społeczeństwo żyjące wg jakichś chorych, pokręconych zasad. Nie wolno czytać, książek, nie wolno słuchać muzyki, każde słowo może zostać odebrane jako niesubordynacja. Światem rządzi kasta komendantów, która łamie wszystkie ustanowione zasady. Ich żony to głupie laleczki, szczęśliwe, że los postawił je przy komendantach. Są jeszcze Marty pełniące rolę służby no i oczywiście podręczne. 
Kobiety w tym świecie właściwie nie istnieją. Nie mogą pracować, nie mają własnych pieniędzy i własnego zdania. Najgorzej mają podręczne, zobowiązane raz w miesiącu oddać się Kapitanowi, który gwałci je na oczach swojej żony. Okoliczności tego gwałtu są obrzydliwe, ponieważ chwilę przed stosunkiem  wszyscy obecni zmawiają modlitwę, a następnie Podręczna, z głową na łonie żony Komendanta, i z nim samym pomiędzy nogami, zostaje bezdusznie zapłodniona. Taką wszyscy mają nadzieję. 
Powieść tak wciąga, że nie można się od niej oderwać. Mało tu dialogów, mnóstwo opisów i przemyśleń głównej bohaterki, a mimo to książkę czyta się jak najlepszy kryminał. Szoku doznałam, kiedy okazało się, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej Freda była wspaniałą matką i ukochaną żoną. Świat był taki jak nasz - poukładany (w miarę :-)) i szanujący człowieka. I nagle trach - do władzy dorwało się kilku oszołomów i wszystko runęło jak domek z zapałek. 
Powieść została napisana w 1985 r. To bardzo dawno zwłaszcza, jeżeli uświadomimy sobie, jaki przez ten czas nastąpił postęp zarówno technologiczny, jak i społeczny. Tym bardziej przerażające wydaje się przesłanie książki, która jest bardzo aktualna w swoim przesłaniu. 
Powinien przeczytać każdy. I kobieta i mężczyzna. Ty także. Ku przestrodze. 

sobota, 2 września 2017

Miłość w czasie rewolucji

Nie ma co ukrywać, tak mistrzowsko rozbudowanej fabuły dawno nie miałam w swoich rękach. Długo w czytniku tytuł "Miłość w czasach rewolucji" przewijał się i pałętał przed moimi oczami. Tytuł wskazuje na romansidło i to nie najwyższych lotów, więc jakoś nie mogłam się przemóc. Kiedy w końcu wzięłam byka za rogi, nie mogłam otrząsnąć się ze zdumienia. Wspaniała powieść. Z jednej strony żałowałam, że tak późno po nią sięgnęłam, ale z drugiej strony wszystkie trzy tomy cyklu "Burzliwa epoka" są już przetłumaczone, więc ominęło mnie męczące czekanie na kontynuacje przygód bohaterów powieści. 
Klim Rogow jest Rosjaninem, który w bardzo młodym wieku wyjechał do Argentyny. Skłócony z ojcem nie spodziewał się, że ojciec pozostawi mu jakiś spadek. Kiedy senior rodu umiera, a wiadomość o spadku dociera do Klima, postanawia On wrócić do Rosji i uporządkować swoje sprawy majątkowe. Kiedy przyjeżdża do Niżnego Nowogrodu oczom czytelnika ukazuje się barwne, tętniące życiem miasto, pełne bogatych i szczęśliwych ludzi. Klim postanawia pozostać chwilę w mieście  i ponapawać się wspomnieniami i spotkaniami z członkami dawno nie widzianej rodziny. Na swoje nieszczęście spotyka również kobietę nie spokrewnioną z nim, w której się szaleńczo zakochuje. I w tym własnie momencie kończy się ckliwy romans, a zaczyna wspaniała powieść z wieloma świetnie nakreślonymi bohaterami, wspaniałymi opisami i rewelacyjnie przedstawionym tłem historycznym. Wszystko dzieje się bowiem w przededniu Wielkiej Rewolucji. Klim traci wszystko, jednak postanawia walczyć o ukochaną kobietę i zrobić wszystko aby wydostać się wraz z nią z opętanej szaleństwem Rosji. Na naszych oczach Rosja zmienia się, ludzie się zmieniają... wszystko się zmienia. Autorka pokazuje czytelnikowi, ile trudu musiał włożyć zwykły mieszkaniec tego kraju, aby przeżyć te okrutne czasy. Nikt nikomu nie ufał, a ten kto wczoraj był przyjacielem, dziś mógł okazać się najzagorzalszym wrogiem. 
Losy naszych bohaterów i wielu innych osób, które poznajemy podczas lektury są przedstawione w porywający sposób. Podczas czytania powieści przychodziły mi do głowy najróżniejsze porównania - od "Przeminęło z wiatrem" poczynając, a na "Rodzinie Połanieckich" kończąc. Czytelnik buja się na falach wspaniałej fabuły płacząc, radując się, opłakując zmarłych i ciesząc się z narodzin razem z bohaterami powieści. To jest takie uczucie, jakbyśmy mieli możliwość cofnięcia się w czasie i spoglądania zza szyby na przebieg wydarzeń. Niewielu autorów ma taką umiejętność snucia fabuły. Oświadczam, że Elvira Baryakina posiada tę umiejętność w stopniu mistrzowskim!
A to dopiero pierwszy tom....

piątek, 1 września 2017

Czekam na Ciebie

Mam dwie ukochane autorki. Pierwsza to Jodie Picoult, która ostatnio napisała powieść pt. "Małe wielkie rzeczy". Książka zachwyciła i potrząsnęła mną niczym landrynkami w pudełku. Druga pisarka to Lisa Scottoline, która również słynie z książek silnie naładowanych emocjami. Jej powieści też porywają niczym rwąca rzeka. No i własnie. Po zamknięciu książki pt. "Małe wielkie rzeczy", powinnam dać sobie chwilkę i przeczytać "Karolcię", albo "Dzieci z Bullerbyn", pozwalając uspokoić się myślom w głowie. A ja tymczasem szybko przesiadłam się na "Czekając na ciebie".  Z deszczu pod rynnę :-)  
Christine Nilsson bardzo długo nie mogła zajść w ciążę. Po wykonaniu miliona badań okazało się, że jej mąż Marcus, nie może być ojcem. Para jednak nie rezygnuje z marzeń o potomstwie i postanawia spróbować skorzystać z innych możliwości, jakie daje współczesna medycyna. Decydują się na skorzystanie z usług banku spermy. Cała sytuacja jest dość krepująca, ale bardzo uważnie wybierają ojca dziecka, oglądając zdjęcia i czytając opisy kandydatów. Wybierają młodego, przystojnego i ambitnego chłopaka, marzącego o studiach medycznych. Rachu ciachu i po strachu - Christine zachodzi w wymarzoną ciążę. Wydaje się, że sukces został osiągnięty i nic nie zmąci radości przyszłych rodziców. Nic bardziej mylnego. Pewnego dnia Christine, oglądając wiadomości, w schwytanym mordercy rozpoznaje dawcę, którego pamięta ze zdjęć opublikowanych na stronach banku spermy. Został on oskarżony o zabójstwo trzech pielęgniarek.  
Christine nie zastanawia się długo i podejmuje decyzję o własnym śledztwie, które da odpowiedź na pytanie, czy Jej dziecko będzie dzieckiem mordercy. Sam Zachary twierdzi, że jest niewinny, ale to trochę mało... kobieta stawia na szali własne szczęście i rusza w podróż w poszukiwaniu prawdy. 
Na początku bardzo irytowała mnie główna bohaterka. Uparcie, wręcz namolnie próbowała wszystkich dookoła przekonać, że domniemany morderca jest ojcem biologicznym dziecka. Wszyscy mówili, że podobieństwo jest złudne, a ona dalej swoje. Już zębami zgrzytałam ze złości na myśl, że cała powieść to będą rozterki rozhisteryzowanej przyszłej mamy. Na szczęście po kilkunastu stronach fabuła się rozwinęła i to szeroką wstęgą. 
Autorka stworzyła niesamowitą, pełną emocji i niezwykłą powieść, poruszającą bardzo trudny temat. Wykreowała postacie tak, aby czytelnik mógł wczuć się w ich sytuację i wraz z nimi przeżywać rozterki. Małżonkowie mają zupełnie odmienne sposoby radzenia sobie ze stresem. Co więcej - oboje w całkowicie odmienny sposób zareagowali na całą sytuację. Christine postanawiała działać i jedzie do więzienia rozmówić się z podejrzanym, co uruchamia całą lawinę dramatycznych wydarzeń. Marcus natomiast wybiera inną ścieżkę i postanawia walczyć o swoje prawa przed sądem. To powoduje, że małżonkowie się od siebie coraz bardziej oddalają i w najtrudniejszych chwilach Christine jest sama. 
Wielką sympatią zapałałam do samotnego prawnika, który podejmuje się obrony Zachary'ego. Ten ekscentryczny, małomówny staruszek, który od początku budził niechęć, okazał się wspaniałym człowiekiem. Uwielbiam te fragmenty książki, które ukazują jego szorstkość, wręcz niegrzeczność w kontaktach z Christine. I co? I ponownie okazało się, że to co na zewnątrz człowieka ma się nijak do tego, co w środku. 
Polecam lekturę z całą stanowczością. To połączenie książki obyczajowej, kryminału, a nawet thrillera. Jest ciekawie, miejscami strasznie, a miejscami zabawnie, ale należy podkreślić, że całość jest mocno wciągająca i intrygująca.  

czwartek, 31 sierpnia 2017

Niedźwiedź Wojtek. Niezwykły żołnierz armii Andersa

Cudowna, ciepła książka, pełna szacunku dla niezwykłego żołnierza Wojtka, który wraz z Armią Andersa uczestniczył w walkach o Monte Cassino. O tym, że był taki żołnierz wiedzą chyba wszyscy, jednak wiedza bardziej szczegółowa na temat jego losów, psikusów i charakteru jest już dość skąpa i ginie w mrokach historii. Autorka książki Aileen Orr w każdym słowie książki pokazuje i udowadnia, jak wielkim szacunkiem darzy Polskę i Polaków. "Polska jest moja pasją" - mówi autorka i rzeczywiście z każdej strony książki wyziera autentyczna miłość do naszego kraju. Nasi rodacy zamieszkujący na terenach Szkocji ukazani są jako przystojni silni, zawsze uśmiechnięci i skorzy do pomocy młodzi ludzie. Nie można znaleźć złego słowa co cieszy tym bardziej że książka  doczekała się już kilku wznowień. Egzemplarz, który posiadam to nowość na rynku wydawniczym, która cieszy oko ładnym wydaniem i zdjęciami naszego bohatera.
Aileen Orr poznała Wojtka z opowieści swojego dziadka, który spotkał polskich żołnierzy i szeregowego Wojtka na Bliskim Wschodzie. Książka ukazuje losy misia od samego początku, kiedy to polscy żołnierze 22  Kompani zaopatrywania artylerii podróżowali z Persji do Palestyny. Po drodze spotkali chłopca niosącego worek. Żołnierze zaciekawili się ruchomą zawartością worka i po krótkiej dyskusji przekonali chłopca do uchylenia rąbka tajemnicy. Kiedy z worka wyłonił się maleńki niedźwiadek, żołnierze z miejsca pokochali zwierzaka. Za nóż, tabliczkę czekolady i konserwę wołową wykupili misia, który od tej chwili stał się ich wiernym przyjacielem. Wojtek był zwierzakiem niezwykle inteligentnym i empatycznym. Uwielbiał miód, słodycze i czekoladę, przepadał też za piwem, stanowiącym nagrodę za dobre zachowanie. Kochał swoich opiekunów, a najbardziej Piotra Prendysza, któremu bezgranicznie ufał i był mu bezwzględnie posłuszny. Wojtek był misiem
Źródło: Wikipedia
psotnym i zabawnym niczym kilkuletnie dziecko. Kochał zapasy ze swoimi opiekunami, które początkowo (kiedy Wojtek był małym niedźwiadkiem) odbywały się jeden na jednego. Kiedy Wojtek urósł, zapasy wyglądały w ten sposób, że żołnierze rzucali się na niego i próbowali obalić go na ziemię, a on łapą przewracał ich niczym kręgle. Uwielbiał się kąpać, chodzić na spacery, ale najbardziej lubił jeść. Niczym Kubuś Puchatek próbował włamać się do kuchni przez okno i utknął. Żołnierze starali się wyciągnąć go z potrzasku, a miś tymczasem kontynuował błagalne prośby kierowane do przerażonych kucharek o coś smakowitego do jedzenia. Takich historyjek w książce jest całe mnóstwo i naprawdę warto je poznać. Co ciekawsze urywki czytałam mojej rodzinie i zawsze wszyscy rechotaliśmy niczym młode źrebaki. Śmieszność anegdotek była podrasowana świetnym piórem autorki, dzięki któremu książkę czyta się jednym tchem. 
Druga część książki stanowi... nie wiem jak to określić... najtrafniej jest chyba napisać "rys historyczny naszego kraju". Autorka przedstawia Polskę jako kraj, który z racji położenia geograficznego nie ma łatwo, jednak charakterni Polacy z każdej opresji wychodzą obronną ręką. Nie obyło się bez kilku błędów historycznych, ale  uważam, że jak na osobę, która nie jest z wykształcenia historykiem, autorka może pochwalić się naprawdę sporą wiedzą na temat naszego kraju. Z każdego zdania bije ciepło i sympatia oraz szacunek i wdzięczność dla żołnierzy polskich walczących u boku Jej rodaków. 
Źródło: Wikipedia
"Niedźwiedź Wojtek. Niezwykły żołnierz armii Andersa" to książka, którą naprawdę warto przeczytać. Pomijając bardzo ciekawą historię przesympatycznego, oswojonego misia, możemy przekonać się, że nie tak dawno to Polacy tułali się po całej Europie nie mogąc wrócić do swojej ojczyzny. W wielu miejscach kontynentu tworzono dla nas obozy i robiono wszystko, abyśmy mogli godnie żyć w Państwie, które otwarło dla nas bramy. Nie ulega wątpliwości, że wśród Szkotów  (bo to własnie Szkocja była domem dla Wojtka) można było spotkać osoby przeciwne osiedlaniu się Polaków na ziemiach szkockich. Jednak znaczna większość darzyła naszych przodków sympatią i robiła wszystko, aby złagodzić ogromną tęsknotę za ojczyzną. 

Małe wielkie rzeczy

Zawsze książki Jodie Picoult trafiają we mnie jak grzmot w czasie burzy. Kiedy widzę zapowiedź wiem już, że czeka mnie wielka literatura i kilka emocjonalnie szalonych dni. Jej twórczość zawsze przewraca moje serce na lewą stronę i długo powracam do normalności. Autorka porusza tematy trudne, budzące emocje i rodzące wątpliwości i dyskusje. Każda książka Jej autorstwa jest przeze mnie wyczekiwana, a kiedy już ja mam, wszystko inne idzie w odstawkę. 
"Małe wielkie rzeczy" to kolejna wielka powieść, która porusza bardzo trudny temat - rasizm. Jak wszyscy wiemy, od zarania dziejów do dnia dzisiejszego ludzkość boryka się z problemem rasizmu i nie ma sposobu, aby wyplenić go z zachowań społecznych, choć od małego uczymy się, że jest to zjawisko złe. Od "Chaty wuja Toma" po "Małe wielkie rzeczy"  - problem jest ten sam, tylko okoliczności się zmieniają. 
Ruth od dwudziestu lat, czyli od początku swojej kariery zawodowej, jest położną. Kocha swoją pracę i nie zamieniłaby jej na nic innego. W pracy jest lubiana przez koleżanki i szanowana przez przełożonych. Od pozostałego personelu medycznego zatrudnionego na porodówce różni ją tylko kolor skóry. Tylko tyle i aż tyle.  
Turk Buer wraz z żoną są parą, która budziła podczas lektury powieści moje obrzydzenie. Rasiści do szpiku kości, którzy brzydzą się każdą "innością". Czarnoskóry, homoseksualista, czy Żyd - każda inność budziła w nich odrazę, agresję i chęć zabijania. Losy Turka Buera splatają się z życiem Ruth podczas narodzin jego synka. To własnie Ruth odbiera poród, za co w podziękowaniu dowiaduje się, że młodzi rodzice nie chcą, aby czarnoskóra osoba dotykała ich dziecka. Co więcej, przełożona Ruth, nie chcąc żadnych awantur, przychyla się do ich żądania i kategorycznie zabrania Ruth dotykania maleństwa. Pech chciał, że dochodzi do komplikacji, które zagrażają życiu dziecka, a jedyną obecną na sali jest właśnie Ruth. Ratować? Przestrzegać polecenia przełożonych? Dotykać? Udawać, że się nie widzi, że malec ledwo oddycha? 
Kennedy jest młodą prawniczka specjalizującą się w udzielaniu pomocy z urzędu. Dziennie prowadzi od kilkunastu do kilkudziesięciu spraw - niczym w fabryce. Jednak jedna sprawa nie daje jej spokoju i postanawia pomóc czarnoskórej położnej w walce nie tylko o sprawiedliwość, ale również o swoją godność. 
Oświadczam wszem i wobec, że Jodie Picoult stworzyła powieść wielką, godną nagród i czego tam jeszcze potrzeba, aby powieść została zauważona. Wykreowała wspaniałych bohaterów i pokazała, co jest w życiu ważne. Podziwiałam Ruth kiedy pluli jej pod nogi, a ona z podniesioną głową szła do przodu. Podziwiałam kiedy walczyła o syna i tłumaczyła mu, że musi być silny bo też jest czarny i w życiu będzie mu tak samo trudno. Bardzo przeżyłam scenę kiedy Ruth zabrała Panią adwokat do sklepu. Cały czas chodziła za nimi sprzedawczyni patrząc na ręce, a kiedy wychodziły ze sklepu z zakupami, Kennedy została przepuszczona przez bramkę, podczas gdy Ruth została zatrzymana przez ochroniarza, który przeszukał jej torbę. Dopiero ten incydent uświadomił Kennedy jak wiele zachowań ludzkich ma podłoże rasistowskie. Nie mają tu znaczenia zapisy konstytucji o równym traktowaniu bez względu na kolor skóry - świat jest bezlitosny i kieruje się własnymi prawami. 
Jak zawsze u Jodie Picoult zakończenie zachwyca i zaskakuje. Nie zdradzę nic, ale pozwolę sobie powiedzieć, że tym razem smakuje jeszcze słodką zemstą. 
Czytałam, płakałam, złościłam się, trzymałam kciuki, zagryzałam zęby i goniłam rodzinę, żeby mi nie przeszkadzała. Dawno nie miałam powieści, która mnie tak bardzo pochłonęła. Moje emocje podsycane były jeszcze wiedzą, że powieści Pani Picoult nie zawsze kończą się dobrze, za to zakończenia zawsze zaskakują. Zastanawiałam się czy i tym razem będę przecierać oczy ze zdumienia i nie zwiodłam się. 
Cudowna książka, która daje wiele do myślenia i pokazuje, jak mało wiemy o sobie nawzajem i jak bardzo uprzedzenia kierują naszym postępowaniem nawet wówczas, gdy nie bardzo zdajemy sobie z tego sprawę. 

środa, 30 sierpnia 2017

Mroczny las

"Mroczny las" jest kontynuacją "Willow", którą to powieść recenzowałam tu. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że powieść mnie nie zachwyciła, choć przeczytałam ją całą. Nie zmienia to jednak faktu, że autorka nie wspięła się na wyżyny swoich możliwości. Sięgnęłam po cykl książek o rodzinie de Beers zachęcona opiniami o poprzedniej twórczości Pani Virginii C. Andreas. Tymczasem moje oczekiwania spełzły na niczym. Willow okazała się przesympatycznym czytadłem, ale niczym więcej, dlatego też trudno mi było sięgnąć po kolejną część sagi. Z drugiej strony byłam ciekawa, jak potoczą się losy przesympatycznej Willow de Beers. Ciekawość zwyciężyła i teraz z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że drugi tom jest dużo lepszy od pierwszego, choć fajerwerków i baloników w mojej głowie nie było. 
Kiedy ponownie spotykamy Willow de Beers, jest ona gotowa porzucić swoje dotychczasowe życie i przenieść się do matki i przyrodniego brata zamieszkujących w domu w Palm Beach. Żeby nie było za cukierkowo rodzina Willow mieszka w domku dla służby, (chciałabym mieć taki domek :-)) położonym  na tyłach wielkiej rezydencji. Wprawdzie główna nieruchomość stanowi własność rodziny de Beers, ale koszty utrzymania domu zmusiły ich do wynajęcia nieruchomości i przeprowadzki do mniejszego i skromniejszego lokum. Willow staje nagle przed zupełnie innymi problemami niż dotychczas. Natężenie głupoty, snobizmu i plotkarstwa wśród otaczających ją ludzi jest tak ogromne, że dziewczyna nie może sobie z tym poradzić. Wydaje się, że jedynym oparciem dla niej jest jej narzeczony Thatcher Eaton. Przystojny i uwodzicielski prawnik jest łakomym kąskiem dla ślicznotek zamieszkujących Palm Beach. On jednak nie zważa na tłumy panienek, które namolnie pukają do jego bram i wiernie towarzyszy Willow w przebrnięciu przez zawiłości życia bogatego Palm Beach. Willow jest wdzięczna narzeczonemu za jego obecność i towarzystwo ... do czasu...
To "do czasu" jest punktem kulminacyjnym powieści. Od tego momentu moja sympatia do autorki naprawdę wzrosła i zrozumiałam, skąd tyle zachwytów nad jej twórczością. Jeżeli poprzednie książki miały w sobie ten specyficzny mrok, który powoduje ciarki na plecach, to wszystko rozumiem. Willow zostaje zdradzona przez najbliższe jej osoby, a pomoc przychodzi z zupełnie niespodziewanej strony. Oczywiście wszystko kończy się dobrze (niestety ani przez chwilę nie wątpiłam w happy end), jednak należy uczciwie powiedzieć, że były takie momenty, że włos się jeżył na głowie. Przez ostatnie kilkadziesiąt stron przeleciałam niczym tajfun, a na zakończenie stwierdziłam, że gdyby cała powieść była tak ekscytująca jak jej zakończenie, to byłaby to jedna z najlepszych książek, jakie w tym roku przeczytałam. Niestety sto końcowych stron z pięćset osiemnastu to trochę mało, żeby uczciwie zachwycić się tą powieścią. 
"Mroczny las" to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Kiedy pojawi się kolejny tom sagi na pewno po niego sięgnę i przeczytam z czystej ciekawości, ale polecać nie będę. 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Trzy i pół sekundy

Co za smutna, przejmująca, a jednocześnie piękna książka. Może piękna to trochę niefortunne określenie w odniesieniu do książki, w której mowa o śmierci małej dziewczynki, ale zapewniam Was, że moje odczucia po zakończeniu lektury były właśnie takie. Powieść piękna - mówiąca o stracie i bólu nie do wytrzymania, o pojednaniu i zabliźnianiu ran, o miłości i współczuciu... Czytelnik gubi się w emocjach i musi mocno trzymać się, aby nie zgubić tego, co najważniejsze. Jedno jest pewne - jeżeli macie tę powieść pod ręką i zamierzacie zacząć lekturę, to nie róbcie tego bez pudełka chusteczek.
Chloe jest jedynym dzieckiem Grace i Toma. Wyczekane i wyśnione maleństwo jest oczkiem w głowie swoich rodziców. Każdy uśmiech, każdy gest, pierwsze sukcesy i pierwsze porażki są skrzętnie odnotowywane przez zakochanych rodziców. Grace pracuje zawodowo i nie ma zbyt dużo czasu na wychowywanie Malutkiej, za to Tom, (któremu praca zawodowa przynosiła o wiele mniejsze dochody niż Grace) porzucił prace architekta i całe swoje życie poświęcił ukochanej córeczce. Jedno tylko spędza sen z oczu: to ciągłe infekcje gardła, które nie pozwalają Chloe zwyczajnie żyć. Za namową lekarza rodzice decydują się na wycięcie migdałków. Zabieg prosty, wręcz rutynowy absolutne nie zalicza się do tych, które stanowią zagrożenie dla życia Malutkiej. I rzeczywiście Chloe wybudza się i wydaje się, że wszystko jest w porządku. Niestety najgorsze dopiero przed nimi. 
Książka "Trzy i pół sekundy" nie ma na celu (jakby się na pierwszy rzut oka wydawało) opisania śmierci dziecka i rozwodzenia się nad tragedią, jaka spotkała rodziców. Od początku wiemy, że Chloe przegra walkę z sepsą, a od początku powieści do momentu tragedii mija zaledwie kilkadziesiąt stron. Tu nie śmierć jest bohaterką. Ta książka skupia się na tym jak wyjść z czerni rozpaczy. Dwójka ludzi, która po stracie najukochańszej osoby dotknęła dna i nijak nie może podnieść się z bólu. Rozpacz jest wszechobecna i wszechogarniająca. Autorka pisze takim językiem, że czytelnik tonie razem z nimi. Nie mogłam oderwać się od lektury, a jednocześnie łzy leciały mi ciurkiem. Mój mąż i dzieciaki śmiały się ze mnie, ja się śmiałam razem z nimi, ale w głowie przeżywałam razem z Grace śmierć Chloe. Dopiero po pewnym czasie pojawia się światełko w tunelu. To Grace postanawia podjąć próbę wydostania się z lepkiej czerni rozpaczy. Nie bacząc na uczucia Toma robi coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się prostackie i egoistyczne. Nic bardziej mylnego. 
Wbrew wszystkiemu powieść kończy się dobrze. Mając jednak w pamięci wszechobecną w tej powieści rozpacz i żal, długo nie mogłam podejść do tej recenzji. Nie umiałam tak jej napisać, aby nie streścić fabuły i nie zdradzić tego, co najważniejsze. 
Książka krzyczy do czytelnika: Zainteresuj się, co to jest sepsa! Poczytaj! Uchroń siebie i swoich najbliższych! Przejmujące są początki rozdziałów, które na wstępie opatrzone są krótką informacją na temat tego podstępnego choróbska. I kiedy przeczytamy, że w trakcie roku, w Wielkiej Brytanii sepsa pochłania więcej ofiar niż rak piersi - przyjmujemy tę wiedzę do akceptującej wiadomości. Ale kiedy do raka piersi dodamy raka prostaty, wypadki drogowe i AIDS, to to już są dane przerażające. 
Piękna książka, porywająca serce i warta przeczytania. 
A dlaczego "Trzy i pół sekundy"? Bo na świecie, co trzy i pół sekundy sepsa zabija jedną osobę.... 



poniedziałek, 31 lipca 2017

Willow

Z czym kojarzy się słowo Willow? Oczywiście z pięknym filmem, w którym karzeł Willow wyrusza z misją, mającą na celu ochronę niemowlęcia przed złą królową. Tytuł mnie zmylił i za jego sprawą, początkowo poczułam rozczarowanie. Oczekiwałam (patrząc na dotychczasową twórczość autorki, zupełnie bezpodstawnie) baśniowej fantastyki, albo chociaż baśniowego klimatu, a otrzymałam... baśniową literaturę kobiecą mocno okraszoną romansem. Owszem, lubię takie powieści, ale nie wtedy, gdy nastawiam się na zupełnie inny rodzaj literacki. 
Kiedy poznajemy młodą kobietę Willow de Beers, jest ona na progu nowego życia. Studiuje psychologię, ma narzeczonego i wydaje się, że świat stoi przed nią otworem. Dziewczyna czuje się wyzwolona od macochy, która dręczyła ją przez całe dzieciństwo. Willow została adoptowana trochę pod przymusem i adopcyjna matka nigdy nie pozwoliła jej o tym zapomnieć. Dziewczynka jakoś przebrnęła przez dzieciństwo korzystając z pomocy niani i chwytając odrobinki czułości jakie wysyłał do niej ojczym, który - wbrew wszystkiemu - bardzo ją kochał. Nie mógł niestety jawnie okazywać swojej pasierbicy uczuć a to za sprawą... Kiedy rodzice umierają, w ręce dziewczyny trafia pamiętnik ojczyma zawierający w zapiskach wielką tajemnicę. Tajemnicę, która na zawsze zmieni życie Willow.  Efekt jest taki, że dziewczyna zostawia za sobą wszystko i bez żalu wyrusza do Palm Beach z nadzieją odnalezienia biologicznej matki. 
Do tego momentu powieść aż skrzy od tajemnic i nastroju rodem z "Tajemniczego ogrodu". Lektura pochłonęła mnie bez reszty. Nie potrafię do końca powiedzieć, co mnie tak urzekło. Myślę, że nastrój powieści, wszechobecna tajemnica i posiadłość rodzinna Willow rodem z angielskiej bajki, miały w odbiorze powieści niebagatelne znacznie. 
Niestety część opisująca losy Willow w Palm Beach już nie zdobyła mojego uznania. Tu tajemnica i angielska zamglona atmosfera zostały zastąpione bogactwem, ułudą i kaprysami zamożnej elity. Gdzieś po drodze autorka gubi nastrój powieści i zastępuje go trochę kiczowatym romansem Willow z poznanym tam prawnikiem. Owszem, sama historia rodziny dziewczyny jest nadal bardzo wciągająca. Czytałam z dużym zainteresowaniem  i ani przez chwilę nie pomyślałam o odłożeniu książki. Niestety początek powieści postawił poprzeczkę na tyle wysoko, że wydarzenia z Palm Beach budzą tęsknotę za tamtym klimatem. 
"Willow" jest pierwszym tomem sagi o Rodzinie de Beers. Jedni sagę pokochają, inni znienawidzą - wszystko jest kwestią gustu. Nie ulega wątpliwości, że nie jest to literatura wysokich lotów, a jedynie przesympatyczne babskie czytadło. Ale przecież i taka literatura ma grono wiernych czytelników (a właściwie czytelniczek) i nikt nie czyta pod przymusem. Willow to taka baśń dla dorosłych dziewczynek, które lubią zatopić się w niedostępnym dla nich świecie blichtru i bogactwa. Piękne kobiety, przystojni mężczyźni i życie upływające na imprezach i przyjęciach. Ja osobiście nie lubię takich powieści, ale rozumiem, że można się nimi zachwycić. 
Na zakończenie dodam, że jest jednak coś w "Willow", co mnie urzekło i siedzi w głowie do dziś. To rozmowy Willow z wyimaginowaną postacią nieżyjącego już ojca, który pojawia się w głowie dziewczyny w trudnych dla niej sytuacjach. Ojciec od dzieciństwa pomagał Willow rozwiązywać problemy poprzez zadawanie pytań i naprowadzanie Jej odpowiedziami na właściwą drogę. Bardzo spodobała mi się ta metoda. W dzieciństwie dziewczyna żyła w przekonaniu, że sama radzi sobie z problemami, a tymczasem Tata cały czas czuwał nad nią, zadając właściwe pytania. Szkoda, że nie potrafię tak rozmawiać ze Starszą.... 

Życie na wynos

Olga Rudnicka swoim stylem pisania coraz bardziej przypomina mi Panią Joannę Chmielewską. Zabawa słowami, humor sytuacyjny, niewielka ilość bohaterów i mistrzowskie dialogi to przecież była wizytówka słynnej polskiej pisarki. Pani Olga Rudnicka jest godna następczynią, a Emilia Przecinek na pewno świetnie czułaby się w "Lesiu", czy w "Romansie wszechczasów". Podkreślam, że podobieństwo do twórczości Joanny Chmielewskiej jest dla mnie wielką zaletą, jednak nie wątpię, że nie wszystkim to odpowiada. 
Tym razem nasza bohaterka Emilia Przecinek zostaje porwana w wir wydarzeń związanych ze znalezieniem w piwnicy budynku, w którym mieszka, nieżywego mężczyzny. Denat jest niewiadomego pochodzenia, a dane osobowe mordercy również pozostają tajemnicą. Oczywiście Policja rozpoczyna poszukiwania sprawcy zbrodni, ale okazuje się, że nie jest to wcale sprawa prosta. Śledztwo wydatnie utrudniają starsze Panie (mama i teściowa naszej bohaterki), które plączą i mataczą, próbując co chwila ratować bliskich z wyimaginowanych opresji. Do tego wszystkiego, szukając zbrodniarza, czytelnik przebija się przez korowód sąsiadów Emilii, z których każdy jest potencjalnym sprawcą i każdy ma coś do ukrycia. Czy uda się znaleźć mordercę?
Wątek kryminalny to jedno. Tu akurat zachwytu nie ma, ponieważ Olga Rudnicka knuje intrygę dość płytką i przewidywalną.  Schemat zagadki kryminalnej nie zachwycił mnie, ale to nie szkodzi. Dialogi pomiędzy bohaterkami, wpadki i nieporozumienia, zabawa słowami i taka gapowatość głównej bohaterki wynagrodziły mi z nawiązką tę niewielką niedogodność. Czytając powieść rżałam niczym młody źrebak na pastwisku, a oczy zachodziły mi łzami od ciągłego śmiechu. Naprawdę trzeba mieć talent, aby tak wartko i lekko prowadzić rozmowy bohaterek.
Najmocniejszą stroną powieści są właśnie bohaterowie. Serce moje zdobyły dwie staruszki, które mieszkają razem z Emilią i jej dziećmi. Pterodaktyle, swoimi planami i rozmowami, napędzały właściwie całą powieść. Kroku dotrzymywała im Emilia, która postanowiła skończyć z samotnością i znaleźć sobie życiowego partnera korzystając z serwisu randkowego. Okazy, jakie trafiały jej się za pośrednictwem komputera naprawdę robią wrażenie. Dzieci Emilii - Kropka i Kropeczek - również wtrącają swoje pięć groszy do fabuły. Kropeczka rzeczowo i merytorycznie prowadzi Emilię za rączkę przez meandry życia. Kropeczek natomiast w sposób godny typowego nastolatka podbija świat. Każda z tych osób  jest wyjątkowa i każda budzi sympatię. Rewelacja.
W całej powieści, od pierwszej do ostatniej strony panuje taki pozytywny chaos, który porywa i  zniewala czytelnika. Mnóstwo sympatycznych nieporozumień i sytuacyjnych wpadek uskrzydla zarówno książkę jak i serce czytelnika. To naprawdę dobra powieść dla każdego, kto chce przeżyć chwile niczym nieskrępowanego śmiechu. Mam nadzieję, że Emilia Przecinek nie opuściła jeszcze głowy Pani Rudnickiej i odwiedzi mnie na kartkach kolejnej książki. 

piątek, 28 lipca 2017

Mietek, drużyna i piwnica, której nie ma

Zacznę trochę inaczej niż zwykle, ponieważ w książce "Mietek, drużyna i piwnica, której nie ma" jest coś, co przyciągnęło moją uwagę dużo bardziej, niż opowiedziana historia. Zacznę od ilustracji, które - moim zdaniem - są rewelacyjne. Charakterne, ani trochę nie słodkie... takie hultajskie i zawadiackie. Może to efekt tego, że autorka i ilustratorka to jedna i ta sama osoba, dzięki czemu ilustracje są świetnym dopełnieniem tekstu. Pewien klimat i nieuchwytny urok opowiedzianej historyjki nie byłby możliwy do osiągnięcia tylko za pomocą słów.  To własnie obrazki przekazują emocje podwójnie a nawet potrójnie. Są surowe, a jednocześnie bardzo szczegółowe. Stanowią świetne uzupełnienie dla emocji, które autorka chce przekazać młodym czytelnikom, a z racji lekko kryminalnego zabarwienia emocje te nie zawsze mają kolor różowy.
Dobrze - teraz fabuła. Wyobraźmy sobie blokowisko, a w nim dwa wieżowce rozdzielone boiskiem do gry w piłkę nożną. W jednym z nich mieszka trójka chłopaczków i w drugim  również. Boisko jest więc ciągłym polem walki o wpływy. Chłopaki nie mogą się pogodzić aż do momentu, gdy w szkole ogłaszają turniej piłki nożnej. Aby wziąć w nim udział konieczne jest stworzenie sześcioosobowej drużyny. Mietek (jako jedyny marzący o karierze sędziego) próbuje stworzyć zespół. Tylko jak to zrobić skoro jedni kibicują Realowi, a drudzy Barcelonie? 
Tworzenie drużyny to jedno, ale jak tu oddać się treningom skoro w piwnicach bloków straszy? Ciągle coś szura, jęczy a nawet świeci latarką. Jakie jest rozwiązanie zagadki? Bardzo proste jednak aby do tego dojść potrzebna jest głucha dziewczynka, która na szczęście świetnie czyta z ruchu warg i jeszcze lepiej gra w piłkę.
Treść w dużym skrócie wydaje się dość banalna, ale zapewniam Was, że tak nie jest. Kiedy przeanalizujemy przebieg wydarzeń łatwo dojść do wniosku, że autorka bardzo sprawnie i delikatnie wprowadza dzieci w świat problemów które towarzyszą dorosłym w codziennym życiu. Niedołężny staruszek, któremu choroba nie pozwala na udział w zajęciach w najważniejszym dniu, strata bliskiej osoby i rozpacz z tym związana, czy też wspólne wypracowanie kompromisu tak aby można było razem trenować - to wszystko pokazuje młodemu czytelnikowi, że nic w życiu nie przychodzi łatwo a na sukces należy naprawdę ciężko pracować. Autorka pokazuje również że realizacja marzeń jest możliwa nawet jeżeli wydaje się to niemożliwe. Bo jak inaczej nazwać to co osiągnęła głuchoniema Amelka? Nie dość że trenowała piłkę nożną to jeszcze okazała się zawodnikiem, który swoimi umiejętnościami przewyższa niejednego chłopca. Nasi młodzi zawodnicy musieli zrozumieć na własnej skórze, że nie jest ważny strój, a umiejętności. 
Jedno Wam powiem: wszystko jest w głowie. Nie bójcie się kogoś tylko dlatego, że ma lepsze ciuchy. Ciuchy bramek nie strzelają. (...) Oni myślą, że jesteście słabi, bo nie macie trenera i każdy ma inne kolanówki. Tylko oni o tym nie wiedzą i to jest własnie Wasza przewaga. 
Książka jest pełna takich mądrości, które podane w umiejętny sposób wydają się małolatom prawdą objawioną,  anie zrzędzeniem dorosłego. 
Jeszcze jedno - tak naprawdę to cichymi bohaterami powieści jest pewien staruszek i babcia Mietka. To własnie Oni, pomimo choróbsk i złego samopoczucia, pomagają chłopakom osiągnąć wymarzony cel. W dzisiejszych czasach, kiedy dookoła promowana jest młodość i sprawność fizyczna ta książeczka ze swoimi cichymi bohaterami powinna być lekturą w podstawówce. 
Książka jest naprawdę godna polecenia. To nie jest powiastka o Mikołajku (za którym nie przepadam). Owszem, niesie w swojej treści sporą dawkę humoru, ale ma również przesłanie, które jest dla dzieciaków bardzo ważne. Po pierwsze, kiedy o czymś marzycie, to nie wolno się poddawać tylko trzeba szukać drogi do sukcesu. A poza tym przy realizacji pasji nie są ważne płeć czy wiek. Ważne jest to aby współpracować i szanować siebie nawzajem.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Drugie bicie serca

Książki skierowane do młodzieży są przeróżne. Często na regałach skierowanych do młodego czytelnika widzimy różowe okładki i odmieniane przez wszystkie przypadki słowa "pamiętnik", "nastolatka" i "miłość". Trochę lepiej jest w literaturze skierowanej do chłopców, ale to "lepiej" wynika również z tego, że tych książek jest po prostu mniej. Mając w domu czytającą nastolatkę, dla której biblią jest książka pt. "Kamienie na szaniec" i saga o Wiedźminie, mam awersję do różowych okładek. Na szczęście wśród nowości wydawniczych dobrej literatury również nie brakuje, jednak pomna niesmaku, jaki wywołuje w mej córce "różowa tematyka" często - zanim podsunę książkę na nocny stolik Starszej - sama ją czytam. Moje reakcje są różne; od pobłażliwego uśmiechu po niezmącony niczym zachwyt. "Drugie bicie serca" plasuje się bardzo, ale to bardzo blisko zachwytu. 
Cztery osoby, trzy rodziny, dwie tragedie i jedno szczęście. Bliźniaki Leo i Niamh, jak każde rodzeństwo, często kłócą się i rywalizują między sobą. Leo jest tym "lepszym". Lepiej się uczy, mistrzowsko gra w piłkę... jednym słowem wszystko zmienia w złoto. Niamh jest trochę w cieniu brata. Czuje się gorsza i niekochana. Pewnego pięknego dnia na plaży zostaje rzucone wyzwanie: kto pierwszy? Niewinna zabawa prowadzi do ogromnej tragedii... Jonny całe dzieciństwo spędził w szpitalu podłączony do niesamowicie drogiego urządzenia zwanego berlińskim sercem. Nastolatek nie ma hobby, przyjaciół i własnego stylu - to wszystko zabrała mu choroba. Ma jedną przyjaciółkę - Emmy, która walczy z ostrą białaczką szpikową. Losy tej czwórki w niesamowity sposób splatają się ze sobą niosąc żal, szczęście, frustrację i miłość.  
Powieść porusza i - co chyba najważniejsze - oswaja trudny temat, jakim jest oddanie  organów osoby zmarłej do przeszczepu. To zagadnienie, które każdemu wydaje się odległe i takie mistyczne. Każdy mówi sobie: przecież mnie to nie dotyczy! Ale to tylko pozory. Też tak myślałam do czasu, gdy jedna z bardzo bliskich mi osób zachorowała i potrzebny był przeszczep nerki. I co? Nagle temat przestał być odległy. Stał się palący, zaprzątał, każdą komórkę w głowach najbliższych. W takiej chwili nie ma czasu na rozmyślania natury etycznej. Pragniesz tej nerki i czekasz.... 
Tamsyn Murray daje spokój rozważaniom etycznym. Skupia się raczej na odczuciach najbliższych osób "wmieszanych" w proceder transplantacji. Pokazuje, jak wiele można zrobić nawet po śmierci, jak wiele istnień możemy uratować dzięki jednej karteczce w portfelu. Oczywiście z całą mocą ukazuje rozpacz rodziny po śmierci najbliższej osoby, jednak nie rozwodzi się nad tym tematem. W powieści daje 3-4 strony na rozpamiętywanie zagadnienia i to nie pod kątem rozważań, czy to etyczne, ale pod kątem poglądów dawcy na tę sprawę. Decyzja zostaje podjęta bez zbędnych rozważań. Natomiast to, co następuje potem, jest naprawdę rewelacyjne. Serce młodego dawcy nadal bije i wpływa na uczucia i losy najbliższych osób.
Niejako z boku powieść ukazuje również trudy poradzenia sobie ze stratą najbliższej osoby. Obserwujemy jak rodzina pogrąża się w rozpaczy, jak ranią siebie nawzajem. I nagle drobne zdarzenie doprowadza do przełomu. Wszyscy zdają sobie sprawę, że zamknęli się w skorupach i tylko wysuwali gniewne spojrzenia. Zrozumieli, że konieczne jest wspieranie się nawzajem i  - co najważniejsze - szczerość wobec siebie. 
Piękna książka, oswajająca trudne tematy i pokazująca, że to co wydaje się nam odległe może nas dosięgnąć. Może nie jutro, nie pojutrze, ale w niedalekiej przyszłości...  Zdrowia wszystkim życzę!

środa, 12 lipca 2017

Niemka

Dwie historie, dwa światy, różne kontynenty i zupełnie odmienne postrzeganie rzeczywistości - to wszystko jednocześnie dzieli i spaja dwie historie przedstawione w "Niemce". Bo cóż może mieć wspólnego dwunastoletnia dziewczynka pochodzenia żydowskiego, żyjąca w strachu w Berlinie, w przededniu wybuchu II wojny światowej, z rówieśnicą mieszkającą w Nowym Jorku na początku XXI wieku? Co łączy te dwie historie? 
Jak rzadko zacznę od minusów. Znacie to uczucie, kiedy prowadzicie samochód i za mocno przyciśniecie gaz? Wówczas samochód bardzo chce jechać do przodu, ale koła buksują w miejscu i przez chwilę nijak nie można ruszyć z miejsca. Kiedy czytałam "Niemkę" miałam właśnie takie uczucie. Autor w pierwszej części bardzo długo nakreśla postacie i tło, w jakim przyszło żyć naszym bohaterom. Hanna wraz ze swoim przyjacielem pogrąża się w zabawie odpychając nazistowską rzeczywistość pochłaniającą Berlin. Opisy wędrówek Hanny po Berlinie ogarniętym nienawiścią zostają zestawione z rozpaczą jej bardzo bogatych rodziców należących do elit miasta. Niestety opisy te są przydługie i dają poczucie beznadziejności. Jeżeli taki był zamysł autora, to osiągnął On sukces. Wyraźnie widzimy, że rodzina Rosenthalów zmierza na dno po równi pochyłej i może ich uratować tylko cud. Podobnie opisy samotnej Ani, która po stracie ojca, żyjąc w Nowym Jorku tylko z matką, nie może wyjść z beznadziejności swojego życia. Pogrążona w depresji mama nie daje dziewczynce poczucia bezpieczeństwa i wydaje się, że nic się już w życiu Ani nie zmieni. Nie ukrywam, że ta część książki mnie zmęczyła. Miałam wrażenie, że do końca powieści będę czytać o poniżeniu, samotności i pustce towarzyszącej po utracie kochanej osoby. 
Na szczęście pojawił się transatlantyk "St. Luis". Od tego momentu historia nabiera tempa zarówno
Pasażerowie transatlantyku "St. Luis" 
w przeszłości jak i w czasach współczesnych. Rodzina Hanny robi wszystko, aby dostać się na transatlantyk płynący na Kubę, która dla ówczesnych osób żydowskiego pochodzenia wydawała się rajem. W tym samym momencie powieści do Anny dociera tajemnicza przesyłka z Hawany i to jest właśnie moment przełomowy powieści. Historia nabiera tempa, a nasze bohaterki zaczynają wychodzić z cienia. Pewne zdarzenia zaczynają przeplatać się ze sobą, niektóre fakty łączą się, aby odkryć tajemnice niepoznane przez dziesiątki lat. Przesyłka z Hawany całkowicie odmienia życie Anny i pozwala jej „odkryć” na nowo nieżyjącego już ojca. 
Ta część książki pochłonęła mnie. Nie znałam historii nieszczęsnego rejsu transatlantykiem St. Luis. Okręt ten wyruszył z 937 pasażerami żydowskiego pochodzenia na pokładzie, którzy uciekali przed nazistowskimi prześladowaniami. Historie pechowego rejsu ukazana została na wielu stronach internetowych, więc nie będę jej przytaczać. Dodam tylko, że na Kubie schronienie znalazło jedynie 29 pasażerów. Część z nieszczęśników, którzy wrócili do Europy wyemigrowało z niej przed rozpoczęciem II wojny światowej (87 osób). 278 osób przeżyło Holokaust, a pozostali zginęli. 
Transatlantyk St. Luis" 
Powieść napisana została dziwnym językiem. Nieraz w reportażach można znaleźć większe emocje niż w tej powieści. Niewątpliwie ułatwia to przebrnięcie przez trudną i tragiczną wręcz historię dziewczynek. Dzieje transatlantyku „St. Luis”, czy też losy samotnej dziewczynki żyjącej jedynie z matka pogrążoną w depresji są tragiczne same w sobie. Taki suchy sposób narracji spowodował we mnie uczucie czytania przez mleczną szybę. Historia jest po prostu smutna, niesie za sobą nostalgię i rozczarowanie. Nawet po zamknięciu książki czułam smutek i bezsilność. Rozumiem, że temat jest trudny i napisano o nim wiele. Ja również przeczytałam wiele książek o zagładzie żydów i obozach zagłady. Jednak po zakończeniu lektury czułam najczęściej złość pomieszaną ze smutkiem. Chęć szukania w Internecie nazwisk i osób, które dopuściły się zbrodni towarzyszyła satysfakcji w momencie czytania o karach, jakie im zafundowano. Po lekturze "Niemki" czułam jedynie smutek i bezsilność. 
Świetny pomysł na powieść i właściwie tylko to ratuje „Niemkę”. Opowiedziana w książce historia jest na tyle ciekawa i zagadkowa, że pomimo minusów, czytelnik czyta do końca z wypiekami na twarzy, Myślę jednak, że pod innym piórem ta historia zyskałaby blasku i szlachectwa. A tak mamy powieść, którą po przeczytaniu odstawiłam na półkę i wiem, że raczej do niej nie wrócę. 

wtorek, 11 lipca 2017

O tym, jak "Zagrożeniologia" ostrzega przed lekturą

Kiedy wchodzę do księgarni, zawsze odwiedzam dział dziecięcy. I nie chodzi wcale o to, że mam dzięciołki w wieku 8 i 13 lat, które idealnie nadają się na odbiorców książkowych prezentów. Pomimo matkowania dwóm pociechom, zakupy w dziale dziecięcym dokonywane są dość rzadko. Moje dzieci uwielbiają biblioteki i - w odróżnieniu od matki - nie mają potrzeby gromadzenia książkowej makulatury. Po co więc nachodzę działy dziecięce? Proste. Podziwiam. Podziwiam piękno okładek, pomysłowość autorów i wielość wyjątkowych szczegółów przyciągających potencjalnego odbiorcę. Pamiętam jak zachwyciła mnie seria o coraz - więcej - piętrowym domku na drzewie. To właśnie empikowy dział dziecięcy pomógł mi poznać tę świetną pozycję. Tak samo wyłowiłam "Zagrożeniologię". Pomysłowość i absurdalność tej książki jest pozytywnie powalająca. 
Doktor Noel Strefa, który przedstawia się jako autor tej książki (i jest jednocześnie jej głównym bohaterem) to największy zagrożeniolog wszechczasów. Uczy nas, jak w tym okropnym i niebezpiecznym świecie uniknąć niebezpieczeństw. A jest ich wkoło nas po prostu całe mnóstwo! Zaczynamy od jednego z największych niebezpieczeństw, jakim jest czytanie książki. Poza tym podróżowanie, zabawa na placu zabaw, ćwiczenia gimnastyczne, jedzenie obiadu, czekanie na autobus... to wszystko jest potwornie niebezpieczne. Rodzajom niebezpieczeństw w tej książce nie ma końca. Warto jednak zauważyć, że humor i absurd książeczki nie wynika z wymyślania często głupawych niebezpieczeństw. Cały pic polega na tym, żeby się tym niebezpieczeństwom przeciwstawić. I tu zaczyna się rewelacyjna część książki. Autor wymyśla kask zagrożeniologa, kombinezon, gogle, zagrożeniobuty i wiele, wiele innych gadżetów pomagających nam przetrwać w tym strasznym świecie. No i do tego ten skorpion....
Oczywiście oprócz niespotykanych zagrożeń i jeszcze bardziej absurdalnych pomysłów na uniknięcie ich, książka posiada treść. Otóż nasz Doktor Noel ma przyjaciela. Nie jest to człowiek, ani też zwierz, ponieważ wiązałoby się to ze śmiertelnym niebezpieczeństwem. Jego przyjacielem jest kamień. Kamień jest kochany, wyprowadzany  na spacer i ma własne miejsce w mieszkaniu. Ma nawet imię - Dennis. Pewnego dnia dr. Noel otrzymuje od ciotki przesyłkę zawierającą szczeniaczka o imieniu Pieluszka. Opisywać zagrożeń z tym związanych - wybaczcie - nie będę. Warto jednak podkreślić, że Pieluszka jest dość zdolnym pieskiem, więc nasz bohater postanawia pochwalić się nim na wystawie zdolnych zwierzaków. Wystawa owszem - odbyła się, ale pierwsze miejsce zajął nie szczeniak Pieluszka, a ... kamień Dennis ! Jak do tego doszło, nie sposób opisać. Warto natomiast przeczytać, zapewniając sobie dużą dawkę humoru. I ten skorpion....
Książka jest bardzo dobrą lekturą dla dzieci, które rozpoczynają przygodę z czytaniem. Tekstu nie jest tu za wiele, a przeczytanie 210 stron książki zajęło mi niecałe 40 minut. Oczywiście dzięciołki moje czytały dłużej, bo każde zagrożenie i metoda na jego zwalczenie spotykały się z salwą śmiechu, głupimi komentarzami i wymyślaniem równie absurdalnych, alternatywnych sposobów na zwalczenie niebezpieczeństw. Do tego autor zamieścił w książce kilka niespodzianek jak np. Skorpion... dobra, wyjaśnię o co chodzi z tym skorpionem. Skorpion ze strony 9 przedstawiony jest jako straszny stwór. Dlatego też w książce, po stronie 8 jest od razu strona 10, a strona 9 jest na samym końcu. Taki zabieg ma uniemożliwić skorpionowi jej znalezienie. Podobnych niespodzianek w książce jest bardzo wiele, ale zdradzać ich nie będę. Powiem tylko, że powodują ciągłe wertowanie kartek i kolejne salwy śmiechu. 

Tekst tekstem, ale "Zagrożeniologia" ilustracją stoi. Tu tekst jest drugorzędnym elementem, a pierwsze skrzypce gra obrazek. Każda kreska czy grafika, która wyszła spod ręki Pana Chrisa Judge przyciąga wzrok swoja groteskowością. Każdy obrazek jest po prostu śmieszny. Nawet napisy - których jest dość sporo - mają takie zacięcie rodem z kabaretu. 
Idealna lektura na wakacje. Wyobraźcie sobie, że moje dzieci przeczytały tę książkę razem, polegując to na dywanie, to na tarasie, innym razem na piasku. Takiego porozumienia dawno nie było. Polecam.