wtorek, 29 grudnia 2020

Polowanie na potwory

Lektura książek dla dzieci młodzieży jest dla mnie czystą przyjemnością. Najczęściej powieści te są emocjonalnie nieskomplikowane, pełne przygód i ze szczęśliwym zakończeniem. Przyjemność z czytania jest jeszcze większa, kiedy wiem, że gdzieś czeka na mnie ekranizacja książki. Często jest tak, że ekranizacja zachwyca, czego dowodem może być „Tajemniczy ogród”, czy „Enola Holmes”. W przypadku „Polowania na potwory”, książka bije ekranizacje na głowę; jest po prostu nie do przebicia. 
Kelly to rudowłosa nastolatka, która marzy o uczestnictwie w letnim obozie jeździeckim. Niestety to dość droga impreza, dlatego Kelly chwyta się każdej dostępnej pracy, próbując samodzielnie zarobić na letni wypoczynek. Okazuje się jednak, że koszenie trawników i wynoszenie śmieci, to zbyt mało intratne zajęcia. Postanawia więc zostać opiekunką do dzieci. Pierwsza oferta, jaka dociera do Kelly, to opieka nad dzieckiem w helloweenowy wieczór. Kelly nie jest zbyt popularna w swojej szkole, dlatego bez większego żalu postanawia zaopiekować się dzieckiem rezygnując z organizowanej przez młodzież imprezy. 
Szybko okazuje się, że opieka nad dziećmi nie należy – wbrew pozorom – do najłatwiejszych zadań. Pod łóżkiem czają się potwory, które nie tylko straszą dzieci, ale nawet je porywają. Kelly musi odzyskać podopiecznego nim jego rodzice wrócą do domu. Dziewczyna czuje się bezradna, ale szybko okazuje się, że w walce z potworami nie jest sama. Odzyskanie Jacoba staje się wyzwaniem nie tylko dla niej, ale też głównym zadaniem profesjonalnych babysisterów, którzy są mistrzami w swoim fachu. 
Powieść okazała się świetna. Bardzo ciekawie napisana, pełna zwrotów akcji i niespodziewanych zdarzeń. Urzekły mnie potwory, które zostały opisane z niesamowitą dokładnością. Każdy z nich jest stworem godnym uwagi. Zresztą pióro autora jest wyjątkowo plastyczne, dzięki czemu stworzony przez Niego świat w trakcie czytania otula czytelnika mrokiem i nastrojem ponurej, listopadowej nocy. Niesamowite wrażenie i choć jestem dorosła, podczas lektury ciągle wydawało mi się, że coś siedzi pod łóżkiem. 
Na szczęście w książkach dla dzieci każde zło musi mieć przeciwwagę czyniącą dobro. W przypadku tej książki to klan Babysisterek, który jest świetnie zorganizowany i prężnie działający. Mają sporo wynalazków i gadżetów, które skutecznie pozwalają walczyć z ciemiężcami maluchów. 
Tak jak książka zaskoczyła mnie pozytywnie, tak ekranizacja bardzo mnie rozczarowała. Po pierwsze, nie spodziewałam się, że Kelly, która w książce jest rudowłosą nastolatką, w filmie będzie grana przez przesympatyczną mulatkę. Absolutnie nie mam nic przeciwko, ale jeżeli przez całą lekturę przed oczami masz bladą, chudą rudowłosą pannicę, to trudno przestawić się na odbiór pucołowatej dziewczyny z warkoczykami zamiast loków. Poza tym, film – w porównaniu z książką – jest płaski i absolutnie nie oddaje klimatu powieści. Wiem, że to trudne, ale np. w przypadku Enoly Holmes się udało. Tu absolutna klapa. Zacznijcie więc kochani od lektury książki i na tym poprzestańcie. Zostanie wam w głowach świetna powieść, w której mnóstwo się dzieje i – jak to zwykle w książkach dla młodzieży bywa – dobro zwycięża.

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Królowie Bajek. opowieść o legendarnym studiu filmów rysunkowych

Dawno, dawno temu czytałam biografię Walta Disney‘a. Z książki wynikało, że to był marzyciel i idealista, który nie zawracał sobie głowy przyziemnymi sprawami. Do tego miał szczerych i oddanych pracowników dbających o to, aby szefa za bardzo nie poniosła wyobraźnia. Kiedy czytałam książkę pt. "Królowie bajek..." nieodparcie miałam wrażenie, że gdyby studio powstało w innym kraju i innym czasie, odniosłoby wielki sukces. Może nie taki duży, jak wytwórnia Walta Disney'a, ale na pewno porównywalny. Tymczasem szarość komunistycznego kraju uporczywie podcinała skrzydła twórcom studia i nie pozwalała wypłynąć na szerokie wody. Ale i tak dali radę. 
Niewątpliwie do lektury zachęciło mnie nazwisko współtwórcy książki, Leszka Talko. To nazwisko jest gwarantem tego, że książka nie będzie nudna. Pan Leszek ma takie pióro, że instrukcja obsługi pralki w jego wykonaniu zachwyci niejednego. Literatura faktu kreślona słowem Pana Talko jest po prostu ciekawa. I rzeczywiście losy studia filmów rysunkowych w Bielsku-Białej przedstawione są w taki sposób, że książkę czyta się niczym dobrą beletrystykę. Mało jest dat i formalności, za to dużo ludzi i zwykłego życia, jeżeli tylko życie w komunistycznej Polsce można nazwać zwykłym. 
Zaczyna się dość zwyczajnie, a mianowicie od ogłoszenia w lokalnej gazecie, które informuje, że Zdzisław Lachur - założyciel studia - zaprasza utalentowanych rysowników do współpracy. I już pierwsze nazwisko powala na kolana, bo któż nie zna Władysława Nehrebeckiego - twórcy Bolka i Lolka? Za nim przychodzą inni zdolni i młodzi, którzy próbują tworzyć coś pięknego. Niestety szara codzienność dość szybko ściąga ich na ziemię. Na początku młodym rysownikom brakuje niemal wszystkiego. To, że nie ma pieniędzy to stan permanentny, jednak brakuje również miejsca na pracownię, podstawowych przyborów do rysowania i malowania, brakuje po prostu wszystkiego. Na szczęście młodzi twórcy nie poddają się i krok po kroczku pokonują przeciwności losu. Dzisiejszy czytelnik traktuje walkę z tymi brakami trochę jak przygodę. Im więcej przeszkód tym perypetie studia ciekawsze. Pamiętać jednak trzeba, że często walka ta była dla studia walką o byt i przetrwanie. 
Im dalej w las, tym większe sukcesy odnoszą kreskówki wychodzące spod ołówków pracowników studia. Bolek i Lolek, Reksio czy też Błękitny Rycerzyk wędrują poza granice kraju i z powodzeniem cieszą dzieci niemieckie, czechosłowackie, greckie, a nawet japońskie. 
W książce przedstawiono sylwetki największych rysowników studia, ich plany, rodziny i marzenia. Poznajemy tworzenie kreskówek od kuchni - od pomysłu, aż po udźwiękowienie. Czytelnik zaczyna rozumieć, że to, co w dzisiejszych czasach nazywamy normalnością, wtedy nie istniało. Trzeba było liczyć się z cenzurą, trudnościami życia codziennego i brakami w zaopatrzeniu. Mimo to, z pasją tworzyli kolejne animacje wyświetlane głównie jako Dobranocki. Dzieciaki z uśmiechem na twarzy, o godzinie 19:00, zasiadały przed telewizorami, aby poznać kolejne przygody Bolka i Lolka. Pamiętam, jak się cieszyłam, kiedy pojawiła się Tola! To było naprawdę coś. 
"Królowie bajek..." to wspaniała książka, napisana z pasją i zaangażowaniem. Trochę smutna, bo – jak wszyscy wiemy - studio nie przetrwało. Może inaczej - przetrwało, ale w szczątkowej formie. Dopiero teraz Bielsko-Biała zrozumiała, co straciła, a wraz z nią cała Polska. Muzeum i możliwość zwiedzenia pomieszczeń studia to trochę mało. Niestety walka o prawa majątkowe skutecznie zaprzepaściła nadzieję na powrót polskiej animacji z tą charakterystyczną kreską. 
Przepięknie wydana, kolorowa i pełna ilustracji książka, ciesząca merytorycznym podejściem do tematu i świetnym piórem L. Talko, to naprawdę rewelacyjny pomysł na prezent.



czwartek, 17 grudnia 2020

Melodia mgieł dziennych

Jeżu kolczasty, kto skrzywdził tę powieść taką okładką? Koszmarki graficzne w niebiesko – różowo – "majtkowym" kolorze... To straszne, bo książka jest rewelacyjna, tylko pierwszy odbiór przedziwny. To kolejny dowód na to, że nie można oceniać smaku cukierka po papierku, a książki po okładce. Nie zgadzam się też z zaszufladkowaniem tej powieści jako książki dla kobiet. To, że bohaterki są płci żeńskiej nie oznacza, że panom się nie spodoba. "Melodia..." to książka dla każdego, bez względu na płeć, kto lubi śledzić uczuciowe burze i nawałnice.  
Es - która prowadzi w powieści narrację - jest bardzo zdolną artystką. Pisze teksty piosenek, śpiewa, komponuje. Wydawałoby się, że jest na prostej drodze do sławy i sukcesu. Nic bardziej mylnego. Jej kompleksy i niskie poczucie własnej wartości powodują, że zamiast błyszczeć na scenie, staje się coraz bardziej niewidzialna. Powoli jej serce i dusza przechodzi na inną osobę, którą poznała na przesłuchaniach. To młoda artystka, Melodia, która jest zupełnym przeciwieństwem Es. Mocna, silna i energetyczna powoli przejmuje z Es wszystko, co dobre. Kiedy Melodia wspina się na szczyty sławy, Es gaśnie i znika. W utrzymaniu własnego ja nie pomaga Es fakt, że została menadżerką artystki. Teraz Melodia bez wyrzutów sumienia przejmuje i wykonuje wszystko to, co Es stworzy Wspina się na szczyty list przebojów i tam delektuje się światłem reflektorów. Niestety pod tym światłem i brokatem kryje się słaba, uzależniona od używek, kobieta, która po bliższym poznaniu okazuje się całkowicie bierna i nijaka. 
"Melodię mgieł dziennych" poczyniła młoda, bardzo wszechstronna artystka, Marta Bijan. Autorka odniosła sukcesy w wielu strefach życia i wszystko można o niej powiedzieć tylko nie to, że jej sztuka jest nijaka. Ta książka jest tak przepełniona emocjami, że aż się z niej wylewają. Na pewno nie zachwyci każdego, ja jednak czytałam ją z wielka przyjemnością. To bardzo melancholijna i smutna książka, pełna przenośni i retrospekcji. Nie można było przemknąć przez nią jak przez większość "czytadełek" Tu czytelnik już na pierwszych stronach powieści dostaje emocjami po głowie i nie może liczyć, że dalej będzie łagodniej. Nie. Dalej jest tylko gorzej. Czytelnika frustruje nijakość Melodii i bierność Es. Jedna żyje na plecach drugiej i trudno taką sytuacje zaakceptować. Z powieści bije smutek i żal, że bohaterki nie mogą wysupłać się z tej sieci uzależnień. To poczucie zagubienia potęguje jeszcze sposób pisania autorki, która często używa retrospekcji, przez co powieść wydaje się chaotyczna i bałaganiarska. Ja jednak uważam, że wcale tak nie jest. Dla powieści ważniejsza jest kolejność ukazywania uczuć, ich narastanie i tłumienie, niż porządek i chronologia. To właśnie przez to skakanie po życiu dziewczyn odnosimy wrażenie zagubienia i smutku. Dobrze, że chociaż zakończenie niesie ze sobą nadzieję. 
Jeżeli macie ochotę na spróbowanie zupełnie innej literatury niż ta, która nosi przydomek lekkiej, łatwej i przyjemnej to sięgnijcie po "Melodię mgieł dziennych". To dawka zupełnie innej przyjemności, która pozostanie w Was na bardzo długo. Warto. 

Służąca

"Służąca" to książka dziwna, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mroczna i tajemnicza. Wyciąga z czytelnika dość mroczne pokłady duszy i nicuje ją na wskroś. Okładka idealnie oddaje klimat tej powieści. Niby toczy się w realnym świecie, ale wszystko jest w nim postawione do góry nogami. Poczynając od głównej bohaterki, a na rozwiązaniu zagadki kończąc. W pełni zasługuje na miano bestselleru
Julia jest młodą dziewczyną, która odnalazła w sobie talent do... sprzątania. Matko jedyna, gdyby moja córka odnalazła w sobie talent do sprzątana i jej jedyną ambicją byłoby wycieranie kurzu w biurach i obcych domach, szybko poszłabym z nią do psychologa. Tymczasem w książce ukazane jest to jako coś zupełnie normalnego. Jedni grają na skrzypcach inni są świetnymi mówcami, a jeszcze inni świetnie odkurzają. Kiedy się zorientowałam w talentach bohaterki wiedziałam, że to nie będzie zwykła książka. I miałam rację. 
Julia pewnego dnia trafia do willi Państwa Borewskich. Piękny dom, którego mieszkańcy wyglądają na szczęśliwych. Mikołaj Borewski z powodzeniem prowadzi praktykę adwokacką a jego żona spełnia się, będąc żona i macochą Kacpra – młodego, odnoszącego sukcesy pisarza. Z pozoru wszystko wydaje się idealne i pewnie tak by było, gdyby nie pewna rysa na charakterze Pana domu. Otóż uwielbia on wszystko, co związane jest z epoką średniowiecza. Nie ogranicza się jedynie do rekonstrukcji bitew i organizowania uczt. Chciałby również służącą z tamtych czasów – spokojna i spolegliwą. Julia podczas pierwszej rozmowy otrzymuje propozycję zamieszkania w willi. Stanowczo odmawia; wówczas Borewski, szantażując dziewczynę - przymusza ją do tego. Kiedy Julia wprowadza się do willi zaczyna się jej koszmar. Wiadomo przecież, kim (lub czym) była służąca w średniowieczu. Julia pracuje ponad siły ciągle bojąc się o swoje życie. Jej strach potęguje szafa, w której odnalazła napis wyryty w ścianie przez poprzednią służącą Joannę. Teraz już wie, że każdy dzień w tym domu może być jej ostatnim. Jedyna nadzieja w synu gospodarza, Kacprze, który wydaje się być po stronie Julii. Ale czy na pewno? 
Powieść jest wyjątkowo klimatyczna. Smoliście mroczna i zakręcona. Autorka bardzo sprawnie manipuluje głównymi bohaterami, co rusz wyprowadzając czytelnika na manowce. W pewnym momencie nie wiedziałam już, kto jest dobry, a kto zły. Komu ufać, a kogo omijać z daleka. Pewne było jedynie, że Mikołaj jest chory psychicznie i właściwie należy mu pomóc, choć on sam broni się przed tym zaciekle. Z oceną matki już jest dużo większy kłopot. Niby pomaga Julii, ale jej pomoc najczęściej obraca się przeciw dziewczynie. Jest skryta i przebiegła. Właściwie nigdy nie wiadomo, czego się po niej spodziewać. A Kacper? Ten to już jest jedną wielką zagadką. Niby stoi po stronie Julii, ale przez całą książkę miałam wrażenie, że zależy mu na krzywdzie Julii. To dawało tematy do pisania a on - jako młody pisarz - potrzebował bodźców... 
Zakończenie zaskakuje nieziemsko. Fabuła nagle skręca o 180 stopni i już nie wiadomo, w kim szukać wroga a w kim przyjaciela. Szkoda, że tak szybko sprawa się wyjaśniła To było trochę jak jazda na kolejce górskiej. Wolny podjazd, który tylko wzmagał napięcie, a potem fiuuu… i już wszystko wiadomo. Wolałabym jednak chwilkę się podelektować rozwiązaniem zagadki a tu bum i już. 
Wiem, że autorka poczyniła jeszcze kilka książek. Jeżeli są tak samo klimatyczne jak „Służąca”… nic tylko czytać. 

czwartek, 19 listopada 2020

Zwiadowcy księga 15 - Zaginiony książę

„Zwiadowcy” towarzyszą mojej rodzinie od lat. Najpierw poszczególne tomy przeczytała moja córka. Będąc na wakacjach w Bieszczadach, każdą wolną chwilę poświęcała na lekturę. Czytnik w plecaku doprowadzał mnie do szaleństwa, bo zamiast na szczytach napawać się widokami, ona wkładała swój nos okularnicy w czytnik, i już jej nie było. Czytnik to Kindle z podświetleniem, więc wieczorami też nie miałam córki. I tak dwutygodniowe wakacje minęły, a moje dziecię przeczytało w tym czasie 10 tomów Zwiadowców. Każdy kolejny tom jest już celebrowany, choć do dzisiaj Starsza z pogardą podchodzi do czytania pojedynczych tomów i odgraża się, że jak saga dobiegnie końca, to przeczyta wszystkie tomy za jednym zamachem. Na szczęście na razie końca nie widać, a tom 15 pt. "Zaginiony Książę" jest dowodem na to, że Flanagan nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.  
Ja też się zaraziłam miłością do Zwiadowców, a ostatnio Młodszy pochłania pierwszy tom. Co jest takiego wspaniałego w tej serii? Nie wiem. Może to, że autor stworzył równoległy świat, który wydaje się dużo prostszy od naszego. Może wspaniali bohaterowie? A może ta szczypta magii i czarów, za którą wszyscy tęsknimy... 
Do Araluenu przybywa zrozpaczony władca Gallii z błaganiem o pomoc dla swojego syna Gilesa. Młodzieniec został porwany przez barona i - zważywszy na warunki, jakie stawia porywacz - nie zanosi się, aby dobrowolnie uwolnił chłopca. Król Duncan jest przekonany, że ta misja to świetny sprawdzian zarówno dla Willa, jak i dla młodziutkiej Maddie. Will będzie miał okazje sprawdzić się jako opiekun Madiie, a dziewczyna będzie mogła spróbować prawdziwej misji. Będąc pod opieką Willa będzie w miarę bezpieczna. Wyruszają w podróż jako rodzina kuglarzy - ojciec jest świetnym żonglerem, a jego córka wyjątkowo zręcznie posługuje się nożami. Odmiennie niż zawsze, nie mogą się ukrywać. Muszą wręcz obnosić się ze swoimi umiejętnościami licząc, że ich sława dotrze do barona. To daje nadzieję, że zostaną zaproszeni na dwór. Jeżeli tak się nie stanie... cóż, czego, jak czego, ale pomysłowości zwiadowcom nigdy nie brakowało. Will i Maddie udają się w niebezpieczną podróż. Spotkają na swej drodze wielu ludzi, zarówno dobrych jak i złych. Będą musieli zmierzyć się z wieloma niebezpieczeństwami i walczyć o powodzenie misji. Trudno opisać fabułę tak, aby nie zdradzić szczegółów, ale zapewniam, że niektóre perypetie czytałam z wypiekami na twarzy. Na szczęście w powieści są również wesołe chwile, które zapewniają nam głównie dialogi bohaterów. Ich uszczypliwość i poczucie humoru powodują, że powieść jest pełna ciętych wypowiedzi i ripost. Świetna zabawa. 
Minusem powieści jest to, że po raz kolejny autor rozbił powieść na dwa tomy. Po zakończeniu „Zaginionego księcia” pozostał wielki niedosyt i trochę niesmak. Czytelnik ma wrażenie, że autor dzieli powieść głównie dla pieniędzy. Pewnie tak jest, co nie zmienia faktu, że drażni mnie ta coraz częstsza praktyka. Patrząc na tomiszcza Ursuli de L. Quinn to dla chcącego nic trudnego. A tak pozostaje nam czekać na zakończenie perypetii naszych bohaterów. Pomijając jednak ten drobny minusik - powieść jest rewelacyjna. To świetna książka na długi, zimowy wieczór. 

Dlaczego rodzice tak cię wkurzają i co z tym zrobić

Macie w domu nastolatków? Ja mam. Nawet dwoje. Starsza ma obecnie 16 lat a Młodszy - 11. Oczywiście i bezsprzecznie bardzo kocham moje dzieci i życie za nie oddam w razie potrzeby. Nie zmienia to jednak faktu, że potomstwo me potrafi być piekielnie irytujące. Nie mam z nimi kłopotów, oboje działają w ZHP, są ułożeni i grzeczni, ale niektóre odzywki doprowadzają mnie do szewskiej pasji. 
Postanowiłam zbadać problem od drugiej strony. Prawdę mówiąc nabyłam książkę pt., "Dlaczego rodzice tak Cię wkurzają…” z myślą o Młodszym, bo uwielbia ten styl książek (mało liter dużo rysunków) i byłam pewna, że połknie ją jak młody pelikan świeżą rybkę. Jakże się zdziwiłam, że to ja - po pierwszym przewertowaniu – połknęłam ją jeszcze przed Młodszym. A wiecie, co mnie skusiło? Oto decydujący cytat: 
„Czy zdarzyło Ci się, że po kąpieli zostawiłeś wilgotny ręcznik na podłodze, na łóżku, albo w jakimkolwiek innym miejscu, które nie jest "swoim miejscem”? Jeśli tak, to zupełnie zrozumiałe. Po prysznicu jesteś mokry, goły i jest ci zimno. Nikt tego nie lubi, jak najszybciej chcesz się ubrać i nie przejmujesz się ręcznikiem. Zostawiasz więc go gdzie popadnie, a potem o nim zapomnisz. Wszystkim nam się to zdarza. Podejrzewam jednak, że twoi rodzice są w tej kwestii mniej wyluzowani. Może nawet czasem na ciebie krzyczą? Zdarza się wam pokłócić o ręcznik? 
Słuchajcie Kochani - OTO MOJA STARSZA! WYPISZ WYMALUJ! 

Wiedziałam już, że muszę przeczytać. Połknęłam w jeden wieczór i podsumuję jednym słowem: Rewelacja. 
Dean Burnett jest neurobiologiem, wykładowcą, pisarzem, blogerem oraz komikiem. Ta ostatnia profesja tłumaczy, skąd tak wiele humoru w książce. I to nawet nie chodzi o anegdoty, ale o język, którym posługuje się autor. Przedstawienie tak poważnych spraw z taką lekkością i humorem, to naprawdę sztuka i talent. A trzeba powiedzieć wyraźnie, że poruszane tematy są naprawdę ważkie, zwłaszcza w życiu nastolatków. Poszczególne rozdziały książki prowadzą czytelnika przez tematy, które najczęściej wywołują konflikty na linii nastolatek - rodzic. O traktowaniu domu jak hotel, o długim wylegiwaniu się w łóżku, o nadmiernym korzystaniu ze sprzętów elektronicznych i mediów społecznościowych... Tak naprawdę te tematy to tylko wstęp do analizowania, co tak naprawdę dzieje się zarówno w mózgu nastolatków jak i dorosłych. Okazuje się, że nasze drogi myślenia i analizowania rzeczywistości są zupełnie inne. To, że dorosłemu wydaje się, że wszystko, co robi, robi dla dobra dziecka, to wcale nie oznacza, że tak jest. Często zdarza się, że mylimy się w ocenie sytuacji albo kierujemy się przestarzałymi informacjami, przez co wpadamy w tarapaty. Ważne jest jednak, aby w ogólnym rozrachunku wypracować kompromis i szanować się nawzajem. 
W poszczególnych rozdziałach każdy problem wspólnie rozkładamy na czynniki pierwsze i analizujemy, jak problem wygląda z perspektywy nastolatka, a jak z perspektywy rodzica. Całość dywagacji prowadzona jest w sposób przystępny i zrozumiały nawet dla młodszych nastolatków. Tę przystępność autor umiejętnie potęguje, dbając o stronę graficzną książki. Ilustracje nie są przypadkowe - mają za zadanie podkreślać to, co w tekście najważniejsze. Co więcej - każda ważna dla nastolatka informacja jest wyróżniona większą lub odmienną czcionką. Czytelnik - pierwsze, co przeczyta, to najważniejsze zdanie stanowiące swoistego rodzaju przesłanie i na pewno o nim nie zapomni. 
Bardzo podobało mi się porównanie mózgu do telefonu komórkowego. Jeżeli w telefonie jest zbyt wiele danych i aplikacji, to użytkownik po prostu resetuje telefon i już. Problem jest taki, że mózg nie może się zresetować. Co więcej - on musi czyścić się ze zbędnej wiedzy jednocześnie pracując i przyswajając nowe informacje. Nic więc dziwnego, że w okresie dorastania dochodzi do spięć. 
Początkowo potraktowałam tę książkę jako instrukcję obsługi nastolatków, a tymczasem jest zupełnie odwrotnie. To nastolatek dostaje instrukcje obsługi swoich rodziców. Dowiaduje się, co jest z nimi nie tak, jak bardzo różnią się ich procesy myślowe od jego, i jaką awarię zaliczyli rodzice w minionych czasach. 
Tę książkę należy przeczytać – może to będzie początek końca problemów, które goszczą w niejednym domu… 

środa, 18 listopada 2020

Świąteczny trop

Święta coraz bliżej. Inne niż zawsze, ale - mam nadzieję - równie udane. Wydawnictwa na szczęście nie zmieniły corocznego systemu i pomału z każdej strony śmieją się do mnie okładki z Mikołajem, bombkami, czy też rogami renifera. To taka nowa kategoria, która ma prawo istnienia tylko kilka chwil w roku: beletrystyka świąteczna. Uwielbiam takie książki i nie ukrywam, że zawsze przed świętami szukam świątecznych klimatów. 
Świąteczny trop” mnie zadziwił. Okładka jak najbardziej świąteczna – piękna, butelkowa zieleń w połączeniu z mikołajową purpurą wołała do mnie z daleka, a w środku... rasowy kryminał. Uwierzcie mi, kiedy zamknęłam książkę, byłam zdziwiona i zachwycona zarazem. Autor z taką lekkością splótł ze sobą powieść sensacyjną i świąteczne klimaty, że aż trudno uwierzyć. Pewna lekkość pióra (wydawałoby się, że niewłaściwa dla kryminałów) spowodowała symbiozę między tymi dwoma, tak odmiennymi od siebie gatunkami. 
Andy Carpenter mieszka wraz z żoną na przedmieściach. Jego adwokacka kariera dobiega końca i Andy marzy o tym, aby w końcu odpocząć. Nie musi martwić się o pieniądze więc mógłby zakończyć pracę zawodową. Niestety jego ciekawska natura ciągle wiedzie go na manowce. Pewnego dnia spotyka na ławce bezdomnego człowieka, tulącego się do psa. Ponieważ spotkanie przypada na okres przedświąteczny Andy wręcza mężczyźnie jałmużnę. Nie jest to mała kwota więc bezdomny nawiązuje rozmowę. Od słowa do słowa Andy dowiaduje się że ten przypadkowo spotkany człowiek został pobity. Andy postanawia mu pomóc i zapewnia mu dach nad głową. Niestety jego pomoc doprowadza do zdemaskowania mężczyzny. Okazuje się, że jest to Don Carrigan, bezskutecznie od lat poszukiwany przez policję za morderstwo. Wszystkie dowody wskazują że Don jest winny, ale Andy ma wątpliwości. Postanawia bronić Dona i dowieść, że mężczyzna stał się ofiarą spisku. Początkowo działa czysto intuicyjne ale szybko okazuje się że jego intuicja jest niezawodna. 
Dalej jest już tylko lepiej. Uwielbiam powieści, w których - jak po nitce do kłębka - czytelnik może składać kawałeczki powieści i samemu próbować odkryć, kto jest winny. A ta powieść to istny zbiór niteczek spłatanych w barwny kobierzec. Świetnie wykreowani bohaterowie i pisarska konsekwencja autora czynią z tej powieści bardzo dobry kryminał. Autor pozwala czytelnikowi odkrywać wraz z adwokatem drobne szczegóły, które, połączone razem, dają odpowiedź na pytanie „kto zabił?”. Trzeba czytać uważnie, bo mnogość bohaterów i wątków może trochę czytelnika zwieść z głównej drogi, ale zapewniam Was, że nie jest to trudne. I ten klimat świąt... 

poniedziałek, 16 listopada 2020

Bike - owa podróż

Cudna książka. Jedna z tych, którą trzymasz w ręce i wiesz, że zapewni Ci wiele wspaniałych chwil. Już na pierwszy rzut oka zaskakuje sporą wagą, piękną okładką, świetnym, grubym papierem, na którym została wydana i wspaniałymi zdjęciami. To jest książka, przy której czytanie jest czynnością wtórną. Ważne jest również oglądanie, wertowanie, wąchanie i głaskanie. Naprawdę! 
Uwielbiam jeździć na rowerze. Często z moim synem wsiadamy na nasze pojazdy i mkniemy. Raz na całodzienną wycieczkę, innym razem tylko kilka kilometrów, aby odwiedzić babcię. Ale zawsze uczucie jest to samo. Wolność, wiatr we włosach, chłód w upalny dzień... gorzej kiedy pada. Rower to radość z obcowania z przyrodą. Dlatego wiedziałam że książka „Bike – owe podróże” zauroczy zarówno mnie jak i mojego syna. Zwłaszcza że jesteśmy ze Szczecina. 
Daniel Kocuj, to człowiek ogarnięty maniakalną miłością do rowerowych podróży, zwaną przez niektórych cyklozą J. Jest to niewątpliwie nieuleczalna choroba (co widać po mojej rodzinie) choć jej objawy łagodzą brzydka pogoda, deszcz i wiatr. Poznajemy Daniela jako typowego mieszkańca Warszawy, pracownika jednej z tamtejszych korporacji. Na szczęście Daniel potrafi oderwać się do wielkomiejskiego szumu i po osiągnięciu stabilizacji finansowej postanawia zrealizować swoje marzenia. Wsiada na rower i mknie z Australii przez Indonezję, Malezję, Tajlandię, Birmę i Indie. Tu niestety kończy się pierwsza część podróży i reportażu. A gdzie nasz rodzinny Szczecin? Pewnie w drugim tomie… Podróż Daniela poznajemy nie tylko z jego perspektywy. Dużo opowiada nam Zander - przyjaciel podróżnika, który początkowo również podróżował, a później był "dobrym duchem " Daniela. Jeszcze inny obraz podróży przekazuje nam relacja dziewczyny Daniela, której – moi zdaniem – na podróż po prostu zabrakło odwagi. Cóż - ja chyba też bym się nie odważyła. Miłość do dwóch kółek jest w sercu naszego podróżnika tak wielka, że raczej obecność osóbki wolniejszej i mniej sprawnej byłaby dla niego tylko balastem. A tak pozostaje pędzić z wiatrem i napawać się wszystkim dookoła. 
Podczas podróży przez książkę poznajemy zarówno uroki wyprawy jak i trudności, z którymi Daniel musiał się borykać. A nie było łatwo. Rowerzysta musi pokonać bariery językowe, braki wody pitnej, odmienności żywieniowe, czy też po prostu brak podstawowej opieki medycznej. Ale nic to. Z każdej opresji wychodził obronną ręką głownie dzięki własnej pomysłowości oraz życzliwości miejscowych. 
Książka jest świetnie napisana. To tak, jakby wasz przyjaciel wrócił z dalekiej podróży, usiadł obok, na kanapie i prostym, pełnym emocji językiem zaczął opisywać to, co go spotkało. Relację z podróży czyta się bardzo przyjemnie, wręcz jednym tchem. Trochę przeszkadza mała czcionka, ale coś za coś. Dzięki małym literkom jest więcej miejsca na zdjęcia i w tym momencie grzeszek zecerski zostaje wybaczony. To niesamowita umiejętność tak umieć dobierać słowa, że z poszczególnych zdań wyłania się wachlarz emocji i obrazów. Niesamowite przeżycie zwłaszcza, że całość dopełniają wspaniałe zdjęcia z podróży. 
Ta książka to zamiennik lata, który pomoże przetrać te trudne listopadowe dni. Kubek herbaty, kocyk i hajda w podróż!

czwartek, 5 listopada 2020

K - POP Tajne przez poufne

K-pop to zjawisko, które do pewnego momentu kompletnie do mnie nie docierało. Koleżanki Starszej zachwycały się piosenkami, piszczały na widok skośnookich przystojniaków i robiły wszystko, aby dorównać szczupłą sylwetką drobniutkim piosenkarkom. Słyszałam kilka piosenek, ale są one zupełnie nie w moim guście. Co więc przyciągnęło moją uwagę? Sama nie wiem. "K - pop tajne przez poufne" zamówiłam przede wszystkim z myślą o Starszej i nie myślałam, że tak mnie wciągnie.  Na pierwszy rzut oka wydaje się że to po prostu kolejna książka dla młodzieży. Tymczasem przesiedziałam dwa wieczory czytając o występach młodych k-popowćow i im bardziej poznawałam fabułę, tym bardziej było mi żal tych dzieciaków.
Candece to młoda Amerykanka o koreańskim pochodzeniu, mieszkająca w New Jersey. Jak każda nastolatka ma marzenia i fantazje, niestety rodzice nie pozwalają jej ich rozwijać. Od zawsze marzy o śpiewaniu, a tymczasem mama zmusza ją do grania w szkolnej orkiestrze na znienawidzonej altówce. Jej przyjaciele, widząc marnujący się talent, prawie siłą zaciągają ją na przesłuchania do koreańskiego girls bandu. Dziewczyna przechodzi eliminacje, jednak szybko zdaje sobie sprawę, że to dopiero początek jej drogi. Jedzie do Seulu, do ośrodka treningowego, w którym panuje ogromna rywalizacja. Dziewcząt jest pięćdziesiąt, a od razu wiadomo, że do zespołu dostaną się zaledwie cztery. Do tego dochodzi drakońska dieta, godziny ćwiczeń i ciągła praca nad sobą. Do tego dochodzi poniżanie dziewcząt i ciągłe pokazywanie im, że są nic nie warte. Candece umie śpiewać natomiast kompletnie nie radzi sobie z tańcem. Wprawdzie robi co może, aby wymachy jej kończyn przypominały taniec, ale pozostawia to wiele do życzenia. Im dłużej nasza bohaterka przebywa w ośrodku, im bardziej poznaje zasady w nim panujące, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że uczestnicy treningu są po prostu narzędziem do osiągnięcia celu. Tu nie chodzi o ich sukces, a o pieniądze, które można zarobić dzięki pracy tych utalentowanych dzieciaków. Candece postanawia walczyć z systemem, ale wydaje się, że to walka z wiatrakami.
Lektura tej powieści była świetną rozrywką na długi deszczowy dzień. Ot sympatyczna młodzieżówka pokazująca coś zupełnie innego niż większość książek skierowanych do tej grupy czytelników. Dziewczyny muszą walczyć o każdy punkt, często rzucają sobie nawzajem kłody pod nogi, grają nie fair i robią wszystko, aby zwrócić na siebie uwagę prowadzących zajęcia. O inności tej książki decyduje miejsce, w którym to wszystko się dzieje. Korea jest krajem wyjątkowo odmiennym od krajów europejskich i wiele drobnych elementów powieści składa się na odczucie, że to wszystko dzieje się w zupełnie innej kulturze. To poddaństwo, ciągłe kłanianie się, zwracanie uwagi na każdy wypowiedziany wyraz, ciągła uwaga, żeby nikogo nie urazić… czytałam zafascynowana i jednocześnie lekko przerażona.
Powieść czyta się szybko, łatwo i przyjemnie i - co więcej – z ogromną ciekawością. Dla mnie historia opowiedziana w tej książce to zupełna nowość. Nie miałam pojęcia w jaki sposób odbywają się nabory do takich zespołów, a z lektury tematycznych stron internetowych wynika, że realia przedstawione w książce wcale nie są mocno naciągane. Rzeczywiście dzieciaki poświęcają całą swoja młodość, często – u progu dorosłości – pozostając z niczym. Lata pracy okraszone porażką na finiszu… to może złamać najsilniejsze ego. Nic więc dziwnego, że słychać o samobójstwach liderów k – popu. Biedne dzieciaki.
Polecam każdej młodej osóbce. Książka pokazuje, że choćbyś nie wiem, ile pracował, zawsze można trochę więcej i trochę lepiej. Tylko gdzie jest granica?

poniedziałek, 12 października 2020

Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę

Wyobraźcie sobie kochani rok 1987, Wigilia. W księgarniach pustki, a tu pod choinkę zerka dwunastolatka, która połyka książki niczym młody pelikan rybki. Jedna starcza jej na maksymalnie dwa dni. To ja. Głód książek miałam przeogromny. Moja kochana mama stała prawie cały dzień w księgarni, bo... rzucili. Nieważne co, ważne że jest i to bez obrazków (z obrazkami to wstyd czytać). Kiedy więc znalazłam pod choinką kilka książek, byłam zachwycona. Wśród nich jedna wyróżniała się słoneczną, żółtą okładką z uśmiechniętą, dziewczęcą buzią. To była "Szósta klepka". Wybrakowana, bo bez pierwszej strony, ale kto by na to patrzył! Przeczytałam raz, potem drugi, a potem niezliczoną ilość razy. Do dzisiaj kocham, uwielbiam i co pewien czas czytam wszystkie tomy Jeżycjady. Można je kupić w różnej formie. Ja mam najpopularniejsze wydanie ale np. w jednej z internetowych księgarni można kupić przepiękne kolekcjonerskie wydanie. 
Kiedy zobaczyłam "Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę!” wiedziałam, że nie zasnę spokojnie, dopóki nie będzie stała na mojej półce. Poznanie losów Borejków trochę od kuchni, ciągnęło mnie jak magnes. W końcu przyszedł ten dzień, w którym z paczkomatu wyjęłam ciężką i sporą paczkę. Książka okazała się przepiękna! Duże, szyte wydanie z twardą, połyskującą okładką i grubym papierem. Wisienką na torcie jest wstążeczka do zakładania. Niby nic, a cieszy. Uwierzcie mi - byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. 
Borejkową encyklopedię napisała Małgorzata Musierowicz wraz z córką, Emilią Kiereś. Jej czytanie i przeglądanie jest po prostu miodem na serce miłośników Jeżycjady. Przez kartki przewija się mnóstwo zdjęć, rysunków wykonanych tak charakterystyczną kreską, wspominków i pamiątek rodzinnych. Idąc przez zakamarki pamięci autorek poruszamy się od A do Z - stąd skojarzenie z encyklopedią. Każda literka to inne wspomnienie, inne miejsce i wyjaśnienie innej zagadki rodem z Jeżycjady. Wszystko aż kipi ciepłem i dobrymi fluidami, których tak dużo w twórczości Pani Musierowicz. Lektura tej książki to były najprzyjemniejsze chwile ostatnich czasów. Byłam wzruszona, roześmiana i szczęśliwa, że jeszcze raz mogę zawitać do domu Borejków, tyle że teraz tak od kuchni.
Przyznam, że recenzja tej książki jest dość trudna. Przecież każdy fan Jeżycjady sięgnie po nią i oceni zupełnie nieobiektywnie. Tak jak ja. A Ci, którzy nie czytali Jeżycjady po prostu po nią nie sięgną. Nikt nie zaczyna poznawania serii literackiej od czytania uzupełnienia. Dlatego też uważam, że ta książka skierowana jest do wyraźnie określonej grupy odbiorców, którzy przyjmą ją z zachwytem. 
Dodam jeszcze na zakończenie, że to wspaniała książka na prezent. Każda fanka rodziny Borejków na pewno chętnie ugości to literackie cacko na swojej półce. 

Perry Mason i sprawa podmienionego zdjęcia

Perry Mason i sprawa podmienionego zdjęcia” to przede wszystkim znakomity kryminał. Przeniósł mnie do czasów, kiedy namiętnie zaczytywałam się powieściami Agaty Christie czy też Conan Doyle’a. To super książki, w których autorzy nie starają się okraszać kryminalnej zagadki wątkiem miłosnym, czy też inną obyczajową otoczką. Tu wszystko kręci się dookoła jednego pytania, które najczęściej brzmi:, „Kto zabił?” Oczywiście jest wiele innych pytań, ale to jest najważniejsze. I tak właśnie w kryminałach powinno być prawda? Lubię też kryminały, w których zagadka rozwiązuje się właściwie na sali sądowej. Lawirowanie wśród zeznań świadków, zwrócenie uwagi na drobne słowa czy gesty potencjalnego sprawcy, które potem rzutują na wynik całego postępowania. Tak, to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Takie kryminały powstawały sto lat temu i powstają dziś. Książki z udziałem świetnego adwokata Perry’ego Masona z całą pewnością zaliczają się do tej kategorii książek. Nic więc dziwnego, że powieść pochłonęłam niczym świeżutką bułeczkę. Zresztą powieść ta jest świeżutka bo to przecież nowość, którą można kupić internetowej księgarni.  
Przygoda z Masonem zaczyna się w podróży. A oto zamożni państwo Newberry wraz z córką podróżują do Honolulu tym samym statkiem, co Perry. Nasz bohater staje się światkiem na pozór wydumanej tragedii związanej z podmienieniem w ramce zdjęcia ich córki, Belle. Od słowa do słowa okazuje się, że Belle wcale nie jest rodzoną córką Pana Newberry, co więcej – bogactwo głowy rodziny jest niewiadomego pochodzenia. Pozory gonią pozory. Żona podejrzewa, że ich bogactwo nie pochodzi z wygranej na loterii, jak twierdzi mąż, a po prostu z przestępstwa. Zdaniem Pani Newberry najlepszym rozwiązaniem byłoby przyznanie się szanownego małżonka do winy i zwrot skradzionej gotówki. Perry Mason nie musi długo zastanawiać się, czy przyjąć sprawę Pana Newberry, ponieważ problem niejako rozwiązuje się sam. Pan Newberry wypada za burtę, a świadek zdarzenia twierdzi, że to pani Newberry zastrzeliła męża, a następnie wrzuciła jego ciało do wody. Teoria znajduje potwierdzenie w kabinie podejrzanej, gdzie kapitan statku odnajduje mokre ubrania denata i pas wypchany pieniędzmi, który zawsze nosił przy sobie. Po tym odkryciu już nikt nie ma wątpliwości – to Pani Newberry zabiła męża. Perry Mason ma jednak wątpliwości? A wszystko to przez podmienione zdjęcie…. 
Podczas lektury zachwycił mnie przede wszystkim warsztat pisarki autora. Szybki, trochę telegraficzny przekaz, dużo dialogów, skupienie uwagi na szczegółach i – co naprawdę ważne – wyjątkowa konsekwencja w przedstawianiu wydarzeń. To wszystko czyni lekturę tej powieść wspaniałą przygodą. Wprawdzie podczas lektury miałam moment, kiedy czułam się zagubiona w gąszczu wydarzeń i postaci, ale szybko doszłam do ładu. Przyznam się jednak, że są momenty, gdy lektura wymaga sporego skupienia. Na szczęście na skrzydełku książki wymieniono najważniejszych bohaterów, co ułatwia odnalezienie się w fabule. 
Ta zawiłość fabuły ma plusy i to spore. Kiedy bowiem doszło do rozwikłania zagadki siedziałam przez chwilę zastanawiając się nad umiejętnościami dedukcyjnymi Pana Masona. Ta zagadka to „majstersztyk”, który zachwyca swoją budową i rozwiązaniem. Książka zapewnia naprawdę sporo dobrej zabawy, a sposób rozwiązania zagadki wzbudził mój najszczerszy podziw. Do tego wszystkiego spora ilość dialogów okraszonych dobrym poczuciem humoru i zabawa murowana. Rozmowy prowadzone przez bohaterów na pewno wywołają uśmiech na niejednej czytelniczej twarzy. 
Podsumowując – adwokat Perry Mason po raz kolejny pokazał, ze jego zdolności dedukcyjne przekraczają umiejętności zwykłego śmiertelnika. Jest w tym wszystkim uroczy i zachwycający. Polecam każdemu. 

piątek, 9 października 2020

Miłość w Auschwitz



Dużo ostatnio w literaturze tematyki obozowej. Już trochę drażniące są tytuły, w których drugi człon to "...z Auschwitz". "Tatuażysta z Auschwitz", "Kołysanka z Auschwitz", "Położna z Auschwitz", "Dziewczęta z z Auschwitz"... Większość z nich czytałam i niestety większość z prawdą historyczną ma niewiele wspólnego. Są to niezłe historie, w jakimś stopniu oparte na wydarzeniach, które rzeczywiście miały miejsce, tyle tylko, że tematyka trudna i takie spowszednienie jej jakoś mnie drażni. 
"Miłość w Auschwitz" to książka zupełnie inna. Może mylić okładka, która sugeruje, że mamy do czynienia z kolejną powieścią o miłości w tych trudnych czasach. Rzeczywiście tak jest, ale nie jest to banalna historyjka, a pełna rzetelnych informacji książka, ukazująca dwójkę ludzi, którzy na przekór wszystkiemu postanawiają choć chwilę nacieszyć się wolnością. Autorka już na samym początku zasypuje nas informacjami na temat rodziny Mali Zimetbaum. Przyznam, że byłam zaskoczona, kiedy zamiast kolejnego obozowego love story zaczęłam czytać opracowanie pełne dat, nazw miejscowości i nazwisk przodków Mali. Opowieść o prześladowaniach, o ucieczce do Belgii, o tym jak krąg nienawiści zacieśniał się dookoła Mali i jej rodziny. Chwilę trwało zanim się przestawiłam, ale gdy zrozumiałam, że to nie jest lektura, po której prześliznę się wzrokiem  - wpadłam po uszy. 
Książka opiera się głównie na wspomnieniach o Mali i Edwardzie. Dokumentów i zdjęć nie ma zbyt wiele, a historia młodej pary została w dużej mierze zapomniana. Dlatego najważniejsza relacja pochodzi od osób, które poznały ich już w Auschwitz i byli tak naprawdę biernymi obserwatorami rozgrywającej się tragedii. 
Mala i Edward poznali się w obozie. On był tam od początku, ona przyjechała z zachodniej Europy, z transportem innych Żydów. Od początku była dobrze traktowana przez Niemców, a to głównie dzięki znajomości wielu języków. Sama starała się pomóc współwięźniom jak tylko mogła. Dodatkowy kawałek chleba, łyżka zupy, wykreślenie nazwiska z listy osób przeznaczonych do zagłady, albo dopisanie do listy osób, które w danym dniu miały lżejszą pracę. Drobne gesty, które w tamtych okolicznościach ratowały życie. Mala robiła wszystko, aby przetrwać. Zgubiła ją miłość do Edwarda. Razem uciekli i spędzili na wolności kilka dni. Czy było warto? 
Książka zachwyciła mnie reporterskim podejściem do tematu. Dużo tu faktów, liczb i nazw, ale uwierzcie mi – powieść jest naprawdę ciekawa i bardzo dobrze się ją czyta. Takie reporterskie podejście powoduje, że w czytelniku jest mniej emocji i żalu, za to więcej poczucia bezsilności. Ten moment, kiedy Mala zdawała sobie sprawę, że jej nazwisko w końcu znajdzie się na liście… i to bierne oczekiwanie… straszne. 
Autorka robi wszystko, aby ocalić historię Mali i Edwarda od zapomnienia. Odnajduje członków ich rodzin,, odwiedza miejsca, które były dla nich ważne, odnajduje nawet człowieka, z którym pierwotnie Edward miał uciec, ale to wszystko mało. Na szczęście coraz więcej o tym się mówi, a historia zdaje się ocalała od zapomnienia. 
Czy poruszyło serca?

środa, 7 października 2020

To nie jest mój mąż

Spotkanie Matyldy, jak zawsze, jest dla mnie niesamowitą przyjemnością i przygodą zarazem. Matylda nie spuszcza z tonu i zapewnia czytelnikowi sporą dawkę śmiechu. W pierwszym tomie swoich przygód pt. „Oddaj albo giń” wplątała się w niesamowitą, kryminalną kabałę, po wyjaśnieniu której postanowiła zrobić licencję prywatnego detektywa. Kiedy spotykamy ją w drugim tomie, Matylda właśnie próbuje ciągnąć dwa etaty. Pierwszy w swojej ukochanej bibliotece, a drugi w agencji detektywistycznej. Zlecenie które otrzymała jest dość proste. Należy udowodnić niewierność męża klientki. Sytuacja się komplikuje, kiedy okazuje się, że mąż to nie do końca mąż a dodatkowo właściwie nie wiadomo, gdzie on się podziewa. Na scenę za to wkracza kochanek klientki, który zaraz po tym również znika. Matylda właściwie nie wie czy szuka męża, czy kochanka, co więcej – sama klientka także nie wie na kim jej bardziej zależy. Kiedy na arenę wkracza znana z pierwszego tomu para policjantów – robi się naprawdę ciekawie. 
Zapewniam was jednak, że wątek kryminalny to jedno. Jest wciągający i bardzo pomysłowo pociągnięty, ale języczkiem uwagi tej powieści jest sama Matylda i jej rodzina. Dialogi prowadzone między Panią detektyw, a jej mężem są po prostu przezabawne, a ich czytanie jest czystą przyjemnością. Lekko ciapowaty mąż nie nadąża za skrótami myślowymi swojej małżonki, co doprowadza do wielu nieporozumień i słownych utarczek. Kiedy do tego dodamy jeszcze rezolutną córeczkę, która hołduje zasadzie „co w sercu to na języku”, otrzymujemy iście mistrzowską mieszkankę humoru. Mogłoby nie być wątku kryminalnego, a ja i tak przeczytałabym całą powieść od deski do deski. Przyznam się, że całym sercem uwielbiam twórczość Pani Rudnickiej. Zaczynałam od Natalii, a skończyłam na Matyldzie i nie umiem powiedzieć, która z książek jest moją ulubioną. Styl Pani Rudnickiej powoduje, że wszystkie jej książki czyta się z wielką przyjemnością. Fabuła płynie niczym rwąca rzeka i ani się człowiek obejrzy, a tu koniec. Pozostaje jedynie czekać na kolejne książki autorki.

wtorek, 6 października 2020

Mały Oświęcim. Dziecięcy obóz w Łodzi.

To jedna z najważniejszych książek, jakie w swoim życiu czytałam. Niesamowicie przejmująca, mówiąca o straszliwościach tego, co działo się zaledwie 80 lat temu w Łodzi, przy ul. Przemysłowej. Jak można dwu, trzyletnie dzieci zamykać w obozach? Jak można pozbawić dziesięcioletniego chłopca najbliższej rodziny? Pytanie "Jak można?”, powtarzane nawet kilka dni nie wyczerpie oburzenia nad okrucieństwem tamtych ludzi. I za co? Za kilogram ziemniaków szmuglowanych do domu, gdzie czekała mama z czworgiem rodzeństwa? Za rodziców, którzy walczyli o Polskę?, Za to, że maluch nie miał domu? 
Książka „Mały Oświęcim” opowiada o losach więźniów zamkniętych w obozie w Łodzi przy ul. Przemysłowej. Obóz ukryty przez światem, z którego nie było ucieczki. Umiejscowiony został na terenie łódzkiego getta, więc jak uciec? Do getta? Żydzi wiedzieli, że za przyprowadzenie małego uciekiniera dostaną bochenek chleba. Nie było nadziei. 
W obozie umieszczano dzieci od 6 do 16 roku życia, ale z relacji świadków wynika, że były tam również dzieci maleńkie, dwu, trzyletnie. Sporadycznie przebywały  tam również niemowlęta, ale ich losy rozpłynęły się w odmętach historii. 
Książka podzielona jest na dwie części. Nie wiem, która zrobiła na mnie większe wrażenie, która mną bardziej wstrząsnęła. Jedna jest straszna przez to, o czym opowiada, druga przez to, jak opowiada. Pierwsza to wspomnienia z obozu. Opis strasznego życia, ponad siły dorosłych, a co dopiero dzieci. Dwie pajdki chleba, brunatna "kawa" i zupa na obiad, która często nie nadawała się do jedzenia, bo pływały w niej szmaty i robaki. Dzieci wiedziały, że nie wolno jeść czarnych robaków, bo się od nich umiera, ale jeżeli są białe albo żółtawe to jak najbardziej. Przy takim wyżywieniu dzieci pracowały od siódmej rano do wieczora. Prace były różne: lżejsze i ciężkie ponad miarę malucha Najgorzej jednak było jak nie było pracy, bo wówczas Niemcy wymyślali różne „ciekawe” zajęcia. Na przykład przelewanie odchodów z wiadra do wiadra, albo przewożenie taczkami piasku raz w jedną raz w drugą stronę. Bite, poniżane, głodne i zalęknione... Niemicy dzieciom zgotowali ten los. 
Druga część książki to spotkania z osobami, których wspomnienia stanowią podstawę części pierwszej. Myślicie, że łatwiejsza część dla czytelnika? Nic bardziej mylnego! To nie są wywiady, a krótkie zdjęcia, chwile byłych więźniów uchwycone przez autorkę na kartach tej książki. Niezmiernie wzruszające krótkie scenki pokazujące, jak obozowy okres wpłynął na współczesne życie tych ludzi. Oto mężczyzna, który co noc budzi się z płaczem. Od tylu lat... co noc... Oto kobieta, która pierwsze słowo wspomnień wypowiada po 7 minutach milczenia. Co działo się w jej głowie przez te siedem minut? Jakie okropności musiała sobie przypomnieć. Z wszystkich wypowiedzi wypływa żal, że tak mało ludzi pamięta o dzieciach z Przemysłowej. Żal, że poprzednia władza próbowała wymazać pamięć o tym obozie. Ta część książki dużo bardziej mną wstrząsnęła. Kiedy uświadomiłam sobie jak straszne wspomnienia Ci ludzie muszą w sobie nosić przez dziesiątki lat. 
To jest książka dokument, książka pomnik i książka pamiętnik. Może zabrzmi to pompatycznie, ale ta książka z twarzą chłopca na okładce powinna być czymś ważnym dla całego naszego kraju. W prostych słowach, bez ogródek, bez zbędnego przekonywania o okrucieństwie opiekunów, (bo do tego nie trzeba przekonywać) strzela w serce czytelnika potwornymi wspomnieniami o losie sześcio, siedmiolatków. 
Na zakończenie dodam, że (choć to może źle zabrzmi w odniesieniu do tej książki) całość bardzo dobrze mi się czytało. Autorka ma wyjątkowo prosty styl, przez co wspomnienia naszych bohaterów nabierają trudnej do określenia ostrości. Wchodzą w duszę czytelnika niczym nóż w masło. I tak już zostają.

poniedziałek, 5 października 2020

Lockdown

To nie jest dobry czas na czytanie tej książki. Podobała mi się i to bardzo, ale nie ukrywam, że trochę mnie przygnębiła. Dlaczego? Ano dlatego, że tłem tej powieści jest wirus, ale nie koronawirus (ten nasz, obecny i w miarę oswojony) a taki bardziej paskudny, który wpływa na układ nerwowy i powoduje, że ludzkie zwłoki leżą na ulicy. To, że wirus przylazł do Polski z Chin i to, że najpierw zaatakował zachodnią Europę spowodowało, że jakoś tak odnosiłam tę fikcje literacką do naszej rzeczywistości. I to nie było fajne. Fajna natomiast była cała reszta powieści. Niewątpliwie tematyka pomogła powieści wylądować na liście bestsellerów w niejednej księgarni. Uważam że zasłużenie. 
"Lockdown" to historia Olgi - milionerki i potentatki handlowej, która samotnie wychowuje nastoletnią córkę. Kocha ja nad życie i dla niej poświęci wszystko. Dziewczyna jest bardzo mądra nastolatką, której bogactwo matki wcale nie uderzyło do głowy. Olga kocha również swoją pracę i co więcej – jest świetna w tym, co robi. Właśnie kończy swój największy projekt (Centrum handlowe Eden), kiedy spadają na nią niczym grom dwie koszmarne wiadomości. Pierwsza to to, że jej córka właśnie została porwana, a porywacz za jej uwolnienie żąda dziesięciu milionów euro. Druga to taka, że choć ma takie pieniądze na koncie, to w żaden sposób nie jest w stanie nimi dysponować. Ze względu na epidemię spowodowaną wirusem, rząd ogłasza zamknięcie wszystkiego. W czasie lockdownu wypłata pieniędzy z banku jest właściwie niemożliwa, co zmusza Olgę do poszukiwania mniej legalnych źródeł pieniędzy. Olga musi zejść do półświatka i spotkać się z osobami, z którymi w normalnym życiu nigdy by się nie spotkała. W nawiązaniu relacji pomaga jej Karol - kierowca, który okazuje się..., a nie powiem, bo szkoda psuć przyjemność odkrywania tej książki. Jeżeli macie ochotę odkryć dalszą fabułę, polecam zakupy w księgarni Tania Książka
Super powieść – szybka, prosta i niesamowicie wciągająca. Krótkie rozdziały i iście żołnierski przekaz powodują, że czyta się ją rewelacyjnie. Akcja pędzi do przodu niczym pendolino. Pochłonęłam powieść w dwa wieczory i przyznam się, że bardzo polubiłam głównych bohaterów. Twarda i nieustępliwa Olga świetnie współgrała z Karolem, który czuł się w warszawskim półświatku niczym ryba w wodzie. Ten duet zdobył moje serce i mogłabym zagubić się z nimi w kolejnych tomach powieści. 
Teraz o jednym malutkim minusiku. Przeszkadzały mi w lekturze dziwne wstawki o zupełne przypadkowych ludziach. Miały one na celu (chyba) ukazać, jak bardzo zjadliwy był wirus, który zaatakował Europę. Kilka króciutkich scenek o umierających ludziach w moim wypadku nie spełniło swojej roli. Początkowo myślałam, że gdzieś w połowie książki wszystkie postacie, (które przeżyły) się spotkają, ale kiedy zrozumiałam, że te króciutkie scenki mają się nijak do fabuły najchętniej bym je omijała. Drażniły mnie niepomiernie i przyznam się, że psuły mi zabawę związaną ze śledzeniem perypetii Olgi i Karola. 
Mimo tego uwierzcie mi, że warto sięgnąć po "Lockdown". To powieść, która uświadamia czytelnikowi, że nic nie jest wieczne, a świat, który znamy, może w ciągu jednej doby stanąć do góry nogami. I nie należy się poddawać tylko trzeba walczyć, aby normalność jak najszybciej wróciła w nasze progi.