środa, 4 września 2019

Hotel Varsovie. Królewski szpieg

Zawsze staram się jakoś wprowadzić czytelnika do recenzji i do moich wrażeń z lektury, jednak przy "Królewskim szpiegu" nie będę kombinować. Jedyne co mi się nasuwa, to stwierdzenie:

Bardzo, bardzo mi się podobało. Rewelacja!

Najchętniej na tym stwierdzeniu bym skończyła, nie chcąc sprawiać wrażenia lizusa :-). Ale, że kilka słów należy skrobnąć to uczciwie przestrzegam, że jeżeli ktoś nie lubi czytać laurek, to niech pozostanie przy stwierdzeniu powyżej. 
"Królewski szpieg" to trzeci tom cyklu "Hotel Varsovie" Pierwszy tom mnie urzekł, drugi też był niezły, choć (z racji mnogości bohaterów), trochę nużący. Zwłaszcza lektura powieści w czytniku dała mi się we znaki, bo trudno na tym "ustrojstwie" cofać się i przypominać sobie, kto jest kim. Trzeci tom natomiast rzucił mnie na kolana. Rewelacyjna fabuła, mistrzowskie pióro, a przede wszystkim ogromna, wylewająca się z każdej strony miłość do Warszawy, która cudownie doprawia powieść ciepłem i cudowną atmosferą. Trudno opisać emocje, jakie towarzyszyły mi przy lekturze. To tak, jakby wsiąść do motorówki i mknąć po gładkiej tafli jeziora. Książka jest dość grubym tomiszczem, ale nie zrażajcie się. Pióro autorki jest tak zgrabne i tak bogate w słowa, że czytanie tej powieści jest czystą przyjemnością. 
Autorka rzuca nas raz po raz w różne epoki historyczne. Czytelnik znajdzie się w czasach Stanisława Augusta Poniatowskiego, aby po chwili obserwować uczucia Jana Sobieskiego do Marysieńki, a następnie, po kilkunastu stronach, ląduje w Polsce początku XX wieku i poznaje Polę Negri. Autorka ma dużą wiedzę historyczną i - co dużo ważniejsze - ogromną łatwość w przekazywaniu jej  czytelnikom. Towarzyszymy bohaterom w życiu codziennym, a w tle obserwujemy doniosłe chwile dla naszego kraju. Piłsudski dochodzi do władzy, obraduje Sejm czteroletni, a nasi bohaterowie pieką ciasto i szykują się do zabaw. Obserwujemy, jak powstają Łazienki Królewskie, rozpaczamy po wielkim pożarze Warszawy czy też z zaskoczeniem czytamy o wszechobecnej rozwiązłości seksualnej XIX - wiecznej stolicy. 
Powieść mnie niezmiernie zaskoczyła. Autorka tak barwnie przedstawia wydarzenia, że człowiek wręcz czuje smród rynsztoków, czy też zapach świeżo wypiekanego chleba. Poznajemy urok damskich strojów i przepych królewskich komnat, a z drugiej strony obserwujemy walkę z życiem i codziennością Warszawiaków. 
Bardzo żałowałam, że to ostatni tom. Autorka niby wszystko zamknęła, ale gdyby tylko chciała, mogłaby jeszcze jeden tom popełnić. Szkoda, że nie możemy odwiedzić powstańczej Warszawy, albo dowiedzieć się o dalszych losach Antoniego, czy też Antoniny. Może kiedyś....
Lekkość, z jaką autorka przenosi nas w różne epoki historyczne, jest po prostu zadziwiająca. To tak, jakby czytać wspaniałą baśń. Historia Hotelu Varsovie jest właściwie opowiadana przez autorkę. Niewiele tu dialogów ale - o dziwo - wcale mi to nie przeszkadzało. Czytałam z rozdziawioną paszczą, połykając stronę za stroną. Czułam się trochę tak, jakbym siedziała przed babcią czytającą mi bajkę przy kominku.
Polecam z  całego serca. I nie zrażajcie się, że to trzeci tom. To ani trochę nie przeszkadza, ponieważ opowieść stanowi całość i nie ma tu żadnych nawiązań do poprzednich tomów. Za to frajda z lektury - niebywała!

piątek, 30 sierpnia 2019

Płatki na wietrze

Pierwszy tom sagi autorstwa Virginii Andrews przeczytałam niedawno. "Kwiaty na poddaszu" nie zachwyciły - ot poprawna literatura. Trochę ponura, opowiadająca o tragicznych przeżyciach dzieci uwięzionych na strychu przez matkę i babkę. Język prosty, fabuła jednowątkowa, ale dałam radę. Pozostało jedynie zdziwienie, że ta powieść odniosła tak duży sukces... 
"Płatki na wietrze" to drugi tom sagi. Przeczytałam w całości, choć nie ukrywam, że gdzieś od połowy z dużym przymusem. Nie nawykłam odkładać książek nie doczytawszy ich do końca, licząc na zaskoczenie. Może zakończenie mnie urzeknie? Może pojawi się nagle coś, co uratuje całą powieść? W pierwszym tomie udało się, w drugim niestety już nie. Od połowy powieści męczyłam się niemiłosiernie, a zakończenie było tak przewidujące, że aż mdłe. 
W końcówce pierwszego tomu rodzeństwo Dollangangerów ucieka ze strychu. Spotykamy ich ponownie w autobusie, jadących w nieznane. Obok nich jedzie czarnoskóra kobieta, która okazuje się być gosposią u doktora Sheffielda. Lekarz to dobry człowiek - postanawia zająć się trójką nieszczęśliwych dzieci. Chrisowi pomaga przygotować się do studiów medycznych, Cathy, dzięki niemu, dostaje się do jednej z najlepszych szkół baletowych, a mała Carrie po prostu idzie do szkoły. Niestety dzieciaki są już naznaczone przez przeżycia ostatnich lat. Najbardziej "inna" jest Cathy. Niesamowicie drażniła mnie jej pewność siebie, małostkowość i próżność. Ta kobieta, (bo w międzyczasie dorosła) nie potrafi żyć normalnie. Wszystko, co robi, jest naznaczone pragnieniem zemsty na matce i babce. I udaje się jej zemścić, ale skutki są przerażające. 
No cóż - po prostu mi się nie podobało. Powieść płaska i pozbawiona wdzięku. Wszystko jest albo białe, albo czarne - jak w bajce dla małych dzieci. Osoby złe są złe i nie ma szans na poprawę, czy przeprosiny. Właściwie to jeszcze inaczej. Dla Cathy wszyscy, oprócz jej rodzeństwa i Pana doktora, są źli. Nawet, jeżeli nazywa kogoś przyjacielem, czy też mówi o miłości, to wszystko jest podszyte nieufnością. Autorka nie pozwala czytelnikowi ani na chwilę odejść od jej sposobu myślenia. Ludzie, których Cathy spotyka na swojej drodze są po czarnej stronie barykady i od połowy powieści byłam pewna, że autorka nie pozwoli na happy end. 
Trudno mi się czytało. Powieść o bardzo trudnych przeżyciach i zdarzeniach, ale napisana w taki sposób, że czyta się to jak bajkę, Niezmiernie mnie to drażniło. Wiele ze zdarzeń po prostu nie może mieć miejsca, bo świat nie jest taki. Po prostu. Nikt nie przygarnia pod swój dach trójki dzieci z przypadkowego autobusu. Nie ma możliwości, aby Państwo nie interesowało się sytuacją takich małolatów. Znika czwórka dzieciaków i co? Nikt nie zdaje pytań? Wiele jest takich epizodów, które moim zdaniem autorka wymyśliła dla potrzeb powieści nie patrząc na to, czy w realnym świecie taka sytuacja byłaby w ogóle możliwa. Zestawiając to z ogólnym tłem powieści powoduje to uczucie oderwania od rzeczywistości i takiej nierealności zdarzeń. 
Po trzeci tom na pewno już nie sięgnę. Nie wiem, co autorka wymyśliła, bo właściwie wszystkie wątki zakończyła. Te dwa tomy stanowią całość i po prostu nie ma już żadnej furtki. A jednak... 

środa, 28 sierpnia 2019

Kwiaty na poddaszu

"Kwiaty na poddaszu", które trafiły w moje ręce, są kolejnym wznowieniem tej powieści. Na portalu "Lubimy czytać" doliczyłam się, że jest to już czwarte wydanie. Pomyślałam, że coś musi być w tej książce, skoro tak szybko znika z księgarskich półek. Wprawdzie jakiś czas temu rozczarowałam się inną sagą tej autorki (Rodzina de Beers) ale uznałam, że dam szansę "Kwiatom na poddaszu". Czy była to trafiona decyzja? 
Kiedy zamknęłam powieść, jeden wniosek nasunął mi się natychmiast: autorka wprowadza w swoich powieściach tak specyficzny klimat, że trudno je od siebie rozdzielić. „Kwiaty na poddaszu” czy „Willow”, czy też każda inna – wszystkie wydają się nacechowane strachem, brutalnością i okrucieństwem zawiniętymi w różowy papierek. Czytając powieści Virginii C. Andrews, człowiek ma wrażenie, że zanurza się w smole i nijak nie może się z tego wydostać. I tak, jak przy lekturze „Willow” to uczucie mnie niezmiernie drażniło, tak przy „Kwiatkach…” było to wyjątkowo przejmujące wrażenie. 
Kiedy poznajemy rodzeństwo Dalloanganger'ów, będące bohaterami powieści, są oni szczęśliwymi dzieciakami dorastającymi w zamożnej rodzinie. Najstarszy, o imieniu Chris, jest kopią swego ojca, młodsza Cathy to piękna blondyneczka, uwielbiająca tańczyć. Są jeszcze bliźniaki Cory i Carrie, które w chwili tragedii mają cztery lata. Wtedy to właśnie ginie w wypadku ojciec dzieci. Okazuje się, że matka przez cały czas żyła ponad stan, co więcej - samodzielnie nie potrafi zarobić pieniędzy. Postanawia przenieść się do wielkie posiadłości rodziców. Problem jest taki, że jej ojciec nienawidził zięcia co więcej - nie ma pojęcia o istnieniu wnuków. Matka wraz z babcia postanawiają umieścić dzieci na strychu aż do momenty kiedy nestor rodu będzie skłonny przyjąć do wiadomości istnienie wnuków. I tak mijają lata.... 
"Kwiaty..." to jedna z tych powieści, które chwytają za serce i nie chcą puścić. Czytelnikowi nie pozostaje nic innego jak obserwować męczarnię rodzeństwa. Ich domem staje się mały pokoik i wielki strych. Na szczęście na strychu są okna, które przepuszczają promienie słoneczne, ale to naprawdę niewiele. Dzieci nikną w oczach i marnieją - zwłaszcza bliźnięta, które po prostu przestają rosnąć. Matka przychodzi do nich, ale coraz rzadziej... Starsze dzieci mają coraz mniej nadziei na to że odzyskają wolność. 
Zakończenie jest niesamowicie poruszające. Kiedy wyjaśniają się wszystkie wątpliwości, kiedy na światło dzienne wychodzą przyczyny postępowania matki czytelnik z przerażenia zamiera. Miałam ochotę gryźć i kopać z żalu. Trudno było przejść do porządku dziennego nad tą powieścią. 
To teraz troszkę minusów. Bardzo męczył mnie styl autorki. Dialogi bohaterów były jakieś takie sztuczne i nienaturalne, co nie pozwalało spokojnie zagłębić się w niuansach powieści. Trudno określić co to było; można zrzucić to na „smolistość”, o której pisałam na początku. Z biegiem stron przyzwyczaiłam się, ale początkowo dość mocno mnie to irytowało. I co ważne, pomimo tej irytacji, brnęłam dalej poruszona losami rodzeństwa. I to właśnie świadczy o wielkości autorki. Pomimo koślawego stylu czytelnik nie może oderwać się od książki. Emocje sięgają zenitu zwłaszcza, że autorka porusza tematykę ciemną i mroczną - wręcz dla niektórych zakazaną. 
Wiem, że saga rodziny Dalloanganger’ów liczy aż pięć tomów. Pierwszy mnie wciągnął, na pewno sięgnę po drugi, ale czy skuszę się dalej? Nie wiem - zobaczymy.

wtorek, 27 sierpnia 2019

Saga rodu Forsyte'ów, tom I "Posiadacz"



"Saga rodu Forsyte'ów" uśmiechała się do mnie od dłuższego czasu. A to na bibliotecznej półce, a to na półeczce z książkami do wymiany, a to u koleżanki - wszędzie była. (Podobnie jest z "Rodziną Połanieckich", choć tego prześladowcy jeszcze nie przeczytałam). Kiedy pierwszy tom sagi pojawił się u mnie na czytniku już nie miałam wymówek w postaci ciężkiej i nieporęcznej książki. Zaczęłam lekturę i zwariowałam na punkcie bohaterów, klimatu i wszystkiego tego, co powieść w sobie niesie. Początkowo byłam rozczarowana. Oczekiwałam szybkiej akcji i wyrazistych bohaterów, a tu klops. Na szczęście po kilkunastu stronach zrozumiałam, że nie tędy droga. To nie jest współczesna lektura skierowana do wszystkich tych, którzy się życiowo spieszą. Czytając sagę należy się delektować, należy smakować bohaterów i wczuć się w ich skórę. Dopiero wtedy lektura będzie prawdziwą literacką ucztą. 
Pierwszy tom sagi pt. „Posiadacz” wprowadza czytelnika w dostojny i wyniosły świat dziewiętnastowiecznej, bogatej, londyńskiej rodziny, dla której członków główne znaczenie w życiu ma pieniądz. Członków rodziny poznajemy na przyjęciu wydanym przez starego Jolyona Forsyte'a na cześć wnuczki June. Dziewczyna ma w najbliższym czasie wyjść za mąż za Filipa Bosinney'go można więc uznać, że jest to przyjęcie zaręczynowe. Podczas przyjęcia mamy okazje przyjrzeć się wszystkim członkom rodziny, z których każdy jest inny, ale łączy ich jedno - ogromna miłość do pieniądza. Każdy z nich ceni bogactwo, każdy z politowaniem patrzy na młodego Bosinney'go, który dopiero zaczyna karierę architekta o do bogactwa Forsyte'ów jest mu daleko. 
Kiedy już poznamy poszczególnych członków rodu - a uwierzcie mi, że nie jest łatwo - możemy zanurzyć się w świat panujących wśród nich emocji i uczuć. Trudno powiedzieć, aby ktokolwiek z rodu był szczęśliwy. Zaślepieni pogonią za pieniądzem gdzieś się pogubili. Albo samotni, albo nieszczęśliwie zakochani nieświadomie krzywdzą swoich bliskich. Autor skupia się głównie na relacji łączącej Soamesa Forsyte'a z żoną, Irene. Kobieta jest po prostu nieszczęśliwa u boku męża, który zdobył ją uporem a nie miłością. Soames traktuje Irene jak kolejną zdobycz, jak porcelanową, drogocenną lalkę, którą można postawić na półeczce i pokazywać gościom. Ich związek trwa mimo wszystko, bo po prostu nie można inaczej. Ówczesna moralność i ocena społeczeństwa nie pozwalają na rozstanie się z klasą. Problem w tym, że postępując w ten sposób unieszczęśliwiają wiele osób ze swego grona. Co więcej - ich postępowanie prowadzi do bardzo brzemiennych, wręcz tragicznych skutków. 
Każdy bohater „Posiadacza” jest inny, każdy ma dobre i złe strony. Nikogo nie można jednoznacznie określić jest anielsko dobrego czy też piekielnie złego. Pewne jest jedynie to, że każdy z nich zachwyca czytelnika. Nie można pozostać obojętnym wobec żadnego z nich, co powoduje, że lektura powieści jest czystą przyjemnością. To naprawdę wielkie dzieło, będące kalejdoskopem charakterów, uczuć i sytuacji. 
Trochę zniechęcała mnie mnogość bohaterów i wrażenie, że autor specjalnie nadał kilkorgu z nich takie same imiona, aby jeszcze bardziej zakręcić sytuację. Po kilkunastu stronach postanowiłam rozrysować drzewo genealogiczne rodziny Forsyte'ów, ale uwierzcie mi, że to iście diabelska robota. Na szczęście z pomocą przyszedł mi Internet i na blogu Słowem malowane znalazłam coś takiego 


Może grafika nie jest zbyt wyraźna i niestety po angielsku, ale wystarczyła, aby ułatwić lekturę początkowej części książki. Potem było już tylko łatwiej i przyjemniej. 
Wydawnictwo Prószyński i spółka wydało ostatnio „Sagę…” w przepięknej wersji, która – i to jest dla mnie najważniejsze – została również wydana w wersji elektronicznej. Gdyby nie to pewnie nadal bym tylko zerkała z utęsknieniem na Sagę. A uwierzcie mi – lektura tej powieści to sama przyjemność. Niesamowicie kłócą się we mnie wrażenia i odczucia - aż śmiałam się sama z siebie. Czytając na nowoczesnym czytniku Kindle tę ponadczasową wybitną powieść miałam wrażenie, że uczestniczę w historycznym spotkaniu. Super sprawa. 
Podczas lektury mój czytnik emanował dziewiętnastowieczną Anglią, długimi sukniami i dżentelmenami w kapeluszach. Pachniał też tytoniem, nieszczęśliwą miłością i skąpstwem. Tak właśnie spotkała się historia i współczesność. 
W ogóle mogłoby znaleźć się Wydawnictwo, które pokusi się na wydanie w wersji elektronicznej perełek literatury światowej. Czekam z utęsknieniem i będę bardzo wierna klientką. 

Sekret pustej książki

Zdarza mi się sięgnąć po książki dla dzieci i nie ukrywam, że czynię to z ogromną przyjemnością. Trochę z tęsknoty za dawnymi czasami, kiedy to Wydawnictwo Skrzat i Wilga zachwycały moje pociechy przepięknymi książeczkami, a trochę z ciekawości, czy coś przez ostatnie dziesięć lat się zmieniło. Twórczość dziecięca jest tak ciepła i przyjemna w odbiorze, że ciężko mi zrezygnować z przyjemności zanurzenia się w dziecięcy świat. "Sekret pustej książki” jest tego najlepszym przykładem. 
Hania to dziewczynka, która nienawidzi czytania. Ma sporo koleżanek i wypełnia czas zabawami, nie poświęcając ani chwili lekturze. Do czasu. Kiedy przychodzi moment przeprowadzki, Hanię ogarnia smutek. Nie dość, że musi rozstać się z koleżankami, to jeszcze jedyna dziewczynka z nowego sąsiedztwa siedzi ciągle z nosem w książce. Okropność. A do tego jeszcze nowy pokój Hani jest pełen książek pozostawionych przez poprzednich lokatorów. Na szczęście sąsiadka, o imieniu Aurelia, proponuje Hani pomoc przy porządkowaniu biblioteki... i tak zaczyna się przygoda. Dziewczynki podczas porządków znajdują książkę, która jest pusta. Okazuje się, że jest ona przepustką do wielkiej przygody pełnej tajemnic. Po rozwiązaniu wszystkich zagadek na dziewczynki czeka nagroda w postaci... Oczywiście nie zdradzę. 
Powieść jest cudowna. Napisana w bardzo ciepły sposób, prostymi słowami przekazuje dzieciaczkom prawdę znaną od stuleci: to przyjaźń jest największym skarbem. Zanim jednak dziewczynki dojdą do tych wniosków, muszą uporać się z zadaniami, które są o tyle ciekawe, że mali czytelnicy mogą pomóc w ich rozwiązywaniu. Świetnie napisana powieść pozwala naszym milusińskim uczestniczyć w przygodzie dziewczynek. A na samym końcu na wytrwałych odbiorców czeka jeszcze jedna zagadka, którą muszą rozwiązać sami. 
Całość powieści okraszona jest ilustracjami, które zdobyły moje serce prostotą kreski i jasnością przekazu. Rysunki, które przeniosły mnie w świat mojego dzieciństwa, w prosty sposób są naturalnym uzupełnieniem treści. Należy podkreślić, że pełnią bardzo ważną rolę, ponieważ są nośnikiem zagadek, które podkręcają akcję. 
Moje wielkie uznanie dla Pani Marty Kucharz za ciepło serca i pióra. Jestem pod wielkim wrażeniem zwłaszcza, że Pani Marta jest debiutantką. Mam nadzieję, że na jednej powieści nie poprzestanie! 

wtorek, 20 sierpnia 2019

Znikający stopień

Bardzo, bardzo dobre czytadło dla młodzieży. Pachnące tajemnicą, wyjątkowo nastrojowe, miejscami mroczne. Książka, gdzie jawa styka się ze snem, a zwykłe życie z niezwykłymi przygodami. Jeżeli dodamy do tego nutkę magii, otrzymamy powieść, którą polecam każdemu młodemu czytelnikowi i która naprawdę zasługuje na miano bestsellera
"Znikający stopień" to kolejny tom przygód Stevie Bell, która, dzięki wyjątkowym umiejętnościom detektywistycznym, trafia do elitarnej Akademii Ellinghama. Szkoła jest wyjątkowa - nastawiona na rozwijanie talentów uczniów, szanująca odmienności i pozwalająca każdemu rozwijać skrzydła. Stevie nadal próbuje rozwiązać zagadkę porwania żony i córki Alberta Ellinghama. Tajemniczy list, który jest jedynym śladem i prawdopodobnie stanowi rozwiązanie zagadki - nadal stanowi tajemnicę. Stevie nie poddaje się jednak i pomimo porażki (którą mieliśmy okazję podziwiać na końcówce pierwszego tomu) ciągle odnajduje i analizuje nowe drobiazgi i informacje związane z zaginięciem dwóch kobiet. A nowych informacji jest mnóstwo! Do tajemnicy sprzed lat dochodzi jeszcze sprawa śmierci kolegi ze szkoły, która na pierwszy rzut oka wydaje się wypadkiem. Stevie ma jednak co do tego poważne wątpliwości zwłaszcza, że najbardziej podejrzana dziewczyna znika bez śladu. Tajemnica goni tajemnicę, a nastrój powieści budzi na skórze czytelnika gęsią skórkę. Super sprawa. 
Przy lekturze książki urzekła mnie świetna kreacja bohaterów. Jak to w elitarnej szkole bywa każdy uczeń jest indywidualistą, każdy ma swoje plusy i minusy, które (w porównaniu do przeciętnego człowieka) należy pomnożyć razy 10. Przykładem niech będzie jeden z uczniów, który do prawidłowego funkcjonowania potrzebuje porannej medytacji. Problem polega na tym, że medytowanie według niego polega na wydawaniu dzikich wrzasków. Świetna jest też uczennica będąca mistrzynią przedmiotów ścisłych, co pozwala jej wytwarzać nieskończenie skomplikowane roboty i układy. Każdy uczeń mógłby być bohaterem oddzielnej powieści. Szacunek mój wielki należy się autorce za to, że potrafiła połączyć te indywidualności w jednej powieści w taki sposób, że zamiast sobie przeszkadzać - świetnie się uzupełniają. 
Jedna rzecz mnie niezmiernie drażniła, Autorka w początkowej części książki wplatała wydarzenia z pierwszego tomu. Nie budzi to zdziwienia bo przecież nie wszyscy czytelnicy mieli przyjemność czytać pierwszy tom. Wstawki są jednak dokonane tak niezgrabnie, że po prostu przeszkadzają w śledzeniu wydarzeń. Nie wiem czyja to wina, tłumacza czy redaktora - czy może też tak jest w oryginale, ale przeszkadzało mi to bardzo. Na szczęście nie trwało długo i po kilku rozdziałach można się było bez przeszkód cieszyć przygodami młodych bohaterów. A jest czym się cieszyć! Ukryte tunele, niesamowite zagadki, ślady przeszłości, z których każdy godny dokładnego przeanalizowania, a wszystko w atmosferze godnej Harrego Pottera. Cudowna po prostu. 

piątek, 2 sierpnia 2019

Starzy przyjaciele

Co pewien czas trafiam na książkę, która - pomimo prostej fabuły i nieskomplikowanej tematyki - ma w sobie coś takiego, że ciarki przechodzą. Takie było "Pod słońcem Toskanii", takie było "Niewidzialne życie Iwana Isajenki" i kilka innych powieści, które siedzą w duszy mej i nie mogą z niej wyleźć. "Starzy przyjaciele" też mają ten klimat. Specyficzny, niepokojący, artystyczny, urzekający... trudno oddać dusze tej książki, ale zapewniam, że dla samych tych odczuć warto wziąć tę powieść do ręki. Nie dziwi mnie, że takie książki często lądują na listach bestsellerów.  
Starzy przyjaciele” to powieść zawierająca historię życia i pasji grupy przyjaciół. Lidia, Ada, Marc, Mateu i Santi są młodymi ludźmi, którzy poznali się w Akademii Sztuki. Razem wyruszają w podróż do Paryża zwiedzić wystawę prac Paula Gaugina. Ta krótka wyprawa jest początkiem przyjaźni na całe życie. Weekend w stolicy zaowocował uczuciem, które zmieni w ich życiu właściwie wszystko. Naszych bohaterów łączy jedna pasja - malarstwo. Czytając powieść czytelnik może obserwować, jak życie rewiduje plany i marzenia młodych ludzi. Kiedy spotykamy ich po raz pierwszy, każdy z nich ma ambicje zostać kimś wielkim. Wydaje się, że kariera stoi przed nimi otworem. A potem - z biegiem lat - możemy obserwować, jak spadają z obłoków marzeń. Jedni z większym, hukiem inni delikatnie. Jedni rozpaczają nad utraconą karierą, inni, z uśmiechem na twarzy, zamieniają marzenia na rodzinę, dzieci i zwykłe, szczęśliwe życie. Przez całą powieść są razem, choć uczucia ich łączące są skrajnie różne. Kochają się i nienawidzą, a po roku jedni się godzą a kolejni kłócą. Ot jak w życiu. Zresztą trzeba podkreślić, że pomimo magicznej mgiełki unoszącej się nad kartami książki, cała powieść jest bardzo realistyczna. Tu nie ma tylko happy endów. Są chwile smutne i tragiczne, takie, w których czytelnik ma chęć płakać wraz ze zrozpaczonym bohaterem. Na szczęście za kilka stron zza chmur wychodzi słońce. 
Bardzo podobały mi się wstawki z życia sławnych artystów. To właśnie te smaczki nadały książce niepowtarzalny klimat, który pochłania czytelnika i przesiąka do krwiobiegu. Autorka nie pozwala zapomnieć o artystycznym aspekcie powieści, ale robi to na tyle ciekawie, że nawet osoba niezainteresowana malarstwem czyta z ciekawością. Niesamowite uczucie. Anegdotki, które poznajemy, są bardzo różne. Od sytuacji spotykających ludzi światowej sławy, aż po historie dotyczące tych, którym się nie powiodło. Świetna lektura pokazująca jak bogate jest życie i to, że nie na wszystko mamy wpływ. Czasem trzeba płynąć z prądem i szukać miejsca, które pozwoli zejść na brzeg w najbardziej korzystnym momencie. 
Książka warta przeczytania chociażby po to, aby na chwilkę zapomnieć o codzienności i przenieść się na magiczne uliczki Katalonii. Naprawdę polecam. 

czwartek, 1 sierpnia 2019

Nazywam się Milion

Hmmmm... nie wiem, co mam napisać. Bo tak to jest, gdy fabuła powieści zachowuje jest jak sinusoida. Są takie momenty, że nie można się oderwać, a są takie, kiedy znudzona patrzę w okno zastanawiając się, po co ja się tak męczę. Trudno ocenić takie powieści ponieważ w głowie zostaje (niestety) przede wszystkim wspomnienie tych gorszych chwil. Jednocześnie jednak człowiek ma świadomość, że bywały momenty, i to nierzadkie, kiedy podczas lektury zabawa była przednia. 
To najpierw może te dobre chwile. Wątek Milion jest świetny. Dziewczyna pojawia się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego prosi, aby nazywać ją Milion. Jest pełna sprzeczności i rozterek. Jedyne, co wiąże ją z przeszłością, to męczące, straszne sny. Dziewczyna bardzo próbuje sobie przypomnieć skąd jest i co się wydarzyło. Niestety. Z pomocą przychodzi jej komisarz lubelskiej policji, Pascal Kirski. Mężczyzna samotnie wychowuje syna i ciągle boryka się z koniecznością dzielenia obowiązków pomiędzy dziecko, pracę i przyjaciół. Priorytetem komisarza jest walka z gangiem narkotykowym, którego działalność doprowadza do śmierci wielu młodych ludzi. Komisarz nie ma pojęcia, że finał sprawy doprowadzi go do wyjaśnienia zagadek, które zmienią życie wielu osób. Jego również. Te dwa wątki są poprowadzone rewelacyjnie i gdyby autorka na tym poprzestała, powieść byłaby dla mnie rewelacyjna. Akcja toczy się wartko, zdarzenia zaskakują, a rozwiązanie zagadki jest takie, że szczękę zbierałam z podłogi ze zdziwienia. 
To teraz o minusach. Nie wiem co kierowało autorką, ale w te dwa wątki, które mnie tak urzekły, wplotła taką masę innych zdarzeń, że cała lekkość i zwiewność historii przepadła z kretesem. To tak wygląda, jakby autorka miała płacone od ilości stron. Można było zrobić powieść dwa razy krótszą, ale za to taką, która wciska w fotel i wiedzie czytelnika, z płonącymi z emocji policzkami, do rozwiązania zagadki. W powieści jest bardzo wiele opisów rozgrywek piłki nożnej, które miały miejsce zupełnie niedawno, wyścigów kolarskich czy też nawiązań do ówczesnej sytuacji politycznej naszego kraju. Jeżeli miałabym ochotę na taką lekturę, to sięgnęłabym na zupełnie inną półkę. W przypadku "Nazywam się Milion" te wstawki drażniły mnie niepomiernie. Owszem - uczciwie przeczytałam wszystkie licząc, że w pewnym momencie zrobię WOOW i zrozumiem, do czego była mi potrzebna lektura o dyrdymałach. Niestety, nie doczekałam się. A nie... przepraszam. Jest jeden rozdział o obozie w Majdanku. Poruszył mnie i zaciekawił, podobnie jak historie o traktowaniu dzieci w domach dziecka. Tak - należy przyznać że te dwa wątki miały jakikolwiek wpływ na fabułę. Pozostałe historie, rodem z roczników statystycznych, zupełnie bym pominęła. 
„Nazywam się Milion” to świetna historia, która poruszyła mnie mocno. Niestety emocje rozpływały się gdzieś w morzu nic nie znaczących dla powieści wstawek, które nie pozwalały mi się skupić na wątku najważniejszym. 
Na zakończenie dodam, że ta powieść utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie należy czytać tak zwanych "zachęcajek" umieszczonych na końcu książki. (albo na skrzydełkach - różnie bywa) Gdybym przed lekturą przeczytała „zachęcajkę” na okładce, byłabym wściekła. Wynika z niej, że ta powieść to trzymający w napięciu kryminał, wręcz thriller, który nie pozwala na oderwanie się od lektury. Tymczasem tak naprawdę ten kryminał tonie w morzu niepotrzebnych informacji. Nie czytając „zachęcajki" nie wiedziałam, czego się spodziewać i przyjęłam powieść z dobrodziejstwem inwentarza. Rozczarowanie było, ale nie takie, jakie bym odczuwała, gdybym sięgała po tę powieść z nastawieniem na prawdziwy kryminał. Myślę, że wtedy ta recenzja byłaby dużo mniej przychylna. 

Siedem niedoskonałych reguł Elviry Carr

Książka zupełnie inne niż te, które dotychczas czytałam. Odmienna w treści, sposobie narracji... właściwie we wszystkim. Nie znaczy to, że gorsza. Po prostu inna i trochę trwało, zanim do tej inności przywykłam. Ale jak już przywykłam, to bardzo, bardzo mi się podobało. 
Elvira Carr jest młodą kobietą cierpiącą na zaburzenia psychiczne. Mogę przypuszczać, że jest to łagodniejsza odmiana autyzmu, ale do końca pewna nie jestem. Niewątpliwe nadopiekuńczość matki i izolowanie Elviry od zwykłego życia nie pomaga jej w dostosowaniu się do społeczeństwa. Pewnego dnia matkę powala udar, przez co Elvira zostaje postawiona w bardzo trudnej sytuacji. Nagle musi sama zmierzyć się ze światem. Jest to bardzo trudne dla kogoś, kto do tej pory nie potrafił samodzielnie zrobić zakupów. Na szczęście za płotem mieszka życzliwa sąsiadka, która pomalutku wprowadza ją w tajniki codzienności. Każdy dzień dla Elviry jest walką o samą siebie. Nagle kobieta orientuje się, że światem rządzą pewne reguły, których przestrzeganie ułatwia kontakty z innymi. Opracowuje więc własnych siedem reguł mających jej pomóc przebrnąć przez meandry społecznych powiązań. Niestety - pomimo tego, że reguły wydają się proste i oczywiste - ich zastosowanie w zderzeniu z psychiką ludzką jest zaskakująco trudne. Elvira nie potrafi poradzić sobie wśród ludzi, którzy kłamią, oszukują i posuną się do granicy uczciwości, aby tylko osiągnąć swój cel. Problemem Elviry jest też to, że wszystko bierze dosłownie. Zwrot "pękam ze śmiechu" jest dla niej straszny, ponieważ jeżeli człowiek pęknie to umrze. Takie podejście rodzi wiele problemów i konfliktów, co bardzo dziewczynę frustruje i zniechęca do wtapiania się w społeczeństwo. Niełatwo żyć z takim spojrzeniem na świat; na szczęście Elvira daje radę. 
Trudno było przebrnąć przez początek powieści. Zanim się przyzwyczaiłam do pierwszoosobowej narracji, zanim zrozumiałam, że Elvira jest chora, zdążyłam znielubić główną bohaterkę i poczuć się rozdrażniona i sfrustrowana. Na szczęście szybko pojęłam, że osią powieści jest choroba dziewczyny i od tego momentu poszło jak po maśle. Powieść jest miejscami śmieszna, miejscami rozpaczliwa, a miejscami po prostu smutna. Kiedy Elvirę spotykają przykre zdarzenia czytelnik czuje się bezradny wiedząc, że zdrowego człowieka to nigdy by nie spotkało. Niestety ludzie często wykorzystują ufność Elviry i jej rozumienie świat wprost. 
Kiedy skończyłam czytać musiałam chwilkę odsapnąć i podsumować sobie w głowie całość książki. Doszłam do wniosku, że pomimo smutnego wydźwięku wynikającego ze skomplikowania świata, które dla Elviry było nie do przyjęcia - powieść ma bardzo pozytywne przesłanie. Pokazuje, że przy odrobinie dobroci i poświecenia ze strony bliskich, nawet osoby nie do końca dostosowane społecznie mogą dać radę. 
I tak trzymać! 

środa, 31 lipca 2019

Sherlock. Prawdziwa historia psiego strażaka.

Książki o zwierzakach od zawsze lubię. Filonek Bezogonek, Pies, który jeździł koleją czy inne czworonożne istoty zawsze przyciągały mój wzrok. To nie jest ambitna literatura, ale taka, która chwyta za serce i trzyma długo po zakończeniu powieści. Opowieść o psie - strażaku też jest taka - wzruszająca, porywająca serce i wzbudzająca podziw. Takie książki są ponadczasowe. Przecież Filonek ma już kilkadziesiąt lat, a Sherlocka znajdziemy na półce z nowościami :-) 
Sherlock to bardzo odważny psiak, który pomaga londyńskim strażakom rozwikłać niejedną zagadkę. Jest wyszkolony w tropieniu substancji łatwopalnych. Ten cudowny, ukochany psiak jest mistrzem w poszukiwaniu wszystkiego tego, co w połączeniu z iskrą, daje niszczący, ognisty żywioł. 
Kiedy poznajemy Sherlocka, jest szczeniakiem przyuczającym się do pracy. Wielka, radosna, kudłata kulka energii potrafi w jednej chwili zmienić się w profesjonalnego detektywa. Na szczęście życie Sherlocka to nie tylko praca z ogniem, ale również dom, w którym jest kochany i traktowany jak członek rodziny. Jego właściciel, Paul Osborne, jest beznadziejnie zakochany w swoim podopiecznym. W jednym z rozdziałów Paul opisuje swoje rozpaczliwe wręcz starania o przyjęcie do londyńskiej straży pożarnej. Przez trzy lata słał podanie za podaniem i nic. Kiedy w końcu się udało nie spoczął na laurach tylko zaczął robić wszystko, aby dołączyć do elitarnej grupy właścicieli (a jednocześnie przewodników) psów pomagających strażakom. Sherlock jest spełnieniem jego marzeń, jego szczytem sukcesu. 
Wspaniale się czyta o tym, jak Sherlock dopasowuje się do rodziny, która dała mu dom. Poza pracą jest radosnym psiakiem, który pozwala córkom Paula robić z siebie kucyka, który niszczy miliony zabawek i da się pokroić za piłeczkę tenisową. Umierałam ze śmiechu, kiedy czytałam o walce ze skarpetką, o przekopanych rabatkach i zjedzonym domku z piernika pieczołowicie wykonanym przez rodzinę na święta Bożego Narodzenia. 
„Sherlock Prawdziwa historia psiego strażaka” to książka o wielkich uczuciach. Pokazuje, jak wiele dla psa znaczy jego właściciel i jak wiele dla właściciela znaczy pies. Panowie nie są w stanie żyć bez siebie. Każdego dnia i w każdą godzinę są razem. Ufne psie oczy dają Paulowi radość i siłę na spotkania z trudnym przecież zawodem. Sherlock wspiera go jak potrafi i wie, że w razie potrzeby też może liczyć na wsparcie. To nie jest książka, która powinna podlegać ocenie. To trochę tak jak reportaż - bardziej interesuje nas opisywana historia niż zastosowany styl literacki. To powieść, która powinna być lektura szkolną. Nie dość, że czyta się ją z pasją to jeszcze opowiada mega ciekawą historię. Zresztą, który chłopiec w dzieciństwie nie chciał być strażakiem? A jeszcze strażakiem z psem partnerem? To przecież jest coś niesamowitego! A przecież tak niewielu spełnia te marzenia z dzieciństwa… 
Warto sięgnąć po Sherlocka i poznać jego niesamowite umiejętności. Zresztą na kanale YouTube, pod adresem https://www.youtube.com/watch?v=gMvBxn4C_bI można podziwiać Sherlocka w akcji. Kliknijcie, bo warto!


środa, 24 lipca 2019

Green Witch

Ta książka wzbudziła we mnie dość skrajne emocje. Początkowo śmiałam się z ciągłego powtarzania: „Zamknij oczy. Weź trzy głębokie wdechy...”, ale im dalej brnęłam w treść tego poradnika, tym bardziej uśmiech zastygał na moich ustach. Bo przecież też mi się zdarza przytulić do pnia drzewa, stanąć w promieniach słońca i cieszyć się ciepłem, czy też przesiewać krople morza pomiędzy palcami. Nigdy jednak nie traktowałam tego w kategoriach dzielenia się energią, czy też przejmowaniem właściwości jednego z żywiołów ziemi. A może właśnie tak jest? Może właśnie pewne zachowania mamy zanotowane gdzieś głęboko w duszy i podświadomie wiemy, kiedy je wyciągnąć z cienia?
„Green Witch” jest poradnikiem skonstruowanym zgodnie z zasadą „od ogółu do szczegółu”. Najpierw czytelnik poznaje podstawowe cztery żywioły: ogień, powietrze, wodę i ziemię, ich właściwości, wpływ na człowieka i możliwości wykorzystania. Dowiadujemy się jak żyć, aby być w zgodzie z żywiołami i nie prowokować nieszczęść. Możemy spróbować poznać nasze otoczenie w zupełnie inny sposób niż dotychczas. Należy spojrzeć właśnie przez pryzmat żywiołów i tego, co poszczególne elementy natury chcą i mogą nam przekazać. Poznajemy również pewne zasady rządzące naszym domem. Dowiadujemy się, że można w domu zamiatać energię i że dobrze mieć jedno miejsce "święte". Oczywiście nie dosłownie, ale takie miejsce służyć ma wyciszeniu i rozmowie z naturą. Bo to właśnie natura jest tu Bogiem. Idąc dalej dowiadujemy się, jak zrobić własną miotłę, czym wypełnić woreczek, aby szczęście nie umykało z domu i jak zaparzyć herbatkę, aby pomóc dziecku w nauce. Poznajemy właściwości kamieni i ziół, poznajemy też tajemną moc drzew i kwiatów. Nagle okazuje się, że wszystko - dosłownie wszystko, co nas otacza, jest naszym sprzymierzeńcem lub wrogiem. Nie ma nic obojętnego. Ważne jest, abyśmy zdawali sobie sprawę z tych właściwości i - pomimo tego, że nie wszystko jest dla ludzkości przyjazne - starali się żyć żyli w zgodzie z naturą. 
Czytanie tego poradnika to trochę tak, jakbym siedziała w Hogwardzie na zajęciach z zielarstwa i natury. To ta część magii, którą mamy w sobie, dlatego jest dla ludzkości najbardziej wiarygodna. Należy jednak pamiętać, że właśnie za tę wiedzę kiedyś palono kobiety na stosach. Przecież dawniej wiedza o eliksirach, uzdrawiających herbatkach i magicznych mocach kamieni była czymś strasznym i zakazanym. Dobrze, że te czasy już minęły, a książki które w dawnych czasach chowane były za piecem, teraz znajdziemy w każdej księgarni na półce z nowościami, dostępne dla wszystkich.   
Poradnik jak zostać czarownicą nie jest wielkim tomiszczem. Warto jednak pamiętać, że te 250 stron wypełnione jest po brzegi wiedzą. Tu nie ma opowiadań dla grzecznych dzieci. Każda strona wymaga analizy i przyswojenia. Warto po prostu mieć ja zawsze obok siebie i sięgać. Sięgać po nią i próbować, co jest da nas korzystne.

wtorek, 16 lipca 2019

Muszę wiedzieć

Słowo "musieć" w moim osobistym słowniku jest słowem przygnębiającym. „Musieć” oznacza być do czegoś zmuszonym, nie mieć innego wyjścia, postąpić w dany sposób, choć często wbrew sobie. "Muszę to zrobić" kojarzy się z czymś robionym bez przyjemności. "Muszę wiedzieć" oznacza wiedzę zdobytą bez oglądania się za siebie. Nieważne, jaką pożogę zostawię po drodze. A z humorystycznych rozumień tego słowa, któż nie zna powiedzenia: Czasami człowiek musi inaczej się udusi... 
„Muszę wiedzieć” to książka właśnie o tym. O wiedzy zdobywanej po trupach, bez baczenia na innych bez żadnych obiekcji. To powieść o trudnych relacjach rodzinnych, o trudnej miłości i ... o szczęściu w nieszczęściu. Bohaterce powieści też się wydaje, że musi. Musi znaleźć matkę, musi dotrzeć do korzeni. Okazuje się jednak, że życie jest o wiele bardziej bogate, niż nam się wydaje. 
Początek jest... może nie nudny, ale bardzo spokojny. Poznajemy Halinę, samotną kobietę, dla której życie się skończyło. Jest sama, nie ma pracy, nawet kot ją zostawił. Mąż nie żyje, syn wyjechał, córka… Nastrój początkowych stron jest przygnębiający choć czytelnik czuje, że zaraz coś pęknie. I rzeczywiście. Pewnego dnia do drzwi mieszkania Haliny puka młoda dziewczyna, Patrycja. Twierdzi, że jest jej wnuczką. Halinie trudno w to uwierzyć, bo choć jej córka Dominika wyjechała na studia do Wrocławia, a ich stosunki były często dość burzliwe, to kobieta jest pewna, że przecież zauważyłaby, że jej córka jest w ciąży. Jest pewna, stuprocentowo pewna, że Dominika nie zostawiła po sobie dziecka, a tu młoda smarkula w drzwiach bezczelnie zapewnia ją, że jest jej wnuczką. Nie może porozmawiać z domniemaną matką, ale nie odpuszcza. Jest nieustępliwa w swoich poszukiwaniach. Co więcej, wciąga w nie swoich przyjaciół. Nie bierze pod uwagę tego, że prawda może zaskoczyć. 
Bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ta powieść. Początkowo mnie znużyła, ale jak już zaczęło się dziać, to wcisnęło mnie w fotel niczym na rollercoasterze. Budowa powieści jest naprawdę świetnie pomyślana. Odrębnym wątkiem jest to, co Patrycja z przyjaciółmi i babcią odkrywa, a odrębnym są wspomnienia i myśli ludzi powiązanych ze sprawą, których nasi bohaterowie odwiedzają. To trochę tak jak zabawa w popularne memorki (gra polegająca na szukaniu par takich samych obrazków) Patrycja chodzi i odkrywa obrazki, ale to czytelnik łączy je w pary. Patrycja poznaje historię złożoną z tych obrazków, ale to czytelnik widzi szerzej, dotyka mocniej i czuje głębiej. To czytelnik poznaje prawdziwe losy tych trzech kobiet. Zakończenie wbija w fotel i okazuje się, że nic nie jest takie, jak się wydawało. 
Super powieść – wielowątkowa, obyczajowa, kryminalna - taka jak lubię. Nie można oderwać się od niej, wywołuje całą gamę emocji - od wzruszenia aż po złość. Jest tajemnicza, miejscami śmieszna, często życiowo brutalna. Rewelacyjna.

czwartek, 11 lipca 2019

Wianek z dmuchawców

Lubię takie powieści. Wprowadzają w moją duszę spokój i radość. Pomimo tego, że fabuła wartko się toczy, pomimo tego, że bohaterowie są osobami budzącymi w czytelniku sporo emocji - ja mam w sercu ciszę. To rzadko spotykana cecha książek. Cecha, którą kocham i która spowodowała, że "Wianek z dmuchawców" dumnie zagościł na półce moich ukochanych książek.
Powieść zaczyna się mocnym tąpnięciem, które w duszy każdego "książkochłona" wzbudzi emocje. Oto wójt Gradowa postanawia wykorzystać przejście na emeryturę bibliotekarki Uli (zwanej przez niego Starym Czytadłem) i doprowadzić do zamknięcia biblioteki. Bibliotekarz, który ma zastąpić p. Ulę musi być największym niedorajdą nie wykazującą najmniejszej nadziei na to, że poradzi sobie z prowadzeniem tego interesu. Wybór pada na syna Pani Urszuli - Jarka. Z biegiem stron poznajemy również kolejnych mieszkańców Gradowa. Młody ksiądz, Adam Poziomka, jest obiektem westchnień wszystkich mieszkanek miasteczka. Ubawiłam się czytając o jego próbach okiełznania licealnej młodzieży podczas lekcji religii. Jagoda jest żoną Krzysztofa i matką trójki dzieci. Trudno jej żyć w zgodzie z samą sobą, a co dopiero z mężem. Krzysztof kocha Jagodę, choć zdaje sobie sprawę, że to miłość kulawa i wymagająca. To On właśnie obiecał Jagodzie wianek z dmuchawców i to właśnie jego postępowanie uruchomiło lawinę wydarzeń.
Moją wielką sympatię zdobyła Maria Blanche, będąca od pięćdziesięciu lat kościelną w gradowskim kościele. Kobitka ledwo nogami powłóczyła, ale o mieszkańcach wiedziała wszystko. Potrafiła, na podstawie swoich obserwacji podać, na jakie dochody parafia może liczyć w poszczególnych miesiącach. Tu pogrzeb, tam ślub, jeszcze gdzie indziej chrzciny... Bystra obserwatorka często dzieliła się z najbliższymi spostrzeżeniami i radą. Pani Maria jest w tej powieści nieodzowna i stanowi filar wielu wydarzeń. A uwierzcie mi, że dzieje się sporo... Autorka ani przez chwilę nie oszczędza czytelnika. Krótkie rozdziały i świetne pióro co i rusz przenoszą czytelnika z miejsca na miejsce. W jednej minucie czytamy o perypetiach młodego bibliotekarza, a już po chwili cofamy się o kilkadziesiąt lat i poznajemy losy jego rodziców. Za kilka minut w kolejnym rozdziale poznajemy losy bibliotecznej stażystki Anetki i krew nas zalewa czytając o tym, jak traktuje ją miłość Jej życia - cwany Radzik. Losy bohaterów przeplatają się, schodzą i rozchodzą. Jedne historie urywają się (tak właśnie jest w przypadku Anetki i Radzika, czego nie mogłam przeboleć) inne rozwijają się i nawet na końcu powieści nie znajdują rozwiązania, pozostawiając czytelnika w niepewności i oczekiwaniu na kolejny tom powieści.
Ta książka jest trochę jak rzeka. Główny nurt to Gradowo, w którym wszystko się dzieje. Dopływy i strumyczki to losy mieszkańców i osób związanych z tą przesympatyczną mieścinką. Jedne wysychają, inne łączą się ze sobą, jeszcze inne stanowią odnogę, która zaczyna żyć własnym życiem. Autorka świetnie połączyła to w jedną całość, która jest wręcz magiczna. Wszystko piękne splata się ze sobą, a nastrój panujący w powieści powoduje ciepło w sercu czytelnika. Losy bohaterów wcale nie są cukierkowe i często budzą współczucie, ale przecież życie też nie zawsze jest łatwe i słodkie.
Piękna powieść, która daje wielką przyjemność z czytania. Mam nadzieję, że nie będę musiała zbyt długo czekać na kontynuację… A na zakończenie chciałabym podzielić się cytatem, który swym pięknem i prostotą po prostu położył mnie na obie łopatki. Odczucia bibliotekarki, która przed przejściem na emeryturę przyjmuje na stan biblioteki ostatnią paczkę książek…
Odwlekała ów moment, kiedy po przecięciu kilku warstw taśmy klejącej i zdjęciu kilku warstw starych gazet lub folii bąbelkowej zobaczy okładki wybranych przez siebie tytułów, a potem wyjmie każdy z tomów i z wielką miłością przejrzy kartka po kartce, nawdycha się zapachu farby drukarskiej, którymi nasączone są świeże stronice, a potem wpisze świeże pozycje na stan inwentarza, opracuje i odstawi na półki z nowościami. Chciała jak najdłużej cieszyć się tą chwilą, aby ją potem wspominać przez długie lata zasłużonej emerytury.
Piękne, prawda?

wtorek, 9 lipca 2019

In vitro. Rozmowy intymne

Długo zbierałam się do lektury książki pt. „In vitro. Rozmowy intymne”. Bardzo długo. Wspomnienia - choć dawne i już trochę zaśniedziałe - nadal bolą. Wprawdzie mam dwójeczkę „dzięciołków”, ale starania o pierwszą ciążę nie były łatwe. Bałam się więc, że wszystkie wspomnienia wrócą ze zdwojoną siłą. Na szczęście myliłam się. 
Małgorzata Rozenek - Majdan zaskoczyła mnie dojrzałością podejścia do tematu. Wydawałoby się, że nic dziwnego. Przecież sama jest mamą dwójki dzieci poczętych dzięki in vitro. To jednak nie chodzi o sam temat „poczęcia na szkiełku”, ale o wyjątkową dbałość o emocje czytelnika. Książka jest tak zbudowana, aby silne emocje przeplatać z naukową znieczulicą. Trochę to mocne określenie "znieczulica", ale tak właśnie jest. I nie mam tu na myśli pejoratywnego wydźwięku tego słowa. Gdyby wszyscy się przejmowali i współczuli, to ta droga do maleńkiego szczęścia byłaby dużo gorsza. A tak? Jest jak jest i nie ma co owijać w bawełnę. 
Podróż przez książkę zaczynamy od historii z happy endem Młodzi ludzie, którzy dzięki in vitro mają dwuletnią córeczkę. Oby takich finałów było jak najwięcej! Niestety, już w kolejnym rozdziale poznajemy mężczyznę, któremu wali się świat. Jego żoną tak owładnęła potrzeba posiadania potomstwa, że On nie wytrzymał. Po prostu nie dał rady. Kolejna historia. Ona - normalna kobieta, on - katolik w najgorszym tego słowa znaczeniu. Badać się nie chce, wiarę pokłada tylko w Bogu, a brak potomstwa to jego zdaniem wyłącznie wina kobiety. Metoda na poczęcie dziecka? Licheń, Święta Lipka i Góra Świętej Anny - w jeden miesiąc. Masakra. Kolejna historia - cudowni optymiści, którzy wspierają się i są pewni, że będzie dobrze. Dalej - wywiad z Panią Martą działającą w fundacji „Nasz Bocian”. Opowiada, jakie trudności mają w naszym kraju bezpłodne pary i jak bardzo cierpią, choć w innych krajach wcale nie musiałyby cierpieć. 
Jednak najbardziej dał mi popalić wywiad z dominikaninem... O jeżu kolczasty, ile kościół zrobił złego w tej kwestii! I ta cholerna naprotechnologia… Idąc za Wikipedią „naprotechnologia to metoda mająca monitorować i utrzymywać zdrowie układu rozrodczego kobiet. (…) Oparta jest głównie na naturalnych sposobach planowania rodziny, które są dopuszczane m.in. przez kościół katolicki. Metoda stawia nacisk na naukę umiejętności rozpoznawania własnej płodności przez małżonków starających się o potomstwo”. No właśnie – płodności! To ile par zaprzepaściło szanse na posiadanie potomstwa wierząc w te bzdury i marnując cenny czas… Szok. 
Najwięcej emocji wzbudził we mnie wywiad z Panią Moniką, której podczas zabiegu in vitro pomylono komórkę żeńską, skutkiem czego urodziła nie swoje dziecko. Kobieta opisuje batalię o godne życie dla swojej rodziny i chorej córeczki. Tak, – bo dziecko urodziło się chore. Życie tej rodziny i Hani możecie śledzić na stronie "Przygody Hanki Firanki". Zajrzyjcie – naprawdę warto poznać ludzi, których los tak doświadczył, a mimo to są cudownymi rodzicami. Co rzuca się w oczy w rozmowie z Panią Moniką to to, że nikt ich nigdy nie przeprosił. Każdy próbował udawać, że nic się nie stało. 
Znużyły mnie dwa ostatnie wywiady - oba z lekarzami - ale nie dlatego, że były nieciekawe. Po prostu miałam dość. Dość walki z wiatrakami, dość ludzkiej głupoty i niezrozumienia dla ludzi, którzy tak bardzo chcą mieć potomstwo, że dla tej małej istotki są w stanie zrobić wszystko. 
Szkoda, że żyjemy w kraju, który jest nieczuły na tak pierwotną potrzebę jak potrzeba posiadania potomstwa. Po lekturze książki Małgosi Rozenek Majdan zrozumiałam, że nasz kraj zostawia ludzi w tej walce samotnych. Co to oznacza? A tyle, że jeżeli do posiadania potomstwa jest niezbędny zabieg in vitro a ty nie masz pieniędzy to nie będziesz miał dziecka. I już. 

poniedziałek, 8 lipca 2019

Miłość 44

Każda rodzina "harcerska" ma ogromny sentyment i szacunek do tematyki Powstania Warszawskiego. Jak wiadomo, olbrzymią rolę w jego przebiegu odegrali harcerze. Przecież Batalion "Parasol" to batalion składający się przede wszystkim z harcerzy będących członkami "Szarych Szeregów". Podobnie "Zośka". Każdy harcerz do dnia dzisiejszego ma ogromny sentyment do książki "Kamienie na Szaniec". (Moja córka ma na półce kilka wydań, a ja dzielnie wraz z nią poszukuję kolejnych) Większość z nas - harcerzy - zna bohaterki książki "Dziewczyny z Powstania" i wielu wielu innych pozycji mówiących o tamtych ciężkich czasach. Teraz dzięki Pani Agnieszce Cubała powstała książka, która jest następnym "must have" dla każdego. To książka pt. "Miłość 44". 
Nietrudno domyśleć się, co jest głównym tematem książki. To powstańcza miłość - uczucie rodzące się pomiędzy młodymi ludźmi, dla których jest jedynie tu i teraz. Nie wiedzą, czy jutro będą żyli, nie wiedzą czy dziś poślubiona druga połówka jutro nie zostanie wdową czy też wdowcem. Z każdej historii wydziera desperacja i nadzieja, że miłość pokona wszystko, że do ostatniej chwili zakochani będą razem. W tamtych trudnych chwilach, młodzi ludzie bardziej niż śmierci, bali się samotności. To wyraźnie widać w każdej (bez wyjątku) opisanej w książce historii. 
W opowiadaniach spotkamy każdego – poczynając od sławnych ludzi takich jak Jan Nowak Jeziorański czy też Krzysztof Kamil Baczyński, poprzez zwykłych Warszawiaków, aż po młodziutką prostytutkę czy też zagubioną w ówczesnej codzienności artystkę, która związała się z niemieckim żołnierzem. Urzekła mnie historia pewnego Staruszka, który w wieku 90 lat był obserwatorem Powstania. Płakałam czytając o śmierci Baczyńskiego i jego ukochanej Basi. Złościłam się, kiedy okazywało się, że ta miłość powstańcza - tak silna i beznadziejna w tamtych dniach - nie potrafiła przetrwać w czasach spokojnych. Jedno niezmiennie rzucało się w oczy. Każda historia jest inna, choć w wielu aspektach taka sama. W każdej jest nadzieja, śmierć i smutek. Nawet jeżeli nasi zakochani przetrwali, to wkoło nich szerzyła się śmierć, która cieniem padała na szczęście młodych.


Na moją wyobraźnię bardzo działały zdjęcia umieszczone w książce. Bardzo często z fotografii na czytelnika patrzy śliczna buzia młodej panienki, a potem czytamy jak ta sama panienka walczyła, umierała albo opłakiwała śmierć bliskich. Wiele osób decydowało się na śmierć z rozpaczy po śmierci ukochanej osoby i to mnie najbardziej złościło. Taka śmierć - smutna i niepotrzebna – rodzi w czytelniku wiele emocji. 
Autorka ma wspaniały dar reporterskiego pióra, które przy podawaniu na pozór suchych faktów jednocześnie rewelacyjnie wydobywa emocje z każdej kartki książki. Historie są różne - jedne zajmują kilkanaście kartek, inne zaledwie półtorej stronnicy. W jednych poznajemy bohaterów bardzo dobrze, w innych ledwie muskamy ich losy, oglądając scenkę niczym zdjęcie. Czytając końcowe rozdziały już wiedziałam, że jeżeli poznajemy blisko bohaterów to zapewne zginą a my pozostaniemy z pustką w sercu. 
Powiem Wam, że bardzo, bardzo przeżyłam tę książkę. Przecież to tacy harcerze jak moja córka są bohaterami tych opowiadań. Różnica polega na tym, że moja Basia ma piętnaście lat, a historię zna min. dzięki obchodom pod Monte Cassino, w których uczestniczyła czy też dzięki rajdowi „Arsenał” organizowanemu przez warszawskich harcerzy. Dzięki wiedzy o Powstaniu Warszawskim ma szóstkę z historii i tylko chciałabym żeby zdawała sobie sprawę, że Powstanie Warszawskie to nie tylko wydarzenie, ale i ludzie. Przede wszystkim ludzie. „Miłość 44” pokazuje właśnie, że na Powstanie składa się nieskończona ilość pojedynczych historii, które niczym mozaika układają się w bardzo tragiczną całość. 
Uwierzcie ni - nie ma znaczenie czy dla nas Powstanie było sukcesem czy porażką. Tyle młodych ludzi poświęciło swoje życie, że – moim zdaniem - nie ma miejsca na takie rozważania. Na pewno jednak jest miejsce na takie książki jak „Miłość 44”. To książka, która nadaje powstaniu ludzki charakter, pokazuje, że pomiędzy gruzami, barykadami i śmiercią były też piękne uczucia i szczęśliwe chwile.