piątek, 17 maja 2019

Kwiaciarka

Kiedy skończyłam lekturę pierwszego tomu "Kwiaciarki" z niecierpliwością tupałam nóżkami z ciekawości, co będzie dalej. Autor nie pozostawił wątpliwości, co do kontynuacji powieści. Na szczęście drugi tom - trochę bardziej opasły niż pierwszy - czekał na półce, więc nie miałam daleko. 
Tym razem autor dużo bardziej skupił się na tytułowej kwiaciarce. Gabriela wraz z matką - po wykonaniu kary śmierci na ojcu - stają się osobami potępionymi. Nie mogą znaleźć pracy, nie mogą wynająć mieszkania. Cała sytuacja zmusza kobiety do zmiany nazwiska, bo tylko dzięki temu jest szansa na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Ponownie spotykamy też Pawła Gireta, który pod zmienionym nazwiskiem szuka dowodów, które umożliwią zrehabilitowanie jego i ojca Gabrieli. Należy jednak z całą stanowczością podkreślić, że w drugim tomie pierwsze skrzypce gra Hrabia Albert de Lussan, brat pani de Lagarde. To on w pociąga za sznurki i to dzięki niemu wszystko kończy się szczęśliwie. 
Lektura drugiego tomu nie była już tak zachwycająca jak pierwszego. Pozostał zachwyt nad fabułą i bogactwem słowa jednak człowiek, jak to człowiek – oczekuje czegoś więcej. Więcej nie było, za to denerwowały mnie cudowne zbiegi okoliczności, które pozwalały naszym bohaterom wyjść z każdej opresji obronną ręką. Na każdym zakręcie paryskiej ulicy spotykały się właśnie te osoby, których spotkanie było konieczne, aby fabuła mogła toczyć się dalej. Jeżeli zaistniała potrzeba znalezienia czegoś na ulicy – na pewno właściwa osoba znajdzie potrzebny przedmiot. A już sposób, w jaki Wielki Dzieciak wszedł w posiadanie dokumentów, które pozwoliły doprowadzić fabułę do szczęśliwego końca przekroczył granicę mojej tolerancji. Zaciskałam zęby i tłumaczyłam sobie, że w bajkach tak bywa, ale jakoś do mnie ten argument nie docierał. Miałam wrażenie, że autor bardzo już chciał zakończyć powieść, więc po prostu ułatwiał sobie pisanie jak tylko mógł. 
Pomijając bajkowe sploty wydarzeń – reszta książki jest nadal przepiękna. Nadal opisy budzą mój zachwyt, a mnogość bohaterów i wątków daje sporą radość z lektury. Rozwija się wątek kwiaciarki, rozwijają się wątki miłosne, rozjaśnia się również tajemnica morderstwa, przez co rehabilitacja niesłusznie skazanych Pawła i Jana jest jak najbardziej możliwa. Na przeszkodzie stoi czarny charakter – Hrabina de Lagarde, która zrobi wszystko, aby jej córka odziedziczyła majątek po swoim wuju. Posuwa się do najgorszych przeczy i to właśnie ją gubi. 
Niestety trochę zachwiana zostaje równowaga pomiędzy dobrem, a złem, ponieważ tak naprawdę rozwiązanie wszystkich tajemnic jest możliwe tylko i wyłącznie dzięki sile pieniądza. Hrabia Albert de Lussan jest człowiekiem nieprzeciętnie bogatym i tak samo nieszczęśliwym. Swojego majątku dorobił się w Indiach, jednak nie było mu dane cieszyć się życiem szczęśliwym Po ukąszeniu przez węża został prawie całkowicie sparaliżowany, Wówczas naszła go myśli o tym, że nie pieniądze sią najważniejsze, a rodzina i przyjaciele. Przypomniał sobie, że przed wielu laty zostawił kobietę i malutką córeczkę, nie zapewniając im żadnych warunków do godnego życia. Teraz ruszyły go wyrzuty sumienia i postanowił odnaleźć córkę i matkę. Nie trudno się domyślić, kto jest tą córką… 
Niestety poszukiwania córki bez sporek gotówki byłyby niemożliwe. Hrabia wydaje na poszukiwania niezłą fortunę i właściwe wszystko załatwia przez pieniądze. To, co było przyczyną wszelkiego zła w pierwszym tomie, teraz jest koniecznym elementem tego, aby wszyscy żyli długo i szczęśliwe. 
Jeżeli czytelniku przeczytałeś pierwszy tom „Kwiaciarki” niewątpliwie sięgniesz po drugi. To konieczne, aby zaspokoić swoją ciekawość jak potoczą się losy wszystkich bohaterów powieści. Ale jeżeli już pierwszy tom nie przypadł Ci do gustu, to daj sobie spokój. Drugi jest troszkę słabszy od pierwszego, a przez to, że obszerniejszy, zdarzają się chwile monotonni i nudy. Całość jednak – godna polecenia. 

poniedziałek, 13 maja 2019

Kraina Wiecznych Jezior

Powiedzcie mi, moi drodzy, dlaczego lekturę przeznaczoną dla młodzieży nasi rodzimi pisarze często traktują po macoszemu? Czy to, że odbiorcą książki jest młody czytelnik usprawiedliwia używanie słownictwa - delikatnie rzecz ujmując - potocznego? Czy młody czytelnik musi czytać o kupojadach i pijanych topielcach? Powieści tłumaczone z innych języków nie cierpią na taką bolączkę. Profesja tłumaczy nie dzieli się na tych, którzy tłumaczą powieści dla dzieci i tych dla dorosłych. Przekład powinien być estetyczny i ciekawy, więc osoby tłumaczące powieści starają się pisać po prostu ładnie. Tych książek nie boję się czytać. A już przekłady osób "starej daty" po prostu głaszczą moje ucho. Niestety moim zdaniem pisarze polscy uważają, że jak będą używali słów w stylu "frajerka" i nadużywać zwrotów "e tam", to czytelników młodego pokolenia urzekną swoją nowoczesną twórczością. Patrząc na reakcję mojej córki – nic bardziej mylnego. 
Blurb na tylnej stronie okładki powieści pt. Kraina Wiecznych Jezior” zaczyna się od słów "Pełna przygód opowieść w stylu Juliusza Verne'a". Kochani - nie dajcie się zwieść. Powieści Juliusza Verne'a to, w porównaniu z "Krainą...", mistrzowskie cacka. Wielowątkowe, pięknie napisane, z barwnymi postaciami i wartką akcją... kogoś stanowczo poniosła ułańska fantazja. 
Bohaterami powieści są Aniela i Dominik. Rodzeństwo jedzie z rodzicami na wakacje pod namiot. Dzieciaki bardzo obawiają się nudy i monotonii, bo przecież bez komputera i konsoli do gier, w dzisiejszych czasach nie ma życia. Namiot rozbity gdzieś w mazurskich lasach, nawet w pobliżu jeziora, nie jest żadną atrakcją. Kiedy rodzice postanawiają zażyć luksusu popołudniowej drzemki, dzieciaki trochę naginają zasady i bez zgody rodziców wypływają kajakiem na jezioro. Niestety na środku jeziora niespodziewanie zaskakuje ich burza, która przenosi ich do tajemniczej krainy. Tam spotykają wiekowego staruszka, który informuje ich, że mają do wypełnienia misję. Niedaleko, w zamku, mieszkają dwie siostry - Goplana i Helena. Jedna z nich została porwana przez - i tu uwaga, uwaga! pijanych topielców (sic!). Trzeba kobietę ratować i to właśnie nasi bohaterowie muszą tego dokonać. 
Powieść zupełnie nie przypadła mi do gustu. Prosta, jednowątkowa fabuła zupełnie mnie nie przekonała. Jeżeli autor chciał pijanymi topielcami zainteresować młodego odbiorcę, to nie tędy droga. Czytając powieść czułam się tak, jakbym miała się zaraz udusić. Autor stanowczo miał pomysł, ale jego realizacja zupełnie się nie powiodła. Przygodom przeżywanym przez dzieci brak skrzydeł. Fabuła jest taka, jakby uczeń szkoły podstawowej został wezwany do odpowiedzi i otrzymał zadanie streszczenia przeczytanej książki. Tylko w takim razie gdzie jest ta rzekoma powieść? Bo streszczenie zupełnie mnie nie przekonało. 
Drugi feler powieści to zastosowane słownictwo. Jeżu kolczasty ale się męczyłam! Nie jestem polonistą i nie potrafię powiedzieć językiem naukowym, co było nie tak. Wiem tylko, że raził mnie zalew potocznego słownictwa... wręcz takiego prostackiego. Autor wyszedł chyba z założenia, że dzisiejsza młodzież nie rozumie słów bardziej skomplikowanych, a najlepszym słowem do wyrażenia zastanowienia przez bohatera jest samogłoska "Eeeee", a strachu - „Aaaaaa”! 
A jak jeszcze przeczytałam wypowiedź: „Tępe kupojady” czy też "Rozwalmy tę budę" po czym dowiedziałam się, że głównych bohaterów atakują pijane topielce, które rzucają w nich butelkami... serce mi krwawi. 
Trudno mi napisać choć jedno słowo pozytywne o tej książce więc zakończę tę recenzje jednym stwierdzeniem: Panie Boże, chroń moje dzieci przed takimi powieściami!

niedziela, 12 maja 2019

Żona bankiera

„Żona Bankiera” to powieść o świecie, jakiego nie znam. Świat wielkich pieniędzy, bankietów, pięknych kobiet i milionowych transakcji. Taki jest obraz na pierwszy rzut oka. A na drugi i kolejne? Tu już nie jest tak słodko. Ukrywanie podatków, walka o pieniądze nawet za cenę życia innego człowieka, wielomilionowe oszustwa i podejrzane transakcje. Takie jest prawdziwe oblicze tego świata. 
Annabel to piękna kobieta na umór zakochana w swoim mężu. Dla niego porzuciła swoją pasje związaną z dziełami sztuki i przeniosła się wraz z nim do Szwajcarii, aby wiernie trwać u jego boku, kiedy On robi karierę w bankowości. Niestety pobyt w Genewie coraz bardziej się przedłuża, a Annabel jest coraz bardziej sfrustrowana. Ze zwykłej kobiety, pracującej i jeżdżącej metrem przerodziła się w piękność na wysokich obcasach i w futrze z soboli. Jej piękna suknia kosztowała tyle, ile wynosiły jej miesięczne zarobki w poprzednim życiu, ale ta zmiana wcale jej nie odpowiada i chętnie wróciłaby do poprzedniego świata, zwłaszcza, że bardzo dokucza jej samotność. Nie może przeboleć, że teraz jej rola ogranicza się do czekania na męża. 
Pewnego dnia Annabel dowiaduje się, że samolot, którym leciał jej mąż, rozbił się w Alpach. W samolocie był nie tylko Matthew, ale i rosyjska milionerka, będąca klientką szwajcarskiego banku. Annabel – mimo rozpaczy – jakoś nie może uwierzyć w bajeczkę, którą próbują karmić ją szwajcarscy policjanci. Nie wierzy w nieszczęśliwy wypadek zwłaszcza po tym, jak zauważa pewien szczegół w okazywanych jej dokumentach… 
Na drugim końcu świata dziennikarka o imieniu Marina prowadzi własne śledztwo. Kiedy ginie jej przyjaciel Duncan kobieta nie ma wątpliwości, że wplatał się on w jakąś aferę, która skończyła się dla niego tragicznie. Duncan żył aferą, która od lat próbował rozwikłać a kiedy dał do zrozumienia, że w końcu zdobył dowody - zginął. 
Oba te wątki - początkowo zupełnie niezależne i toczące się swoim rytmem - stopniowo się zazębiają i coraz bardziej zbliżają się do siebie. Pojawia się nagle jeszcze jedna bohaterka - młoda pracownica banku, w którym również pracował Matthew. Dziewczyna jest przestraszona i pragnie zniknąć z oczu swojego pracodawcy i jego pracowników. Uchyla Annabel rąbek tajemnicy i nie spodziewa się, że jej informację wywołają lawinę... 
Świetna powieść pokazująca, że często to, co na pozór wydaje się białe, w środku jest czarne i brudne. Świat pełen jest ludzi, którym wydaje się, że pieniądze otwierają wszystkie bramy. Jeżeli jesteś bogaty to wolno Ci wszystko. Reguły ustawy i zasady są dla maluczkich - my bogaci mamy tyle kasy, że możemy sobie pozwolić na ich łamanie. Tymczasem okazuje się, że to nie tak. Jeżeli chcesz łamać zasady to nastaw się na to, że ko końcu twoje postępki kogoś zdenerwują. Jeżeli to będzie jedna osoba - to dasz radę. Ale jeżeli będzie ich więcej to mogą okazać się sprytniejsi od Ciebie. 
Cristina Alger w "Żonie bankiera" mistrzowsko pokazała, że pieniądze to nie wszystko. Gdzieś tam liczy się jeszcze uczciwość i przestrzeganie zasad. Annabel - pomimo swojej rozpaczy łez i żałoby - w duchu postanawia walczyć. Nie poddaje się i z uporem dąży do odkrycia, kto zabił jej męża. Nie przypuszcza, dokąd zaprowadzi ją śledztwo... 
Czytając powieść zafascynowana byłam realizmem opisywanych zdarzeń. Miałam wrażenie, że autorka napisała swoja własną biografię i - chcąc przykryć własny udział w aferze - leciutko ją sfabularyzowała. Niesamowite wrażenie udziału w wydarzeniach spowodowało, że się przestraszyłam. Każdy przechodzień w garniturze to oszust, każdy bankier to krętacz... Kiedy poczytałam o autorce i dowiedziałam się, że jest jednocześnie prawnikiem, ekonomistą, analitykiem finansowym i pracownikiem korporacji zrozumiałam, że to, o czym pisze nie jest jej obce. Tak jak matka świetni pisze bajeczki dla dzieci, tak zwierz literacki świetnie napisze o dżungli, którą zna... 
Lektura "Żony bankiera" wprowadziła mnie w niesamowity nastrój. Dreszcz emocji na plecach jest czymś, co rzadko mnie spotyka przy książce, a tym razem się udało. Nie mogłam się oderwać, akcja wciągnęła mnie jak trąba powietrzna. Każdy rozdział przynosił coś nowego, każdy zaskakiwał niesamowicie. Lektura tej powieści to naprawdę czysta przyjemność.

sobota, 11 maja 2019

Kwiaciarka

Czytanie książek to trochę tak, jak jedzenie cukierka. Chwytasz go z miseczki, bo ma ładny papierek, który zachęca do spróbowania. Ale papierek może być mylny. Pod ładnym opakowaniem może znajdować się nielubiany michaszek, a pod brzydkim – uwielbiany kokosowy cuks. Tak samo jest z książkami. Często sięgasz po nie, bo zachwyciła Cię okładka, a tu rozczarowanie na całej linii, bo zamiast fascynującej powieści masz przed sobą gniota, jakich mało. W drugą stronę działa to bardzo podobnie. Okładka zupełnie nie zachęca do lektury, a w środku cud miód i orzeszki. Tak właśnie miałam z książką pt. „Kwiaciarka”. Okładka ot zwykła - nic specjalnego. Charakterem wskazująca raczej na romans niż na kryminał i ten zielony kolor... Za to w środku literacka uczta. Mroczna historia popełnionej z zimna krwią zbrodni z tajemnicą w tle. Oczywiście watek miłosny też jest, ale raczej jako wisienka na torcie, niż jako danie główne. 
Autor powieści, Xavier de Montepin, żył w XIX wiecznej Francji i tam też umieścił akcję swojej powieści. Kwiaciarka to przecudny obraz ówczesnego społeczeństwa francuskiego z wyraźnie pokazanymi podziałami społecznymi i ze wszystkimi ich konsekwencjami. Autor pięknie uwydatnił małość ludzi pochodzących z niższej sfery i zestawił to z uprzywilejowaną pozycją wyższych warstw społecznych. Pokazał również ułomności systemu prawnego, który często prowadził do błędów i wypaczeń. A to wszystko opisane przepięknym językiem; bez pośpiechu i z dbałością o szczegóły. 
„Kwiaciarka” to taka baśń dla dorosłych. Jest zbrodnia i kara, są dobre i złe charaktery, jest też morał płynący z całej historii. Wszystkie wydarzenia obracają się wokół pięknej kwiaciarki Gabrieli, choć tak naprawdę to nie ona jest główną bohaterką. Postaci pierwszoplanowych jest bowiem kilka. Mamy hrabinę Marcelę de Lagarde, która dla pieniędzy zrobi dosłownie wszystko. To naprawdę zła kobieta i spełnia ona wszystkie wymogi, aby zakwalifikować ją do tego samego grona, w którym jest już zła królowa z Królewny Śnieżki. Jest też sędzia śledczy Filip de Kervan, który - w mojej ocenie - jest człowiekiem zupełnie bez charakteru. Nie kieruje się w życiu żadnymi zasadami, przez co robi krzywdzi wielu ludzi dookoła. Moja wielką sympatię zdobyła para rzezimieszków, o których autor mówi Wiewiórka i Wielki Dzieciak. Początkowo nie bardzo rozumiałam, jaką rolę mają oni pełnić w powieści i powiem Wam, że zaskoczyło mnie rozwiązanie zastosowane przez autora do tej dwójki. Po stronie dobrych mamy też nieszczęsnych Pawła i Jana, którzy zostają niesłusznie oskarżeni o zbrodnię. Oczywiście jest tez kwiaciarka Gabriela z matką i wiele, wiele innych osób, które w mniejszy lub większy sposób popychają akcje naprzód. Powieść jest tak wielowątkowa, że łatwo się w niej pogubić. Na szczęście autor tak mistrzowsko prowadzi fabułę, że uważny czytelnik uczestniczy w wydarzeniach nie zdając sobie sprawy z mnogości bohaterów. 
Urzekł mnie też język powieści. Wstawki w stylu "Pozostawmy hrabinę w rozpaczy i przenieśmy się do zamku" powodowały, że czułam się trochę jak w starym kinie. Takie zwroty, charakterystyczne dla starszych powieści, rozrzewniały mnie i rozczulały. Dodały one powieści niesamowitego uroku, choć należy podkreślić, że i bez tego uroku jej nie brakuje 
Nie umiem wyrazić słowami tego, jak przyjemnie czyta się tę powieść. Bogaty język, wielowątkowość, barwne postacie, przemyślana intryga - wszystko to składa się na książkę, która zdobyła moje serce. Z wielką przyjemnością sięgnę po drugi, równie opasły tom powieści.

piątek, 10 maja 2019

Arabski raj

Żeby było jasne - Arabski Raj to kolejny tom wielkiej sagi, ale moje pierwsze spotkanie z bohaterkami powieści. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że ogromne wrażenie zrobiły na mnie opisy życia w Arabii Saudyjskiej i Libii, a przypuszczam, że dla fanek tej sagi odmienności kulturowe nie są już niczym nowym... Gdybym przeczytała wcześniejsze tomy przypuszczam, że moja reakcja nie byłaby taka silna. A tak oczy otwierałam ze zdziwienia i grozy. Ale od początku. 
Trzy kobiety żyjące u boku arabskich mężów. Każda inna, każda jedyna w swoim rodzaju. Dorota to piękna, delikatna blondynka, która swoją urodą powala arabskich mężczyzn na kolana. Jej córka Marysia, będąc już półarabką, jest przepiękną kobietą, ale jej uroda jest zgodna z arabskimi kanonami piękna. Jest jeszcze Daria - siostra Marysi - która bardzo cierpi u boku swego męża. Niekochana i niezauważana, popada w coraz większą rozpacz i desperację. Gdzieś w duszy marzy o tym, że kiedyś uwolni się spod tyranii męża, ale na razie musi trwać. Nie wie, że za rogiem czai się nowe silne uczucie, które może okazać się furtką do wyzwolenia. 
Losy Doroty i Marysi również są porywające, ale w trochę inny sposób niż losy Darii. Dziewczyny mają już ustabilizowaną pozycję w świecie bogactwa przyjęć i polityki, jednak i one przeżywają chwile grozy. Kiedy obok domu Doroty, dochodzi do wypadku ginie w nim młoda kobieta, matka kilkorga dzieci, Kobieta wykrwawia się tylko dlatego, że jej mąż nie pozwala jej udzielić pomocy przez niewiernych. Teść Doroty w gniewie zabija mężczyznę, przez co dzieci w jednej chwili stają się sierotami. Oczywiście chłopca przygarnia daleka rodzina, ale dziewczynkom grozi sierociniec. Dorota przygarnia je i przeżywa szok obserwując, jaką papkę z mózgu zrobiła tym dzieciom propaganda dżihadystów. Dziewczynki boją się mężczyzn, a na Dorotę patrzą z gniewem nazywając ją nieczystą. Niewiele brakuje, aby doszło do tragedii. 
Takich opisów w książce jest wiele. Wielki przepych i bogactwo przeplatają się z ciemnotą i religijnym zacietrzewieniem, a miłość - ze zdradą. Mężczyźni mają zupełnie inne podejście do kobiet choćby dlatego, że dopuszczalne jest posiadanie wielu żon, co niejako pozwala mężczyznom traktować kobiety delikatnie mówiąc – różnie. Na szczęście Marysia i Dorota są szczęśliwie zakochane i szanowane przez swoich towarzyszy życia. Rysą jest to, że Marysia nie potrafi zbytnio docenić tego, co ma. 
Powieść świetnie się czyta. Pióro Tanyi Valko jest wyjątkowo lekkie i delikatne. Długo szukałam danych tłumacza, zafascynowana piękną robotą. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Tanya Valko to w rzeczywistości Polka, z pochodzenia Krakowianka, absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po raz pierwszy wyjechała do Libii jako młoda dziewczyna i zakochała się w kulturze orientu. 
Żeby nie było za słodko – jedna rysa jest. Cała powieść napisana jest w czasie teraźniejszym, co powoduje u mnie niepokój podczas lektury. Zawsze tak jest, że spieszę się z czytaniem powieści mając uczucie pogoni za lekturą. Nie jest to duża wada, ale jednak. 
Podsumowując świetna powieść, która przybliża czytelnika do kultury zupełnie odmiennej niż nasza. A że przy okazji mamy do czynienia ze świetna przygodą… Polecam. 

czwartek, 9 maja 2019

Bezpieczny port

Anna Karpińska pisze książki, które łatwo przytulić do serca. Porusza w nich życiowe tematy mogące dotknąć każdego z nas. Przeczytałam kilka z nich i każda wzbudziła inne emocje, Po lekturze "Przysługi" czułam oburzenie, a np. "Nie zabijaj tej miłości" wzbudziło wzruszenie w sercu i skończyło się mokrymi oczętami. Najnowsza powieść, o której pisałam wcześniej jest trochę inna od pozostałych. Spokojniejsza, bardziej wyważona, choć nadal pełna emocji i mówiąca o bardzo poważnych sprawach. Książka pt. "Szukając przystani" bardzo mi się podobała i z radością przyjęłam informację, że to pierwszy tom sagi o rodzinnych perypetiach Pani Wandy. Zresztą nie było wątpliwości, że będzie kontynuacja, bo pierwszy tom zakończył się w takim momencie, że aż mnie wcisnęło w fotel. Jak można tak zostawić czytelnika!
I właśnie teraz: Ta damm! Lektura drugiego tomu właśnie dobiegła końca a ja, tak jak byłam zachwycona, tak nadal jestem. Tylko na początku powieści poczułam lekkie rozdrażnienie, bo wyraźnie widać, że historia z Polą stała się łącznikiem między tomami, i tak jak szybko się zaczęła tak i szybciutko, na pierwszych kilku stronach drugiego tomu się zakończyła. Wprawdzie przez to porwanie zmieniły się diametralnie uczucia Wandy do Wiktora, ale i tak poczucie niesmaku zostało.
Kochani żeby tylko Was powyższe zdanie nie zmyliło. Pomimo pierwszego rozczarowania, cała powieść jest naprawdę godna polecenia Ciepła książka o życiu - tak po prostu. Pani Anna Karpińska pisze o życiu tak, jakby było ono czymś najpiękniejszym - po prostu darem od Boga. Lekkie pióro i bogate słownictwo powodują, że opis zwykłego jesiennego spaceru z dziećmi po prostu zachwyca.
A co słychać u naszej bohaterki Wandy? A no życie toczy się dalej. Wychowuje wnuczkę, próbuje ułożyć zwoje zawodowe życie (a raczej je zakończyć) i lawiruje pomiędzy sfrustrowana matką, nieszczęśliwą córką i wnukami. Każdy pragnie jej uwagi, a ona sama zapomina o sobie i swoim zdrowiu. Czy starczy jej sił, aby to wszystkie udźwignąć na swoich ramionach? Przeczytajcie i pozwólcie się porwać magii tej powieści.
„Bezpieczny port” przypomina mi książkę pt. "Pod słońcem Toskanii". Tu też pachnie pizza, smakuje wino, a w chłodne dni grzeje kuchenny piec. Różnica jest taka, że tam wszystko dzieje się w słonecznej Italii, a naszej bohaterce musi wystarczyć deszczowa Polska. Ale kiedy Pola z wujkiem i ciocią pobiegli do ogrodu lepić bałwana to zapewniam Was, że słyszałam skrzypienie śniegu, piski dzieci za oknem i widziałam mroźne słońce skrzące się na śniegu w ogrodzie. Uwierzcie mi - pióro Pani Anny pozwala zachwycać się klimatem tej powieści.
Bardzo polecam wszystkim tym, którzy mają ochotę na lekką i ciepłą podróż do świata przesympatycznej Pani Wandy. Ale jedna uwaga – zacznijcie od pierwszego tomu.

środa, 8 maja 2019

Widmo z Głogowego Wzgórza

Wydawnictwo „Dwie siostry” to takie wydawnictwo, które jeszcze nigdy mnie nie zawiodło. Sięgając po książki z charakterystycznym logiem wiem, że czeka na mnie literatura po prostu dobra. Wprawdzie "Dwie siostry” specjalizują się w literaturze dziecięcej, ale dobra książka dla dzieci często warta jest więcej niż średnia dla dorosłych. Powiem więcej - nie tylko treść zaskoczy was wysokim poziomem. Dwie siostry przykładają ogromną wagę do szaty graficznej wydawanych przez siebie książek. Kontakt z serią "Mistrzowie ilustracji” jest ogromną przyjemnością. Ich starania i dbałość o formę zostały nagrodzone w 2008 r. na targach Bolonia Children's Book Fair gdzie wydawnictwo zostało ogłoszone Najlepszym Europejskim Wydawcą Dziecięcym Roku. Całkowicie zasłużenie. 
„Widmo z Głogowego Wzgórza” to kolejna powieść po „Cukierni pod pierożkiem z wiśniami”, która mnie wzruszyła. Była jeszcze „Babcia na jabłoni”, Czarodziejski młyn i kilka innych powieści, które kojarzą mi się z moją pierwszą biblioteką. Powrót do lektur z dzieciństwa jest zawsze przyjemnością. To tak jakby cofnął się czas. „Dwie siostry” mają wspaniałą rękę do powieści ponadczasowych, które same w sobie są wartością niezmierzoną. To trochę tak jakbym w sklepie znalazła gumę „Donald” albo blok „Bambo” i próbując pierwszy kęs czekam na powrót dzieciństwa… 
Kiedy poznajemy dwunastoletniego James'a przeżywa On dziecięcy dramat. Jego kuzynostwo, które dotąd było świetnymi towarzyszami zabaw, przeprowadziło się wraz z rodzicami na wieś. Głogowe Wzgórze to posiadłość położona z dala od miasta, która do tej pory była własnością ponurej i złośliwej starszej Pani. Po jej śmierci dom zostaje wynajęty właśnie przez wujostwo Jamesa. Wielka angielska posesja pełna jest tajemnic i zagadek. 
Pewnego dnia James otrzymuje od kuzynostwa list, z którego wynika, że na Wzgórzu dzieją się dziwne rzeczy. James za zgodą ojca jedzie w odwiedziny na Głogowe Wzgórze. I rzeczywiście, wydarzenia, które spotykają naszych bohaterów kojarzą się z klasyką kryminałów rodem z książek Agaty Christie czy też przygód Scherlocka Holmesa. Pewien specyficzny klimat angielskiego gospodarstwa powoduje, że czytelnik zanurza się w tej atmosferze i delektuje się nią niczym najlepszą filiżanka herbaty. To tak jak pójść do teatru na świetną sztukę przenoszącą w czasie – powrót do codzienności jest często trudny… 
Bohaterowie powieści pochodzą z czasów, kiedy rozmowa przez telefon komórkowy nikomu nie przychodziła do głowy, a głowa rodziny pisała powieść na maszynie do pisania a nie przy pomocy bezdusznego komputera. Kiedy na Głogowe wzgórze spadł śnieg (w ilości ponadnormatywnej) nie było możliwości kontaktu ze światem. Śnieżyca zerwała kable, nie było prądu ani możliwości kontaktu z mieszkańcami pobliskiego miasteczka. A tu w domostwie dzieją się rzeczy mrożące krew w żyłach… Nie ma chyba lepszej atmosfery do rozwiązywania kryminalnej zagadki. 
Klimat podkręca gosposia, która wiecznie zrzędzi, lecz pomimo to widać, że kocha dzieciaki ponad życie. Są też dwa psy - jeden jamnik należący do rodziny a drugi to tajemniczy pies pozostawiony przez poprzednią właścicielkę w obejściu. Dziki i nieokiełznany jest kolejną tajemnicą. Jeżeli dodamy do tego ciemny strych pełen zakamarków i nieznajome twarze pojawiające się w oknie w najmniej spodziewanym momencie otrzymamy powieść, jaką rzadko jest nam dane przeczytać. 
Warto podkreślić, że to wydanie jest naprawdę ponadczasowe. Przekład Ireny Tuwim jest kwintesencja elegancji. Próżno szukać tu przekleństw czy też zwrotów pochodzących z języka potocznego. Zdania są eleganckie a emocje wyważone. Dzięki temu, kiedy autor wprowadza elementy grozy działają one na czytelnika dużo bardziej niż we współczesnych powieściach. Oprócz treści jest jeszcze forma, a ta naprawdę zachwyca. Twarda okładka i przepiękne ilustracje dopełniają wrażenia, że trzymamy w ręku coś ponadczasowego. Czarnobiałe ilustracje Pana Zbigniewa Piotrowskiego są wyjątkowe. Może młodemu czytelnikowi przyzwyczajonemu do ferii barw początkowo nie przypadną one do gustu, jednak szybko zrozumie, że treść i ilustracje stanowią fenomenalną całość, która powstała jakieś pół wieku temu. I – co wspaniałe - nadal zachwyca.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Sowie zwierciadło

Andrzej Pilipiuk jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Pomijając "Dziennik norweski", w którym dał poznać się jako narzekający na wszystko podróżnik, (co też ma swoją literacką wartość) - całą pozostałą twórczość przeczytałam właściwie jednym tchem. Uwielbiam opowiadania, Kuba Wędrowycz jest moim idolem, a perypetie Kuzynek polecam każdemu. Pierwsze sześć tomów cyklu "Oko jelenia" też wciągnęłam szybko, choć miałam wrażenie, że z każdym kolejnym tomem autor obniża loty. Losy bohaterów i Hanzy były jednak na tyle wciągające, że - gnana poprzednimi tomami - przemknęłam przez całość lotem błyskawicy. 
I nadszedł czas ostatniego tomu pt. "Sowie Zwierciadło" (tutaj). I co? I nic. W ogóle mnie nie zachwycił. Powiem więcej - czytałam, bo chciałam mieć zaliczoną całą serię. Ale nie był to finał z fanfarami i przytupem. Może jedna trąbka zagrała, ale raczej cichutko... 
Dwóch bohaterów całego cyklu - Staszek i Marek - w końcówce poprzedniego tomu, mogą wybrać, dokąd chcą się udać. Marek wybiera współczesność i wraca do domu, ale niespodziewanie spotyka tam Pana Grążela, który zrobi wszystko, aby jego syn (tak, tak Staszek właśnie!) wrócił do domu. Początkowo nie chce uwierzyć w opowieści Marka o podróżach w czasie, ale kiedy dociera do niego, że to prawda, robi wszystko, aby umożliwić synowi powrót do domu. A że jest bogaty i ma na usługach całą masę podejrzanych typków, Markowi nie jest łatwo. 
Staszek natomiast ląduje w domostwie Heli w czasach, które nastąpiły po klęsce powstania styczniowego. Autor świetnie nakreślił społeczeństwo polskie, które szybko podniosło się po powstańczej klęsce. Odrodziła się konspiracja i walka z zaborcami, a nasz Staszek wylądował dokładnie w jej centrum. Zmuszony jest walczyć nie tylko o honor swojej panny, ale też o życie przyjaciół. W pewnym momencie, chory i zrozpaczony, chce już pożegnać się z życiem, ale nie jest to takie proste. Staszek dociera do Visby w to samo miejsce, co Marek z jego ojcem 150 lat później. Jak autor rozwikła tę zawiłość? Ciekawie i zaskakująco, choć taki sposób zakończenia powieści niweczy wszelkie ...i żyli długo i szczęśliwie. 
„Sowie zwierciadło” to najsłabszy tom cyklu. Napisany jakoś tak na siłę. Nie ma tego polotu, co w pozostałych częściach, a problemy i zawiłości fabuły rozwiązywane sią jak za ciachnięciem noża. Czytelnik może tylko obserwować poczynania autora. Tu nie ma miejsca na domysły i wyobraźnię. Jest za to wydarzenie za wydarzeniem niczym w żołnierskim pułku. Jedno za drugim grzecznie i bez polotu. 
Plusem powieści jest rys historyczny, Kiedy czytałam powieść czułam, że autor opisuje wydarzenia, w których brał udział. Rosyjscy żołnierze, skrytki w ścianach, potyczki w lesie i ukryte skarby są opisane z prawdziwym historycznym zacięciem. Pozostałe tomy pozwoliły czytelnikowi przyzwyczaić się do rzetelności autora w tej kwestii, dlatego też zachwyt był trochę mniejszy niż powinien. Byłam pewna, że w kwestii historycznej powieść stanie na wysokości zadania i nie rozczarowałam się. 
Na zakończenie dodam, że zupełnie nie rozumiem tytułu siódmego tomu. Sowie zwierciadło? O co chodzi? Przecież ani jeden akapit, ani jedna literka nawet nie nawiązywała do takiego przedmiotu. Tytuł zupełnie niezrozumiały. 
Fani twórczości Pana Pilipiuka na pewno przeczytają i uznają, że „Sowie zwierciadło” to dobra powieść, godna zakończenia całej serii pt. „Oko jelenia”. Nie wiem czy to ostatni tom, bo właściwie losy tytułowego oka nadal pozostają nieznane. Może kiedyś Pan Pilipiuk przypomni sobie Staszka i Marka i postanowi stworzyć kolejny tom? Mam nadzieję, że tym razem będzie on lepszy od poprzedniego, bo gorszego już nie dam rady przeczytać.

Książkę w korzystnej cenie można nabyć w księgarni Gandalf.

piątek, 5 kwietnia 2019

Łupieżcy niebios

Uwielbiam książki dla młodzieży i wiele z nich połknęłam, jak pelikan świeżą rybę. Część przeczytałam, chcąc podsunąć wartościową literaturę Starszej, część na głos podczas wieczornych czytanek z Młodszym, część po prostu z ciekawości. "Baśniobór" zaliczał się do pierwszej grupy i przyznam się, że byłam zachwycona. Jednak pięć tomów to trochę dużo i, po zakończeniu lektury, potrzebowałam przerwy od twórczości Brandona Mulla. Pierwszy tom "Pięciu królestw" pt. "Łupieżcy niebios" (tutaj), wpadł w moje ręce po kilku latach i bardzo dobrze. Na nowo odżyły emocje, które powstały przy lekturze Baśnioboru". Jednak każda dobrze napisana baśń pochłonie czytelnika bez względu na to czy ma lat -naście czy -dzieścia.  
Autor - jak we wszystkich swoich książkach - zaczyna snuć bajania zupełnie prozaicznie. Wszystko zaczyna się w dzień poświęcony duchom i zjawom. Wielu dzieciakom Halloween daje niepowtarzalną możliwość przeprowadzenia cukierkowych łowów. Dla naszych bohaterów to również okazja do zaaplikowania sobie skoku adrenaliny. Cole wraz z przyjaciółmi postanawiają w tym dniu odwiedzić nowo powstały Dom Strachów, który wśród rówieśników cieszy się sporym uznaniem.  Kiedy wchodzą do domu okazuje się, że opinia o nim jest w pełni zasłużona. Na nieszczęście dla naszych bohaterów dom ten jest również przykrywką dla grupy przestępców, którzy porywają dzieci do innego świata. Złapane małolaty zostają przeprowadzone przez portal, a następnie poprowadzone do króla Pięciu królestw. Cole - jako dziecko nie wykazujące talentów potrzebnych królowi - zostaje sprzedany i .... od tej chwili zaczyna się jego wielka przygoda.  Cole zrobi wszystko, aby pomóc swoim przyjaciołom przekazanym królowi, jednak nie zdaje sobie sprawy, ile trudów i niebezpieczeństw czeka na niego po drodze. 
Wyobraźnia Brandona Mulla jest ogromnym darem. Ten człowiek ma w głowie tyle pomysłów, że wystarczyłoby ich do największej baśniowej biblioteki. Światy, które tworzy są niesamowicie magiczne, a jednocześnie tak spójne, że czytelnik ma wrażenie, że to po prostu odległy kontynent, a nie wymyślona kraina. Wszystko do siebie pasuje, wszystkie zależności układają się w spójną całość. Jednocześnie moce i umiejętności kierujące krainą są tak "odjechane", że człowiek zastanawia się, skąd autor czerpie pomysły. 
Na Obrzeżach, do których trafiły dzieci, istnieje Pięć królestw. Dzieci trafiły do Sambrii - chyba najbardziej bajecznej krainy. Formowanie to umiejętność, która pozwala na tworzenie przedmiotów według własnego uznania. Niestety nie wszyscy posiadają talent formowania.  Nie przeszkadza to jednak w korzystaniu z magicznych przedmiotów stworzonych przez utalentowanych formistów. Chustka zapewniająca posłuszeństwo, miecz pozwalający na skakanie na duże odległości to tylko próbka tego, co będzie nam dane podczas lektury poznać. Sama kraina też ma wyjątkowe zakamarki. Dość wspomnieć o tym, że Cole wraz z grupą ludzi przez pewien czas będzie zajmował się grabieniem zamków, które położone są na chmurach. Przepływają od jednego krańca krainy do drugiego, chronione przez rożne stwory i dziwadła. Jest bajkowo i niebezpiecznie jednocześnie. Są dobre i złe charaktery - jak to w baśniach bywa. To wszystko jest jak sen, który daje się nam przeżyć, ku naszej uciesze. 
Urzekł mnie szacunek, jakim autor darzy słowo. Pomijając fakt, że książka jest pięknie napisana to jeszcze zabawy słowem, które uskutecznia autor, urzekają i uprzyjemniają lekturę. To nie jest skomplikowane słowotwórstwo. Nietrudno się domyśleć, że np. wolnoznak i jarzmoznak dotyczą tego, czy bohater jest człowiekiem wolnym czy niewolnikiem. Pomimo prostoty tych nowych wyrażeń ich lekkość i pomysłowość dają powieści unikalny charakter. Co więcej - budzi w czytelniku szacunek do tej krainy stworzonej z wielką dbałością i pomysłowością. 
Łupieżcy niebios zachwycą każdego - i małego i dużego czytelnika. Mały z wypiekami na twarzy będzie czytał o przygodach rówieśników i ani na chwilę nie pomyśli o odłożeniu powieści. Dorosły czytelnik zachwyci się kunsztem literackim i wyobraźnią autora. Jaki z tego wniosek? Ano taki, że „Łupieżcy niebios” to powieść dla każdego. Bez wyjątku. 

Książkę w korzystnej cenie można kupić w księgarni Gandalf.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Kamerdyner

Powieść, która mnie oczarowała. Z zasady lubię sagi i chętnie po nie sięgam, ale "Kamerdyner" (tutaj) przebił moje najśmielsze oczekiwania. Piękna książka mówiąca o miłości, a zarazem pokazująca okrucieństwo wojny i losy pokolenia, które nie miało od niej chwili wytchnienia. Pokolenia, które nie potrafiło ugiąć karku. Pokolenia ludzi dumnych z tego, że są Kaszubami. Trudne czasy i zawiłe dzieje. 
Już w pierwszych kilku akapitach czytelnik widzi, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Pruski dwór, kaszubska ludność i tereny, które kiedyś były polskie, ale w chwili rozpoczęcia powieści od wielu, wielu lat znajdują się pod zaborem pruskim. Trudno mówić o patriotyzmie i miłości do ojczyzny. Jeszcze trudniej o poświęceniu i walce za kraj. 
Główny bohater - Mateusz - przychodzi na świat we dworze pruskich junkrów. Chłopiec zrodzony nie z miłości, a z gwałtu bogatego prusaka na kaszubskiej kobiecie, pozbawiony jest matczynej troski. Matka bowiem umiera przy porodzie, a ojciec popełnia samobójstwo. Pani Gerda von Krauss, będąca właścicielką dworu, przybita wyrzutami sumienia, postanawia przygarnąć bękarta i wychować we dworze przy swoich dzieciach. Mateusz rośnie z poczuciem braku tożsamości. Bo właściwie kim jest? Polakiem? Prusakiem? Kaszubem? Czy też po prostu Mateuszem zabójczo zakochanym w Maricie? Jego przybrana rodzina nie pozwala mu zapomnieć o pochodzeniu. Brat Marity wręcz nienawidzi chłopaka i robi wszystko, aby uprzykrzyć mu życie. Mateusz musi zmierzyć się z miłością do Marity, nienawiścią swojego przyrodniego brata, okrucieństwem przyrodniego ojca... do tego przyszło mu żyć w czasach wojennych, gdzie ziemia przechodziła z rąk do rąk, a ten, kto dzisiaj był przyjacielem, jutro może okazać się wrogiem. Ten brak tożsamości odbije się na losach chłopca i na całym jego życiu. Będzie niczym piórko gnany z wiatrem tam gdzie zawierucha dziejowa go przegoni. Trudne życie i trudna opowieść. 
„Kamerdyner” to wielowątkowa powieść, którą czytelnik pochłania z wyjątkową radością i pasją. Czytając, płyniemy wraz z bohaterami przez pół wieku burzliwej historii naszego kraju. Zaczynamy na początku XX wieku i obserwujemy zmiany, jakie Zachodzą na Pomorzu. Dwie wojny, które diametralnie zmieniają na tych terenach podział sił. Poznajemy środowisko Niemców Kaszubów i Polaków możemy obserwować jak ich losy wzajemnie się przenikają i wpływają na siebie. Najbiedniejsi są Kaszubi, którzy doznają krzywd zarówno od strony Niemców jak i Polaków. Dumni ze swojego pochodzenia, nie potrafią zrozumieć, że pokorne ciele dwie matki ssie. Aż mi się płakać chciało, kiedy czytałam o mordowaniu ludności w Piaśnicy. Wtedy to Niemcy byli górą, ale kiedy po wojnie do Polski weszli Sowieci role diametralnie się odwróciły. I tak przez całą powieść - raz na wozie raz pod wozem. 
Dziwna to książka pod tym względem, ale dziwna tak pozytywnie. Trudno czytać o tym, że ludność, która właściwie powinna czuć się Polakami, potrafiła stanąć naprzeciw siebie z karabinem w ręku. Potrafiła sprzymierzyć się z wrogiem przeciwko sąsiadowi. Potrafiła przywdziać niemiecki mundur i mordować tych, którzy jeszcze kilka lat temu mieszkali za płotem. Trudno się o tym czyta i jeszcze trudniej rozumie. Nie zmienia to jednak faktu, że Kamerdyner to po prostu piękna książka, którą warto przeczytać, aby przekonać się, że oprócz bycia Polakiem Niemcem czy też Kaszubem warto być po prostu człowiekiem. 

Książka do kupienia w atrakcyjnej cenie w księgarni Gandalf

poniedziałek, 18 marca 2019

Dziewczyna w niebieskim płaszczu

Trochę wstyd się przyznać do tego, co mnie do tej powieści przyciągnęło, bo do niedawna byłam gorącą zwolenniczką poglądu, że nie można oceniać książek po okładce. Jednak trzeba złożyć samokrytykę - do przeczytania "Dziewczyny w niebieskim płaszczu" (tutaj) skłoniła mnie... okładka. A nawet nie sama okładka, a piękny, niebieski kolor, jakim zostały obdarowane skrzydełka tejże książki. Nie mogłam się napatrzeć na czarujący, głęboki odcień - letnie niebo, to przy tym pryszcz. Należy jednak uczciwie przyznać, że książka godna tego niebieskiego odcienia. II Wojna Światowa widziana oczami holenderskiej nastolatki to trochę inna wojna niż ta, którą znamy z rodzimych wspomnień, ale nadal warta poznania. 
Amsterdam, rok 1943. Dziewiętnastoletnia Hanneke pracuje jako recepcjonistka w zakładzie pogrzebowym. Wojna wymusiła na niej również inną działalność, która pozwala dziewczynie i jej rodzinie w miarę godnie żyć w czasach wojennej zawieruchy. Hanneke kupuje różne towary na czarnym rynku i zaopatruje w nie znajomych Holendrów. Pewnego dnia jedna z jej klientek z rozpaczą informuje Hanneke, że zaginęła dziewczyna żydowskiego pochodzenia, którą do niedawna ukrywała w swoim domu. Znakiem rozpoznawczym Żydówki o imieniu Miriam jest niebieski płaszcz. Miriam właściwie rozpłynęła się w powietrzu. Wydaje się, że nie było sposobu, aby opuściła dom niezauważona, a jednak zniknęła… rozpłynęła się w powietrzu. 
Hanneke, idąc tropem zaginionej dziewczyny, poznaje zupełnie inną stronę wojny. Musi zrozumieć, że dookoła ludzie walczą nie tylko o przetrwanie swoje i swoich bliskich, ale również starają się uratować innych, którzy sami są skazani na śmierć. Poznaje ludzi, którzy ratują żydowskie dzieci od zagłady wywożąc je i oddając do adopcji Holenderskim rodzinom. Pomimo tego, że sama doznała okrucieństwa wojny, tracąc w pierwszych dniach narzeczonego, do tej pory starała się nie zauważać zła, które się wokół niej dzieje. Nagle dziewczyna przeżywa szok widząc, jak długo pozostawała ślepa na to, co działo się wokół niej. 
Podczas lektury trochę drażniła mnie jednowątkowość powieści. Fabuła prowadzi czytelnika jak po sznurku. Tu nie ma miejsca na niedopowiedzenia i niejasności, a trochę szkoda, bo przy takiej, prawie kryminalnej powieści, fajnie nieraz trochę pogłówkować. Język książki jest trochę spiczasty i kanciasty, ale nie przeszkadza to zbytnio. Przecież to powieść o czasach wojny, a to tłumaczy wiele. Należy jednak pamiętać, że wojna w Holandii to zupełnie inna wojna niż ta, z którą przyszło zmierzyć się naszym rodakom. Nie wyobrażam sobie, aby niektóre sytuacje opisane w powieści mogły zaistnieć na ulicach okupowanej Warszawy. Kulka w łeb pewna na sto procent. Dlatego warto, aby nastolatek, który sięga po „Dziewczynę w niebieskim płaszczu” był świadomy tego, że wojna w Polsce była zupełnie inna. Nie mając podstawowej wiedzy historycznej czytelnik ma wrażenie, że to jakaś inna wojna - łagodniejsza, bardziej ludzka. Jedynym akcentem ukazującym okrucieństwo wojny, które znany z naszej rodzimej historii są opisy teatru, który został zamieniony na punkt zborny Żydów z okolic... tak - to było straszne. 
Oczywiście na końcu powieści zagadka zostaje rozwiązana, choć nie obyło się bez zaskoczenia. Przyznam się, że nie takiego zakończenia oczekiwałam, ale warto podkreślić, że to, które dostałam od autorki, wynagrodziło mi wszystkie niedostatki lektury. Dobrze przemyślana fabuła pozwoliła na zakończenie z przytupem. Gdzieś, zmierzając do zakończenia powieści, przyszedł taki moment, że zasłona opadła i wszystko zaczęło układać się w całość. Nagle to, co do tej pory było niewiadome stało się jasne i przejrzyste. To była naprawdę literacka przygoda!

Powieść w korzystnej cenie można kupić w księgarni Gandalf. Polecam. 

czwartek, 14 marca 2019

Tatuażysta z Auschwitz

Był taki czas, kiedy "Tatuażysta z Auschwitz" (tutaj) zerkał na mnie z każdego miejsca na ziemi. Tak mi się przynajmniej wydawało. Z jednej strony grzmiały fanfary, że to powieść roku, nagrody sypały się jak z rękawa i nie było księgarni, w której powieść ta nie stałaby na wyeksponowanej półce. Z drugiej strony bombardowały mnie opinie wskazujące, że ta książka nie powinna powstać, ponieważ zakłamuje obraz obozów piekła, które naziści zafundowali ludzkości podczas II wojny światowej. Podawane przykłady rzeczywiście kłóciły się z tym, co znamy z podręczników historii. W powieści jest trochę łagodniej, jaśniej... tak z nadzieją. Cóż było robić - musiałam przekonać się sama. 
Autorka powieści, Heather Morris, opowiada historię Lale Sokolova i miłości, która spotkała go w najmroczniejszym miejscu na ziemi - obozie koncentracyjnym Auschwitz - Birkenau. Lale Sokolov ma to szczęście, że jest oprawcom potrzebny - jest tatuażystą, który wykonuje numery na przedramionach więźniów przybyłych do obozu. Codziennie wykonuje setki tatuaży i to właśnie jest jego przepustka do życia. Pewnego dnia tatuuje numer nowoprzybyłej dziewczynie. Kiedy ich wzrok spotyka się Lale wie, że to ta jedna jedyna i zrobi wszystko, aby ją uratować. Dziewczyna o imieniu Gita odwzajemnia uczucia tatuażysty. Miłość rodzi się i rozkwita pomimo przeciwności losu.  
Powiem tak. Z jednej strony piękna historia, choć skalana miejscem, w którym się dzieje. Myślę, że Lale Sokolov (którego postać wzorowana jest na Ludwiku Eisenbergu), wspominając po latach tamte wydarzenia, trochę je "odbrutalnił". Nie chciał psuć miłosnej historii potwornościami, o których przecież i tak każdy wie. Dlatego powieść wyszła jaka wyszła. Czytelnik znający choć trochę historie tego niemieckiego obozu koncentracyjnego z niedowierzaniem czyta o blokowej, która daje się przekupić czekoladą, o uprawianym w barkach seksie, czy też o esesmanie przekazującym miłosną korespondencję pomiędzy więźniami.
Ale z drugiej strony...
To przecież powieść o miłości. O pięknym, rodzącym się uczuciu, które miało to nieszczęście, że zrodziło się w nieodpowiednim czasie i nieodpowiednim miejscu. Potraktujmy tę powieść jako książkę, której przesłaniem jest właśnie miłość, a nie pokazanie historycznej prawdy o Auschwitz. Uważam, że wiele złego zrobiły osoby odpowiedzialne za promocję, bowiem złe i niewłaściwie jest porównanie jej np. z „Listą Schindlera”. To jest zupełnie inna pólka. Ale jeżeli podejdziemy do tej powieści jako do książki o miłości - jakże inny będzie nasz odbiór!
Za tym, aby nie traktować „Tatuażysty…” jako książki faktograficznej przemawia również to, że - poddając ją ocenie historycznej - roi się w niej od nieścisłości. Wanda Witek-Malicka z ramienia Centrum Badań Muzeum Auschwitz, w 14. numerze wydawanego przez instytucję internetowym periodyku „Memoria” pisze:
Lektura powieści weryfikuje zapewnienia o jej faktograficznym i dokumentalnym charakterze. Choć opowieść zbudowana jest na kanwie losów autentycznego więźnia KL Auschwitz, którego pobyt w obozie, a częściowo także obozowe losy można potwierdzić na podstawie zachowanej dokumentacji archiwalnej, to jednak książka zawiera bardzo liczne błędy i informacje niezgodne z faktami a także nadinterpretacje, przeinaczenia i niedopowiedzenia, na których zbudowany jest całościowy nieautentyczny obraz rzeczywistości lagrowej.
Dalej Wanda Witek Mailcka punktuje nieścisłości z iście aptekarską dokładnością. A co na to autorka? Heather Morris stwierdziła, że „Tatuażysta z Auschwitz” to historia Lalego Sokolowa a nie Holokaustu i nigdy nie miała zamiaru stworzyć akademickiego podręcznika. Nigdy nie mówiła też, że powieść ta to literatura faktu. 
Wszystkim zainteresowanym proponuję odrzucić zarówno uprzedzenia jak i zachwyty nad tą książką i spróbować po prostu delektować się dobrą powieścią o miłości, jaka wykiełkowała w okrutnych czasach i w strasznym miejscu. Jeżeli tak podejdziecie do sprawy zapewniam, że powieść przyniesie sporą dawkę dobrej lektury. Powieść napisana jest gładko, lekkim piórem, bez zbędnego roztrząsania codzienności obozowej. Tu na pierwszym miejscu jest wola przetrwania, walka o każdy dzień i o to, aby najbliższa sercu osoba również miała szansę dożyć do kolejnego świtu. Moim zdaniem piękna książka warta tego, aby się nad nią pochylić.  

Książka do kupienia w korzystnej cenie w księgarni Gandalf.

środa, 6 marca 2019

Gang godziny duchów

Dawid Walliams pisze książki, które mój Młody połyka jak pelikan rybki. Zaczęło się od „Babci Rabuś” i pomimo tego, że Młody skończył lekturę spłakany ze wzruszenia, jego literackie radary wyczuliły się na charakterystyczne rysunki zdobiące okładki książek autorstwa Pana Walliamsa. Po „Babci rabuś” przyszedł czas na „Cwaną ciotuchnę” i „Wielką ucieczkę dziadka”. Każda kolejna powieść zachwycała i przykuwała Młodego do książki na dobrych kilka godzin. Byłam więc pewna, że zakup "Gangu godziny duchów" (tutaj) będzie strzałem w dziesiątkę. 
Dwunastoletni Tom Harper trafia do ponurego, londyńskiego szpitala po tym, jak na meczu krykieta dostaje piłką w głowę. Guz jest tak wielki, że dyrekcja prywatnej szkoły, w której uczy się Tom, nie ma wątpliwości, że hospitalizacja jest konieczna. Chłopiec trafia do sali, gdzie leży już czterech małych pacjentów. Tom już pierwszej nocy dowiaduje się, że w szpitalu działa Gang Godziny Duchów, a jego współtowarzysze są czynnymi członkami tego gangu. Nikt nie pamięta, kto założył Gang, ale ważne jest przesłanie, jakie niesie za sobą. Od wielu, wielu lat zadaniem Gangu jest spełnianie marzeń małych pacjentów szpitala. Dzięki pomocy
pracownika szpitala (zwanego Noszowym), członkowie Gangu mogą zafundować jednej z pacjentek wyprawę na biegun północny, czy też podjąć się zorganizowania lotu balonem. Wprawdzie balonem poleciała staruszka, która lecąc nad Londynem przeżyła przygodę swego życia, ale nie szkodzi. Gang urządził również wyprawę archeologiczną do Egiptu i wyścig na wózkach inwalidzkich. Największym jednak wyzwaniem było spełnienie marzenia ciężko chorej dziewczynki, która pragnie przeżyć swoje życie tak jak każdy zdrowy człowiek. Przyznacie, że przed naszymi bohaterami naprawdę trudne zadanie. 
Książki Walliamsa są wyjątkowe. To nie są zwykłe powieści dla dzieci. To przezabawne historie z przerysowanymi bohaterami, z których każdy ma pewną wadę lub zaletę wybijającą się na pierwszy plan. Jeżeli ktoś jest dobry, to jego dobroć aż cieknie po rękach, niczym wiśniowy sok. Noszowy pomagający dzieciom w spełnianiu marzeń budzi wielką sympatię. Podobnie pani roznosząca jedzenie, która - pomimo braków w zaopatrzeniu - potrafi ze spożycia suchego płatka do mleka stworzyć w wyobraźni dziecka cudowną ucztę. Natomiast, jeżeli ktoś jest już zły - to nie ma szans na to, aby dojrzeć w nim choć cień dobroci. Okrutna siostra przełożona czy tez paskudny dyrektor szkoły są postaciami tak przerysowanymi, że aż śmiesznymi. Oczywiście postępowanie negatywnych
bohaterów budzi w małym czytelniku pytania, ale nie przeszkadza mu to zaśmiewać się później z kary, jaka oczywiście ich spotyka. Ten podział na białe i czarne jest bardzo mocno przerysowany, wręcz abstrakcyjny, co nadaje powieści wyjątkowy charakter. No chociażby zorganizowanie herbatki u królowej. To nie jest oś zwykłego. To jest możliwe tylko wówczas, gdy młody czytelnik uruchomi wyobraźnię i zechce wczuć się w fabułę powieści. 
Omawiając „Gang godziny duchów” nie można zapomnieć o podstawowym przesłaniu: o sile przyjaźni, o radzeniu sobie z chorobą i o tym, że nie należy oceniać ludzi po wyglądzie. Ważne jest również to, że pomimo salw śmiechu podczas lektury, końcówka powieści znowu zaszkliła oczy mojego synka, a w powietrzu pozostało zawieszone pytanie dotyczące śmierci i nieuleczalnej choroby. 
Książki autorstwa Dawida Walliams’a się albo kocha albo są czytelnikowi obojętne. My z Młodym uwielbiamy je. Młody za poczucie humoru i abstrakcyjne wręcz przygody, a ja za możność omówienia z dzieckiem trudnych tematów, które powieść porusza. 
Polecam do wspólnej lektury wszystkim rodzinnym książkomaniakom.

Książkę, w korzystnej cenie, można kupić w księgarni Gandalf.  

wtorek, 5 marca 2019

Ciotka Zgryzotka

Jak tu recenzować  "Ciotkę Zgryzotkę", skoro w trakcie lektury, przed oczami miałam moją babcię i naleśniki z konfiturami, które mi piekła na śniadanie? Jak obiektywnie podejść do powieści, skoro patrząc na obrazki w książce, mam przed oczami swoje najstarsze wydanie "Szóstej klepki", które, powycierane, stoi w mojej biblioteczce do dzisiaj. Żółta okładka, szary papier i brązowa czcionka (zupełnie nie rozumiem dlaczego taki kolor) wzruszają niezmiennie. Dostałam ją pod choinkę od rodziców, dawno temu. Ileż moja Mama musiała się nastać w kolejce, żeby córeczce kupić wymarzoną książkę...  
„Ciotka Zgryzotka” (tutaj) to dwudziesty drugi tom Jeżycjady. Robi wrażenie, prawda? Niestety ilość tomów pociąga za sobą mnogość bohaterów. Rodzina Borejków, z Mamy, Taty i czterech podlotków, zamieszkujących poznańską kamienicę przy ul. Roosevelta, przerodziła się w wielką, kochającą się rodzinę, której macki sięgają dużo dalej, niż tylko do zstępnych w linii prostej. I przyznam się, że to była jedyna rzecz, która mnie podczas lektury „Ciotki Zgryzotki” drażniła. Po prostu często gubiłam się kto jest czyją córką, ciotką, wnuczką... Prosta sprawa jest właściwie tylko z pradziadkiem i prababcią. Nestorowie rodu są niezmienni w swojej miłości do książek i oderwaniu od rzeczywistości. Podsumowując uważam, że w tak odległych tomach jak „Ciotka Zgryzotka” na wewnętrznej stronie okładki powinno widnieć drzewo genealogiczne. Ułatwiłoby to poruszanie się czytelnikowi po rodzinnych zawiłościach rodu Borejków. 
A sama treść? No cuuudna po prostu. Tym razem bohaterką jest Nora, córka Patrycji i Floriana. Dziewczyna oczywiście zakręcona jak przysłowiowy naleśnik i - w odróżnieniu od większości damskiej części Borejków - wcale nie należąca do romantyczek. Raczej twardo stąpa po ziemi; nie lubi wzruszeń, wyznań i kwiatów. Czuje się trochę odrzucona przez swoich rodziców, którzy, jej zdaniem, faworyzują siostrę Anię. Nora rozżalona wyjeżdża do domu w leśnej głuszy, będącego własnością ciotki Idy. Tam próbuje uporać się z własnymi emocjami. Ale jak tu analizować samą siebie, jak jakiś gbur robi z ukrycia zdjęcia? I to jeszcze w chwili, kiedy Nora leży w stroju na leżaku? Dziewczyna oburzona postanawia dowiedzieć się, kto jest paskudnym podglądaczem. Obok wątku Nory śledzimy oczywiście losy pozostałych członków klanu Borejków. Cudowne poczynania nestorów, którzy co wieczór, przy lekturze, dyskutują i sprzeczają się, niezmiennie mnie wzruszały. Towarzyszymy Ignacemu Borejko w spacerach po lesie (co z tego wyniknie - warto przeczytać). Obserwujemy Agnieszkę w ostatnich miesiącach ciąży i dowiadujemy się, dlaczego maleńka dziewuszka, która właśnie przyszła na świat, również nosi imię Nora. Niestety ocieramy się również o przemijanie i śmierć – na szczęście ten temat trwa tylko momencik i nie jest tak dosadny, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. 
Drzewo genealogiczne znalezione w Internecie na stronie Karoliny
Niestety nie uwzględnia kolejnego pokolenia, które już pojawiło się na świecie 
Cudowna, ciepła powieść, która zachwyca opisami przyrody, która wlewa w serca tkliwość i radość z tego, że pani Musierowicz nadal tworzy kolejne tomy Jeżycjady, Zachwyt nad tą serią panujący niezmiennie od wielu lat, jest dla mnie zupełnie zrozumiały. W epoce smartfonów i komputerów nie ma zbyt wielu powieści, które na czele wartości stawiają rodzinę i dbałość o stosunki międzyludzkie. W "Ciotce Zgryzotce" ta miłość i wzajemny szacunek aż kipią i rozgrzewają serce czytelnika. Zawsze przy stole znajdzie się miejsce dla głodnego, a dla wędrowca dach nad głową. Z listów, które piszą do siebie siostry Borejko wydziera miłość do rodziny i … do słowa pisanego. Jak ja uwielbiam te górnolotne zwroty! 
W przepastnych zasobach Internetu znalazłam stronę, którą musiała założyć Fanka Jeżycjady. Zapraszam serdecznie. Można naprawdę wiele obejrzeć i powspominać. 

Książkę w korzystnej cenie, można kupić w księgarni Gandalf.