czwartek, 9 lipca 2020

Teściowa

„Teściowa” to książka z tych, które lubię najbardziej. Te powieści pomalutku odkrywają to, co naprawdę jest w nich najważniejsze. Są niczym puzzle. Na początku obrazek jest zupełnie niewidoczny, ale w miarę postępów prac efekt robi coraz większe wrażenie. 
Oto rodzina, jakich wiele: Mama Tata i dwójka dzieci - Ollie i Nettie. Dzieci są dorosłe, więc - jak to w życiu bywa - rodzina powiększa się o kolejnych członków: Lucy, która wychodzi za Olliego i Patricka będącego mężem Nettie. I wszystko wydaje się układać dobrze. Do czasu. 
Pierwszym zgrzytem są relacje Lucy z teściową. Diana jest wyjątkowo twardą kobietą, której życie dało popalić i stara się nie okazywać zbyt wiele uczuć. Lucy bardzo stara się zrobić na niej dobre wrażenie, ale jest to piekielnie trudne... Lucy czuje się odrzucona nie bardzo wiedząc, dlaczego. Z czasem jednak relacje pomiędzy kobietami ulegają dramatycznej transformacji. Drugim zgrzytem - nie chcąc wchodzić w szczegóły - są pieniądze, a trzecim macierzyństwo. I tak plecie się ta historia do momentu, kiedy do drzwi Olliego puka policja z informacją, że Diana odebrała sobie życie. Od tej chwili powieść ta przypomina roller coaster. Pędzi na łeb na szyje odkrywając wszystkie tajemnice i niedomowienia, które dzieliły członków rodziny. Okazuje się, że są one na tyle silne i zakorzenione, że wpływają na losy wszystkich członków tej rodziny, a najbardziej na losy Diany. Nagle pytanie o przyczyny samobójstwa Diany zamienia się w pytanie: „Kto zabił?” 
Bardzo podobał mi się sposób narracji. Tak naprawdę poznajemy całą historię z dwóch punktów. Pierwszy, to historia opowiedziana przez Lucy, druga przez Dianę. I nie byłoby to nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że każda z nich opowiada swoje życie z dwóch perspektyw: teraz i kiedyś. Te cztery wątki przeplatają się na tyle sprawnie, że czytelnik pomalutku acz konsekwentnie zyskuje pogląd na całość sytuacji. 
Pierwsza część książki wydaje się być powieścią obyczajową z niewielkim zacięciem sensacyjnym. Jednak po kilku rozdziałach "Teściowa" staje się rasowym, klasycznym kryminałem z odwiecznym pytaniem: "Kto zabił?" 
Świetna powieść, w którą wsiąkłam na dwa wieczory i która przyniosła mi wiele przyjemności z lektury.

wtorek, 7 lipca 2020

Chciałbym nigdy Cie nie poznać


„Chciałbym nigdy Cię nie poznać” to niesamowita książka o miłości i tęsknocie. Szkoda, że pojawiła się na rynku wydawniczym teraz, a nie na początku roku, kiedy to obchodzimy Dzień Babci. To niesamowite, ile uczuć można zawrzeć w tak niepozornej książeczce. Zawiera ona kilkadziesiąt rozdziałów, ale każdy z nich jest króciutki. Każdy stanowi taką migawkę z pamięci, wklejone zdjęcie w albumie. Czytając miałam wrażenie, że autor, szukając w zakamarkach pamięci, stara się jak najwięcej wspomnień przelać na papier. Dlatego skacze od jednego do drugiego, opisując tylko to, co najważniejsze, i pokazując sedno sprawy – miłość wnuka do babci. Taką najczystszą i bezinteresowną. 

– Szkoda, że nie jesteś moją mamą. 
– A ja nie żałuję. 
– Ale gdybyś nią była, miałbym najfajniej na świecie. 
– A skąd wiesz, że nasza relacja byłaby taka sama? Ciebie kocham inaczej niż moją córkę i syna. 
– Bardziej? 
– Już mówiłam: inaczej. Ale ty tego nie zrozumiesz. 

Ta książka to wspominki dorosłego mężczyzny, którego całe dzieciństwo zdominowała babcia. Żeby nie było wątpliwości – nie taka zwykła babcia. To kobieta, która zawsze wiedziała czego chce, miała bogatą młodość i długo była młodsza duchem niż ciałem. Jej wnuk zdobył jej całe serce i oddała mu całą siebie. Tak mądrze. Pomagała chłopakowi w trudnych chwilach, pozwała sobie nawet na drobne spiski przeciwko mamie. Wnuk wiedział, że zawsze może na Nią liczyć. Jednocześnie czytelnik, obserwując relacje pomiędzy bohaterami widzi, że wcale wnuk nie ma łatwo. Wbrew pozorom babcia jest dość ekscentryczną kobietką i wcale wnukowi nie słodzi. Co więcej – często go prowokuje do pewnych zachowań, a potem tłumaczy, dlaczego tak nie powinno się robić. 
Bardzo bolesne są wstawki (których jest dość sporo) ukazujące, że w chwili pisania tego swoistego pamiętnika, babci już z autorem nie było. Z tych krótkich tekstów wylewa się żal do babci, że nie dotrzymała obietnicy, którą dala malcowi. Że będzie z nim zawsze i nigdy go nie zostawi. 

– Babciu… 
Jej ręka zawisła na klamce. 
– Słucham cię, syneczku. 
– …a ty mi nigdy nie umrzesz. 
To nie było pytanie. 
– Nigdy. 
– Przyrzekasz? 
– Przyrzekam. 
– Na co? 
– Na cały świat. 

Na kartkach książki zapisane są chwile z życia dwojga. Ulotne ale jakże ważne. Moment, kiedy babcia powiedziała chłopcu, że ma raka żołądka (zachorowała na niego 20 lat później), albo kiedy pokazała mu swój pamiętnik, a on, z miłości do babci, dokonał pięknego wpisu mazakami, które przebiły przez kilka stron. Wspólna nauka robienia rurki z języka, opowiadanie strasznych historii,… to wszystko to takie codzienne chwile, które nabierają magicznego znaczenia, 
Cała ta książka jest taka. Prosta, pełna miłości magiczna i chwytająca za serce. A na końcu pozostaje żal, że nie ma się już babci… 

poniedziałek, 6 lipca 2020

Dymy nad Birkenau

"Dymy nad Birkenau" to książka, która doczekała się wielu recenzji. Wznawiana od kilkudziesięciu lat, niewątpliwie stała się pozycją, którą zna każdy czytelnik choć trochę zainteresowany literaturą z okresu II Wojny Światowej. Książka, która stanowi jednocześnie legendę, pamiętnik i przerażające świadectwo tamtych czasów. 
Seweryna Szmaglewska, dla mnie, to przede wszystkim autorka "Czarnych stóp”. Jako mała dziewczynka zaczytywałam się tą książką raz po raz. Trudno mi było przyjąć w dorosłym życiu, że autorka tak śmiesznej i beztroskiej książki przeżyła takie piekło. Tym bardziej musiałam sięgnąć po „Dymy…”. 
Autorka napisała książkę jeszcze w 1945 r. zaraz po ucieczce z marszu śmierci. Jak sama pisze, wstawała o 5 rano i od razu siadała do pisania. Pisała po kilkanaście godzin z niewielką przerwą na skromny obiad. Całą książkę napisała w pół roku. Mam wrażenie, że był to swoistego rodzaju akt oczyszczenia z okropności, które przeżyła. 
Młodziutka Seweryna znalazła się w obozie za sprawą spadających z nosa okularów. Tak właśnie. Idąc ulicą poprawiała je, gdyż zsuwały się ciągle z nosa. Przechodzący nazista uznał, że daje znaki i w ten sposób, po krótkim pobycie w więzieniu, znalazła się w obozie Birkenau. Był początek 1942 r., czyli okres, w którym maszyna śmierci dopiero się rozkręcała. Szmaglewska przeżyła w obozie trzy lata i wszystko to, co zapamiętała, opisała w książce. 
„Dymy nad Birkenau” są wstrząsające głownie za sprawą języka autorki. Opisuje wszystkie zdarzenia tak bez uczuć, trochę surowo, jakby bezmyślnie. Piękne opisy przyrody kontrastują ze śmiercią i okrucieństwem. Śpiew ptaków wydaje się dawać dziewczynie nadzieję, ale już w kolejnych zdaniach widzimy, że tej nadziei nigdy nie było. Potworne zdarzenia ukazane w sposób trochę dziennikarski, bez zbędnych emocji i upiększeń. 
Seweryna Szmaglewska pisze tylko o tym, co sama przeżyła. Próżno tu szukać doświadczeń Mengele, czy też szczegółów dotyczących krematoriów. Ona pisała tylko o tym, co sama widziała, czego była pewna. Naprawdę wystarczyłoby tego na 1000 osób. Autorka ma tak wiele do przekazania, że słowa wydają się pchać do głowy czytelnika ścigając się, które zrobi większe wrażenie. 
To wszystko powoduje, że relacja zawarta w książce jest wyjątkowo przerażająca. Autorka ze spokojem opisuje rozkład dnia więźnia – apel, praca, głodowe porcje, powrót do obozu, kilka chwil wolnego, spożytkowanego na to, aby przeżyć kolejny dzień, wieczór, noc. Apel, wyjście do pracy... Oczywiście na porządku dziennym były ciągłe epidemie wszawicy i tyfusu. Więźniarki radziły sobie z wszechogarniającym brudem, insektami jak tylko potrafiły. Niestety często ich praca szła na marne tylko dlatego, że głównym celem strażników było to, aby je pogrążyć i doprowadzić do śmierci. 
Trudno się czyta tę książkę zwłaszcza w piękny letni dzień, z kubkiem kawy w ręku i wesołymi dziećmi bawiącymi się za ścianą. Naprawdę trudno uwierzyć, że ludzie ludziom zgotowali ten los.

piątek, 3 lipca 2020

Matki. Niezwykła historia macierzyństwa

Matki to kolejna książka, która układa mi się na półce w piękną serię o człowieku. Najpierw była ”Obrzydliwa anatomia”, potem „Skóra”, teraz „Matki. Niezwykła historia macierzyństwa”. Wszystkie te książki pięknie wydane, wszystkie w twardych okładkach… nie wiem czy to działanie zamierzone czy nie, ale jedno jest pewne: każda z tych pozycji jest wyjątkowo wartościowa. 
„Matki. Niezwykła historia macierzyństwa” to nowość na rynku wydawniczym, która po prostu mnie wzruszyła. Oczywiście wynika to pewnie z faktu, że sama jestem mamą, ale autorka tak ciepło i ciekawie ujmuje temat, że wiele stron czytałam po prostu rozrzewnieniem. Pomijając aspekty emocjonalne, każdy już po kilkunastu stronach lektury dojdzie do wniosku, że to jest to po prostu bardzo ciekawa pozycja. Książka podzielona jest na rozdziały mówiące o poszczególnych etapach macierzyństwa. Mamy więc rozdział o poczęciu, o odkryciu tego, że kobieta jest w ciąży, mamy rozdział o samej ciąży, o porodzie, pierwszych dniach… Każdy rozdział przedstawia rolę matki znajdującej się w danym okresie macierzyństwa na przestrzeni wieków. W pierwszych rozdziałach, kiedy mowa o poczęciu, można się nawet pokusić o stwierdzenie, że autorka przeprowadziła nas przez historię seksu i ukazała, jak bardzo zmieniało się ludzkie postrzeganie momentu poczęcia. Uzmysławiamy sobie, że stosunek płciowy kiedyś i teraz to zupełnie inne zjawisko. W ogóle cała ta książka to jedno wielkie zgromadzenie ciekawostek. Poznajemy królowe, które koronę nosiły tylko dlatego, że rodziły dzieci. Poznajemy losy bękartów i samotnych matek. Uzmysławiamy sobie, że kiedyś kobiety były dużo bardziej pozostawione same sobie. Musiały radzić sobie z codziennością domem i chorobami. Co więcej - każde niepowodzenie, każda śmierć dziecka (co przy braku dostępu do leków i w ogóle leków było dość częste) była również winą kobiety. Zresztą brak potomstwa również. 
Autorka zachwyciła mnie posiadaną wiedzą i sposobem jej przekazywania. Książkę czyta się jak najlepszą powieść obyczajową, a w głowie ciągle pojawia się pytanie: Naprawdę? Naprawdę tak jest? Wiele z zawartych w książce informacji niby jest nam znanych, ale jakoś tak nie uzmysławiamy sobie tego. Dopiero kiedy ktoś otwarcie i wprost przedstawia fakty, dociera do nas cała prawda. 
Naprawdę warto sięgnąć po „Matki”. To rewelacyjna lektura, która pokaże czytelnikowi, że zjawisko traktowane jako zupełnie naturalne (czyli macierzyństwo) w rzeczywistości jest fascynujące i przeszło na przestrzeni wieków niesamowitą metamorfozę po to, aby doprowadzić kobiety do tego miejsca, w którym dzisiaj się znajdują.

czwartek, 2 lipca 2020

Szepty drewnianych papug

Pierwsze, na co należy zwrócić uwagę, to przepiękna, naprawdę przepiękna okładka. Nawet, jeżeli zawartość tej książki nie byłaby ciekawa, to "pudełko", w które autorka zapakowała fabułę jest po prostu przepiękne. Nie wiem, czy kupiłabym, ale na pewno książka ta w księgarni przyciągnęłaby moją uwagę. 
Czy zawartość jest równie piękna jak pudełko? Nie dorównuje mu, ale nie jest źle. „Szepty drewnianych papug” to lekka i ciepła książka dla kobiet o tym, że należy brać sprawy w swoje ręce. Ciepło tej powieści nie wynika z fabuły, bo ta zawiera zarówno dobre jak i złe chwile, ale z pióra autorki, które jest wyjątkowo przyjazne i takie... obyczajowe. 
Nasza bohaterka, Michalina, od dzieciństwa ma zaburzoną wizję tego, jak powinna funkcjonować rodzina. Jej własna nie bardzo radziła sobie ze stworzeniem właściwych relacji. Matka wróżyła z kart, a ojciec – poeta, raczej w życiu bujał w chmurach niż twardo chodził po ziemi. Trudno tu więc mówić o prawdziwej rodzinie. Kiedy Michalina poznaje Roberta wydaje się, że nareszcie będzie mogła stworzyć prawdziwą, kochającą się rodzinę. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że Robert jest tyranem, który nadmiernie kontroluje dziewczynę. Michalina nie wytrzymuje w małżeństwie zbyt długo. Ucieka do babci, szukając spokoju i oddechu. Szybko jednak orientuje się, że nie tylko ona ma problemy, a relacje pomiędzy jej matką, a babcią również są bardzo zachwiane. Postanawia zrobić wszystko, aby zawrócić życie bliskich sercu kobiet na właściwie tory. Czy jej się uda? 
Ta powieść jest istnym tyglem. Mamy tu trochę kryminału, troszkę romansu, odrobinę powieści psychologicznej. Z drugiej strony mamy poruszoną trudną tematykę przemocy domowej. Wszystkie te tematy składają się na dużo wątków pobocznych i niestety sporo bohaterów i wydarzeń, które niewiele do podstawowej fabuły wnoszą. To jedyny szkopuł tej powieści - autorka nie umiała stworzyć wątku głównego, który byłby osią całej powieści. Ważne jest wszystko i nic. To powoduje wrażenie takiego bałaganu i roztrzepania. Nie przeszkadza to jednak w śledzeniu losów Michaliny i kibicowaniu jej w poczynaniach. 
Jako taki porządek i ład w powieści buduje podzielenie jej na trzy części widziane z perspektywy Michaliny, Miśki i Misi. To oczywiście jedna i ta sama osoba, ale na różnych etapach życia. Pierwsza część to szara myszka podporządkowana mężowi, sfrustrowana i zastraszona. Druga to Miśka szukająca swojej ścieżki życiowej. Z jej zachowania można wywnioskować, że wszystko jest na najlepszej drodze, ale widzimy też, że wewnętrznie dziewczyna nadal jest zagubiona. Trzecia część to Misia, która wie, czego chce i konsekwentnie dąży do raz obranego celu. 
Szepty drewnianych papug to nie jest żadna wielka literatura. To po prostu ciekawa powieść na długie deszczowe popołudnie. I jako taką właśnie – polecam Wam serdecznie. 

wtorek, 23 czerwca 2020

Sekret grzecznego psa

Mam psa. To oczywista oczywistość, przecież nie sięgałabym po taką książkę. Dodam jeszcze, że mam bardzo grzecznego psa, który zachowuje się tak jakby język ludzki był dla niego w dużej mierze zrozumiały. Chodzi grzecznie na smyczy, czeka pod sklepem, a zakupioną dla niego kość niesie samodzielnie do domu. Dlaczego więc sięgnęłam po "Sekret grzecznego psa"? Ano po prostu - z ciekawości… 
Książka jest przesympatycznym poradnikiem, który w 12 rozdziałach, w sposób bardzo przystępny pokazuje czytelnikowi, jakie są najczęstsze problemy w wychowaniu psa i jak temu zaradzić. Nietrudno zauważyć, że pies to też istota myśląca, która nie zawsze ze swoim właścicielem gra do jednej bramki. Trudno nieraz się porozumieć, a zapewniam Was że biciem i przemocą niewiele się osiągnie. Często gryzienie przedmiotów, agresja w stosunku do przypadkowych osób, czy też załatwianie w domu potrzeb fizjologicznych wynikają właśnie ze strachu przed przemocą. Jak więc wychować psa? Autor śmiesznym i przystępnym językiem pokazuje czytelnikowi że przede wszystkim należy zrozumieć sygnały i wskazówki, które przesyła nam nasz pies. Kiedy to zrozumiemy to połowa sukcesu za nami. 
Druga dobra rada płynąca z tej książki to to, aby – tak jak w stosunku do naszych pociech – być konsekwentnym. Ileż to razy widziałam moją sąsiadkę, która z jednej strony tłukła swojego psa za pogryzienie klapek na ogrodzie, a po krótkiej chwili jej męża, który przytulał psiaka i żałował go słowami „Niedobla Pańca zbiła mojego piesecka…” Bądź tu psie mądry i pisz wiersze! 
Książka uświadomiła mi że warto pochylić się nad psiakiem i spróbować go zrozumieć, a nie występować z pozycji Pana i wszechwiedzącego właściciela. Pies też stworzenie i warto po prostu starać się grać z nim na tych samych falach. I może właśnie dlatego mam takiego fajnego psa? Jest kochany i tulony, ale jak coś przeskrobie, to pół dnia chodzi ze spuszczonymi uszami i wzrokiem godnym kota ze Shreka. 
Macie psa? To czytajcie, bo warto. A jak nie macie, to szybko trzeba te braki nadrobić!

Aksamitka

Saga "Dwieście wiosen" urzekła mnie od samego początku. Pomijając fakt, że uwielbiam twórczość Pani Jeromin - Gałuszki, to widok każdej okładki sagi budzi mój szczery podziw. Są one naprawdę przepiękne. Ale takie też powinny być, bo też sama saga, to literackie mistrzostwo świata. "Folwark Konstancji" przeczytałam w dwa wieczory poznając głównych bohaterów i oddając im swoje serce. Zaczynamy w 1815 r poznając Pana Konarskiego oraz Florentynę. Tak klimatycznej powieści dawno nie czytałam. Kolejny tom, czyli "Niebieską sukienkę" też chłonęłam, niczym gąbka wodę. Tu nie jest już tak sielsko anielsko, ale nadal cudownie. W folwarku trwają sianokosy, słychać terkot młyna i odbywa się darcie pierza, Wyraźnie jednak do głosu dochodzą już teorie związane z przemysłową Polską. "Spóźnione powroty" to okres międzywojenny i II wojna światowa. Ludzie się rodzą i umierają, miłości kwitną i więdną, a nasi bohaterowie nadal próbują godnie żyć i radzić sobie z codziennością.
I wreszcie czwarty tom pt. "Aksamitka" to lata powojenne i straszne czasy komunizmu. Co pewien czas skaczemy też do 1989 r., kiedy to Marcelina jadąc na własny ślub nagle dostaje list. Kiedy otwiera kopertę jej twarz blednie a następnie niezwłocznie każe zawracać samochód oznajmiając, że ślubu nie będzie. I tak skacząc między "półwieczami" dowiadujemy się, jaka jest przyczyna odwołania ślubu. Aksamitka rozpoczyna się w 1945 r. na końcówce niemieckiej okupacji. Wszyscy cieszą się z końca wojny, ale jednocześnie z przerażeniem patrzą na to co nadchodzi. Komunizm objawia się w dużej ilości rosyjskich żołdaków, którzy niszczą wszystko, co napotkają na swojej drodze. Nasi przyjaciele z poprzednich tomów - Odolańscy Bohdanowicze i Konarscy - nadal wspierają się wzajemnie. Adela i Kajetan mają dwóch synów, z których są bardzo dumni. Mają również córkę Marcelinę, która dla małżeństwa po czterdziestce była sporą niespodzianką. Późne rodzicielstwo sprawiło, że dziewczynka była oczkiem w głowie, a co za tym idzie zawsze umiała postawić na swoim.
We młynie dwie bliźniaczki szukają sobie mężów, jednakże stawiają warunek - muszą to być bliźniacy. Czy uda im się znaleźć taką partię? Śmiech mieszany ze łzami towarzyszy poszukiwaniom. Wacława nadal rządzi w kuchni, choć teraz nikt nie nazywa jej już kucharką. Nowy ustrój nie pozwala na to, aby mieć służbę w domu. Obok sielskiego, wiejskiego życia jest również sporo zmartwień i kłopotów. Jakby nie patrzeć w oczach nowej władzy posiadacze ziemscy nie są najlepiej traktowani.
Wszystkie tomy sagi czyta się cudownie m.in. dzięki świetnej konstrukcji. Każda część dzieje się w dwóch warstwach czasowych, które gdzieś na końcu zazębiają się. Najczęściej obie warstwy dzieli okres 50 - 100 lat, ale pomimo tak długiego okresu obie części są od siebie bardzo zależne. Pomimo mnogości bohaterów i ciągłych skoków w czasie łatwo zapamiętać kto jest kim. Postacie są tak barwne i charakterystyczne, że trudno je pomylić. Dla zapominalskich na początku każdego tomu znajduje się czytelne zestawienie postaci okraszone bardzo ładnymi rysunkami.
Czytanie sagi "Dwieście wiosen" jest wielką i piękną przyjemnością. Wspaniałe pióro autorki, które obleka zwykłe sprawy woalem tajemniczości i piękna, jest naprawdę czymś wyjątkowym i rzadko spotykanym. Cieszę się niezmiernie, że jeszcze jeden tom przede mną, choć szkoda, że tylko jeden.

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Gra w nigdy

Jeffery Deaver kilka lat temu zachwycił mnie powieścią pt. „Pokój straceń”. Dziwna sprawa, ale pomimo istnienia wielu innych powieści jego autorstwa, jakoś nie sięgnęłam po nie mimo tego, że powieść bardzo mi się spodobała. Dopiero teraz, kiedy w moje ręce wpadła „Gra w nigdy” przypomniałam sobie „Pokój straceń” i ten dreszczyk emocji podczas lektury. Nie ukrywam, że zachęcił mnie również fakt, że to pierwszy tom nowej serii, której głównym bohaterem jest Colter Shaw, a to takie miłe zacząć serię od pierwszego tomu… J 
Colter Shaw to łowca nagród. Zatrudnił asystentkę, której zadaniem jest wyszukiwanie ogłoszeń o osobach zaginionych i nagrodzie za pomoc w ich odnalezieniu. Kiedy dociera do niego ogłoszenie zdesperowanego mężczyzny szukającego pomocy w poszukiwaniu córki, nie waha się ani chwili. Szybko znajduje dziewczynę, jednak okazuje się, że tak naprawdę zaginięcie Sophie to tylko czubek góry lodowej. Aby rozwiązać zagadkę kolejnych zaginionych nieszczęśników, Colter musi zanurzyć się w ciemny i tajemniczy świat gier komputerowych, który – jak się okazuje – jest pełen możliwości działania nie do końca zgodnego z przyjętymi zasadami. Mroczne tajemnice i dominacja pieniądza są naprawdę sporą przeszkodą w dotarciu do celu. 
Bardzo podobała mi się postać głównego bohatera. Colter wraz z rodzeństwem został wychowany na samotnej farmie, a towarzyszem jego dzieciństwa był tylko ojciec i dzika natura. Kiedy rówieśnicy siedzieli z głowami w smartfonach, on uczył się tropić i rozpoznawać ślady, a także chodzić w taki sposób, aby zaskoczyć przeciwnika. Z uznaniem czytałam o tym jak ojciec wręczył mu plecak, a następnie wywiózł wiele kilometrów od domu i zostawił samego z jednym celem: wrócić do domu całym i zdrowym. Jak się potem okazało, dobry duch nie opuszczał Coltera, a cała sprawa skończyła się dość niespodziewanie. Historia rodziny Shawa jest odkrywana przez autora wyjątkowo powoli a każdy odkryty element powoduje małe tsunami w postrzeganiu fabuły powieści przez czytelnika. Niewątpliwe dodatkowym smaczkiem jest pewna rodzinna tajemnica, która do końca powieści nie znajduje rozwiązania, a jedynie wzmacnia apetyt czytelnika na kolejne tomy. 
Colter Shaw jest niezmiernie tajemniczą osobą. Od samego początku powieści wiadomo, że jego dzieciństwo było nietuzinkowe, a jego umiejętności rzadko spotykane, jednak nikt nie przypuszcza, że przeszłość jego rodziny położy się na życiu Coltera takim cieniem. Im głębiej sięgamy do fabuły, im bliżej końca, tym szerzej czytelnik otwiera oczy ze zdziwienia. 
Trochę drażnił mnie świat gier komputerowych szczegółowo opisany w książce. Nie jest to nudne – w żadnym wypadku, ale jest tego dość sporo. W życiu nie przypuszczałam że to taki złotodajny biznes, a jednocześnie tak bezwzględny i okrutny świat. 
„Gra w nigdy” zadowoli każdego czytelnika, który ma ochotę na dobrą kryminalną powieść. Polecam gorąco.

wtorek, 16 czerwca 2020

Operator 112

Numer 112 zna w naszym kraju chyba każdy. Od pierwszej chwili, kiedy tylko nasze pociechy zaczynają mówić, wpajamy im, aby w razie niebezpieczeństwa dzwoniły pod numer 1…1…2. Numer ten kojarzy się z ratunkiem w każdej niebezpiecznej sytuacji, od omdlenia poczynając, a na pożarze kończąc. Ale czy zastanawialiście się kiedykolwiek, jak wygląda praca po drugiej stronie słuchawki? Jaki silnym trzeba być, aby opanować nie tylko swoje emocje, ale i tej roztrzęsionej osoby, która nierzadko oczekuje od ratownika cudów? Ta książka powinna mieć swoje stałe miejsce na liście bestsellerów tak aby każdy miał szanse ja przeczytać. 
Autor książki "Operator 112", Roman Klasa, przez 6 lat pracował w gdańskim Centrum Powiadamiania Ratunkowego i był właśnie po drugiej stronie. Opowiada o specyfice pracy operatora, o życiu w ciągłym napięciu oraz o swoich wrażeniach i doświadczeniu. 
Aby w pełni zrozumieć predyspozycje autora do tej pracy Pan Klasa przeprowadza nas również przez swoje dzieciństwo i lata szkolne. Początkowo drażniło mnie takie pamiętnikarskie zacięcie, ale po pewnym czasie zrozumiałam, że dzięki temu widzę w autorze nie tylko operatora, ale przede wszystkim człowieka, który wiele przeżył, a te właśnie przeżycia mocno go ukształtowały. Potem już rzeka płynie wartko. Dowiadujemy się, że dziennie operator odbiera nie dziesiątki a setki zgłoszeń. Musi zmierzyć się z gniewem, strachem, opryskliwością i wyzwiskami. Często po prostu nie może pomóc i jedyne co pozostaje mu to modlić się, aby pomoc dojechała na czas. Często też jest świadkiem, (choć tylko telefonicznym) tragedii rozgrywającej się po drugiej stronie słuchawki. Czytałam i skóra na mnie cierpła. Nie dość, że operatorzy mają naprawdę ciężki kawałek chleba, to jeszcze musza zmagać się z brakiem wsparcia, niskimi płacami i brakami kadrowymi. Gdzie się nie obrócą – zawsze cztery litery na wierzchu. 
Na zakończenie autor postanowił pomóc i dzwoniącym i operatorom zamieszczając instrukcje, którą można podsumować dwoma słowami „Jak dzwonić?”. Pokazuje czytelnikowi, które informacje są najważniejsze dla operatora, a które zbędne. Uświadamia nam, że często to, co nam wydaje się ważne, tylko przedłuża całą procedurę wysłania do nas pomocy. 
Przeczytać należy, aby uświadomić sobie, że pod numerem 112 nie ma maszyny tylko człowiek, który też boryka się z życiem i – co najważniejsze – też ma uczucia i emocje.

Gwiazdka w Lovely Lane

Gwiazdka w Lovely Lane” to ostatnia część czterotomowej serii, traktującej o losach pielęgniarek, pracujących w angielskim szpitalu St. Angelus. Właściwie to każdy tom skupia się na innym zagadnieniu związanym z tym szpitalem, ale całość tworzy przepiękną sagę o miłości, poświęceniu i wspieraniu się wzajemnie. Pierwszy tom to „Anioły z Lovely Lane”. Opowiada o losach czterech dziewcząt, które dopiero rozpoczynają naukę w szkole pielęgniarstwa. Ich perypetie, wzloty i upadki wplecione w nastrój deszczowej Anglii i liverpoolskich doków to coś, co urzekło mnie niesamowicie. Zresztą drugi tom był jeszcze bardziej klimatyczny. „Dzieci z Lovely Lane” chwyciły mnie za serce i długo nie opuszczały jego zakątka. Wzruszająca historia i wspaniałe zakończenie… i znowu ten magiczny nastrój rodem z Harrego Pottera. Nad trzecim tomem nawet się nie zastanawiałam. Połknęłam go w dwa dni, chłonąc opowieści o kobietach, które z jednej strony muszą sobie radzić z biedą i chorobami, a z drugiej robić wszystko, aby ich dzieci nie zeszły na złą drogę. Ostatni tom, czyli „Gwiazdka w Lovely Lane” to taka wisienka na torcie. Wspaniała historia, okraszona bożonarodzeniowym nastrojem, jest niesamowicie ciepłą i cudowną powieścią, która ogrzeje niejedno serce. Wśród czerwcowych nowości wydawniczych to jest dla mnie prawdziwy numer jeden. 
Każdy tom można czytać oddzielnie, choć oczywiście dopiero lektura całości pozwala wsiąknąć w ten angielski klimat. Wyobraźcie sobie ulicę w Anglii. Z dwóch stron domy, pośrodku brukowana ulica, świecąca się od deszczu. Gdzieś z boku latarnia daje żółte światło i nagle słyszycie tupot stóp. W kadr wbiegają zaaferowane dziewczęta - każda w wykrochmalonym czepku, śnieżnobiałym fartuszku, każda oddana swojej pracy. Taki obrazek towarzyszył mi przez całą lekturę tej powieści. Byłam zachwycona. 
Czwarty tom to przede wszystkim konkurs na najpiękniej przystrojony oddział szpitalny. Właściwie wszyscy pracują przy produkcji ozdób, co umożliwia ploteczki i planowanie drobnych działań, które pomogą losowi. A jest w czym pomagać! Siostra Tapps potrzebuje zrozumienia i pomocy w pojęciu tego, co w życiu jest najważniejsze. Przełożona oddziału dziecięcego Aillen również wydaje się być w rozpaczliwiej sytuacji. Z jednej strony serce wyrywa się do przystojnego policjanta, a z drugiej poczucie obowiązku nie pozwala pozostawić matki. A matula (podła jędza) zrobi wszystko, aby nie pozwolić Aileen być szczęśliwą. Jest jeszcze maleńki chłopczyk znaleziony w starym magazynie, o którego życie walczą niemal wszyscy pracownicy szpitala. Losy zarówno tej trójki jak i bohaterów poznanych w poprzednich tomach urzekły mnie i wzruszyły. Czytałam każda literkę tej powieści z ogromna przyjemnością. 
Bardzo zaciekawiło mnie tło polityczne i zmiany, które zachodziły w powojennej Anglii. Kobiety naprawdę musiały walczyć o swoje prawa. Autorka bardzo sugestywnie ukazała, jak niewłaściwe moralnie w tamtych czasach było odbierane zachowanie kobiet żyjących z partnerami bez ślubu. Niesamowite również jest zakaz zakładania rodzin przez pielęgniarki, dzięki czemu (zdaniem rządzących) oddawały się one pracy bez reszty, nie mając rodziny ani innych bliskich. Są też ukazane zabawne sytuacje, które dla nas są aż śmieszne, np. reakcja na wynalezienie kalki kreślarskiej, albo pierwsze próby reanimacji. 
Podsumowując, – jeżeli tylko z półki księgarskiej lub bibliotecznej będą się do Was z okładki uśmiechać śliczne pielęgniarki z Lovely Lane, chwytajcie i biegnijcie do domu. Aż zazdroszczę tym, którzy przyjemność czytania tej serii mają jeszcze przed sobą.

czwartek, 28 maja 2020

Kotolotki

„Kotolotki” to cudowna, ciepła książka przeznaczona dla dzieci. W pierwszej chwili chciałam napisać książeczka, ale nie. Dzięki połączeniu czterech tomików w jeden, powstała wspaniała książka, która na pewno ozdobi niejedną dziecięcą półkę. Autorka, Ursula K. Le Guin, znana jest z twórczości charakterystycznej dla kręgów fantastyki. Jej fantastyczne światy, skomplikowane fabuły i niesamowite postacie podbiły serca niejednego czytelnika. W życiu bym nie podejrzewała Jej o taką twórczość. A tymczasem dostałam do ręki ciepłą powieść o kotach, które natura wyposażyła w skrzydła. 
Wznowienia „Kotolotków” podjęło się wydawnictwo Prószyński i spółka. Przyznam, że uczyniło to z klasą. W jednym tomie zebrane są cztery części, które wcześniej funkcjonowały samodzielnie. Teraz mamy całkiem sporą - bo aż 192 stronnicową – powieść o wspaniałych kociakach. Dzięki temu jest to już naprawdę kawał dobrej literatury. 
Czy arcydzieło? To chyba jednak ciut przesadne określenie. Niestety nadużywanie takich słów powoduje, że czytelnik często rozczarowany jest tym, co dostaje do ręki. Na szczęście w literaturze dziecięcej trudno o arcydzieło, to i rozczarowania zbytnio nie było. Nie ulega jednak wątpliwości, że „Kotolotki” to wyjątkowa perełka. Nie dość, że piękna fabuła, to jeszcze ilustracje takie, że aż dech zapiera. Pierwsze, co przyciąga uwagę - nawet w czytniku - to właśnie ilustracje. Powiem więcej – w czytniku wszystko jest czarno białe, ilustracje nabierają więc klasy, a cała książka szlifu, godnego profesjonalnego albumu z grafikami. A to przecież tylko ilustracje do dziecięcej książeczki! Naprawdę robią wrażenie. 
„Kotolotki” przedstawiają losy czwórki kociaków, które z nieznanego powodu rodzą się ze skrzydłami. Matka bardzo szybko pojmuje, że skrzydła dają możliwości, więc każe kociakom wyruszyć w świat. Jak
to w książce dla najmłodszych bywa, kocie rodzeństwo spotyka wiele przygód zanim znajdą swoje dobre ręce i opiekę dwójki dzieci na farmie. Urocze ilustracje dodają historyjce powabu i ciepła. Uśmiałam się z dzieciakami widząc rysunek, na którym kociaki wydostają się przez okrągłe otwory w dachu i niczym jaskółki lecą do dzieci na śniadanie. Odwiedziny u mamy, losy malej Jane, wizyta Aleksandra... jak to w książkach dla dzieci wszystkie przygody kończą się szczęśliwie, a kotolotki pozostają w głowie czytelnika, jako przesympatyczna ciepła książka, której długo nie zapomni. 
Bardzo podoba mi się szacunek do zwierząt, jaki płynie z tej książki. To taki trochę morał, który przecież musi być – jakżeby inaczej!. Na każdym kroku autorka podkreśla też siłę braterskich uczuć, przyjaźni oraz wolności. Dzieli ludzi na dobre i złe ręce oraz przekazuje dzieciom odwieczną prawdę o tym, że zwierzaki należy szanować. I co najważniejsze – pokazuje, że inne wcale nie znaczy gorsze. Trzeba tylko otworzyć serce i spróbować zaakceptować odmienność. 
Książka ta to niewątpliwie unikat na wydawniczym rynku. Piękna baśń napisana niezwykle dbałym piórem i okraszona przepięknymi ilustracjami. To książka, która idealnie nadaje się na prezent dla każdego dziecka. A jeżeli znacie jakiegoś dorosłego fana kotów, to na pewno również go zachwyci.



poniedziałek, 25 maja 2020

Białe kłamstwa

Noooo… naprawdę szacun. Godne zakończenie całej serii, które pięknie scaliło wszystkie trzy tomy w jedną całość. Perypetie Agaty Stec bardzo mi się podobały i choć początkowo miałam obawy, co do kontynuacji serii, to teraz głośno mówię: Panie Borlik, to co Pan napisał, to kawał dobrej literatury! Dodam, że - co nieczęsto się zdarza - każdy kolejny tom jest lepszy od poprzedniego. Szkoda, że są tylko trzy… 
Tym razem Agata Stec – narwana policjantka z Gdańska – musi uporać się sama ze sobą. Po zakończeniu śledztwa związanego z wydarzeniami w małym nadmorskim miasteczku Agata zostaje oskarżona o zabicie Jacka Biernata. Dla aresztujących ją policjantów nie ma znaczenia to, że wszystkie dowody wskazują, iż nie mogła popełnić tej zbrodni. Nie można być przecież w dwóch miejscach na raz Agata trafia do aresztu, z którego niespodziewanie wyciąga ją… no jakżeby inaczej! Artur Kamiński wzięty psycholog, u którego widać nieodpartą chęć do prowadzenia chorej gry i wodzenia Agaty za nos… Na ile Agata da się porwać działalności psychicznie chorego braciszka? Dokąd ją to doprowadzi i jakie straszne prawdy o sobie odkryje? 
Ta część trylogii jest nieco inna niż poprzednie. Nie jest to mroczny kryminał pełen krwi, przekleństw i takiego grubo ciosanego świata. Tu jest mniej kryminalnie, a bardziej psychologicznie, choć nadal mamy do czynienia z przestępstwem i wyrafinowaną zagadką. Trzecia część jest bardziej wysublimowana; więcej tu zerkania w przeszłość i analizowania jej niż szukania odpowiedzi na kryminalne zagadki. Autor przeniósł środek ciężkości z poszukiwań przestępców na podróż Agaty w głąb siebie i walkę z psychicznie chorym braciszkiem. 
Bardzo, ale to bardzo podobał mi się sposób, w jaki autor wyjaśnił wszystkie zagadki i niedopowiedzenia, które mnożyły się na kartach poprzednich dwóch tomów. Nie zostawił żadnych niedopowiedzeń, (co niestety oznacza koniec przygód Pani Stec), a sposób, w jaki rozprawił się z niektórymi spowodował, że chylę głowę przed pomysłowością. Początkowo wydawało mi się, że powrót do dzieciństwa i działania psycholożki Hani mnie tylko rozdrażnią i są jedynie narzędziem do zakrycia braku pomysłu na fabułę trzeciego tomu. Z czasem jednak, kiedy ześwirowany Artur odkrywa przed Agatą kolejne karty docierało do mnie, że autor od pierwszej literki pierwszego tomu miał wszystko dokładnie przemyślane. 
Trochę drażniła mnie postać wszechwiedzącego Artura. Potrafił przewidzieć każdy krok, zarówno Agaty, jak i innych bohaterów powieści i to do tego stopnia, że graniczyło to z jasnowidztwem. Przewidzieć to jedno, ale żeby jeszcze wszystko przygotować tak, aby się wszystko razem zgrało? To jedyny mankament powieści – wrażenie, że jeżeli nie wiadomo jak postąpić, to należy zadanie zlecić Arturowi. On – niczym MacGyver ze swoim scyzorykiem – na pewno zaradzi. 
Panie i Panowie! Chapeau ba dla autora, za całą serię i każdy tom oddzielnie! Dobra robota.

piątek, 22 maja 2020

Materiał ludzki

„Materiał ludzki” to świetna kontynuacja historii o Agacie Stec. Niewątpliwie trzeba się przyzwyczaić do pewnego mroku i niepokoju panującego w powieści, ale jeżeli czytelnik pamięta ten nastrój z pierwszego tomu, to szybko da się porwać wszechobecnej sepii. W moim odczuciu pierwszy tom, pomimo swojej klasy, był jedynie rozbiegówką. Drugi natomiast to już pełny bieg. Czyta się świetnie, a fabuła - pomimo kilku malutkich mankamentów - porwała mnie. Autor swoja pomysłowością zaskoczył mnie i oczarował. Agatę Stec polubiłam niesamowicie, a o jej perypetiach czytałam z dużą przyjemnością. A już Słodziak całkowicie podbił moje serce :-) 
Kiedy spotykamy Agatę znajduje się ona w niezłych tarapatach. Wieziona jest na pace ciężarówki nie wiadomo dokąd. Nietrudno się domyślić że kierowca nie ma wobec niej dobrych zamiarów. Agata w akcie desperacji wykorzystuje nadarzającą się okazje i kiedy tylko kierowca podchodzi do tylnej części samochodu atakuje go ile sił. Odzyskawszy wolność Agata bardzo szybko wpada w kolejne tarapaty. Na polach, na których stoi ciężarówka, znajduje bowiem rozciągnięte na palach ludzkie ciała. Niestety jedna osoba nie żyje, a druga znajduje się w stanie skrajnego wycieńczenia. Z obu postaci wyrastają kwiaty. Agata postanawia odnaleźć sprawcę. Zanim jednak do tego dojdzie dokonuje kolejnego makabrycznego odkrycia... 
Powieść czyta się szybko łatwo i przyjemnie, choć przyznam że pierwszy tom literacko bardziej mnie urzekł. Te opisy potraw, czy wspólnych kolacyjek dodawały niesamowitego kolorytu. Tu też jest bardzo nastrojowo, ale już nie tak, jak w pierwszym tomie. Nie ulega jednak wątpliwości, że brat Agaty, Artur, nadal jest tajemniczy, a jego postać stanowi jeden wielki znak zapytania. 
Żeby nie było za różowo to dodam, że jedna rzecz mnie rozdrażniła, choć nie przeszkodziło to w pozytywnym odbiorze całości. Wrobienie w czyny karygodne prawie całej wioski było ze strony autora trochę niezręczne. Nie ma możliwości, aby taka ilość mieszkańców popełniała przestępstwa (mniejsze lub większe) i nikt nie puścił pary z ust. Autor tylu osobom włożył przysłowiowy nóż do rąk, że w każdej kolejnej osobie pojawiającej się na horyzoncie widziałam potencjalnego przestępcę. A przecież wcale tak nie musiało być. 
Bardzo dobra powieść, którą polecam każdemu.

Chyłka w kolejnych odsłonach, czyli trzy ostatnie tomy, choć to na pewno nie koniec historii...

Ja wiem, że Remigiusz Mróz ma tylu zwolenników, co i przeciwników. Wiem, że Jego literatura, pod względem wartości artystycznej (cokolwiek by to znaczyło), nie jest wysokich lotów. Wiem też, że Joanna Chyłka - bezczelna, wulgarna i nadużywająca alkoholu prawniczka z Warszawy - nie jest przez wszystkich lubiana i nawet Magdalena Cielecka, która się w tę postać wcieliła, nic tu nie pomoże.

Ja to wszystko wiem.

I cóż z tego? Kocham Joannę i Zordona miłością dozgonną. Uwielbiam czytać kolejne tomy powieści i nic tego nie zmieni. Ojca i twórcę tych dwóch postaci natomiast zapewniam: Panie Remigiuszu, ostatnia strona każdego tomu jest dla mnie tragedią, która wiąże się z kolejnym oczekiwaniem na następne części. Wiem, że pisze Pan dużo, ale czy można by jednak nieco szybciej? :-))) 
Trzy ostatnie tomy, czyli Wyrok Umorzenie i Ekstradycja – pochłonęłam nawet nie wiem kiedy. Poprzednie tomy czytał mi do ucha Pan Gosztyła i wydawało mi się, że trudno mi będzie przejść ze słowa mówionego na samodzielne czytanie. Nic bardziej mylnego. Jak tylko poczułam ten specyficzny klimat charakterystyczny dla Chyłki – przepadłam. To jest po prostu niesamowite, jak bardzo mnie wciągają te książki. Normalnie po kilku stronach zasypiam tu – niczym zombie – jestem z tych, co to mruczą: jeszcze tylko jeden rozdział…. 
Nie będę przytaczała fabuły, bo od recenzji w necie aż się roi. Powiem jedno – czytajcie moi drodzy i ciągnijcie tę przyjemność. Tylko pamiętajcie – zacznijcie od pierwszego tomu!

czwartek, 21 maja 2020

Twoja wina

Nazwanie Danuty Awolusi drugą Jodi Picoult jest może trochę na wyrost, ale rzeczywiście jakiś pazur Picoult w Jej książkach jest wyraźnie widoczny. I żebym była dobrze zrozumiana - nie chodzi o żaden plagiat, czy coś takiego. Absolutnie nie. To po prostu ta sama pasja i lekkość pióra, które powodują, że nawet najbardziej błaha historia staje się niezłym kryminałem. Jeżeli dodam, że historia Marceliny wcale nie jest błaha, to łatwo pojąć, że czytelnik dostaje do ręki istną petardę.  
Marcelina jest młodą, troszkę nawiną kobietą, która bez pamięci zakochuje się w Adamie. Instruktorka fitnessu, której ojciec jest uznanym w mieście samorządowcem ma problem z wiarą w siebie i pozytywną samooceną. Te cechy powodują, że nowo poznany przystojniak bardzo szybko owija sobie ją wokół paluszka. Początkowo szarmancki i wyjątkowo kulturalny Adam  bardzo szybko odkrywa swoją drugą twarz. Pomalutku, powolutku dziewczyna staje się coraz bardziej zależna od niego, a on coraz mocniej ją wykorzystuje i poniża. Na szczęście w pewnej chwili przychodzi otrzeźwienie, tylko czy aby nie za późno? 
Perypetie Marceliny i Adama to pierwszy plan powieści. Nie ukrywam jednak, że mnie urzekł drugi plan, czyli historia Leny. Początkowo plecie się ona trochę w tle, a czytelnik nie wie do czego w ogóle losy Leny przypiąć. Nagle na horyzoncie pojawia się Adam i wszystko staje się jasne - prawie wszystko, bo nadal trudno połączyć Marcelinę i Lenę. Kiedy jednak losy obu Pań się łączą robi się naprawdę ciekawie. A zakończenie wbija w fotel i już nikt nie zastanawia się nad tym, jak bardzo Marcelina dała się omotać, tylko podziwia Lenę za odwagę i desperację. 
„Twoja wina” to kawał dobrej literatury. Niesamowita historia dwóch kobiet, które walczą o własną godność. Obie ślepo zakochane w przebiegłym socjopacie, który omotał je i wykorzystał.  Niesamowite było to, jak różne drogi obrały te kobiety; jedna z nich, walcząc niczym lwica, postanowiła wyrwać się z kleszczy oprawcy, druga... nie napiszę, bo zdradzę wszystko, ale zapewniam Was że warto sięgnąć po tę książkę choćby po to, aby zobaczyć, co zaplanowała Lena.