czwartek, 12 stycznia 2017

Prosto z ambony

Krzysztof Daukszewicz znany jest chyba wszystkim. Wspaniały satyryk i kabareciarz, jednak dla mnie przede wszystkim bard z gitarą i piórem. Jego smutna twarz zupełnie nie współgra z tym, co prezentuje w swojej twórczości. Bo jak tu spokojnie patrzyć w tak poważne oblicze i nie śmiać się z tak zabawnych tekstów? Ostatnio twarz p. Daukszewicza najczęściej chyba pojawia się w "Szkle kontaktowym", w którym to jego udział bardzo cenię i lubię. Komentarze, prztyczki i trafne riposty są dla tego programu istnym skarbem. Poczucie humoru, którym został obdarzony p. Daukszewicz odpowiada mi bezwzględnie. Piekielnie inteligentny człowiek z wielką pokorą dla samego siebie i szacunkiem do otaczającego świata. Owszem - wiedziałam, że jest również autorem kilku (a nawet kilkunastu) książek, ale jakoś tak nigdy się nie złożyło. Aż do pięknego przedświątecznego czasu, kiedy to w moje ręce wpadła niepozorna książeczka pt. "Prosto z ambony". Nie ukrywam - na pierwszy rzut oka zachwytu nie było. Na półce w księgarni ta książka niczym szczególnym się nie wyróżnia. Wielka szkoda, bo jej zawartość godna jest tego, aby stać na półce z bestselerami.
"Prosto z ambony" to zbiór kilkudziesięciu felietonów pisanych do czasopisma "Łowca polski". Cóż - pomyślałam -  zwierzęta kocham, myślistwem raczej się brzydzę, ale spróbuję. Już po kilku stronach wiedziałam, że pióro p. Daukszewicza jest równie sprawne jak język, którym komentuje wydarzenia polityczne w "Szkle kontaktowym". Autor w prostych słowach ubranych w nieskomplikowane zdania przybliża nam uroki i zalety okolicznych lasów i pól. Ważne jest jednak to, że lasy i pola są jedynie wdzięcznym tłem dla anegdot i dykteryjek przekazywanych w poszczególnych utworach. Każda z tych krótkich powiastek budziła we mnie śmiech, chichot i ból brzucha. Widać, że autor lubi chodzić, patrzeć, obserwować i zachwycać się naturą. Jest jednocześnie grzybiarzem, spacerowiczem, myśliwym, wędkarzem... długo by wymieniać. Teksty są właściwe wolne od polityki, choć w niektórych miejscach przebijają może nie tyle poglądy autora, ile Jego ocena zastałej rzeczywistości. Dzięki temu książka ta jest balsamem dla skołatanej duszy. Spokój i cisza lasu oraz miłość do zwierząt i natury w czystej postaci przebija z każdej stronicy tej książki. Wiele tekstów zaczyna się od słów w stylu: "Pewnego dnia na spacerze...", albo" Chodząc po lesie..." albo "Idąc między drzewami...", serce się raduje i tęskni za spokojem i ciszą. I kiedy już czytelnik sobie przyjemnie czyta i tęskni za pięknem natury, nagle dostaje strzała w postaci celnej uwagi lub trafnej riposty i jest ugotowany ze śmiechu.
Historyjki są różne - każda ciekawa lub śmieszna, choć nieraz budząca nostalgię i zamyślenie. Opowiastki są krótkie, więc nie ma w nich miejsca na zbędne słowa. Jest początek (najczęściej przyrodniczy), jest zawiązanie akcji w postaci spotkania kogoś lub znalezienia czegoś i jest puenta tak charakterystyczna dla dobrego satyryka. Daukszewicz sięga po bardzo różnorodną tematykę od przyrody począwszy, a na rodzinie skończywszy. Prywatnych dygresji jest niewiele, jednak te, które są należy cenić, ponieważ szczerość z nich bijąca bardzo wpływa na klimat całej książki.
Ja jednak najbardziej pokochałam sławetne meneliki pojawiające się nawet w lesie i przy ambonie. Okazuje się, że znawcy win i innych trunków są wszechobecni i zawsze można na nich liczyć. Lubię też dialogi z wszelakiej maści bywalcami lasów i pól, jako że skrzą się one od żartów i słownych przepychanek.  Aha - no i wędkarzy. Tak właśnie! :-))) 
Teksty okraszone są świetnymi ilustracjami Juliana Bohdanowicza, którego kreska jest powszechnie znana. Teksty i rysunki świetnie ze sobą współgrają i tworzą całość godną pochwały i zainteresowania. 
Świetna książka na poprawę humoru. Pochłonęłam w trzy wieczory i powiem Wam, że to były bardzo udane wieczory. 

wtorek, 3 stycznia 2017

Ocalałem z Buchenwaldu

Ostatnio przyciąga mnie literatura dość specyficzna. Zaczęło się od "Mischling, czyli kundel" - opowieści o bliźniaczkach, które w Auschwitz dostały się w ręce doktora Mengele. Kolejna lektura wyszukana pod wpływem pierwszej to "Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele" - relacja. Dzisiaj skończyłam lekturę książki  "Ocalałem z Buchenwaldu". Dwie pierwsze dotyczą dzieci i nazistowskiego obozu w Oświęcimiu; ta ostatnia to relacja młodego Francuza Louisa Grosa z obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Zestawienie dość dziwne, ale dające spore możliwości do porównania życia w tych dwóch jakże różnych, a zarazem podobnych miejscach. 
Środkowe Niemcy, przepiękna Turyngia. Tu, pośród zieleni starych, wiekowych drzew powstało jedno z najstraszniejszych miejsc na ziemi. Obóz w Buchenwaldzie został założony w 1937 r. początkowo jako miejsce służące do odizolowania Niemców, którzy buntowali się przeciwko polityce Hitlera. Umieszczano tam również innowierców, kryminalistów i homoseksualistów. Bardzo szybko przekształcił się w miejsce tortur, pseudobadań lekarskich i masowych egzekucji. 
Relacja zamieszczona w książce "Ocalałem z Buchenwaldu" jest przerażająca w swojej prostocie. Nasz bohater trafił do Buchenwaldu przez głupotę innego człowieka, działającego w ruchu oporu, który zostawił kartkę z adresem Grosa po prostu na stole. Podczas przeszukania mieszkania kartka wpadła w ręce nazistów, a że przeszukanie dotyczyło działalności w ruchu oporu, szybko doszło do aresztowania zarówno Louisa Grosa jak i jego ojca. 
Już opis podróży do Buchenwaldu sprawia, że serce zamiera. Ludzie stłoczeni po 500 osób w jednym wagonie, w upale, bez picia i jedzenia... Gros opisuje czytelnikowi drobiazgi, które przybliżają tragedię w wyjątkowo emocjonujący sposób. Opisanych sytuacji jest kilka - wszystkie przedstawione pobieżnie i szybko tak, jakby autor chciał przemknąć przez ten moment życia i szybko zapomnieć. Jeden z podróżnych znalazł w plecaku kawałek czerstwego chleba, jednak był zbyt wycieńczony i odwodniony, aby ten skarb pogryźć i połknąć. Zaczął dławić się i krztusić. Współwięźniowie patrzyli jak powoli umiera. W końcu jeden wstał, złapał wiadro pełne moczu i wlał krztuszącemu się biedakowi zawartość wiadra do gardła. W ten sposób uratował mu życie. 
Cała książka jest naszpikowana takimi "anegdotkami" (jeżeli można to tak nazwać). Opowieści o latrynach na świeżym powietrzu, czy o "gównianym komando" są może i śmieszne, ale w tej swojej śmieszności żałosne i przerażające. Trudno zrozumieć, że ludzie w takich rzeczach i zdarzeniach dopatrywali się radości życia. Trudno w to po prostu uwierzyć. 
Obóz w Buchenwaldzie to był przede wszystkim obóz pracy. Więźniowie wstawali o 4:30 i szli do pracy w kamieniołomach lub w fabryce. Wracali o 18, a już o 18:30 musieli stawić się na apelu. Dwanaście godzin ciężkiej, katorżniczej pracy przez siedem dni w tygodniu właściwie bez ani jednego solidnego posiłku. Nawet najsilniejszego faceta taki tryb życia doprowadziłby do wycieńczenia, a Oni żyli, pracowali, jedli co im w ręce wpadło i starali się przetrwać. 
Autor szczegółowo opisuje nam organizację życia w obozie. Każdy więzień miał numer - na szczęście nie wytatuowany, ale wypisany na szmatce, która musiała zostać umieszczona w widocznym miejscu. Każdy miał też obowiązek nosić w widocznym miejscu literkę oznaczającą narodowość, oraz plakietkę, której kolor oznaczał przynależność do pewnej grupy. Inny kolor mieli kryminaliści, inny więźniowie polityczni, jeszcze inny znienawidzeni przez Niemców Żydzi i Cyganie. Poznajemy ich codzienne życie, niekończące się apele i trudy zwykłego dnia. Najważniejsza zasada brzmiała: "Nie dać się zauważyć". Wydaje się, że w takiej masie ludzi, to nie jest trudne - zniknąć i rozpłynąć się wśród identycznie wyglądających setkach mężczyzn. Problem w tym, że jak już się człowiek napatoczył pod łapy esesmana, to trudno było wyjść z tej sytuacji żywym. Wstrząsnęła mną historia pewnego Żyda, który podczas powrotu do obozu niechcący strącił swoje okulary do pobliskiego bajora, Niemiecki oprawca zgodził się na to, aby nieszczęśnik wszedł do wody i ich poszukał. Kiedy jednak poszukiwania nie dawały rezultatu Niemiec nie pozwalał swojej ofierze zaprzestać poszukiwań. W końcu tak długo przytrzymał go pod wodą, że ten po prostu utonął. 
Książka jest przerażająca przez prostotę przekazu. Nie wiem jak to działa, ale opowieść Louisa Grosa jest taka trochę jak relacja dziecka z odbytej wycieczki. Nie ma złości czy nienawiści do narodu niemieckiego, nie ma przeklinania, obietnic zemsty i chęci zabijania wszystkich po kolei. Ta historia jest oddana bez złych emocji, tak charakterystycznych dla wojennych wspomnień. Miałam wrażenie, że stoję za szybą, która oddziela mnie od bohaterów powieści. Właśnie - nawet Ci, którzy stanowią kanwę historii są tacy... bezimienni. Owszem padają imiona, nazwiska, kraj, pochodzenie, ale wszystkie te dane szybko umykają z pamięci czytelnika pod naporem kolejnych zdarzeń i opisów. Zapamiętałam tylko imię przyjaciela Luisa - Delattre. Taką formę przekazu relacji wojennych spotkałam po raz pierwszy. Nie spodziewałam się, że tak mnie emocjonalnie mocno kopnie. Dodatkowo na wyobraźnię działają zdjęcia, których w książce jest dość sporo. Jedne drastyczne, inne zwykłe (przedstawiające jedynie miejsca i budynki) jeszcze inne sielankowe i dające nadzieję. Te ostatnie to zwłaszcza zdjęcia Luisa Grosa już po wyzwoleniu. Na jednym z nich widzimy Luisa w szpitalu, w którym walczył z gruźlicą, kolejne przedstawia żonę i synka. Dobrze, że udało mu się ułożyć sobie życie. 
Ostatnie dni obozu to dla naszego bohatera wspomnienie chleba i masła, które wraz z przyjacielem ukradł z wagonu pełnego żywności od Czerwonego Krzyża. Oczywiście Niemcy nie pozwolili skorzystać więźniom z tych wspaniałości, ale i tak koniec końców żywność trafiła do tych najbardziej potrzebujących.
Porażająca książka. Mam nadzieję, że nigdy, przenigdy nie będę musiała patrzeć na takie zło. Ani ja, ani nikt inny. Przekaz Luisa Grosa wynikający z tej książki jest jeden i to bardzo wyraźny: Życie jest cenne i nauczmy się je szanować. 

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Królowa Śniegu i inne baśnie - Hans Christian Andersen (audiobook)

Każde dziecko zna baśnie Andersena. Ziarnko grochu pod materacem księżniczki, biedny słowik czy też goły, jak święty turecki, cesarz - wszystko to, jak kraj długi i szeroki znane jest sporej rzeszy odbiorców. I co ciekawe - zarówno starsi jak i młodsi niezmiennie zachwycają się ponadczasowością baśni Andersena. 
Mój synek - dumny uczeń klasy drugiej - jako lekturę miał zadaną jedną baśń Andersena do przeczytania (ubolewam, że tylko jedną, ale zacisnęłam zęby). W nagrodę za samodzielne przeczytanie wcale nie najkrótszej baśni o "Dzielnym cynowym żołnierzyku" mój synek otrzymał możliwość posłuchania innych baśni podczas zabawy klockami Lego. I nie myślcie, że to ja byłam lektorem. Nic z tego. 
Jakiś czas temu w moje ręce wpadła płyta CD pt. "Królowa Śniegu i inne baśnie". Płyta zawiera 17 baśni - tych najpiękniejszych i najbardziej znanych. Na początek spotkamy Królową Śniegu wraz z Kajem i Gerdą, posłuchamy Słowika, potowarzyszymy małej syrence i odwiedzimy dziewczynkę z zapałkami. Są też znane wszystkim baśnie o dzikich łabędziach, latającym kufrze, Calineczce i dzielnym cynowym żołnierzyku. Do wyboru do koloru!
Baśnie zawarte  na płycie to piękne, klasyczne wersje. Nie ma mowy o nowoczesnych przeróbkach. Na pewno jest to zasługa Franciszka Mirandoli i Cecyli Niewiadomskiej, którzy z klasą i dbałością o piękno naszego języka dokonali tłumaczenia baśni. Poszczególne nagrania zachwycają piękną polszczyzną i wspaniałymi głosami lektorów. Szkoda, że nigdzie nie znalazłam spisu osób czytających baśnie. Ta grupa lektorów zrobiła kawał naprawdę dobrej roboty. Baśnie czytane są pomału, z bardzo ciepłą modulacją głosu. W każdym zdaniu słychać emocje - to nie jest wyklepane od niechcenia. Każda baśń przeczytana jest tak, że nawet mój Młodszy słuchający "Słowika" przy zabawie klockami potrafił skupić się i wysłuchać nagrania na tyle uważnie, aby umieć mi opowiedzieć, o co w baśni chodziło. 
Nagrania trwają prawie półtorej godziny. Te baśnie, które są krótkie, nagrane są jako całość. Dłuższe baśnie podzielono na kilka części tak, aby w razie potrzeby przewinięcia (bo przecież siku i picie jest nieodzowne podczas słuchania) można było w prostu sposób odnaleźć miejsce, w którym dziecko straciło wątek. 
Na zakończenie dodam, że mój synek zabłysnął na lekcji znajomością tylu baśni. Pani nauczycielka doceniła umiejętność opowiadania nie wnikając, czy baśnie zostały przeczytane czy wysłuchane. Co więcej - zrobiła dzieciom lekcję z baśniami, podczas której ułożyła dzieciaki na dywanie wśród poduszek i puściła im kilka baśni z naszej płyty. Podobało się - nawet bardzo! Zresztą posłuchajcie sami. 

piątek, 2 grudnia 2016

WWW.2012RU.PL

"WWW.2012RU.PL" - tajemniczy tytuł, tajemnicza okładka...  tylko autor trochę mi znany. Kilka lat temu czytałam powieść pt. "Upał" autorstwa Marcina Ciszewskiego i byłam pod dużym wrażeniem. Dlatego też, nie bacząc na fakt, że  "WWW.2012RU.PL" jest kolejną książką z cyklu opisującego perypetie członków I Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego - postanowiłam spróbować. 
Początek zaskakuje czytelnika niezmiernie. Na starcie poznajemy mężczyznę, który strzela sobie w głowę i umiera. Cóż, nie jest to może zbyt udany początek, ale nie należy się zrażać. Na kolejnych stronach powieści mamy bowiem opisane sceny niczym z filmu sensacyjnego. Naszych bohaterów poznajemy podczas ataku terrorystycznego przeprowadzonego na warszawskim lotnisku Okęcie. Czwórka żołnierzy wraz z Rozalką i dwójką dzieci uwalnia się z rąk terrorystów i zmyka z zagrożonego terenu wykonać swoją misję. Po udanej ucieczce wiedziałam już, że lektura nie będzie łatwa. Wszystko działo się tak szybko że ledwie nadążałam. I miałam rację. Ledwo udało się uspokoić sytuację z ucieczką, a już zaczął się problem z porwaniem i żądaniami porywaczy... a właściwie ich brakiem. Bo przecież trudno nazwać żądaniem nakaz powstrzymania się od jakichkolwiek działań. Okazuje się, że nasi żołnierze nie potrafią spokojnie usiedzieć w miejscu. Zaczynają dochodzenie i odkrywają że cały bałagan jest spowodowany zniknięciem tajemniczej maszyny o nazwie MDS, która potrafi przenosić w czasie. MDS-em interesują się Amerykanie, Rosjanie i faszyści. Zainteresowałaby pewnie jeszcze wiele innych nacji; na szczęście jej istnienie jest owiane tajemnicą. Wyobraźcie sobie jednak jakie skutki wywołać mogłaby taka maszyna w rękach bolszewików albo faszystów właśnie? Jak to określił jeden z bohaterów: Pewnego dnia możemy obudzić się w całkiem innej rzeczywistości...
Kulminacja powieści ma miejsce na poligonie w Bornym Sulinowie. Tam dochodzi do rozstrzygającej potyczki pomiędzy siłami wojskowymi trzech państw. A zakończenie? Jak zwykle u pana Ciszewskiego - zaskakujące. 
Świetna powieść, jednak nie mam zamiaru ukrywać, że wady również istnieją. Niewątpliwą zaletą jest dynamika akcji. Autor z dużym znawstwem opowiada o potyczkach i bataliach prowadzonych w Bornem Sulinowie. Widać, że wiedza militarna nie jest Mu obca. Problem w tym, że do tej pory była obca dla mnie. I tak jak akcja poza poligonem mnie wciągnęła i nie mogłam doczekać się co dalej, tak opis potyczki na poligonie po prostu mnie znużył. Wiem, że niejeden czytelnik płci męskiej był pewnie zachwycony. Ja owszem - byłam zachwycona pasją Pana Ciszewskiego - ale akcją w książce już mniej. Natomiast zachwyciło mnie zupełnie coś innego. Mianowicie autor dość często przenosi czytelnika w czasie. Odwiedzamy rok 2012, odwiedzamy rok 2007, chwileczkę jesteśmy uczestnikami Powstania Warszawskiego a nawet Kampanii Wrześniowej. Dzieje się to szybko i zgrabnie - tyle tylko, aby kontekst zdarzeń przesiąkł do głównego nurtu powieści. Bardzo podobały m się te przeskoki. 
Wadą powieści jest bardzo duża ilość faktów militarnych oraz sporo nawiązań do poprzednich części cyklu. Jeżeli ktoś nie jest pasjonatem powieści militarnych to po prostu w pewnym momencie się pogubi. Ja wiem, że część z Was powie, że już po okładce można spodziewać się takich smaczków w powieści. Owszem. Ja jednak zostałam zachęcona do lektury przez mojego męża, który z pasją pochłonął cała twórczość Ciszewskiego. Szkoda tylko, że w moje ręce wpadł ostatni tom, a nie pierwszy, Nic to. Nadrobię. 

piątek, 25 listopada 2016

Dom czwarty

Ja już po prostu nie wiem, co mam napisać. "Dom czwarty" to siódmy tom sagi o Lipowie. Pozostałe sześć zrecenzowałam i naprawdę każda jedna recenzja to zbiór peanów na temat twórczości Pani Puzyńskiej. Żaden z tomów nie był tym gorszym, każdy zachwycał. Teraz piszę siódmą recenzję na temat kryminałów o Lipowie i znowu powtórzę: No po prostu REWELACJA!
Tym razem zaginęła Klementyna Kopp. Nasza kontrowersyjna policjantka sama stała się bohaterką zagadki kryminalnej. Na prośbę rodziców miała odwiedzić rodzinną miejscowość i wyjaśnić pewną zagadkę sprzed lat. Niestety nigdy tam nie dotarła; po prostu zapadła się pod ziemię. Daniel wraz z Weroniką i Emilią postanawiają rozwikłać zagadkę zniknięcia policjantki. W tym celu udają się do Złocin - wioski, w której od lat mieszka rodzina Kopp. Niestety okazuje się, że zniknięcie Klementyny to nie jedyna mroczna tajemnica tamtego miejsca. Każdy z mieszkańców jest wrogo nastawiony do naszych policjantów, Właściwie nikt nie chce pomóc, a za każdym rogiem czai się kolejne mroczne widmo przeszłości. 
Zagadka kryminalna jest świetna i wspaniale przemyślana. Kolejny raz nie zawiodłam się. Klasyczny kryminał, który pozwala czytelnikowi w miarę akcji podejrzewać, domyślać się i oskarżać. Autorka tak sprytnie snuje fabułę, że w pewnym momencie podejrzewałam już wszystkich. Każdy miał mroczną tajemnicę, każdy miał coś do ukrycia. Sama już pogubiłam się w domysłach i z zachwytem obserwowałam, jak autorka wyprowadza te podejrzenia na prostą drogę. Naprawdę świetne. 
Problem miałam jedynie z głównym bohaterem Danielem Podgórskim. Z prostodusznego i ciepłego mężczyzny z lekką nadwagą i miłością do całego świata, zmienił się w ostrego, wręcz brutalnego alkoholika, który nie może sobie poradzić z otoczeniem. Jest niemiły i gburowaty. Posuwa się do czynów, które dawnemu Danielowi nie przyszłyby nawet do głowy. Nie ukrywam, że tęsknię za tamtym Podgórskim, który uwielbiał świat i życie i nie mógł oprzeć się podawanym przez Mamusię słodkościom. Teraz jedyne, za czym tęskni to piersiówka i paczka papierosów. 
Pokuszę się o stwierdzenie, że to chyba najlepsza część sagi. Zamiast jednego śledztwa mamy właściwie cztery i to jakie! Każdemu wydaje się, że wie już kto zabił, a tu niespodzianka! Naprawdę mistrzostwo świata. 
Czekam z niecierpliwością na kolejny tom, bowiem zakończenie "Domu czwartego" nie pozostawia wątpliwości, że Pani Puzyńska nie powiedziała jeszcze ostatniego zdania. 

poniedziałek, 21 listopada 2016

Granat poproszę!

Olga Rudnicka jaka jest - każdy widzi, a jak nie widzi, to niech żałuje. Autorka wielu książek, przy lekturze których uśmiałam się do łez. Pokochałam wszystkie bohaterki z serii o Nataliach, a także bohaterów serii "Martwe jezioro". Świetne poczucie humoru, rasowo opanowany żart sytuacyjny, lekkie pióro i głowa pełna pomysłów - oto Olga Rudnicka. 
Najnowsza książka jest trochę inna niż pozostałe. "Granat poproszę" przypomina mi (dużo bardziej niż poprzednie książki) twórczość Pani Joanny Chmielewskiej. Była Ona mistrzynią kryminałów których akcja toczyła się w jednym miejscu, a cały urok tych książek był właśnie w mistrzowsko prowadzonych dialogach. Idealnym przykładem jest "Wszystko czerwone", gdzie prawie cała akcja toczy się w duńskim mieszkaniu jednej z bohaterek. "Granat poproszę" to własnie taki kryminał i nie będę ukrywać, że nie do końca mi to odpowiadało. 
Emilia Przecinek to kobieta po czterdziestce, autorka poczytnych romansów, matka dwójki prawie dorosłych dzieci, żona Cezarego - jednym słowem przykładna Matka Polka z lekką nadwagą i kredytem hipotecznym na karku. Pewnego dnia nasza Emilia dowiaduje się, że mąż postanowił odejść do innej kobiety. Zostaje sama, i właściwie po pierwszym szoku, nawet jest zadowolona. Pakuje rzeczy męża do worków, które zostają zniesione do piwnicy i próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Problemem jest jedynie kredyt hipoteczny, a raczej konieczność jego spłacania w terminie. I tu spotyka Emilię przykra niespodzianka. Okazuje się, że mąż od kilku miesięcy nie spłacał w terminie rat, co spowodowało konieczność ustalenia miejsca pobytu Cezarego w czasie jak najkrótszym. 
Równocześnie z perypetiami Emilii i dzieci śledzimy losy Cezarego, który wplątał się w niezłą kabałę. Szczegółów zdradzać nie będę, dodam tylko, że to w tym wątku trup się ściele, a czytelnik co rusz zaskakiwany jest nagłym zwrotem akcji. I taką Rudnicką lubię. Akcja toczy się dość szybko i interesująco, a każda postać jest bardzo charakterystyczna, wręcz przerysowana, co sprawia wrażenie takiego przerysowanego magazynu kryminalnego 997. Świetny pomysł i niesamowite odczucia przy lekturze. Oczywiście obie części w pewnym momencie się splatają i dla czytelnika powstaje coś w rodzaju wybuchowej mieszanki śmiechu i zagadki kryminalnej. Miodzio!
Powróćmy jednak do pierwszej części, w której Emilia Przecinek próbuje dojść do ładu ze swoim życiem w zmienionej rzeczywistości. Tu czytelnik zostaje rażony ogromną dawką humoru rodem z najlepszych książek Joanny Chmielewskiej. Zabawa słowami, humor sytuacyjny to dwie główne cechy tej części powieści. Agentka Emilii próbująca dojść do ładu ze swoją klientką, dwie babcie ciągle kłócące się, ale umiejące zawrzeć przymierze w sytuacji zagrożenia. Dzieci Emilii, Kropka i Kropeczek są również przyczynkiem do ciągłych salw śmiechu. Z jednej strony zrównoważona i mądra Kropka chowająca przed matką smakołyki i próbująca uspokoić żądne krwi babcie, z drugiej zaś roztrzepany Kropeczek z ciągłymi problemami w szkole. Perypetie Emilii z odchudzaniem, rozmowy z Policją prowadzone w taki sposób, żeby nic nie powiedzieć... i te dowody w piekarniku! Przy lekturze po prostu rżałam jak osioł z radości, a moje dzieci patrzyły na mnie z politowaniem. Problem miałam tylko jeden. Ciągle przed oczami miałam książki Pani Chmielewskiej i w takich momentach tęskniłam jednak do Olgi Rudnickiej z poprzednich książek. 
Powiem tak: książka świetna i godna polecenia. W obecnej porze roku, kiedy za oknem pada i dominuje mgła, takie książki są jak najlepsze lekarstwo. Ale Pani Olgo, proszę już nie pisać jak Chmielewska, proszę pisać jak moja ukochana Rudnicka! 

środa, 16 listopada 2016

Pamiętnik Mary Berg

Książek o wojnie jest naprawdę wiele i tak powinno być. Okrucieństwo II Wojny Światowej było olbrzymie i ludzkość zawsze powinna o tamtych wydarzeniach pamiętać - ku przestrodze. Czym innym są jednak książki historyczne przedstawiające fakty i wydarzenia, a czym innym beletrystyka czy też pamiętniki i wspomnienia z tamtych czasów. Te pierwsze przedstawiają okrucieństwo nazistów w sposób bardzo szczegółowy, ale tak bez emocji. Te drugie ważne są dla zwykłego człowieka, który w czytaniu szuka przyjemności. Takich książek jest wiele. Ogromne wrażenie zrobił na mnie "Dzidek", "Biegnij chłopcze biegnij" czy też skierowana do dzieci "Asiunia".
Na pewno jednak największe wrażenie robią pamiętniki. To są książki, które wchodzą wgłąb serca czytelnika i nigdy, przenigdy dobrowolnie z niego nie wyjdą. Polecam z całego serca pamiętniki doktora Korczaka, polecam również "Pamiętnik Mary Berg".
Mary Berg (ur. w 1913 r.) rozpoczyna pisanie pamiętnika jeszcze w Łodzi, gdzie zastaje ją wybuch wojny. Z pierwszych kart wylewa się bezradność i rozpacz, kiedy jej rodzina musi uciekać z własnego domu. Powodem ucieczki była rozprzestrzeniająca się informacja o tym, że Łódź zostanie włączona do III Rzeszy. Postanawiają udać się do Warszawy, gdzie mieszkała ciotka Mary. Jednak w Warszawie czuło się już atmosferę antysemickich prześladowań, dlatego rodzina postanawia jednak wrócić do Łodzi. Kiedy matka Mary otrzymuje dokumenty z przedstawicielstwa USA potwierdzające jej amerykańskie obywatelstwo, cała rodzina ponownie wraca do Warszawy. Wydaje się, że życie w stolicy jest łatwiejsze i bezpieczniejsze niż w Łodzi. Do czasu. 2 października 1940 r. Niemcy utworzyli getto, w którym zamknięto 450 000 osób. Mary wraz z rodziną spędziła w getcie dwa lata. Należy mocno podkreślić, że jej życie było o niebo lepsze niż życie "zwyczajnych" Żydów. Nie musiała nosić opaski z gwiazdą Dawida, czynnie brała udział w życiu artystycznym Warszawy, jej rodzina mieszkała w dużym mieszkaniu, mieli co jeść i w co się ubrać. Wszystko to było możliwe dzięki amerykańskiemu obywatelstwu matki. Niestety, to co działo się dookoła Mary woła o pomstę do nieba. Głodujące, umierające na ulicy dzieci, żebracy, bieda, brak żywności tyfus... pomimo tego, że Mary miała "łatwiej" to jednak okrucieństwo nazistów jej nie omijało. Opisywała, jak bardzo bała się przechodzić obok posterunków i jak Niemcy dla zabawy strzelali do przechodniów. Opisywała wszystko: losy przyjaciół (najczęściej tragiczne) zwykłe życie i walkę o przetrwanie. Z kartek jej pamiętnika wyziera ogromna walka Żydów o zachowanie pozorów zwykłego życia. Mieszkańcy getta, chodzili do teatrów, na koncerty i przedstawienia, młodzież uczyła się na różnych kursach, a dzieci chodziły do prowizorycznych szkół. Oczywiście to wszytko działało tylko na tyle, na ile nie drażniło Niemców. Mieszkańcy getta wykazywali się również dużą pomysłowością i inicjatywą. Bez tego połowa mieszkańców zmarłaby z głody i wyczerpania. Podziemne piekarnie, wytwórnie artykułów pierwszej potrzeby czy też podziemna prasa - to wszystko stwarzało pozory zwykłego życia i dawało tak wszystkim potrzebną nadzieję. 
Mary udaje się przeżyć. Z całą rodziną zostaje internowana w więzieniu na Pawiaku. Nadal jednak przez okno oglądała cierpienia swoich rodaków podczas wywózek do obozów zagłady. 
Nasza bohaterka opisuje również życie w obozie przejściowym w Vittel, jednak tę część pamiętnika czytałam już z przeświadczeniem (zupełnie niesłusznym), że to już nieważne. Ważna jest ta część, która stanowi świadectwo tragedii, jaka wydarzyła się na terenie Getta Warszawskiego. To ta część pokazuje tak wiele. 
Ta recenzja przypomina niestety bardziej streszczenie niż recenzję. Ale trudno mi oddać uczucia, jakie targały mną podczas lektury. To nie jest książka, którą się ocenia - dobra czy zła. Ta książka to świadectwo. Dlatego czuję wewnętrzny sprzeciw przeciwko wystawianiu jej oceny. Uważam, że "Pamiętnik Mary Berg" powinien być lekturą obowiązkową. Może nie w podstawówce, bo jej treść jest zbyt straszna,  ale w liceum na pewno.

niedziela, 13 listopada 2016

Magiczne akta Scotland Yardu

Magiczne akta "Scotland Yardu" to książka taka, jaka jej okładka. Ciemna, mroczna i magiczna. To książka o alternatywnej rzeczywistości, w której pewna grupa ludzi posiada potencjał magiczny. To książka, w której panuje iście angielski, deszczowy i mroczny klimat, a słowo "słońce" chyba nie pada ani razu. XIX wieczne Archiwum X to najlepsze określenie. Mamy tu i zbrodnię i karę i magiczną szkołę i miłość i czarny charakter... cóż więcej trzeba, aby się dobrze bawić!
Pod koniec XIX wieku w szeregach londyńskiej policji utworzono wydział do spraw magicznych. Do zadań pracowników należy walka z przestępstwami popełnionymi przy udziale zdolności magicznych. Na czele wydziału staje John Dobson, który wraz z pracownikami ma za zadanie chronić Londyn przed nieuczciwymi magami i zjawiskami. Niestety - jak to w policji bywa - braki kadrowe są na tyle dokuczliwe, że nasz bohater postanawia jako wolnego strzelca zatrudnić Clovisa Lafay'a. Clovis jest świetnie wykształconym magiem pochodzącym z arystokracji, który zupełnie niedawno powrócił do Londynu. Niestety za Clovisem ciągną się wspomnienia skutecznie zabierając młodemu magowi pewność siebie. Co więcej - kiedy spotyka na swojej drodze siostrę Johna, Annę - nie potrafi okazać dziewczynie swoich uczuć uznając, że związek z Lafay'em jest dla młodej kobiety czymś niewłaściwym. Tropiąc z policjantami nekromantów, duchy i upiory jakby zupełnie przy okazji poznajemy losy naszych bohaterów oraz ich zupełnie zaskakujące powiązania. Powoli czytelnik odkrywa również losy członków rodziny Clovisa. Wyłania się obraz mętny, mroczny i tajemniczy. Kiedy w końcu dochodzi do morderstwa, czytelnik jest już właściwie na tyle przerażony, że zabójstwo (nieważne kogo) nie robi na nim większego wrażenia. Za to finał powieści i rozwiązanie zagadki - o, te robią wrażenie i to całkiem spore!
Powieść jest niecodzienna, a pomysł wyjątkowo zaskakujący. Świetnie czyta się historie, w której magia jest czymś zupełnie normalnym, a codzienne życie mieszkańców Londynu jest od niej właściwie uzależnione. Magia towarzyszy mieszkańcom w zwykłym, codziennym życiu. Bardzo podobały mi się części nazwane Retrospekcjami. Taki Harry Potter dla dorosłych. 
Książka ma jedną wadę, która psuła mi nieco przyjemność czytania. Wydawca zastosował przy druku maleńką czcionkę, a do tego bardzo zmniejszył marginesy. Efekt jest taki, że owszem powieść mieści się w jednym tomie (dodam, że dość sporym) ale lektura mnie osobiście dość zmęczyła. W innym przypadku rzuciłabym książkę w kąt, ale tu akurat przedstawiona historia jest na tyle ciekawa że dzielnie doczytałam do końca. Warto było!  

czwartek, 10 listopada 2016

Gruzja welocypedem

Zazdroszczę ludziom, którzy mają skrzydła u ramion, którzy są na tyle odważni, aby spełniać swoje marzenia. Każdy podróżnik to właśnie taki Ktoś, z portem w każdym mieście, z życiowym mottem: "Tam mój dom, gdzie ja". Mam wrażenie, że Anna Kołodziejska to właśnie taki człowiek. Kobieta, której doba wynosi 48 godzin, a swoimi planami na najbliższe kilka lat wypełniłaby życiorysy kilku spokojnych osób. W ostatnich dniach przeczytałam Jej książkę pt. "Gruzja welocypedem" i powiem, Wam że jestem oczarowana. Zarówno autorką jak i Jej książką. 
"Gruzja welocypedem" to właściwie taki reportaż z podróży w formie książkowej. Reportaż, pamiętnik... trudno powiedzieć. Właściwie to chyba to drugie, bo pomimo tego, że wyprawa odbyła się w towarzystwie przyjaciela autorki Pawła, to właśnie Pani Ania jest tu główną bohaterką wydarzeń i to Jej odczucia i komentarze towarzyszą czytelnikowi przez całą lekturę. 
Pani Anna bardzo sprawnie i lekko przeprowadza czytelnika przez całą rowerową podróż. Z iście dziennikarską dokładnością opisuje przygody i perypetie, jakie spotykały Ją w poszczególnych dniach wyprawy. Już pierwszego dnia nasi podróżnicy musieli stawić czoło grupie namolnych taksówkarzy, agresywnym bezpańskim psom i ciągle trąbiącym kierowcom. Kolejne dni to również ciągłe zderzenie zwyczajów i kultur. Gruzja jest krajem o wiele mniejszym niż Polska, jednak ludność ją zamieszkująca stanowi istną mozaikę zwyczajów i języków. Ludzie są bardzo dumni, łatwo ich urazić, a z drugiej strony ilość alkoholu przez nich pochłaniana po prostu poraża. Zupełnie inaczej niż w naszej kulturze traktuje się tam kobiety. Nie mają One zbyt wiele do powiedzenia. Nie wolno im usiąść przy stole z mężczyznami do posiłku, no chyba że są turystkami. W jednej z rodzin, które gościły naszą autorkę, żona gospodarza częstując gości kawą nie odważyła się samodzielnie wybrać miejsca na stole, na którym postawi szklanki z naparem. Dopiero po wskazaniu miejsca przez męża kawa została podana. Z zasady kobieta jest to prowadzenia domu i wychowywania dzieci, a mężczyzna do utrzymywania rodziny. Podział jest wyraźny i nikt nie wyobraża sobie, że może być inaczej. 
W opowieściach Pani Ani uderza czytelnika łatwość, z jaką miejscowi mężczyźni przekraczają bariery dobrego smaku i wychowania. Nachalność zachowań o podtekście seksualnym skierowanych do obcej przecież kobiety naprawdę poraża. Ciągłe zapraszanie do samochodu, obłapywanie... coś strasznego. Nie jestem osobą pruderyjną, ale w czasie lektury zastawiałam się, ile zdrowia kosztowała autorkę ciągła walka z nachalnymi pijanymi Gruzinami. Z Jej opisów wynika, że sporo. Właściwe jedyne, co odstraszało od prostackich zalotów, to obecność męskiego towarzysza podróży. 
Ta niepozorna książeczka oprócz perypetii i przygód uczestników zawiera również przepiękne opisy miast i gruzińskiej przyrody. Niewątpliwie piękne - zwłaszcza zza kierownicy roweru - ale jednocześnie przytłaczające i przygnębiające. Wszędzie gdzie nasi podróżnicy się ruszyli, z kątów wyzierała bieda. Nawet jeżeli budynek z zewnątrz przypominał europejskie standardy, to już w środku nie było tak wesoło. Za to przyroda, dzika i pierwotna - zachwyca. W Gruzji nie ma pieniędzy na rozwój infrastruktury, więc jak tylko podróżnicy wyjeżdżali poza miasta, przyroda porażała dzikością. 
Wspaniała książka. Zabrała mnie na kilka godzin w niezapomnianą podróż. Bardzo żywe i wartkie opisy powodują, że tu nie ma czasu na nudę. Nawet jeżeli zatrzymujemy się w jakimś miejscu, to ciekawostek związanych z nim jest tyle, że zanim się spostrzeżemy, już pędzimy dalej. Szkoda, że książka zawiera tak mało zdjęć, ale z drugiej strony daje to większe pole naszej wyobraźni. Miejscowe zwyczaje, potrawy, miejsca, ludzie... Dominują jednak opisy związane z piciem alkoholu. Mam wrażenie, że mocne trunki są podstawą życia tamtejszych mężczyzn. W tamtejszych lasach i zagajnikach można znaleźć konstrukcje przypominające stoły, ponieważ Gruzini nie piją w domach, a na świeżym powietrzu :-) Musi się tam dziać!
Wszędzie lasy, łąki, biegające luzem zwierzęta... robi to wszystko wrażenie. 
Polecam serdecznie każdemu, kto chce na kilka chwil oderwać się od rzeczywistości  i poszybować w nieznane...     

poniedziałek, 31 października 2016

Zaginione miasto

Książki czytać uwielbiam, ale niekoniecznie od środka. Kiedy w moje ręce wpada powieść będąca kolejnym tomem serii, najczęściej ją odkładam i już do niej nie wracam. Są jednak takie, które pomimo kilku wcześniejszych tomów, nadal przyciągają i kuszą. Tak właśnie było z "Zaginionym miastem". Z opisu dowiedziałam się, że jest to czwarty tom serii o losach dziennikarza Emila Żądło  i trochę mnie to zniechęciło. Jednak - znając wcześniejszą twórczość Pani Anny Klejzerowicz ("List z powstania" czy też "Ostatnią kartą jest śmierć") postanowiłam podjąć wyzwanie... i nie zawiodłam się. 
Pierwsze spotkanie z Emilem Żądło mnie zirytowało, ponieważ od razu poczułam, że to dalszy ciąg losów sympatycznego dziennikarza. Siedzi bidak sam w redakcji, a z opisu wynika, że te pomieszczenia właściwie są jego jedynym dachem nad głową. Roztrząsa swoje rozstanie z Martą i sporządza bilans życiowych zysków i strat. Na szczęście trwa to krótko, a płaczliwe rozważania Emila przerywa dzwonek telefonu. I w tym momencie wsiąkłam. Nie mogłam się oderwać od lektury, chodziłam z książką wszędzie, nawet podczytywałam na światłach w samochodzie. 
Rozmówcą po drugiej stronie słuchawki był pewien starszy Pan, który opowiedział Emilowi o tajemniczej figurce, ukrytym gdzieś w dżungli mieście i tajemniczych dokumentach. Okazuje się, że od kilkudziesięciu lat prowadzi On badania nad tajemniczym zaginionym miastem. Starszy Pan wyraźnie prosi Emila o pomoc. Spanikowanym głosem stwierdza, że się boi i że ktoś czyha na jego życie. Emil umawia się z tajemniczym rozmówcą na rozmowę następnego dnia. Niestety nic z tego. Zwłoki starszego Pana zostają znalezione w jego własnym mieszkaniu, a Emil zostaje z tysiącem pytań w głowie. Ze strony Policji dochodzenie prowadzi przyjaciel Emila, co umożliwia czynny udział dziennikarza w śledztwie. Policjant Żądło włącza również do sprawy Martę, która jest znawcą kultury i sztuki. Jako pracownik muzeum ma niesamowitą wiedzę na temat zaginionego miasta i legend z nim związanych. Wiedza dziewczyny na temat angielskiego podróżnika Percy'ego Harisona Fawcetta jest początkiem do rozwikłania zagadki. Fawcett w 1925 roku udał się na wyprawę, i niestety nigdy z niej nie powrócił. Pozostały po nim dzienniki i nierozwiązana zagadka połączona z pasją odkrywcy. 
Emil ramię w ramię walczy z Martą o ustalenie, w imię czego zginął Starszy Pan, a czytelnik dzięki ich rozważaniom, zagłębia się w fascynujący świat z początku XX wieku. El Dorado, tajemnicza statuetka i niezbadane dokumenty skutecznie podsycają wyobraźnię czytelnika. Kiedy dodamy do tego fakt, że autorka jest pasjonatką cywilizacji Inków i książkę napisała w oparciu o dość sławną pozycję "Śladami Inków", otrzymamy mistrzowskie połączenie współczesnego kryminału z pasjonującą książką historyczną.  
Anna Klejzerowicz ma dar kreślenia piórem wspaniałych opisów i umiejętność tworzenia niesamowitej atmosfery. Kiedy Emil z Martą analizują sytuację i próbują znaleźć rozwiązanie zagadki czytelnik ma wrażenie że siedzi na kanapie razem z nimi i popija herbatę. Świetne są opisy kota Bolera, który z charakterystyczna dla kotów dumą pokazuje Emilowi co myśli na temat jego wyprowadzki. Podobnież opis kwiaciarni w której Emil kupuje rzadką  orchideę Cattley'a jest tak sugestywny, że zapach kwiatów prawie drażnił mój nos. Podróż przez taką książkę to prawdziwa przyjemność. 

sobota, 29 października 2016

Pokój dla artysty

Są takie powieści, które kocha się od pierwszego wejrzenia. Na widok okładki mocniej tłucze serce, pocą się dłonie, a głowa krzyczy: Muszę ją mieć! Po prostu muszę! Cały pic polega na tym, że okładka to jedno, natomiast nasuwa się pytanie o treść pod rzeczoną okładką. Często jest tak, że powieść rozczarowuje i do pięt nie dorasta okładce. Najczęściej jednak piękna szata graficzna idzie w parze z doskonale opowiedzianą historią. No właśnie. Przypuszczam, że w przypadku "Pokoju dla artysty" zdania są podzielone, a im bliżej z opinią do męskiej populacji czytelniczej, tym ocena jest słabsza. Na szczęście ja jestem kobitką i dla mnie treść książki jest równie świetna, co okładka. 
Na pierwszym planie powieści posadowiony jest dom. Piękny zaniedbany, z duszą i charakterem. Dom rodem z historii o wielopokoleniowych rodzinach, w którym jedni umierają inni się rodzą... Dom jakich mało.  Jasza i Marta również czuja ten klimat i zakochują się w zaniedbanym dworku bez pamięci. Postanawiają położyć na szali swoje dotychczasowe życie i za fundusze uzyskane ze sprzedaży całego swojego majątku (łącznie z mieszkaniami) remontują stare domostwo i organizują w nim dom dla artystów. Od początku jednak nad domem (albo jego nowymi właścicielami) wisi klątwa. 
Wątek o Jaszy i Wiktorii to jedno. Czytelnik śledząc romantyczne i tajemnicze losy domu jednocześnie poznaje Ewę - osóbkę młodą, ale nie do końca szczęśliwą. Życie Ewy wydaje się pasmem pechowych zbiegów okoliczności. Mroczne dzieciństwo, niezbyt udana młodość... Ewa nie chcąc kusić licha, żyje sobie cichutko i samotnie w domu bez przyjaciół i rodziny. Pomaga jej jedynie dobrotliwa ciotka. Ale życie toczy się swoim torem. Dzięki zbiegom okoliczności (których w powieści jak widać nie brakuje) Ewa spotyka Piotra - sfrustrowanego policjanta będącego na życiowym zakręcie. Ewa z Piotrem stanowczo przypadli sobie do gustu od pierwszego wejrzenia. Jednak Piotr policjant nie bardzo wierzy w pecha i przypadkowe zbiegi okoliczności. Wydarzenia dookoła Ewy zaczynają Mu "śmierdzieć". Kiedy młodzi dowiadują się, że w grę wchodzi spadek, Piotr utwierdza się w przekonaniu, że bezpieczeństwo Ewy jest zagrożone. Postanawiają na jakiś czas przenieść się do Nałęczowa do Domu dla Artysty prowadzonego przez Jaszę i Martę. Po prostu z deszczu pod rynnę. 
Powieść wprowadziła w moim mózgu rozdwojenie jaźni. Tak naprawdę czułam się tak, jakbym czytała dwie powieści naraz. Jedna opisująca mieszkańców domu dla artysty i zdarzenia w nim się rozgrywające, druga to związek Piotra i Ewy. Nawet, kiedy losy tych drugich przenoszą się do domu, nadal miałam wrażenie, że ktoś na siłę wtłoczył pomiędzy jedną powieść, kartki z zupełnie innej. Oczywiście historia zgrabnie się zazębia, a zakończenie powala z nóg, ale poczucie rozdwojenia jaźni pozostało. 
Pomimo powyższego utyskiwania wyraźnie podkreślam, że całość powieści podobała mi się. Nawet bardzo. Pani Ulatowska jest znana z pięknych, ciepłych, romantycznych historii i Jej pióro wyraźnie nadało powieści pastelowych barw. Historia kryminalna jest również niczego sobie, a wymyślona intryga naprawdę mnie zaskoczyła. No i oczywiście wisienką na torcie są opisy nałęczowskiego domu - pięknego, klimatycznego dworku, kryjącego w sobie zapewne niejedną tajemnicę. To, co nasi autorzy uczynili z moją psychiką umiejscawiając w takim miejscu kryminalną część powieści, to przechodzi ludzkie pojęcie. Wyobrażacie sobie tragiczne wydarzenia w starym dworku? Cud miód i orzeszki. 
Świetna historia przy której nie ma czasu na nudę. Naprawdę polecam każdemu, kto ma wolny wieczór i ochotę na relaksującą książkę. 

Pokalane poczęcia

Co za książka! Zupełnie inna niż wszystkie. Niewątpliwie kontrowersyjna i trudna do zaakceptowania dla wielu czytelników o poglądach odmiennych od moich. Książka, która pokazuje, że słowa "ciąża", "płód" czy "aborcja" mają wiele twarzy, a za każdą dramatyczną decyzją (nieważne czy prowadzącą do porodu, czy do aborcji) stoi zrozpaczona kobieta i wyjątkowa historia.
Gabinet dr. Ireneusza Skrobaka jest tym miejscem, w którym czytelnik spotyka bohaterki powieści. Jedne rozpaczliwie pragną mieć dziecko, inne rozpaczliwie pragną usunąć ciążę, jeszcze inne potrzebują po prostu moralnego wsparcia. Ireneusz Skrobak (nazwisko nieprzypadkowe) podchodzi do swoich pacjentek raczej bez emocji. Te, które odwiedzają go w prywatnym gabinecie mogą liczyć na cień zrozumienia. Niestety pacjentki państwowej przychodni nie mają już tak dobrze. Ireneusza Skrobaka spotykamy na początku powieści, jako lekarza pierwszego "ciążowego" kontaktu. Pojawia się również na końcu, ale już tylko jako tło dla finału. Wyraźnie widać to, że przy pierwszej wizycie nasz doktorek jest dla pacjentek bardzo ważnym "kimś". Pod koniec, kiedy na świecie pojawia się nowe życie, Jego rola dobiega końca. Nie ma już wpływu na nic, może jedynie patrzeć, jak zaczyna się coś pięknego i zupełnie nowego.
Poznajemy historie poszczególnych Pań w bardzo delikatny sposób, bez zbędnych ocen i komentarzy. Każda historia jest bardzo skomplikowana i emocjonalnie rozbujana. Trudno czytać o kobiecie, która bardzo chce mieć dzieci i całe swoje życie podporządkowuje temu celowi. Współczułam kolejnej bohaterce, której mąż miał chorobliwą obsesję na temat wiary i posiadania za wszelką cenę dużej rodziny. Kibicowałam pewnej biznesmence w jej staraniach o potomstwo i pogardzałam panią ginekolog, która pogoniła nastolatkę proszącą o tabletki antykoncepcyjne. I gdy już pogodziłam się, że "Pokalane poczęcia" to właściwie zbiór opowiadań (a ja za opowiadaniami nie przepadam) nagle wszystko zaczęło się zazębiać. Autorka musiała bardzo dobrze znać swoje bohaterki, bo naprawdę po mistrzowsku zaczęła łączyć nitki poszczególnych historii. Finał książki jest po prostu cudowny, a ja wzruszyłam się nieprzeciętnie. Pomijając kwestię religijności, poglądów i ocen, wniosek nasuwa się jeden - każda z decyzji podjętych przez nasze bohaterki była dobra. Ale też każda z nich wpłynęła drastycznie na życie tych kobiet i sprawiła, że świat wkoło nich zawirował.
Powieść, pomimo tego, że porusza bardzo trudny temat, zachwyca humorem. Autorka w powieści umieszcza wiele śmiesznych scenek i dialogów, które pozwalają rozładować emocje. A tych podczas czytania naprawdę nie brakuje. Myślę, że każda z czytelniczek odnajdzie w powieści samą siebie. Jeżeli nie przechodziła podobnych problemów i rozterek, co nasze bohaterki, to na pewno utożsamia się z niektórymi głoszonymi przez nie poglądami. Podczas lektury wiele razy zastanawiałam się jakbym postąpiła, gdybym znalazła się w takiej sytuacji, jak nasza bohaterka. Gdzieś w połowie powieści przestałam snuć takie rozważania i zmusiłam siebie do odbierania powieści jako po prostu - powieści. W innym przypadku zwariowałabym roztrząsając i oceniając poszczególne historie.
Świetna książka. Powinna ja przeczytać każda kobieta; zarówno ta stojąca z transparentem w słynny czarny poniedziałek jak i ta, która trzyma w ręku transparent "Stop aborcji". Każda. Bez wyjątku. 

środa, 19 października 2016

Wakacje z krową, czołgiem i przestępcą

Jak każda Mama "książkocholiczka", obserwując rozwój moich dzieci ze strachem zastanawiałam się, czy moje potomstwo pokocha słowo pisane. Starsza tak pod koniec trzeciej klasy wsiąkła w "Dzienniki Cwaniaczka", a potem już poszło. Chlipała nad losami Nemeczka w "Chłopcach z placu Broni", a na wakacjach nie rozstawała się z kolejnymi tomami "Zwiadowców". A Młodszy? Do niedawna nie rokował nadziei na zostanie "książkochłonem". Poczytywał po stronie jakieś książeczki, ale dziwnym trafem, jak tylko zaczynał czytać, ogarniało go takie zmęczenie, że kontynuacja lektury była wręcz niemożliwa. Zgnębiona zastanawiałam się, co będzie dalej. Do wczoraj. Po wieczornej kąpieli moje dziecię wyleciało z łazienki w piżamie i z obłędem w oczach latało po mieszkaniu z okrzykiem "Gdzie moja krowa? Gdzie mój czołg?!" Tata z przerażeniem słuchał wznoszonych okrzyków, a mi miód spłynął na serce. Domyśliłam się, że szuka "Wakacji z krową czołgiem i przestępcą", którą to książkę zabrałam Mu z półeczki z  zamiarem przeczytania. No!
Kiedy poznajemy Kubę, chłopiec wybiera się właśnie na cmentarz. Idzie tam z dziadkiem, który postanawia wybrać sobie miejsce na wieczne odpoczywanie. Dziadek generalnie ostatnio jest jakiś smutny i bez energii, dlatego mama Kuby podejmuje decyzję o wysłaniu dziadka wraz z wnukiem na wakacje na wieś. Aby Kubie nie było smutno, proponuje również wyjazd najlepszemu przyjacielowi syna - Wojtkowi. Chłopcy są załamani. Kuba marzył o kolonii, a nie o wyjeździe na głupią wieś, a Wojtek nie wyobraża sobie wyjazdu w miejsce, gdzie nie będzie telewizora. Chłopcy robią wszystko, co im przyjdzie do głowy, aby popsuć plany wyjazdu, przez co wdają się w aferę z dyrektorem swojej szkoły oraz z domniemanymi handlarzami dzieci. Niestety - nic z tego. Załamani chłopcy trafiają na wieś do domu Cioci Agnieszki. Wieś okazuje się całkiem interesującym miejscem, a ilość przygód, jakie przeżywają Wojtek i Kuba, starczyłaby na pełnometrażowy film. Wtajemniczać Was nie będę, bo nie mam zamiaru psuć przyjemności czytania. 
Nie zniechęcajcie się tym, że "Wakacje..." to kontynuacja przygód naszych dwóch bohaterów. Pierwszy tom pt. "Bery Gangster i góry kłopotów" zupełnie nie łączy się z drugim tomem. Mnie fakt nieznajomości pierwszej części początkowo zniechęcił, ale kazało się, że zupełnie niepotrzebnie. 
Książka napisana jest bardzo prostym i zabawnym językiem. Mój syn chichrał się nieprzeciętnie zwłaszcza, gdy chłopcy leczyli swojego kolegę śledziami i mlekiem. Autorka wykazała się świetnym poczuciem humoru i - co ważne - umiejętnością zarażania tym humorem małych czytelników. Przygody naszych bohaterów są tak zakręcone, że w czasie lektury, pełna podziwu czekałam, co mnie spotka na kolejnych stronach. Zresztą nie tylko słowo pisane  budziło w Młodszym uśmiech. Powieść jest bowiem okraszona świetnymi ilustracjami Moniki Pollak, które  dodają całej historyjce polotu i humoru. Nie ma strony, na której nie byłoby choć maleńkiego obrazka. Ułatwia to dzieciom czytanie, bo przecież im mniejsza ilość literek do pokonania na stronie, tym lepiej. Dzięki ilustracjom książkę - pomimo wizualnej objętości - czyta się błyskawicznie. A jaka duma jest w małym czytelniku że pokonał ponad 200 - stronicową powieść! Nie do opisania... 
"Wakacje z krową czołgiem i przestępcą" mogą się również pochwalić świetnym wydaniem. To jest ten format, który znam z powieści wydawnictwa "Skrzat", a który niezmiennie mnie zachwyca. "Nasza księgarnia", jak widać, również świetnie zna gusty małego czytelnika. Bardzo ładna okładka, dobrze rozmieszczony tekst - wszystko na swoim miejscu. 
Powieść polecam wszystkim - i małym i dużym. A najlepiej chyba czytać "Wakacje z krową czołgiem i przestępcą" wspólnie. Śmiechu przy takiej lekturze jest co niemiara i - co ważne - nikt się nie nudzi. 

wtorek, 18 października 2016

Dziedzictwo Orchana

Ormianie borykają się ze swoja tragedią zupełnie sami. Schowali to głęboko, jak coś cennego, w każdej sylabie języka, którego się uczą w szkółce sobotniej, w zapachu potraw i lamencie pieśni. W oddechu dzieci. 
Dziedzictwo Orchana str. 154 

Większość recenzji, które napotkałam w internecie przedstawia "Dziedzictwo Orchana" jako powieść o wielkiej miłości, jako sagę pewnego tureckiego rodu, dla której tłem jest ludobójstwo dokonane na Ormianach. Dla mnie to przede wszystkim książka o ogromnej tragedii, jaka spotkała Ormian. Tragedii nie do opisania, nad którą należy pochylić głowę i przepraszać nawet wówczas, gdy nie czujemy się jej winni. My, Polacy niewątpliwie jesteśmy narodem doświadczonym przez los. Butnym, walecznym, zawsze wysoko podnoszącym głowę. Mamy swoje Państwo, język i tradycje. Ormianie, będący najstarszym chrześcijańskim ludem Europy, nie mają nic. Rozproszeni po całym kontynencie są właściwie niezauważalni. Wskutek ludobójstwa dokonanego przez Turcję, w latach 1915-1918, liczebność Ormian zmniejszyła się z 2,1 miliona w 1912 r. do zaledwie 150 tysięcy w 1922 r. Dlatego właśnie należy zrobić wszystko, aby takie wydarzenia nie odeszły w zapomnienie. "Dziedzictwo Orchana" tę pamięć wspomaga choćby przez to, że niezmiennie znajduje się na wielu listach bestsellerów oraz na liście 20 najciekawszych książek 2015 r. 
1990 r. 
Kiedy poznajemy Orchana zmierza On do swojego rodzinnego domu na pogrzeb ukochanego dziadka. Dziadek był twórcą rodzinnej potęgi związanej z produkcją jedwabiu. Rzemiosło to towarzyszy rodzinie Orchana od dawien dawna. Orchan jest młodym biznesmenem i liczy na to, że przejmie po dziadku rodzinny interes. Dziadek w tej kwestii okazał się przewidywalny i rzeczywiście fabryki włókiennicze i inne aktywa trafiają w ręce Orchana. Poza rodzinnym domem, który dziadek zapisuje nieznajomej kobiecie o imieniu Seda. Ojciec Orchana jest zbulwersowany działaniami dziadka. Czuje się oszukany przez ojca i gniewnie zapewnia rodzinę, że wystąpi o unieważnienie testamentu. Orchan postanawia odnaleźć tajemniczą Sedę i dowiedzieć się, jakie motywy kierowały dziadkiem w chwili, kiedy zapisywał obcej kobiecie posiadłość będącą domem Orchana od setek lat. Krok za krokiem Orchan zbliża się do odkrycia tragicznej historii swojej rodziny, o której do tej pory nie miał pojęcia. 
1915 r. 
Kemal i Lucine żyją obok siebie na terenach dzisiejszej Turcji. Ona - piętnastoletnia Ormianka z bogatego domu, On - osiemnastoletni Turek, który wraz z ojcem pracuje dla rodziców Lucine. Kemal jest zakochany w Lucine i kiedy nadchodzi zapowiedź tragedii, robi wszystko, aby dziewczynę uratować. Niestety Lucine pozostaje ślepa na nadchodzące zagrożenie. Pewnego dnia wraz z matką i rodzeństwem zostaje wygnana z rodzinnego domu. Wraz z pozostałymi Ormianami zostaje wygnana a następnie prowadzona jest w tragicznym konwoju w kierunku pustyni Syryjskiej. Tam większość z jej towarzyszy umiera z wycieńczenia, głodu lub po prostu wskutek wszechogarniającej rozpaczy. 
Czy losy Kemala i Lucine kiedyś znowu się splotą? W jaki sposób wpłyną na losy Orchana? Uwierzcie mi - warto poznać tę historię. 
Historia Lucine jest wstrząsająca, a opisy podróży przez pustynię - zatrważające. Autorka, stosując pewien zabieg literacki postarała się, aby czytelnik emocjonalnie przeżył tę podróż. Na początku, choć w kilku słowach przedstawia poszczególnych Ormian wygnanych ze swoich domów. Rodzi to u czytelnika poczucie więzi z poszczególnymi osobami. Następnie na naszych oczach po kolei nasi bohaterowie są brutalnie uśmiercani.  Zaczęło się od opisu siostry Lucine, która w trakcie wędrówki po prostu została porwana przez jeźdźca pędzącego na koniu i nigdy już nie wróciła, a skończyło się na losach młodej kobiety w ciąży, której żołnierz bagnetem rozpłatał brzuch. 
Losy Orchana pokazują, że wojna jest w stanie pogmatwać losy ludzi i tak je spleść, że nic już nie jest pewne. Piękna, a jednocześnie straszna książka o szukaniu własnej tożsamości. To książka, która dowodzi, że powiedzenie "ludzie ludziom zgotowali ten los" jest nadal bardzo aktualne, a my musimy zrobić wszystko, aby TA historia nigdy więcej się nie powtórzyła. 

piątek, 14 października 2016

Świat Ruty

Powieść jakich mało. Iwona Żytkowiak zupełnie niedawno zaskoczyła mnie książką "Dokąd teraz?" i mając w głowie jej niepowtarzalny klimat wiedziałam, że "Świat Ruty" nie będzie typową, lekką powieścią. Nie spodziewałam się jednak tak dobrze skrojonej historii, tak silnie wpływającej na czytelnika. Parafrazując powiedzenie "Niebo w gębie" stwierdzę z czystym sumieniem: Niebo w głowie po prostu!
Ruta jest kobietą dziwną. W każdym mieście jest taki ktoś - kobieta, mężczyzna, osoba zawsze wiekowa, często mamrocząca coś pod nosem, często zbierająca różne przedmioty. Zawsze sama, odizolowana od społeczeństwa, budząca niechęć, często śmiech, rzadziej litość. Te osoby mają swój świat - niedostępny dla obcych. Ruta też ma swój świat, do którego pewnego dnia brutalnie wkracza Irena. Ich drogi spotykają się na skrzyżowaniu dróg, w pewien mglisty dzień, kiedy to Irena jadąc samochodem potrąca Rutę. Na szczęście skutki wypadku nie są tragiczne, jednak Ruta trafia do szpitala. Irena, czując się odpowiedzialna za Rutę, odwiedza ją w każdej wolnej chwili. Tam poznaje matkę i ojca Ruty. Od tego momentu czytelnik wsiada do wehikułu czasu i podróżuje po zakręconych meandrach polskiej historii, która przecież do spokojnych nie należy. Czas bliski drugiej wojny światowej  zapisał się w losach Polski wręcz tragicznie. Barlinek, będący miejscem akcji powieści, leży na terenie ziem odzyskanych, których mieszkańcy cierpieli podwójnie. Poznajemy Esterę i Anzelma - dwie wyjątkowo mocne postacie, poranione przez los. W pierwszej połowie XX wieku, kiedy odmienność nie miała prawa bytu, a przynależność do grupy miała ogromne znaczenie, nasi bohaterowie są społecznymi wyrzutkami. Estera jest właściwie Cyganką, ale trochę Polką, trochę Niemką, w pewnym stopniu Żydówką... takie pomieszanie w czasach, kiedy wszyscy nienawidzą wszystkich może przynieść tylko tragedię. Anzelm też nie ma łatwo. Sierota wychowywany przez służącą również nie znajdzie szczęścia. Oboje wpadają w sidła trudnych czasów, w których przyszło im żyć. Ruta jest owocem miłości dwojga pokiereszowanych ludzi i jako taka sama ma inne postrzeganie świata. 
Myśli Ruty poznajemy kiedy śpi. Wypadek nie spowodował większych obrażeń, ale nie wiadomo dlaczego Ruta nie chce się obudzić. Myśli są zwiewne, ułudne, trudne do uchwycenia. Jak to u osoby śpiącej - płyną lekko przez dotychczasowe życie, wspomnienia i ułudę. Te urywki ukazujące myśli Ruty wspaniale mi się czytało. Piękny język, lekki niczym piórko, bardzo kontrastował z opisami tego, co działo się w świecie realnym. Tu nie było miejsca na lekkość. Twarde odbicie rzeczywistości... chociaż leczenie kamieniami zahacza o pewną metafizykę. Cały "Świat Ruty" jest pełen takich sprzeczności. To dodaje powieści smaku i  charakteru. 
Dobra książka, chociaż niełatwa. Należy się nad nią pochylić i z pokorą przejść przez kolejne strony. Ale z drugiej strony rzadko kiedy losy ludzkie są cukierkowo różowe. Często są własnie takie jak Świat Ruty. Mocne.