czwartek, 15 listopada 2018

Gospoda pod Bocianem

Polska bocianami stoi i to niewątpliwie jest prawda. Jadąc z północy na południe (a tak jest, kiedy Szczecinianka wybiera się na wakacje w Bieszczady) można naprawdę napatrzyć się na te piękne ptaki. Są symbolem szczęścia i miłości; mówi się, że gospodarstwo, które posiada na swoim terenie bocianie gniazdo, będzie w przyszłości na pewno szczęśliwe. 
"Gospoda pod bocianem" przyciąga okładką. Piękną, delikatną, wskazującą na raczej babski kierunek rozwoju fabuły. Zapewniam Was, że może i babski, ale na pewno nie jest to romansidło. To raczej piękna saga rodu Bogoszów, która zabiera czytelnika w podróż przez historię - zarówno Polski jak i samej gospody. Czytelnik na dłuższą chwilę staje się członkiem rodziny i płynie wraz z jej członkami przez kilka dekad. 
Podróż rozpoczynamy w czasach współczesnych, kiedy to studentka Kasia przegląda stare szpargały. Jej uwagę przyciągnęło zdjęcie kobiety z dwojgiem dzieci, na tle Gospody pod Bocianem. Autorem zdjęcia był Konstanty Bogosz - ciepły staruszek – fotograf, który z wielką ochotę zabiera Kasię, a wraz z nią czytelnika, w podróż wspomnień. Płyniemy więc przez czasy obu wojen, czasy międzywojenne, trudną dolę powojenną, komunizm i wolną już Polskę. Bogoszowie trwają w Gospodzie pod Bocianem nawet w czasach komunizmu, kiedy gospoda zostaje upaństwowiona. Bogoszowie stoją na jej czele jako kierownictwo i całą rodziną mieszkają w części prywatnej gospody. Bocianie gniazdo, umieszczone obok gospody wraz z mieszkańcami obserwują radości i tragedie Bogoszów. A zapewniam Was, że losy tej rodziny są bogate w wydarzenia. Nestor rodu – Henryk, założył gospodę na kupionym dopiero co kawałku ziemi. Do szczęścia brakuje mu tylko żony i kiedy poznaje Teodorę wie, że tylko ta i żadna inna. Gospoda pod Bocianem jest świadkiem pierwszego wesela... choć nie do końca szczęśliwego. Nie wszystko idzie tak, jak para młoda sobie zaplanowała. Pojawiają się dzieci, ale pojawiają się też inne kobiety. Morderstwo i tajemniczy list, zaginięcie jednego z członków rodziny, trudne decyzje i wybory - to wszystko składa się na wzruszającą historię o rodzinie, przyjaźni zdradzie i miłości. 
Powieść jest napisana bardzo pięknym językiem. Autorka posiada bogaty zasób słownictwa i nie waha się korzystać ze swoich zbiorów. Urzekły mnie niektóre opisy (choć z zasady ich nie lubię). Wesele Bogoszów jest zestawieniem tradycji i zwyczajów weselnych z uczuciami osób w nim biorących - nieszczęściem panny młodej, desperacją nowożeńca i nadzieją na przyszłość członków ich rodzin, To, ile słów i uczuć przewija się przez jedno wydarzenie, to trudno opisać. 
„Gospoda pod bocianem” to książka na długie, jesienne wieczory. Z wielką przyjemnością - z kocem i kubkiem parującej herbaty - zatapiałam się w wydarzenia prezentowane w powieści. Trochę drażnił mnie współczesny wątek, bo właściwie oprócz Bogosza - Fotografa, nic nowego do fabuły nie wnosił. Trochę na siłę, właściwie bez polotu... Dopiero przy końcu powieści zrozumiałam, że ten wątek spinał wszystko, aby na końcówce zalśnić. 
Dawno nie czytałam tak rozbudowanej powieści. Trochę jak baśń dla dorosłych - wiele wątków płynie przez całą książkę, niektóre w połowie zanikają, inne urywają się niczym zerwana nić. Ta wielorodność budzi w czytelniku nieposkromioną ciekawość. Zaczynamy kibicować bohaterom, a zwłaszcza Tosi, która pomimo nieszczęść i przeciwności losu - trwa w gospodzie. Nawet kiedy odchodzi z tego świata wydaje się komenderować światem z czarno - białej fotografii. 
Takie sagi są ozdoba księgarskich półek. Nie jest to książka na chwilę. To powieść dla koneserów pięknego słowa. Polecam.

środa, 14 listopada 2018

Okruchy dobra

"Okruchy dobra" to powieść, która zbudowana jest według uwielbianego przeze mnie schematu. Najpierw poznajemy kilka osób, pozornie ze sobą niezwiązanych. Następnie drobne sprawy, przypadki i zbiegi okoliczności, lekkie muśnięcie i wymienione w biegu spojrzenie - to wszystko powoduje, że losy bohaterów zaczynają splatać się ze sobą. Początkowo delikatnie, niczym pajęczyna, snują się wspólne nitki, które wraz z rozwojem wydarzeń, przeradzają się w uczucie i przywiązanie. To jest schemat powieści, który przyciąga mnie jak magnes. Jeżeli dodamy do tego magię Świąt Bożego Narodzenia, otrzymamy książkę, która skradła moje serce. 
Siedmioro bohaterów (nie licząc ptaszka, kota i konia) pozornie niezwiązanych ze sobą. Jowita, Małgorzata, Szymon, Anka, Roman, Karolina i Ignacy - każdy wyjątkowy, każdy poharatany przez los, każdy oczekujący od świąt Bożego Narodzenia chwili wytchnienia. Jowita samotnie wychowująca córeczkę, musi uporać się z porzuceniem przez męża. Anna pragnie ciszy i spokoju po rozwodzie. Roman który stracił żonę, pragnie od syna (obwiniającego go o śmierć mamy) choć cienia uśmiechu, Szymon kocha ale jest inna i jeszcze coś.... Najbardziej ujął moje serce Ignacy - krakowski dorożkarz - samotnik, któremu do szczęścia potrzebne jest jedynie towarzystwo jego konia, pieszczotliwie zwanego Adasiem. Losy tych osób są najczęściej smutne i przejmujące, jednak autorki przeplatają je świątecznymi drobiazgami, tak zwykłymi dla tego magicznego okresu. Śledzie, pierogi, zakupy na ostatnią chwilę, wybieranie bombek, problemy z zaparkowaniem auta przed sklepem - to wszystko dodaje tym historiom szczypty magii i zapachu pierników z pomarańczami. 
Gdzieś tak w połowie powieści zaczynamy czuć, że coś się zmienia. Pozornie drobne gesty i sprawy, ta przemożna chęć niesienia pomocy innym w przedświąteczny czas powodują, że poszczególne osobny zaczynają się spotykać. Niby przypadkiem, niby niechcący - przecież to magiczny czas prawda? 
Zakończenie jest piękne. Ciepłe i wzruszające. Czytając wzruszyłam się nieziemsko. Przecież to z jednej strony takie prawdziwe, a z drugiej bajkowe i magiczne. 
To powieść z tych, które zostają w sercu na długo. Jest taka zwykła, a jednocześnie świątecznie magiczna. Tu nie ma przekoloryzowanych bohaterów rodem ze świątecznych reklam Coca - coli i Kawy Jacobs. Jest za to zwykłe życie - trudne i często okrutne - w które wkrada się iskierka nadziei przyniesiona przez Aniołka. Fabuła została osadzona w Krakowie, a w tym mieście prezenty przynosi dzieciom właśnie Aniołek, a nie Mikołaj. Kraków jest tym miastem, który do powieści świątecznych wyjątkowo pasuje. Sukiennice, Rynek obsypany śniegiem i dorożki. Dorożki to bardzo ważny element, bo dzięki nim mogłam poznać mistrza drugiego planu - konia Adasia. Adaś to najlepszy przyjaciel Ignacego. To On codziennie zmusza swojego właściciela do wstania z łóżka. Przecież trzeba konia nakarmić, trzeba zarobić na paszę, wyczyścić zwierzaka i szepnąć w uszko kilka ciepłych słówek. Jeżdżą więc wysłużoną bryczką po magicznym Krakowie i wożą zabieganych ludzi. Aż pewnego dnia do dorożki wsiada Małgorzata... 
Autorki stanęły na wysokości zadania tworząc świąteczną powieść o prozie życia. Każdy z bohaterów na pierwszy rzut oka wydaje się nieszczęśliwy, ale wystarczy mały gest, garstka czułości i magia świąt wygrywa. Bo to właśnie Święta Bożego narodzenia są tym czynnikiem, który w naszych bohaterach budzi chęć do przeżycia czegoś niesamowitego. Gotowi na przyjęcie Bożonarodzeniowego Aniołka chwytają życie garściami. Czego i Wam życzę. 

wtorek, 13 listopada 2018

Pokój kołysanek

Święta zbliżają się wielkimi krokami. Właściwie to ogromnymi. Nie mamy już wyboru - wszystko pomału się świeci, błyszczy i przyzywa magicznym skojarzeniem z choinką i prezentami. Uwielbiam ten okres nie tylko za atmosferę, ale również za wysyp wyjątkowo ciepłych i magicznych książek, które swoją atmosferą ogrzewają serca czytelników. Ich przepiękne okładki błyszczą się, mienią i wołają mnie z każdej księgarskiej półki. Treść też zawsze jest godna uwagi. Nigdy, przenigdy się jeszcze nie zawiodłam. 
"Pokój kołysanek" to książka, której okładka jest najpiękniejszą okładką, jaką kiedykolwiek widziałam. Przepiękne zdjęcia maleństwa w koszyczku, odzianego w żółtą czapeczkę i otulonego miękkim szalem. Do tego mieniące się i skrzące gwiazdki... coś przepięknego. Bałam się tylko, czy treść jest równie godna uwagi, co okładka. Nie zawiodłam się. Powieść przeczytałam, chłonąc fabułę i zerkając za okno, czy przypadkiem śnieg nie zaczyna prószyć.  
Joachim jest wolontariuszem w jednym z poznańskich szpitali. Staruszek, który ma już ponad osiemdziesiąt lat codziennie rano ubiera się i maszeruje do szpitala, aby przytulać wcześniaki - maleństwa dziko walczące o pozostanie po tej stronie światła. Tuli, głaszcze, a przede wszystkim mówi. Opowiada małym wojownikom o swoich podróżach i przygodach; robi to pięknym, ciepłym głosem, który jednak łamie się w chwilach, gdy wspomnienia wiodą go do Koralików i do imienia Helena... Pomału poznajemy przeszłość Joachima i razem z nim szukamy ciepła i miłości. Joachim przez całe życie rozpamiętywał, co by było, gdyby... gdyby został... gdyby pozwolił się kochać. Towarzyszymy mu w odkrywaniu tajemnic jego życia i w odnajdywaniu ciepła i miłości, a wszystko w atmosferze zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. 
Autorka każdą stronę wypełnia sercem i czułością. Pokazuje cuda, ale takie życiowe, które mogą spotkać każdego z nas. To jak muśnięcie skrzydeł motyla - delikatne zbiegi okoliczności budzące emocjonalne tornado. Historie o dzieciach wychowywanych w domu dziecka, (o ich potrzebie czułości, o tym, że cieszyły je najmniejsze drobiazgi) wypełniały całe moje serce. Mała Rysia, która nie mogła poradzić sobie z emocjami, wspólne wieczorne opowiadanie bajek, wesołe zabawy na śniegu (choć w domu były tylko jedne sanki i para nart) - słowem wielka kochająca się rodzina. Dzieci pokochały Joachima i pokazały mu drogę do szczęścia, jednak On ciągle szukał. Czy podjął dobrą decyzję?
Kiedy dotarłam do zakończenia płakałam jak bóbr. Bo każdy, w powieści świątecznej, oczekuje szczęśliwego zakończenia, a tu... no właściwie jest happy end, ale taki inny - trochę magiczny, pachnący piernikiem i aniołami. 
Niesamowita powieść pokazująca, że należy się cieszyć z tego, co posiadany, bo nawet się nie obejrzymy, a możemy to stracić. Wyciskajmy każdą minutę jak cytrynę i żyjmy tak jakby każdy dzień miał być tym ostatnim. Rozglądajmy się wkoło siebie i pomagajmy innym.  
Powieść jest inspirowana postacią Dawida Deutchmana - starszego Pana, który w każdy wtorek odwiedza Oddział Intensywnej Terapii Dziecięcej w Atlancie, aby tulić maleństwa. Tu nie chodzi o to, że są sierotami - po prostu ich rodzice muszą pracować i nie mogą spędzać całych dni w szpitalu. Ten cudowny człowiek przychodzi tam aby otaczać ciepłem i miłością małe istotki, dziko walczące o życie. 
"Pokój kołysanek" jest świetną książką na prezent dla ukochanej osoby. Robi wrażenie zarówno przy pierwszym spotkaniu (kiedy to podziwiamy okładkę) jak i podczas podróży z Joachimem przez jego życie. A już zakończenie... polecam. 


piątek, 9 listopada 2018

Wodecki. Tak mi wyszło

Zbigniew Wodecki. Wielki człowiek o cudownym sercu. Wspaniały piosenkarz, świetny skrzypek, rewelacyjny trębacz. Wszystko co robił, robił z lekkością i pogodą ducha. Krakus z serca i rozumu. Twórca wielu pięknych piosenek (i nie mam tu na myśli tylko "Pszczółki Mai" i "Izoldy") Człowiek, którego twórczość była trochę pomijana, trochę zapomniana, trochę lekceważona. Niby wszyscy go znamy, ale ile razy doceniliśmy Jego twórczość? Potrzebował publiczności; poklask był dla Niego konieczny do prawidłowego funkcjonowania. Jego obecność w "Tańcu z gwiazdami" wynikała własnie z tego, że bardzo bał się zostać zapomniany. Uwielbiał rozdawać autografy, uwielbiał być rozpoznawany, a jednocześnie emanował skromnością i pogodą ducha. 
Kiedy zobaczyłam książkę pt. "Wodecki. Tak mi wyszło" wiedziałam, że musi być moja. Zawsze miałam słabość do Jego piosenek. A już refren ze słowami: "... czy nie stanie w nich czasami tamten chłopak ze skrzypcami?" podbił serca całej mojej rodziny. Grube tomiszcze nadeszło do mnie w najlepszym momencie. Chora siedziałam w domu i miałam czas. Zatonęłam, zadurzyłam się w tej książce. Rewelacyjna. 
Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza, to reportaż - rzeka o tym, jak "Zbiegniw Wodecki spotkał Mitch&Mitch i co z tego wynikło". Z reportażu piosenkarz wychyla się jako człowiek bardzo nieśmiały, wręcz społecznie wycofany, co nie zmienia faktu, że bardzo zdolny. Ten talent obronił i siebie i Zbyszka. Kiedy jego pierwsza płyta przechodzi bez echa, rozżalony piosenkarz właściwie o niej zapomina. Przez wiele lat czarny krążek kurzy się na półkach, a na Allegro można go kupić za 10-15 zł Do czasu. Kiedy Maciej Moretti (Lider zespołu Mitch&Mitch) po wielu wielu latach dorwał tę płytę - zakochał się w niej bez pamięci. A już piosenka "Panny mego dziadka" stała się objawieniem. Muzycy postanowili zrobić z tej płyty coś na miarę obecnych czasów. Oczywiście konieczny był do tego Wodecki. Cudownie się czyta o tym, jak Panowie - pomimo różnic - spotkali się gdzieś po środku

Zbigniew Wodecki z muzykami Mitch & Mitch  Materiały Promocyjne Gazeta Wyborcza 
Różni ich wiele. Moretti ma przeszłość punkową, a Wodecki od dziecka występował na scenie w białej koszuli i w spodniach w kancik. Wiekowo dzieli ich całe pokolenie, bo Moretti ma dokładnie tyle lat, ile syn Wodeckiego. 
Spotykają się gdzieś w pół drogi i robią wielką rzecz. Przede wszystkim Zbigniew Wodecki odkrywa w sobie ducha sceny. Ze sztywniaka w garniturku przeistacza się w schowmena, który potrafi zaczarować publiczność. Kiedy pojawia się na imprezie OFF Festival, nikt nie wróży temu koncertowi sukcesu. A tu jest sukces i to jaki!!!
Siedziałam z nosem w książce i palcami na klawiaturze komputera i odkrywałam utwory, jakich do tej pory nie znałam. Ba! Odkrywałam też Wodeckiego, jakiego nie znałam. 
Niestety Wodecki to człowiek, który nie umiał odpocząć. Sam przyznał się, że wakacji to On nie miał od lat. Jechał gdzieś z rodziną i po dwóch dniach już się kręcił i wiercił, już jechał dalej. Nie mieli z nim łatwo... Część pierwsza kończy się smutno...
Druga część to wywiad rzeka Wacława Krupińskiego ze Zbigniewem Wodeckim. Tu jest dużo bardziej prywatnie i intymnie. Artysta opowiada o swoim dzieciństwie o latach młodzieńczych o trudach nauki gry na instrumencie... Sam przyznaje, że skrzypce odkryły się przed nim dopiero w szkole średniej. W podstawówce męczył się z nimi, a one z Nim. Opisuje nam swojej pierwsze wyjazdy z Ewą Demarczyk pierwsze rozterki - grać czy komponować? 
Powiem Wam że teraz - gdybym mogła przeczytać tę książkę jeszcze raz (ale tak, żeby to był mój pierwszy raz) - przeczytałabym ją w odwrotnej kolejności. Najpierw wywiad rzeka, a potem reportaż o przyjaźni Mitchów i Wodeckiego. Wtedy miałabym przed oczami Zbyszka - twórcę, śpiewaka, skrzypka i trębacza - pełnego energii i entuzjazmu. A tak zaczęłam czytać wywiad zaraz po tym, jak się spłakałam, czytając o śmierci tego Wielkiego Człowieka. Reportaż bowiem kończy się wspominkami przyjaciół Wodeckiego o tym, gdzie zastała ich straszna wiadomość o śmierci Wodeckiego. Następna część była więc czytana w cieniu myśli o tym, jak strasznie szkoda, że umarł...
To wspaniała książka. Pełna ciepła i humoru, pełna klimatycznego Krakowa i cudownej sztuki. Pełna Zbyszka Wodeckiego. Nic dodać nic ująć. Powinna utrzymywać się na liście bestsellerów przez długi, długi czas...
Rzadko to robię bo uważam, że podziękowania dla Wydawnictw to w mailach, a nie na forum, ale tym razem zrobię wyjątek. 
Droga Księgarnio "Tania Książka" - dziękuję! 

środa, 31 października 2018

Strrraszna historia. To okropne średniowiecze

Historia to jeden z tych przedmiotów, które kojarzą się raczej z wkuwaniem dat i nazwisk, niż ze zrozumieniem tego, co ukształtowało naszą współczesność. Któż z nas nie pamięta, z czasów szkolnych, długich słupków z datami i przypisanymi do nich wydarzeniami. Nazwiska, wojny, traktaty pokojowe - to wszystko mieszało się w głowach i doprowadzało do szewskiej pasji większość z nas. Ja osobiście zawsze darzyłam historię sympatią. Bazowałam raczej na skojarzeniach niż na wkuwaniu. Gdybym jeszcze miała wówczas pod ręką książki z serii "Strrraszna historia" to już w ogóle nauka byłaby czystą przyjemnością. 
"To okropne średniowiecze" to niepozorna książeczka, która w bardzo śmieszny i przystępny sposób przybliża młodemu czytelnikowi epokę średniowiecza. Rozpoczynając od 410 r., kiedy to Rzymianie opuścili Brytanię, a kończąc na 1492 r. - kiedy to Kolumb odkrywa Amerykę - przemierzamy ciemną epokę średniowiecza. Trochę mnie rozczarowało to, że autor skupił się głównie na Europie Zachodniej, ale z drugiej strony jest to zrozumiałe. Gdyby autor był polskiego (albo choćby słowiańskiego) pochodzenia, mielibyśmy pewnie dużo więcej Mieszków, Piastów i Ruryków. Niestety mamy głównie Francję, Brytanię  i Szkocję. Nie przeszkadza to jednak zbytnio, ponieważ wiele faktów i ciekawostek dotyczyło wszystkich ówczesnych mieszkańców Europy, bez względu na ich miejsce zamieszkania. Ciekawostek książka dostarcza całe mnóstwo, np.  

  • Dorośli nie zajmowali się dziećmi, póki te nie ukończyły 6 roku życia ze względu na zbyt duże ryzyko zgonu. Tylko jedno dziecko na dziesięcioro dożywało dziesiątego roku życia. 
  • Anglosasi wierzyli, że dzieci urodzone w piątek będą nieszczęśliwe, więc je po prostu zabijano zaraz po urodzeniu. 
  • Najlepszym sposobem na kaca jest picie bez nakrycia głowy.
  • Za fałszowanie królewskich monet fałszerzowi przywiązywano rękę do drewnianego klocka, przykładano do przegubu rzeźnicki topór i uderzano weń młotem tak długo, aż odcięta dłoń odpadała. 
  • Płynąc jedną z angielskich rzek, trzeba było uważać, ponieważ co pewien czas, w poprzek rzeki, usytuowano publiczne latryny. Pasażerowie statku obserwowali więc gołe półdupki wystające nad rzeką i musieli uważać, aby nie dostać w głowę bombą. 
Trudno szukać tu wiedzy, która przyda się na egzaminie czy też na maturze. Zapewniam was jednak, że ciekawostek jest tak dużo, i podane są w tak przystępny sposób, że można zadziwić niejednego nauczyciela historii. 
Seria "Straszna historia" zawiera sporo książek, z których każda traktuje o innym temacie. Możemy poczytać o Normanach, o krwawych rewolucjach, odjazdowych jaskiniowcach czy też wrednych Rzymianach. Osobiście miałam w ręku trzy książeczki z tej serii i każda mile mnie zaskoczyła. Sporo ilustracji komiksowego formatu bardzo umila czytanie i nadaje przekazywanej wiedzy taki półżartobliwy charakter.
Podsumowując - naprawdę świetna seria, przekazująca młodym czytelnikom informacje, których na próżno szukać na lekcjach historii. 

poniedziałek, 29 października 2018

Kraina opowieści. Zaklęcie życzeń.

Uwaga - będzie słodko. To absolutnie fantastyczna, genialna, rewelacyjna, niedościgniona i fenomenalna powieść! Wystarczy. Teraz o szczegółach.
Pierwszy tom z serii "Kraina Opowieści", pt. "Zaklęcie życzeń" , jest spełnieniem moich dziecięcych marzeń. Czytając baśnie (różne i wszelakie, bo molem książkowym byłam od zawsze) marzyłam, aby móc wejść do krain, w których dzieje się akcja. Jeżeli jest to niemożliwe, to chociaż niech ktoś napisze o tym książkę. Siedziałam i wyobrażałam sobie "co by było gdyby", lecz najczęściej wyobraźni wystarczało mi do spotkania czy to Kopciuszka, czy Królewny Śnieżki. 
No właśnie. Gdybym dorwała "Zaklęcie życzeń" jako dziecko, to prawdopodobnie zwariowałabym ze szczęścia. Teraz przeczytałam książkę - początkowo z rozrzewnieniem, ale im dalej, tym bardziej rozrzewnienie zamieniało się w zainteresowanie i podziw dla autora. 
Alex i Conner Bailey są bliźniakami. Takimi, co to diametralnie się od siebie różnią, ale jak trzeba, to w ogień za sobą skoczą. Alex jest świetną uczennicą i bardzo rozgarniętą dziewczynką. Conner - wręcz przeciwnie. Zdarza mu się zasnąć w czasie lekcji, co więcej - rzadko kiedy wie, o co nauczycielom chodzi. Nauczyciele jednak patrzą na niego z pobłażaniem połączonym ze współczuciem. Dzieci bowiem straciły w wypadku samochodowym ojca. Babcia z Mamą robią wszystko, aby tęsknota za tatą była jak najmniej dokuczliwa, ale zapełnienie pustki w sercu jest raczej niemożliwe. 
Pewnego dnia Alex otrzymuje od babci, w prezencie urodzinowym, książkę z baśniami. Od tej pory nic już nie będzie takie samo. 
No cóż - koniec końców dzieci... a zresztą taki krótki cytacik:
Alex pobladła i na chwilę przestała oddychać. Odgadła gdzie się znajdują. Nic dziwnego, że tutejsze drzewa wyglądały tak znajomo. Tyle razy w dzieciństwie widywała je na ilustracjach. Książka zabrała ich dokładnie w to miejsce, w którym Alex pragnęła się znaleźć. (...)
- Czy to możliwe? - spytał Conner. - Wiesz, gdzie jesteśmy?
- Myślę, że tak - odparła Alex.
- Gdzie? - drążył jej brat, obawiając się usłyszeć odpowiedź.
- Conner, trafiliśmy do książki - wyjaśniła, ale on nie załapał. - Myślę, że znaleźliśmy się w Krainie Opowieści. 
Dzieciaki trafiają do krainy Baśni, jednak nie są z tego powodu zachwycone. Pragną wrócić do domu, jednak chcąc znaleźć drogę powrotną, muszą wykonać masę niebezpiecznych i tajemniczych zadań. Wśród bohaterów, których spotykają, przewija się Roszpunka, Kopciuszek, czy też Czerwony Kapturek, który jest zupełnie inny niż ten znany nam z popularniej Baśni. Jest czarodziejska fasola, Królewna Śnieżka, trole i zły wilk. Najważniejszą jednak rolę odgrywa Zła Królowa z Królewny Śnieżki. Rozwiana zostaje tajemnica mojego dzieciństwa i czytelnik dowiaduje się, co doprowadziło do tego, że macocha Śnieżki była taka zła. 
To naprawdę wspaniała powieść, w której wydarzenia gonią się nawzajem, a przebieg akcji nie pozwala odetchnąć czytelnikowi ani na chwilę. Taki baśniowy rollercoaster, wiozący nas przez tajemniczą krainę. Już, już czytelnikowi wydaje się, że wszystko wie, a tu ziuuuuuuu... i znowu nic nie wiadomo. Dzieci kilka razy ocierają się o śmierć ale - jak to w baśniach bywa - wychodzą cało z opresji. A już zakończenie - cud, miód i orzeszki. 
Całości dopełnia przepiękne wydanie. Kiedy wzięłam książkę do ręki skojarzyła mi się z Biblią dla dzieci. Zupełnie nie wiem skąd to skojarzenie, ale takie miałam. Grube tomiszcze formatu A5 w twardej okładce, zdobionej złoceniami. W środku bardzo przyjazna czcionka i czarno - białe ilustracje, które są świetnym uzupełnieniem bajkowego klimatu. Dodam, że ilustracje są śliczne i należy ubolewać że jest ich tak niewiele. 


Myślę, że ta powieść to odkrycie na miarę Harrego Pottera. Jeżeli autor utrzyma tak wysoki poziom w kolejnych tomach, to powstanie naprawdę świetna seria i rewelacyjny materiał na film. 
Na zakończenie dodam, że jeżeli zastanawiacie się nad książkowym prezentem dla dziecka, to "Zaklęcie życzeń" nadaje się do tego idealnie. Uwierzcie mi - z taką samą ciekawością pochłonie książkę sześcioletni brzdąc, jak i osiemnastoletnia pannica. Polecam!

piątek, 26 października 2018

Wielka książka o....


Jak rzadko ja - rozchorowałam się okrutnie. Przyplątało się jakieś choróbsko i odplątać się nie chce. Siorbię, kaszlę, leżę i ... czytam. Czasu mam sporo, to korzystam. I to wielki plus tej choroby - czas. Czas, który mogę spożytkować na czytanie książki o wielkim człowieku - Zbigniewie Wodeckim. 
Marzyłam o tej książce, bo uwielbiam gościa. I to wcale nie za pszczółkę Maję, Bacha czy Izoldę. To zna każdy. Uwielbiam go za to, kim był. Za jego poczucie humoru, za radość z życia, za piękną grę na skrzypcach. Wielki człowiek doceniony dopiero u zmierzchu swojego życia. 
Agora SA zrobiła coś wielkiego wydając tę książkę. Dla mnie - przyjemność ogromna. Siedzę pod kocem, w lewej ręce książka, prawa dłoń przy klawiaturze komputera. Bo przecież You Tube to coś wielkiego. Wszystko można znaleźć. Każdy epizod mogę obejrzeć ocenić... uronić łzę. Wzruszyło mnie nagranie z pierwszej płyty, wzruszył mnie czardasz z Mariuszem Patyrą, który jest Guru mojego syna... 
Jeżeli chcecie poznać tę książkę to zapraszam do Taniej Książki. Warto się pochylić. Zresztą posłuchajcie. Piękna piosenka. Prosta. Magiczna.  


A to czardasz grany z p. Mariuszem Patyrą. To jest skrzypcowe mistrzostwo świata. Mój syn potrafi "zawiesić się" przy tym nagraniu na kilka powtórzeń. Dodam że ma 9 lat, a jego gra na skrzypcach ... no cóż, dobrze, że ma dobre wzorce :-)))


poniedziałek, 22 października 2018

Najnudniejsza książka świata

No tak. Zrecenzować książkę, której autorzy za zaletę uznają coś, co przy innych książkach uznawane jest za wadę to naprawdę wyzwanie. Tak! Ciśnie się na usta komentarz, że ta książka jest... rewelacyjnie nudna... po prostu wyjątkowa. I to chyba najlepsze określenie na to, co znajdziemy pomiędzy okładkami "Najnudniejszej książki świata". O jej wyjątkowości świadczy choćby fakt, że w wielu księgarniach znajduje się na liście bestsellerów. Każdy, kto ma ochotę na garść ciekawostek podanych w dość specyficzny sposób powinien sięgnąć po tę książkę. I proszę się nie zrażać! Ta książka jest naprawdę nudna, ale w bardzo ciekawy sposób (jeśli można to tak określić).  
Pierwsze, co należy zrobić to przekartkować - jeśli dacie radę. Moja koleżanka z pracy przekartkowała, pośmiała się, zatrzymała się na niektórych rozdziałach, po czym stwierdziła, że przeczytała. Tak pewnie uczyni większość czytelników, bo niektóre rozdziały wydają się nie do przebrnięcia.  Np. artykuł "O pomiarze intensywności wiercenia się słuchaczy..." Nie dałam rady, ale dodam, że ze śmiechem porzuciłam lekturę tego artykułu. Podobnie było przy studiowaniu rodzajów śniegu, albo rodzaju łyżeczek (no, zgadnijcie, ile rodzajów łyżeczek wymienił autor?*). Śmiałam się ja, śmiała się moja rodzina i każdy, komu pokazywałam tę książkę. 
Są jednak i takie artykuły, które czytałam z wielkim zainteresowaniem, np. o rodzajach kiszonych ogórków, albo o rondach (dodam, że autor jako ciekawostkę podaje, że w mieście Redditch, niedaleko Birmingham w Wielkiej Brytanii, jest ponad 40 rond. Sprawdziłam - w moim rodzinnym Szczecinie jest ich 46!) Wcale nie uśpiły mnie ciekawostki z dziejów snu, czy też rozdział pt. "Jak zagrać walczyka Celebrated Chop". No ale już "O rozwiązaniach mechanicznych stosowanych w kręgielniach" nie dałam rady :-)
Podsumowując - wcale się przy lekturze tej książki nie nudziłam, a przynajmniej podczas lektury większości rozdziałów. Zawiera ona tyle nikomu niepotrzebnych ciekawostek, że  trudno się od niej oderwać. A to, co nie jest ciekawe, jest po prostu śmieszne do bólu brzucha. 
Nie liczcie kochani że przy niej zaśniecie. Zapewniam Was, że będziecie się dobrze bawić wertując ją od początku do końca i z powrotem. Nie jest to bowiem książka, którą się czyta od deski do deski, bo tak rzeczywiście można zasnąć. Tę książkę bowiem otwiera się na chybił trafił, a następnie należy zagłębić się w przedstawionej tematyce i zrobić wszystko aby dobrnąć do końca.  Świetna zabawa dla każdego. 
* autor wymienia 57 rodzajów łyżeczek 


czwartek, 18 października 2018

12 miesięcy z Mikołajem czyli trawnik pełen reniferów

Do Świąt Bożego Narodzenia jeszcze kawał czasu, ale to nie przeszkadza w czytaniu tematycznych książek. Każdy chyba uwielbia powieści o Świętym Mikołaju, prezentach i ciepłych uczuciach, które towarzyszą tym wyjątkowym świętom. A jak jeszcze książka napisana jest z humorem, to czytanie jej nabiera wyjątkowego charakteru. "12 miesięcy ze Św. Mikołajem czyli trawnik pełen reniferów" spełnia wszystkie moje świąteczne zachcianki. To książka ciepła, klimatyczna i z humorem tryskającym z każdej kartki - i to jakim!
Wyobraźcie sobie zwykłą rodzinę, która - jak co roku - obchodzi Święta Bożego Narodzenia. Trochę zakręcony Tatko, Mama trzymająca całą rodzinę w ryzach i dzieci płci obojga - Lotte, będąca narratorem książki i młodszy o kilka lat chłopiec, o imieniu Lars. Sporą rolę odgrywa jeszcze Magnus, będący przyjacielem Larsa, ale o tym za chwilę. Pierwszego dnia Świąt Bożego narodzenia w drzwiach domu przy ul. Puszczykowej pojawia się Święty Mikołaj. Pracownicy Biura Bożego Narodzenia - chcąc go uchronić przed tłumem turystów oblegających Jego dom w Laponii - skierowali Świętego Mikołaja do domu przy ul. Puszczykowej, aby w spokoju spędził tam kolejny rok. Uznali, że tu będzie mógł wypocząć, a jak przyjdzie pora, to w skupieniu zajmie się przygotowaniami prezentów na kolejny rok. Efekt? Stadko reniferów pasących się w ogrodzie, ogromne sanie zaparkowane w garażu, psotne skrzaty harcujące w kuchni i książki poprzestawiane na opak przez pomocników Mikołaja. 
Życie rodziny staje na głowie. Mikołaj stara się jak może, nie być ciężarem w codziennym życiu, ale jest to niezmiernie trudne. Zalicza mnóstwo prześmiesznych wpadek, które wzbudzają w czytelniku salwy śmiechu. Z radością czytałam z Młodszym o wojnie na zielony groszek, o skrzatach przygotowujących prezenty i o tym, że wszystkie drewniane zabawki są robione ręcznie. A wiecie jak skrzaty dzwonią do drzwi? Stają jeden drugiemu na ramionach i robią wieżę tak wysoką, aby dosięgnąć do dzwonka. A wiecie, dlaczego skrzaty podczas spotkań wywalają książki z półek? Bo półki są świetnym miejscem do obserwowania tego, co się dzieje na podłodze! Zapewniam Was, że lektura jest wyjątkowo fascynująca głównie przez to, że mały czytelnik dowiaduje się o rzeczach, których do tej pory mógł się tylko domyślać. 
Książka jest tak cudownie ciepła, że zachciało nam się Bożego Narodzenia tu i teraz. Co z tego, że za oknem słońce... Postać Mikołaja jest wyjątkowo pocieszna i taka niezgrabna w poruszaniu się w codzienności ludzkiej. Nie przeszkadza Mu to w zdobyciu sympatii sąsiadki... nic więcej nie napiszę. 
Kochani - warto kupić "12 miesięcy ze Świętym Mikołajem". Może trochę za wcześnie na lekturę,  ale niewątpliwie, zaraz zarutko nadejdzie listopad, potem grudzień, a to czas w sam raz na tę lekturę. Polecam gorąco! 


wtorek, 16 października 2018

Skrzydła dla motyla

Kiedyś, dawno temu, przeczytałam książkę pt. "Kwiat pustyni". Zszokowała i nieźle mną wstrząsnęła, bo nie zdawałam sobie wówczas sprawy, że taki proceder, jak obrzezanie kobiet, jest w ogóle praktykowany. Uczuliłam się na problem i z przerażeniem czytałam pojawiające się co pewien czas doniesienia na temat tego zwyczaju. Zawsze zastanawiało mnie, jak można zrobić taką krzywdę własnej córce?
"Skrzydła dla motyla" to kolejna powieść poruszająca ten temat. Może nie do końca powieść... To raczej wspomnienia i przeżycia młodej kobiety, Ntalian Lolkoki, która wprowadza nas w swój świat. Opisuje beztroskie dzieciństwo i to, jak dorastała. Wraz z dwoma siostrami prowadziła tryb życia nieznany europejskim dzieciom. Od rana do nocy, na wielkim placu zabaw, jakim było dla dziewczynek otoczenie domu. Dorastała w kenijskiej wsi, której mieszkańcy żyli zgodnie z przyrodą i jedli to co im ziemia dała. Ntalian opisuje stada słoni, zabawy w dżungli... słowem wszystko to, co my znamy właściwie tylko z książek. Z wielkim zaciekawieniem czytałam tę część książki. Wprowadzała mnie w nieznany świat szkoły prowadzonej przez misjonarzy, plemiennych zależności i pozycji kobiet w wiosce, w której dziewczyna mieszkała. 
Gdy Ntalian miała dwanaście lat została obrzezana. Dwa słowa - "Została obrzezana" - położyły się cieniem na całym życiu tej młodej kobiety. Ntalian pozwala nam obserwować, jak jej życie seksualne i (co gorsza) emocjonalne - zanika. Staje się pusta i niezdolna do odczuwania czegokolwiek. Trochę mnie drażniła postawa autorki i to wieczne użalanie się nad sobą. Szybko jednak moje odczucia zmieniły się, kiedy okazało się, że pomimo traumy udało Jej się wyrwać z Kenii i podjąć próby życia na własny rachunek. Moim zdaniem Jej postawa życiowa wynikała z braków emocjonalnych - nie potrafiła kochać, właściwie nic Jej nie interesowało. Ciągle szukała swojej drogi. Kiedy jednak wróciła do Kenii po to, aby nawracać rdzennych mieszkańców na wiarę katolicką... no nie zdzierżyłam. Trudno mi było zrozumieć to postępowanie i rozchwianie na wszystkie strony świata. 
Książka zawiera sporo informacji na temat tego straszliwego procederu, jakim jest obrzezanie dziewcząt. Poraża to, że członkowie tych plemion nie widzą nic złego w tym brutalnym zwyczaju. Przecież i matka i babka i prababka - wszystkie były obrzezane, więc jak można nie obrzezać kolejnego pokolenia dziewcząt. Co więcej - wmawia się młodym kobietom, że jeżeli nie będą obrzezane, to nie będą w stanie stać się godną mężczyzny! Tragedia
Książka piękna w swoim przesłaniu i frustrująca podczas poznawania losów Ntalian. Trudno przejść do porządku dziennego nad straconymi szansami i związkami, które dziewczyna zaprzepaściła czy też po prostu nie zauważyła. Nie ulega jednak wątpliwości, że to bardzo ważny głos w walce z procederem obrzezania kobiet. Powieść godna poleceniom wszystkim. Bez wyjątku. 

środa, 10 października 2018

Lewis Barnavelt na tropie tajemnic. Zegar czarnoksiężnika

Nie ukrywam, że sięgnęłam po tę książkę po obejrzeniu zwiastunu filmu. Zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale bardzo chciałam najpierw przeczytać książkę. Mam wiele powieści, które pochłonęłam dopiero po obejrzeniu ekranizacji i zawsze psioczyłam na tę kolejność. Przecież po obejrzeniu Harrego Pottera, główny bohater zawsze będzie miał twarz Daniela Radcliffe. Taka sytuacja jest nie do przyjęcia więc szybciutko pochłonęłam te kilkaset stron i... super było. Naprawdę. "Zegar czarnoksiężnika" to pierwsza część ośmiotomowego cyklu i jeżeli każda część jest tak klimatyczna, to czeka mnie i moje dzieci nie lada przygoda.
Lewis jest bardzo rezolutnym chłopcem, który niespodziewanie zostaje sierotą. Jego rodzice giną w wypadku samochodowym przez co chłopiec trafia pod opiekę wuja Jonathana. Wuj jest czarnoksiężnikiem, czego wcale przed chłopcem nie ukrywa. Mieszka w domu pełnym zagadek i tajemnic. Chłopiec jest zachwycony zarówno wujkiem jak i jego magiczna sąsiadką. Oczywiście jest też tajemnica. Mianowice dom został przejęty przez wuja Jonathana po śmierci złego czarnoksiężnika, który chciał na zawsze zmienić świat. Lewis wraz z wujem i sąsiadką mają przed sobą arcytrudne zadanie. Muszą uratować ludzkość.
Powieść niestety pozostała w cieniu Pottera, ale zapewniam Was, że warto po nią sięgnąć. Klimat i nastrój panujący w powieści jest po prostu magiczny i zasłużenie, w wielu księgarniach, powieść ta znalazła się na półce z bestsellerami. Jest krótsza i niewątpliwie mniej skomplikowana, ale przez to bardziej dociera do młodego czytelnika.  Główny bohater - moim skromnym zdaniem - również bardziej przypadnie czytelnikowi do gustu. To zwykły chłopak, mający problemy z kontaktami w grupie rówieśniczej, ale bardzo sympatyczny. Bardzo stara się o przyjaźń kolegi ze szkoły, przez co popada w "czarodziejskie"  tarapaty. Jest trochę nieśmiały, ale przy tym bardzo odważny. Na pewno spodoba się każdemu kto sięgnie po powieść. 
Powieść bardzo przyjemnie się czyta. Szybka akcja i lekkie pióro autorki przyczyniły się do tego, że przyjemność czytania rozłożyłam zaledwie na jeden wieczór i jeden ranek. Zachwycił mnie ten świat - pełen magii ale zupełnie innej niż ta znana z serii o Harrym. Tamta magia (przynajmniej w pierwszych tomach) była taka uczniacka, a tu mamy magię i złe moce w pełnym tego słowa znaczeniu. 
Lektura tej książki to rewelacyjna przygoda - pełna magii i skrząca od przygód. Wspaniała przygoda dla młodych czytelników. 

wtorek, 9 października 2018

Pod niebem pełnym zapytania

Rzadko kiedy moje podejście do książki ulega tak diametralnej zmianie, jak to miało miejsce przy powieści pt. "Pod niebem pełnym zapytania". Podchodziłam do niej jak pies do jeża. Piękna okładka przyciągała, ale świadomość, że autor jest księdzem... Nie ukrywam, że do Boga (tego znanego z kościoła katolickiego) mi daleko i na samą myśl o tekstach przepełnionych wiarą, robiło mi się mdło. Otóż nic bardziej mylnego. Gdyby wszyscy księża potrafili tak pięknie i delikatnie mówić o Bogu i wierze jak ks. Marek Chrzanowski - biegałabym do kościoła codziennie. Kochani, wolniej! Ta powieść absolutnie nie jest tylko o Bogu... Dobra - muszę chyba zacząć od początku. 
"Hotelik dla dwojga" to przepięknie położony pensjonat gdzieś w europejskich górach. Prowadzi go Magdalena - kobieta trochę poharatana przez los, ale szczęśliwa w tym, co robi. W pracy odnalazła swoją pasję i swoją miłość. Maciek (który na co dzień jest kierowcą w hotelu) bardzo długo starał się o względy Magdy, a gdy już je zdobył, wszystko runęło jak domek z kart. Czytelnik ma okazje podziwiać rodzące się uczucie ze wszystkimi tego konsekwencjami. Obserwujemy, jak Magda powoli się otwiera, jak Maciek czule ale stanowczo walczy o miłość swojego życia. Musi walczyć, ponieważ jego przeszłość jest trudna i bardzo zagmatwana. Aby zdobyć Magdę, chłopak zmuszony jest najpierw rozprawić się z duchami przeszłości. 
Wątek Magdy i Maćka to nie wszystko. Każdy rozdział zawiera inną historię opowiadającą o ludziach odwiedzających hotelik. Każda historia jest jedyna w swoim rodzaju - jedna ciekawa, druga zabawna, kolejna wzruszająca. Z ciekawością czekałam na nowych gości i historie, które niosą ze sobą. Magdalena jest wspaniałą obserwatorką, a jej wpisy, których dokonuje w notatniku pokazują czytelnikowi wiele z tego, co na pierwszy rzut oka umyka. 
I teraz to najważniejsze. Powieść jest po prostu magiczna... nie wiem, co powoduje takie odczucia, ale niewątpliwie tak jest. Może to, że książka jest ciepła niczym ogień z kominka i kapcie przed nim postawione. Może to, że w jej treści jest sporo poezji - takiej od serca i od Boga. Może to, że powieść jest pełna wiary w to, że każdy kiedyś znajdzie swojego Boga. Trzeba tylko mieć uszy i oczy szeroko otwarte. Wielu bohaterów powieści zaufało Bogu, a co za tym idzie żyje z Nim w zgodzie i powiem Wam, że nawet mi to w lekturze nie przeszkadzało. Co więcej - z zazdrością czytałam o tym, jak łatwo można powierzyć wszystkie troski Bogu i czekać aż załatwi za nas pewne sprawy. 
Bóg w tej powieści jest wszędzie, ale nie wprost. Unosi się nad kartami powieści niczym mgiełka i otula wszystko, łącznie z czytelnikiem. Tu nie ma zbędnego umoralniania,, nie ma cienia pogardy dla tych, którzy nie wierzą. jest za to zrozumienie i miłość - wielka i wszechpotężna. 
Na początku powieść wydała mi się po prostu nudna. Ot, dzień po dniu, obserwujemy życie, które leniwie toczy się w górskim hoteliku. Dopiero po kilkunastu stronach dotarło do mnie, że to nie jest powieść, w której bohater przeżywa miliard przygód na minutę. To powieść o nas samych. O tym, co nam w duszy gra. Kiedy czytałam, jak Magda odnajduje w hoteliku spokój, jak organizuje czytelniczy kącik, jak oddaje się cotygodniowym koncertom pianistycznym... zazdrościłam, po prostu. 

czwartek, 4 października 2018

Miłość na dziesiątej wsi

Bardzo, bardzo mi się podobało. Niezapomniany klimat, rewelacyjnie wykreowani bohaterowie, przemyślana narracja ... i ta sielska, wiejska atmosfera, sianem i jabłkami pachnąca!
"Miłość na dziesiątej wsi" to taka jednotomowa saga pokoleniowa. Rozpoczynamy podróż od Jacka i Basi. On zakochany w Sarze (Żydówce z sąsiedztwa) świata poza Nią nie widzi, Ona - zahukana, wiejska dziewczyna, niepewna swojego pochodzenia, a co za tym idzie - narażona na staropanieństwo.  Jacek dla swojej miłości rzuca szkołę, czego rodzice nie mogą mu darować. Za karę zmuszają go do małżeństwa z Basią chcąc Go ukarać związkiem z nieciekawą dziewczyną. Tak zaczyna się saga rodu Cichych. Przepiękny, a jednocześnie tragiczny opis ślubu i wiejskiego weselicha jest początkiem trudnej drogi tej pary. Oboje cierpią, oboje tęsknią i oboje... żyją dalej. Rodzi się dziecko za dzieckiem, co zmusza Basię do pracy ponad siły. Musi wyżywić swoje stadko, a na pomoc męża raczej nie ma co liczyć. Jacek nadal tęskni, a o swoje nieszczęście i ciągłą tęsknotę obwinia Basię. Jest jeszcze sąsiad o nazwisku Zarządca, którego obecność budzi w czytelniku niepokój. Pojawia się zawsze tam gdzie coś się dzieje - tajemniczy, bez korzeni, bez rodziny... I tak rok za rokiem, dekada za dekadą, płyniemy z Cichymi przez życie. Obserwujemy, jak dzieciaki dorastają i nagle uwaga czytelnika przenosi się na ich losy, pozostawiając Basię i Jacka trochę w tyle. Życiowe zakręty i miłosne zawiłości potomków naszych bohaterów są naznaczone brakiem szczęścia rodziców. Jakaś przeklęta jest ta wieś, bo tak naprawdę nikt nie jest do końca szczęśliwy. Nawet miłość - ta odnaleziona i odwzajemniona - jest gorzka i trudna do przełknięcia. Każdy ma jakieś tajemnice, każdy musi uważać, aby nie skrzywdzić bliskich sobie osób...
Powieść ta jest piękna nie tylko dlatego, że mówi o trudnych losach mieszkańców wsi i przeplata konary rodziny Cichych między sobą. Jej piękno wynika również z tego, że przepełniona jest miłością do przyrody i do takiego zwykłego, wiejskiego życia. Autorka pokazuje czytelnikowi, jak bardzo nasze istnienie zależy od natury, od pracy na roli i od miłości do tego, co ziemia nam urodzi. Ja jestem miastowa dziewczyna, ale kiedy czytałam o tym, jak cudownie jest przejść się po polu na początku jesieni, kiedy to wszystko pachnie tą porą roku ... uwierzcie mi - zatęskniłam. Oczywiście, że z książki wyziera również bieda, głód i choroby, bo przecież w okresie międzywojennym (i nawet powojennym), na wsiach było to na porządku dziennym. Nie zmienia to jednak faktu, że od wieki wieków, to przyroda była dla człowieka najważniejsza. Tylko teraz jakoś to nam gdzieś umknęło..... 
"Miłość na dziesiątej wsi" to trzeci tom cyklu "Saga z dziesiątej wsi". Ja to mam przysłowiowe szczęście do sięgania po kolejne tomy w zupełnie przypadkowej kolejności. Dopiero w trakcie lektury powieści, kiedy już się wciągnę i zachwycę, niespodziewanie dowiaduję się, że to któryś tam z kolei tom. Najczęściej jestem wściekła, ale tym razem dobrze się stało. Z docierających do mnie komentarzy wynika, że trzecia część sagi zawiera sporo powtórzeń z poprzednich tomów, co trochę psuje jej atmosferę i czyni ją lekko nudnawą. Ja - na szczęście - nie znam poprzednich części, więc dla mnie to po prostu powieść idealna. 
Zachęcam do lektury. Nie zważajcie na to, że to trzeci tom. Sięgnijcie i zanurzcie się w tym świecie. Świecie znaczonym ciężką pracą na roli i skomplikowanymi losami mieszkańców dziesiątej wsi. 

czwartek, 27 września 2018

Pamiętnik znaleziony w Katyniu


Janina Lewandowska - pilot, pierwsza Europejka, która wykonała skok spadochronowy z 5 km, jedyna kobieta zamordowana przez Sowietów w Katyniu.
Tę książkę można uznać za hołd oddany tej dzielnej kobiecie. Kiedy znalazła się w obozie, była podporą dla wielu więźniów, którzy nie radzili sobie z sytuacją w jakiej się znaleźli. Pomagała wszystkim, zawsze z uśmiechem na ustach, zawsze miła, podnosiła na duchu i dodawała otuchy. Nazywali Ją "Matką Boską Kozielską" co pokazuje, jaką dużą estymą i szacunkiem darzyli ją pozostali więźniowie. 
To piękna powieść, stylizowana na pamiętnik, zawierający notatki z okresu od 10 grudnia 1939 do 22 kwietnia 1940 roku. Powieść smutna i przejmująca, a jednocześnie radosna i wzruszająca. Maria Nurowska podeszła do tematu w charakterystyczny dla swojej twórczości sposób. Za to uwielbiam twórczość tej autorki. Pomimo tego, że czytelnik wie, jak to wszystko się skończy, pomimo tego, że czyta o życiu w obozie - z kartek powieści bije nadzieja. Widać że bohaterka kocha życie, widać, że nie traci ducha i liczy na to, że wszystko jakoś się ułoży. Rzadko kiedy przeżywa chwile załamania, a nawet jeśli - to robi to po cichu, w ukryciu, tak, aby nie zmartwić pozostałych współwięźniów. 
Maria Nurowska rewelacyjnie ukazuje obozową codzienność. Janka, jako jedyna kobieta była traktowana trochę inaczej niż mężczyźni. Miała swój "pokój", nie musiała też fizycznie pracować, a jedynie pomagała w kuchni. Widzimy jej delikatność i wrażliwość na potrzeby innych. Wzruszył mnie pomysł zorganizowania koncertu Hanki Ordonówny, w którą wcieliła się nasza bohaterka. Miała piękny głos i wielu więźniów uwierzyło, że śpiewała naprawdę Hanka. Wzruszyła mnie też miłość Janki i Azorka - pieska, który przybłąkał się do obozu. Wspierali się nawzajem i pocieszali w trudnych chwilach. 
Losy Janki przeplatają się  z losami Jej męża, który przeżył wojnę. Jego losy są jednak jedynie tłem - odskocznią od tego co działo się w obozie. Szczerze mówiąc - mogłoby równie dobrze ich nie być. 
"Pamiętnik znaleziony w Katyniu" to powieść która nakazuje pamiętać o tragedii, która wydarzyła siew katyńskich lasach. Jest niesamowita własnie dlatego, że o tragicznych sprawach mówi w lekkich słowach - tak spokojnie. Przez takie podejście do tematu powieść pozostaje w sercu i głowie czytelnika na bardzo, bardzo długo.