piątek, 26 sierpnia 2016

Nienachalna z urody

Książki Pani Marii Czubaszek do tej pory pochłaniałam jak ciepłe bułeczki. "Blog niecodzienny", "Boks na Ptaku", "Na wyspach Hula Gula" czy też "Każdy szczyt ma swój Czubaszek" - każda z tych książek powodowała pisk zachwytu i szybką myśl o konieczności posiadania ich w swojej biblioteczce. Każda z nich świetna, dowcipna, błyskotliwa, z niespotykaną szczyptą ironii (dla niektórych ta szczypta raczej chochlę przypomina) i z przenikliwą oceną obserwowanego świata. Autorka ma bardzo sprecyzowane poglądy - zarówno polityczne jak i te dotyczące tematów konfliktowych, dzielących społeczeństwo. Nie wątpię, że Pani Maria Czubaszek nie u każdego budzi ciepłe uczucia. Ja jednak osobiście uwielbiałam ją. Szkoda, że już nic nie napisze....   
"Nienachalna z urody" to swoiste rozliczenie się z dotychczasowym życiem. Czytając rozdział po rozdziale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Pani Maria tą książką żegnała się ze swoimi czytelnikami i fanami. Już we wstępie znajdujemy takie zdanie: 
"Ta książka to również swego rodzaju last minute. Jeszcze dzisiaj żyję, ale jutro może mnie szlag trafić. Poza tym wszyscy wokół są młodzi i pełni zapału, ja nie jestem młoda, a do tego jestem pesymistką. Uważam, tak samo jak mój ukochany Woody Allen, że świat zmierza do katastrofy, a życie jest jak nogi. Niezależnie od tego czy krótkie, czy długie, zawsze są do dupy."
"Nienachalna ..." rozpoczyna się od anegdot związanych z urodą Pani Czubaszek i Jej podejściem do kobiecości i feminizmu. Potem jest tylko lepiej. Perypetie związane z nazwiskiem, pierwsze zarobione pieniądze (za zjedzenie szpinaku), koszmar młodości jakim były prywatki - to wszystko wprowadza nas w dorosły świat Pani Marii. A tu, w dorosłym świecie jest baaaardzo ciekawie. Mocne poglądy na wiele spraw w połączeniu z dość specyficznym podejściem do zwykłego życia stworzyły mieszankę iście wybuchową. Opisywać nie będę (zapraszam do lektury) ale dodam, że wiele sytuacji i poglądów opisanych w "Nienachalnej..." zaintrygowało mnie i zbulwersowało. Każdy wie, że Pani Maria usunęła ciążę, ale uważam (pomimo tego, że nie jestem przeciwniczką aborcji), że obnoszenie się i powtarzanie tego w co drugim rozdziale jest po prostu niesmaczne. Podobne odczucia miałam, kiedy Pani Maria pisała o swoich relacjach rodzinnych i podejściu do zdrowia. No nie, po prostu nie! Wszystko we mnie protestowało. W końcu uznałam, że to książka p. Czubaszek i albo przyjmuję ją taką, jaka była, albo odkładam książkę na półkę. Od tego momentu czytało mi się dużo łatwiej. 
Książka przesiąknięta jest dykteryjkami, dowcipami i żartami, w które obfitowało życie Pani Marii. Niektóre fragmenty doprowadzały mnie do łez. Chichrałam się tak, że nie byłam w stanie przeczytać mężowi danego fragmentu. 
"Nienachalna z urody" to nie tylko słowa. Zamieszczono sporo zdjęć i twórczości Pani Marii. Wszystkie te utwory stanowią miłą przerwę w poznawaniu życia i poglądów autorki. Najczęściej są to po prostu skecze autorstwa Pani Czubaszek często znane z radiowych stacji. Moją uwagę przeciągnął rysunek zająca (a właściwie Pana Zająca i Pani Zając), może dlatego, że autorstwa Pana Lutczyna. No boski po prostu :-))) 
Na zakończenie dodam, że po raz pierwszy odczułam przewagę papieru nad e-bookiem. Otóż w książce znajduje się sporo tekstów przedstawionych w maszynopisie. Oczywiście jest to fotografia, co oznacza, że w moim Kundelku nie mogłam powiększyć czcionki. Efekt? Wiele z tych maszynopisów jest w wersji elektronicznej po prostu nieczytelnych...
Wszystkim Wam gorąco polecam. Nieważne czy papierową wersję, czy e-booka. Ważne, że to kawał dobrej literatury pokazujący nam sylwetkę kobiety, której niestety nie ma już wśród nas... 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Wielcy zapomniani. Polacy, którzy zmienili świat.

Każdy z nas lubi co innego. Jedni lubią lekturę łatwą, lekką i przyjemną, inny - trudny tekst, nad którym trzeba przysiąść, aby zrozumieć. Jeden lubi kieszonkowe wydania, inny nawet na nie nie spojrzy, ponieważ nienawidzi małej czcionki. Ja osobiście nie lubię poradników, za to uwielbiam książki o muzyce i z muzyką w tle. Jest jednak taki typ literatury, który - moim zdaniem - każdego czytelnika porwie. To są książki historyczne, przy czym nie chodzi mi o podręczniki, a o wszelkiego rodzaju pozycje, które choć troszkę przybliżają czytelnika do tego, co było. Od dość dawna jestem fanką historycznych książek wydawnictwa "Prószyński i s-ka". Niedawnym odkryciem jest dla mnie Wydawnictwo "Muza" i książka "Polacy, którzy zmienili świat".
Pierwsze wrażenie nie było najlepsze. Na widok opasłego tomiszcza pomyślałam: Mój Boże, kiedy ja tę encyklopedię przeczytam? Na szczęście te odczucia szybko minęły zastąpione pomału rodzącą się fascynacją. Pierwsze co zwróciło moją uwagę to lekkość książki, pomimo słusznych rozmiarów. Czyta się całkiem nieźle choć to naprawdę pokaźne tomiszcze. Rozmiary są usprawiedliwione, ponieważ ilość fotografii, rycin, pamiątek i dokumentów umieszczona w poszczególnych rozdziałach jest naprawdę oszałamiająca. Poza tym każdy bohater ma swój i tylko swój rozdział. Zdjęcie na całą stronę wyraźnie oddziela losy naszych bohaterów i wprowadza czytelnika w nowy nieznany świat. Książki nie  trzeba czytać strona po stronie. Można wybierać sobie bohaterów, których losy nas zaciekawiły i wyraźny podział na działy bardzo ułatwia poruszanie się po książce. 
Urzekł mnie też dobór postaci. 33 wielkich Polaków, z których każdy wniósł coś wyjątkowego do współczesnego świata. Nie każda z tych postaci jest w sposób oczywisty zapomniana. Każdy z nas wie przecież kim był Gabriel Narutowicz. Zajmuje On zaszczytne miejsce jako Prezydent Polski, ale mało kto wie, że był genialnym inżynierem i np. pełnił role kierownika budowy kanału na Renie. Co więcej - jego autorstwa są prawie wszystkie elektrownie wodne w Szwajcarii. Jak nic - moja córka zabłyśnie wiedzą na historii! :-) 
Są też jednak takie postacie, których dokonania są rzeczywiście zapomniane. Ale też ich profesje nie budzą zachwytu. No bo kto zachwyci się dorobkiem fryzjera albo pszczelarza? No właśnie. Warto poznać losy zarówno mistrza fryzjerskiego Antoniego Cierplikowskiego jak i Jana Dzierżonia, który z zawodu był księdzem, ale zasłynął w pszczelarstwie jako odkrywca partenogenezy, czyli dzieworództwa pszczół. Wyobrażacie sobie księdza, który głosi takie teorie? Nie miał łatwo. 
Autor książki p. Marek Borucki pisze o swoich bohaterach z taką pasją i zaangażowaniem, że ich dokonania naprawdę zachwycają. Oczywiście książka jest też pełna inżynierów, pilotów, kompozytorów i tancerek, ale zapewniam Was, że każda osoba budzi zachwyt. Życie każdego bohatera niesie w sobie coś wyjątkowego. Tu nie ma miejsca na nudę, za to ciekawostek - całe mnóstwo. Bo któż z nas wie skąd pochodzi nazwa firmy "Max Factor"? No, jak myślicie...? Otóż twórcą tego kosmetycznego imperium jest... Maksymilian Faktorowicz, Polak ze Zduńskiej Woli! :-)))
Niestety nie miałam przyjemności czytać pierwszego tomu, ale to nic - z pewnością nadrobię!

piątek, 19 sierpnia 2016

Tylko ty

Książka lekka, łatwa i przyjemna. Idealnie wakacyjna. Gdybym czytała ją w innej porze roku stwierdziłabym, że za lekka ... a tak czytało się fantastycznie. Romantyczna historia, która zachwyci nas wszystkich nie tylko atmosferą wydarzeń, ale również tym, że w dużej mierze akcja toczy się w Polsce. 
Nicco i Gruby to para włoskich przyjaciół, którzy podczas wakacji poznali dwie Polki. Dla Grubego była to po prostu wakacyjna przygoda, jednak Nicco potraktował znajomość z Anią zupełnie inaczej. Młodziutka, śliczna Polka zawojowała jego serce i chłopak wpadł jak śliwka w kompot. Niestety wszystko ma swój koniec i pewnego dnia Ania wraca do Polski. Nicco postanawia wziąć los w swoje ręce i wraz z przyjacielem wyruszają do Polski na poszukiwania. I tu własnie zaczyna się cały smaczek powieści. Autor - przecież rodowity Włoch - pisze o Polsce jakby znał ją od urodzenia. Zachwyca się pięknem krajobrazu, spokojem, klimatem warszawskich uliczek... nawet Dworzec załapuje się na pochwały. Jeżeli ta książka stała się bestsellerem w innych krajach Europy, to Federico Mocca powinien zostać odznaczony za propagowanie naszego kraju za granicą :-) 
Powieść zachwyca wdziękiem, lekkością i poczuciem humoru. Wymiana zdań pomiędzy naszymi bohaterami często wywołuje salwy śmiechu. Podobnie rozmowy Nicco z siostrami są przepełnione złośliwościami, ale takimi siostrzano - braterskimi, które budzą ciepłe uczucia. 
"Tylko ty" to romans nietypowy. Owszem, jest Ona i On, jest miłość i poszukiwanie tej drugiej połówki po to, aby na końcu paść sobie w ramiona. Różnica jest taka, że Mocca opisuje to z charakterystyczną dla swoich powieści lekkością. Ten banał tak charakterystyczny dla romansideł, tu nie kłuje w oczy. Podczas lektury jest ciepło wkoło serca i słodko na duszy ale tak w granicach rozsądku. Lektura tej powieści pozostawia na twarzy czytelnika lekko rozmarzone spojrzenie i chwilową trudność w powrocie do rzeczywistości. 
"Tylko Ty" na pewno nie zachwyci każdego. Nie jest to lektura dla wymagających czytelników stąpających twardo po ziemi. Ale jeżeli macie ochotę na jedno popołudnie zanurzyć się w świat delikatnego romansu - polecam.

wtorek, 26 lipca 2016

Strażniczka książek

Amy to nastolatka, jakich wiele. Trochę różni się od swoich rówieśników z racji ogromnej miłości do książek. Połyka je w nieprzeciętnych ilościach i pakując walizkę zawsze ma kilka tomów przy sobie. Czytnik e - booków jest dla niej wynalazkiem wszechczasów, który pozwala całą biblioteczkę nosić pod pachą. Amy wychowywana jest tylko przez matkę. Alexis pochodzi ze Stormsay - tajemniczej małej wyspy, którą zamieszkują przedstawiciele dwóch ogólnie szanowanych Rodów. Kiedy Amy nie może znieść docinków rówieśników, a Alexis zostaje porzucona przez życiowego partnera obie Panie marzą jedynie o chwili wytchnienia. Zapada decyzja o wyjeździe na wakacje w rodzinne rejony Alexis.
I tak naprawdę od tego momentu nic nie jest już zwyczajne. Okazuje się, że bohaterki pochodzą z rodu, który ma zaszczyt piastować funkcje Strażników książek. Ich rolą jest dbanie o to, aby wszystko w książkach toczyło się zgodnie z planem. Ale cóż z tego, jeżeli w "Dorotce z krainy Oz" ktoś kradnie trąbę powietrzną, a w "Alicji w krainie Czarów" bez wieści ginie królik? Co więcej - W "Małym Księciu" ginie róża... no nie do pomyślenia. Amy z kretesem wsiąka w życie strażników i walczy o przywrócenie książkowej normalności. Co z tego wyniknie - zobaczcie sami.
"Strażniczka książek" w moim osobistym rankingu zajęła bardzo wysokie miejsce. Książka dla nastolatek, która zachęca do sięgnięcia do klasyki literatury to jest naprawdę COŚ. Powieść jest trochę płaska ze względu na swoją jednowątkowość, ale niewątpliwie braki w tym zakresie nadrabia świetną i pomysłową historią rodem z "Atramentowego serca". W obu tych powieściach miłość do książek wprost wylewa się z kartek. Któż z nas - książkochłonów - nie marzy o tym, aby móc w magiczny sposób znaleźć się w krainie naszych ukochanych bohaterów? Płakać z Anią z Zielonego Wzgórza nad ufarbowanymi na zielono włosami czy też wraz z Tomkiem Sawyerem malować niekończący się płot ciotki... No właśnie. Amy ma taką możliwość i już samo czytanie o tym budzi cudowne uczucia. 
"Strażniczka książek" jest powieścią dla każdego. Czy młody czy stary na pewno znajdzie tu iście baśniowy nastrój i radość z każdej strony lektury. Szacunek mój wielki dla autorki za to, że sięgnęła po prawdziwą klasykę literatury, a nie modne powieści współczesnych czasów. Nie znajdziemy tu Harrego Pottera czy też przyjaznych wampirów. Odwiedzimy za to Heidi, pogadamy z Werterem (tym cierpiącym) i pogłaszczemy tygrysa z Księgi Dżungli. Czego chcieć więcej?
Boska, świetna powieść, którą z całego serca polecam każdemu.  

sobota, 9 lipca 2016

Łaskun

Aż mi głupio pisać kolejną recenzję książki autorstwa Pani Katarzyny Pużyńskiej. W każdej z nich jest tyle ochów i achów, że chciałoby się wreszcie napisać jak to loty autorki serii o Lipowie się obniżają. Nic z tego! "Łaskun" jest żywym.... eee raczej papierowym dowodem na to, że talent literacki Pani Katarzyny ma się wyjątkowo dobrze. 
Tym razem Daniel Podgórski nie jest kryształowo czystym charakterem. Co więcej - ślady pozostawione przez sprawcę okrutnego morderstwa sędziego Jaworskiego i Swietłany prowadza prosto do Daniela. Cóż mu pozostaje! Daniel Podgórski wziął nogi za pas i.... no niestety więcej napisać nie można. Jak zwykle w powieściach o Lipowie każdy element intrygi ma swoje miejsce i zdradzenie najmniejszego kawałeczka układanki niesie za sobą spore konsekwencje. Trzeba jednak dodać, że oprócz podwójnego morderstwa znajdziemy wiele innych "kryminalnych atrakcji". Jest afera w klubie nocnym, jest handel prochami, jest pedofil i skorumpowany gliniarz. Jednak ja najbardziej lubię mistyczną atmosferę tych powieści. Zielarka, stare leśne chaty... niepowtarzalny klimat.  
Dodać trzeba koniecznie, że Klementyna Kopp również pojawia się na kartach powieści. Co więcej - jej osoba nadal budzi kontrowersje choć nieco słabsze niż w poprzednich częściach. Nadal wykracza swoim zachowaniem poza ramy, a jej nieszablonowe myślenie pozwala wiele wyjaśnić, jednak nie ulega wątpliwości, że obecna Klementyna jest taka bardziej poukładana. 
"Łaskun" jest bardzo specyficznym kryminałem. Rzadko kiedy autor tak szybko personalizuje zabójcę. Tu już w połowie książki zaczynamy się domyślać o co chodzi. Jednak pomimo świadomości "kto zabił" powieść nadal wciąga czytelnika i niezmiennie intryguje. Sposób pisania Pani Pużyńskiej ma w sobie to coś, co nie pozwala odłożyć książki (czytnika). Czytałam jedząc, gotując (o wannie nie wspomnę). Czytałam na spacerze z psem, czytałam nawet w samochodzie stojąc na światłach. Wciąga nieprzeciętnie. 
"Łaskun" to szósty tom sagi o Lipowie i absolutnie nie mam dość. Chciałoby się powiedzieć: więcej, więcej Pani Katarzyno! Ale nie będę tego mówić głośno. Niech sobie Pani Kasia pisze te powieści w swoim tempie, byleby były one tak samo świetnie jak do tej pory.  

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Kiedy księżyc jest nisko

Powieść zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Poraziła faktami, o których wszyscy wiemy, ale nie dopuszczamy ich do swojej świadomości. Przecież każdy z nas wie, że uchodźcy "zalewają" Europę, że traktowani są okrutnie i nieludzko, że warunki panujące w obozach przejściowych urągają ludzkiej godności... Problem nas - Polaków - właściwie nie dotyczy, ponieważ nasz kraj raczej nie jest celem tych wędrówek. Oglądamy to z boku płacząc wraz z matkami nad losem dzieci i klnąc na agresorów, którzy doprowadzają do tego, że ludzie zmuszeni są opuszczać swoje domy. Niby przeżywamy, ale wszystko jest takie... za szybą, bez smaku i zapachu.
"Kiedy księżyc jest nisko" to powieść, która porwała mnie w świat uchodźców, przetrzepała moją psychikę, boleśnie wyraźnie uświadomiła tragedię tych ludzi, a następnie wypluła ze swojej treści emocjonalnie zmęczoną i zachwyconą przeczytaną powieścią. 
Mała Feriba już w chwili urodzin jest naznaczona nieszczęściem. Przy porodzie umiera matka dziewczynki, a mała Feriba jest obwiniana o jej śmierć. Wychowywana przez macochę zawsze jest tą gorszą córką; nie chodzi do szkoły, a jej edukacja kończy się na wiedzy o pracach domowych. Na szczęście Feriba jest mądrą dziewczyną i wie, że to w wiedzy tkwi skarb. Walczy o swoją edukację i w wieku 13 lat po raz pierwszy idzie do szkoły. Przy okazji poznawania losów Feriby poznajemy życie w Afganistanie. Smak, zapach i kolor tamtych stron przemawia do nas z każdej strony powieści. I tak czytając sobie pomyślałam, że mam do czynienia z prostą miłą powieścią ukazującą rozterki młodej Afganki związane z edukacją, nieśmiałymi zalotami i zamążpójściem. Nic bardziej mylnego! Nagle z pięknego Afganistanu przenosimy się do Afganistanu ogarniętego koszmarem wojny. Rakiety latają nad głowami i nigdy nie wiadomo czy człowiek dożyje jutra. Wielu ludzi postanawia opuścić kraj, jednak rodzina Feriby długi czas broni się przed ucieczką. W końcu tragiczne wydarzenia zmuszają ich do opuszczenia Kabulu. Feriba jest wówczas matką trojki dzieci - przy czym jedno z nich jest maleńkim niemowlęciem. Koszmar po prostu. Samotna Afganka z trójką maluchów nie ma zbyt wielu szans na przetrwanie. Na szczęście Feriba jest twardą kobietą i krok za krokiem prze do przodu. Los jej nie szczędzi. Opisywać zbyt wiele nie będę, ale wystarczy napisać, że jedną noc Feriba z dziećmi spędza w drewnianym domku na placu zabaw. Akurat spadł deszcz, który zmoczył ich doszczętnie - niewyobrażalne dla mnie. Sama jestem mamą dwójki dzięciołków i nie przyjmuję do wiadomości, że może zaistnieć sytuacja, w której ktoś zmusi mnie do opuszczenia mojego domu. Zostawić wszystko i iść w nieznane. Nie wiem gdzie mnie los rzuci, nie mam planów, pieniędzy... pcha mnie do przodu jedynie miłość do dzieci i rozpaczliwa potrzeba zapewnienia im jako takiego bytu. 
W powieści uderza realizm zdarzeń. Czytelnik wie, że to fikcja, że postacie są zmyślone. Sama wbiłam w przeglądarkę tytuł i dane autorki i sprawdzałam, czy książka aby na pewno jest fikcją literacką. Nie można jednak zaprzeczyć, że za postacią Feriby stoją tysiące zrozpaczonych kobiet, a los jej dzieci jest udziałem wielu maluszków. Przecież opisany w powieści obóz dla uchodźców we francuskim Calais istnieje naprawdę. Wystarczy wpisać hasło w wyszukiwarkę, aby poczytać o tragedii zgromadzonych tam ludzi. Jeden z bohaterów powieści Selim (specjalnie nie napiszę o nim więcej, żeby nie psuć lektury) jako uchodźca pokonuje trasę, którą w rzeczywistości pokonała niezliczona ilość mieszkańców Afganistanu, Syrii, czy też Libii. Koszmarne wydarzenia, które w tej powieści są udziałem rodziny Feriby dotknęły wielu w rzeczywistości... Koszmar. 
Czytając z zapartym tchem śledziłam losy bohaterów - razem z nimi wsiadałam na statek, uciekałam przed kontrolami celników i modliłam się o ładną pogodę. Każdy skradziony kęs jedzenia był dla mnie radością. Razem z nimi przeżywałam pierwsze miłości, płakałam zza  bliskimi, przeżywałam rozpacz i bezsilność. 
Powieść bezwzględnie należy przeczytać. Jest głosem rozpaczy, wołaniem o pomoc. Jest świadectwem współczesnej Europy - Jej bezradności w obliczu tragedii milionów ludzi pozbawionych domów i nadziei na przyszłość. 

czwartek, 16 czerwca 2016

Kobiety z ulicy Grodzkiej. Matylda

"Hanka" urzekła mnie tajemniczością dawnych czasów. Takich mrocznych, gdzie medycyna niewiele miała do powiedzenia, a aptekarz to był ktoś. "Wiktoria" to powieść o czasach walki o wolność, kiedy cały Kraków żył polskością i nowo zdobywaną wolnością Obie powieści są warte polecenia, obie ciepło i interesująco przedstawiają losy silnych kobiet biorących życie w swoje ręce. Matylda to córka Wiktorii i wnuczka Hanki. Co więcej - Matylda to kolejne ciekawe czasy dwudziestolecia międzywojennego, kiedy Polska wstawała z kolan, a Naród Polski fetował zwycięstwo i wielbił Marszałka Piłsudskiego. 
Kraków 1931 rok. Apteka pod Moździerzem ma się dobrze, jednak wcale nie jest to zasługą Matyldy. Aptekę prowadzi mądra i rozsądna Joasia, a Matylda pragnie.... zostać aktorką. Jak wiele młodych kobiet, aby spełnić swoje marzenie musi "bywać". Bywa więc na salonach i w kawiarniach, jednak jakoś role nie chcą płynąć szerokim strumieniem. Na szczęście ma swoją aptekę, która pozwala na godne życie. Oprócz tego grywa też mniejsze rólki w Teatrze, nie jest to jednak to, co zaspokoiłoby ambicie naszej Matyldy. Długonoga, płomiennoruda dziewczyna chce czegoś więcej. I wydaje się, że los w końcu się do niej uśmiechnął kiedy poznaje młodego mężczyznę. Okazuje się, że ma on bogatego stryja i możliwości aby pomóc Matyldzie zrobić upragnioną karierę. Pytanie tylko, czy jego zamiary są naprawdę uczciwe? 
Moim zdaniem Matylda nie dogoniła swoich poprzedniczek. Zarówno "Hanka" jak i "Wiktoria" emanowały tajemnicą i takim mistycyzmem. W "Matyldzie" mi tego brak. Owszem - powieść opisuje bardzo ciekawie losy dziewczyny wplatając w to elementy polskiej historii. Brakuje jednak tego ... czegoś. 
Nie ulega jednak wątpliwości, że kolejny tom też przeczytam. Bo musi być kolejny tom. Autorka tak zakończyła powieść, że z niedowierzaniem obracałam książkę stwierdzając, że to nieludzkie tak zostawić czytelnika. Po prostu nieludzkie. Akcja się zawiązała, czekam na to BUM, a tu nie ma! I czekaj tu człowieku na kolejny tom...

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Japonki nie tyją i się nie starzeją

Zacznę od tego, że nie przepadam za poradnikami. Nawet jeżeli zaczynam je czytać, to szybko denerwuję się uznając, że ktoś próbuje narzucić mi swój styl życia, a ja tak nie chcę. Po kilku rozdziałach zniesmaczona rzucam książkę w kąt i zapominam. W przypadku książki pt. "Japonki nie tyją i się nie starzeją" było troszkę inaczej, choć to przecież też poradnik...
Japonia to kraj dla Europejczyków niezwykle orientalny. Tysiące kilometrów od nas z zupełnie odmienną kulturą i sztuką, z zupełnie innymi zasadami i diametralnie odmiennym sposobem życia - dla większości z nas stanowi zagadkę i tajemnicę. Pamiętam taką książkę pt. "Tatami kontra krzesła" gdzie na każdej stronie coś mnie zaskakiwało. Zupełnie inny świat. Po lekturze "Japonki ..." stwierdzam, że kuchnia japońska to również inny świat. 
Pierwsze co mnie uderzyło i zaskoczyło w tej książce to początek. Zestawienie danych statystycznych dotyczących wagi, sposobu życia i ilości spożywanych kalorii przez naród japoński i Europejczyków oraz mieszkańców Ameryki. I tu po raz pierwszy (i na szczęście ostatni) chciałam rzucić książkę w kąt. Nie po to biorę do ręki książkę o Japonii żeby czytać o błędach żywieniowych Nie-Japończyków! Dobra pomyślałam - dam radę, może dalej będzie lepiej. I rzeczywiście było. Jeżeli przebrniemy przez moralizatorski początek to dalej urzeknie nas ciepło i odmienność japońskiej kuchni. 
Autorka jest Japonką, która w pewnym momencie swojego życia przeprowadziła się do Ameryki. Co więcej - wyszła za Amerykanina i właściwie nie miała większych problemów z aklimatyzacją w ojczyźnie swojego męża. Jak sama przyznaje uwielbiała chipsy, hamburgery i pełnymi garściami korzystała z "dobrodziejstw" takiej kuchni, w skutek czego po trzech miesiącach pobytu przybyło jej 11 kilogramów. Szybko doceniła dobrodziejstwa kuchni swojej mamy i podjęła próbę gotowania w amerykańskiej rzeczywistości na sposób japoński. Okazało się, że tam to wcale nie jest trudne. 
Autorka ukazuje nam "cuda" japońskiej kuchni. Przez "kuchnię" należy rozumieć nie tylko składniki potraw, ale również sposób ich podania i pewną filozofię, którą kierują się Japończycy. Urzekły mnie pewne zasady: talerza nie napełnia się po brzegi, należy jeść do momentu, aż jest się w 80 % pełnym, każda potrawę należy tak ułożyć, aby podkreślić jej naturalne piękno, mniej oznacza więcej... niby każdy z nas o tym wie, ale czy stosujemy to na co dzień?
"Pusta przestrzeń na japońskim stole odgrywa ważną rolę. Unika się przesady. Naczynia nie są wypełniane po brzegi, Pozostawia się na nich trochę miejsca. Pustka ma znaczenie estetyczne podobne do tego w obrazach zen malowanych tuszem."
Autorka z miłością i pasją opisuje pięć filarów, na których opiera się kuchnia japońska. Pierwszym wcale nie jest ryż, który plasuje się na trzecim miejscu. Pierwsze są ryby. Japończycy zjadają ich ogromne ilości. Nie przetwarzają ich zbytnio; często jedzą surowe. Targi rybne to coś, czego z całego serca Japończykom zazdroszczę. Drugi Filar to warzywa i tu znowu okazuje się, że warzywa to po prostu japoński styl życia. Układają je na maciupeńkich talerzykach, delektują się ich kolorem, fakturą i zapachem. Zjedzenie warzyw to ukoronowanie całego procesu poznawczego. Zaraz za ryżem plasuje się soja, za nią makarony, a na końcu zielona herbata - w tysiącu odmian i w setkach sposobach zaparzania. Właściwie herbata potrafi zastąpić dzieciom słodkie soki i napoje. 
W książce są też przepisy, ale przyznam, że w naszej polskiej rzeczywistości trudne do zastosowania. W każdym z nich znajduje się składnik właściwie niedostępny w sklepach. Oczywiście internet może wszystko, ale cała książka opiera się na przekonaniu, że kuchnię japońską możemy urządzić w naszej kuchni z produktów dostępnych w sklepiku za rogiem. Otóż nie jest tak. Warto jednak poczytać sobie i uzmysłowić jak mało wiemy o japońskiej kuchni. 
Książka jest ... miła w obyciu. Owszem mamy trudne przepisy i niekończące się listy przyrządów niezbędnych do kuchni, ale wśród nich znajdą się też ciepłe wspomnienia i ciekawe historie. Bardzo spodobała mi się opowieść o tym, jak dzieci w japońskiej szkole na przerwie spożywają posiłek wspólnie. Każde je to samo, a posiłki przygotowuje dwóch dyżurnych, którzy następnie przez cały posiłek obsługują pozostałe dzieci. Wzruszyła mnie też historia o "śniadaniówce przepełnionej miłością." Polecam każdej mamie :-) 
"Mówi się, że potrawy kuchni japońskiej są raczej do oglądania niż do jedzenia, a ja powiedziałbym wręcz że są do kontemplacji. To harmonia, którą współtworzy połączenie wyrobów z laki  oraz migoczącego w ciemności światła świecy." 


czwartek, 9 czerwca 2016

Ostatni list

Książki Marii Ulatowskiej to taka proza, do której czytania muszę się psychicznie nastawić. Konieczne jest przypomnienie sobie innych powieści tej autorki (taki najbardziej "ulatowski " jest "Domek nad morzem"), trzeba trochę podumać i ocenić, czy to aby na pewno dobry moment na taką lekturę. Powodem tego okresu przygotowawczego jest specyficzny klimat powieści Pani Marii. To nie są książki wymagające, ale mimo to każda pozycja przyciąga rzeszę wiernych czytelniczek. Każda z tych powieści przedstawia losy kogoś. Należy podkreślić, że głównym bohaterem są właśnie "losy", a nie człowiek z krwi i kości. Maria Ulatowska cierpliwie ciągnie czytelnika za rękę pokazując kolejne perypetie bohaterów. Przemierzamy - dzieści, czasem - dziesiąt lat obserwując, jak plotą się losy poszczególnych osób. Tu nie ma gwałtownych zwrotów akcji, ani szybkich pościgów; jak to w prawdziwym życiu    
"Ostatni list" nie wzbudził takiego zachwytu jak poprzednie powieści, ale "rzesza wiernych czytelniczek" nadal jest. Ja również nie odchodzę choć nie ukrywam, że książka mnie nieco rozczarowała. Na szczęście nie na tyle, żebym rzuciła ja w kąt. Maja Czerska, której losy są głównym bohaterem tej powieści, jest - w moim odczuciu - pustą, głupią babą. Człowiek ma nadzieję, że z biegiem czasu (i kartek) to dziewczę ulegnie metamorfozie, zmieni się choć ociupinkę. No niestety tu spotka czytelnika rozczarowanie. Owszem, może i panna Maja się zmienia, ale jej tępota po prostu poraża. Dziewczyna miłość ma za nic - facetów również. Skacze z kwiatka na kwiatek depcząc męskie serca niczym ogryzki od jabłek. Nagle spotyka Zbyszka i jest pewna, że to miłość Jej życia. Ale co tam miłość! Po pewnym czasie spotyka Andrzeja - to na pewno już jest miłość! No jednak nie. Zbyszek, Andrzej, Andrzej Zbyszek - co za różnica. Pojawia się dziecko a mimo to nadal ustatkowanie emocjonalne Panny Mai pozostawia wiele do życzenia. Powiem więcej - zachowuje się jak Panna lekkich obyczajów za nic mając uczucia innych ludzi. No nie budzi mojej sympatii główna bohaterka, a to powoduje, że ciężko brnąć przez kartki powieści. 
Książka dała mi popalić jak rzadko kiedy. Emocje wyłaziły mi uszami i nie mogłam ich opanować. Jakbym Majeczkę dorwała to bym jej te rude kudły wyciepała po jednym włosku z tej pustej główki... Teraz kiedy minęło kilka dni od zakończenia lektury dochodzę jednak do wniosku, że autorka napisała powieść godną uwagi. Jeżeli coś jest w stanie wzbudzić w moim sercu tak skrajne emocje to to musi być dobre. Pani Ulatowska stworzyła powieść, która niby wolno się ciągnie i miętoli, ale tak naprawdę porusza umysły i serca. 
Już na marginesie dodam, że cudownie jest przenieść się w czasy komunizmu (oczywiście  tak na kartkach książki). Autorka opisuje specyfikę owego ustroju z humorem i odpowiednią dawką jadu. Kolejki w sklepach, praca, która nikomu nie jest potrzebna, pogoń za oryginalnością, która w tamtych czasach była tak trudna do osiągnięcia. No majstersztyk po prostu. 

wtorek, 7 czerwca 2016

Koncert h mol

Irena Kwiatkowska i znani sprawcy

Są takie osoby, które zna każdy, które każdy - niezależnie od poglądów, przekonań i pochodzenia - szanuje. Są osoby, które mają życiową charyzmę i specyficzną, charakterystyczną, nie dającą o sobie zapomnieć duszę. O takich ludziach się pisze; takich ludzi się nie zapomina. Teraz tylko ważne jest, aby ten, kto pisze również miał to coś. A właściwie COŚ. Roman Dziewoński niewątpliwie to coś posiada. Przede wszystkim Pan Dziewoński pisze przepiękną, barwną i mistrzowsko poprawną polszczyzną. Ale od początku. 
Pani Ireny Kwiatkowskiej przedstawiać nie trzeba. Wspaniała aktorka, znana przede wszystkim z udziału w kabaretach i wspaniałych ról filmowych. "Dudek" bez Pani Ireny straciłby wiele, a "Kabaret Starszych Panów" jeszcze więcej. Kobietka wcale nie grzeszyła pięknością. Gazeta Polska w 1935 r. napisała o niej tak: "Prawdopodobnie warunki zewnętrzne skierują Ją raczej w kierunku charakterystycznym" (str. 39 recenzowanej książki). Prorocze słowa! Jeżeli gdzieś pojawiało się nazwisko p. Kwiatkowskiej to pewne było, że rola Jej przydzielona na pewno nie będzie nijaka. Daleko nie szukając - przecież każdy zna Kobietę pracującą co to żadnej pracy się nie boi z "Czterdziestolatka", albo mamę Pawła z "Wojny domowej". No cud miód i orzeszki! Właśnie o tej cudownej kobiecie p. R. Dziewoński postanowił napisać. Trochę na przekór Jej samej, trochę dla potomności. Powstała wspaniała książka zawierająca trochę wspomnień, szczyptę cytatów i wypowiedzi wielkich artystów. Te wypowiedzi tworzą mozaikę, z której wyłania się Pani Irena w całej krasie.  
 "Irena Kwiatkowska i znani sprawcy" to książka wspaniała. Dobra, powiem wprost: zakochałam się w tej książce bez pamięci. Mogę ją czytać w kółko i bez przerwy. Roman Dziewoński miał tę cudowną możliwość korzystania z archiwum domowego Pani Ireny, oraz prowadzenia z Nią długich rozmów o wszystkim i o niczym. Te wspomnienia, rozmowy i zdjęcia stanowią dużą część książki. Na szczęście autor oddał również głos innym znanym osobom. Dlaczego na szczęście? Otóż Pan Dziewoński pisząc o naszej bohaterce używa dość górnolotnego języka (co mnie osobiście urzekło, ale wiem, że niektórych mierzi). Wypowiedzi takich osobistości jak m.in. Wojciech Młynarski, Piotr Fronczewski, Gustaw Holoubek i oczywiście Edward Dziewoński dodają książce uroku i świeżości. Jest też troszkę dialogów, cytatów, wierszy, monologów... słowem wszystko to, co fanów polskich kabaretów i filmów fascynuje i porywa. Wisienką na torcie są zdjęcia. Klimatyczne, piękne czarno - białe urzekają wprost subtelnością Pani Kwiatkowskiej. 
Książkę trzeba sączyć. Natłok informacji jest dość spory i były momenty, kiedy nie wiedziałam kto co pisze i skąd pochodzi dany cytat. Nie przeszkadzało to jednak zbytnio w podróży przez życie Kwiatkowskiej. Brakowało mi również trochę życia prywatnego autorki. Z tego co zrozumiałam, pominięcie wątku prywatnego nastąpiło na wyraźną prośbę Pani Ireny, nad czym ubolewam. Na szczęście coś tam przebija, ale naprawdę niewiele. Najbardziej widoczna jest ogromna praca i dokładność, wręcz pedantyzm Pani Kwiatkowskiej. To ile serca wkładała ta kobieta w każda rolę jest godne naśladowania. 
Piękna książka! Urocza w swej delikatności, mocna w ilości przekazywanych faktów, piękna w lekkości pióra p. Dziewońskiego. Pokazuje "Jakże kruchy i nietrwały jest kształt teatralnej roboty" (str. 181) 
Jeszcze jedno napisać muszę, bo pęknę. Wydawnictwo Szelest jest maleństwem na rynku wydawniczym. Na swojej stronie mają do zaproponowania raptem trzy pozycje. Za to jakie! "Kryzysowa narzeczona" była świetna, Nietakty - jeszcze lepsze, no a już "Irena Kwiatkowska i znani sprawcy" urzekła mnie zupełnie. Aż się boję zapytać, co będzie następne. Bo jeżeli ten poziom będzie nadal utrzymany, to ja zostanę fanką "Szelestu". Jak nic. 

wtorek, 31 maja 2016

Ukochany syn

Lektura tej książki to sama przyjemność. Opowiedziana historia jest wyjątkowo aktualna w dzisiejszych czasach. Pokazuje jak ogromne różnice dzielą współczesny świat. Z jednej strony uczy, że człowiek o innym kolorze skóry ma tylko inny kolor skóry, nic więcej. Z drugiej jednak strony autor wyraźnie podkreśla, że różnice kulturowe często są barierą nie do pokonania. Niewątpliwie każdy, kto chce i pragnie może się do reguł innego świata przystosować. Ale co zrobić, jeżeli ktoś nie chce?
Anil i Leena są dziećmi żyjącymi na rolniczych terenach Indii. Anil pochodzi z bogatej, szanowanej rodziny. Jego ojciec jest głową klanu oraz pełni funkcję sędziego w międzysąsiedzkich sporach. Leena jest ukochaną jedynaczką swoich rodziców. Wiedzie wraz z nimi szczęśliwe, choć ubogie życie. Dzieci bardzo się przyjaźnią do czasu, kiedy - zgodnie z hinduskimi tradycjami - chłopcy i dziewczęta obierają różne drogi. Anil jest wyraźnie kierowany na głowę klanu, jednak wbrew rodzinie podejmuje inną decyzję. Kończy studia medyczne i wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych na praktyki. Uczy się całymi dniami i szczebel po szczeblu zdobywa kolejne medyczne szlify. A co się dzieje z Leeną? Otóż jak każda hinduska kobieta niewiele ma do powiedzenia w kwestii swojego losu. Jej życie staje się udręką, a tragedia, która ją spotyka ... nie napiszę więcej. Te dwa światy spotykają się w momencie gdy Anil odwiedza swoją rodzinę. Nagle okazuje się, że świat jego dzieciństwa jest zupełnie inny niż się wydawało. Problem polega na tym, że Anil ma możliwość wyboru, a Leena może tylko biernie obserwować. Kiedy odważy się na jedną jedyną samodzielną decyzję, skutki będą dla niej fatalne. 
Życie Anila jest zawieszone pomiędzy dwoma światami: tym naszym, europejskim z komputerami, facebookiem i telefonami komórkowymi oraz tym hinduskim: pełnym kolorów i przypraw, ale technologicznie zacofanym. Światy absolutnie inne, nietolerujące się nawzajem. Anil wyjątkowo odczuwa tę nietolerancję i to na wielu płaszczyznach. Trudno mu o przyjaciół, jeszcze trudniej o uznanie w pracy. Jest zagubiony i nie wierzy w siebie, a to chyba najgorsze co może spotkać człowieka. Kiedy przyjeżdża do domu tęskni za Ameryką, w Ameryce tęskni za domem... zaklęte koło. 
Urzekł mnie ten hinduski świat - kolorowy, pachnący przyprawami i nieznanymi mi potrawami. Wszędzie furkoczą kolorowe sari, kobiety dbają o siebie (choć inaczej niż Europejki), a najwyższym dobrem jest rodzina. 
Książka, którą trzeba przeczytać. W dobie etnicznej nietolerancji - trzeba. 

piątek, 27 maja 2016

Przysługa

Każdy z nas chciałby, aby jego problemy w sposób mniej lub bardziej magiczny rozwiązywałyby się "same". Niestety w rzeczywistości tak się nie dzieje. Każdy człowiek musi popracować nad swoim losem, a powiedzenie "Jak sobie pościelisz tak się wyśpisz" jest jak najbardziej prawdziwe. Czytając "Przysługę" miałam nieodparte wrażenie, że losy bohaterów przeczą wszystkim powyższym zasadom, a wydarzenia powieści plotą się w sposób baśniowy omijając wszystkie zawiłości zwyczajnego życia. Trochę to nierealne, ale z drugiej strony - przecież nie chodzi o to, aby wszystko przypominało naszą codzienność. Może zamysł autorki był własnie taki... skoro są ludzie, którzy trafiają "szóstkę" w Totka to czemu nie...  
Jagoda, Dariusz i Wojtek - rodzina jakich wiele. Mama trochę nadopiekuńcza, tata zbyt wymagający, syn - miły chłopak. Jednak pewnego dnia kończy się to poukładane życie. Kiedy Dariusz ginie w wypadku zrozpaczona Jagoda nie może się pozbierać. Dochodzi do tego, że na pogrzebie widzi męża stojącego za filarem... czy aby na pewno to tylko złudzenie? Rozwiązanie zaskoczy wszystkich. Drugi koniec powieściowego "kija" to Karol - ojciec dwóch córek i mąż niespełnionej malarki. Prowadzi wraz z teściem firmę, jednak nie można powiedzieć, aby jego praca była ceniona. Co więcej - Karol z niewiadomych przyczyn zaczął nagle znikać, co w rodzinie spowodowało burzę domysłów rozpoczynając na "kochance", a na chorobie kończąc.  
Przysługa, jaką jeden brat oddaje drugiemu jest brzemienna w skutkach dla wielu ludzi. Miała uszczęśliwić, a tymczasem spowodowała wiele konfliktów i smutku.  
Z czystym sumieniem zakwalifikuję "Przysługę" do świetnych babskich czytadeł. Przy lekturze nie ma potrzeby uruchamiania zbyt wielu połaci mózgu, jednak niewątpliwie przedstawiona historia wciąga, a pomysłowość autorki zachwyca. Zaczynając lekturę tej powieści należy jednak wyraźnie powiedzieć sobie, że to tylko literacka fikcja, w której wiele się może zdarzyć. Dlaczego? Ano dlatego, że tu wszystko jakoś samo się układa. Splot okoliczności i wydarzeń jest tak pozytywny dla głównych bohaterów, że wręcz baśniowy. To przy lekturze powieści drażni. Spotkanie przyjaciółek po latach - pyk i jest, nawet jeżeli mieszkają na dwóch krańcach Polski. Barman który wysłuchuje zwierzeń, a następnie przypadkiem otacza opieką osobnika, którego zwierzenia dotyczą - prask i już. Wszystko splata się w sposób tak nieprawdopodobny, że aż drażni. Tylko pytanie brzmi: Czy to źle?
Powieść czyta się błyskawicznie. Lekkie pióro i szybka fabuła wciskają w fotel. Na każdej stronie jest coś co czytelnika zaskoczy. Takie jest też zakończenie, a właściwie jego brak - zaskakujące.
Podsumowując - jeżeli macie ochotę na zgrabnie napisaną baśniową powieść dla kobiet, której akcja toczy się w czasach współczesnych - polecam.  

środa, 25 maja 2016

Tysiąc róż

Matko, co za zakręcona książka! Od razu śpieszę z wyjaśnieniem, że zakręcona w tym przypadku absolutnie nie ma zabarwienia humorystycznego. "Tysiąc róż" to niewątpliwe ciemna książka o ludzkiej naturze i o tym, że człowiek na każdy swój czyn znajdzie usprawiedliwienie. Jej "zakręcenie" dotyczy postępowania głównego bohatera. Autorka wspięła się na wyżyny knując taką fabułę. Szczerze mówiąc - dla mnie książka jest nieprzewidywalna i przerażająca. Biorąc ją do ręki absolutnie nie spodziewałam się takiego szoku. 
Bohaterem powieści jest Michał - grafik komputerowy, który zajmuje się przede wszystkim projektowaniem okładek do powieści autorstwa jego żony Elżbiety. Elżbieta jest autorką poczytnych kryminałów odnoszących spory sukces na rynku wydawniczym. Są parą od dość dawna i na zewnątrz ich małżeństwo wydaje się... no może nie idealne, ale na pewno poprawne. Losy Elżbiety i Michała są pokazane w dosyć niekonwencjonalny sposób, a mianowicie od końca. Czyn, którego dopuścił się Michał jest przerażający. Początkowo oceniamy go bardzo surowo, jednak z czasem, poznając coraz więcej scen z ich wspólnego życia, ocena ta staje się łagodniejsza. Co ciekawe - im bardziej uczynki małżonków nas szokują, tym bardziej Michał wydaje się być usprawiedliwiony. I tak z obrzydzenia i totalnej krytyki które czujemy do Michała, nagle nie wiadomo kiedy staje się On ofiarą. Co więcej - okazuje się, że całe wydarzenie miało zupełnie inny przebieg niż się na początku wydawało. 
Książka jest hmmm.... specyficzna. Jej fabuła jest potwornie wciągająca, jednak opisy w niej zawarte odstręczają i są często po prostu obrzydliwe. Kilka razy odkładałam czytnik z postanowieniem: "Nie tknę jej więcej, nie będę się męczyć". Jednak postępowanie głównego bohatera, jego myśli i planowane czyny są tak irracjonalne, że trudno nie powrócić do lektury. Dopiero pod koniec powieści wiele się wyjaśnia, a wszystkie głupstwa Michała nagle nabierają zupełnie innego znaczenia. Nawiasem mówiąc zastanawiałam się, jak autorka to wszystko obmyśliła i doszłam do wniosku, że sama pani Magdalena musi być lekko pokręconą osobą. 
Kiedy poznajemy Michała jest poniedziałkowy ranek. Kiedy wszystko się wyjaśnia mamy wtorkowe popołudnie. Ten krótki przedział czasowy pozwala wyobrazić sobie jak duże natężenie wydarzeń mieści w sobie ta powieść. Czyny Michała są przemyślane, jednak logika, którą się kieruje jest zupełnie zwariowana. Czytelnik jest zbulwersowany i oburzony, przyjęcie do wiadomości działań Michała i ich zaakceptowanie nie mieści się w zwyczajowym systemie wartości. 
Powieść jakiej nigdy nie spotkałam. Groteskowa i oburzająca, a jednocześnie wciągająca i intrygująca. Do tego autorka ma dar siania grozy w każdym zdaniu.  Kiedy w powieści szalała burza z niepokojem patrzyłam za okno, choć słońce świeciło jak oszalałe. Czytanie późnym wieczorem rodziło dreszcze na moich plecach. No klimat niesamowity. 
Ale najbardziej zaskoczyło mnie zakończenie. Po skończeniu lektury musiałam lekko ochłonąć. Rozwiązanie sytuacji było proste i klarowne i trudno zaakceptować to, jak mocno ludzie potrafią skomplikować najzwyczajniejsze sytuacje. Psychika ludzka jest często nie do ogarnięcia. Łatwo z igły zrobić widły, a z jednego jabłka sad. Gdyby Michał myślał trzeźwo, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej... tyle że wtedy "Tysiąc róż" nie byłoby takim świetnym thrillerem. 

wtorek, 24 maja 2016

Pora westchnień, pora burz

Książki mogą być różne. Mamy takie, przy których płaczemy ze śmiechu, ale są też takie, które doprowadzają do łez ze wzruszenia. Mogą być płytkie i traktować o błahych sprawach. Mogą być też tak poważne, że po trzech stronach wiemy, że nijak nie damy rady ich przeczytać bez przysłowiowego pół litra. Rzadko kiedy napotykam książkę, którą połykam niczym najlepszy kryminał, a mój nastrój zmienia się tak jak autorka to zaplanowała. To są prawdziwe asy. Ostatnią taką perełką był Dzidek (co ważne o podobnej tematyce). Powieść ta czytana były przeze mnie kilka lat temu. Długo czekałam na kolejnego czarnego konia. I mam! Nareszcie mam!
Przedwojenny Lwów to piękne miejsce, gdzie kwitnie kultura i sztuka. Ludzie są uśmiechnięci i zadowoleni z życia. Kiedy poznajemy Lilkę i jej przyjaciół jest zima 1937 r. Lilka pochodzi z szanowanej, lwowskiej rodziny, pełnej tradycji i zasad. Ma przyjaciół, chodzi do szkoły i żyje pełnią nastoletniego życia. Co ważne - tamtejszy Lwów to miasto tolerancji. Nie ma znaczenia czy jesteś Polakiem, Ukraińcem, Żydem czy Rosjaninem. Owszem, pewne animozje są widoczne, a to w dokuczaniu w szkole, a to w lekko rzuconym słowie... ale przecież to tym nieopierzonym młodzieńcom może się zdarzyć.
I tak czytelnik podąża z Lilką, jej rodziną i przyjaciółmi do feralnego września 1939 r. W krótkim momencie stosunki międzyludzkie ulegają gwałtownej przemianie. Przyjaciel staje się wrogiem, a dookoła szerzy się kradzież i głód. Strach zagląda ludziom w oczy i jest codziennym kompanem. Gdzie uciekać? Kto gorszy? Niemiec czy Rosjanin? Które zło jest mniejsze? Jak odnaleźć się w nowej sytuacji? Zawierucha wojenna nie oszczędza rodziny Lilki. Ktoś ginie, ktoś ucieka, jeszcze inny zaczyna organizować konspirację.
Książka bardzo brutalnie pokazuje, że narodowość (nie ma znaczenia czy polska czy ukraińska, rosyjska, czy też niemiecka) jest głęboko zakorzeniona w ludzkiej duszy. Kiedy do głosu dochodzą pierwotne instynkty nagle każdy "inny" staje się wrogiem. Sąsiad napada na sąsiada, człowiek potrafi zabić całą rodzinę, z którą wczoraj jeszcze zgodnie biesiadował.
Saga rodzinna to jedno. Piękna wzruszająca i godna lektury. Losy naszych bohaterów są przedstawione wyjątkowo pięknie. Ale trzeba koniecznie podkreślić jedną rzecz. Książka pokazuje wyraźnie, że II wojna światowa to nie tylko okupacja niemiecka. To też straszliwy najazd Bolszewików na nasz kraj. Prości, pijani, bez żadnych skrupułów ludzie, dla których nie ma żadnej świętości. Kiedy plądrują lwowskie kamienice nie wiedzą do czego służy łóżko. Śpią na stołach, nie myją się, nie potrafią używać sztućców, a najważniejsza jest wódka. Przy pomocy alkoholu można załatwić wszystko. Jakże to inne od niemieckiej umundurowanej okupacji, która przecież była bardzo okrutna, ale tak w inny, bardziej wyrafinowany sposób.
Mieszkam w Szczecinie, w którym wiele miejsc jest naznaczonych niemiecką obecnością.  Nie chodzi mi o ślady z czasów okupacji i walki o wolną Polskę (przecież Szczecin był wtedy niemiecki). W układzie miasta i kamienicach czuć jednak do dziś przysłowiowy "niemiecki porządek". Naziści byli straszni i okrutni, ale jakże inni od Bolszewików! Magdalena Kawka uświadomiła mi dobitnie (choć przecież historycznym głąbem nie jestem), że Polska z czasów II wojny światowej to dwa zupełnie różne terytoria. 
"Pora westchnień, pora burz" to literacka perełka. Górnolotnie powiem: arcydzieło. Świetny język, niesamowicie przemyślana fabuła, lekkie pióro, dbałość o historyczne detale - to wszystko czyni tę powieść idealną. Autorka podzieliła treść książki na dwie części: spokojną i sielankową porę westchnień, kiedy życie jest barwne i kolorowe. Pora burz - jest ponura i gęsta od negatywnych emocji. Wszystko dopełnia nienaganna polszczyzna i przebijający przez każde słowo patriotyzm.
Piękna, warta polecenia powieść. Zaskoczona byłam, gdy dotarłam do końca i okazało się, że to nie koniec, że będą kolejne tomy. 
Pani Magdaleno, proszę nie trzymać nas długo w niepewności!