czwartek, 23 stycznia 2020

Poryw

Lubię kryminały, choć przyznam, że rzadko kiedy, po zamknięciu książkowych przedstawicielek tego gatunku, czuję się w pełni usatysfakcjonowana. Trudno bowiem zestawić w jednej książce klasyczną zagadkę (z nieśmiertelnym pytaniem "kto zabił?") z udaną intrygą, jednocześnie nie niszcząc bohaterów. Mam wrażenie, że silne postacie z mocno zarysowaną osobowością nie pasują do kryminałów i wymykają się autorom z ram, w które próbują je wsadzić. A ja lubię jak bohater powieści wie, czego chce i uparcie dąży do wyznaczonego celu. 
W powieści pt. "Poryw" mamy klasyczną zagadkę, której rozwiązanie stanowi odpowiedź na pytanie: kto zabił? W ten sposób najmniej wymagający punkt został spełniony. Zagadka jest dobrze skonstruowana i pochłania czytelnika od samego początku. Ślady, które prowadzą do mordercy są dość zagmatwane, ale autorka dała radę. Nie ma tu nieścisłości (a przynajmniej ja ich nie zauważyłam), a elementy układanki, które doprowadzą nas do mordercy odkrywane są pomału i rozważnie. 
Ofiarą jest księgowy hotelu "Retro", który zostaje znaleziony w krzakach łódzkiego parku. Na początku trudno było przyczepić się do czegokolwiek, a co dopiero znaleźć motyw i osobę potencjalnego sprawcy. A krąg osób, które mogłyby mieć motyw jest dość szeroki. Mamy bowiem żonkę, będącą właścicielką hotelu, która, delikatnie rzecz ujmując, nie pałała miłością do męża. Mamy rodziców denata – ojciec od początku wydawał mi się podejrzany, a mama… to odrębna historia. Jest jeszcze kilka kobiet, które związane były z naszym nieżyjącym bohaterem i które zbyt wiele dobrego od niego nie otrzymały. Rozdział za rozdziałem, coraz więcej faktów wychodzi na jaw i coraz więcej elementów układanki wskakuje na swoje miejsce. Bardzo mi się podobało zwłaszcza pod koniec lektury, kiedy czułam podskórnie, że rozwiązanie jest bliziutko … jeszcze chwilka… 
Trochę mniej udana jest kreacja głównych bohaterów. Początkowo duet bohaterów wyraźnie wzorowany był na znanym wszystkim duecie stworzonym przez Remigiusza Mroza. Chyłki i Zordona nikomu raczej nie trzeba przedstawiać. Łączyły ich bardzo podobne więzi jak te, przedstawione w "Porywie". Ona poharatana przez los, wulgarna i podła, on - młody żółtodziób, nie bardzo radzący sobie z chamską wręcz mentorką… Byłam zniesmaczona. Na szczęście nie trwało to długo. Pomimo podobieństw, przestało mnie to kłuć w oczy w momencie, kiedy rozwiązanie zagadki zaczęło nabierać rumieńców. Wówczas związki pomiędzy Leną Rudnicką, a Marcelem zeszły na drugi plan i nawet podobało mi się, gdy autorka trochę zagmatwała między nimi. Należy jednak podkreślić, że polubiłam zarówno Lenę jak i Marcela, przy czym tego drugiego bardziej. 
I teraz trzeci punkt wyliczanki o dobrych kryminałach, czyli intryga. Zasadniczo jest, ale dość prosta i dość szybko domyśliłam się, dookoła czego krążyć będzie zagadka kryminalna. Wprawdzie osoby mordercy nie wskazałam prawidłowo, ale tylko dlatego, że autorka nie daje czytelnikowi żadnych śladów do ręki. Dopiero moment kulminacyjny, w którym Lena dopasowuje do siebie elementy układanki powoduje, że można domyślać się, kto zabił. Przypuszczam, że autorka bardzo chciała uzyskać efekt zaskoczenia, ale mnie osobiście pozbawiła zabawy w szukanie mordercy. 
Czy powieść jest dobra? Tak. Na pewno warta przeczytania, zwłaszcza, że jest to debiutująca autorka. Jeżeli przyjmiemy, że każda kolejna książka będzie lepsza, to zapowiada się naprawdę niezła jazda. 

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Czerwone Żniwa. Uderzenie wyprzedzające

Czerwone Żniwa. Uderzenie wyprzedzające” to nowa seria autorstwa Radosława Rusaka i Pawła Majki. Właśnie nazwisko "Majka", spowodowało, że z ciekawością sięgnęłam po tę powieść. Czytałam kilka książek tego autora i wszystkie były bardzo w porządku. 
Zacznę od tego, co w trakcie lektury mnie trochę zdenerwowało. Lepiej zacząć od minusów niż na nich skończyć prawda? Otóż zgodnie z opisem wydawcy, biorąc "Czerwone żniwa" do ręki spotkamy się z kolejną historią z serii political fiction. Ja za bardzo nie znam się na gatunkach literackich, ale moim zdaniem "Czerwone żniwa" to jednak fantastyka. Political fiction powinno jednak trzymać się choć troszkę realiów panujących w połowie XX wieku. Tymczasem tu mamy historię z czapki, jak to mówi moja córka. I dobrze, ale nie skazujmy tych, którzy nie lubią fantastyki na takie rozczarowanie.
Ogromnym plusem książki jest pomysł. Czytelnik już na samym początku zostaje wciągnięty w wir wydarzeń. A dzieje się naprawdę dużo. Zimna Wojna przestaje być zimną i robi się dość gorąco. NATO i Układ Warszawski nie stoją obok siebie, ramię w ramię, a przeciwko sobie. Zapalnikiem wojny jest odkrycie, że za tajemniczymi zniknięciami dzieł sztuki na terenie Układu Warszawskiego stoi CIA. Teren Polski staje w ogniu największych bitew pomiędzy Rosjanami a Amerykanami. Zarówno tych prowadzonych otwarcie, jak i w tajemnicy. 
Wojna, która wybuchła, pochłania wiele ludzkich istnień. Obok otwartych działań wojennych są też te ukryte, na których sukcesy strony konfliktu dużo bardziej liczą, niż na chłopców skierowanych na front. O losach wojny mają zadecydować działania jednostek specjalnych, a ich misje są dość tajemnicze i nieprzewidywalne. 
Książka przypomina mi trochę powieści Pana Ciszewskiego (którego twórczość bardzo lubię) Duża ilość wątków i mnogość bohaterów powodują, że trudno powiedzieć, kto jest głównym bohaterem i które zdarzenia są najważniejsze. Trochę to rozmywa fabułę, ale nadal powieść czyta się jak dobrą książkę szpiegowską. Trochę czuć, że to pierwszy tom serii, bo bardzo długo miałam wrażenie, że to jednak dopiero wstęp do prawdziwej historii. Niemniej jednak przy lekturze miałam sporo dobrej zabawy. Zwłaszcza poszukiwania szczerbca wprowadziły w książce specyficzny klimat poszukiwań i tajemnicy, który bardzo mi odpowiadał. 
Podsumowując - szału nie ma, ale drugi tom przeczytam. Choćby po to, aby dowiedzieć się, jak się to wszystko skończyło.

piątek, 17 stycznia 2020

Sekretny język kotów

Koty to stworzenia trochę z innej planety. Tajemnicze, samodzielne, chodzące własnymi drogami. Nie możesz kota wytresować; to on decyduje, kiedy go pogłaszczesz. Są złośliwe i samolubne. Miałam dość długo kocura, który wychowywał mnie, a nie ja jego. W czasach studenckich, kiedy w środku nocy wracałam z imprezy, czekał na mnie na ogrodzeniu. Kiedy się zbliżałam do płotu, wyginał grzbiet, prychał, a następnie szedł do domu sprawdzając, czy idę za nim. I nie miała znaczenia godzina – czy to druga w nocy, czy czwarta nad ranem. Wyobrażacie sobie, jakie miałam wyrzuty sumienia balując do rana? 
Sekretny język kotów” to książka dla kociarzy. Każdy, kto kocha takie mruczące futro, chętnie po nią sięgnie. Dlaczego? Ano dlatego, że każdy właściciel kotów ma wrażenie, że ich pupil posługuje się tajemniczym językiem znanym jedynie wąskiej grupie stworzeń. Ten sposób porozumiewania się zainspirował również Susanne Schötz, która jest profesorem szwedzkiego Uniwersytetu w Lund. Postanowiła ona zbadać kocią mowę, ale nie od strony znaków, jakie koty nam dają, a czysto literacko. Badała odgłosy kotów od strony fonetycznej. I co się okazało? Ano to, że dźwięki wydawane przez kociaki dają się usystematyzować. Autorka grupuje kocie dźwięki i próbuje dojść, co mogą oznaczać. Odnosi się nie tylko do wydawanych dźwięków, ale analizuje je w połączeniu z dotykiem, gestami czy też zapachem. Dowiemy się, która głoska w kocim „miau” co oznacza oraz poznamy badania, które doprowadziły autorkę do takich, a nie innych wniosków. Możemy też wejść na stronę internetową autorki i posłuchać dźwięków, o których pisze w swojej książce. 
Najlepszą częścią tej książki są jednak anegdoty z życia autorki i jej pięciu kotów. Każdy z nich był przedmiotem badań, każdy mruczał furczał, pojękiwał i dostarczał autorce materiałów do badań. 
Czy książka jest ciekawa? Powiem tak. Czytając ją od deski do deski raczej nie będziecie zachwyceni. No może poza osobliwą grupą kociarzy z powołania, którzy na pewno „wciągną” książkę bez chwili wytchnienia. Rozbieranie każdego dźwięku wydawanego przez kota na części pierwsze nie jest jednak zbyt fascynujące. Dlatego polecam przekartkowanie książki zapoznanie się z obrazkami i wykresami, a potem czytanie tych części, które przyciągną Wasz wzrok. Na pewno warto przeczytać rozdział, w którym autorka tłumaczy pewne zachowania kotów, oraz przyczynę reakcji kociaka na niektóre nasze gesty lub zachowania. Ale od deski do deski – niekoniecznie.

Obrzydliwa anatomia

Dawno się tak nie bawiłam przy czytaniu!:-) To rewelacyjna książka, która powinna stać na każdej półce. I to nie tylko kobiet, bo mam wrażenie, że mężczyźni często nie zdają sobie sprawy z tego, jak wygląda funkcjonowanie ciała kobiety. W dobie kolorowych gazet, plastikowych modelek i braku akceptacji dla kobiecego ciała, niedopracowanego golarką, makijażem i tipsami trudno zrozumieć, że kobieta też pochodzi od małpy i niewiele różni się od faceta. Ale to, co jest świetne w "Obrzydliwej anatomii", to sposób, w jaki autorka opowiada o tym wszystkim. Cięty język, lekkie pióro, spora szczerość i brak bufonady powodują, że czyta się po prostu jednym tchem. Książka od pierwszych stron jest zabawna. Kiedy autorka we wstępie opowiada o tym, jak jej mama stroniła od golenia włosów pod pachami, i jak namawiała mamę, żeby machając do niej, nie podnosiła zbyt wysoko rąk… turlałam się ze śmiechu. Po kilku stronach wiedziałam, że czeka mnie niezła zabawa, choć nie przewidywałam, że Pani tak bez oporów będzie mówiła o wszystkim, od włosów na dużych palcach u stóp zaczynając a na woni z pochwy kończąc. 
Książka zaczyna się od schematycznego rysunku, na którym pokazano części kobiecego ciała i umieszczono stronę, na której rozdział dotyczący tej kwestii zamieszczono. Każdy rozdział to właściwie przeżycia autorki i jej rozważania (niesamowicie śmieszne) na temat tego, co jej w życiu doskwiera. Autorka próbuje dojść, dlaczego zawsze wydaje nam się, że na zdjęciach wychodzimy brzydko, albo dlaczego natura nie stworzyła lepszego narzędzia do pierdzenia niż nasz tyłek. A już rozważania na temat pępka położyły mnie na łopatki. I dodam, że u mnie nie zbierają się paprochy! 
Pamiętajmy jednak, że do poradnika tej książce naprawdę daleko. To raczej zbiór ciekawostek ujętych w bardzo dostępny sposób. I to takich ciekawostek, o których niejedna z nas wstydziłaby się zapytać mamy. Dlaczego przyjęło się, że w trakcie stosunku kobiety jęczą i krzyczą? I czy te, które przeżywają to w ciszy są gorsze? Opowiada o zaroście kobiecym nie tylko na twarzy, ale i w innych, najbardziej nieoczekiwanych miejscach ciała. Naprawdę tematów bez liku, a informacje takie, że oczy przecierałam ze zdumienia. 
Książkę należy podsunąć nie tylko tym zakompleksionym. Każdy, kto katuje swoje ciało godzinami na siłowni czy u kosmetyczki, każdy, kto wydaje morze gotówki na kosmetyki, (a potem nakłada tyle mazidła na ciało, że się rysy twarzy zacierają) powinien sięgnąć po tę książkę. Może przyjdzie taka chwila, kiedy zrozumiemy, że natura nikogo nie stworzyła idealnym. Wszyscy się pocimy, pierdzimy i czasem mamy na twarzy krostę. Jeden jest niski, drugi gruby i wysokie obcasy, czy obcisłe gatki tego nie zmienią. 
Sięgnijcie i przeczytajcie! Czeka Was morze niezłej zabawy.

środa, 15 stycznia 2020

Był sobie pies 2

Zawsze myślałam, że „Był sobie pies” to przede wszystkim film. Obejrzałam go wraz z dzieciakami w pewien zimowy weekend. Chlipałam ja, buczała moja córka… tylko syn udawał, że nic a nic go nie ruszyło. Takie tam męskie gadanie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w moje ręce wpadła powieść „Był sobie pies 2”. Pędem siadłam do komputera i wyczytałam, że to powieść była pierwsza, a nie film. Chciałam znaleźć pierwszy tom, ale nie starczyło mi cierpliwości. Ciekawość zwyciężyła i z niecierpliwością zaczęłam poznawać dalsze losy Koleżki. 
Tak jak ekranizacja pierwszej części spowodowała we mnie potoki łez, tak czytanie drugiej części - zapewniam że równie wzruszającej – nie rozczuliło mnie tak bardzo. Bardziej podtrzymało mnie na duchu i dało wiarę, że dobro jest w każdym z nas. 
Autor bardzo płynnie pozwala czytelnikowi powrócić na farmę, gdzie zakończyła się I część powieści. Koleżka jest nadal wiernym towarzyszem Hanny oraz jej rodziny. Wprawdzie jego ukochany Pan już nie żyje, ale pozostała jego synowa Gloria i jej córeczka Clarity. Gloria to zadufana w sobie kobieta, dla której ważny jest tylko i wyłącznie czubek własnego nosa. Nie zwraca uwagi na córeczkę, co wymusza na psie działania ratujące małą z tarapatów. Nie ma co liczyć na wdzięczność, bo Gloria szczerze nienawidzi psów i zamiast docenić działania psiaka, widzi w nim główną przyczynę problemów. Koleżka, a właściwie już Bailey kocha Clarity całym swoim psim serduszkiem i wie, że opieka nad nią będzie treścią jego życia. Jego i wszystkich kolejnych wcieleń. Clarity potrzebuje wsparcia jak mało kto. Jest bardzo samotna, a ze strony matki nie ma żadnego wsparcia. Powiem więcej – jest po prostu zaniedbywana i pozostawiona sama sobie. Jej jedynym wsparciem jest przyjaciel Trend no i oczywiście kolejne wcielenia Koleżki. 
Bardzo podobał mi się wątek o wykrywaniu przez psy nowotworu. Wiem, że to fikcja literacka, ale problem ujęto w taki sposób, że wyjątkowo mnie to ujęło. Przekopałam Internet w poszukiwaniu wiadomości i okazało się, że rzeczywiście psy wykrywają niektóre choroby. Może nie od razu nowotwór, ale na przykład podwyższony poziom cukru we krwi jak najbardziej. 
Książka jest przepiękna, a już fragmenty, które dzieją się w głowie psa są po prostu urzekające. Czytałam z wielka przyjemnością o tym, jak pies analizował zaistniałe sytuacje i do jakich dochodził wniosków. Cierpiałam, kiedy był ignorowany i niesprawiedliwie traktowany. Uwielbiałam, gdy otrzymywał zasłużona porcję „głasków”. Sama mam psa i powiem Wam, że od czasu tej lektury na stałe do mojego słownika weszło słowo „głaski”, którego chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć. 
Książka porusza wiele tematów, które nie są wcale wzruszające. Problem bulimii u nastolatków, ucieczki z domu, destrukcyjne towarzystwo, czy też myśli samobójcze są w powieści dość częstym gościem. Na szczęście nasza główna bohaterka ma ukochanego psiaka, którego towarzystwo jest remedium na wszystko. Jego bezwarunkowa miłość pozwala przejść Clarity przez najgorsze chwile życia. Wprawdzie matka kilka razy próbowała pozbyć się psa z życia dziewczynki, ale to tylko cementuje miłość do czworonoga. 
Trudne były dla mnie momenty, w których pies odchodził, aby narodzić się na nowo. Jednak w książce (bez muzyki i obrazu) te chwile nie rodziły aż tylu emocji i nie wzbudzały rzeki łez w moich oczach. Na szczęście. 
„Był sobie pies 2” to naprawdę piękna powieść. Nieskomplikowania i jednowątkowa pozwalająca skupić się na losach kolejnych wcieleń koleżki i ludzi mu towarzyszących. Koleżka, Bailey, Max czy Toby – wszystkie wcielenia psiaka były nakierowane na miłość do człowieka. Wszystkie wcielenia naszego bohatera były kochane a w zamian oddawały całe swoje psie serce. Naprawdę warto przeczytać tę powieść tuląc w trakcie lektury swojego psiaka i dając mu odpowiednią porcję głasków. 

Rozmerdane święta

Po raz kolejny przekonuję się, że książki przychodzą do mnie zgodnie z prawem serii. Bo jak wytłumaczyć to, że zaraz po "Był sobie pies 2" w moje ręce wpadły "Rozmerdane Święta"? Tak samo radosny pyszczek zerkał na mnie z okładki, takie samo ciepło biło z wiernych psich oczu. Tylko na "Rozmerdanych..." widnieją skrzące się gwiazdki, co - wraz z tytułem - sugeruje, że akcja toczyć się będzie gdzieś w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Dobry czas na taką powieść :-) Nic dziwnego, że w okresie świątecznym ta książka zawitała na wielu listach bestsellerów
Początkowo akcja toczy się wielowątkowo, a właściwie, to "wieloosobowo". Olgierd to samotny trzydziestoletni nauczyciel. Jego samodzielność jest trudna, bo okupiona ciągłą walką z nadopiekuńczą mamą. Stara się żyć na własny rachunek, ale jest to dość trudne. Małgorzata samotnie wychowuje niepełnosprawnego synka. Pracuje w sklepie obuwniczym, nic więc dziwnego, że nie starcza jej czasu na zwykłe życie. Krystyna jest samotną, starszą Panią, dla której sensem życia są dzieci. Nie może odnaleźć się po tym, jak potomstwo wyfrunęło z gniazda, tym bardziej, że jest wdową. Stanisław prowadzi sieć sklepów obuwniczych, ale robi to bardziej dla żony, niż dla siebie. Kiedy żona zostawia go dla młodszego mężczyzny, Stanisławowi zawala się świat. Jak połączyć te wszystkie osoby? I co doprowadzi do świątecznego happy end'u? Otóż wszystkiemu winien jest pies. Mały szczeniak, którego Olgierd znalazł w śmietniku. Piesek był na skraju wycieńczenia ze względu na chorobę, która uniemożliwiała przedostanie się pokarmu do żołądka. Psiak był potwornie zaniedbany, a do tego wszystkiego jeszcze niszczył i gryzł wszystko, co wpadło mu w ostre, szczenięce ząbki. 
Fabuła jest taka, jaka powinna być w ten magiczny czas. Lekka, bez grama nudy i bardzo, bardzo ciepła. Poszczególne rozdziały odpowiadają perypetiom kolejnych bohaterów, dzięki czemu możemy poznawać przebieg zdarzeń z różnych punktów widzenia. Mnóstwo śmiesznych sytuacji i nieporozumień powoduje, że powieść czyta się szybko i gładko. Jest wesoła i pogodna, a jednocześnie porusza kilka ważnych tematów. Przede wszystkim pokazuje jak ważna jest odpowiedzialność za losy psiego przyjaciela. Dotyka też kwestii konieczności szczepień psa. Ale poza tym edukacyjnymi walorami, jest to po prostu bardzo dobrze napisana powieść z nutką świątecznej magii. 
I ponownie moje ulubione rozdziały, to te pisane z perspektywy psiego noska. To niesamowite uczucie próbować czuć jak pies i rozumować jak pies. Wiem, że to fikcja i bajka, ale mimo wszystko. Trudno zrozumieć pewne zachowania z perspektywy człowieka, ale oglądane z poziomu czworonoga wyglądają zupełnie inaczej. 
Polecam „Rozmerdane święta” i to nie tylko w świąteczny czas. To powieść, która zachwyci również w upalne letnie dni. Bo przecież każdy z nas lubi powieści, które niosą ze sobą przesłanie miłości i wiarę w dobro drzemiące w każdym z nas.

wtorek, 14 stycznia 2020

Ciemność. W obronie mroku.

Zachwyciła mnie okładka. Matowa i czarna, niczym czarna dziura, z oleistymi plamkami innej czerni - bardziej żywej, niosącej ze sobą błysk odbitego światła. Książeczka rozmiarami niepozorna, ale przekazem olbrzymia. Niby traktuje o ciemności, ale co za tym idzie – również o świetle. Bo przecież nie istnieje ciemność bez światła. A Ono – jak się okazuje – jest nie tylko dobrodziejstwem cywilizacji, ale również przekleństwem.  Ta książka jako najlepszy przedstawiciel literatury faktu pokazuje, że światło to zjawisko nad którym należy się pochylić i podejść ze sporym szacunkiem.
Autorka Sigri Sandberg od dzieciństwa boi się ciemności. Boi się tego, co może czaić się w mroku. Postanawia więc zawalczyć z własnym demonem i udaje się na daleką Północ, aby tam namacalnie przekonać się, co czeka na nią w mroku. Początki są trudne. Śpi z bronią przy głowie i boi się wszystkiego, co usłyszy. Ale z czasem przekonuje się, że ciemność to przyjaciel ludzkości. Wprawdzie niedoceniany i ostatnio bardzo zaniedbywany, ale jednak przyjaciel. 
Nigdy w życiu nie zastanawiałam się nad znaczeniem światła w moim życiu. Na pewno cieszę się, że jest możliwość rozjaśnienia mroku, czytania nawet w nocy i delektowania się pięknymi świątecznymi iluminacjami. Ale „Ciemność. W obronie mroku” pozwoliła mi zauważyć również mroczne strony tego zjawiska. Czy wiecie, że istnieje zjawisko zanieczyszczenia światłem? Przez to wielu ludzi nigdy w życiu nie widziało nocnego nieba w całej jego krasie. Dlatego też ochroną otoczono miejsca, które nazwano „Parkami ciemnego nieba”. To właśnie tam możecie oglądać gwiazdy bez tej sztucznej poświaty, jaką daje wielkomiejskie oświetlenie. W Polsce takie miejsca są dwa, oba w górach – w Izerach i Bieszczadach. 
Po przeczytaniu tej niepozornej książeczki moje myśli bez końca krążyły wokół tego, jak można pomóc. Bo okazuje się, że sztuczne światło, którego tak bezmyślnie używamy przyczynia się do niszczenia wielu ekosystemów. Przeraziła mnie informacja, z której wynika, że w ciągu kilku ostatnich dekad liczba ludzkości dwukrotnie wzrosła, a owadów dwukrotnie spadła. Przykładów na destrukcyjne działanie światła jest wiele, od owadów zaczynając a na naszym zdrowiu kończąc. 
Książka ta, obok wielu faktów i ciekawostek zawiera również akcent artystyczny. Wielu artystów za motyw przewodni swojej twórczości przyjęło właśnie ciemność. Autorka wplotła te wiersze pomiędzy swoje rozważania. Dało to efekt trochę mistyczny, choć przyznam, że średnio mi się te wiersze podobały. Należy jednak podkreślić, że ja do fanek poezji nie należę, więc moja opinia w tej kwestii jest mało miarodajna. 
„Ciemność. W obronie mroku” to książka, która powinna być przeczytana przez każdego. To wspaniałe kompendium wiedzy na temat zjawiska, które towarzyszy nam od zawsze. Autorka uświadamia nam jak ważna jest ciemność i jak mało ją szanujemy. Pokazuje, że bezmyślnym nadużywaniem oświetlenia krzywdzimy naszą planetę. Pomyślmy więc, czy może by tak zgasić jedną z trzech lampek świecących w naszym mieszkaniu… 

środa, 8 stycznia 2020

Spóźnione powroty

Lubię sagi. Długaśne, niemożliwe do zmieszczenia w jednym tomiszczu. Saga o Lipowie – moja ulubiona - liczy sobie już 11 tomów. Saga Kamili Läckberg to dziesięć tomów i każdy uwielbiam. Problem z sagami mam jeden. Jak recenzować kolejne książki? Przecież to, co napisałam o pierwszej, często dotyczy wszystkich kolejnych. To samo lekkie (lub ciężkie) pióro, ten sam klimat powieści, ci sami bohaterowie, z których jednych uwielbiam, a innych nie cierpię. Oczywiście fabuła odmienna i każda zachwyca, ale w recenzji nie fabuła jest przecież najważniejsza. Pamiętam, że recenzję któregoś z kolei tomu sagi o Lipowie zaczęłam od słów "Znowu to samo". Szybko jednak zreflektowałam się, że to nie najlepszy początek zwłaszcza, że książka podobała mi się niezmiernie. 
W przypadku Sagi "Dwieście wiosen" jest podobnie. „Spóźnione powroty” to trzeci tom, a ja, tak jak piałam z zachwytu przy dwóch pierwszych, tak przy trzecim nadal pieję. Nic inaczej. Bo podobało mi się bardzo. Bardzo. 
Fabuła powieści przeplata dwa wątki, łącząc dwa okresy historyczne - dwudziestolecie międzywojenne i okres II wojny światowej. Świetny zabieg literacki, który pozostawia wiele miejsca w głowie czytelnika na domysły i pole dla wyobraźni. Nasi bohaterowie w okresie dwudziestolecia międzywojennego starają się nadążyć za zmianami. Kochają się, kłócą, odchodzą i wracają... ot zwyczajne życie, pełne zarówno intryg jak i miłości. W okresie II wojny już jest inaczej, Kobiety jednoczą się i wspólnie prą do przodu, pozbawione męskiego ramienia, Większość mężczyzn pochłonęła zawierucha wojny. Obozy, czy też wywózka na przymusowe roboty są na stałe obecne w rozmowach mieszkańców Folwarku. Jednak, mimo wojny, mieszkańcy starają się żyć normalnie. Gorzej ma się sytuacja we dworze Konarskich. Tu nastały chwile złe i chmurne. 
W narracji Pani Grażyny Jeromin Gałuszki nic się nie zmieniło. Tak jak w dwóch pierwszych tomach, tak i teraz zachwyca pięknym piórem i umiejętnością ukazania wspaniałości przyrody w taki sposób, że chce się tam być. To nie są długie nudne opisy, o nie! To kilka zdań, jeden akapit, ukazujący wspaniałość doliny, w której położony jest folwark, czy też otoczenie młyna. Autorka, opisując losy bohaterów tak wplata kilka słów, że czytelnik po prostu czuje zbliżającą się wiosnę, albo siarczysty mróz za oknem. Ciepła, cudowna powieść, którą czyta się jednym tchem. Ale i tak najlepsza jest kucharka Wacława. Od wielu lat towarzyszy mieszkańcom Folwarku i nie raz zadziwiła wszystkich. Płakałam ze śmiechu, kiedy czytałam o kompletach damskich fatałaszków schowanych w szafie, o pozowaniu w stogu siana, czy też o poglądach Wacławy na sytuację panującą na świecie. I jeszcze umiejętności kierowcy, o które nikt jej nie podejrzewał. Wacława to taki filar, wokół którego wszystko się kręci. To Ona pomaga w trudnych chwilach, to ona uświadamia młode panienki. Wszystko Wacława ! 
Polecam serdecznie, ale tylko w połączeniu z poprzednimi tomami. „Folwark Konstancji” i „Niebieska sukienka” też są cudne i na pewno zachwycą niejednego czytelnika lekkością i pięknem. 

piątek, 3 stycznia 2020

Wianek z lauru

Jakiś czas temu czytałam pełną ciepła powieść pt. Wianek z dmuchawców. Pamiętam tylko tyle, że bardzo mnie urzekła swoim spokojem i łagodnością. Powieść, która w dzisiejszych czasach działa trochę jak balsam. W treści nic nie ma "na szybko" - jest trochę pastelowo, trochę jesiennie i złociście... Oczywiście przeczytałam i zapomniałam o niej; popędziłam w życiu dalej. Jakże się ucieszyłam, kiedy przed świętami dorwałam drugi tom! Przecież nie ma lepszego czasu na lekturę takich książek, niż zimowo świąteczny okres, kiedy świat zwalnia i zamiera. 
Otworzyłam i przepadłam. Kubek kawy, zapach choinki i wciągająca fabuła sprawiły, że powieść zaczęłam i skończyłam jednego dnia. Losy mieszkańców Gradowa tak mnie pochłonęły, że nawet nie zauważyłam, kiedy z żalem przyszło mi się z nimi znowu rozstać. 
Tym razem do Gradowa zakradła się polityka. Zbliżają się wybory samorządowe, a wśród mieszkańców nie brakuje chętnych do objęcia stanowiska wójta. Bodzio piastował to stanowisko przez szereg lat właściwie przez zasiedzenie i wszyscy doszli do zgodnego wniosku, że chyba czas już na zmiany. W konkury z nim stają rzeźnik Marcin i organista Michał. Każdy z nich jest zupełnie inny, każdy ma odmienne pobudki, które nim kierują. Marcin jest człowiekiem bogatym, z dobrze zorganizowanym komitetem wyborczym i nieudanym życiem osobistym. A Michał? Michała pamiętam z pierwszej części i od wtedy nic się nie zmienił. Dobry i poczciwy, walczy o stanowisko, bo liczy, że powaga stanowiska wójta skieruje na niego uwagę kobiety, którą kocha od dawien dawna... 
Nie jest ważna jednak pogoń za stanowiskiem. W tej powieści ważny jest nastrój i klimat. Zresztą nawet polityczny zgiełk w tej powieści wydaje się dużo łagodniejszy niż w życiu. Mnie jednak urzekły krótkie opowiadania stanowiące część powieści. Mamy dzieje kobietki, którą z marzeń i pasji odarło zwyczajne życie. Ciąża, macierzyństwo i walka z każdym dniem zabiły miłość. Teraz musi podjąć decyzję, co dalej. Drugie opowiadanie, które wyjątkowo mnie wzruszyło, to losy miejscowego pijaczka, który na pierwszy rzut oka jest nieświadomym swojej biedy, szczęśliwym mieszkańcem Gradowa. Ale kiedy tak przyjrzymy się jego losom okazuje się, że do jego niedoli w największym stopniu przyczynili się sąsiedzi, którzy go po prostu wykorzystywali. 
I tak od domu do domu, od chaty do chaty, towarzyszymy mieszkańcom w codziennych zmaganiach. Cudnie się czytało, zwłaszcza, że (podobnie jak w pierwszym tomie) nie zawiodła Maria Blanche, będąca od pięćdziesięciu lat kościelną w Gradowskim kościele. Postępowanie tej kobitki nadal wywoływało podczas lektury salwy śmiechu. 
Dziękując autorce za kolejne chwile, które poprawiły mój humor, pozostaje czekać na więcej. Oby nie za długo! 

czwartek, 2 stycznia 2020

Kortyzol


Jeżu kolczasty, co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po tę książkę! Z zasady zerkam do portalu Lubimy czytać i jeżeli książka schodzi poniżej połowy, (co oznacza ocenę 5 i mniej w dziesięciostopniowej skali), to nie zawracam sobie nią głowy. W przypadku „Kortyzolu” ocena powyżej 4 łącznie ze sporą chęcią poznania punktu widzenia faceta sprawiły, że jednak się zdecydowałam. Skutek: stracone dwa wieczory, w trakcie których złość mieszała się ze smutkiem i ciągłą chęcią rzucenia czytnikiem o ścianę. 
Książka ma jeden wydźwięk. Jestem biedny, porzucony, nikt mnie nie kocha i wszyscy muszą mnie żałować. Nawet, jeżeli ktoś próbuje pomóc to na moich zasadach, a jeżeli próbuje wbrew mnie – to jest bleee i odwracam się od niego rzucając fochem o ścianę. Chciałam traktować tę książkę jako próbę pokazania, że faceci też mają emocje i nie wstydzą się płaczu i depresji. Nic z tego. Tyle razy autor powtórzył słowo JA i odmienił je przez wszystkie możliwe formy i przypadki, że „Kortyzol” jest JEGO powieścią i tylko i wyłącznie o NIM. A kim ON jest? Chłopcem, któremu ktoś zabrał ulubionego misia i teraz płacze, aby mu go oddać. Nie chce korzystać z wyciągniętej dłoni a jeżeli nawet, to tylko na własnych warunkach. Zgrzytałam zębami czytając jak gniótł swoich przyjaciół, a potem użalał się, że ich grono nie wiadomo dlaczego tak stopniało. Ileż można niańczyć? A jak przeczytałam opinię w stylu "Kobiety mają łatwiej", to już w ogóle mną zatrzęsło.  
Można na pierwszy rzut oka uznać, że to książka o tym, jak radzić sobie z porzuceniem i depresją. Nic bardziej mylnego. To książka o egoistycznym cwaniaku, który niczym bluszcz próbuje wyjść z rozpaczy kosztem innych. To książka napisana tylko po to, aby wkurzyć czytelnika i wywołać w nim negatywne emocje. 
Nie będę więcej pisać na temat „Kortyzolu”. Szkoda mojego czasu. Waszego też. 

wtorek, 31 grudnia 2019

Jak zostałam peruwiańską żoną

Wszyscy dookoła piszą, że książka pt. "Jak zostałam peruwiańską żoną" to literatura podróżnicza. Moim zdaniem to nie do końca prawda. Owszem, jest tu wątek podróżniczy i to bardzo dobry, ale zajmuje tylko pewną część fabuły. W moim odczuciu to historia kobiety, która w dzieciństwie została stłamszona przez krzywdzące opinie i bezmyślnie wypowiadane słowa. Powieść pokazuje, jak bardzo trudno wyjść z kompleksów, ale kiedy już się uda - jak łatwo rozwinąć skrzydła. 
Pierwsze, co zrobiłam, to próbowałam znaleźć w Internecie informacje o autorce. Nic z tego. Kobieta wyjątkowo tajemnicza dała się poznać jedynie z opisu na skrzydełkach powieści. Wynika z niego, że Mia jest zapaloną podróżniczką i dziennikarką. Ale to wszystko. Z powieści można również wywnioskować spore poczucie humoru oraz duże zainteresowanie medytacją i tajemniczymi zjawiskami pochodzenia "przyrodniczo - naturalnego". Cóż, pozostaje zagłębić się w lekturze... 
Bohaterka książki od dzieciństwa była uważana za dziwoląga. Interesowała ją medytacja, joga i wszystko to, co mogło jej pomóc odnaleźć samą siebie. W przypływie desperacji wyruszyła do Ameryki Południowej w podróż swojego życia. Przybywa do San Augustin w Kolumbii i od razu zderza się z odmiennością kulturową. Studiowanie różnic i próba egzystowania z mieszkańcami tak dalekich zakątków naszej planety jest sporym wyzwaniem. Z czasem na drodze naszej bohaterki pojawia się również mężczyzna, który ma zupełnie inne pojęcie miłości niż powszechnie nam znane. Według niego Mia - jak każda Europejka - jest bezbarwna i nijaka. Nie umie się pięknie poruszać nie wspominając już o tańcu. Mia postanawia go przekonać, że bardzo się myli. Więcej pisać nie będę, dodam tylko, że to nie jedyny mężczyzna w życiu podróżniczki i nie jedyne problemy, z jakimi będzie się borykać. 
I teraz czeka mnie najgorsze, bo jak tu opisać własne wrażenia? Jeżeli potraktujemy „Jak zostałam peruwiańską żoną”, jako książkę dokumentalną i podróżniczą, to zachwytu nie było. Za dużo rozważań za mało wiedzy i faktów. Ale jeżeli podejdziemy do niej jak po prostu do kolejnej powieści, która wpadła w moje ręce... to tak, to jest właśnie to. Autorka ma dość lekkie i swawolne pióro, dzięki czemu w trakcie lektury jest sporo śmiechu i radości. Do tego bardzo plastycznie opisuje miejsca, które zwiedziła, obyczaje miejscowej ludności i tajemnicze obrzędy, których była świadkiem. W trakcie lektury nie ma co liczyć na podróżnicze objawienie, ale dobrą zabawę autorka zapewniła każdemu.

Króliki z Ravensbrück

Bardzo lubię tak zwana literaturę obozową. „Króliki z Ravensbrück” przyciągały mnie bardzo zwłaszcza, że jakiś czas temu skończyłam „Kobiety z Ravensbrück” - książkę bardzo opasłą i bardzo dokładnie i szczegółowo opisującą życie w obozie. Początkowo ogarnęło mnie rozczarowanie, kiedy zrozumiałam, że "Króliki..." to czysta beletrystyka. Szybko jednak otrząsnęłam się i zabrałam do czytania. I co się okazało? Powieść ta jest tak przejmująca, że na pewno długo zostanie w mojej głowie. Dużo dłużej niż historyczne „Kobiety z Ravensbrück”. Trudno mi wyrazić słowami, co mnie tak bardzo ujęło w tej powieści. Na pewno nie chodzi o losy więźniarek, raczej o ukazanie walki o godność i szacunek do samej siebie. Kiedyś i dziś tak samo ważne i tak samo trudne. 
Miriam poznajemy w momencie, kiedy Europa zmienia się na zawsze. Upada mur berliński, a ludzie nie mogą nacieszyć się wolnością. Miriam jednak wcale nie jest do śmiechu. Jej świat w jednej chwili zawalił się z hukiem. Ojciec po porażeniu mózgowym balansuje na krawędzi życia i śmierci, a Miriam w całej tej rozpaczy jest całkiem samotna. Trudno jej egzystować zwłaszcza, że boryka się również sama ze sobą. Próbuje uciec z toksycznego związku i piekła, jakie zgotował jej mąż. Trudno jej zrozumieć, że miłość – tak lepka i trudna – to pułapka, a nie szczęście. 
Losy Miriam to główny wątek powieści "Króliki z Ravensbrück". Dziwne prawda? Cóż historia Miriam ma wspólnego z kobietami, na których wykonywano potworne eksperymenty? Królikami nazywano kobiety (najczęściej Polki), których kosztem niemieccy "lekarze" poszukiwali lekarstwa na frontowe rany, gangrenę czy tyfus. Kobietom wycinano mięśnie, wkładano w rany szkło, brudne drewno, a także zakażano je chorobami. Wszystkie te kobiety po zakończeniu eksperymentów miały zostać zabite, aby ukryć dowody zbrodni. Na szczęście kilka z nich przeżyło i stały się żywymi dowodami przeciwko oprawcom. 
I to jest właśnie magia tej książki. Autorka pięknie poprowadziła losy Miriam, która w pewnej chwili swoich zmagań z życiem znajduje w szafie pasiak. W sprytnie poukrywanych kieszonkach wszyte są listy, które ukazują życie w obozie w Ravensbrück. Miriam - poznając pomału historie opisaną w listach - zaczyna rozumieć, że życie nie polega tylko na biernym przejściu od urodzin do śmierci. Trzeba o siebie walczyć; walczyć o swoją godność i swoje szczęście. Od listu do listu kobieta zaczyna rozumieć, że to nie tylko historia więźniarki, ale również historia jej rodziny. 
Czytelnik tak naprawdę czyta dwie książki. Pierwsza została złożona z poukrywanych skrawków papieru, na których drobniutkim, ołówkowym pismem ukazano okrucieństwo Niemców, rozpacz więźniarek i walkę o każdy następny dzień. Druga opowieść to Miriam, która musi przejść długą drogę do odzyskania własnej godności i szacunku do samej siebie. Dla Miriam wrogiem jest mąż. Wydaje się dużo mniej groźny niż niemieccy oprawcy, prawda? Otóż właśnie w tym ukryty jest sens całej powieści. Autorka pokazuje nam dwie walki o własną godność – tą globalną, która do dziś jest na ustach całego świata, i ta małą, jednostkową, która toczy się w wielu zacisznych kątach na pozór spokojnych domów. 
Piękna to książka. Czytałam ją z wewnętrznym smutkiem, ale przyznam się, że moje odczucia zdziwiły mnie samą. Dużo więcej emocji czułam śledząc losy Miriam niż historie pochodzące z obozu. Może, dlatego, że znałam koniec obozowego życia… Może, dlatego, że Miriam miała szanse… Trudno powiedzieć. Wiem jedno – warto przeczytać.

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Hajer na kole, czyli rowerem po Kirgistanie i Kazachstanie

"Hajer na kole" pojawił się u mnie przypadkowo. Prosiłam o książkę autorstwa Artura Hajzera, traktującą o górach, a dostałam Hajera zasuwającego po świecie na dwóch kółkach (cieszę się, że nikt nie wpadł na przesłanie mi książek o panach Chajzerach, bo tego bym już nie zdzierżyła :-)) Mimo tego, jak już w moich rękach zagościła książka z przesympatycznym rowerzystą na okładce, postanowiłam przeczytać. I powiem Wam, że dawno żadna książka nie przyniosła mi tyle radości. 
Hajer to inaczej Mieczysław Bieniek. Z zawodu górnik, przepracował w swojej ukochanej kopalni Wieczorek 27 lat. Niestety (albo właśnie „stety”) w wyniku wypadku podczas pracy stracił wzrok, co oznaczało dla Niego koniec górniczej kariery. Nie załamał się jednak, a postanowił wyruszyć w świat. I to była najlepsza decyzja na świecie. Połączenie wspaniałego poczucia humoru, rewelacyjnego zmysłu obserwacji i miłości do taniego podróżowania dały mieszankę iście wybuchową. Z tego wybuchu powstała cała seria książek, które radują czytelników. 
Już na samym początku książki, kiedy autor opowiada o perypetiach na lotnisku, poczułam przedsmak tej czytelniczej podróży. Wiedziałam już, że nie będzie nudno, ale za to na pewno będzie śmiesznie. A jak się jeszcze dowiedziałam, kto to jest Matylda... padłam ze śmiechu. Autor ma wyjątkowo lekkie pióro i przygody swoje opisuje iście mistrzowsko. Nie straszne mu są dialogi, dzięki czemu książkę czyta się szybko i radośnie. Anegdot jest co niemiara, a każda następna lepsza od poprzedniej. 
Podróż po Kirgistanie i Kazachstanie jest naprawdę fascynująca. Wprawdzie autor nie uracza czytelnika żadnymi odkrywczymi informacjami, ale po lekturze pierwszych kilku stron, nikt raczej na to nie liczy. Tu nie chodzi o geograficzną wiedzę, tylko o te smaczki, których na szkolnych lekcjach tak mało. Dostajemy barwny obraz krajów powstałych po rozpadzie ZSRR. Poznajemy styl życia mieszkańców, to, co jedzą, jak spędzają wolny czas i jak pracują. Podróż kompletnie żywiołowa i niezaplanowana, daje radość zarówno podróżnikowi jak i czytelnikowi. Podczas podróży wraz z Hajerem poznajemy wyjątkowo gościnnych mieszkańców Kazachstanu i Kirgistanu. Właściwe każdy służył podróżnikowi pomocą, każdy się uśmiechał, każdy dzielił się tym, co miał. Hajer zawsze miał zaproponowany przysłowiowy wikt i opierunek, choć przecież nikt nie musiał mu pomagać. Na szczęście los stawiał mu na drodze ludzi pomocnych i życzliwych, dzięki czemu Hajer wydostawał się z największych opresji. Żeby tylko! Trafił się nawet nocleg w domu u pewnego bogatego złodziejaszka, a warunki, w jakich został ugoszczony bogato odbiegały od zwykłej gościnności. 
Książka ma charakter wesołego pamiętnika. Nasz bohater to szczery, prosty człowiek obdarzony lekkością słowa, którą chętnie się dzieli. Każda jego przygoda na szczęście kończy się na wesoło, choćby nawet zapowiadała się groźnie i niebezpiecznie. Miałam naprawdę sporo przyjemności w lekturze tej książki, zwłaszcza, że jest ona pięknie wydana. Do środka wpakowano bardzo dużo zdjęć, a ich urok potęguje biały, śliski papier. Niestety wpływa to na ciężar książki, ale zapewniam Was, że to jedyna wada. 
Cudownie czyta się o świecie, w którym człowiek funkcjonuje w zgodzie z naturą. Miło było przenieść się z europejskiego miasta na wschodnie, dzikie tereny, gdzie życzliwość jest jeszcze w cenie, a dni i noce odmierza pianie koguta.


Templariusze. Fenomen, który przetrwał.

Moje pierwsze zetknięcie z Zakonem Templariuszy miało miejsce dawno temu, kiedy byłam nastoletnią fanką serii o Panu Samochodziku. Wraz Panem Tomaszem i kilkoma harcerzami, z zapartym tchem poszukiwałam skarbu Templariuszy ukrytego gdzieś w głębi naszego kraju. Wprawdzie trochę obraz "zamydlają" pałętający się w fabule Krzyżacy, ale mimo tego Templariusze działali mi na wyobraźnię. Zakon tajemniczy, pełen mądrych ludzi, chcących przejąć władzę w chrześcijańskim świecie, do tego ogromne bogactwo i piękne pałace... Ile w tym prawdy? 
Można szukać faktów o Templariuszach w podręcznikach historii, ale bez większego powodzenia. Wiadomo, że byli bogaci, że walczyli w obronie chrześcijaństwa, ale wiadomo też, że skrywali wiele tajemnic. Ich historia oficjalnie zakończyła się w 1312 r. Zginął ich Mistrz, zaginął skarb, a archiwum przekazano innemu zakonowi. O czym tu jeszcze pisać? No właśnie. Dlatego warto porzucić podręczniki na rzecz prac trochę naukowych, trochę detektywistycznych i tylko troszkę bajkowych. Bajkowych tylko na tyle, aby rozjątrzyć ciekawość i zabić nudę. 
"Templariusze fenomen, który przetrwał" jest właśnie książką dla fascynatów, którzy docenią nie tylko wartość historyczną, ale również umiejętność gawędzenia i ciekawego przekazywania faktów. Przyznam się, że podchodziłam do tej książki, jak szczerbaty do orzechów, ale kiedy zaczęłam lekturę - przepadłam. Kiedy przebrnęłam przez wstęp i pierwszy - dość suchy rozdział - zachwyciłam się pozostałą częścią. Autor nie stroni od słów „tajemnica”, „prestiż”, „bogactwo”, nie ukrywa, że Zakon Templariuszy do dziś nie został do końca zbadany. Owszem, bardzo zgrabnie operuje faktami historycznymi, ale też potrafi stawiać tezy i szukać szczegółowych odpowiedzi na postawione pytania. Bardzo zafascynowała mnie historia paryskiej siedziby Templariuszy, z ciekawością czytałam o konszachtach templariuszy z "aniołami śmierci". Z wypiekami na twarzy śledziłam losy ostatniego Wielkiego Mistrza i płakałam nad niesprawiedliwością jaka Jego spotkała. Zresztą nie tylko Jego, ale prawie wszystkich Templariuszy. Torturowani i więzieni w lochach zmuszani byli do wyjawiania tajemnic, o jakich nie śniło się oprawcom. Na szczęście niektórzy wymknęli się z łap Inkwizycji i uciekli z nieprzyjaznego kontynentu. Czy przetrwali do dzisiaj? 
Pierwsza część książki, ukazująca tajemnicę Templariuszy, jest ciekawa pod względem historycznym. Autor podaje sporo faktów i źródeł, jednak nie przytłacza czytelnika ich ilością. Lekturę bardzo ułatwia sposób umieszczenia przypisów, które umieszczone są u dołu strony, a nie na końcu każdego rozdziału. Umożliwia to nieprzerwane delektowanie się książką, bez ciągłego wertowania kartek. W drugiej części, ukazującej losy Zakonników po likwidacji zakonu, mamy więcej dociekań, pytań i zagadek. Miałam wrażenie, że tutaj do głosu doszło wykształcenie autora, który z zawodu jest prokuratorem. Widać, że ogromną przyjemność sprawia Mu analizowanie faktów i łączenie przyczyn ze skutkami.


Wyobraźnię czytelnika podsycają kolorowe zdjęcia i rysunki zamieszczone w książce. Zresztą cała książka jest pięknie wydana. Twarda okładka, śnieżnobiały papier, dobry skład - to wszystko tworzy całość, która daje ogromną przyjemność czytania. Jeżeli dodamy do tego gawędziarski styl autora i bardzo, bardzo przyjazną czcionkę (dawno nie czytało mi się tak dobrze) otrzymamy wspaniałą pozycję, której nie powstydziłoby się niejedno wydawnictwo stricte historyczne. 
Na razie postawiłam Templariuszy na półce w biblioteczce. Niech czekają na swoją chwilę, kiedy moje dzieci sięgną po nią i zanurzą się w świat pełen zagadek i tajemnic. Wam też polecam. 

piątek, 20 grudnia 2019

Prawdziwa ja

I kolejna lekka książka w moim czytniku... Muszę chyba wziąć się za papier, to może tendencja ulegnie zmianie. :-) Nie, żeby mi to bardzo przeszkadzało, ale podobno  co za dużo, to niezdrowo. Dobrze, że "Prawdziwa ja" przypadła mi do gustu i świetnie się bawiłam przy lekturze. Książka ta kryje w sobie moc kobiet. Bohaterki, to niby kobietki z krwi i kości, ale nie daj Boże nadepnąć im na odcisk. 
A kobietki są trzy: Ewa, która nie jest zdolna do odczuwania miłości przyjaźni i innych wyższych uczuć. Danka- założycielka apteki, taka business Women, która dowodzi przyjaciółkami. Trzecia to Joanna - porzucona przez męża matka dwójki dzieci, która desperacko poszukuje partnera życiowego. Te opisy są bardzo pobieżne, bo tak naprawdę o każdej z nich można by napisać oddzielną książkę. 
Największą sympatią obdarzyłam Ewę a to za sprawą jej podejścia do stosunków damsko - męskich. Jest osobą psychicznie upośledzoną, niezdolną do odczuwania miłości czy też przyjaźni. Jej stosunki z mężczyznami są więc suche i nakierowane tylko i wyłącznie na zaspokojenie cielesnych potrzeb. Wiem - należy jej współczuć, ale autorka tak zgrabnie i z humorem opisała jej przemyślenia i relacje z mężczyznami, że z wielką przyjemnością czytałam o próbach nawiązania bliższego kontaktu z partnerem. A już seks tantryczny i kadzidełka rozłożyły mnie na obie łopatki. Najmniej przypadła mi do gustu Asia, ale tak od połowy książki też nie dała sobie w kaszę dmuchać. Początkowo była szarą myszką, ale szybko zdała sobie sprawę, że nie ukryje prawdy o samej sobie pod farbowanymi włosami i soczewkami zmieniającymi kolor oczu. 
Mężczyźni w starciu z naszymi bohaterkami nie mają zbytnio szans. Każda z nich przez pewien czas daje się wodzić za nos, ale kiedy przyjdzie podejmować życiowe decyzje bez namysłu robią to, co dla nich najlepsze. Pomysły mają szalone i często przez ich realizacje jest śmiesznie i tak... głupkowato. Niektóre dialogi przypominały mi dialogi z książek Joanny Chmielewskiej, prowadzone tylko po to, aby rozweselić czytelnika. Te fragmenty bawiły mnie najbardziej i dodawały całej lekturze smaczku. Niektóre fragmenty były naprawdę świetne i sprawiły mi autentyczną radość. Zamach na byłego męża Asi, perypetie z działaczami z osiedla... warto poczytać, aby poprawić sobie humor. 
Nie zawsze jednak było różowo. Podczas lektury miałam wrażenie, że autorka nie bardzo miała pomysł, jak zakleić dziury pomiędzy poszczególnymi wybrykami naszych bohaterek. Miejscami było po prostu nudno, choć na szczęście takich miejsc było niewiele. 
To powieść, którą w ten świąteczny czas warto przeczytać, aby wprawić siebie w dobry humor. To przecież takie ważne :-)