poniedziałek, 14 października 2019

Panny i wdowy

Maria Nurowska dała mi się poznać jako fenomenalna obserwatorka rzeczywistości. Jej powieść pt. "Dziesięć godzin" urzekła mnie niesamowicie. Napisana z jajem, polotem i właściwą Nurowskiej zadziornością, długo siedziała w mojej głowie. Obserwacja rzeczywistości oczami Pani Nurowskiej była czystą przyjemnością, (choć należy podkreślić, że dość gorzką). Twórczość Nurowskiej poznaję głównie dzięki Wydawnictwu Prószyński i spółka, które co pewien czas wypuszcza na rynek kolejną perełkę. Kiedy jednak zobaczyłam I tom "Panien i wdów" postanowiłam poczekać na całość. Ciągnęło mnie do tej sagi od dłuższego czasu, ale ilość wydań, wznowień, uzupełnień i wersji, które ukazały się do tej pory skutecznie mnie zniechęcały. Wydanie Prószyńskiego dało nadzieję na rzetelne zapoznanie się z tym tytułem, bez błądzenia po kolejnych wersjach. Zupełnie niedawno ukazał się czwarty tom, co dało mi zielone światło dla rozpoczęcia lektury. Zaczęłam czytać i przepadłam. Z kretesem. Dodam tylko, że wstrzymanie się z lekturą do czasu ukazania się całości było świetnym pomysłem, bo wyczekiwanie na kolejne tomy byłoby dla mnie bardzo trudne. A tak w dwa tygodnie pochłonęłam całość rozkoszując się pięknym piórem autorki. 
"Panny i wdowy" to wspaniała saga o dziejach rodu Lechickich. Właściwie to nie... nie tak. To opowieść o dziejach Polski, która - dla ułatwienia czytelnikowi zrozumienia tych zawiłych wydarzeń - została ubrana w losy członków rodu lechickich. Akcja rozpoczyna się w 1864 r., kiedy to po klęsce powstania styczniowego Cyprian zostaje wywieziony na Sybir. Jego żona postanawia pojechać za nim, ale niekoniecznie do niego... Tak zaczynają pleść się losy pięciu kobiet, które łączy jedno nazwisko - Lechicka. Większość z nich to panny lub wdowy, a to za sprawą polskiej historii, która co rusz zabierała im mężczyzn na wojnę. A to powstanie, a to wojny światowe, a to powstanie warszawskie... po wojnie również nie było łatwo, bo przecież wielu Polaków zniknęło w czeluściach komunistycznego ustroju. Dziewczyny za to trwały i robiły wszystko, aby pomóc mężczyznom i ratować rodzinną posiadłość Lechice. 
Historie Polski obserwujemy oczami sześciu kobiet, które nie są obojętne na to, co się dzieje wokół nich. Ich losy są przepięknie opisane i nie ukrywam, że pochłonęłam wszystkie cztery tomy z zapartym tchem. Oczywiście przyznaje rację tym, którzy piszą, że to romansidło. Ale absolutnie nie zgadzam się z twierdzeniem, że to płaska historyjka. Autorka bardzo zgrabnie wplata rys historyczny w losy naszych bohaterek. Niejako mimochodem przesiąkamy postaciami znanymi z podręczników. A już czasy II Wojny Światowej urzekły mnie całkowicie. 
Najgorszy dla mnie jest tom IV, a to za sprawą epoki, która jest tłem dla opisywanych wydarzeń. PiS, Kaczyński Jarosław i cała ta klika mierzi mnie niepomiernie i zgrzytałam zębami czytając o nich. Przeczytałam książkę do końca, ciekawa losów bohaterek, ale polityczne wstawki z uporem omijałam, nie chcąc sobie psuć przyjemności czytania. 
"Panny i wdowy" to przepiękna saga, która łączy w sobie elementy powieści historycznej, psychologicznej czy też melodramatycznej. Każda z bohaterek musi zmierzyć się zarówno z uczuciem do mężczyzny jak i z patriotyzmem. Często musi poświęcić jedną z tych wartości, aby ratować drugą. To powieść naprawdę warta przeczytania. 

sobota, 28 września 2019

Stara wariatka

"Stara wariatka" to książka, która mnie zmęczyła. Nie powiem, żeby była zła - wręcz przeciwnie. To dobra powieść, trudna w odbiorze, ale dobra. Jednak styl autorki spowodował, że przy końcówce książki zamiatałam już nosem podłogę. To nic takiego, co potrafię zdefiniować, to po prostu taki styl pisarski i już. Autorka zrobiła wszystko, aby po zamknięciu powieści pozostawić mnie sfrustrowaną i zniechęconą do dalszej lektury. Nie pasował mi ten sposób pisania, choć nie wątpię, że są osoby, które byłyby zachwycone. Ja nie. 
Zuzanna jest - że tak to ujmę - matką, żoną i kochanką. Zawieszona między tymi postaciami nie może odnaleźć się w rzeczywistości. Najgorzej radzi sobie ze wspomnieniami, które w pewnej chwili całkowicie tłamszą teraźniejszość. A wszystko przez jedno nieoczekiwane spotkanie, które doprowadza do obudzenia wspomnień sprzed lat. Zuzanna sięga po pamiętniki prowadzone w czasach studenckich, aby powrócić do czasu sprzed wszystkiego. Czasu, kiedy nie było męża i córki, była za to mama i paczka przyjaciół. Zuzanna zapętla się pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością. Wydarzenia sprzed lat powodują burzliwe skutki w teraźniejszości. Zuzanna nie wie już, czy warto brnąć we wspomnienia, lecz mimo to brnie w błocie wspomnień wyciągając zeń co bardziej raniące wydarzenia. Te bolesne wspomnienia kładą cień na relacje z córką. Julia jest bardzo ciekawa pamiętników matki. Miałam wrażenie, że próbuje przez ich treść lepiej zrozumieć matkę. Niestety Zuzanna nie pozwala jej zerknąć w pamiętniki, co budzi w dziewczynie frustrację, która jeszcze bardziej dławi Zuzannę. 
I tak czytelnik krąży pomiędzy "dziś" a "wczoraj", na które składają się skrawki młodzieńczych lat Zuzanny - obserwując, jaki wspomnienia kobiety mają wpływ na życie dzisiejsze. Przyznam się, że nie jestem fanką takiej wiwisekcji. Operacja na otwartym sercu Zuzanny to rzeczywiście dobre określenie na fabułę tej powieści. Ale żeby tak zagmatwać? Miałam wrażenie, że taplam się we wspomnieniach Zuzanny i nie mogę wyjść. Co więcej - obserwacja życia "teraz" frustrowała mnie niepomiernie. Któż w dzisiejszych czasach pozwala, aby przeszłość tak zawładnęła teraźniejszością? W życiu nie poświęciłabym tak teraźniejszości dla jakichś dalekich wspomnień. Poświęcić relacje z córką? Nigdy. 
Przez całą lekturę drażniła mnie Zuzanna z tą całą swoją dbałością o przeszłość z rozbieraniem jej na części pierwsze. Im dalej w powieść tym bardziej miałam ochotę ją odłożyć bez poznania zakończenia. Ale dałam radę i wiecie co? Nie było warto. Powieść właściwie się nie kończy... Pozostawia czytelnika w zawieszeniu bez puenty i bez wniosków. 
Każdemu, kto lubi pławić się w cudzych emocjach i rozmyślaniach - polecam. Ja skieruję swoje oczy na inny rodzaj literatury.

piątek, 27 września 2019

Macochy

Lubię książki poruszające życiowe tematy. Większość z nich szufladkowana jest dość brzydko, jako tak zwana "babska literatura", co jest - moim zdaniem - dość krzywdzące. To  zniechęca pewną grupę społeczną do sięgnięcia po takie książki, a szkoda. Wielka szkoda. "Macochy" to piękna historia i wcale nie o nieszczęśliwej miłości i pustych kobietkach. To powieść o rodzinie, trudnych wyborach i niełatwych decyzjach. Jest tu oczywiście miłość, ale trudna i taka kolczasta, krzywdząca bliskich i zadająca odwieczne pytanie  - czy można pokochać cudze dziecko?
Dwie siostry - Nadia i Anita - to ogień i woda. Jedna, cicha i spokojna, w dzieciństwie robiła wszystko, aby zaspokoić ambicje rodziców. Druga to chodzący wulkan. Zawsze zbuntowana, robiła wszystko, aby dokuczyć swojej siostrze. Dziewczyny nie mogły się dogadać i absolutnie nie łączyła ich siostrzana miłość. Ich drogi rozeszły się. Ponownie spotkały się po wielu, wielu latach i to w dość niespotykanych okolicznościach. Spotkanie grupy wsparcia dla kobiet, którym los zgotował funkcje macochy było chyba ostatnim miejscem, gdzie siostry spodziewałyby się obecności drugiej. A tu proszę - taka niespodzianka!
Jedna z nich jest macochą dla małego wycofanego chłopca, druga dla rozwydrzonej nastolatki. Nie potrafią zrozumieć tych dzieci, ale nic dziwnego, skoro nie potrafią nawet zrozumieć samych siebie. Dopiero, gdy same chowają kolce zauważają, że nie wszystko co białe jest białe, a czarne - czarne. Istnieją jeszcze odmiany szarości, które często pozwalają dojrzeć więcej, niż tylko powierzchowność dzieci. I nagle brutalna prawda pokazuje siostrom, że warto zrezygnować z samotności i wyciągnąć rękę.  
Powieść właściwie czyta się sama. Połknęłam ją w kilka dni, nie zdając sobie sprawy z jej objętości. (lektura na czytniku pozostawia często czytelnika w błogiej nieświadomości) Kiedy zobaczyłam, że ta powieść liczy prawie 500 stron, zdębiałam. Ja naprawdę pochłonęłam ją w kilka dni zachwycona wyrazistymi postaciami, fabułą i emocjami, które budziła we mnie. Siedziałam i kibicowałam zarówno siostrom jak i dzieciom, które w tej książce odgrywają niebagatelną rolę Autorka pokazuje czytelnikom, że często dzieci stają się ofiarami dorosłych. Zaburzenia odżywiania, moczenie nocne, próby samobójcze - to wszystko czubek góry lodowej, którą fundujemy dzieciom. To książka która pokazuje, jak ważne jest to, abyśmy rozmawiali ze sobą, nawet jeżeli jedyne co mamy do przekazania to żal i frustracja.  Dziewczyny dopiero po wielu latach przekazały sobie uczucia i myśli które towarzyszyły im w dzieciństwie. Okazało się, że każda inaczej odbierała rzeczywistość, każda miała inne cele i gdyby porozmawiały ze sobą o tych różnicach, życie mogło się potoczyć zupełnie inaczej. 
Piękna książka, świetnie napisana, którą po prostu trzeba przeczytać. Rzadko kiedy powieść tak mocno zostaje w mojej głowie. Ta została i nijak nie chce wyleźć. 

czwartek, 26 września 2019

Boska proporcja

Kryminałów na polskim rynku wydawniczym w ostatnim czasie nie brakuje. Powiem więcej - jest ich naprawdę sporo i kuszą krwawymi i mrocznymi okładkami z księgarskich półek. Ich ilość powoduje, że trudno jest wyłuskać z tego natłoku perełki, które zachwycą pomysłem i niespodziewanym rozwiązaniem. "Boska proporcja" to właśnie taka perełka. Rewelacyjnie napisana, z mistrzowsko rozpisaną fabułą, niespotykanym klimatem i rewelacyjnym zakończeniem. Czegóż więcej potrzeba?
Agata Stec - śledczy w wydziale zabójstw. Trochę zakręcona i narwana, ale piekielnie inteligentna, co pozwala jej błyszczeć na firmamencie polskiej Policji. Jej brat, Artur Stec, jest renomowanym psychologiem, a jednocześnie autorem książki, w której opisał co ciekawsze przypadki spotkane podczas swojej praktyki. Między rodzeństwem coś się kręci. A właściwie ktoś. Czytelnik wyraźnie dostrzega, że atmosfera między nimi jest gęsta jak smoła, skwierczy i buzuje jak w diabelskim kotle.  Agata nie zdaje sobie z tego sprawy, a Artur - posiadając większą wiedzę niż siostra - umiejętnie podkręca emocje. 
Dodatkowo pojawia się postać Roberta Mazura, który w gdańskiej palmiarni Parku Oliwskiego odkrywa zwłoki kobiety. Zwłoki, zmienione przez mordercę w dzieło sztuki. Coś niesamowitego. W trakcie lektury pojawiają się jeszcze jedne zwłoki i powiem Wam, że tak jak do tej pory podobieństwo do "Milczenia owiec" gdzieś tylko telepało się z tyłu głowy, tak od momentu "miodowej dziewczyny" byłam już pewna, że Hannibal Lecter był dla autora wzorcem i natchnieniem. I bardzo dobrze.
Podczas lektury ciarki miałam na ramionach i to wielokrotnie. Powieść jest tak nastrojowa i klimatyczna, że trudno się od niej oderwać. Autor prowadzi czytelnika za rękę niczym przedszkolaka. Tu coś opowie, tam odkryje tylko część prawdy, w jeszcze innym momencie zasłoni oczy, aby spacerowicz niezbyt szybko się zorientował, o co właściwie chodzi. Powieść jest nieprzewidywalna i trudno spodziewać się co nastąpi na kolejnych kartach powieści (o rozdziałach nie wspominając). To trochę jak podróż rollercoasterem - szybko i emocjonująco. 
Jedyny minus - na szczęście malutki - to zakończenie. Autor chyba tak bardzo chciał, aby się podobało, że przesadził z ilością wprowadzonego galimatiasu. Na szczęście zakręcenie czytelnika nie trwa długo, a ostatnie strony tylko zaostrzają apetyt na kolejną część. 
Z całego serca - POLECAM.

środa, 4 września 2019

Hotel Varsovie. Królewski szpieg

Zawsze staram się jakoś wprowadzić czytelnika do recenzji i do moich wrażeń z lektury, jednak przy "Królewskim szpiegu" nie będę kombinować. Jedyne co mi się nasuwa, to stwierdzenie:

Bardzo, bardzo mi się podobało. Rewelacja!

Najchętniej na tym stwierdzeniu bym skończyła, nie chcąc sprawiać wrażenia lizusa :-). Ale, że kilka słów należy skrobnąć to uczciwie przestrzegam, że jeżeli ktoś nie lubi czytać laurek, to niech pozostanie przy stwierdzeniu powyżej. 
"Królewski szpieg" to trzeci tom cyklu "Hotel Varsovie" Pierwszy tom mnie urzekł, drugi też był niezły, choć (z racji mnogości bohaterów), trochę nużący. Zwłaszcza lektura powieści w czytniku dała mi się we znaki, bo trudno na tym "ustrojstwie" cofać się i przypominać sobie, kto jest kim. Trzeci tom natomiast rzucił mnie na kolana. Rewelacyjna fabuła, mistrzowskie pióro, a przede wszystkim ogromna, wylewająca się z każdej strony miłość do Warszawy, która cudownie doprawia powieść ciepłem i cudowną atmosferą. Trudno opisać emocje, jakie towarzyszyły mi przy lekturze. To tak, jakby wsiąść do motorówki i mknąć po gładkiej tafli jeziora. Książka jest dość grubym tomiszczem, ale nie zrażajcie się. Pióro autorki jest tak zgrabne i tak bogate w słowa, że czytanie tej powieści jest czystą przyjemnością. 
Autorka rzuca nas raz po raz w różne epoki historyczne. Czytelnik znajdzie się w czasach Stanisława Augusta Poniatowskiego, aby po chwili obserwować uczucia Jana Sobieskiego do Marysieńki, a następnie, po kilkunastu stronach, ląduje w Polsce początku XX wieku i poznaje Polę Negri. Autorka ma dużą wiedzę historyczną i - co dużo ważniejsze - ogromną łatwość w przekazywaniu jej  czytelnikom. Towarzyszymy bohaterom w życiu codziennym, a w tle obserwujemy doniosłe chwile dla naszego kraju. Piłsudski dochodzi do władzy, obraduje Sejm czteroletni, a nasi bohaterowie pieką ciasto i szykują się do zabaw. Obserwujemy, jak powstają Łazienki Królewskie, rozpaczamy po wielkim pożarze Warszawy czy też z zaskoczeniem czytamy o wszechobecnej rozwiązłości seksualnej XIX - wiecznej stolicy. 
Powieść mnie niezmiernie zaskoczyła. Autorka tak barwnie przedstawia wydarzenia, że człowiek wręcz czuje smród rynsztoków, czy też zapach świeżo wypiekanego chleba. Poznajemy urok damskich strojów i przepych królewskich komnat, a z drugiej strony obserwujemy walkę z życiem i codziennością Warszawiaków. 
Bardzo żałowałam, że to ostatni tom. Autorka niby wszystko zamknęła, ale gdyby tylko chciała, mogłaby jeszcze jeden tom popełnić. Szkoda, że nie możemy odwiedzić powstańczej Warszawy, albo dowiedzieć się o dalszych losach Antoniego, czy też Antoniny. Może kiedyś....
Lekkość, z jaką autorka przenosi nas w różne epoki historyczne, jest po prostu zadziwiająca. To tak, jakby czytać wspaniałą baśń. Historia Hotelu Varsovie jest właściwie opowiadana przez autorkę. Niewiele tu dialogów ale - o dziwo - wcale mi to nie przeszkadzało. Czytałam z rozdziawioną paszczą, połykając stronę za stroną. Czułam się trochę tak, jakbym siedziała przed babcią czytającą mi bajkę przy kominku.
Polecam z  całego serca. I nie zrażajcie się, że to trzeci tom. To ani trochę nie przeszkadza, ponieważ opowieść stanowi całość i nie ma tu żadnych nawiązań do poprzednich tomów. Za to frajda z lektury - niebywała!

piątek, 30 sierpnia 2019

Płatki na wietrze

Pierwszy tom sagi autorstwa Virginii Andrews przeczytałam niedawno. "Kwiaty na poddaszu" nie zachwyciły - ot poprawna literatura. Trochę ponura, opowiadająca o tragicznych przeżyciach dzieci uwięzionych na strychu przez matkę i babkę. Język prosty, fabuła jednowątkowa, ale dałam radę. Pozostało jedynie zdziwienie, że ta powieść odniosła tak duży sukces... 
"Płatki na wietrze" to drugi tom sagi. Przeczytałam w całości, choć nie ukrywam, że gdzieś od połowy z dużym przymusem. Nie nawykłam odkładać książek nie doczytawszy ich do końca, licząc na zaskoczenie. Może zakończenie mnie urzeknie? Może pojawi się nagle coś, co uratuje całą powieść? W pierwszym tomie udało się, w drugim niestety już nie. Od połowy powieści męczyłam się niemiłosiernie, a zakończenie było tak przewidujące, że aż mdłe. 
W końcówce pierwszego tomu rodzeństwo Dollangangerów ucieka ze strychu. Spotykamy ich ponownie w autobusie, jadących w nieznane. Obok nich jedzie czarnoskóra kobieta, która okazuje się być gosposią u doktora Sheffielda. Lekarz to dobry człowiek - postanawia zająć się trójką nieszczęśliwych dzieci. Chrisowi pomaga przygotować się do studiów medycznych, Cathy, dzięki niemu, dostaje się do jednej z najlepszych szkół baletowych, a mała Carrie po prostu idzie do szkoły. Niestety dzieciaki są już naznaczone przez przeżycia ostatnich lat. Najbardziej "inna" jest Cathy. Niesamowicie drażniła mnie jej pewność siebie, małostkowość i próżność. Ta kobieta, (bo w międzyczasie dorosła) nie potrafi żyć normalnie. Wszystko, co robi, jest naznaczone pragnieniem zemsty na matce i babce. I udaje się jej zemścić, ale skutki są przerażające. 
No cóż - po prostu mi się nie podobało. Powieść płaska i pozbawiona wdzięku. Wszystko jest albo białe, albo czarne - jak w bajce dla małych dzieci. Osoby złe są złe i nie ma szans na poprawę, czy przeprosiny. Właściwie to jeszcze inaczej. Dla Cathy wszyscy, oprócz jej rodzeństwa i Pana doktora, są źli. Nawet, jeżeli nazywa kogoś przyjacielem, czy też mówi o miłości, to wszystko jest podszyte nieufnością. Autorka nie pozwala czytelnikowi ani na chwilę odejść od jej sposobu myślenia. Ludzie, których Cathy spotyka na swojej drodze są po czarnej stronie barykady i od połowy powieści byłam pewna, że autorka nie pozwoli na happy end. 
Trudno mi się czytało. Powieść o bardzo trudnych przeżyciach i zdarzeniach, ale napisana w taki sposób, że czyta się to jak bajkę, Niezmiernie mnie to drażniło. Wiele ze zdarzeń po prostu nie może mieć miejsca, bo świat nie jest taki. Po prostu. Nikt nie przygarnia pod swój dach trójki dzieci z przypadkowego autobusu. Nie ma możliwości, aby Państwo nie interesowało się sytuacją takich małolatów. Znika czwórka dzieciaków i co? Nikt nie zdaje pytań? Wiele jest takich epizodów, które moim zdaniem autorka wymyśliła dla potrzeb powieści nie patrząc na to, czy w realnym świecie taka sytuacja byłaby w ogóle możliwa. Zestawiając to z ogólnym tłem powieści powoduje to uczucie oderwania od rzeczywistości i takiej nierealności zdarzeń. 
Po trzeci tom na pewno już nie sięgnę. Nie wiem, co autorka wymyśliła, bo właściwie wszystkie wątki zakończyła. Te dwa tomy stanowią całość i po prostu nie ma już żadnej furtki. A jednak... 

środa, 28 sierpnia 2019

Kwiaty na poddaszu

"Kwiaty na poddaszu", które trafiły w moje ręce, są kolejnym wznowieniem tej powieści. Na portalu "Lubimy czytać" doliczyłam się, że jest to już czwarte wydanie. Pomyślałam, że coś musi być w tej książce, skoro tak szybko znika z księgarskich półek. Wprawdzie jakiś czas temu rozczarowałam się inną sagą tej autorki (Rodzina de Beers) ale uznałam, że dam szansę "Kwiatom na poddaszu". Czy była to trafiona decyzja? 
Kiedy zamknęłam powieść, jeden wniosek nasunął mi się natychmiast: autorka wprowadza w swoich powieściach tak specyficzny klimat, że trudno je od siebie rozdzielić. „Kwiaty na poddaszu” czy „Willow”, czy też każda inna – wszystkie wydają się nacechowane strachem, brutalnością i okrucieństwem zawiniętymi w różowy papierek. Czytając powieści Virginii C. Andrews, człowiek ma wrażenie, że zanurza się w smole i nijak nie może się z tego wydostać. I tak, jak przy lekturze „Willow” to uczucie mnie niezmiernie drażniło, tak przy „Kwiatkach…” było to wyjątkowo przejmujące wrażenie. 
Kiedy poznajemy rodzeństwo Dalloanganger'ów, będące bohaterami powieści, są oni szczęśliwymi dzieciakami dorastającymi w zamożnej rodzinie. Najstarszy, o imieniu Chris, jest kopią swego ojca, młodsza Cathy to piękna blondyneczka, uwielbiająca tańczyć. Są jeszcze bliźniaki Cory i Carrie, które w chwili tragedii mają cztery lata. Wtedy to właśnie ginie w wypadku ojciec dzieci. Okazuje się, że matka przez cały czas żyła ponad stan, co więcej - samodzielnie nie potrafi zarobić pieniędzy. Postanawia przenieść się do wielkie posiadłości rodziców. Problem jest taki, że jej ojciec nienawidził zięcia co więcej - nie ma pojęcia o istnieniu wnuków. Matka wraz z babcia postanawiają umieścić dzieci na strychu aż do momenty kiedy nestor rodu będzie skłonny przyjąć do wiadomości istnienie wnuków. I tak mijają lata.... 
"Kwiaty..." to jedna z tych powieści, które chwytają za serce i nie chcą puścić. Czytelnikowi nie pozostaje nic innego jak obserwować męczarnię rodzeństwa. Ich domem staje się mały pokoik i wielki strych. Na szczęście na strychu są okna, które przepuszczają promienie słoneczne, ale to naprawdę niewiele. Dzieci nikną w oczach i marnieją - zwłaszcza bliźnięta, które po prostu przestają rosnąć. Matka przychodzi do nich, ale coraz rzadziej... Starsze dzieci mają coraz mniej nadziei na to że odzyskają wolność. 
Zakończenie jest niesamowicie poruszające. Kiedy wyjaśniają się wszystkie wątpliwości, kiedy na światło dzienne wychodzą przyczyny postępowania matki czytelnik z przerażenia zamiera. Miałam ochotę gryźć i kopać z żalu. Trudno było przejść do porządku dziennego nad tą powieścią. 
To teraz troszkę minusów. Bardzo męczył mnie styl autorki. Dialogi bohaterów były jakieś takie sztuczne i nienaturalne, co nie pozwalało spokojnie zagłębić się w niuansach powieści. Trudno określić co to było; można zrzucić to na „smolistość”, o której pisałam na początku. Z biegiem stron przyzwyczaiłam się, ale początkowo dość mocno mnie to irytowało. I co ważne, pomimo tej irytacji, brnęłam dalej poruszona losami rodzeństwa. I to właśnie świadczy o wielkości autorki. Pomimo koślawego stylu czytelnik nie może oderwać się od książki. Emocje sięgają zenitu zwłaszcza, że autorka porusza tematykę ciemną i mroczną - wręcz dla niektórych zakazaną. 
Wiem, że saga rodziny Dalloanganger’ów liczy aż pięć tomów. Pierwszy mnie wciągnął, na pewno sięgnę po drugi, ale czy skuszę się dalej? Nie wiem - zobaczymy.

wtorek, 27 sierpnia 2019

Saga rodu Forsyte'ów, tom I "Posiadacz"



"Saga rodu Forsyte'ów" uśmiechała się do mnie od dłuższego czasu. A to na bibliotecznej półce, a to na półeczce z książkami do wymiany, a to u koleżanki - wszędzie była. (Podobnie jest z "Rodziną Połanieckich", choć tego prześladowcy jeszcze nie przeczytałam). Kiedy pierwszy tom sagi pojawił się u mnie na czytniku już nie miałam wymówek w postaci ciężkiej i nieporęcznej książki. Zaczęłam lekturę i zwariowałam na punkcie bohaterów, klimatu i wszystkiego tego, co powieść w sobie niesie. Początkowo byłam rozczarowana. Oczekiwałam szybkiej akcji i wyrazistych bohaterów, a tu klops. Na szczęście po kilkunastu stronach zrozumiałam, że nie tędy droga. To nie jest współczesna lektura skierowana do wszystkich tych, którzy się życiowo spieszą. Czytając sagę należy się delektować, należy smakować bohaterów i wczuć się w ich skórę. Dopiero wtedy lektura będzie prawdziwą literacką ucztą. 
Pierwszy tom sagi pt. „Posiadacz” wprowadza czytelnika w dostojny i wyniosły świat dziewiętnastowiecznej, bogatej, londyńskiej rodziny, dla której członków główne znaczenie w życiu ma pieniądz. Członków rodziny poznajemy na przyjęciu wydanym przez starego Jolyona Forsyte'a na cześć wnuczki June. Dziewczyna ma w najbliższym czasie wyjść za mąż za Filipa Bosinney'go można więc uznać, że jest to przyjęcie zaręczynowe. Podczas przyjęcia mamy okazje przyjrzeć się wszystkim członkom rodziny, z których każdy jest inny, ale łączy ich jedno - ogromna miłość do pieniądza. Każdy z nich ceni bogactwo, każdy z politowaniem patrzy na młodego Bosinney'go, który dopiero zaczyna karierę architekta o do bogactwa Forsyte'ów jest mu daleko. 
Kiedy już poznamy poszczególnych członków rodu - a uwierzcie mi, że nie jest łatwo - możemy zanurzyć się w świat panujących wśród nich emocji i uczuć. Trudno powiedzieć, aby ktokolwiek z rodu był szczęśliwy. Zaślepieni pogonią za pieniądzem gdzieś się pogubili. Albo samotni, albo nieszczęśliwie zakochani nieświadomie krzywdzą swoich bliskich. Autor skupia się głównie na relacji łączącej Soamesa Forsyte'a z żoną, Irene. Kobieta jest po prostu nieszczęśliwa u boku męża, który zdobył ją uporem a nie miłością. Soames traktuje Irene jak kolejną zdobycz, jak porcelanową, drogocenną lalkę, którą można postawić na półeczce i pokazywać gościom. Ich związek trwa mimo wszystko, bo po prostu nie można inaczej. Ówczesna moralność i ocena społeczeństwa nie pozwalają na rozstanie się z klasą. Problem w tym, że postępując w ten sposób unieszczęśliwiają wiele osób ze swego grona. Co więcej - ich postępowanie prowadzi do bardzo brzemiennych, wręcz tragicznych skutków. 
Każdy bohater „Posiadacza” jest inny, każdy ma dobre i złe strony. Nikogo nie można jednoznacznie określić jest anielsko dobrego czy też piekielnie złego. Pewne jest jedynie to, że każdy z nich zachwyca czytelnika. Nie można pozostać obojętnym wobec żadnego z nich, co powoduje, że lektura powieści jest czystą przyjemnością. To naprawdę wielkie dzieło, będące kalejdoskopem charakterów, uczuć i sytuacji. 
Trochę zniechęcała mnie mnogość bohaterów i wrażenie, że autor specjalnie nadał kilkorgu z nich takie same imiona, aby jeszcze bardziej zakręcić sytuację. Po kilkunastu stronach postanowiłam rozrysować drzewo genealogiczne rodziny Forsyte'ów, ale uwierzcie mi, że to iście diabelska robota. Na szczęście z pomocą przyszedł mi Internet i na blogu Słowem malowane znalazłam coś takiego 


Może grafika nie jest zbyt wyraźna i niestety po angielsku, ale wystarczyła, aby ułatwić lekturę początkowej części książki. Potem było już tylko łatwiej i przyjemniej. 
Wydawnictwo Prószyński i spółka wydało ostatnio „Sagę…” w przepięknej wersji, która – i to jest dla mnie najważniejsze – została również wydana w wersji elektronicznej. Gdyby nie to pewnie nadal bym tylko zerkała z utęsknieniem na Sagę. A uwierzcie mi – lektura tej powieści to sama przyjemność. Niesamowicie kłócą się we mnie wrażenia i odczucia - aż śmiałam się sama z siebie. Czytając na nowoczesnym czytniku Kindle tę ponadczasową wybitną powieść miałam wrażenie, że uczestniczę w historycznym spotkaniu. Super sprawa. 
Podczas lektury mój czytnik emanował dziewiętnastowieczną Anglią, długimi sukniami i dżentelmenami w kapeluszach. Pachniał też tytoniem, nieszczęśliwą miłością i skąpstwem. Tak właśnie spotkała się historia i współczesność. 
W ogóle mogłoby znaleźć się Wydawnictwo, które pokusi się na wydanie w wersji elektronicznej perełek literatury światowej. Czekam z utęsknieniem i będę bardzo wierna klientką. 

Sekret pustej książki

Zdarza mi się sięgnąć po książki dla dzieci i nie ukrywam, że czynię to z ogromną przyjemnością. Trochę z tęsknoty za dawnymi czasami, kiedy to Wydawnictwo Skrzat i Wilga zachwycały moje pociechy przepięknymi książeczkami, a trochę z ciekawości, czy coś przez ostatnie dziesięć lat się zmieniło. Twórczość dziecięca jest tak ciepła i przyjemna w odbiorze, że ciężko mi zrezygnować z przyjemności zanurzenia się w dziecięcy świat. "Sekret pustej książki” jest tego najlepszym przykładem. 
Hania to dziewczynka, która nienawidzi czytania. Ma sporo koleżanek i wypełnia czas zabawami, nie poświęcając ani chwili lekturze. Do czasu. Kiedy przychodzi moment przeprowadzki, Hanię ogarnia smutek. Nie dość, że musi rozstać się z koleżankami, to jeszcze jedyna dziewczynka z nowego sąsiedztwa siedzi ciągle z nosem w książce. Okropność. A do tego jeszcze nowy pokój Hani jest pełen książek pozostawionych przez poprzednich lokatorów. Na szczęście sąsiadka, o imieniu Aurelia, proponuje Hani pomoc przy porządkowaniu biblioteki... i tak zaczyna się przygoda. Dziewczynki podczas porządków znajdują książkę, która jest pusta. Okazuje się, że jest ona przepustką do wielkiej przygody pełnej tajemnic. Po rozwiązaniu wszystkich zagadek na dziewczynki czeka nagroda w postaci... Oczywiście nie zdradzę. 
Powieść jest cudowna. Napisana w bardzo ciepły sposób, prostymi słowami przekazuje dzieciaczkom prawdę znaną od stuleci: to przyjaźń jest największym skarbem. Zanim jednak dziewczynki dojdą do tych wniosków, muszą uporać się z zadaniami, które są o tyle ciekawe, że mali czytelnicy mogą pomóc w ich rozwiązywaniu. Świetnie napisana powieść pozwala naszym milusińskim uczestniczyć w przygodzie dziewczynek. A na samym końcu na wytrwałych odbiorców czeka jeszcze jedna zagadka, którą muszą rozwiązać sami. 
Całość powieści okraszona jest ilustracjami, które zdobyły moje serce prostotą kreski i jasnością przekazu. Rysunki, które przeniosły mnie w świat mojego dzieciństwa, w prosty sposób są naturalnym uzupełnieniem treści. Należy podkreślić, że pełnią bardzo ważną rolę, ponieważ są nośnikiem zagadek, które podkręcają akcję. 
Moje wielkie uznanie dla Pani Marty Kucharz za ciepło serca i pióra. Jestem pod wielkim wrażeniem zwłaszcza, że Pani Marta jest debiutantką. Mam nadzieję, że na jednej powieści nie poprzestanie! 

wtorek, 20 sierpnia 2019

Znikający stopień

Bardzo, bardzo dobre czytadło dla młodzieży. Pachnące tajemnicą, wyjątkowo nastrojowe, miejscami mroczne. Książka, gdzie jawa styka się ze snem, a zwykłe życie z niezwykłymi przygodami. Jeżeli dodamy do tego nutkę magii, otrzymamy powieść, którą polecam każdemu młodemu czytelnikowi i która naprawdę zasługuje na miano bestsellera
"Znikający stopień" to kolejny tom przygód Stevie Bell, która, dzięki wyjątkowym umiejętnościom detektywistycznym, trafia do elitarnej Akademii Ellinghama. Szkoła jest wyjątkowa - nastawiona na rozwijanie talentów uczniów, szanująca odmienności i pozwalająca każdemu rozwijać skrzydła. Stevie nadal próbuje rozwiązać zagadkę porwania żony i córki Alberta Ellinghama. Tajemniczy list, który jest jedynym śladem i prawdopodobnie stanowi rozwiązanie zagadki - nadal stanowi tajemnicę. Stevie nie poddaje się jednak i pomimo porażki (którą mieliśmy okazję podziwiać na końcówce pierwszego tomu) ciągle odnajduje i analizuje nowe drobiazgi i informacje związane z zaginięciem dwóch kobiet. A nowych informacji jest mnóstwo! Do tajemnicy sprzed lat dochodzi jeszcze sprawa śmierci kolegi ze szkoły, która na pierwszy rzut oka wydaje się wypadkiem. Stevie ma jednak co do tego poważne wątpliwości zwłaszcza, że najbardziej podejrzana dziewczyna znika bez śladu. Tajemnica goni tajemnicę, a nastrój powieści budzi na skórze czytelnika gęsią skórkę. Super sprawa. 
Przy lekturze książki urzekła mnie świetna kreacja bohaterów. Jak to w elitarnej szkole bywa każdy uczeń jest indywidualistą, każdy ma swoje plusy i minusy, które (w porównaniu do przeciętnego człowieka) należy pomnożyć razy 10. Przykładem niech będzie jeden z uczniów, który do prawidłowego funkcjonowania potrzebuje porannej medytacji. Problem polega na tym, że medytowanie według niego polega na wydawaniu dzikich wrzasków. Świetna jest też uczennica będąca mistrzynią przedmiotów ścisłych, co pozwala jej wytwarzać nieskończenie skomplikowane roboty i układy. Każdy uczeń mógłby być bohaterem oddzielnej powieści. Szacunek mój wielki należy się autorce za to, że potrafiła połączyć te indywidualności w jednej powieści w taki sposób, że zamiast sobie przeszkadzać - świetnie się uzupełniają. 
Jedna rzecz mnie niezmiernie drażniła, Autorka w początkowej części książki wplatała wydarzenia z pierwszego tomu. Nie budzi to zdziwienia bo przecież nie wszyscy czytelnicy mieli przyjemność czytać pierwszy tom. Wstawki są jednak dokonane tak niezgrabnie, że po prostu przeszkadzają w śledzeniu wydarzeń. Nie wiem czyja to wina, tłumacza czy redaktora - czy może też tak jest w oryginale, ale przeszkadzało mi to bardzo. Na szczęście nie trwało długo i po kilku rozdziałach można się było bez przeszkód cieszyć przygodami młodych bohaterów. A jest czym się cieszyć! Ukryte tunele, niesamowite zagadki, ślady przeszłości, z których każdy godny dokładnego przeanalizowania, a wszystko w atmosferze godnej Harrego Pottera. Cudowna po prostu. 

piątek, 2 sierpnia 2019

Starzy przyjaciele

Co pewien czas trafiam na książkę, która - pomimo prostej fabuły i nieskomplikowanej tematyki - ma w sobie coś takiego, że ciarki przechodzą. Takie było "Pod słońcem Toskanii", takie było "Niewidzialne życie Iwana Isajenki" i kilka innych powieści, które siedzą w duszy mej i nie mogą z niej wyleźć. "Starzy przyjaciele" też mają ten klimat. Specyficzny, niepokojący, artystyczny, urzekający... trudno oddać dusze tej książki, ale zapewniam, że dla samych tych odczuć warto wziąć tę powieść do ręki. Nie dziwi mnie, że takie książki często lądują na listach bestsellerów.  
Starzy przyjaciele” to powieść zawierająca historię życia i pasji grupy przyjaciół. Lidia, Ada, Marc, Mateu i Santi są młodymi ludźmi, którzy poznali się w Akademii Sztuki. Razem wyruszają w podróż do Paryża zwiedzić wystawę prac Paula Gaugina. Ta krótka wyprawa jest początkiem przyjaźni na całe życie. Weekend w stolicy zaowocował uczuciem, które zmieni w ich życiu właściwie wszystko. Naszych bohaterów łączy jedna pasja - malarstwo. Czytając powieść czytelnik może obserwować, jak życie rewiduje plany i marzenia młodych ludzi. Kiedy spotykamy ich po raz pierwszy, każdy z nich ma ambicje zostać kimś wielkim. Wydaje się, że kariera stoi przed nimi otworem. A potem - z biegiem lat - możemy obserwować, jak spadają z obłoków marzeń. Jedni z większym, hukiem inni delikatnie. Jedni rozpaczają nad utraconą karierą, inni, z uśmiechem na twarzy, zamieniają marzenia na rodzinę, dzieci i zwykłe, szczęśliwe życie. Przez całą powieść są razem, choć uczucia ich łączące są skrajnie różne. Kochają się i nienawidzą, a po roku jedni się godzą a kolejni kłócą. Ot jak w życiu. Zresztą trzeba podkreślić, że pomimo magicznej mgiełki unoszącej się nad kartami książki, cała powieść jest bardzo realistyczna. Tu nie ma tylko happy endów. Są chwile smutne i tragiczne, takie, w których czytelnik ma chęć płakać wraz ze zrozpaczonym bohaterem. Na szczęście za kilka stron zza chmur wychodzi słońce. 
Bardzo podobały mi się wstawki z życia sławnych artystów. To właśnie te smaczki nadały książce niepowtarzalny klimat, który pochłania czytelnika i przesiąka do krwiobiegu. Autorka nie pozwala zapomnieć o artystycznym aspekcie powieści, ale robi to na tyle ciekawie, że nawet osoba niezainteresowana malarstwem czyta z ciekawością. Niesamowite uczucie. Anegdotki, które poznajemy, są bardzo różne. Od sytuacji spotykających ludzi światowej sławy, aż po historie dotyczące tych, którym się nie powiodło. Świetna lektura pokazująca jak bogate jest życie i to, że nie na wszystko mamy wpływ. Czasem trzeba płynąć z prądem i szukać miejsca, które pozwoli zejść na brzeg w najbardziej korzystnym momencie. 
Książka warta przeczytania chociażby po to, aby na chwilkę zapomnieć o codzienności i przenieść się na magiczne uliczki Katalonii. Naprawdę polecam. 

czwartek, 1 sierpnia 2019

Nazywam się Milion

Hmmmm... nie wiem, co mam napisać. Bo tak to jest, gdy fabuła powieści zachowuje jest jak sinusoida. Są takie momenty, że nie można się oderwać, a są takie, kiedy znudzona patrzę w okno zastanawiając się, po co ja się tak męczę. Trudno ocenić takie powieści ponieważ w głowie zostaje (niestety) przede wszystkim wspomnienie tych gorszych chwil. Jednocześnie jednak człowiek ma świadomość, że bywały momenty, i to nierzadkie, kiedy podczas lektury zabawa była przednia. 
To najpierw może te dobre chwile. Wątek Milion jest świetny. Dziewczyna pojawia się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego prosi, aby nazywać ją Milion. Jest pełna sprzeczności i rozterek. Jedyne, co wiąże ją z przeszłością, to męczące, straszne sny. Dziewczyna bardzo próbuje sobie przypomnieć skąd jest i co się wydarzyło. Niestety. Z pomocą przychodzi jej komisarz lubelskiej policji, Pascal Kirski. Mężczyzna samotnie wychowuje syna i ciągle boryka się z koniecznością dzielenia obowiązków pomiędzy dziecko, pracę i przyjaciół. Priorytetem komisarza jest walka z gangiem narkotykowym, którego działalność doprowadza do śmierci wielu młodych ludzi. Komisarz nie ma pojęcia, że finał sprawy doprowadzi go do wyjaśnienia zagadek, które zmienią życie wielu osób. Jego również. Te dwa wątki są poprowadzone rewelacyjnie i gdyby autorka na tym poprzestała, powieść byłaby dla mnie rewelacyjna. Akcja toczy się wartko, zdarzenia zaskakują, a rozwiązanie zagadki jest takie, że szczękę zbierałam z podłogi ze zdziwienia. 
To teraz o minusach. Nie wiem co kierowało autorką, ale w te dwa wątki, które mnie tak urzekły, wplotła taką masę innych zdarzeń, że cała lekkość i zwiewność historii przepadła z kretesem. To tak wygląda, jakby autorka miała płacone od ilości stron. Można było zrobić powieść dwa razy krótszą, ale za to taką, która wciska w fotel i wiedzie czytelnika, z płonącymi z emocji policzkami, do rozwiązania zagadki. W powieści jest bardzo wiele opisów rozgrywek piłki nożnej, które miały miejsce zupełnie niedawno, wyścigów kolarskich czy też nawiązań do ówczesnej sytuacji politycznej naszego kraju. Jeżeli miałabym ochotę na taką lekturę, to sięgnęłabym na zupełnie inną półkę. W przypadku "Nazywam się Milion" te wstawki drażniły mnie niepomiernie. Owszem - uczciwie przeczytałam wszystkie licząc, że w pewnym momencie zrobię WOOW i zrozumiem, do czego była mi potrzebna lektura o dyrdymałach. Niestety, nie doczekałam się. A nie... przepraszam. Jest jeden rozdział o obozie w Majdanku. Poruszył mnie i zaciekawił, podobnie jak historie o traktowaniu dzieci w domach dziecka. Tak - należy przyznać że te dwa wątki miały jakikolwiek wpływ na fabułę. Pozostałe historie, rodem z roczników statystycznych, zupełnie bym pominęła. 
„Nazywam się Milion” to świetna historia, która poruszyła mnie mocno. Niestety emocje rozpływały się gdzieś w morzu nic nie znaczących dla powieści wstawek, które nie pozwalały mi się skupić na wątku najważniejszym. 
Na zakończenie dodam, że ta powieść utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie należy czytać tak zwanych "zachęcajek" umieszczonych na końcu książki. (albo na skrzydełkach - różnie bywa) Gdybym przed lekturą przeczytała „zachęcajkę” na okładce, byłabym wściekła. Wynika z niej, że ta powieść to trzymający w napięciu kryminał, wręcz thriller, który nie pozwala na oderwanie się od lektury. Tymczasem tak naprawdę ten kryminał tonie w morzu niepotrzebnych informacji. Nie czytając „zachęcajki" nie wiedziałam, czego się spodziewać i przyjęłam powieść z dobrodziejstwem inwentarza. Rozczarowanie było, ale nie takie, jakie bym odczuwała, gdybym sięgała po tę powieść z nastawieniem na prawdziwy kryminał. Myślę, że wtedy ta recenzja byłaby dużo mniej przychylna. 

Siedem niedoskonałych reguł Elviry Carr

Książka zupełnie inne niż te, które dotychczas czytałam. Odmienna w treści, sposobie narracji... właściwie we wszystkim. Nie znaczy to, że gorsza. Po prostu inna i trochę trwało, zanim do tej inności przywykłam. Ale jak już przywykłam, to bardzo, bardzo mi się podobało. 
Elvira Carr jest młodą kobietą cierpiącą na zaburzenia psychiczne. Mogę przypuszczać, że jest to łagodniejsza odmiana autyzmu, ale do końca pewna nie jestem. Niewątpliwe nadopiekuńczość matki i izolowanie Elviry od zwykłego życia nie pomaga jej w dostosowaniu się do społeczeństwa. Pewnego dnia matkę powala udar, przez co Elvira zostaje postawiona w bardzo trudnej sytuacji. Nagle musi sama zmierzyć się ze światem. Jest to bardzo trudne dla kogoś, kto do tej pory nie potrafił samodzielnie zrobić zakupów. Na szczęście za płotem mieszka życzliwa sąsiadka, która pomalutku wprowadza ją w tajniki codzienności. Każdy dzień dla Elviry jest walką o samą siebie. Nagle kobieta orientuje się, że światem rządzą pewne reguły, których przestrzeganie ułatwia kontakty z innymi. Opracowuje więc własnych siedem reguł mających jej pomóc przebrnąć przez meandry społecznych powiązań. Niestety - pomimo tego, że reguły wydają się proste i oczywiste - ich zastosowanie w zderzeniu z psychiką ludzką jest zaskakująco trudne. Elvira nie potrafi poradzić sobie wśród ludzi, którzy kłamią, oszukują i posuną się do granicy uczciwości, aby tylko osiągnąć swój cel. Problemem Elviry jest też to, że wszystko bierze dosłownie. Zwrot "pękam ze śmiechu" jest dla niej straszny, ponieważ jeżeli człowiek pęknie to umrze. Takie podejście rodzi wiele problemów i konfliktów, co bardzo dziewczynę frustruje i zniechęca do wtapiania się w społeczeństwo. Niełatwo żyć z takim spojrzeniem na świat; na szczęście Elvira daje radę. 
Trudno było przebrnąć przez początek powieści. Zanim się przyzwyczaiłam do pierwszoosobowej narracji, zanim zrozumiałam, że Elvira jest chora, zdążyłam znielubić główną bohaterkę i poczuć się rozdrażniona i sfrustrowana. Na szczęście szybko pojęłam, że osią powieści jest choroba dziewczyny i od tego momentu poszło jak po maśle. Powieść jest miejscami śmieszna, miejscami rozpaczliwa, a miejscami po prostu smutna. Kiedy Elvirę spotykają przykre zdarzenia czytelnik czuje się bezradny wiedząc, że zdrowego człowieka to nigdy by nie spotkało. Niestety ludzie często wykorzystują ufność Elviry i jej rozumienie świat wprost. 
Kiedy skończyłam czytać musiałam chwilkę odsapnąć i podsumować sobie w głowie całość książki. Doszłam do wniosku, że pomimo smutnego wydźwięku wynikającego ze skomplikowania świata, które dla Elviry było nie do przyjęcia - powieść ma bardzo pozytywne przesłanie. Pokazuje, że przy odrobinie dobroci i poświecenia ze strony bliskich, nawet osoby nie do końca dostosowane społecznie mogą dać radę. 
I tak trzymać! 

środa, 31 lipca 2019

Sherlock. Prawdziwa historia psiego strażaka.

Książki o zwierzakach od zawsze lubię. Filonek Bezogonek, Pies, który jeździł koleją czy inne czworonożne istoty zawsze przyciągały mój wzrok. To nie jest ambitna literatura, ale taka, która chwyta za serce i trzyma długo po zakończeniu powieści. Opowieść o psie - strażaku też jest taka - wzruszająca, porywająca serce i wzbudzająca podziw. Takie książki są ponadczasowe. Przecież Filonek ma już kilkadziesiąt lat, a Sherlocka znajdziemy na półce z nowościami :-) 
Sherlock to bardzo odważny psiak, który pomaga londyńskim strażakom rozwikłać niejedną zagadkę. Jest wyszkolony w tropieniu substancji łatwopalnych. Ten cudowny, ukochany psiak jest mistrzem w poszukiwaniu wszystkiego tego, co w połączeniu z iskrą, daje niszczący, ognisty żywioł. 
Kiedy poznajemy Sherlocka, jest szczeniakiem przyuczającym się do pracy. Wielka, radosna, kudłata kulka energii potrafi w jednej chwili zmienić się w profesjonalnego detektywa. Na szczęście życie Sherlocka to nie tylko praca z ogniem, ale również dom, w którym jest kochany i traktowany jak członek rodziny. Jego właściciel, Paul Osborne, jest beznadziejnie zakochany w swoim podopiecznym. W jednym z rozdziałów Paul opisuje swoje rozpaczliwe wręcz starania o przyjęcie do londyńskiej straży pożarnej. Przez trzy lata słał podanie za podaniem i nic. Kiedy w końcu się udało nie spoczął na laurach tylko zaczął robić wszystko, aby dołączyć do elitarnej grupy właścicieli (a jednocześnie przewodników) psów pomagających strażakom. Sherlock jest spełnieniem jego marzeń, jego szczytem sukcesu. 
Wspaniale się czyta o tym, jak Sherlock dopasowuje się do rodziny, która dała mu dom. Poza pracą jest radosnym psiakiem, który pozwala córkom Paula robić z siebie kucyka, który niszczy miliony zabawek i da się pokroić za piłeczkę tenisową. Umierałam ze śmiechu, kiedy czytałam o walce ze skarpetką, o przekopanych rabatkach i zjedzonym domku z piernika pieczołowicie wykonanym przez rodzinę na święta Bożego Narodzenia. 
„Sherlock Prawdziwa historia psiego strażaka” to książka o wielkich uczuciach. Pokazuje, jak wiele dla psa znaczy jego właściciel i jak wiele dla właściciela znaczy pies. Panowie nie są w stanie żyć bez siebie. Każdego dnia i w każdą godzinę są razem. Ufne psie oczy dają Paulowi radość i siłę na spotkania z trudnym przecież zawodem. Sherlock wspiera go jak potrafi i wie, że w razie potrzeby też może liczyć na wsparcie. To nie jest książka, która powinna podlegać ocenie. To trochę tak jak reportaż - bardziej interesuje nas opisywana historia niż zastosowany styl literacki. To powieść, która powinna być lektura szkolną. Nie dość, że czyta się ją z pasją to jeszcze opowiada mega ciekawą historię. Zresztą, który chłopiec w dzieciństwie nie chciał być strażakiem? A jeszcze strażakiem z psem partnerem? To przecież jest coś niesamowitego! A przecież tak niewielu spełnia te marzenia z dzieciństwa… 
Warto sięgnąć po Sherlocka i poznać jego niesamowite umiejętności. Zresztą na kanale YouTube, pod adresem https://www.youtube.com/watch?v=gMvBxn4C_bI można podziwiać Sherlocka w akcji. Kliknijcie, bo warto!


środa, 24 lipca 2019

Green Witch

Ta książka wzbudziła we mnie dość skrajne emocje. Początkowo śmiałam się z ciągłego powtarzania: „Zamknij oczy. Weź trzy głębokie wdechy...”, ale im dalej brnęłam w treść tego poradnika, tym bardziej uśmiech zastygał na moich ustach. Bo przecież też mi się zdarza przytulić do pnia drzewa, stanąć w promieniach słońca i cieszyć się ciepłem, czy też przesiewać krople morza pomiędzy palcami. Nigdy jednak nie traktowałam tego w kategoriach dzielenia się energią, czy też przejmowaniem właściwości jednego z żywiołów ziemi. A może właśnie tak jest? Może właśnie pewne zachowania mamy zanotowane gdzieś głęboko w duszy i podświadomie wiemy, kiedy je wyciągnąć z cienia?
„Green Witch” jest poradnikiem skonstruowanym zgodnie z zasadą „od ogółu do szczegółu”. Najpierw czytelnik poznaje podstawowe cztery żywioły: ogień, powietrze, wodę i ziemię, ich właściwości, wpływ na człowieka i możliwości wykorzystania. Dowiadujemy się jak żyć, aby być w zgodzie z żywiołami i nie prowokować nieszczęść. Możemy spróbować poznać nasze otoczenie w zupełnie inny sposób niż dotychczas. Należy spojrzeć właśnie przez pryzmat żywiołów i tego, co poszczególne elementy natury chcą i mogą nam przekazać. Poznajemy również pewne zasady rządzące naszym domem. Dowiadujemy się, że można w domu zamiatać energię i że dobrze mieć jedno miejsce "święte". Oczywiście nie dosłownie, ale takie miejsce służyć ma wyciszeniu i rozmowie z naturą. Bo to właśnie natura jest tu Bogiem. Idąc dalej dowiadujemy się, jak zrobić własną miotłę, czym wypełnić woreczek, aby szczęście nie umykało z domu i jak zaparzyć herbatkę, aby pomóc dziecku w nauce. Poznajemy właściwości kamieni i ziół, poznajemy też tajemną moc drzew i kwiatów. Nagle okazuje się, że wszystko - dosłownie wszystko, co nas otacza, jest naszym sprzymierzeńcem lub wrogiem. Nie ma nic obojętnego. Ważne jest, abyśmy zdawali sobie sprawę z tych właściwości i - pomimo tego, że nie wszystko jest dla ludzkości przyjazne - starali się żyć żyli w zgodzie z naturą. 
Czytanie tego poradnika to trochę tak, jakbym siedziała w Hogwardzie na zajęciach z zielarstwa i natury. To ta część magii, którą mamy w sobie, dlatego jest dla ludzkości najbardziej wiarygodna. Należy jednak pamiętać, że właśnie za tę wiedzę kiedyś palono kobiety na stosach. Przecież dawniej wiedza o eliksirach, uzdrawiających herbatkach i magicznych mocach kamieni była czymś strasznym i zakazanym. Dobrze, że te czasy już minęły, a książki które w dawnych czasach chowane były za piecem, teraz znajdziemy w każdej księgarni na półce z nowościami, dostępne dla wszystkich.   
Poradnik jak zostać czarownicą nie jest wielkim tomiszczem. Warto jednak pamiętać, że te 250 stron wypełnione jest po brzegi wiedzą. Tu nie ma opowiadań dla grzecznych dzieci. Każda strona wymaga analizy i przyswojenia. Warto po prostu mieć ja zawsze obok siebie i sięgać. Sięgać po nią i próbować, co jest da nas korzystne.