środa, 12 lipca 2017

Niemka

Dwie historie, dwa światy, różne kontynenty i zupełnie odmienne postrzeganie rzeczywistości - to wszystko jednocześnie dzieli i spaja dwie historie przedstawione w "Niemce". Bo cóż może mieć wspólnego dwunastoletnia dziewczynka pochodzenia żydowskiego, żyjąca w strachu w Berlinie, w przededniu wybuchu II wojny światowej, z rówieśnicą mieszkającą w Nowym Jorku na początku XXI wieku? Co łączy te dwie historie? 
Jak rzadko zacznę od minusów. Znacie to uczucie, kiedy prowadzicie samochód i za mocno przyciśniecie gaz? Wówczas samochód bardzo chce jechać do przodu, ale koła buksują w miejscu i przez chwilę nijak nie można ruszyć z miejsca. Kiedy czytałam "Niemkę" miałam właśnie takie uczucie. Autor w pierwszej części bardzo długo nakreśla postacie i tło, w jakim przyszło żyć naszym bohaterom. Hanna wraz ze swoim przyjacielem pogrąża się w zabawie odpychając nazistowską rzeczywistość pochłaniającą Berlin. Opisy wędrówek Hanny po Berlinie ogarniętym nienawiścią zostają zestawione z rozpaczą jej bardzo bogatych rodziców należących do elit miasta. Niestety opisy te są przydługie i dają poczucie beznadziejności. Jeżeli taki był zamysł autora, to osiągnął On sukces. Wyraźnie widzimy, że rodzina Rosenthalów zmierza na dno po równi pochyłej i może ich uratować tylko cud. Podobnie opisy samotnej Ani, która po stracie ojca, żyjąc w Nowym Jorku tylko z matką, nie może wyjść z beznadziejności swojego życia. Pogrążona w depresji mama nie daje dziewczynce poczucia bezpieczeństwa i wydaje się, że nic się już w życiu Ani nie zmieni. Nie ukrywam, że ta część książki mnie zmęczyła. Miałam wrażenie, że do końca powieści będę czytać o poniżeniu, samotności i pustce towarzyszącej po utracie kochanej osoby. 
Na szczęście pojawił się transatlantyk "St. Luis". Od tego momentu historia nabiera tempa zarówno
Pasażerowie transatlantyku "St. Luis" 
w przeszłości jak i w czasach współczesnych. Rodzina Hanny robi wszystko, aby dostać się na transatlantyk płynący na Kubę, która dla ówczesnych osób żydowskiego pochodzenia wydawała się rajem. W tym samym momencie powieści do Anny dociera tajemnicza przesyłka z Hawany i to jest właśnie moment przełomowy powieści. Historia nabiera tempa, a nasze bohaterki zaczynają wychodzić z cienia. Pewne zdarzenia zaczynają przeplatać się ze sobą, niektóre fakty łączą się, aby odkryć tajemnice niepoznane przez dziesiątki lat. Przesyłka z Hawany całkowicie odmienia życie Anny i pozwala jej „odkryć” na nowo nieżyjącego już ojca. 
Ta część książki pochłonęła mnie. Nie znałam historii nieszczęsnego rejsu transatlantykiem St. Luis. Okręt ten wyruszył z 937 pasażerami żydowskiego pochodzenia na pokładzie, którzy uciekali przed nazistowskimi prześladowaniami. Historie pechowego rejsu ukazana została na wielu stronach internetowych, więc nie będę jej przytaczać. Dodam tylko, że na Kubie schronienie znalazło jedynie 29 pasażerów. Część z nieszczęśników, którzy wrócili do Europy wyemigrowało z niej przed rozpoczęciem II wojny światowej (87 osób). 278 osób przeżyło Holokaust, a pozostali zginęli. 
Transatlantyk St. Luis" 
Powieść napisana została dziwnym językiem. Nieraz w reportażach można znaleźć większe emocje niż w tej powieści. Niewątpliwie ułatwia to przebrnięcie przez trudną i tragiczną wręcz historię dziewczynek. Dzieje transatlantyku „St. Luis”, czy też losy samotnej dziewczynki żyjącej jedynie z matka pogrążoną w depresji są tragiczne same w sobie. Taki suchy sposób narracji spowodował we mnie uczucie czytania przez mleczną szybę. Historia jest po prostu smutna, niesie za sobą nostalgię i rozczarowanie. Nawet po zamknięciu książki czułam smutek i bezsilność. Rozumiem, że temat jest trudny i napisano o nim wiele. Ja również przeczytałam wiele książek o zagładzie żydów i obozach zagłady. Jednak po zakończeniu lektury czułam najczęściej złość pomieszaną ze smutkiem. Chęć szukania w Internecie nazwisk i osób, które dopuściły się zbrodni towarzyszyła satysfakcji w momencie czytania o karach, jakie im zafundowano. Po lekturze "Niemki" czułam jedynie smutek i bezsilność. 
Świetny pomysł na powieść i właściwie tylko to ratuje „Niemkę”. Opowiedziana w książce historia jest na tyle ciekawa i zagadkowa, że pomimo minusów, czytelnik czyta do końca z wypiekami na twarzy, Myślę jednak, że pod innym piórem ta historia zyskałaby blasku i szlachectwa. A tak mamy powieść, którą po przeczytaniu odstawiłam na półkę i wiem, że raczej do niej nie wrócę. 

wtorek, 11 lipca 2017

O tym, jak "Zagrożeniologia" ostrzega przed lekturą

Kiedy wchodzę do księgarni, zawsze odwiedzam dział dziecięcy. I nie chodzi wcale o to, że mam dzięciołki w wieku 8 i 13 lat, które idealnie nadają się na odbiorców książkowych prezentów. Pomimo matkowania dwóm pociechom, zakupy w dziale dziecięcym dokonywane są dość rzadko. Moje dzieci uwielbiają biblioteki i - w odróżnieniu od matki - nie mają potrzeby gromadzenia książkowej makulatury. Po co więc nachodzę działy dziecięce? Proste. Podziwiam. Podziwiam piękno okładek, pomysłowość autorów i wielość wyjątkowych szczegółów przyciągających potencjalnego odbiorcę. Pamiętam jak zachwyciła mnie seria o coraz - więcej - piętrowym domku na drzewie. To właśnie empikowy dział dziecięcy pomógł mi poznać tę świetną pozycję. Tak samo wyłowiłam "Zagrożeniologię". Pomysłowość i absurdalność tej książki jest pozytywnie powalająca. 
Doktor Noel Strefa, który przedstawia się jako autor tej książki (i jest jednocześnie jej głównym bohaterem) to największy zagrożeniolog wszechczasów. Uczy nas, jak w tym okropnym i niebezpiecznym świecie uniknąć niebezpieczeństw. A jest ich wkoło nas po prostu całe mnóstwo! Zaczynamy od jednego z największych niebezpieczeństw, jakim jest czytanie książki. Poza tym podróżowanie, zabawa na placu zabaw, ćwiczenia gimnastyczne, jedzenie obiadu, czekanie na autobus... to wszystko jest potwornie niebezpieczne. Rodzajom niebezpieczeństw w tej książce nie ma końca. Warto jednak zauważyć, że humor i absurd książeczki nie wynika z wymyślania często głupawych niebezpieczeństw. Cały pic polega na tym, żeby się tym niebezpieczeństwom przeciwstawić. I tu zaczyna się rewelacyjna część książki. Autor wymyśla kask zagrożeniologa, kombinezon, gogle, zagrożeniobuty i wiele, wiele innych gadżetów pomagających nam przetrwać w tym strasznym świecie. No i do tego ten skorpion....
Oczywiście oprócz niespotykanych zagrożeń i jeszcze bardziej absurdalnych pomysłów na uniknięcie ich, książka posiada treść. Otóż nasz Doktor Noel ma przyjaciela. Nie jest to człowiek, ani też zwierz, ponieważ wiązałoby się to ze śmiertelnym niebezpieczeństwem. Jego przyjacielem jest kamień. Kamień jest kochany, wyprowadzany  na spacer i ma własne miejsce w mieszkaniu. Ma nawet imię - Dennis. Pewnego dnia dr. Noel otrzymuje od ciotki przesyłkę zawierającą szczeniaczka o imieniu Pieluszka. Opisywać zagrożeń z tym związanych - wybaczcie - nie będę. Warto jednak podkreślić, że Pieluszka jest dość zdolnym pieskiem, więc nasz bohater postanawia pochwalić się nim na wystawie zdolnych zwierzaków. Wystawa owszem - odbyła się, ale pierwsze miejsce zajął nie szczeniak Pieluszka, a ... kamień Dennis ! Jak do tego doszło, nie sposób opisać. Warto natomiast przeczytać, zapewniając sobie dużą dawkę humoru. I ten skorpion....
Książka jest bardzo dobrą lekturą dla dzieci, które rozpoczynają przygodę z czytaniem. Tekstu nie jest tu za wiele, a przeczytanie 210 stron książki zajęło mi niecałe 40 minut. Oczywiście dzięciołki moje czytały dłużej, bo każde zagrożenie i metoda na jego zwalczenie spotykały się z salwą śmiechu, głupimi komentarzami i wymyślaniem równie absurdalnych, alternatywnych sposobów na zwalczenie niebezpieczeństw. Do tego autor zamieścił w książce kilka niespodzianek jak np. Skorpion... dobra, wyjaśnię o co chodzi z tym skorpionem. Skorpion ze strony 9 przedstawiony jest jako straszny stwór. Dlatego też w książce, po stronie 8 jest od razu strona 10, a strona 9 jest na samym końcu. Taki zabieg ma uniemożliwić skorpionowi jej znalezienie. Podobnych niespodzianek w książce jest bardzo wiele, ale zdradzać ich nie będę. Powiem tylko, że powodują ciągłe wertowanie kartek i kolejne salwy śmiechu. 

Tekst tekstem, ale "Zagrożeniologia" ilustracją stoi. Tu tekst jest drugorzędnym elementem, a pierwsze skrzypce gra obrazek. Każda kreska czy grafika, która wyszła spod ręki Pana Chrisa Judge przyciąga wzrok swoja groteskowością. Każdy obrazek jest po prostu śmieszny. Nawet napisy - których jest dość sporo - mają takie zacięcie rodem z kabaretu. 
Idealna lektura na wakacje. Wyobraźcie sobie, że moje dzieci przeczytały tę książkę razem, polegując to na dywanie, to na tarasie, innym razem na piasku. Takiego porozumienia dawno nie było. Polecam. 

O tym, jak trudno rozstać się z bohaterami "Hotelu Varsovie. Klątwa lutnisty"

Nie ulega wątpliwości, że Warszawa to stare miasto z bogatą historią. Miasto, które sporo wycierpiało, ale i wiele razy okryło się chwałą. Kilka razy niszczona do cna, zawsze miała siłę, aby podnieść się z popiołów i ze zdwojoną siła rozkwitnąć. Ja osobiście Warszawy nie lubię, choć to przecież stolica. Nie lubię Warszawy jako miasta i nie przepadam za Warszawiakami. Jednak po lekturze  "Hotelu Varsovie. Klątwa lutnisty" spoglądam na to miasto nieco przychylniejszym okiem. 
Pierwsza wzmianka o Warszawie pochodzi z 23 kwietnia 1313, kiedy to miejscowość pojawiła się w tytulaturze książęcej Siemowita. W 1339 Warszawa została wybrana na miejsce procesu polsko-krzyżackiego o Pomorze i Kujawy[wikipedia].
W powieści "Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty" Warszawa jest pniem, wokół którego oplatają się losy bohaterów. Właściwie to bardzo grubym i starym pniem, bo zasięg czasowy opowieści to prawie pół tysiąca lat. Rozpoczynamy na początku XVII wieku, kiedy drewniana zabudowa Warszawy zostaje strawiona przez ogromny pożar, a kończymy w XXI wieku zahaczając o aferę gruntową, o której słyszał chyba każdy. Ta właśnie Warszawa ze swoimi wzlotami i upadkami jest wspaniałym tłem dla historii dwóch rodów - Żmijewskich i Szpakowskich. Autorka porywa czytelnika od pierwszych stron powieści i od razu powoduje czytelniczy zawał serca. Zaczynamy od środka (w XIX wieku) i od razu znajdujemy trupa. Samobójstwo właściciela hotelu Varsovie jest bardzo brzemienne w skutkach i to nie tylko dla Jego rodziny. Łatwo się domyślić, że autorka własnie w XIX wieku postawiła stępkę dla powieści, chcąc cofnąć się w czasie i pokazać, jak doszło do tego nieszczęścia i jednocześnie wybiec naprzód, ukazując skutki niefortunnych poczynań nestora rodu. Wyjątkowo umiejętnie, zgrabnie i ciekawie podróżujemy w czasie poznając losy Eleonory Żmijewskiej, Kaliny Melcerówny i Laurentego Żmija. Wszyscy Oni są Warszawiakami silnie związanymi z miastem. Za każdym z nich ciągnie się klątwa lutnisty rzucona przez skrzywdzoną kobietę. Każdy z nich ma swoje mroczne tajemnice i każdy walczy z losem, jakim obdarował go świat. Oczywiście nie są to jedyni bohaterowie powieści. Przez karty książki przewija się cały korowód barwnych postaci zawracając czytelnikowi w głowie i powodując barwny oczopląs.
Warszawa Rynek. XIX wiek                    źródło - Wikipedia
Bardzo ważne jest to, że autorka bardzo konsekwentnie przeprowadza nas przez meandry historii, nie gubiąc ani oczka z tego, co już zostało wcześniej wydziergane. Wszystko wspaniale ze sobą współgra tworząc historię, która porywa i zachwyca.
Ogromną zaletą powieści jest bogactwo i różnorodność języka, jakim posługuje się autorka. Przepiękna polszczyzna powoduje, że opisy (których wcale nie jest mało) są bardzo plastyczne i realistyczne. Czytelnik po prostu widzi i czuje wszystko to, co autorka pragnie przedstawić. Każdy szczegół i drobiazg jest ważny. W trakcie lektury po prostu czuć smród rynsztoków i niemytych ciał czy też zapach mięsiwa i kwiatów sprzedawanych na rynku. Kiedy Warszawę nawiedza epidemia, czytelnik razem z Kaliną przeżywa grozę i po prostu słyszy ciszę wymarłego miasta. Nie potrafię napisać i oddać kunsztu pióra p. Ziętek, który spowodował, że całą sobą czułam zarówno ciężki fetor XVII - wiecznej warszawy  jak i delikatny nastrój bogatej XIX - wiecznej Stolicy z pięknymi damami i dżentelmenami przechadzającymi się po Ogrodzie Saskim. 
Piękna powieść. Wspaniała i zachwycająca. I nie ma tu nic z kokieterii - naprawdę warto się zaczytać i poddać nastrojowi książki. Ma jedną ogromną wadę - to jest pierwszy tom i nijak nie mogłam się pogodzić z zakończeniem, a właściwie jego brakiem. Żebym się nastawiła na to, że to dopiero początek - to jeszcze jakoś przełknęłabym gorzką pigułkę napisu "Koniec tomu pierwszego". A tak? Płakać mi się chciało, zwłaszcza że autorka podobnie jak zaczęła, tak i zakończyła mocnym przytupem... 
XVII - wieczna Warszawa       źródło: Wikipedia

czwartek, 6 lipca 2017

Everest

Jedni wolą morza, inni wolą góry... ten tekst popularnej piosenki bardzo dobrze oddaje nasze gusta. Często jest tak, że jeżeli lubimy smażyć się całymi dniami na plaży, to już wyprawa w góry niekoniecznie nam odpowiada. Ta druga połowa uwielbia wędrówki i zmęczenie, więc leżenie na plaży przeplatane kąpielą wśród tłumu półnagich ciał powoduje jedynie frustrację. Ja uwielbiam góry i rzeczywiście nie lubię wypoczynku nad morzem. Lubię zdobywać szczyty, a moje dzieci dzielnie zbierają punkty do odznaki górskiej PTTK. Mówimy jednak o górach rodzimych, które wysokością nie przekraczają 2 500 n.p.m. Wyższe góry... może kiedyś... Na razie pozostaje mi literatura z ośnieżonymi szczytami na okładkach. 
„Everest” to książka, która zabiera czytelnika w góry. Te najwyższe. Zanim jednak tam dotrzemy, musimy na początku powieści dokonać karkołomnego zadania, a mianowicie zaprzyjaźnić się z głównym bohaterem Martinem. Nie ukrywam, że początkowo nie wzbudził On mojej sympatii. Ekscytacja krótkim czasem, w jakim pokonał drogę do biura koncernu samochodowego Audi oraz zachwyt gadżetami będącymi w jego posiadaniu sprawiła, że odebrałam go jak pustego chłystka. Tak było aż do rozmowy z przedstawicielem sponsora, w trakcie której okazało się, że jeżeli Martin nadal chce być twarzą Audi, musi dokonać czegoś wielkiego. Osiągnięcia sprzed kilku lat mocno zatarły się w pamięci społeczeństwa i czas ponownie wejść na szczyt. Dosłownie i w przenośni. Zdobycie Everestu to coś, co zapewni Martinowi sławę na długi czas. Problem jest jeden - Martin nie jest himalaistą. Ale cóż z tego? Przecież ON może wszystko! No zagotowałam się po prostu. 
Szybki przeskok w Himalaje i już poznajemy towarzyszy wyprawy. Dwie kobiety, dwóch mężczyzn i Szerpowie to podróżnicy, którzy będą towarzyszyć Martinowi na dach świata. Od początku czuć, że każdy z nich ma tajemnice, które rzucają się cieniem na zachowanie i nastrój całej ekipy. Im wyżej wchodzą i im bardziej oddalają się od cywilizacji, tym bardziej dręczące sprawy wyłażą na powierzchnię. Czy się uda? 
Powieść wzbudziła we mnie burzliwe odczucia. Krótkie rozdziały i suchy, wręcz reporterski styl pisania spowodowały, że następujące po sobie wydarzenia czytelnik przeżywa ze zdwojoną wrażliwością. Tu nie ma owijania w bawełnę. Wszystkie uczucia, żale i niesnaski na wysokości 7 000 metrów urastają do rangi wojny światowej. Dochodzi zmęczenie, nuda i zwykła ludzka niecierpliwość. Kiedy autor przedstawia to stosując dziennikarski styl, czytelnik przeżywa to dużo bardziej, niż gdyby ująć to w ciepłe słówka. W książce nie ma opisów przyrody, rozwodzenia się nad zachodami słońca i pięknem krajobrazu. Za to jest śnieg, mróz, wiatr i wszędzie czyhające niebezpieczeństwo. 
Nie da się ukryć, że ekipa naszych Himalaistów od początku łatwo nie miała. Pytanie, które nasuwa się od początku lektury i siedzi w głowie aż do ostatnich stron dotyczy zaufania. Bo przecież nasza ekipa to zlepek przypadkowych osób, które połączył ten sam cel - zdobycie szczytu. Poznali się właściwie już w górach i nie mieli wyjścia - musieli sobie zaufać. Problem tkwi chyba w słowie musieli. Wyraźnie widać, że ukazanie samego trudu wspinaczki to jedno, ale emocje i budujące się relacje pomiędzy uczestnikami wyprawy, to wcale nie mniej ważny wątek historii. Czy gdyby byli paczką przyjaciół znającą się od lat, byłoby łatwiej? Czy może właśnie trudniej, bo wybory, jakich należy TAM dokonywać są obciążone wspólnymi wspomnieniami i sympatiami... Trudna kwestia, która siedziała mi w głowie przez cały czas lektury. 
Powieść na pierwszy rzut oka prosta i banalna. Ot relacja z przygotowań, wejścia, zejścia... no właśnie nie! Poczucie prostoty i banalności znika, kiedy do głosu dochodzą emocje. Autor przeraźliwie wyraźnie ukazuje, jaki człowiek jest mały, jak zależny od pogody, sprzętu i drugiego człowieka. Brak butelki z wodą, czy utrata gogli może kosztować życie. Autor nie patyczkuje się i bardzo surowo opisuje wszystkie dylematy i rozważania bohaterów. Nie mogę napisać tyle, ile bym chciała, żeby nie zdradzić zbyt wiele, ale napiszę jedno: cena, jaką przyjdzie zapłacić niektórym za brawurę jest bardzo wysoka. 
Literacko książka „Everest” tytułu książki roku na pewno nie dostanie. Zdarzają się literówki i błędy językowe, ale nie powinno to przesłonić wartości, jakie autor stara się przekazać. Przecież Odd Harald Hauge (autor powieści) sam również jest podróżnikiem i trudno wymagać od niego kwiecistego języka. Nie ulega wątpliwości, że zawinili polscy redaktorzy. Dość długo dokuczała mi dziwna budowa zdań. Nie wiem - może miało to na celu podkreślenie surowości książki. Jeżeli tak - zabieg udany. 
Cichymi bohaterami tej książki są Szerpowie. To Oni wnoszą, przynoszą i zanoszą wszystko to, co turystom jest potrzebne. Nie mówi się o nich zbyt wiele, raczej się od nich wymaga. Kiedy schodzi lawina, pod jej zwałami najwięcej ginie właśnie Szerpów. To tak naprawdę dzięki nim cokolwiek można osiągnąć – lud twardy i zaprawiony w bojach. 
Książka wielka sercem. Pokazuje czytelnikowi, że w obliczu przyrody i matki natury często nie wystarczy chcieć. Pokazuje, że po wygranej walce tam, na górze, nic już nie będzie takie samo tu, na dole. Pokazuje wiarę w człowieka i ogrom jego ułomności. Warto przeczytać.

piątek, 30 czerwca 2017

O tym jak Detektyw Łodyga pomaga rozwiązać przyrodnicze zagadki

Nie wiem, który to tom przygód Detektywa Łodygi. Mam wrażenie, że czwarty, ale pewna nie jestem. Myślę jednak, że nie ma to znaczenia, ponieważ każda z tych książeczek cieszy się takim samym uznaniem wśród naszych milusińskich. Wszystko zaczęło się od popularnego programu na kanale "Minimini", w którym przesympatyczny pluszak Eugeniusz Łodyga mierzył się z zagadkami z różnych dziedzin życia. To nie była rysunkowa bajeczka, a prawdziwy program popularno - naukowy, tyle że dostosowany do poziomu małego odbiorcy.
Od pewnego czasu możemy spotkać Detektywa Łodygę na łamach książek. Ta, która wpadła w łapki mojego synka zawiera 10 historyjek - zagadek. Każda z nich stworzona jest wg tego samego schematu. Dorosły pewnie uznałby tę schematyczność za nudę, ale dzieciakom to odpowiada. Wszystko zaczyna się, gdy detektyw Łodyga odbiera telefon od swoich małych przyjaciół Zosi, Tadzika i Amelki, którzy w kilku słowach opowiadają o swoim problemie, czy też o sytuacji, jaka ich właśnie zaskoczyła. Detektyw, zawsze gotowy do niesienia pomocy, nie zastanawiając się zbyt długo, wyrusza na pomoc. Na miejscu dzieci w kilu zdaniach naświetlają występujące zagadkowe zjawiska, a  - uwierzcie mi - często są one naprawdę poważne. Raz w szafie znajduje się wielkie "coś", innym razem dzieciom grozi wizyta smoka, na stole zrobił się basen, albo też dzieci nie mogą poradzić sobie
z papierowym klopsem. Detektyw wysłuchuje uważnie opowieści dzieci, a następnie szybko odnajduje rozwiązanie zagadki. Oczywiście jest Ona (akurat w tym tomie) związana z przyrodą, więc tłumaczenie często dotyczy ekologii. Nasze pociechy w przystępny sposób mogą dowiedzieć się jak wygląda życie foliowej torebki, po co sortuje się śmieci, jak powstaje papier i co to jest ocieplenie klimatu. Detektyw Łodyga tłumaczy również skąd się bierze woda w kranie, smog w powietrzu, czy też prąd w mieszkaniu. Kiedy do dzieci dociera przyczyna zaskakujących wydarzeń, próbują znaleźć rozwiązanie sytuacji. Nie dość, że maluchy rzucają fajnymi pomysłami, to jeszcze mała Amelka na zakończenie spotkania pokaże wszystkim, jak z niepotrzebnych rzeczy zrobić biedronkę, kucyka, czy też rybkę przypominajkę. 
Książka jest bardzo, ale to BARDZO przyjazna maluchom. Dużo obrazków, dialogi wydrukowane inną czcionką niż opisy, inny kolor tekstu, w którym zawarto wyjaśnienie zagadki - to wszytko powoduje, że dzieciaki podczas lektury nie nudzą się. Jeżeli dodamy do tego bardzo kolorowe ilustracje i miejsce na bazgrołki - otrzymujemy świetną pozycję na długie, deszczowe letnie popołudnia. 
Nie potrafię dojść do tego, kto jest autorem tej książeczki. Poprzednie trzy tomy "popełniła" p. Barbara Wicher - wspaniała polska pisarka i nauczycielka, tłumaczka języka francuskiego, autorka książek dla dzieci. Tymczasem w najnowszym tomiku nazwisko autora nie pojawia się ani na okładce, ani na karcie tytułowej. Na niektórych portalach czytelniczych znalazłam określenie "praca zbiorowa", ale nawet, jeżeli jest to praca zbiorowa, to przecież ktoś musiał tekst napisać. Niezbyt to ładnie zarówno w stosunku do czytelników jak i autorów. Po książce widać, że jest to pozycja wydana na podstawie licencji programu telewizyjnego "Mini
Mini", ale uważam, że nic to książce nie ujmuje. Natomiast na okładce zamiast logo wydawnictwa i "Minimini" powinno znaleźć się nazwisko autora, albo chociaż określenie "opracowanie zbiorowe". Bez tego książka jest taka trochę bezimienna i traci sporo. Niby drobiazg, ale pozostawia ... niesmak to dużo powiedziane... powiedzmy, że niedosyt.  
Na szczęście nasze maluchy rzadko szukają nazwisk na okładce. Raczej z trudem brną przez gąszcz literek, zachwycając się pomysłami i przygodami głównych bohaterów. Zapewniam Was, że pod tym kątem książka zaspokoi najbardziej wybredne czytelnicze guściki.  

O tym, że plecenie trzy po trzy może zmienić się w książkę "Trzy po 33"

Każdy z nas ma swoje pasje. Jeden jeździ konno, inny na motorze, jeszcze inny hoduje pieski, uprawia ogródek, szyje, wyszywa i co tam komu jeszcze przyjdzie do głowy. Ja czytam. Czytam dużo, a swoje myśli przelewam na przysłowiowy papier. Nie chcę stwierdzić, że piszę, bo to górnolotnie brzmi, ale bloga popełniłam i od siedmiu lat coś tam dziergam. Można więc bez wyrzutów sumienia powiedzieć, że pracuję słowem. Kocham wyrazy (felieton o słowach i wyrazach wita nas na początku książki) i uwielbiam się nimi bawić. Nic więc dziwnego, że książka "Trzy p 33" mnie zachwyciła.  
Książka powinna być zatytułowana "Trzy po 13", bowiem trzech wspaniałych językoznawców w osobach p. Miodka, p. Bralczyka i p. Markowskiego, pogrupowało w 13 tematycznych grup 102 króciutkie felietony, które skrzą inteligencją i humorem. Panowie przyglądają się różnym słowom, które na dobre zagościły w naszym życiu i z większym lub mniejszym zaangażowaniem opisują wszystko to, co na ich temat przyjdzie Im do głowy. Słowa są różne - zarówno te codzienne jak i te zapomniane. Sporą część książki zajmują słowa nowe, stworzone na potrzeby nowoczesnego świata przepełnionego nowinkami technicznymi. Oswajają takie słówka jak know - how czy hejt. Te felietony są świetne, ale ja zakochałam się w rozdzialiku pt. "Gdzie są słówka z tamtych lat, czyli bałamutny spiker" Klisza, bałamutny czy chachmęcić - kto dzisiaj tak mówi! Panowie zdają sobie sprawę z  "dawności" poszczególnych słówek i z pewną dozą wzruszenia opisują ich znaczenie kiedyś i dzisiaj. Rozwodząc się nad ich etymologią czy znaczeniem, często przytaczają cytaty z twórczości np. Jeremiego Przybory czy też Hemara, wprowadzając czytelnika w nastrój z dawnych lat. 
Najbardziej śmiałam się przy felietonie pt. "Babole". Słowo to ma wiele znaczeń ale mnie urzekła następująca definicja" "Babol to wydzielina z nosa, głównie zaschnięta". Wpadłam pod krzesło i długo nie mogłam się podnieść. Nawet moje dzieci rżały ze śmiechu jak młode kucyki. 
Podsumowaniem całej książki i tego "plecenia trzy po trzy" są króciutkie dialogi, świetnie oddające nastrój książki. Przytoczę jeden: 
Miodek: Wrzuciłem na bloga swoja focię ze słynną szafiarką i gimbaza miała polewkę.
Markowski: Zupełnie nie ogarniasz bazy. Ale obciach!"
Bralczyk: Profesorze, polewka z kolegi? To hejt. 
Widzicie tych trzech statecznych Panów (może nie pod krawatami, ale w marynarkach na pewno) przerzucających się takimi hasłami? Skrzy cała książka inteligencją i humorem, a czytelnik bawi się świetnie od samego początku, aż do ostatniej literki. Panowie rewelacyjnie żonglują słowami ukazując ich różne znaczenia i pochodzenie. Może się okazać, że słówko, które korzeniami sięga do czasów średniowiecza przetrwało do dzisiaj, ale jego znaczenie jest całkowicie odmienne od tego pierwotnego. To właśnie jest to piękno języka polskiego, które mnie zachwyca i ujmuje. 
Śmiech śmiechem, ale miejscami potrafi być tez poważnie. Bo przecież nie zawsze chodzi o to, aby się tylko pośmiać, ale warto tez dowiedzieć się czegoś nowego. I tak np. dowiadujemy się, że słowo chachmęcić pochodzi od słowa chachmęć (zarośla, chaszcze), które używane było już w XVII wieku. Wyraz podejście (w znaczeniu podejście do tematu, czy też drugie podejście np. do egzaminu) kilka wieków temu określanie było w ówczesnych słownikach jako oszukanie, podstęp, fortel, zdrada... Niesamowite jest to, jak język polski przez lata ewoluował  i rozwijał się, ale żeby aż tak! Trudno aż wyobrazić sobie drogę, jaką przeszło to słówko do dzisiejszego, zupełnie niewinnego przecież, znaczenia.
Na zakończenie dodam, że "Trzy po 33" to nie jest książka do czytania  tzw. ciurkiem. Po kilkunastu felietonach czytelnik bardzo wielu szczegółów nie zauważy, jako że ogarnie go po prostu zmęczenie. Warto mieć tę książkę zawsze gdzieś w pobliżu i dawkować sobie szczęście. Gwarantuję, że nie pożałujecie.  

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Czarne narcyzy

Każda nowa książka Puzyńskiej elektryzuje i powoduje dreszczyk emocji w mej duszy. Dotąd przeczytałam siedem tomów i recenzując je, nie ukrywałam zachwytu. Pomimo tego, że wszystkie zlewają się w mojej głowie w jedną, bardzo ekscytującą historię, nie można uniknąć porównań poszczególnych tomów. Najfajniejsze jest to, że można je podzielić na kilka kategorii. Najlepszy? Motylek. Najsłabszy? Łaskun. Najstraszniejszy? Utopce. Naj... można wymieniać długo. 
Autorka nie spuszcza z tonu ani na chwilę. Rozpoczynając lekturę "Czarnych narcyzów" bardzo szybko spotykamy się ze starymi przyjaciółmi z poprzednich tomów. Weronika, Emilia i Marek trwają na posterunku właściwie niezmienni. Zmienia się jedynie podejście do życia Klementyny Kopp i oczywiście Daniela Podgórskiego. Daniel, który w ostatnim tomie sporo stracił w moich oczach teraz powraca w blasku chwały. No może bez przesady, ale podniósł się z kolan i działa. 
Tym razem powieść płynnie nawiązuje do końcówki poprzedniego tomu. Właściwie pierwszy rozdział mógłby być kolejnym tej samej książki, ale to należy uznać raczej za zaletę, niż wadę. Bardzo szybko poznajemy legendę o diable, który opętał żonę leśniczego wskutek czego ta - poznawszy diabelską tajemnicę - opuszcza ten ziemski padół. Leśniczy postanawia zemścić się na czarcie za śmierć żony, a cała historia kładzie się cieniem na maleńkiej wiosce o nazwie Diabelec. Wszyscy boją się domu leśniczego i tego, co się w nim wydarzyło. Strach staje się wręcz paniczny, kiedy w tym domu znalezione zostaje ciało, a właściwie, to dwa... właściwie to trzy. Nie ulega wątpliwości, że śmierć przynajmniej jednej z tych osób, powiązana jest z odnalezieniem innych trzech ciał dużo, dużo  wcześniej....
Bardzo trudno jest opisać fabułę tak, aby nic nie zdradzić i nie zabrać potencjalnemu czytelnikowi przyjemności z czytania. Powieść jest bardzo rozbudowana, akcja toczy się wielowątkowo, a wydarzenia gonią jedno za drugim. Wielki szacunek dla autorki, która - pomimo wielości bohaterów zdarzeń, i powiązań - nie pogubiła się i konsekwentnie doprowadziła do rozwikłania zagadki. 
Jest jeden element, który w sadze o Lipowie szczerze uwielbiam. To umiejętność autorki prowadzenia czytelnika na popularnie zwane manowce. Już wydaje mi się, że wiem, już jestem tak blisko... i znowu coś zaskakuje. Pamiętam, że w kilku poprzednich tomach rozwiązanie zagadki było w zasięgu ręki właściwie od połowy książki, a nadal fabuła fascynowała. W "Czarnych narcyzach" też jest taki moment, w którym wydaje się, że wszystko zostało już wyjaśnione. Nic bardziej mylnego. 
Polecam każdemu. Bez wyjątku. 

środa, 14 czerwca 2017

Małżeństwo doskonałe czyli Czubaszek + Karolak = WM

Marię Czubaszek kocham i uwielbiam. Jej delikatność, prostota i dziecięca naiwność zawsze mnie rozczulały. Śmiałam się do łez czytając jej twórczość, uwielbiałam szkło kontaktowe z damskim pazurkiem Pani Marii i zgrzytałam zębami, kiedy pseudo dziennikarze próbowali Ją oczernić, za przeprowadzoną miliard wieków temu aborcję. 
Płakałam, kiedy odeszła. Żal potęgował fakt, że odeszła w chwili, kiedy w moje ręce trafiła "Nienachalna z urody". Siedziałam na wakacjach pod namiotem i zamiast cieszyć się pięknem Bieszczad, czytałam "Nienachalną..." i wspominałam. 
Potem była długa przerwa. Pani Maria odeszła, a życie toczyło się dalej już bez Jej udziału. Aż do teraz, kiedy w moje ręce wpadło "Małżeństwo doskonałe...". Trochę ze strachem sięgnęłam po książkę obawiając się, że zakopane głęboko w sercu emocje powrócą. I rzeczywiście powróciły, potęgowane odejściem Pan Wodeckiego, którego twórczość również uwielbiam.
Ckliwie się zrobiło, ale nic na to nie poradzę. "Małżeństwo doskonałe" to wywiad z  miłością życia Pani Czubaszek - Wojciechem Karolakiem. Z wywiadu wyłania się cudowne małżeństwo dwóch "Zajączków" kochających się i szanujących nawzajem. Żyli trochę obok siebie (co spowodowane było nocnym trybem życia Karolaka), ale nadrabiali to drobnymi gestami i maleńkimi czułostkami, które razem układały się w wielkie uczucie. Nie znam nikogo kto rozmowę przez telefon zaczyna od  "Cip cip". Cudne prawda? 
Wywiad przeplatany jest "Czubaszkowymi wspominkami" snutymi przez sławnych ludzi będących przyjaciółmi Marii i Wojciecha. Wspominki snują wielcy tego świata. - Jacek Fedorowicz, Ewa Bem, Andrzej Dąbrowski czy Grzegorz Markowski. Oni wspominają dobre chwile spędzone z Panią Marią. Czasem ze wzruszeniem opowiadają o jej niechęci do jedzenia, czasem ze smutkiem opisują ostatnie spotkania. W tym wspominkach jest jednak spora doza humoru, bo trudno nie wspominać Pani Marii z radością w sercu. W wywiadzie przeprowadzonym przez Krystynę Pytlakowską z Wojciechem Karolakiem nie jest już tak łatwo. Z tej części wylewa się bezbrzeżna, ogromna miłość do Marii Czubaszek. Karolak opowiada o swojej Zajęczycy z takim wzruszeniem i tęsknotą, że czytelnikowi serce się kraje. Przepięknie opisuje jak zakochał się w super zgrabnych nogach Pani Marii, jak wzruszał się, gdy zasypiała przed telewizorem w ulubionym fotelu i jak ogarniała go wściekłość, gdy nic nie jadła, a za to paliła paczkami papierosy. 
Dzięki tej książce możemy zobaczyć Panią Marię trochę z boku. Z jej twórczości wychyla się silna kobieta z ogromnym poczuciem humoru i dystansem do siebie. Mam wrażenie, że to tylko poza. Z opowieści Pana Karolaka wynika, że silna była - owszem, ale wówczas, gdy należało zawalczyć o bliskich. To dzięki niej Karolak wyszedł z nałogu alkoholowego - walczyła o niego jak lwica. Natomiast kiedy chodziło o Nią samą - nie było już tak różowo. Miała dość niską samoocenę i nie pozwalała sobie pomagać.  
Piękna książka. Wzruszająca i delikatna. Z treści wylewa się ból i żal, jaki ogarnął wszystkich po śmierci Marii Czubaszek. Piękne wspomnienia i wspólnie spędzone chwile są przeplatane wyrzutami sumienia wynikającymi z tego, że nikt nie był w stanie zmusić Jej, aby zaczęła o siebie dbać. Widać wyraźnie, że nie można nikogo na siłę uszczęśliwić. Pani Maria była idealnym przykładem osoby, która nie chciała dać sobie szansy. A kiedy już doszła do tego, że leczenie to jedyny sposób na pożycie jeszcze troszkę - było już za późno. 
Jeżeli nie lubiliście Marii Czubaszek to nie sięgajcie po "Małżeństwo doskonałe". Ale jeżeli w Waszym sercu tli się choć cień sympatii do tej przeuroczej osoby, to jest to lektura obowiązkowa, która stawia przysłowiową "kropkę nad i". 

środa, 7 czerwca 2017

Królestwo kanciarzy

Powieści nie należy oceniać po okładce. To każdy wie i prawdziwy "książkochłon" nigdy tego nie czyni. Ja jednak od czasu do czasu ulegam urokowi książek. Oczywiście nie wezmę w podróż przepięknie wydanego słownika ortograficznego, ale już dobrze zapowiadającą się i przepięknie wydaną fantastykę - owszem. "Królestwo kanciarzy" przyciągnęło mój wzrok właśnie pięknym wydaniem. Twarda oprawa, tasiemka w charakterze zakładki i barwiono na czerwone "końcóweczki" stron sprawiły, że zakochałam się na zabój. Zresztą pierwszy tom był równie piękny (końcówki stron były czarne), a że historia opisana w pierwszym tomie  pochłonęła mnie całkowicie byłam pewna, że drugi tom również raczej mnie nie zawiedzie.
Szóstka bohaterów - każdy inny, każdy charakterystyczny, a jednak wspólnie tworzą niesamowitą grupę. Nie wątpię, że czytelnicy pokochali Inej, Ninę, Kaza, Wylana, Matthiasa, i Jaspera. Ta szóstka młodych ludzi jest wyjątkowo dojrzała, wie czego chce i uparcie dąży do raz wyznaczonego celu. Tak silnych, charakterystycznych i wyrazistych bohaterów dawno nie miałam przyjemności poznać. Godne uznania jest to, że przez całą powieść (a jest Ona naprawdę obszerna) autorka bardzo konsekwentnie wyposaża bohaterów w konkretne cechy, celebruje je i często czyni z nich walory, którym nasi bohaterowie zawdzięczają zdrowie i życie.
Powieść ma jedną wadę, a mianowicie nie powinno się jej czytać bez znajomości tomu pierwszego pt. "Szóstka wron". Autorka robi wszystko, aby brak znajomości wcześniejszych przygód bohaterów nie dawał się czytelnikowi we znaki, ale to jednak nie jest takie proste. W pierwszym tomie tyle się działo, że nie sposób uniknąć powrotów i odniesień. Oczywiście, że można, ale czytelnik sporo traci. Już na początku opowieści musimy zerknąć w tył...
Wydaje się, że po wykonaniu zadania, które na pierwszy rzut oka wydawało się niewykonalne
przyjdzie czas na odpoczynek. Nic bardziej mylnego. Zamiast bogactwa nasza szóstka bohaterów ma puste kieszenie, a zamiast odpoczynku muszą się ciągle ukrywać jednocześnie walcząc z przeciwnościami losu. Wydawałoby się że okradzenie Lodowego Ogrodu to wyczyn, którego nic nie przebije. Niestety Wrony muszą teraz walczyć z dużo gorszym zdaniem. Nie dość, że pragną się zemścić na Van Ecku, to jeszcze muszą zrobić wszystko, aby uratować swoją towarzyszkę. Nie jest to łatwe zadanie zwłaszcza, że są, świadomi tego, że wśród nich ukrywa się zdrajca. Co zrobią? Jak postąpią? Zapewniam Was, że choć cała powieść jest zaskakująca, zakończenie przerośnie Wasze najśmielsze oczekiwania. 
Cudna powieść. Ciągłe zwroty akcji i ekspresowe tempo wydarzeń zaskakują i intrygują czytelnika. Autorka pisze tak jakby jej umysł ciągle zalewały pomysły, które niezwłocznie należy przelać na papier. Trzeba jednak pamiętać że akcja powieści to jedno, a relacje międzyludzkie to zupełnie inna sprawa. Relacje pomiędzy naszymi bohaterami (zwłaszcza te pozytywne) są celebrowane i nie ma tu miejsca na zaniedbania. Uczucia pięknie się rodzą wzruszając i  budząc w czytelniku wiele emocji. Autorka może sobie pozwolić na takie smakowanie chwili, jako że w powieści liczącej prawie 600 stron na wszystko znajdzie się miejsce.
Powieść - mimo dbałości o emocje - jest bardzo dynamiczna. Śledząc losy głównych bohaterów nie można się nudzić. Niezwykłe przygody towarzyszą nam od pierwszych stron powieści. Ciągle coś się dzieje; zwroty akcji i niespodziewane wydarzenia nie pozwalają ani na chwile odpocząć. Zachwyciła mnie też kreacja Ketterdamu. To miasto niby wyjęte spod prawa i rządzące się prawami złodziei i przestępców, jest jednak wirtuozersko zorganizowane i opisane przez autorkę. Zachwyca mnie konsekwencja autorki, która przekłada się na wyjątkowo realistyczne opisy miasta. Czytając można mieć wrażenie, że to miasto jest tuż obok i tylko nogę trzeba przesunąć, aby zanurzyć się w jego mroczne zaułki.
Trochę zapędziłam się w ochach i achach na temat powieści, ale uwierzcie mi - nie będziecie mogli się oderwać. Dodam jeszcze, że bardzo często w trakcie lektury zaskakiwały mnie fragmenty napisane z dużą dozą cierpkiego humoru. Nie jeden raz śmiałam się do łez, a wiele momentów powieści poprawiało mi humor. Ta mieszkanka mroku, śmiechu, emocji i wartkiej akcji powoduje, że naszym oczom ukazuje się prawdziwe arcydzieło powieści dla młodzieży. Polecam.

piątek, 2 czerwca 2017

Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet

Trudno oceniać taką książkę. Trudno napisać: podobała mi się, jeszcze gorzej: nie dla mnie. To książka dla pokoleń, przenosząca treści i wspomnienia, o których nie można zapomnieć. 
Obóz w Ravensbrück był obozem przeznaczonym dla kobiet. Powstał jako obóz dla kobiet stanowiących zagrożenie dla narodu niemieckiego - drobnych złodziejek, prostytutek, lub po prostu krytykujących działania nazistowskich władz. Początkowo były tu głównie Niemki, dopiero później przybyły tam kobiety niemal z całej Europy. Kobiety były wykorzystywane jako tania siła robocza - pracować musiały, jeść już niekoniecznie. Karmione kubkiem kawy, pajda chleba i lurą z surowym ziemniakiem pracowały po 12 godzin przy kopaniu rowów lub wydobywaniu piasku. Z czasem obok powstała fabryka Simensa, którą wiele z kobiet traktowało jak błogosławieństwo. Szybko okazało się jednak że to jest bardzo złudne. Praca pod dachem i w cieple kusiła, jednak normy były tak wyśrubowane, że kobiety nie wytrzymywały nerwowo. Więźniarki przeżywały tak kilka miesięcy. Z czasem (kiedy transportów było coraz więcej) kobiety nie wyrabiające norm po prostu mordowano, aby zrobić miejsce dla kolejnych jeszcze silnych i zdolnych do pracy. 
W obozie nie było miejsca dla dzieci, jednak wiele kobiet przybywało do obozu w ciąży, więc siłą rzeczy dzieciaczki przychodziły na świat. Nie było im dane jednak żyć. Topiono je w wiadrze wody, a w najlepszym razie zabierane matkom i odsyłano do niemieckich rodzin. Tych jednak była garstka. Przyszedł taki moment, że władze obozu w przypływie ludzkich uczuć pozwoliły na utworzenie pseudo sali porodowej. Dzieci rodziły się zdrowe i rumiane, jednak nikt nie pomyślał o zapewnieniu im jedzenia. Matki z rozpaczą patrzyły jak ich maleństwa w ciągu kilku tygodni zmieniały się w schorowane szkieleciki, które z wycieńczenia umierały. 
Ważna odnotowania jest również historia "Polskich królików".  Mianem tym określano polskie więźniarki przywiezione z Lublina, na których dopuszczono się strasznych okrucieństw. Chcąc ratować niemieckich żołnierzy rannych na polu walki, pseudolekarze postanowili wszczepiać dziewczynom do nóg (najczęściej były to łydki) drewno, opiłki metalu, liście czy wprost błoto, a następnie patrzeć, jak młody organizm poradzi sobie ze zwalczeniem tych "niedogodności". Wszczepiano im również bakterie, aby móc obserwować rozwój zakażenia. Kiedy organizm sobie nieźle radził, zwiększano dawkę, powodując śmierć dziewczyn w okropnych męczarniach.  
Trudno pisać o tej książce. Myśli kotłują się i prześcigają powodując rejwach w głowie. Należałoby opisać wszystko i krzyczeć: Pamiętajmy! Tu każda historia jest ważna, każda opisana postać godna uwagi i wzmianki. Kobiety w Ravensbrück potrafiły walczyć o swoje, potrafiły nawet zorganizować bunt nie bacząc na konsekwencje. Kiedy władze obozu postanowiły zlikwidować "Króliki", aby nie mogły opowiedzieć światu o tym, co je spotkało, współwięźniarki pomysłowo ukrywały je dbając o ich przetrwanie. 
Książka jest inna niż literatura obozowa (że tak brzydko to nazwę), którą czytałam do tej pory. Jej forma jest czymś pośrednim między dokumentem, a bardziej przyjazną czytelnikowi beletrystyką. Nie ma tu suchych faktów i dat, każda historia opowiedziana jest z prostotą, bez zbędnych opisów i ozdobników. Poraża. 

środa, 31 maja 2017

Marlene

Tak się zastanawiam, dlaczego od pewnego czasu w moje ręce ciągle wpadają drugie tomy powieści? "Latarnia umarłych", "Noc Kupały", a teraz "Marlene"... Na szczęście są to kontynuacje, które można czytać samodzielnie, ale za każdym razem, kiedy orientuję się, że zaczęłam "nie od początku", ciekawość mnie zżera i oczywiście w kilka dni potem pożeram pierwszy tom. Nic straconego, ale w sytuacji, gdy stosik przy łóżku jest prawie mojego wzrostu, jest to trochę irytujące. 
"Marlene" to kontynuacja książki pt. "Miłość nie z tej ziemi". Oczywiście, (aby tradycji stało się zadość) pierwszego tomu nie czytałam, jednak z opisów i recenzji można wywnioskować, że należy rozpocząć poszukiwania w okolicznych bibliotekach. Na szczęście "Marlene" jest powieścią, którą z wypiekami na twarzy można czytać bez znajomości pierwszej części. 
Kiedy poznajemy Annę von Durkheim, znaną jako Marlene Kalten, jest ona sędziwą kobietką. Pomimo wieku wie czego chce i nie pozwala traktować siebie jako niespełna rozumu staruszki. Czując powagę swojego wieku, Anna postanawia opowiedzieć swoje wojenne losy najbliższym, aby nie uleciały w zapomnienie. W tym celu zaprasza rodzinę i znajomych do siebie i siedząc przy kominku z filiżanką herbaty zaczyna mówić...
Już po kilku akapitach czytelnik cofa się do 21.07.1944 roku. W Monachium przed zburzoną kamienica stoi Marlene i rozpacza po śmierci swoich przyjaciół. Ledwo ich odnalazła, a już utraciła. Kobieta szybko otrząsa się, a rozpacz zostaje zamieniona we wściekłość. Marlene postanawia dołączyć do ruchu oporu i walczyć przeciwko Niemcom. Sytuacja o tyle niecodzienna, że sama jest wysoko urodzoną Niemką. Marlene stanowczo sprzeciwia się polityce prowadzonej przez Hitlera i nazistowskie Niemcy. Losy Marlene są porywające, a na kartach powieści dzieje się tyle, że nie mogłam oderwać się od lektury. Marlene jest poszukiwana przez Nazistów, trafia do obozu zagłady, gdzie robi wszystko by przeżyć. Kilka razy ociera się o śmierć, ale za każdym razem wstaje z kolan i prze dalej. Walczy o życie swoje i swoich bliskich; robi wszystko aby uratować jak największą ilość ludzkich istnień. 
Powieść skonstruowana mistrzowsko, choć wyraziście i prosto. Tu nie ma nic skomplikowanego - ot bogata historia zwykłej dziewczyny, której młodość przypadła na okres wojny, co zmusiło ją do niecodziennych działań. Powieść czyta się jednym tchem, a bohaterka budzi podziw i szacunek. Jej historia to wspaniały materiał na film. Podczas Jej życia dzieje się tyle, że starczyłoby na obdarowanie jeszcze kilku osób. A w tle? W tle okrutna wojna, dramat wielu ludzi i okrucieństwo z piekła rodem. Opowiadając historię Marlene, autorka zwraca uwagę na to, jak ogromnych okrucieństw dopuścili się niemieccy esesmani i jak wielu z nich uciekło przed karą. Bo Marlene to nie tylko historia dziewczyny osadzona w realiach wojny. To również historia o powojennym poszukiwaniu sprawiedliwości i o leczeniu strasznych ran.
Losy Marlene są fikcją literacką i absolutnie nikt nie poszukuje w osobie Marlene żadnych odnośników do osób żyjących w tamtych czasach. Nie ulega jednak wątpliwości, że autorka umieszcza w powieści bardzo wiele faktów i wydarzeń, które znamy z kart podręczników do historii. Wrażenie realności dodają krótkie wstawki zatytułowane "Odpryski wojny". Autorka w kilku punktach, z żołnierską zwięzłością podaje ciekawe fakty i zdarzenia z czasów drugiej wojny światowej. Czytając powieść ciągłe miałam wrażenie, że na końcu znajdę adnotację "Marlene została pochowana.... a jej losy są prawdziwe" 
Marlene to wspaniała powieść ku przestrodze. Losy naszej bohaterki osadzone w realiach II wojny światowej powinien poznać każdy. Poznać i zapamiętać, aby nigdy nie dopuścić do takich zbrodni, jakie były udziałem Marlene. 

poniedziałek, 15 maja 2017

Steczkowscy. Miłość wbrew regule.

Nie wiem jak napisać, żeby nikogo nie urazić i nikomu nie sprawić przykrości. Przecież za każdą taką książką stoi człowiek, a za tą nawet kilkanaście osób. Rodzina Steczkowskich jest dość liczna, bo oprócz Pani Danusi, będącej Mamą całej trzódki, w skład tej rodziny wchodzi jeszcze 9 osób. Od najstarszej Agaty po najmłodszą Marysię - wszyscy obdarzeni niesamowitym talentem muzycznym i specyficznym, radosnym podejściem do życia, które otrzymali chyba z mlekiem matki. Dla przeciętnego odbiorcy zawsze uśmiechnięci i zadowoleni. Ale przecież to tylko ludzie i na pewno za fasadą uśmiechów kryją niejedną tajemnicę. Ale od początku.
Piosenki Justyny Steczkowskiej uwielbiam. Właściwie od początku kariery kibicowałam Jej z całego serca. Przy pierwszych płytach bardzo - potem już trochę mniej, bo ze skromnej, sympatycznej Justynki stała się Gwiazdą z pierwszych stron gazet. Trochę inaczej wtedy odbierałam twórczość Justyny. Z płyt przebija większa pewność siebie, która mi akuratnie nie odpowiada. Ale mimo tego - wszystkie albumy uwielbiam. Kiedy więc na półkach ukazała się książka "Steczkowscy", nie mogłam sobie odmówić. Kiedy tylko do mnie dotarła zasiadłam w fotelu i wtopiłam się w piękny świat. 
Autorką książki jest najstarsza z trzódki - Agata Steczkowska. Książka wywołała w rodzinie
Rodzina Steczkowskich 
Steczkowskich sporo emocji ale Agata uparła się, że ją wyda. I wydała. Czy dobrze zrobiła - zdania są podzielone. Nie wątpię, że członkowie rodziny mogą nie być zachwyceni tym faktem. Ale dla mnie jako dla fanki Justyny i jej muzycznego talentu - książka jest wisienką na torcie. 
Agata bardzo konsekwentnie podeszła do tematu. Zaczęła od samego początku czyli właściwie sięgnęła aż do swoich pradziadków i czasów I wojny światowej. Opisuje losy dwóch rodów. Nie były to łatwe czasy więc i opowieść jest niewesoła. Wieś, gdzieś w południowo - wschodniej Polsce, w tamtych czasach do zbyt nowoczesnych nie należała. W zamian za to była bardzo katolicka. Kiedy jeden z członków rodziny wraca z niewoli niemieckiej opowiada swoim sąsiadom o tym, jak to Niemcy wyprzedzają Polaków pod kątem wiedzy i umiejętności. Z podziwem opisuje niemieckie gospodynie, które potrafią przechowywać mięso i inną żywność przez całą zimę w słoikach tak, aby się nie popsuła. Ta część książki, opisująca życie w przedwojennej Polsce najbardziej mnie urzekła. Agata bardzo konsekwentnie opisuje krok po kroku jak doszło do spotkania rodziców. Staszek Steczkowski - mądry przystojny młodzieniec, który pasjami zakładał chóry i którego kochali wszyscy - został księdzem. Danusia - przemiła, śliczna dziewczyna zakochała się w Staszku po uszy. Piękne sa opisy tego uczucia. Obserwujemy jak Danusia pała do Staszka wielką czysta miłością zdając sobie sprawę że jej uczucie nigdy nie zostanie odwzajemnione. Z poświęceniem przepisuje dla Staszka nuty i spełnia każde jego życzenie zanim jeszcze zostanie wypowiedziane. A Staszek? On też kocha Danusię, ale długo musi oswajać to uczucie. 
Agata Steczkowska
Obszerną część książki stanowi opis walki, jaką sam ze sobą stoczył Staszek zanim podjął decyzje o opuszczeniu kościoła. Jestem pełna podziwu i szacunku do takich ludzi. Poczuł odpowiedzialność za istotkę którą sprowadził na świat i postanowił trwać przy niej. Niewątpliwie potrzeba wielkiej odwagi aby sprzeciwić się kościołowi. I tu zaczyna się ta część książki która wzbudziła we mnie skrajne emocje. To jak bardzo kościół (jako instytucja) znienawidził Staszka, to jest po prostu niepojęte. Do końca życia Stanisława Steczkowskiego nie wybaczono mu tej decyzji. Z książki wynika, że nawet w dniu pogrzebu powiadomiono rodzinę, że nabożeństwo żałobne odbędzie się w kaplicy przycmentarnej a nie w kościele. Wzburzona rodzina zażądała wyjaśnień. 
...okazało się że (ksiądz) ma z góry przykazane, żeby pogrzeb odbył się bez rozgłosu. Na nieszczęście klechom na ostatnie pożegnanie maestro wybierało się mnóstwo ludzi i proboszcz, bojąc się wściekłego tłumu, chcąc nie chcąc zgodził się, aby uroczystość odbyła się w kościele 
Te rozmowy z Bogiem i kościołem są w dalszej części książki dość mocno obecne. Stanisław do końca liczył na wybaczenie i nigdy go nie otrzymał. Położyło się to cieniem na życiu całej rodziny. 
Cudowna książka pokazująca życie cudownych ludzi. Stanisław zakładał chóry szkolił je, szkolił się, a przy okazji całą dziewiątkę swoich dzieci. Na szczęście wszystkie były muzycznie uzdolnione więc bez problemu założył zespół, na czele którego stanęła najstarsza Agata. Wszystkie dzieci żyły zupełnie innym życiem niż ich rówieśnicy. Po części to rozumiem, bo sama mam dwójkę pociech w muzyku i to jest naprawdę zupełnie inny świat. A mieć w domu dziewiątkę takich dzieci. Bajka!
Książka jest bardzo ciepła. Z każdej strony emanuje miłość Mamy do Taty, Taty do Mamy, rodziców do każdego dziecka i tak dalej. Danuta Steczkowska dla każdej swojej pociechy znajdowała czas, każdej ofiarowała cząstkę swojego serca i żyła tak, aby każde jej dziecko czuło się wyjątkowe. Myślę że niejeden jedynak nie jest tak kochany jak wszystkie steczkowskie dzieci. Ta miłość wylewa się z kart książki i ogrzewa serce czytelnika. I co z tego, że to miłość wbrew regule? I cóż z tego, że Staszek na początku się pogubił? Nic. Najważniejsze, że wszyscy byli szczęśliwi, czego i Wam życzę. 

piątek, 12 maja 2017

Dom nie z tej ziemi

Dom nie z tej ziemi to niesamowita książka budząca naprawdę skrajne emocje. Z jednej strony ciepła, taka pluszowa, ze wspaniałymi ilustracjami i przyjazną formą, z drugiej - mroczna, tajemnicza budząca ciarki na plecach. Książkę tę nabyłam z myślą o mojej trzynastoletniej już Starszej, ale po lekturze stwierdziłam, że jednak nie. Starsza lubi czytać wieczorami i dam sobie mały palec u nogi uciąć, że miałaby problemy z zaśnięciem. 
Marysia jest dziewczynką, która ma przedziwne hobby. Otóż pasjami obserwuje dom. Właściwie to nie obserwuje, a śledzi jego poczynania. Jak można śledzić dom? - zapytacie. Zwykłego domu śledzić nie można, ale jeżeli ten dom ma duszę i własną osobowość, to sprawa nie wydaje się już taka oczywista. A dom jest naprawdę niezwykły. Jego ściany są żółte co nasuwa skojarzenia ze słońcem, ale to tylko pozory. Dom nie ma cienia, za to w środku wszędzie panuje cień. Dodatkowo w środku pada śnieg a na zewnątrz nigdy nie pada deszcz. Nawet jeżeli naokoło jest mokro - dom pozostaje suchy. Pewnego dnia, kiedy Marysia siedzi w krzakach i oddaje się swojej pasji, wpada na nią Daniel. Chłopiec mieszka niedaleko Marysi i ma wielką ochotę zaprzyjaźnić się z dziewczynką. Problem w tym, że Marysia wydaje się inna - dziwna, nieco oderwana od rzeczywistości i zagubiona wśród rówieśników. Samotna i zamknięta w sobie. Daniel próbuje do niej dotrzeć, lecz nawet on, ze swoim poczuciem humoru i otwartym umysłem nie możne uwierzyć w prawdziwość historii, którą przedstawia mu Marysia. Chłopiec jednak - z biegiem czasu i wydarzeń - z przerażeniem odkrywa, że opowieści Marysi są jak najbardziej prawdziwe. Chłopiec poddaje się magii, jaka panuje wkoło domu i robi wszystko, aby pomóc Marysi w jej działaniach. Dom nie daje sobie pomóc, a nawet jest wrogi do każdego kto wyciąga pomocna dłoń. Dzieci muszą naprawdę natrudzić się i  narazić swoje życie  i zdrowie, aby cała historia mogła się pomyślnie zakończyć. 
Książka jest niesamowita. Jej klimat i nastrój położył mnie na łopatki i do dzisiaj się nie podniosłam. Dawno nie czytałam książki przeznaczonej dla młodzieży z takim zainteresowaniem. A że książkę czyta się wyjątkowo szybko (lektura zajęła mi jeden wieczór) klimat książki ma możliwości, aby czytelnika porazić. Skończyłam, zamknęłam okładkę i ... zmroziło mnie. Autorka mistrzowsko zbudowała klimat, a następnie w samym środku zawieruchy umieściła czytelnika. Cała sprawa wyjaśnia się dosłownie w kilku ostatnich akapitach i kiedy czytelnik zamyka książkę, wszystko jeszcze w nim siedzi i gotuje się, faluje i mruczy. Końcówka jest naprawdę z przytupem i nagle czytelnik zostaje sam ze swoimi myślami... 

Powieść jest po prostu piękna. Każdy rozdział zaczyna się od jednego mądrego zdania. Właściwie to nie tyle mądrego, ile po prostu ładnego. Ot przykład:
„Nie trzeba wielu słów, żeby powiedzieć prawdę, i nie trzeba wielu słów, by skłamać. Słowom wszystko jedno, czy mówią prawdę, czy kłamią, ale ludziom już nie”.
Po takim zdaniu wyobraźnia zaczyna działać, z czego autorka skrupulatnie korzysta. Bardzo szybko (dosłownie w kilku zdaniach) wprowadza czytelnika w atmosferę wydarzenia, a następnie zaskakuje w sposób niespotykany. Rozdziały są naprawdę króciutkie; są swoistego rodzaju slajdami, które pokazują nam z rozbrajającą szczerością całą sytuację, aby następnie pozostawić sprawę niedokończoną, jakby rozmazaną. I w kolejnym rozdziale to samo i jeszcze i jeszcze... A że cała historia jest naprawdę niesamowita - czyta się rewelacyjnie. 

Ostatnie zdanie jest takie:
To tylko książka, książkom może być wszystko jedno jak się kończą opisane w nich historie. Ale ludziom nie powinno. 
No i jak tu się nie zakochać? 
Polecam młodym książkochłonom, ale z rozwagą. Jeżeli potencjalny czytelnik jest osobnikiem wrażliwym, z wybujałą wyobraźnią, to lektura nie powinna być pochłaniana wieczorami. Bo po cóż się bać, kiedy można się zachwycać :-) 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Urodzić dziecko

"Urodzić dziecko" to książka z tych, które się albo kocha, albo nienawidzi. Uderza w emocje czytelnika od samego początku i to niekoniecznie pozytywnie. Kiedy zaczęłam czytać, oczy przecierałam ze zdumienia. Składnia i gramatyka jest tak drażniąca ucho i oko, że aż trudno przebrnąć przez pierwsze akapity. Na szczęście tylko przez pierwsze. Kiedy już przywykłam do specyficznego języka, popłynęłam wraz z bohaterami powieści do ich świata i szybko zrozumiałam walory i zalety takiego ujęcia tematu.
Mai jest dwudziestoletnią Szwedką żyjącą w latach trzydziestych XX wieku. Kiedy ją poznajemy dziewczyna jest na rozdrożu. Mieszka w wynajętym pokoju, pracuje w cukierni i wydaje się, że jest jako tako szczęśliwa. Nie jest to szczyt jej marzeń, ale cieszy się, że wyrwała się z domu rodzinnego i rozpoczęła samodzielne, dorosłe życie. Radzi sobie, choć nie jest cukierkowo. Jej chłopak Erik porzucił ją, a Maj nie może poradzić sobie z samotnością. Wszystko się zmienia, kiedy podczas niedzielnej wycieczki poznaje Tomasa. Ten dużo starszy od niej mężczyzna jest nią naprawdę zauroczony. Mai też imponuje - zwłaszcza ustabilizowaną pozycją społeczną i tym, co może jej zaoferować. Kiedy okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży, podejmuje życiową decyzję. Pomimo tęsknoty za Erikiem, jaka rozdziera jej serce, postanawia wyjść za Tomasa. I tak jej życie, dzień po dniu, ulega całkowitej metamorfozie...
"Urodzić dziecko" to jeden rok z życia Mai. Jeden rok to tak mało, a jednocześnie tak dużo... Poznajemy rodzinę Tomasa, towarzyszymy Mai w Jej przygotowaniach do Świąt, uczestniczymy w porodzie i w pierwszych matczynych rozterkach. Dzielimy z Nią obawy o męża kiedy zbliża się wybuch wojny, kibicujemy Tomasowi podczas walki o samego siebie. Nic czytelnika nie ominie. Każde zdarzenie jest opisane z pieczołowitością średniowiecznego kronikarza. Niesamowite.   
Teraz najważniejsze. Ta powieść jest zupełnie inna niż wszystkie, a to za sprawą bardzo specyficznej, wręcz niepoprawnej gramatycznie składni zdania. Bardzo dużo tu przecinków, przez co zdania wydają się niesamowicie długie. W środek zdania potrafi zostać wtrącone kilka słów, które diametralnie zmieniają postrzeganie rzeczywistości. Nie należy się tym jednak zrażać. Po przebrnięciu przez pierwsze kilka akapitów, czytelnik przyzwyczaja się do specyficznego tempa i dalej jest tylko lepiej. Początkowo nie rozumiałam celu, jaki kierował Panią Sandberg, kiedy pisała w ten arcytrudny sposób. Ale bardzo szybko przekonałam się, że taki sposób pisania - ni to słowotok, ni to pamiętnik - pozwala zajrzeć bohaterom do przysłowiowego garnka. Możemy bardzo, bardzo dokładnie poznać świąteczne zwyczaje Szwedów, rozterki Mai związane z bożonarodzeniowymi przyjęciami, czy też towarzyszące jej przy dobieraniu garderoby. Idziemy z nią ramię w ramię na salę porodową, płaczemy z bezradności, kiedy nie może uspokoić dziecka i złościmy się na Thomasa, kiedy nie sprosta naszym oczekiwaniom. Razem martwimy się, czy mieszkanie jest wystarczająco posprzątane na przyjęcie gości i czy szczupak jest wystarczająco miękki, aby sprostać gustom wymagającej teściowej. I najważniejsze - razem z Mai tęsknimy za Erikiem, rodzicami i życiem którego z racji zbyt wczesnego macierzyństwa nie było jej dane zasmakować. 
Ta książka jest jak cieniutki papier na życiu naszej bohaterki. Nałożony starannie pozwala nam wręcz z pedantyczną dokładnością obserwować jej poczynania, ale jednocześnie pozostawia filtr, daje czytelnikowi poczucie bezpiecznej izolacji. Mimo tej przenikliwej obserwacji stoimy jednak z boku. Nigdy, przenigdy nie czytałam takiej książki i przyznam, że jestem oczarowana. 
Nazwanie powieści "Urodzić dziecko" hołdem złożonym każdej kobiecie to trochę przesada. Nie ulega jednak wątpliwości, że powieść jest nietuzinkowa i niełatwo przejść po jej lekturze do porządku dziennego. Ta przenikliwa samotność głównej bohaterki, jej nieporadność i obawa przed brakiem akceptacji powoduje, że z całego serca kibicujemy Mai w jej życiu, dzień po dniu. Płaczemy razem z nią, śmiejemy się razem z nią... żyjemy razem z nią. Po prostu. 
Powieść jest warta polecenia. Jednak jeżeli nie macie czasu na delektowanie się słowem pisanym to poczekajcie z jej lekturą. Dopiero, kiedy najdzie Was ochota na smakowanie powieści, na wolne przewracanie stron i na sporą dawkę emocji - wówczas sięgnijcie, a nie
pożałujecie.

środa, 19 kwietnia 2017

Bractwo śmierci

Lubię kryminały, nawet bardzo. Lubię zadawać sobie pytanie: "Kto zabił?", lubię czuć dreszczyk emocji kiedy zbliżam się do rozwiązania zagadki i lubię czuć dumę z tego, że odkryłam sprawcę, zanim jeszcze autor pokazał czytelnikowi, kto jest winny. "Bractwo śmierci" to taki właśnie klasyczny kryminał, choć od mojego ideału kryminalnego arcydzieła w niektórych aspektach odbiega.  
Denis Mira jest trochę oderwanym od rzeczywistości przesympatycznym profesorem, budzącym sympatię i ciepłe uczucia każdego, kto miał przyjemność go poznać. Kiedy jednak dowiaduje się, że jego kuzyn senator Edward Mira próbuje, w tajemnicy przed nim, sprzedać dom, który wspólnie odziedziczyli po dziadkach, postanawia wyjaśnić sobie z kuzynem co nieco. Zgodnie z ustaleniami nieruchomość miała pozostać w rodzinie, a tu taki cios. Wchodząc do domu, słyszy głosy kuzyna i pośrednika nieruchomości... chyba. Jego oczom ukazuje się fotel, w którym siedzi pobity Edward Mira. Nagle Denis traci przytomność, a kiedy ją odzyskuje, w pokoju  nie ma śladu ani po pobiciu ani po kuzynie. Żona Denisa prosi o pomoc w dochodzeniu swoją przyjaciółkę Eve. I tak poznajemy główną bohaterkę - policjantkę, która wraz z partnerką Peabody próbuje wyjaśnić tajemnicę zniknięcia senatora. I - jak to w kryminale bywa - po nitce do kłębka, odkrywany straszne bractwo założone po to, aby co roku w dość koszmarny sposób fetować sukcesy z młodości. Ofiary bractwa próbują się mścić, a naszej policjantce nie pozostaje nic innego jak szukać sprawców morderstw i podejmować próby wyprzedzenia myśli i działań morderców. 
Książka jest czterdziestym drugim (!!!) tomem cyklu opowiadającego o losach policjantki Eve Dallas. Ja zetknęłam się z nią po raz pierwszy i kilka rzeczy mnie niepomiernie zdziwiło. Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, dzięki czemu policjantka może korzystać z dość rewolucyjnych metod śledczych. Długo nie mogłam zrozumieć specyficznych opisów i kwestii,  które stały się dla mnie jasne w momencie, gdy doszłam do tego, że rzecz dzieje się w przyszłości. Drugim minusem powieści jest to, że w kilku miejscach nawiązuje do treści poprzednich tomów cyklu. Na szczęście jest to na tyle subtelne, że nie bardzo przeszkadza w śledzeniu przebiegu akcji. Właściwie to jedyne felery powieści. Pomijając je, należy wyraźnie podkreślić, że "Bractwo śmierci" to kawał dobrej, misternie przemyślanej sensacji. Akcja toczy się wartko, a pomysł na zakończenie zaskakuje. Szkoda, że tak szybko dowiadujemy się, kto stoi za serią morderstw. Nie można tu zbyt długo zadawać sobie pytania "Kto zabił?". Można natomiast śledzić ze sporymi wypiekami wyścig Eve ze złoczyńcami. Policjantka depcze im po piętach, a Oni co rusz wymykają się i działają dalej. 
Nie ulega wątpliwości, że obserwowanie poczynań naszej policjantki i kibicowanie jej próbom wyprzedzenia kolejnych ruchów przestępcy daje sporo literackiej frajdy. Dlatego, jeżeli dysponujecie chwilka wolnego czasu - polecam.