czwartek, 3 sierpnia 2017

Trzy i pół sekundy

Co za smutna, przejmująca, a jednocześnie piękna książka. Może piękna to trochę niefortunne określenie w odniesieniu do książki, w której mowa o śmierci małej dziewczynki, ale zapewniam Was, że moje odczucia po zakończeniu lektury były właśnie takie. Powieść piękna - mówiąca o stracie i bólu nie do wytrzymania, o pojednaniu i zabliźnianiu ran, o miłości i współczuciu... Czytelnik gubi się w emocjach i musi mocno trzymać się, aby nie zgubić tego, co najważniejsze. Jedno jest pewne - jeżeli macie tę powieść pod ręką i zamierzacie zacząć lekturę, to nie róbcie tego bez pudełka chusteczek.
Chloe jest jedynym dzieckiem Grace i Toma. Wyczekane i wyśnione maleństwo jest oczkiem w głowie swoich rodziców. Każdy uśmiech, każdy gest, pierwsze sukcesy i pierwsze porażki są skrzętnie odnotowywane przez zakochanych rodziców. Grace pracuje zawodowo i nie ma zbyt dużo czasu na wychowywanie Malutkiej, za to Tom, (któremu praca zawodowa przynosiła o wiele mniejsze dochody niż Grace) porzucił prace architekta i całe swoje życie poświęcił ukochanej córeczce. Jedno tylko spędza sen z oczu: to ciągłe infekcje gardła, które nie pozwalają Chloe zwyczajnie żyć. Za namową lekarza rodzice decydują się na wycięcie migdałków. Zabieg prosty, wręcz rutynowy absolutne nie zalicza się do tych, które stanowią zagrożenie dla życia Malutkiej. I rzeczywiście Chloe wybudza się i wydaje się, że wszystko jest w porządku. Niestety najgorsze dopiero przed nimi. 
Książka "Trzy i pół sekundy" nie ma na celu (jakby się na pierwszy rzut oka wydawało) opisania śmierci dziecka i rozwodzenia się nad tragedią, jaka spotkała rodziców. Od początku wiemy, że Chloe przegra walkę z sepsą, a od początku powieści do momentu tragedii mija zaledwie kilkadziesiąt stron. Tu nie śmierć jest bohaterką. Ta książka skupia się na tym jak wyjść z czerni rozpaczy. Dwójka ludzi, która po stracie najukochańszej osoby dotknęła dna i nijak nie może podnieść się z bólu. Rozpacz jest wszechobecna i wszechogarniająca. Autorka pisze takim językiem, że czytelnik tonie razem z nimi. Nie mogłam oderwać się od lektury, a jednocześnie łzy leciały mi ciurkiem. Mój mąż i dzieciaki śmiały się ze mnie, ja się śmiałam razem z nimi, ale w głowie przeżywałam razem z Grace śmierć Chloe. Dopiero po pewnym czasie pojawia się światełko w tunelu. To Grace postanawia podjąć próbę wydostania się z lepkiej czerni rozpaczy. Nie bacząc na uczucia Toma robi coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się prostackie i egoistyczne. Nic bardziej mylnego. 
Wbrew wszystkiemu powieść kończy się dobrze. Mając jednak w pamięci wszechobecną w tej powieści rozpacz i żal, długo nie mogłam podejść do tej recenzji. Nie umiałam tak jej napisać, aby nie streścić fabuły i nie zdradzić tego, co najważniejsze. 
Książka krzyczy do czytelnika: Zainteresuj się, co to jest sepsa! Poczytaj! Uchroń siebie i swoich najbliższych! Przejmujące są początki rozdziałów, które na wstępie opatrzone są krótką informacją na temat tego podstępnego choróbska. I kiedy przeczytamy, że w trakcie roku, w Wielkiej Brytanii sepsa pochłania więcej ofiar niż rak piersi - przyjmujemy tę wiedzę do akceptującej wiadomości. Ale kiedy do raka piersi dodamy raka prostaty, wypadki drogowe i AIDS, to to już są dane przerażające. 
Piękna książka, porywająca serce i warta przeczytania. 
A dlaczego "Trzy i pół sekundy"? Bo na świecie, co trzy i pół sekundy sepsa zabija jedną osobę.... 



poniedziałek, 31 lipca 2017

Willow

Z czym kojarzy się słowo Willow? Oczywiście z pięknym filmem, w którym karzeł Willow wyrusza z misją, mającą na celu ochronę niemowlęcia przed złą królową. Tytuł mnie zmylił i za jego sprawą, początkowo poczułam rozczarowanie. Oczekiwałam (patrząc na dotychczasową twórczość autorki, zupełnie bezpodstawnie) baśniowej fantastyki, albo chociaż baśniowego klimatu, a otrzymałam... baśniową literaturę kobiecą mocno okraszoną romansem. Owszem, lubię takie powieści, ale nie wtedy, gdy nastawiam się na zupełnie inny rodzaj literacki. 
Kiedy poznajemy młodą kobietę Willow de Beers, jest ona na progu nowego życia. Studiuje psychologię, ma narzeczonego i wydaje się, że świat stoi przed nią otworem. Dziewczyna czuje się wyzwolona od macochy, która dręczyła ją przez całe dzieciństwo. Willow została adoptowana trochę pod przymusem i adopcyjna matka nigdy nie pozwoliła jej o tym zapomnieć. Dziewczynka jakoś przebrnęła przez dzieciństwo korzystając z pomocy niani i chwytając odrobinki czułości jakie wysyłał do niej ojczym, który - wbrew wszystkiemu - bardzo ją kochał. Nie mógł niestety jawnie okazywać swojej pasierbicy uczuć a to za sprawą... Kiedy rodzice umierają, w ręce dziewczyny trafia pamiętnik ojczyma zawierający w zapiskach wielką tajemnicę. Tajemnicę, która na zawsze zmieni życie Willow.  Efekt jest taki, że dziewczyna zostawia za sobą wszystko i bez żalu wyrusza do Palm Beach z nadzieją odnalezienia biologicznej matki. 
Do tego momentu powieść aż skrzy od tajemnic i nastroju rodem z "Tajemniczego ogrodu". Lektura pochłonęła mnie bez reszty. Nie potrafię do końca powiedzieć, co mnie tak urzekło. Myślę, że nastrój powieści, wszechobecna tajemnica i posiadłość rodzinna Willow rodem z angielskiej bajki, miały w odbiorze powieści niebagatelne znacznie. 
Niestety część opisująca losy Willow w Palm Beach już nie zdobyła mojego uznania. Tu tajemnica i angielska zamglona atmosfera zostały zastąpione bogactwem, ułudą i kaprysami zamożnej elity. Gdzieś po drodze autorka gubi nastrój powieści i zastępuje go trochę kiczowatym romansem Willow z poznanym tam prawnikiem. Owszem, sama historia rodziny dziewczyny jest nadal bardzo wciągająca. Czytałam z dużym zainteresowaniem  i ani przez chwilę nie pomyślałam o odłożeniu książki. Niestety początek powieści postawił poprzeczkę na tyle wysoko, że wydarzenia z Palm Beach budzą tęsknotę za tamtym klimatem. 
"Willow" jest pierwszym tomem sagi o Rodzinie de Beers. Jedni sagę pokochają, inni znienawidzą - wszystko jest kwestią gustu. Nie ulega wątpliwości, że nie jest to literatura wysokich lotów, a jedynie przesympatyczne babskie czytadło. Ale przecież i taka literatura ma grono wiernych czytelników (a właściwie czytelniczek) i nikt nie czyta pod przymusem. Willow to taka baśń dla dorosłych dziewczynek, które lubią zatopić się w niedostępnym dla nich świecie blichtru i bogactwa. Piękne kobiety, przystojni mężczyźni i życie upływające na imprezach i przyjęciach. Ja osobiście nie lubię takich powieści, ale rozumiem, że można się nimi zachwycić. 
Na zakończenie dodam, że jest jednak coś w "Willow", co mnie urzekło i siedzi w głowie do dziś. To rozmowy Willow z wyimaginowaną postacią nieżyjącego już ojca, który pojawia się w głowie dziewczyny w trudnych dla niej sytuacjach. Ojciec od dzieciństwa pomagał Willow rozwiązywać problemy poprzez zadawanie pytań i naprowadzanie Jej odpowiedziami na właściwą drogę. Bardzo spodobała mi się ta metoda. W dzieciństwie dziewczyna żyła w przekonaniu, że sama radzi sobie z problemami, a tymczasem Tata cały czas czuwał nad nią, zadając właściwe pytania. Szkoda, że nie potrafię tak rozmawiać ze Starszą.... 

Życie na wynos

Olga Rudnicka swoim stylem pisania coraz bardziej przypomina mi Panią Joannę Chmielewską. Zabawa słowami, humor sytuacyjny, niewielka ilość bohaterów i mistrzowskie dialogi to przecież była wizytówka słynnej polskiej pisarki. Pani Olga Rudnicka jest godna następczynią, a Emilia Przecinek na pewno świetnie czułaby się w "Lesiu", czy w "Romansie wszechczasów". Podkreślam, że podobieństwo do twórczości Joanny Chmielewskiej jest dla mnie wielką zaletą, jednak nie wątpię, że nie wszystkim to odpowiada. 
Tym razem nasza bohaterka Emilia Przecinek zostaje porwana w wir wydarzeń związanych ze znalezieniem w piwnicy budynku, w którym mieszka, nieżywego mężczyzny. Denat jest niewiadomego pochodzenia, a dane osobowe mordercy również pozostają tajemnicą. Oczywiście Policja rozpoczyna poszukiwania sprawcy zbrodni, ale okazuje się, że nie jest to wcale sprawa prosta. Śledztwo wydatnie utrudniają starsze Panie (mama i teściowa naszej bohaterki), które plączą i mataczą, próbując co chwila ratować bliskich z wyimaginowanych opresji. Do tego wszystkiego, szukając zbrodniarza, czytelnik przebija się przez korowód sąsiadów Emilii, z których każdy jest potencjalnym sprawcą i każdy ma coś do ukrycia. Czy uda się znaleźć mordercę?
Wątek kryminalny to jedno. Tu akurat zachwytu nie ma, ponieważ Olga Rudnicka knuje intrygę dość płytką i przewidywalną.  Schemat zagadki kryminalnej nie zachwycił mnie, ale to nie szkodzi. Dialogi pomiędzy bohaterkami, wpadki i nieporozumienia, zabawa słowami i taka gapowatość głównej bohaterki wynagrodziły mi z nawiązką tę niewielką niedogodność. Czytając powieść rżałam niczym młody źrebak na pastwisku, a oczy zachodziły mi łzami od ciągłego śmiechu. Naprawdę trzeba mieć talent, aby tak wartko i lekko prowadzić rozmowy bohaterek.
Najmocniejszą stroną powieści są właśnie bohaterowie. Serce moje zdobyły dwie staruszki, które mieszkają razem z Emilią i jej dziećmi. Pterodaktyle, swoimi planami i rozmowami, napędzały właściwie całą powieść. Kroku dotrzymywała im Emilia, która postanowiła skończyć z samotnością i znaleźć sobie życiowego partnera korzystając z serwisu randkowego. Okazy, jakie trafiały jej się za pośrednictwem komputera naprawdę robią wrażenie. Dzieci Emilii - Kropka i Kropeczek - również wtrącają swoje pięć groszy do fabuły. Kropeczka rzeczowo i merytorycznie prowadzi Emilię za rączkę przez meandry życia. Kropeczek natomiast w sposób godny typowego nastolatka podbija świat. Każda z tych osób  jest wyjątkowa i każda budzi sympatię. Rewelacja.
W całej powieści, od pierwszej do ostatniej strony panuje taki pozytywny chaos, który porywa i  zniewala czytelnika. Mnóstwo sympatycznych nieporozumień i sytuacyjnych wpadek uskrzydla zarówno książkę jak i serce czytelnika. To naprawdę dobra powieść dla każdego, kto chce przeżyć chwile niczym nieskrępowanego śmiechu. Mam nadzieję, że Emilia Przecinek nie opuściła jeszcze głowy Pani Rudnickiej i odwiedzi mnie na kartkach kolejnej książki. 

piątek, 28 lipca 2017

Mietek, drużyna i piwnica, której nie ma

Zacznę trochę inaczej niż zwykle, ponieważ w książce "Mietek, drużyna i piwnica, której nie ma" jest coś, co przyciągnęło moją uwagę dużo bardziej, niż opowiedziana historia. Zacznę od ilustracji, które - moim zdaniem - są rewelacyjne. Charakterne, ani trochę nie słodkie... takie hultajskie i zawadiackie. Może to efekt tego, że autorka i ilustratorka to jedna i ta sama osoba, dzięki czemu ilustracje są świetnym dopełnieniem tekstu. Pewien klimat i nieuchwytny urok opowiedzianej historyjki nie byłby możliwy do osiągnięcia tylko za pomocą słów.  To własnie obrazki przekazują emocje podwójnie a nawet potrójnie. Są surowe, a jednocześnie bardzo szczegółowe. Stanowią świetne uzupełnienie dla emocji, które autorka chce przekazać młodym czytelnikom, a z racji lekko kryminalnego zabarwienia emocje te nie zawsze mają kolor różowy.
Dobrze - teraz fabuła. Wyobraźmy sobie blokowisko, a w nim dwa wieżowce rozdzielone boiskiem do gry w piłkę nożną. W jednym z nich mieszka trójka chłopaczków i w drugim  również. Boisko jest więc ciągłym polem walki o wpływy. Chłopaki nie mogą się pogodzić aż do momentu, gdy w szkole ogłaszają turniej piłki nożnej. Aby wziąć w nim udział konieczne jest stworzenie sześcioosobowej drużyny. Mietek (jako jedyny marzący o karierze sędziego) próbuje stworzyć zespół. Tylko jak to zrobić skoro jedni kibicują Realowi, a drudzy Barcelonie? 
Tworzenie drużyny to jedno, ale jak tu oddać się treningom skoro w piwnicach bloków straszy? Ciągle coś szura, jęczy a nawet świeci latarką. Jakie jest rozwiązanie zagadki? Bardzo proste jednak aby do tego dojść potrzebna jest głucha dziewczynka, która na szczęście świetnie czyta z ruchu warg i jeszcze lepiej gra w piłkę.
Treść w dużym skrócie wydaje się dość banalna, ale zapewniam Was, że tak nie jest. Kiedy przeanalizujemy przebieg wydarzeń łatwo dojść do wniosku, że autorka bardzo sprawnie i delikatnie wprowadza dzieci w świat problemów które towarzyszą dorosłym w codziennym życiu. Niedołężny staruszek, któremu choroba nie pozwala na udział w zajęciach w najważniejszym dniu, strata bliskiej osoby i rozpacz z tym związana, czy też wspólne wypracowanie kompromisu tak aby można było razem trenować - to wszystko pokazuje młodemu czytelnikowi, że nic w życiu nie przychodzi łatwo a na sukces należy naprawdę ciężko pracować. Autorka pokazuje również że realizacja marzeń jest możliwa nawet jeżeli wydaje się to niemożliwe. Bo jak inaczej nazwać to co osiągnęła głuchoniema Amelka? Nie dość że trenowała piłkę nożną to jeszcze okazała się zawodnikiem, który swoimi umiejętnościami przewyższa niejednego chłopca. Nasi młodzi zawodnicy musieli zrozumieć na własnej skórze, że nie jest ważny strój, a umiejętności. 
Jedno Wam powiem: wszystko jest w głowie. Nie bójcie się kogoś tylko dlatego, że ma lepsze ciuchy. Ciuchy bramek nie strzelają. (...) Oni myślą, że jesteście słabi, bo nie macie trenera i każdy ma inne kolanówki. Tylko oni o tym nie wiedzą i to jest własnie Wasza przewaga. 
Książka jest pełna takich mądrości, które podane w umiejętny sposób wydają się małolatom prawdą objawioną,  anie zrzędzeniem dorosłego. 
Jeszcze jedno - tak naprawdę to cichymi bohaterami powieści jest pewien staruszek i babcia Mietka. To własnie Oni, pomimo choróbsk i złego samopoczucia, pomagają chłopakom osiągnąć wymarzony cel. W dzisiejszych czasach, kiedy dookoła promowana jest młodość i sprawność fizyczna ta książeczka ze swoimi cichymi bohaterami powinna być lekturą w podstawówce. 
Książka jest naprawdę godna polecenia. To nie jest powiastka o Mikołajku (za którym nie przepadam). Owszem, niesie w swojej treści sporą dawkę humoru, ale ma również przesłanie, które jest dla dzieciaków bardzo ważne. Po pierwsze, kiedy o czymś marzycie, to nie wolno się poddawać tylko trzeba szukać drogi do sukcesu. A poza tym przy realizacji pasji nie są ważne płeć czy wiek. Ważne jest to aby współpracować i szanować siebie nawzajem.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Drugie bicie serca

Książki skierowane do młodzieży są przeróżne. Często na regałach skierowanych do młodego czytelnika widzimy różowe okładki i odmieniane przez wszystkie przypadki słowa "pamiętnik", "nastolatka" i "miłość". Trochę lepiej jest w literaturze skierowanej do chłopców, ale to "lepiej" wynika również z tego, że tych książek jest po prostu mniej. Mając w domu czytającą nastolatkę, dla której biblią jest książka pt. "Kamienie na szaniec" i saga o Wiedźminie, mam awersję do różowych okładek. Na szczęście wśród nowości wydawniczych dobrej literatury również nie brakuje, jednak pomna niesmaku, jaki wywołuje w mej córce "różowa tematyka" często - zanim podsunę książkę na nocny stolik Starszej - sama ją czytam. Moje reakcje są różne; od pobłażliwego uśmiechu po niezmącony niczym zachwyt. "Drugie bicie serca" plasuje się bardzo, ale to bardzo blisko zachwytu. 
Cztery osoby, trzy rodziny, dwie tragedie i jedno szczęście. Bliźniaki Leo i Niamh, jak każde rodzeństwo, często kłócą się i rywalizują między sobą. Leo jest tym "lepszym". Lepiej się uczy, mistrzowsko gra w piłkę... jednym słowem wszystko zmienia w złoto. Niamh jest trochę w cieniu brata. Czuje się gorsza i niekochana. Pewnego pięknego dnia na plaży zostaje rzucone wyzwanie: kto pierwszy? Niewinna zabawa prowadzi do ogromnej tragedii... Jonny całe dzieciństwo spędził w szpitalu podłączony do niesamowicie drogiego urządzenia zwanego berlińskim sercem. Nastolatek nie ma hobby, przyjaciół i własnego stylu - to wszystko zabrała mu choroba. Ma jedną przyjaciółkę - Emmy, która walczy z ostrą białaczką szpikową. Losy tej czwórki w niesamowity sposób splatają się ze sobą niosąc żal, szczęście, frustrację i miłość.  
Powieść porusza i - co chyba najważniejsze - oswaja trudny temat, jakim jest oddanie  organów osoby zmarłej do przeszczepu. To zagadnienie, które każdemu wydaje się odległe i takie mistyczne. Każdy mówi sobie: przecież mnie to nie dotyczy! Ale to tylko pozory. Też tak myślałam do czasu, gdy jedna z bardzo bliskich mi osób zachorowała i potrzebny był przeszczep nerki. I co? Nagle temat przestał być odległy. Stał się palący, zaprzątał, każdą komórkę w głowach najbliższych. W takiej chwili nie ma czasu na rozmyślania natury etycznej. Pragniesz tej nerki i czekasz.... 
Tamsyn Murray daje spokój rozważaniom etycznym. Skupia się raczej na odczuciach najbliższych osób "wmieszanych" w proceder transplantacji. Pokazuje, jak wiele można zrobić nawet po śmierci, jak wiele istnień możemy uratować dzięki jednej karteczce w portfelu. Oczywiście z całą mocą ukazuje rozpacz rodziny po śmierci najbliższej osoby, jednak nie rozwodzi się nad tym tematem. W powieści daje 3-4 strony na rozpamiętywanie zagadnienia i to nie pod kątem rozważań, czy to etyczne, ale pod kątem poglądów dawcy na tę sprawę. Decyzja zostaje podjęta bez zbędnych rozważań. Natomiast to, co następuje potem, jest naprawdę rewelacyjne. Serce młodego dawcy nadal bije i wpływa na uczucia i losy najbliższych osób.
Niejako z boku powieść ukazuje również trudy poradzenia sobie ze stratą najbliższej osoby. Obserwujemy jak rodzina pogrąża się w rozpaczy, jak ranią siebie nawzajem. I nagle drobne zdarzenie doprowadza do przełomu. Wszyscy zdają sobie sprawę, że zamknęli się w skorupach i tylko wysuwali gniewne spojrzenia. Zrozumieli, że konieczne jest wspieranie się nawzajem i  - co najważniejsze - szczerość wobec siebie. 
Piękna książka, oswajająca trudne tematy i pokazująca, że to co wydaje się nam odległe może nas dosięgnąć. Może nie jutro, nie pojutrze, ale w niedalekiej przyszłości...  Zdrowia wszystkim życzę!

środa, 12 lipca 2017

Niemka

Dwie historie, dwa światy, różne kontynenty i zupełnie odmienne postrzeganie rzeczywistości - to wszystko jednocześnie dzieli i spaja dwie historie przedstawione w "Niemce". Bo cóż może mieć wspólnego dwunastoletnia dziewczynka pochodzenia żydowskiego, żyjąca w strachu w Berlinie, w przededniu wybuchu II wojny światowej, z rówieśnicą mieszkającą w Nowym Jorku na początku XXI wieku? Co łączy te dwie historie? 
Jak rzadko zacznę od minusów. Znacie to uczucie, kiedy prowadzicie samochód i za mocno przyciśniecie gaz? Wówczas samochód bardzo chce jechać do przodu, ale koła buksują w miejscu i przez chwilę nijak nie można ruszyć z miejsca. Kiedy czytałam "Niemkę" miałam właśnie takie uczucie. Autor w pierwszej części bardzo długo nakreśla postacie i tło, w jakim przyszło żyć naszym bohaterom. Hanna wraz ze swoim przyjacielem pogrąża się w zabawie odpychając nazistowską rzeczywistość pochłaniającą Berlin. Opisy wędrówek Hanny po Berlinie ogarniętym nienawiścią zostają zestawione z rozpaczą jej bardzo bogatych rodziców należących do elit miasta. Niestety opisy te są przydługie i dają poczucie beznadziejności. Jeżeli taki był zamysł autora, to osiągnął On sukces. Wyraźnie widzimy, że rodzina Rosenthalów zmierza na dno po równi pochyłej i może ich uratować tylko cud. Podobnie opisy samotnej Ani, która po stracie ojca, żyjąc w Nowym Jorku tylko z matką, nie może wyjść z beznadziejności swojego życia. Pogrążona w depresji mama nie daje dziewczynce poczucia bezpieczeństwa i wydaje się, że nic się już w życiu Ani nie zmieni. Nie ukrywam, że ta część książki mnie zmęczyła. Miałam wrażenie, że do końca powieści będę czytać o poniżeniu, samotności i pustce towarzyszącej po utracie kochanej osoby. 
Na szczęście pojawił się transatlantyk "St. Luis". Od tego momentu historia nabiera tempa zarówno
Pasażerowie transatlantyku "St. Luis" 
w przeszłości jak i w czasach współczesnych. Rodzina Hanny robi wszystko, aby dostać się na transatlantyk płynący na Kubę, która dla ówczesnych osób żydowskiego pochodzenia wydawała się rajem. W tym samym momencie powieści do Anny dociera tajemnicza przesyłka z Hawany i to jest właśnie moment przełomowy powieści. Historia nabiera tempa, a nasze bohaterki zaczynają wychodzić z cienia. Pewne zdarzenia zaczynają przeplatać się ze sobą, niektóre fakty łączą się, aby odkryć tajemnice niepoznane przez dziesiątki lat. Przesyłka z Hawany całkowicie odmienia życie Anny i pozwala jej „odkryć” na nowo nieżyjącego już ojca. 
Ta część książki pochłonęła mnie. Nie znałam historii nieszczęsnego rejsu transatlantykiem St. Luis. Okręt ten wyruszył z 937 pasażerami żydowskiego pochodzenia na pokładzie, którzy uciekali przed nazistowskimi prześladowaniami. Historie pechowego rejsu ukazana została na wielu stronach internetowych, więc nie będę jej przytaczać. Dodam tylko, że na Kubie schronienie znalazło jedynie 29 pasażerów. Część z nieszczęśników, którzy wrócili do Europy wyemigrowało z niej przed rozpoczęciem II wojny światowej (87 osób). 278 osób przeżyło Holokaust, a pozostali zginęli. 
Transatlantyk St. Luis" 
Powieść napisana została dziwnym językiem. Nieraz w reportażach można znaleźć większe emocje niż w tej powieści. Niewątpliwie ułatwia to przebrnięcie przez trudną i tragiczną wręcz historię dziewczynek. Dzieje transatlantyku „St. Luis”, czy też losy samotnej dziewczynki żyjącej jedynie z matka pogrążoną w depresji są tragiczne same w sobie. Taki suchy sposób narracji spowodował we mnie uczucie czytania przez mleczną szybę. Historia jest po prostu smutna, niesie za sobą nostalgię i rozczarowanie. Nawet po zamknięciu książki czułam smutek i bezsilność. Rozumiem, że temat jest trudny i napisano o nim wiele. Ja również przeczytałam wiele książek o zagładzie żydów i obozach zagłady. Jednak po zakończeniu lektury czułam najczęściej złość pomieszaną ze smutkiem. Chęć szukania w Internecie nazwisk i osób, które dopuściły się zbrodni towarzyszyła satysfakcji w momencie czytania o karach, jakie im zafundowano. Po lekturze "Niemki" czułam jedynie smutek i bezsilność. 
Świetny pomysł na powieść i właściwie tylko to ratuje „Niemkę”. Opowiedziana w książce historia jest na tyle ciekawa i zagadkowa, że pomimo minusów, czytelnik czyta do końca z wypiekami na twarzy, Myślę jednak, że pod innym piórem ta historia zyskałaby blasku i szlachectwa. A tak mamy powieść, którą po przeczytaniu odstawiłam na półkę i wiem, że raczej do niej nie wrócę. 

wtorek, 11 lipca 2017

O tym, jak "Zagrożeniologia" ostrzega przed lekturą

Kiedy wchodzę do księgarni, zawsze odwiedzam dział dziecięcy. I nie chodzi wcale o to, że mam dzięciołki w wieku 8 i 13 lat, które idealnie nadają się na odbiorców książkowych prezentów. Pomimo matkowania dwóm pociechom, zakupy w dziale dziecięcym dokonywane są dość rzadko. Moje dzieci uwielbiają biblioteki i - w odróżnieniu od matki - nie mają potrzeby gromadzenia książkowej makulatury. Po co więc nachodzę działy dziecięce? Proste. Podziwiam. Podziwiam piękno okładek, pomysłowość autorów i wielość wyjątkowych szczegółów przyciągających potencjalnego odbiorcę. Pamiętam jak zachwyciła mnie seria o coraz - więcej - piętrowym domku na drzewie. To właśnie empikowy dział dziecięcy pomógł mi poznać tę świetną pozycję. Tak samo wyłowiłam "Zagrożeniologię". Pomysłowość i absurdalność tej książki jest pozytywnie powalająca. 
Doktor Noel Strefa, który przedstawia się jako autor tej książki (i jest jednocześnie jej głównym bohaterem) to największy zagrożeniolog wszechczasów. Uczy nas, jak w tym okropnym i niebezpiecznym świecie uniknąć niebezpieczeństw. A jest ich wkoło nas po prostu całe mnóstwo! Zaczynamy od jednego z największych niebezpieczeństw, jakim jest czytanie książki. Poza tym podróżowanie, zabawa na placu zabaw, ćwiczenia gimnastyczne, jedzenie obiadu, czekanie na autobus... to wszystko jest potwornie niebezpieczne. Rodzajom niebezpieczeństw w tej książce nie ma końca. Warto jednak zauważyć, że humor i absurd książeczki nie wynika z wymyślania często głupawych niebezpieczeństw. Cały pic polega na tym, żeby się tym niebezpieczeństwom przeciwstawić. I tu zaczyna się rewelacyjna część książki. Autor wymyśla kask zagrożeniologa, kombinezon, gogle, zagrożeniobuty i wiele, wiele innych gadżetów pomagających nam przetrwać w tym strasznym świecie. No i do tego ten skorpion....
Oczywiście oprócz niespotykanych zagrożeń i jeszcze bardziej absurdalnych pomysłów na uniknięcie ich, książka posiada treść. Otóż nasz Doktor Noel ma przyjaciela. Nie jest to człowiek, ani też zwierz, ponieważ wiązałoby się to ze śmiertelnym niebezpieczeństwem. Jego przyjacielem jest kamień. Kamień jest kochany, wyprowadzany  na spacer i ma własne miejsce w mieszkaniu. Ma nawet imię - Dennis. Pewnego dnia dr. Noel otrzymuje od ciotki przesyłkę zawierającą szczeniaczka o imieniu Pieluszka. Opisywać zagrożeń z tym związanych - wybaczcie - nie będę. Warto jednak podkreślić, że Pieluszka jest dość zdolnym pieskiem, więc nasz bohater postanawia pochwalić się nim na wystawie zdolnych zwierzaków. Wystawa owszem - odbyła się, ale pierwsze miejsce zajął nie szczeniak Pieluszka, a ... kamień Dennis ! Jak do tego doszło, nie sposób opisać. Warto natomiast przeczytać, zapewniając sobie dużą dawkę humoru. I ten skorpion....
Książka jest bardzo dobrą lekturą dla dzieci, które rozpoczynają przygodę z czytaniem. Tekstu nie jest tu za wiele, a przeczytanie 210 stron książki zajęło mi niecałe 40 minut. Oczywiście dzięciołki moje czytały dłużej, bo każde zagrożenie i metoda na jego zwalczenie spotykały się z salwą śmiechu, głupimi komentarzami i wymyślaniem równie absurdalnych, alternatywnych sposobów na zwalczenie niebezpieczeństw. Do tego autor zamieścił w książce kilka niespodzianek jak np. Skorpion... dobra, wyjaśnię o co chodzi z tym skorpionem. Skorpion ze strony 9 przedstawiony jest jako straszny stwór. Dlatego też w książce, po stronie 8 jest od razu strona 10, a strona 9 jest na samym końcu. Taki zabieg ma uniemożliwić skorpionowi jej znalezienie. Podobnych niespodzianek w książce jest bardzo wiele, ale zdradzać ich nie będę. Powiem tylko, że powodują ciągłe wertowanie kartek i kolejne salwy śmiechu. 

Tekst tekstem, ale "Zagrożeniologia" ilustracją stoi. Tu tekst jest drugorzędnym elementem, a pierwsze skrzypce gra obrazek. Każda kreska czy grafika, która wyszła spod ręki Pana Chrisa Judge przyciąga wzrok swoja groteskowością. Każdy obrazek jest po prostu śmieszny. Nawet napisy - których jest dość sporo - mają takie zacięcie rodem z kabaretu. 
Idealna lektura na wakacje. Wyobraźcie sobie, że moje dzieci przeczytały tę książkę razem, polegując to na dywanie, to na tarasie, innym razem na piasku. Takiego porozumienia dawno nie było. Polecam. 

O tym, jak trudno rozstać się z bohaterami "Hotelu Varsovie. Klątwa lutnisty"

Nie ulega wątpliwości, że Warszawa to stare miasto z bogatą historią. Miasto, które sporo wycierpiało, ale i wiele razy okryło się chwałą. Kilka razy niszczona do cna, zawsze miała siłę, aby podnieść się z popiołów i ze zdwojoną siła rozkwitnąć. Ja osobiście Warszawy nie lubię, choć to przecież stolica. Nie lubię Warszawy jako miasta i nie przepadam za Warszawiakami. Jednak po lekturze  "Hotelu Varsovie. Klątwa lutnisty" spoglądam na to miasto nieco przychylniejszym okiem. 
Pierwsza wzmianka o Warszawie pochodzi z 23 kwietnia 1313, kiedy to miejscowość pojawiła się w tytulaturze książęcej Siemowita. W 1339 Warszawa została wybrana na miejsce procesu polsko-krzyżackiego o Pomorze i Kujawy[wikipedia].
W powieści "Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty" Warszawa jest pniem, wokół którego oplatają się losy bohaterów. Właściwie to bardzo grubym i starym pniem, bo zasięg czasowy opowieści to prawie pół tysiąca lat. Rozpoczynamy na początku XVII wieku, kiedy drewniana zabudowa Warszawy zostaje strawiona przez ogromny pożar, a kończymy w XXI wieku zahaczając o aferę gruntową, o której słyszał chyba każdy. Ta właśnie Warszawa ze swoimi wzlotami i upadkami jest wspaniałym tłem dla historii dwóch rodów - Żmijewskich i Szpakowskich. Autorka porywa czytelnika od pierwszych stron powieści i od razu powoduje czytelniczy zawał serca. Zaczynamy od środka (w XIX wieku) i od razu znajdujemy trupa. Samobójstwo właściciela hotelu Varsovie jest bardzo brzemienne w skutkach i to nie tylko dla Jego rodziny. Łatwo się domyślić, że autorka własnie w XIX wieku postawiła stępkę dla powieści, chcąc cofnąć się w czasie i pokazać, jak doszło do tego nieszczęścia i jednocześnie wybiec naprzód, ukazując skutki niefortunnych poczynań nestora rodu. Wyjątkowo umiejętnie, zgrabnie i ciekawie podróżujemy w czasie poznając losy Eleonory Żmijewskiej, Kaliny Melcerówny i Laurentego Żmija. Wszyscy Oni są Warszawiakami silnie związanymi z miastem. Za każdym z nich ciągnie się klątwa lutnisty rzucona przez skrzywdzoną kobietę. Każdy z nich ma swoje mroczne tajemnice i każdy walczy z losem, jakim obdarował go świat. Oczywiście nie są to jedyni bohaterowie powieści. Przez karty książki przewija się cały korowód barwnych postaci zawracając czytelnikowi w głowie i powodując barwny oczopląs.
Warszawa Rynek. XIX wiek                    źródło - Wikipedia
Bardzo ważne jest to, że autorka bardzo konsekwentnie przeprowadza nas przez meandry historii, nie gubiąc ani oczka z tego, co już zostało wcześniej wydziergane. Wszystko wspaniale ze sobą współgra tworząc historię, która porywa i zachwyca.
Ogromną zaletą powieści jest bogactwo i różnorodność języka, jakim posługuje się autorka. Przepiękna polszczyzna powoduje, że opisy (których wcale nie jest mało) są bardzo plastyczne i realistyczne. Czytelnik po prostu widzi i czuje wszystko to, co autorka pragnie przedstawić. Każdy szczegół i drobiazg jest ważny. W trakcie lektury po prostu czuć smród rynsztoków i niemytych ciał czy też zapach mięsiwa i kwiatów sprzedawanych na rynku. Kiedy Warszawę nawiedza epidemia, czytelnik razem z Kaliną przeżywa grozę i po prostu słyszy ciszę wymarłego miasta. Nie potrafię napisać i oddać kunsztu pióra p. Ziętek, który spowodował, że całą sobą czułam zarówno ciężki fetor XVII - wiecznej warszawy  jak i delikatny nastrój bogatej XIX - wiecznej Stolicy z pięknymi damami i dżentelmenami przechadzającymi się po Ogrodzie Saskim. 
Piękna powieść. Wspaniała i zachwycająca. I nie ma tu nic z kokieterii - naprawdę warto się zaczytać i poddać nastrojowi książki. Ma jedną ogromną wadę - to jest pierwszy tom i nijak nie mogłam się pogodzić z zakończeniem, a właściwie jego brakiem. Żebym się nastawiła na to, że to dopiero początek - to jeszcze jakoś przełknęłabym gorzką pigułkę napisu "Koniec tomu pierwszego". A tak? Płakać mi się chciało, zwłaszcza że autorka podobnie jak zaczęła, tak i zakończyła mocnym przytupem... 
XVII - wieczna Warszawa       źródło: Wikipedia

czwartek, 6 lipca 2017

Everest

Jedni wolą morza, inni wolą góry... ten tekst popularnej piosenki bardzo dobrze oddaje nasze gusta. Często jest tak, że jeżeli lubimy smażyć się całymi dniami na plaży, to już wyprawa w góry niekoniecznie nam odpowiada. Ta druga połowa uwielbia wędrówki i zmęczenie, więc leżenie na plaży przeplatane kąpielą wśród tłumu półnagich ciał powoduje jedynie frustrację. Ja uwielbiam góry i rzeczywiście nie lubię wypoczynku nad morzem. Lubię zdobywać szczyty, a moje dzieci dzielnie zbierają punkty do odznaki górskiej PTTK. Mówimy jednak o górach rodzimych, które wysokością nie przekraczają 2 500 n.p.m. Wyższe góry... może kiedyś... Na razie pozostaje mi literatura z ośnieżonymi szczytami na okładkach. 
„Everest” to książka, która zabiera czytelnika w góry. Te najwyższe. Zanim jednak tam dotrzemy, musimy na początku powieści dokonać karkołomnego zadania, a mianowicie zaprzyjaźnić się z głównym bohaterem Martinem. Nie ukrywam, że początkowo nie wzbudził On mojej sympatii. Ekscytacja krótkim czasem, w jakim pokonał drogę do biura koncernu samochodowego Audi oraz zachwyt gadżetami będącymi w jego posiadaniu sprawiła, że odebrałam go jak pustego chłystka. Tak było aż do rozmowy z przedstawicielem sponsora, w trakcie której okazało się, że jeżeli Martin nadal chce być twarzą Audi, musi dokonać czegoś wielkiego. Osiągnięcia sprzed kilku lat mocno zatarły się w pamięci społeczeństwa i czas ponownie wejść na szczyt. Dosłownie i w przenośni. Zdobycie Everestu to coś, co zapewni Martinowi sławę na długi czas. Problem jest jeden - Martin nie jest himalaistą. Ale cóż z tego? Przecież ON może wszystko! No zagotowałam się po prostu. 
Szybki przeskok w Himalaje i już poznajemy towarzyszy wyprawy. Dwie kobiety, dwóch mężczyzn i Szerpowie to podróżnicy, którzy będą towarzyszyć Martinowi na dach świata. Od początku czuć, że każdy z nich ma tajemnice, które rzucają się cieniem na zachowanie i nastrój całej ekipy. Im wyżej wchodzą i im bardziej oddalają się od cywilizacji, tym bardziej dręczące sprawy wyłażą na powierzchnię. Czy się uda? 
Powieść wzbudziła we mnie burzliwe odczucia. Krótkie rozdziały i suchy, wręcz reporterski styl pisania spowodowały, że następujące po sobie wydarzenia czytelnik przeżywa ze zdwojoną wrażliwością. Tu nie ma owijania w bawełnę. Wszystkie uczucia, żale i niesnaski na wysokości 7 000 metrów urastają do rangi wojny światowej. Dochodzi zmęczenie, nuda i zwykła ludzka niecierpliwość. Kiedy autor przedstawia to stosując dziennikarski styl, czytelnik przeżywa to dużo bardziej, niż gdyby ująć to w ciepłe słówka. W książce nie ma opisów przyrody, rozwodzenia się nad zachodami słońca i pięknem krajobrazu. Za to jest śnieg, mróz, wiatr i wszędzie czyhające niebezpieczeństwo. 
Nie da się ukryć, że ekipa naszych Himalaistów od początku łatwo nie miała. Pytanie, które nasuwa się od początku lektury i siedzi w głowie aż do ostatnich stron dotyczy zaufania. Bo przecież nasza ekipa to zlepek przypadkowych osób, które połączył ten sam cel - zdobycie szczytu. Poznali się właściwie już w górach i nie mieli wyjścia - musieli sobie zaufać. Problem tkwi chyba w słowie musieli. Wyraźnie widać, że ukazanie samego trudu wspinaczki to jedno, ale emocje i budujące się relacje pomiędzy uczestnikami wyprawy, to wcale nie mniej ważny wątek historii. Czy gdyby byli paczką przyjaciół znającą się od lat, byłoby łatwiej? Czy może właśnie trudniej, bo wybory, jakich należy TAM dokonywać są obciążone wspólnymi wspomnieniami i sympatiami... Trudna kwestia, która siedziała mi w głowie przez cały czas lektury. 
Powieść na pierwszy rzut oka prosta i banalna. Ot relacja z przygotowań, wejścia, zejścia... no właśnie nie! Poczucie prostoty i banalności znika, kiedy do głosu dochodzą emocje. Autor przeraźliwie wyraźnie ukazuje, jaki człowiek jest mały, jak zależny od pogody, sprzętu i drugiego człowieka. Brak butelki z wodą, czy utrata gogli może kosztować życie. Autor nie patyczkuje się i bardzo surowo opisuje wszystkie dylematy i rozważania bohaterów. Nie mogę napisać tyle, ile bym chciała, żeby nie zdradzić zbyt wiele, ale napiszę jedno: cena, jaką przyjdzie zapłacić niektórym za brawurę jest bardzo wysoka. 
Literacko książka „Everest” tytułu książki roku na pewno nie dostanie. Zdarzają się literówki i błędy językowe, ale nie powinno to przesłonić wartości, jakie autor stara się przekazać. Przecież Odd Harald Hauge (autor powieści) sam również jest podróżnikiem i trudno wymagać od niego kwiecistego języka. Nie ulega wątpliwości, że zawinili polscy redaktorzy. Dość długo dokuczała mi dziwna budowa zdań. Nie wiem - może miało to na celu podkreślenie surowości książki. Jeżeli tak - zabieg udany. 
Cichymi bohaterami tej książki są Szerpowie. To Oni wnoszą, przynoszą i zanoszą wszystko to, co turystom jest potrzebne. Nie mówi się o nich zbyt wiele, raczej się od nich wymaga. Kiedy schodzi lawina, pod jej zwałami najwięcej ginie właśnie Szerpów. To tak naprawdę dzięki nim cokolwiek można osiągnąć – lud twardy i zaprawiony w bojach. 
Książka wielka sercem. Pokazuje czytelnikowi, że w obliczu przyrody i matki natury często nie wystarczy chcieć. Pokazuje, że po wygranej walce tam, na górze, nic już nie będzie takie samo tu, na dole. Pokazuje wiarę w człowieka i ogrom jego ułomności. Warto przeczytać.

piątek, 30 czerwca 2017

O tym jak Detektyw Łodyga pomaga rozwiązać przyrodnicze zagadki

Nie wiem, który to tom przygód Detektywa Łodygi. Mam wrażenie, że czwarty, ale pewna nie jestem. Myślę jednak, że nie ma to znaczenia, ponieważ każda z tych książeczek cieszy się takim samym uznaniem wśród naszych milusińskich. Wszystko zaczęło się od popularnego programu na kanale "Minimini", w którym przesympatyczny pluszak Eugeniusz Łodyga mierzył się z zagadkami z różnych dziedzin życia. To nie była rysunkowa bajeczka, a prawdziwy program popularno - naukowy, tyle że dostosowany do poziomu małego odbiorcy.
Od pewnego czasu możemy spotkać Detektywa Łodygę na łamach książek. Ta, która wpadła w łapki mojego synka zawiera 10 historyjek - zagadek. Każda z nich stworzona jest wg tego samego schematu. Dorosły pewnie uznałby tę schematyczność za nudę, ale dzieciakom to odpowiada. Wszystko zaczyna się, gdy detektyw Łodyga odbiera telefon od swoich małych przyjaciół Zosi, Tadzika i Amelki, którzy w kilku słowach opowiadają o swoim problemie, czy też o sytuacji, jaka ich właśnie zaskoczyła. Detektyw, zawsze gotowy do niesienia pomocy, nie zastanawiając się zbyt długo, wyrusza na pomoc. Na miejscu dzieci w kilu zdaniach naświetlają występujące zagadkowe zjawiska, a  - uwierzcie mi - często są one naprawdę poważne. Raz w szafie znajduje się wielkie "coś", innym razem dzieciom grozi wizyta smoka, na stole zrobił się basen, albo też dzieci nie mogą poradzić sobie
z papierowym klopsem. Detektyw wysłuchuje uważnie opowieści dzieci, a następnie szybko odnajduje rozwiązanie zagadki. Oczywiście jest Ona (akurat w tym tomie) związana z przyrodą, więc tłumaczenie często dotyczy ekologii. Nasze pociechy w przystępny sposób mogą dowiedzieć się jak wygląda życie foliowej torebki, po co sortuje się śmieci, jak powstaje papier i co to jest ocieplenie klimatu. Detektyw Łodyga tłumaczy również skąd się bierze woda w kranie, smog w powietrzu, czy też prąd w mieszkaniu. Kiedy do dzieci dociera przyczyna zaskakujących wydarzeń, próbują znaleźć rozwiązanie sytuacji. Nie dość, że maluchy rzucają fajnymi pomysłami, to jeszcze mała Amelka na zakończenie spotkania pokaże wszystkim, jak z niepotrzebnych rzeczy zrobić biedronkę, kucyka, czy też rybkę przypominajkę. 
Książka jest bardzo, ale to BARDZO przyjazna maluchom. Dużo obrazków, dialogi wydrukowane inną czcionką niż opisy, inny kolor tekstu, w którym zawarto wyjaśnienie zagadki - to wszytko powoduje, że dzieciaki podczas lektury nie nudzą się. Jeżeli dodamy do tego bardzo kolorowe ilustracje i miejsce na bazgrołki - otrzymujemy świetną pozycję na długie, deszczowe letnie popołudnia. 
Nie potrafię dojść do tego, kto jest autorem tej książeczki. Poprzednie trzy tomy "popełniła" p. Barbara Wicher - wspaniała polska pisarka i nauczycielka, tłumaczka języka francuskiego, autorka książek dla dzieci. Tymczasem w najnowszym tomiku nazwisko autora nie pojawia się ani na okładce, ani na karcie tytułowej. Na niektórych portalach czytelniczych znalazłam określenie "praca zbiorowa", ale nawet, jeżeli jest to praca zbiorowa, to przecież ktoś musiał tekst napisać. Niezbyt to ładnie zarówno w stosunku do czytelników jak i autorów. Po książce widać, że jest to pozycja wydana na podstawie licencji programu telewizyjnego "Mini
Mini", ale uważam, że nic to książce nie ujmuje. Natomiast na okładce zamiast logo wydawnictwa i "Minimini" powinno znaleźć się nazwisko autora, albo chociaż określenie "opracowanie zbiorowe". Bez tego książka jest taka trochę bezimienna i traci sporo. Niby drobiazg, ale pozostawia ... niesmak to dużo powiedziane... powiedzmy, że niedosyt.  
Na szczęście nasze maluchy rzadko szukają nazwisk na okładce. Raczej z trudem brną przez gąszcz literek, zachwycając się pomysłami i przygodami głównych bohaterów. Zapewniam Was, że pod tym kątem książka zaspokoi najbardziej wybredne czytelnicze guściki.  

O tym, że plecenie trzy po trzy może zmienić się w książkę "Trzy po 33"

Każdy z nas ma swoje pasje. Jeden jeździ konno, inny na motorze, jeszcze inny hoduje pieski, uprawia ogródek, szyje, wyszywa i co tam komu jeszcze przyjdzie do głowy. Ja czytam. Czytam dużo, a swoje myśli przelewam na przysłowiowy papier. Nie chcę stwierdzić, że piszę, bo to górnolotnie brzmi, ale bloga popełniłam i od siedmiu lat coś tam dziergam. Można więc bez wyrzutów sumienia powiedzieć, że pracuję słowem. Kocham wyrazy (felieton o słowach i wyrazach wita nas na początku książki) i uwielbiam się nimi bawić. Nic więc dziwnego, że książka "Trzy p 33" mnie zachwyciła.  
Książka powinna być zatytułowana "Trzy po 13", bowiem trzech wspaniałych językoznawców w osobach p. Miodka, p. Bralczyka i p. Markowskiego, pogrupowało w 13 tematycznych grup 102 króciutkie felietony, które skrzą inteligencją i humorem. Panowie przyglądają się różnym słowom, które na dobre zagościły w naszym życiu i z większym lub mniejszym zaangażowaniem opisują wszystko to, co na ich temat przyjdzie Im do głowy. Słowa są różne - zarówno te codzienne jak i te zapomniane. Sporą część książki zajmują słowa nowe, stworzone na potrzeby nowoczesnego świata przepełnionego nowinkami technicznymi. Oswajają takie słówka jak know - how czy hejt. Te felietony są świetne, ale ja zakochałam się w rozdzialiku pt. "Gdzie są słówka z tamtych lat, czyli bałamutny spiker" Klisza, bałamutny czy chachmęcić - kto dzisiaj tak mówi! Panowie zdają sobie sprawę z  "dawności" poszczególnych słówek i z pewną dozą wzruszenia opisują ich znaczenie kiedyś i dzisiaj. Rozwodząc się nad ich etymologią czy znaczeniem, często przytaczają cytaty z twórczości np. Jeremiego Przybory czy też Hemara, wprowadzając czytelnika w nastrój z dawnych lat. 
Najbardziej śmiałam się przy felietonie pt. "Babole". Słowo to ma wiele znaczeń ale mnie urzekła następująca definicja" "Babol to wydzielina z nosa, głównie zaschnięta". Wpadłam pod krzesło i długo nie mogłam się podnieść. Nawet moje dzieci rżały ze śmiechu jak młode kucyki. 
Podsumowaniem całej książki i tego "plecenia trzy po trzy" są króciutkie dialogi, świetnie oddające nastrój książki. Przytoczę jeden: 
Miodek: Wrzuciłem na bloga swoja focię ze słynną szafiarką i gimbaza miała polewkę.
Markowski: Zupełnie nie ogarniasz bazy. Ale obciach!"
Bralczyk: Profesorze, polewka z kolegi? To hejt. 
Widzicie tych trzech statecznych Panów (może nie pod krawatami, ale w marynarkach na pewno) przerzucających się takimi hasłami? Skrzy cała książka inteligencją i humorem, a czytelnik bawi się świetnie od samego początku, aż do ostatniej literki. Panowie rewelacyjnie żonglują słowami ukazując ich różne znaczenia i pochodzenie. Może się okazać, że słówko, które korzeniami sięga do czasów średniowiecza przetrwało do dzisiaj, ale jego znaczenie jest całkowicie odmienne od tego pierwotnego. To właśnie jest to piękno języka polskiego, które mnie zachwyca i ujmuje. 
Śmiech śmiechem, ale miejscami potrafi być tez poważnie. Bo przecież nie zawsze chodzi o to, aby się tylko pośmiać, ale warto tez dowiedzieć się czegoś nowego. I tak np. dowiadujemy się, że słowo chachmęcić pochodzi od słowa chachmęć (zarośla, chaszcze), które używane było już w XVII wieku. Wyraz podejście (w znaczeniu podejście do tematu, czy też drugie podejście np. do egzaminu) kilka wieków temu określanie było w ówczesnych słownikach jako oszukanie, podstęp, fortel, zdrada... Niesamowite jest to, jak język polski przez lata ewoluował  i rozwijał się, ale żeby aż tak! Trudno aż wyobrazić sobie drogę, jaką przeszło to słówko do dzisiejszego, zupełnie niewinnego przecież, znaczenia.
Na zakończenie dodam, że "Trzy po 33" to nie jest książka do czytania  tzw. ciurkiem. Po kilkunastu felietonach czytelnik bardzo wielu szczegółów nie zauważy, jako że ogarnie go po prostu zmęczenie. Warto mieć tę książkę zawsze gdzieś w pobliżu i dawkować sobie szczęście. Gwarantuję, że nie pożałujecie.  

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Czarne narcyzy

Każda nowa książka Puzyńskiej elektryzuje i powoduje dreszczyk emocji w mej duszy. Dotąd przeczytałam siedem tomów i recenzując je, nie ukrywałam zachwytu. Pomimo tego, że wszystkie zlewają się w mojej głowie w jedną, bardzo ekscytującą historię, nie można uniknąć porównań poszczególnych tomów. Najfajniejsze jest to, że można je podzielić na kilka kategorii. Najlepszy? Motylek. Najsłabszy? Łaskun. Najstraszniejszy? Utopce. Naj... można wymieniać długo. 
Autorka nie spuszcza z tonu ani na chwilę. Rozpoczynając lekturę "Czarnych narcyzów" bardzo szybko spotykamy się ze starymi przyjaciółmi z poprzednich tomów. Weronika, Emilia i Marek trwają na posterunku właściwie niezmienni. Zmienia się jedynie podejście do życia Klementyny Kopp i oczywiście Daniela Podgórskiego. Daniel, który w ostatnim tomie sporo stracił w moich oczach teraz powraca w blasku chwały. No może bez przesady, ale podniósł się z kolan i działa. 
Tym razem powieść płynnie nawiązuje do końcówki poprzedniego tomu. Właściwie pierwszy rozdział mógłby być kolejnym tej samej książki, ale to należy uznać raczej za zaletę, niż wadę. Bardzo szybko poznajemy legendę o diable, który opętał żonę leśniczego wskutek czego ta - poznawszy diabelską tajemnicę - opuszcza ten ziemski padół. Leśniczy postanawia zemścić się na czarcie za śmierć żony, a cała historia kładzie się cieniem na maleńkiej wiosce o nazwie Diabelec. Wszyscy boją się domu leśniczego i tego, co się w nim wydarzyło. Strach staje się wręcz paniczny, kiedy w tym domu znalezione zostaje ciało, a właściwie, to dwa... właściwie to trzy. Nie ulega wątpliwości, że śmierć przynajmniej jednej z tych osób, powiązana jest z odnalezieniem innych trzech ciał dużo, dużo  wcześniej....
Bardzo trudno jest opisać fabułę tak, aby nic nie zdradzić i nie zabrać potencjalnemu czytelnikowi przyjemności z czytania. Powieść jest bardzo rozbudowana, akcja toczy się wielowątkowo, a wydarzenia gonią jedno za drugim. Wielki szacunek dla autorki, która - pomimo wielości bohaterów zdarzeń, i powiązań - nie pogubiła się i konsekwentnie doprowadziła do rozwikłania zagadki. 
Jest jeden element, który w sadze o Lipowie szczerze uwielbiam. To umiejętność autorki prowadzenia czytelnika na popularnie zwane manowce. Już wydaje mi się, że wiem, już jestem tak blisko... i znowu coś zaskakuje. Pamiętam, że w kilku poprzednich tomach rozwiązanie zagadki było w zasięgu ręki właściwie od połowy książki, a nadal fabuła fascynowała. W "Czarnych narcyzach" też jest taki moment, w którym wydaje się, że wszystko zostało już wyjaśnione. Nic bardziej mylnego. 
Polecam każdemu. Bez wyjątku. 

środa, 14 czerwca 2017

Małżeństwo doskonałe czyli Czubaszek + Karolak = WM

Marię Czubaszek kocham i uwielbiam. Jej delikatność, prostota i dziecięca naiwność zawsze mnie rozczulały. Śmiałam się do łez czytając jej twórczość, uwielbiałam szkło kontaktowe z damskim pazurkiem Pani Marii i zgrzytałam zębami, kiedy pseudo dziennikarze próbowali Ją oczernić, za przeprowadzoną miliard wieków temu aborcję. 
Płakałam, kiedy odeszła. Żal potęgował fakt, że odeszła w chwili, kiedy w moje ręce trafiła "Nienachalna z urody". Siedziałam na wakacjach pod namiotem i zamiast cieszyć się pięknem Bieszczad, czytałam "Nienachalną..." i wspominałam. 
Potem była długa przerwa. Pani Maria odeszła, a życie toczyło się dalej już bez Jej udziału. Aż do teraz, kiedy w moje ręce wpadło "Małżeństwo doskonałe...". Trochę ze strachem sięgnęłam po książkę obawiając się, że zakopane głęboko w sercu emocje powrócą. I rzeczywiście powróciły, potęgowane odejściem Pan Wodeckiego, którego twórczość również uwielbiam.
Ckliwie się zrobiło, ale nic na to nie poradzę. "Małżeństwo doskonałe" to wywiad z  miłością życia Pani Czubaszek - Wojciechem Karolakiem. Z wywiadu wyłania się cudowne małżeństwo dwóch "Zajączków" kochających się i szanujących nawzajem. Żyli trochę obok siebie (co spowodowane było nocnym trybem życia Karolaka), ale nadrabiali to drobnymi gestami i maleńkimi czułostkami, które razem układały się w wielkie uczucie. Nie znam nikogo kto rozmowę przez telefon zaczyna od  "Cip cip". Cudne prawda? 
Wywiad przeplatany jest "Czubaszkowymi wspominkami" snutymi przez sławnych ludzi będących przyjaciółmi Marii i Wojciecha. Wspominki snują wielcy tego świata. - Jacek Fedorowicz, Ewa Bem, Andrzej Dąbrowski czy Grzegorz Markowski. Oni wspominają dobre chwile spędzone z Panią Marią. Czasem ze wzruszeniem opowiadają o jej niechęci do jedzenia, czasem ze smutkiem opisują ostatnie spotkania. W tym wspominkach jest jednak spora doza humoru, bo trudno nie wspominać Pani Marii z radością w sercu. W wywiadzie przeprowadzonym przez Krystynę Pytlakowską z Wojciechem Karolakiem nie jest już tak łatwo. Z tej części wylewa się bezbrzeżna, ogromna miłość do Marii Czubaszek. Karolak opowiada o swojej Zajęczycy z takim wzruszeniem i tęsknotą, że czytelnikowi serce się kraje. Przepięknie opisuje jak zakochał się w super zgrabnych nogach Pani Marii, jak wzruszał się, gdy zasypiała przed telewizorem w ulubionym fotelu i jak ogarniała go wściekłość, gdy nic nie jadła, a za to paliła paczkami papierosy. 
Dzięki tej książce możemy zobaczyć Panią Marię trochę z boku. Z jej twórczości wychyla się silna kobieta z ogromnym poczuciem humoru i dystansem do siebie. Mam wrażenie, że to tylko poza. Z opowieści Pana Karolaka wynika, że silna była - owszem, ale wówczas, gdy należało zawalczyć o bliskich. To dzięki niej Karolak wyszedł z nałogu alkoholowego - walczyła o niego jak lwica. Natomiast kiedy chodziło o Nią samą - nie było już tak różowo. Miała dość niską samoocenę i nie pozwalała sobie pomagać.  
Piękna książka. Wzruszająca i delikatna. Z treści wylewa się ból i żal, jaki ogarnął wszystkich po śmierci Marii Czubaszek. Piękne wspomnienia i wspólnie spędzone chwile są przeplatane wyrzutami sumienia wynikającymi z tego, że nikt nie był w stanie zmusić Jej, aby zaczęła o siebie dbać. Widać wyraźnie, że nie można nikogo na siłę uszczęśliwić. Pani Maria była idealnym przykładem osoby, która nie chciała dać sobie szansy. A kiedy już doszła do tego, że leczenie to jedyny sposób na pożycie jeszcze troszkę - było już za późno. 
Jeżeli nie lubiliście Marii Czubaszek to nie sięgajcie po "Małżeństwo doskonałe". Ale jeżeli w Waszym sercu tli się choć cień sympatii do tej przeuroczej osoby, to jest to lektura obowiązkowa, która stawia przysłowiową "kropkę nad i". 

środa, 7 czerwca 2017

Królestwo kanciarzy

Powieści nie należy oceniać po okładce. To każdy wie i prawdziwy "książkochłon" nigdy tego nie czyni. Ja jednak od czasu do czasu ulegam urokowi książek. Oczywiście nie wezmę w podróż przepięknie wydanego słownika ortograficznego, ale już dobrze zapowiadającą się i przepięknie wydaną fantastykę - owszem. "Królestwo kanciarzy" przyciągnęło mój wzrok właśnie pięknym wydaniem. Twarda oprawa, tasiemka w charakterze zakładki i barwiono na czerwone "końcóweczki" stron sprawiły, że zakochałam się na zabój. Zresztą pierwszy tom był równie piękny (końcówki stron były czarne), a że historia opisana w pierwszym tomie  pochłonęła mnie całkowicie byłam pewna, że drugi tom również raczej mnie nie zawiedzie.
Szóstka bohaterów - każdy inny, każdy charakterystyczny, a jednak wspólnie tworzą niesamowitą grupę. Nie wątpię, że czytelnicy pokochali Inej, Ninę, Kaza, Wylana, Matthiasa, i Jaspera. Ta szóstka młodych ludzi jest wyjątkowo dojrzała, wie czego chce i uparcie dąży do raz wyznaczonego celu. Tak silnych, charakterystycznych i wyrazistych bohaterów dawno nie miałam przyjemności poznać. Godne uznania jest to, że przez całą powieść (a jest Ona naprawdę obszerna) autorka bardzo konsekwentnie wyposaża bohaterów w konkretne cechy, celebruje je i często czyni z nich walory, którym nasi bohaterowie zawdzięczają zdrowie i życie.
Powieść ma jedną wadę, a mianowicie nie powinno się jej czytać bez znajomości tomu pierwszego pt. "Szóstka wron". Autorka robi wszystko, aby brak znajomości wcześniejszych przygód bohaterów nie dawał się czytelnikowi we znaki, ale to jednak nie jest takie proste. W pierwszym tomie tyle się działo, że nie sposób uniknąć powrotów i odniesień. Oczywiście, że można, ale czytelnik sporo traci. Już na początku opowieści musimy zerknąć w tył...
Wydaje się, że po wykonaniu zadania, które na pierwszy rzut oka wydawało się niewykonalne
przyjdzie czas na odpoczynek. Nic bardziej mylnego. Zamiast bogactwa nasza szóstka bohaterów ma puste kieszenie, a zamiast odpoczynku muszą się ciągle ukrywać jednocześnie walcząc z przeciwnościami losu. Wydawałoby się że okradzenie Lodowego Ogrodu to wyczyn, którego nic nie przebije. Niestety Wrony muszą teraz walczyć z dużo gorszym zdaniem. Nie dość, że pragną się zemścić na Van Ecku, to jeszcze muszą zrobić wszystko, aby uratować swoją towarzyszkę. Nie jest to łatwe zadanie zwłaszcza, że są, świadomi tego, że wśród nich ukrywa się zdrajca. Co zrobią? Jak postąpią? Zapewniam Was, że choć cała powieść jest zaskakująca, zakończenie przerośnie Wasze najśmielsze oczekiwania. 
Cudna powieść. Ciągłe zwroty akcji i ekspresowe tempo wydarzeń zaskakują i intrygują czytelnika. Autorka pisze tak jakby jej umysł ciągle zalewały pomysły, które niezwłocznie należy przelać na papier. Trzeba jednak pamiętać że akcja powieści to jedno, a relacje międzyludzkie to zupełnie inna sprawa. Relacje pomiędzy naszymi bohaterami (zwłaszcza te pozytywne) są celebrowane i nie ma tu miejsca na zaniedbania. Uczucia pięknie się rodzą wzruszając i  budząc w czytelniku wiele emocji. Autorka może sobie pozwolić na takie smakowanie chwili, jako że w powieści liczącej prawie 600 stron na wszystko znajdzie się miejsce.
Powieść - mimo dbałości o emocje - jest bardzo dynamiczna. Śledząc losy głównych bohaterów nie można się nudzić. Niezwykłe przygody towarzyszą nam od pierwszych stron powieści. Ciągle coś się dzieje; zwroty akcji i niespodziewane wydarzenia nie pozwalają ani na chwile odpocząć. Zachwyciła mnie też kreacja Ketterdamu. To miasto niby wyjęte spod prawa i rządzące się prawami złodziei i przestępców, jest jednak wirtuozersko zorganizowane i opisane przez autorkę. Zachwyca mnie konsekwencja autorki, która przekłada się na wyjątkowo realistyczne opisy miasta. Czytając można mieć wrażenie, że to miasto jest tuż obok i tylko nogę trzeba przesunąć, aby zanurzyć się w jego mroczne zaułki.
Trochę zapędziłam się w ochach i achach na temat powieści, ale uwierzcie mi - nie będziecie mogli się oderwać. Dodam jeszcze, że bardzo często w trakcie lektury zaskakiwały mnie fragmenty napisane z dużą dozą cierpkiego humoru. Nie jeden raz śmiałam się do łez, a wiele momentów powieści poprawiało mi humor. Ta mieszkanka mroku, śmiechu, emocji i wartkiej akcji powoduje, że naszym oczom ukazuje się prawdziwe arcydzieło powieści dla młodzieży. Polecam.

piątek, 2 czerwca 2017

Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet

Trudno oceniać taką książkę. Trudno napisać: podobała mi się, jeszcze gorzej: nie dla mnie. To książka dla pokoleń, przenosząca treści i wspomnienia, o których nie można zapomnieć. 
Obóz w Ravensbrück był obozem przeznaczonym dla kobiet. Powstał jako obóz dla kobiet stanowiących zagrożenie dla narodu niemieckiego - drobnych złodziejek, prostytutek, lub po prostu krytykujących działania nazistowskich władz. Początkowo były tu głównie Niemki, dopiero później przybyły tam kobiety niemal z całej Europy. Kobiety były wykorzystywane jako tania siła robocza - pracować musiały, jeść już niekoniecznie. Karmione kubkiem kawy, pajda chleba i lurą z surowym ziemniakiem pracowały po 12 godzin przy kopaniu rowów lub wydobywaniu piasku. Z czasem obok powstała fabryka Simensa, którą wiele z kobiet traktowało jak błogosławieństwo. Szybko okazało się jednak że to jest bardzo złudne. Praca pod dachem i w cieple kusiła, jednak normy były tak wyśrubowane, że kobiety nie wytrzymywały nerwowo. Więźniarki przeżywały tak kilka miesięcy. Z czasem (kiedy transportów było coraz więcej) kobiety nie wyrabiające norm po prostu mordowano, aby zrobić miejsce dla kolejnych jeszcze silnych i zdolnych do pracy. 
W obozie nie było miejsca dla dzieci, jednak wiele kobiet przybywało do obozu w ciąży, więc siłą rzeczy dzieciaczki przychodziły na świat. Nie było im dane jednak żyć. Topiono je w wiadrze wody, a w najlepszym razie zabierane matkom i odsyłano do niemieckich rodzin. Tych jednak była garstka. Przyszedł taki moment, że władze obozu w przypływie ludzkich uczuć pozwoliły na utworzenie pseudo sali porodowej. Dzieci rodziły się zdrowe i rumiane, jednak nikt nie pomyślał o zapewnieniu im jedzenia. Matki z rozpaczą patrzyły jak ich maleństwa w ciągu kilku tygodni zmieniały się w schorowane szkieleciki, które z wycieńczenia umierały. 
Ważna odnotowania jest również historia "Polskich królików".  Mianem tym określano polskie więźniarki przywiezione z Lublina, na których dopuszczono się strasznych okrucieństw. Chcąc ratować niemieckich żołnierzy rannych na polu walki, pseudolekarze postanowili wszczepiać dziewczynom do nóg (najczęściej były to łydki) drewno, opiłki metalu, liście czy wprost błoto, a następnie patrzeć, jak młody organizm poradzi sobie ze zwalczeniem tych "niedogodności". Wszczepiano im również bakterie, aby móc obserwować rozwój zakażenia. Kiedy organizm sobie nieźle radził, zwiększano dawkę, powodując śmierć dziewczyn w okropnych męczarniach.  
Trudno pisać o tej książce. Myśli kotłują się i prześcigają powodując rejwach w głowie. Należałoby opisać wszystko i krzyczeć: Pamiętajmy! Tu każda historia jest ważna, każda opisana postać godna uwagi i wzmianki. Kobiety w Ravensbrück potrafiły walczyć o swoje, potrafiły nawet zorganizować bunt nie bacząc na konsekwencje. Kiedy władze obozu postanowiły zlikwidować "Króliki", aby nie mogły opowiedzieć światu o tym, co je spotkało, współwięźniarki pomysłowo ukrywały je dbając o ich przetrwanie. 
Książka jest inna niż literatura obozowa (że tak brzydko to nazwę), którą czytałam do tej pory. Jej forma jest czymś pośrednim między dokumentem, a bardziej przyjazną czytelnikowi beletrystyką. Nie ma tu suchych faktów i dat, każda historia opowiedziana jest z prostotą, bez zbędnych opisów i ozdobników. Poraża.