piątek, 27 marca 2020

Motyl i skrzypce

Bardzo, ale to bardzo czekałam na książkę pt. "Motyl i skrzypce". Nie ze względu na tematykę obozową (takich książek pojawiło się w księgarniach mnóstwo) ile ze względu na skrzypce. Wiedziałam, że motyw austriackiej skrzypaczki albo mnie uwiedzie i zakocham się w książce na umór, albo rozczaruje, przez co cała powieść będzie zaliczona do lektur nieudanych. Powieść ta, jeszcze jako wydawnicza nowość znalazła się w moich rękach i pochłonęłam ją w kilka dni. Wrażenia? Zupełnie odmienne od tych, jakich oczekiwałam... 
Adele von Bron to ulubienica faszystowskiej Austrii. Młoda, utalentowana skrzypaczka jest perełką w orkiestrze i często gra dla wysoko postawionych urzędników Rzeszy, do których zalicza się także jej ojciec. Adel nie jest jednak pustą dziewczyną, której sukces uderzył do głowy. Potrafi czujnie obserwować rzeczywistość i wie, że na świecie dzieje się wiele zła. Podejmuje próbę uratowania rodziny żydowskiej przed zagładą, przez co trafia do obozu w Auschwitz. Jej świat się diametralnie zmienia. Jak można się domyśleć przed komorą gazową ratuje ją talent. Żyje, ale co to za życie... 
Drugi wątek przenosi czytelnika w czasy współczesne. Poznajemy Serę James, właścicielkę galerii sztuki na Manhattanie. Sera jest opętana portretem młodej skrzypaczki, a właściwie jego brakiem. W dzieciństwie raz jeden widziała ten portret, jednak ślad po nim zaginął. Pewnego dnia Sera dostaje tajemniczą przesyłkę od Williama Hanovera, który w niesamowity sposób powiązany jest z dziewczyną z obrazu. Parę łączą skomplikowane uczucia, ale przede wszystkim poszukiwania oryginału obrazu. 
Powieść bardzo, ale to bardzo podobała mi się, jeżeli mówimy o wątku wojennym. Miłość do muzyki i skrzypiec wylewa się ze słów powieści. Autorka bardzo sugestywnie przedstawia losy Adele, (choć omija oczywiście najbardziej brutalne i znane wszystkim elementy, przez co wątek jest mimo wszystko trochę cukierkowy) Nie ulega jednak wątpliwości, że to muzyka i skrzypce pozwoliły Adele przetrwać. Zakończenie czytałam ze łzami w oczach pochłaniając poszczególne strony z nadzieją, że wszystko się wyjaśni. 
Z drugiej strony wątek Sery zupełnie do mnie nie przemówił. Autorka zrobiła z tego ckliwe romansidło, a poszukiwania obrazu zepchnęła całkowicie na drugi plan. Rodzące się uczucie pomiędzy Serą a Wiliamem w ogóle mnie nie interesowało. Gdybym chciała czytać o spacerach po plaży, nieporozumieniach sercowych i romantycznych zbiegach okoliczności to sięgnęłabym po twórczość prezentowaną w ramach serii Harlequin. Tu jednak musiałam to śledzić chcąc wiedzieć jak skończy się ta powieść. Mierziło mnie to bardzo. A można było z tego wątku zrobić świetną historię z sensacyjnym zacięciem. 
Powieść „Motyl i skrzypce” mimo wszystko bardzo mi się podobała. Pomijając to, co książkę zepsuło, czyli wątek miłosny - powieść jest godna polecenia. To, jaka miłość do muzyki bije ze słów autorki to jest coś cudownego. Muzyka pozwala Adele (i nie tyko jej) przetrwać najgorsze koszmary. Kiedy Adele bierze do ręki instrument, kiedy zatraca się w muzyce, palce śmigają po strunach w poszukiwaniu przejrzystego dźwięku... Piękne.

wtorek, 24 marca 2020

Uciekinierzy

Już na wstępie autor wrzuca nas na głęboką wodę. Zanim bowiem czytelnik pozna losy rodziny Friedmanów, może przeczytać pierwsze rozporządzenie wykonawcze do ustawy o obywatelstwie Rzeszy z 15 września 1935 r. oraz tekst ustawy o ochronie krwi niemieckiej i niemieckiej czci z 15 września 1935 roku Co w nich czytamy? 
"Żyd nie może być obywatelem Rzeszy. Nie przysługuje mu prawo głosu w sprawach politycznych; nie może obejmować urzędów publicznych".

"Żydzi nie mogą zatrudniać w swoim gospodarstwie domowym obywatelek krwi niemieckiej lub pokrewnej poniżej 45. roku życia"
"Żydom zabrania się wywieszania flag Rzeszy i flagi narodowej oraz pokazywania barw Rzeszy".
"Zabronione są stosunki pozamałżeńskie między Żydami a obywatelami krwi niemieckiej lub pokrewnej."
Ciarki przechodzą po plecach na samą myśl, że w takim kraju przyszło żyć osobom pochodzenia żydowskiego. Właściwie to tymi dwoma aktami prawnymi państwo Niemieckie pokazało Żydom, że zbliża się zagłada. Trudno było w to uwierzyć i z tego właśnie wzięła się tragedia Narodu Żydowskiego - z wiary, że wszystko będzie dobrze. 
Kiedy poznajemy Ruth i Kurta Friedmanów jest rok 1937. Mała Laurę (najstarszą z córek Friedmanów) budzą zamieszki na ulicy. Ulicą, pod oknami ich domu, przechodzą bandy młodych mężczyzn, niszcząc wszystko, co napotkają na swojej drodze. Wpadają również do domu naszych bohaterów, aresztując Kurta. Co więcej - podkładają ogień na parterze domu, gdzie znajdował się sklep stanowiący źródło dochodów rodziny. Ruth, cudem ratując siebie i potomstwo z pożaru, zostaje sama z czwórką dzieci bez środków do życia i dachu nad głową. Nie poddaje się jednak. Szuka pomocy gdzie się da; u sąsiadów, znajomych u brata Kurta... wszędzie jednak obok pomocnej dłoni znajduje zawistne spojrzenia. Co z tego, że jedna osoba, narażając siebie i swoich bliskich pomoże, skoro kilka innych zadenuncjuje i zdradzi... Ruth błąka się starając się zapewnić swoim dzieciom choć cień bezpieczeństwa, ale gdziekolwiek się udaje macki nienawiści i tak ją dosięgają. Losy rodziny obserwujemy aż do sierpnia 1939 r. Autor właściwie nie zakańcza powieści pozostawiając czytelnikowi możliwość dopowiedzenia sobie, co się działo dalej. Niestety żadne z zakończeń, które przyszło mi do głowy nie było szczęśliwe dla całej rodziny... 
Powieść jest bardzo przejmująca. Z jednej strony okrucieństwo wobec Żydów wylewa się z każdego słowa, z drugiej strony mamy dumny Naród Żydowski, który próbuje się odnaleźć w tej nowej sytuacji. Jak wytłumaczyć małej dziewczynce, dlaczego jej przyjaciółka, która jeszcze niedawno razem z nią bawiła się na podwórku, teraz pokazuje ją palcem krzycząc "brudny Żyd"? Jak wytłumaczyć, dlaczego nie mogą chodzić do szkoły? Dlaczego muszą zostawić swoje dotychczasowe życie i udać się na tułaczkę w nieznane? Potworne. 
"Uciekinierzy" to powieść, która wciąga od pierwszych stron. Już na samym początku, kiedy matka z dziećmi walczy o życie w pożarze, zagryzałam pięści kibicując im w staraniach. Potem ich walka o każdy dzień, walka Kurta o odnalezienie rodziny, poniżanie i walka o własną godność... Do końca powieści czytelnik nie ma ani chwili wytchnienia. Ciągle ucieka, chowa się, szuka, goni... ciągle jest razem z bohaterami. 
Poruszająca powieść. Jedyna w swoim rodzaju. Dawno nie czytałam tak dobrej książki o losach Żydów. I powiem Wam, że pozostanie w mojej głowie dużo dłużej niż niejedne historyczne opracowanie. 

poniedziałek, 23 marca 2020

Czyjaś córka

"Czyjaś córka" to powieść, która skręca czytelnikowi trzewia. Zaczyna się niewinnie, jednak - strona po stronie - czytelnik czuje, jak bardzo słowa tej książki owijają się wokół jego serca. W pewnym momencie czułam się wręcz osaczona nie wiedząc, w którą stronę to wszystko się potoczy. 
Michael jest młodym szczęśliwym mężczyzną. Dawno temu pozostawił za sobą nieudane małżeństwo; teraz ma piękną żonę, wygodny dom i dobrą pracę. Do szczęścia brakuje mu tylko i wyłącznie dziecka, o które z żoną wytrwale walczą. Jakież jest zdziwienie Michaela, kiedy pewnego dnia do drzwi jego domu puka była żona oznajmiając mu, że porwano ICH córkę. Tak właśnie - okazuje się, że Michael od dziesięciu lat jest ojcem, tyle że nikt go o tym fakcie nie poinformował.  Michael postanawia pomóc byłej żonie w poszukiwaniach. Im dalej brnie w sprawę, tym więcej pytań się pojawia, a Michael jest coraz bardziej zagubiony. Do głosu dochodzą koszmary dzieciństwa, kiedy to w wypadku zginęła jego siostra. Michael obwinia się o jej śmierć, a jej duch coraz mocniej wpływa na Michaela w trakcie prowadzonych poszukiwań. Na jaw wychodzą mroczne sekrety i rodzinne tajemnice, które prowadzą do rozwiązania zagadki porwania dziewczynki. A rozwiązanie jest naprawdę zaskakujące. 
Wielkim plusem książki są postacie wykreowane z wielką starannością. Każdy bohater ma swoje zalety i wady. Każdy jest jedyny w swoim rodzaju, a powiązania między postaciami przypominają gęsto tkaną, pajęczą sieć. Jeżeli dodamy do tego fakt, że prawie wszyscy uwikłani są w tajemniczą zagadkę kryminalną, która wcale nie jest łatwa do rozwiązania - otrzymamy mieszaninę iście wybuchową. 
Minusem jest spora ilość wątków prowadzących w ślepy zaułek. Rozumiem, że autor w ten sposób chciał rozpalić ciekawość czytelnika i pokazać mu, jak wiele mogło się zdarzyć, ale jak dla mnie to tylko zaciemnia historię, która i tak sama w sobie jest mocno skomplikowana. 
Cała fabuła została zamknięta w ciągu jednej doby jednak zapewniam Was, że wydarzeniami można by obdarzyć co najmniej tydzień. Ten natłok zdarzeń powoduje wrażenie nierealności zdarzeń, co przeszkadzało mi w odbiorze książki. 
Teraz mamy dobry czas na czytanie książek. Dlatego polecam "Czyjąś córkę" wszystkim, którzy lubią śledzić zagadki kryminalne. Ta powieść na pewno trafi w wasze gusta.  

wtorek, 17 marca 2020

Ewangelia według węgorza

Książka tajemnica. Bo jak inaczej nazwać powieść, która jest tak zatytułowana? "Ewangelia" sugeruje religijny charakter powieści, lecz niech Was to nie zmyli. Można dojrzeć religijny charakter tylko i wyłącznie wówczas, kiedy uznamy węgorza za podstawę całego świata, kiedy zrozumiemy, że węgorz był obecny we wszystkich ważnych momentach historycznych i kiedy przyjmiemy do wiadomości, że bardzo długo stanowił niezgłębioną tajemnicę, która spędzała sen z powiek wielu naukowcom. I zapewniam Was, że po lekturze tej książki, użycie słowa „Ewangelia” wyda Wam się całkiem uzasadnione. 
Jakie jest węgorz - każdy widzi. Tłusta, oślizgła ryba, pokryta śluzem, której podanie na stół wiąże się z wielogodzinnymi rytuałami umożliwiającymi jej spożycie. Długie moczenie w wodzie jest konieczne ze względu na nieprzyjemny zapach. Zabicie jej też jest straszne, a już odarcie ze skóry… brrrr. Po przeczytaniu "Ewangelii według węgorza" moje spojrzenie na tę rybę zmieniło się diametralnie. Węgorz ukazany jest w książce jako ryba tajemnicza, która bardzo długo broniła się przed wyjawieniem ludzkości swoich tajemnic. Naukowcy nie mogli dojść do tego, w jaki sposób się rozmnaża, ba - nie wiadomo było nawet jak wygląda męski osobnik tego gatunku. Węgorz przemierzał cały świat nie zdradzając człowiekowi skąd wie czy ma płynąc w stronę Ameryki, czy Europy. Węgorzowi poświęcili swoje badania Arystoteles i Freud. Każdy z nich musiał przyznać, że nie udało mu się rozwiązać węgorzowej zagadki. Co więcej - z przekazów historycznych wynika, że pierwsi amerykańscy osadnicy, wycieńczeni chorobami i podróżą, przeżyli tylko dzięki miejscowemu Indianinowi, który widząc wycieńczenie podróżników podarował im naręcze węgorzy. Pokazał im również sposób łowienia tych ryb, dzięki czemu osadnicy przez długi czas mieli zapewnione jedzenie. 
Takich historii w książce jest mnóstwo. Czytałam ją z wypiekami na twarzy nie wierząc własnym oczom. Czyżby naprawdę węgorz był tak cudowną rybą? Stworzeniem o niesamowitej woli przetrwania, wielkim instynkcie i umiejętnościami przystosowania się do zaistniałych warunków? Węgorz jawi się w tej książce jako istota myśląca, która nie daje się człowiekowi wpisać w żadne ramy. Przez cały czas broni się i ciągle nas zaskakuje. 
Te zbiory wiedzy i ciekawostek przeplatane są wspomnieniami autora na temat wspólnych połowów z ojcem. I właśnie te fragmenty budują niesamowitą, tajemniczą, wręcz metafizyczną atmosferę. Bo z jednej strony mamy opisy złożoności życia węgorzy, a z drugiej wiejską rzekę i dwójkę ludzi w kaloszach, którzy robią kulę z żywych dżdżownic i w ten sposób zastawiają pułapkę na węgorza. Wielkie spotyka się z małym, a codzienność z cudem. 
To teraz przyszedł czas na minus. Powieść jest dość długa i przy takim natłoku informacji chwilami dość nużąca. Nie oznacza to, że miałam ochotę odłożyć ją na bok, ale niewątpliwie kilka razy potrzebowałam oddechu. Wspomnienia autora, które emanowały sielanką domu rodzinnego, spokojem wsi i tęsknotą za ojcem czytałam bardzo chętnie. Przydługie opisy związane z poznawaniem płci węgorza, czy też z jego ochroną, szły mi nieco gorzej. Niewątpliwie jednak to książka, którą należy przeczytać. Dlaczego? Dlatego, że jest jedyna w swoim rodzaju. Nigdy podobnej nie czytałam i myślę, że na księgarskim rynku podobnej już nie znajdziemy. Warto poznać węgorza i się z nim zaprzyjaźnić.

środa, 4 marca 2020

List

Biorąc do ręki książki Anny Karpińskiej należy nastawić się na dość charakterystyczną literaturę. Pani Anna pisze dość spokojnie i bez fajerwerków, ale Jej książki mają wyjątkowo specyficzny klimat. W trakcie lektury zawsze mam wrażenie, że mój dom to moja przystań i życiowe perypetie bohaterów poszczególnych książek są absolutną fikcją. Poczucie to jest tym dziwniejsze, że Pani Anna pisze o zwykłych codziennych sprawach, które tak naprawdę mogą dotknąć każdego z nas. Nie zmienia to faktu, że lektura "Listu" ponownie wprowadziła mnie w stan uwielbienia dla mojej przystani i tego spokoju, który mnie zazwyczaj otacza. 
Małgorzata jest kobietą, która zawsze pozostawała w cieniu swojego męża. Dla niego wstawała rano, gotowała obiady, dla niego się stroiła i wychowywała dzieci, dla niego po prostu żyła. Dwójka dzieci nie zmieniła sytuacji, a Małgorzata nie potrafiła wyrwać się ze złotej klatki, w jakiej zamknął ją mąż. Do czasu. Pewnego dnia odkrywa w sobie talent pisarski i nagle okazuje się, że z szarej myszki zmieniła się w poczytną pisarkę. Początkowo mąż traktował jej pasję jako nic nie znaczące widzimisię, ale szybko zrozumiał, że się myli. Możemy obserwować jak Małgorzata przemienia się w pięknego, pewnego siebie ptaka i dociera do niej, że świat jest większy, niż dom, mąż i dzieci. 
Drugi watek ukazuje nam, jak doszło do tej "małgosinej" uległości. Czytelnik poznaje tajemnicę Małgosi i to, w jaki sposób dała się zamknąć w złotej klatce. Łącznikiem pomiędzy młodością Małgosi, a życiem dojrzałym jest tajemniczy list i pewna postać, która za nim stoi. Tak naprawdę tajemnica goni tajemnicę i czytelnik z ciekawością czeka na zakończenie. Kiedy jednak dochodzimy do końca powieści nic się nie wyjaśnia, a czytelnik musi czekać na drugi tom powieści. 
Autorka zastosowała ciekawy manewr, który bardzo lubię. Rozpoczęła książkę od pewnego wydarzenia, które jest swoistego rodzaju punktem zwrotnym. Wydarzenie to jest początkiem jednego wątku powieści i zakończeniem drugiego. Pozwala to na ocenę życia Małgosi jako żony, matki i autorki poczytnych książek, a jednocześnie obserwację zdarzeń, które doprowadziły do tego, że Małgorzata prowadzi takie życie, a nie inne. Dzięki temu konstrukcja powieści przez cały czas trzyma w napięciu, a czytelnik na bieżąco może obserwować przyczyny i skutki zachowań Małgorzaty i jej rodziny. 
Bardzo podobał mi się sposób wykreowania postaci. Każdy bohater jest wyrazisty i „charakterny”. Każdy jest postacią nietuzinkową, która ma własne zdanie i potrafi rozmawiać o własnych potrzebach. Zakochałam się w babci głównej bohaterki, która - pomimo chorób i niedołężności - bardzo stara się uczestniczyć w życiu wnuczki. Natomiast antypatię moją budzi postać matki Małgorzaty. Co za matka czyni takie piekło swojemu dziecku! Zdaję sobie sprawę, że mocne charaktery są często przerysowane, ale to, co wyrabiała ta kobieta woła o pomstę do nieba. 
Warto sięgnąć po „List”. Jeżeli nie lubicie spokojnych, obyczajowych powieści, to niech Was zachęci tajemnica...

wtorek, 3 marca 2020

Dziewczyny znikąd

Jestem mamą nastolatki. Dokładnie rzecz biorąc szesnastolatki. Starsza to mądra dziewczynka, z którą da się poważnie porozmawiać na różne tematy. Jak większość nastolatek ma chłopaka, interesują ją kontakty damsko - męskie i różne odcienie związków. Kiedy w moje ręce wpadła książka "Dziewczyny znikąd" pomyślałam, że to dobra lektura dla Starszej. Z opisów wynika, że książka należy do kanonu książek dla młodzieży i porusza dość nośne tematy seksizmu, szacunku do płci odmiennej oraz jego braku. Postanowiłam najpierw jednak sama przeczytać.... na szczęście. Po zakończeniu lektury byłam wstrząśnięta fabułą i uznałam, że Starsza jeszcze chwilkę na tę książkę musi poczekać. Ale że ją przeczyta to pewne. Dla własnego dobra. 
Grace to nastolatka, która ze względu na błędy matki zostaje zmuszona do przeprowadzki do Prescot. Zagubiona i nieszczęśliwa z powodu rozstania z przyjaciółmi próbuje zaszyć się w swoim nowym pokoju. Jakież jest jej zdziwienie, kiedy na ścianie, i w kilku innych miejscach, znajduje małe napisy, których autorka stanowczo błaga o pomoc. Od koleżanek z nowej szkoły dowiaduje się, że poprzednią lokatorką jej pokoju była Lucy. Dziewczyna, po tym jak lokalna społeczność ją wyklęła i wykluczyła - uciekła wraz z rodziną z miasteczka. Grace nie może przejść nad losami Lucy do porządku dziennego. Od słowa do słowa dowiaduje się od swoich koleżanek, że dziewczyna została zgwałcona, tyle że nikt w jej opowieści nie uwierzył,. Każdy bronił popularnego chłopaka ze szkoły zarzucając Lucy kłamstwo. Grace postanawia zawalczyć z seksizmem i przedmiotowym traktowaniem uczennic. Wraz z koleżankami Rosiną i Erin postanawiają założyć anonimowy klub dziewcząt, które będą walczyć o własną godność. Nie spodziewają się jak wielkiej rzeczy dokonają i do czego doprowadzą w całym miasteczku. 
Książka niesamowita. Porażająca fabułą. Jedna z tych, które przedstawiają życie nastolatek takim, jakim jest naprawdę – pełnym wątpliwości i niepewności. Autorka, zmagając się z tak trudnym tematem postanowiła niczego nie owijać w bawełnę. Główne bohaterki nie należą do popularnych dziewcząt, ale wbrew pozorom pomaga im to w rozpętaniu ich krucjaty. Okazuje się nagle, że popularność powoduje strach przed powiedzeniem „nie”, strach przed przeciwstawieniem się ogólnie przyjętym zasadom. Autorka (trochę na okrętkę) pokazuje, że nie trzeba być najpopularniejszą dziewczyną w szkole, aby mieć własne zdanie i domagać się szacunku dla samej siebie. 
Bardzo podobały mi się urywki z bloga, którego prowadzili chłopcy ze szkoły. Dzięki tym wtrąconym tekstom, czytelnik przeżywa szok i uświadamia sobie, z czym tak naprawdę musza walczyć w dzisiejszych czasach nastolatki. Ordynarne teksty o dziewczynach, porównujące je do zwierząt albo do robotów, zakłady o to, kto więcej dziewcząt zaliczy...żenujące i przerażające, jeżeli uświadomimy sobie, że z takim problemem musi borykać się nastolatka, która często jest osóbką zakompleksioną i nie wierzącą w siebie. 
Każdy rozdział poświęcony jest innej bohaterce, ale są też rozdziały zatytułowane "MY". Te rozdziały uwielbiałam najbardziej. Ich treść pokazuje siłę bycia razem. Pokazuje, że nawet, jeżeli wydaje Ci się, że sama nic nie znaczysz, to już w grupie jesteś trybikiem, bez którego nic się nie zakręci. 
„Dziewczyny znikąd” to wspaniała historia ukazująca potęgę wspólnego działania. To książka, dzięki której młode kobiety powinny zrozumieć, że „NIE” oznacza „NIE”. Co więcej - milczenie nie oznacza zgody i nie jest przyzwoleniem na wyrządzenie młodej kobiecie krzywdy. (zwłaszcza, gdy jest zamroczona alkoholem lub, co gorsza, środkami odurzającymi) 
Oświadczam z całą odpowiedzialnością: „Dziewczyny znikąd” to książka, która powinna być lekturą szkolną. Dziewczęta dowiedzą się z niej, że zasługują na szacunek i nie mogą pozwalać chłopcom na zbyt wiele. Młodzi mężczyźni natomiast może zrozumieją, że to, co dla nich jest zabawą dla innych może być życiową tragedią. Uogólniam? Może i tak, ale uważam, że jeżeli ta książka zmieni zachowanie choć jednej dziewczyny i postępowanie choć jednego chłopaka – to już jest wielki ogromny sukces.

poniedziałek, 2 marca 2020

Teraz albo nigdy

Czytałam już kilka książek autorstwa Szymona Hołowni, ale przyznam się, że żadnej nie czytało mi się tak żmudnie. Trudno bowiem oddzielić w głowie tego Szymona, którego znałam wcześniej jako człowieka z sercem na dłoni, który w miarę zdrowo podchodzi do otaczającego nas świata, od Szymona Hołowni startującego w wyborach prezydenckich. Nie lubię polityki i nie szanuję zbytnio ludzi, którzy się w nią mieszają. A Pana Szymona do tej pory szanowałam, a teraz... mam mętlik w głowie i szacunek nieco mniejszy, (ale tylko odrobinkę). Mimo to sięgnęłam po zbiór felietonów zebranych w tomie "Teraz albo nigdy". I nawet mi się podobało, choć w tyle głowy ciągle miałam obawy na ile to prawdziwe poglądy znanego mi Hołowni, a na ile zajawki polityczne. 
"Teraz albo nigdy" należy do tzw. literatury faktu i jest zbiorem felietonów publikowanych przez Szymona Hołownię na łamach Tygodnika Powszechnego. Zważywszy na to, że do Kościoła (zwłaszcza tego naszego, polskiego) jest mi nie po drodze, to i zrozumiałym jest, że Tygodnik Powszechny również omijam z daleka. Dlatego każdy przeczytany felieton był dla mnie odkryciem, każdy wywoływał burzę w mózgu. Pan Hołownia bowiem nie porusza tematów błahych, a nawet z tych prawie błahych potrafi zrobić wielką rzecz. Pisze po prostu - o świecie, o życiu, o odżywianiu, o męczących nas plagach. Pisze o imigracji, o ekologii i o tym, że trzeba czynić dobro. Jego teksty trafiają prosto w serce, ponieważ dotyczą naszego świata i naszego podwórka. Niestety Pan Hołownia - jako człowiek o sporym ilorazie inteligencji - operuje bogatym słownictwem i nie ulega wątpliwości, że jego felietony do szarego Kowalskiego czy Nowaka raczej nie trafią. Po prostu zbyt trudne słownictwo i zawile zbudowane zdania zniechęca przypadkowych czytelników do lektury. 
Pan Hołownia ma bardzo mocne poglądy i wyraźnie oddziela to, co dobre od tego, co złe przez pryzmat chrześcijaństwa. Znane są przecież jego książki, które mają na celu przybliżenie statystycznemu Kowalskiemu kościoła i zasad, jakimi się On kieruje. W nich nie ma tematów do rozważań a nawet jeżeli są to takie na wprost. W "Teraz albo nigdy" każdy felieton budził w mojej głowie pytania, każdy prowadził do krótkiej refleksji. Tu dla odmiany nie ma nic na wprost. Z tej książki Szymon Hołownia wyłania się jako piekielnie inteligentny kandydat na prezydenta o silnych poglądach i wyraźnie wymierzonym celu. Tylko czy to dobrze? 
Cóż - Pan Hołownia moim prezydentem na pewno nie będzie, ponieważ Jego drogi zbyt często krzyżują się z drogami czarnych panów,. Nie zmienia to jednak faktu, że szanuję Go bardzo przede wszystkim za to, co robi dla Fundacji Kasisi. To niewątpliwie wielka rzecz i żadne wybory prezydenckie tego nie zmienią Panie Szymonie!

Żółty ptak śpiewa

Wiele książek powstało, które opisują tragedię Żydów podczas II wojny światowej. Niedaleko szukać - znana wszystkim "Lista Schindlera", "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku", "Wieczni tułacze", "Oskarżam Auschwitz", "Historia Ireny Sendlerowej" (nie wspomnę o wszystkich bibliotekarkach położnych i tatuażystach z Auschwitz, których w ogóle nie powinno być na księgarskich półkach). Wszystkie te książki opowiadają pewną historię, ale trudno nie zauważyć, że odnoszą się do losów Żydów jako narodu. Tymczasem ja zawsze szukałam książek, które opisują losy jednego bohatera bez tła całego narodu. Dawno temu zachwyciła mnie książka, którą do dzisiaj wspominam. To "Biegnij chłopcze biegnij". Bardzo ją przeżyłam i uważam, że to jedna z najlepszych książek mówiących o losach Żydów podczas wojny. Teraz na podium dołączyła książka pt. "Żółty ptak śpiewa". Powieść, która od początku do końca jest smutna, rzewna i przepełniona muzyką. Powieść, która chwyta za serce i trzyma w molowej tonacji. 
Róża wraz z pięcioletnia córka Szirą ukrywają się w stodole pewnego wieśniaka przed Niemcami. Nietrudno się domyślić, że są Żydówkami. Róża dzień po dniu robi wszystko, aby Szira siedząc na stryszku nie hałasowała. Ale jak zmusić pięciolatkę do siedzenia cichutko w jednym miejscu? Róża jest zawodowym muzykiem i dzięki temu może zając małą dźwiękami. Dziewczynka wykazuje ogromny talent muzyczny; jej głowę przepełniają dźwięki, etiudy i wymyślone symfonie. Jako dziecko skrzypka i wiolonczelistki od małego obcowała z muzyką i to dzięki niej ma cudowne wspomnienia z dzieciństwa. Szira na strychu ma małego, wyimaginowanego ptaszka, który śpiewa cichutko swoją piosenkę złożona z 18 nutek. Dba o ptaszka, daje mu jeść i martwi się, kiedy ptaszek nie wraca... 
Niestety na skutek pewnych okoliczności Róża musi rozstać się z córką. Dziewczynce pomaga przetrwać muzyka... 
Ta powieść jest dla mnie oszałamiająca głównie ze względu na skrzypce. Mój syn gra na skrzypcach od piątego roku życia i wiem, jaki to jest magiczny instrument. Kiedy więc czytałam o małej ukrywającej się dziewczynce, której jedynym marzeniem było to, aby grać, a jednocześnie na każdy szelest przepełniała się strachem, której ciągle farbowano włosy i która o każdej porze dnia i nocy musiała być gotowa na spędzenie wielu godzin za szafą. Serce mi łkało i płakało z żalu. Radość natomiast przynosiły mi te części powieści, w których Szira była szczęśliwa. Kiedy pobierała lekcje skrzypiec u Pana Skrzypka wiedziałam, że przepełnia ją radość od małego palca u nogi po koniuszek włosów. Kiedy grała zamykała w pudle rezonansowym cały świat. To właśnie skrzypce pomogły jej przetrwać, w nich zamykała rozpacz i tęsknotę. 
Urzekło mnie zakończenie. Niby wszystko dobrze się skończyło, ale jednak nie do końca. To nie szkodzi, bo przecież przeżyły, tylko pytanie, co im w sercach pozostało.... 
Piękna książka, a jednocześnie straszna. Aż się wierzyć nie chce, przez jakie piekło musieli przechodzić wtedy ludzie pochodzenia żydowskiego, jak bardzo byli poniżeni i jak niewiele im było potrzeba, aby złapać nadzieję. Ot mały żółty ptaszek, który żyje tylko w wyobraźni pięcioletniej dziewczynki... 
Zachwyciły mnie opisy muzyki, i ciekawostek z nią związanych. Są bardzo plastyczne i wyraziste. Sądzę, że zachwycą nawet tych, którym przysłowiowy słoń nadepnął na ucho. Piękno tej powieści to właśnie muzyka. Gdyby nie ona pozostałaby przygnębiająca historia. To właśnie sceny, kiedy malutka chce się uczyć nutek, kiedy układa w głowie melodię, kiedy z miłością przytula policzek do pudła rezonansowego są osią tej powieści. Przejmująca jest też scena, kiedy dziewczynka zostaje zmuszona do zagrania koncertu dla niemieckiego oficera. Podczas tego koncertu widać wyraźnie, że muzyka łagodzi obyczaje. 
Zachwyciła mnie ta książka, choć z zupełnie innego powodu niż innych czytelników. Nie wiem czy bez muzyki byłaby tak samo świetna. Ale jedno jest pewne - z nią jest fenomenalna.

niedziela, 1 marca 2020

Podróż Cilki

Są pewne tematy, których nie należy spłaszczać. Powiem więcej - są pewne tematy, których dotykanie, obracanie w dłoniach i przenoszenie na papier powinno być przemyślane po tysiąckroć. Wiele krzywdy można zrobić pisząc z lekkością o pedofilii, pisząc niedbale o depresji, czy też pisząc frywolnie o miejscach, które są związane z tragediami ludzkości. 
„Tatuażysta z Auschwitz” to powieść, która przeraziła mnie właśnie swoją lekkością. Jak można o obozie zagłady pisać w taki sposób? Może przesadzam, ale czytając tę powieść byłam oburzona ujęciem tematu. Z jednej strony piece krematoryjne, miliony ludzkich istnień przemienionych w dym, a z drugiej strony wielkie love story. Brakowało tylko unoszącego się nad głowami serduszka i świergotu ptaszków. Nie zdziwiło mnie oburzenie historyków, którzy bardzo krytycznie wypowiadali się o tej książce wskazując setki przekłamań i – powiem wprost – bzdur, którymi uraczyła czytelnika autorka. 
Do "Podróży Cirki" podeszłam więc z dużą ostrożnością. I dobrze się stało. Widać, że autorka za bardzo nie przejęła się negatywnymi opiniami i znowu stworzyła powieść, która aż boli od nadmiaru szczęśliwych zbiegów okoliczności. Kontrast pomiędzy ogólnie dostępną wiedzą o życiu w łagrach i tym, co opisała autorka jest ogromny. 
Powieść jest lekka. Uwierzcie mi - pomimo ciężkiego tematu, jakim jest życie i przetrwanie na zimnej Syberii, książkę czyta się lekko łatwo i przyjemnie. To jakieś pogranicze fantastyki. Czytamy jak więźniarki haftują sobie serwetki na ścianę, gotują herbatę w czajniczku... nie ma głodu, chorób i nędzy. Jakoś to wszystko się turla i nie ma obawy o życie. Obozowy szpital, w którym pracuje Cirka przypomina po prostu prowincjonalny szpital. Jest karetka, są pielęgniarki oddany lekarz... wybaczcie. 
Cirka ma wyjątkowe szczęście. Szybko znajduje pracę w cieple, ma sporo jedzenia (na tyle dużo, że może dzielić się z nimi ze współwięźniarkami) Co więcej - gwałcący ją więzień nie jest nikim złym. Nawet Cirka jest mu wdzięczna, bo chroni ja przed gwałtami innych mężczyzn. Rodzi się między nimi uczucie! Wybaczcie, ale przypomina to bajeczkę dla dorosłych, którym propaganda nie chce pokazać tego, co naprawdę się tam działo. 
Należy podkreślić, że przy wszystkich niedociągnięciach dotyczących fabuły, warsztat pisarski autorki jest po prostu słaby. Pani Morris na co dzień zajmuje się pisaniem scenariuszy filmowych i to po prostu widać. Sztywne i mierne dialogi, płytkość pióra... trudno zaakceptować tak trudny temat w sposób zaproponowany przez autorkę. 
Podsumowując – człowiek, któremu brakuje empatii i zwykłej ludzkiej uczciwości nie powinien brać się za tak trudną tematykę. Mam nadzieję, że w przypadku Pani Heather Morris to raczej brak pisarskiego talentu, niż nieuczciwość. Boli jednak to, że pomimo skandalu, jaki trwa po publikacji jej książek autorka zapowiada trzecią powieść z tej serii. Cóż, niektórzy nie widzą, nie słyszą, nie czują...

sobota, 29 lutego 2020

Architekci śmierci. Rodzina inżynierów Holocaustu

Druga wojna światowa to wydarzenie, którego cała ludzkość powinna się wstydzić. Nie potrafię wyobrazić sobie ogromu tragedii, jaki wówczas został zafundowany niektórym nacjom. Mówi się, że ludzie ludziom zgotowali ten los... Książka „Architekci śmierci. Rodzina inżynierów Holocaustu" idealnie pokazuje, że to motto jest do bólu prawdziwe. 
22 marca 2017 r. Hartmut Topf przybył do Auschwitz. Jak zwykły turysta zwiedzał teren obozu, słuchając w słuchawkach słów przewodnika. Był - o ironio - gościem honorowym, goszcząc na otwarciu wystawy ukazującej działalność firmy Topf i synowie. Został zaproszony jako przedstawiciel firmy, której logo znane jest na całym świecie ze zdjęć drzwiczek do pieców krematoryjnych. Hartmut musiał przez całe życie dźwigać brzemię rodzinnej firmy, choć sam nie miał z nią nic wspólnego. Kochał teatr lalek. Był prostym lalkarzem... 
Poznajemy historię rodziny Topf od samego początku. Firma została założona w 1878 r. przez mistrza piwowarskiego Johanna Topfa. Johann nie był zbyt dobrym biznesmenem i długo walczył, aby jego firma jako tako prosperowała. Rodzina była po prostu biedna. Dopiero, gdy zmieniono profil firmy interes zaczął się kręcić. Johann pozostał w interesie browarniczym, ale zajął się ulepszaniem procesu ogrzewania, który był konieczny do uwarzenia piwa. Na początku XX wieku firma śmigała aż miło. Firma Topfów miała już własny zakład i budynek administracyjny. Niestety rodzina nie należała do szczęśliwych. Byli skłóceni, walczyli o wpływy, jeden ze współwłaścicieli popełnił samobójstwo. Firma jednak nadal działała specjalizując się w budowie pieców słodowniczych. Do czasu. 

Harmut Topf 
Na początku XX wieku w Republice Wajmarskiej toczyła się dyskusja na temat istoty kremacji i zasad, jakie powinna spełniać. Ustalono wiele procedur, które miały na celu zachować godność człowieka nawet podczas spalania jego zwłok i w trakcie dalszego postępowania z prochami. Kremacja była uważana za najbardziej etyczny i higieniczny sposób postępowania ze zwłokami. Było to o tyle wygodne, że ilość zwłok - wraz ze zwiększaniem się ilości obozów pracy - była coraz większa. I tu dochodzimy do istoty sprawy. Kurt Prűfer, będący w firmie specjalistą od pieców jest idealnym przykładem tego, jak bardzo Niemcy udawali, że to, co robią, jest zupełnie normalne. Prace nad ulepszeniem pieców krematoryjnych były prowadzone w zupełnej znieczulicy. Dopóki dotyczyły zwykłego chowania zmarłych, nie budziły zastrzeżeń. Ale kiedy zaczęto je ulepszać tak, aby w ciągu doby spalić jak najwięcej zwłok więźniów... Potworne. Czytając o planowanych ulepszeniach, które miały powodować taśmowe spalanie zwłok, taśmociągach do przesuwania ludzkich ciał, pracach nad tym, aby dym nie wydzielał zapachu... coś strasznego. Czytałam i nie wierzyłam własnym oczom. Najgorsze jest to, że z książki wynika, że Oni naprawdę uważali, że nie robią nic złego. Przecież polityka Hitlera jest korzystna dla Niemców, a cel uświęca środki. 
Logo firmy Topf & Soehne
na jednym z pieców krematoryjnych
Książka napisana jest z historyczną zaciętością. Nie jestem historykiem i nie potrafię ocenić jej wartości pod tym kątem, ale niewątpliwie wiedza, którą niesie w sobie jest przedstawiona w taki sposób, że wchodzi do głowy i serca, i długo tam pozostaje. Niby bez emocji, niby sucho przedstawia fakty, ale są one tak straszne, że trudno o nich zapomnieć. Książa warta polecenia każdemu, kto choć trochę interesuje się literatura obozową. Jestem przeciwniczką tego, co się obecnie wyrabia w literaturze. Bibliotekarka z Auschwitz, położna z Auschwitz, tatuażysta z Auschwitz... wszystko sfabularyzowane, spłaszczone i miałkie o niewielkiej wartości. Takie książki powinny być zakazane. Szukajmy książek, które mają do coś do przekazania i tu polecam „Architektów śmierci” Rewelacyjna pozycja pokazująca, jak bardzo Niemcy oswoili śmierć. Jak bardzo źle traktowali inne narody. I jak niewiele rozumieli.

piątek, 28 lutego 2020

Matki z Lovely Lane

Trzeci tom serii "Pielęgniarki" autorstwa Nadine Dorries to kolejne trzy godziny cudownej lektury. Pierwsze dwa tomy pochłonęłam, delektując się nastrojem Liverpoolu w latach 50 XX wieku. Pomimo ciągłego smogu, wilgoci i zimna jest w tym mieście coś zaczarowanego. Ta atmosfera rodem z Harrego Pottera urzekła mnie i zniewoliła. Ale od początku.
Okres powojenny to dla kobiet bardzo trudny czas. Wiele z nich wojna uczyniła wdowami, często samotnie muszą wychowywać swoje dzieci, ledwo wiążąc koniec z końcem. Pracownicy szpitala St. Angelus wspierają takie rodziny jak mogą. Co więcej - sami tworzą wielką rodzinę, której członkowie są dla siebie na dobre i na złe. Nad wszystkim czuwa szpitalna mafia, na czele której stoi Dessie. Nadzorując pracę chłopców na posyłki dba o każdego z nich. Żadnego nie zostawi w potrzebie, co więcej - wymaga od ich matek, aby dbały o nich, aby każdy miał czyste buty i pełny żołądek. Dessie pomaga również Noleen, której mąż wrócił z wojny bez nogi. Nie może znaleźć pracy i z dnia na dzień pogrąża się w coraz głębszej depresji. Nie cieszy go nawet sukces syna, który jako pierwszy w historii całej dzielnicy zdał egzamin do gimnazjum. Cóż z tego, że zdał, skoro rodziny nie stać na zakup książek, o mundurku i butach nie wspominając... Możemy też poznać losy Lorcana Ryana. Lorcan jako jedyny z kilku braci nie zszedł na złą drogę. Chłopiec pomimo przeszkód w postaci depresji matki robi wszystko, aby jego dom stał się prawdziwym domem. Nie poddaje się i walczy. Kto mu przychodzi z pomocą? Oczywiście mafia ze szpitala St. Angelus. 
Pokochałam Wiktorie, która w całej swojej beztrosce popełnia błąd swojego życia, za który przyjdzie jej słono zapłacić. Uwielbiam Emmily, która kwitnie pod wpływem rodzących się uczuć. Z rozrzewnieniem czytałam o chłopcach należących do batalionu Dessiego. Dumni z tego, że pracują, robią wszystko, aby szef był z nich zadowolony. A Dessie wiedząc, że wypastowane buty i czysta chusteczka mogą być problemem ze względu na brak pasty lub mydła, wciskał chłopakom do ręki monety, które pozwalały na konieczne zakupy.       
Łyżka dziegciu w tym miodzie musi jednak być. Zabrakło mi informacji, co się wydarzyło z jedną z bohaterek tomu II. Na samym końcu dziewczyna robi głupstwo i byłam bardzo ciekawa, co z tego wyniknie. A tu klops. Ani słowa o niej. Myślę więc, że trzeba wyobrazić sobie samemu zakończenie tego wątku. Szkoda. 
Trudno mi pisać na temat tej książki, bo to już trzeci tom i właściwie powinnam wykonać "kopiuj wklej" z poprzednich recenzji. Wspaniała, ciepła, nastrojowa z pięknym klimatem... te wszystkie słowa już padły. Dlatego tym razem napiszę troszkę inaczej. To piękna książka o przyjaźni i solidarności międzyludzkiej. To książka, która pokazuje, że jeżeli masz wkoło siebie życzliwe Ci osoby, to nic cię nie złamie. To książka, która nastraja czytelnika do boju i powoduje, że chce się żyć. Cała plejada uczuć przewija się przez karty tej powieści: miłość, przyjaźń, zdrada, zazdrość. Radość przeplata się ze smutkiem a śmierć z nowym życiem. Wszystkie te uczucia przychodzą i odchodzą pozostawiając ślad w sercach naszych bohaterów. Piękna to rzecz taki talent, który pozwala na pisanie o całej gamie uczuć bez cienia banalności.
Szczerze polecam, jeżeli tylko macie ochotę na zatopienie się w magicznej powieści o ludziach, o życiu, o uczuciach. 

czwartek, 27 lutego 2020

Ellie

"Był sobie pies" to historia, która wzruszyła dzieci z całego świata. Dorosłych zresztą również, czego ja sama jestem najlepszym przykładem. Idąc za ciosem przeczytałam oba tomy opowiadające historie Baileya, a raczej jego kolejnych wcieleń. Już z żalem myślałam, że to koniec przygody z psiakami, a tu taka niespodzianka! W moje ręce wpadła książka dla dzieci z serii "Był sobie szczeniak" pt. Ellie". Świetna powieść, która jest godną następczynią serii o przygodach Baileya. 
Ellie jest owczarkiem niemieckim, którą poznajemy zaraz po urodzeniu. Jej umiejętności i talent od razu stają się widoczne dla Jacoba, który przychodzi wybrać dla siebie psa. Jak szybko się okazuje Jacob jest policjantem pracującym wraz z psem podczas poszukiwań zaginionych osób. Szybko okazuje się, że Ellie ma wyjątkowy węch i rewelacyjny talent do wykonywania powierzonej jej pracy. 
Powieść napisana jest w taki sposób, że mój syn ciągle zaśmiewa się podczas lektury. Świat ludzi widziany z perspektywy psa jest śmieszny i pocieszny. Ellie nie może się nadziwić jak duże jest "Na zewnątrz", nie rozumie, dlaczego ludzie wyrzucają takie przysmaki jak kości i co za przyjemność mają z kąpieli w wannie. Kiedy podczas tresury odnajduje ukryte skarpetki (celowo porzucone przez treserów) nie może nadziwić się jak ludzie to robią, że tyle rzeczy gubią. Książka świetnie pokazuje proces szkolenia psa, który podczas zabawy uczy się, co oznaczają poszczególne komendy i zachowania właściciela. Autor próbuje nawet ukazać proces myślowy zachodzący w głowie psa, przybliżając dzieciom jak ważna jest systematyczna praca i konsekwencja w tresurze pupili. 
Ellie musi długo się szkolić zanim zrozumie, że wyciągnięta ręka przypadkowego przechodnia z kawałkiem bajgla przeszkadza jej w pracy, którą przecież kocha i uwielbia wykonywać. Jest bardzo dumna, kiedy właściciel ją chwali, a szczytem pochwały jest zabawa w przeciąganie sznurka. Tak niewiele, a tak dużo... 
Autor pokazuje małemu czytelnikowi jak ważne jest to, aby nie zaczepiać psów na służbie, bo można go niechcący rozproszyć, a to może kosztować kogoś życie.  
Towarzyszymy Ellie od chwili narodzin aż po emeryturę. Na skutek pewnych wydarzeń Ellie dość wcześnie kończy służbę, lecz nie przestaje pracować. Chodzi wraz z właścicielką (tak, właśnie właścicielką, którą, na skutek niewesołych okoliczności, zostaje Maja) po szkołach i przybliża dzieciom prace policyjnych psów. Nawet na emeryturze Ellie ma okazje pokazać swoje umiejętności, dzięki czemu po raz kolejny ratuje człowieka. Przyznam się, że choć jest to książka dla dzieci z nerwem czytałam o poczynaniach Ellie, kiedy ratowała Georga z opresji.  

Świetna książka, którą dzieciaki na pewno przeczytają z ogromnym zainteresowaniem. Nie ma tu żadnych wygibasów językowych, które zniechęcą do lektury. Ważna jest treść i to, aby w jasny sposób dotarła ona do małego czytelnika. Powieść pokazuje jak ważna jest praca policyjnego psa. A że przy czytaniu jest sporo śmiechu to już zupełnie inna sprawa. 

wtorek, 11 lutego 2020

Dzieci z Lovely Lane

Z niecierpliwością czekałam na tę książkę. Po przeczytaniu pierwszego tomu byłam bardzo urzeczona ciepłem, urokiem i delikatnością tej powieści. To jedna z tych książek, przy których światło z lampy zawsze jest przytulne. To niesamowite uczucie grzać serce przy czytaniu. Piękna fabuła i wspaniałe tłumaczenie, które w pełni oddaje bogactwo naszego języka. Mieszanka - jak dla mnie - mistrzowska. 
Drugi tom wcale nie ustępuje pola pierwszemu, choć przyznam, że na początku miałam mieszane uczucia. Gdzieś bowiem zniknęły nasze główne bohaterki. Zostały w tyle ustępując miejsca innym postaciom. Szybko jednak przekonałam się, że nowe wątki i uczucia tylko dodają smaczku całej historii.
Szpital St. Angelus rozrasta się i rozwija. Przełożona pielęgniarek coraz bardziej tęskni do czasów, kiedy miała zaufaną zastępczynię. Niestety kobieta piastująca te obowiązki nie wróciła po wojnie na swoje stanowisko. Dlatego też szpital rozpisuje konkurs na Z – cę przełożonej pielęgniarek. I tu pojawia się pierwsza nowa postać - panna Ava Van Gilder, która ani trochę nie przypada do gustu naszym przyjaciołom. Zimna i surowa kobieta szybko zyskuje przydomek Krwawa Ava Wampirzyca. Nikt nie przypuszcza, że jej zły charakter to czubek góry lodowej, a jej zamiary wobec szpitala…
Wątek przedstawiający drugą nową postać początkowo mnie trochę mierził. Nijak nie łączył się ze szpitalem, nie było tu żadnych powiązań między postaciami, a poświęconego „czasu powieściowego” pochłaniał dość sporo. Poznajemy Lily i jej rodzinę w trudnych dla nich momentach. No dobrze – pięknie napisana historia, ale żeby tak bez ładu i składu wpleść ją do opowieści o szpitalu… Szybko jednak zrozumiałam swój błąd. Autorka najpierw kazała mi się zaprzyjaźnić i emocjonalnie związać z bohaterami, a jak ich pokochałam, to zostałam zmuszona do poznania ich powiązań ze szpitalem. Niestety. Więcej nie napiszę, ale uwierzcie - niejedna łza potoczyła się po moim policzku.
Nie można pominąć perypetii naszych dawnych znajomych - Dana, Victoria, Beth oraz Pammy świetnie sobie radzą. Co więcej – ich serca po cichutku zaczynają bić nie tylko dla nich, ale też dla innych, męskich serc. Dziewczyny przebojem wchodzą w życie codzienne szpitala. Przeżywają radości i smutki, a każdy nowy pacjent to kolejne wyzwanie.
Liverpool lat 50-tych XX wieku w drugim tomie powieści przestaje być ciepłym i przyjaznym miastem. Nagle oczom czytelnika ukazują się dzielnice dla biedoty, wszechpanujący smog niszczący płuca mieszkańców i ogromna bieda. Z jednej strony widzimy jak biedne warstwy społeczne są wyzyskiwane, a z drugiej ogromną solidarność tych ludzi. Każdy stara się jak może wspomóc tego, który akuratnie znajduje się w biedzie. Ta solidarność bardzo łapie za serducho i pokazuje, że warto trzymać się razem.
Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszą rekomendacją, przy kilkutomowych powieściach, jest jedno zdanie recenzenta świadczące o tym, czy sięgnie po kolejny tom. Oświadczam więc - sięgnę po kolejny tom i wszystkie następne. I bardzo będę smutna, kiedy zamknę okładkę ostatniego tomu. A tak na poważnie – polecam gorąco.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Syn pszczelarza

Amisze to niewątpliwie jedna z tajemnic współczesnego świata. Nie potrafię pojąć, jak w dzisiejszych czasach potrafią być wierni swoim ideałom. Żyją w odizolowanych wspólnotach kierując się zasadami, które dla większości z nas byłyby nie do przyjęcia. Ich "Ordnung" reguluje wszelkie aspekty codzienności: od techniki, jakiej można używać, po kobiece fryzury i kolor materiałów na ubrania. Mężczyźni do czasu ślubu golą zarost twarzy, a żonaci zapuszczają długie brody. Wąsy są raczej nietolerowane, gdyż kojarzone są z przynależnością do armii, a Amisze są pacyfistami. Nie praktykuje się małżeństw z osobami spoza wspólnoty. (opis za Wikipedią)
„Syn pszczelarza” to książka, której akcja dzieje się właśnie w społeczności Amiszów. Piękna, ciepła, spokojna i urocza powieść, skupiająca się przede wszystkim na uczuciach. Poznajemy rodzinę Abigejl, która po stracie męża postanawia przenieść się na drugi koniec Stanów Zjednoczonych do wspólnoty będącej domem dla jej adoratora z czasów młodości. Do południowego Teksasu przybywa razem z dziećmi. Najstarsza córka Debora to panna na wydaniu, której nowe miejsce absolutnie nie przypada do gustu. Suche połacie ziemi, dziwne zwierzęta i zieleń w szczątkowej postaci przygnębiają Deborę i wzmagają tęsknotę za poprzednim domem. Tęsknota zostaje na szczęście przyćmiona od chwili, w której poznaje Fineasza.
Urzekła mnie historia tego uczucia, podobnie jak i uczucia rodzącego się obok, niejako przypadkiem i bez udziału zainteresowanych. To pięknie opowiedziana historia pokazująca, że pomimo pośpiechu i zagubienia gdzieś tam toczy się zwykłe spokojne życie.
Czytanie o zwyczajach i codziennym życiu Amiszów sprawiło mi wielką przyjemność. Ci ludzie zostali gdzieś w poprzedniej epoce i przepięknie celebrują to, co większości z nas jest nieznane. Zaloty mężczyzny do kobiety to proceder, o którym się mówi, a nie się go wstydzi. Młodzież spotyka się na śpiewaniu i tam rodzą się pierwsze nieśmiałe uczucia. Gdzież tam jest miejsce dla Facebooka i Tweetera? Na szczęście nie ma. Jest za to miłość, rozmowa i nieśmiałe trzymanie się za rękę.
Zapewniam Was, że przy lekturze poczujecie związek z naturą i to ulotne coś, które powoduje, że człowiek jest szczęśliwy. Polecam.

środa, 5 lutego 2020

Oleńka. Panienka z Białego Dworu

Czy znacie takie powiedzenie: "Obyś żył w ciekawych czasach"? To właściwie bardziej klątwa niż powiedzenie, bo życie w ciekawych czasach niewątpliwie oznacza kłopoty. Ciekawe czasy oznaczają, że dużo się dzieje, a jeżeli dużo się dzieje, to ludzie dzielą się na tych, którzy korzystają ze zmian i tych, których zmiany krzywdzą. Nie ulega wątpliwości, że książki ukazujące losy ludzi w I połowie XX wieku to właśnie powieści o ciekawych czasach... Nie ukrywam, że uwielbiam. 
Niedawno zaczytywałam się w serii pt. „Dwieście wiosen”. Trzy rewelacyjne tomy ukazujące zagmatwane losy rodziny Konarskich. Seria urzekła mnie i namiętnie szukałam czegoś podobnego. Na szczęście moje poszukiwania nie były zbyt długie. „Oleńka. Panienka z białego dworu” to pierwszy tom cyklu „Wiek miłości. Wiek nienawiści”. Sami przyznacie, że brzmi ciekawie, zwłaszcza, jeżeli dodamy do tego opis wydawcy, który informuje nas, że powieść opisuje „dramatyczne dzieje polskiej rodziny ziemiańskiej z Wileńszczyzny”. 
Kiedy poznajemy tytułową Oleńkę, żyje sobie Ona jak pączek w maśle. Jest najmłodszą córką bardzo bogatych Państwa Ostojańskich. Ich majątek jest ogromny. Pałac, gorzelnia, stadnina i majątek ziemski, ciągnący się aż po horyzont. Nic więc dziwnego, że Oleńska ma wszystko, o czym tylko zamarzy. Cieniem jedynie kładzie się pochodzenie jej ukochanego Joachima. To prosty nauczyciel w wiejskiej szkole, nie ma więc wątpliwości, że się tatce nie spodoba. Oleńka jest bardzo rozsądną osóbką i zdaje sobie sprawę, że taki mezalians nie wchodzi w grę. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że ten problem za kilka chwil będzie niczym w porównaniu z tym, co szykuje dla niej los. Na skutek pewnych wydarzeń Oleńka zostaje skazana na głód i poniewierkę. Z bogatej panienki musi przeistoczyć się w kobietę, która weźmie los za rogi i nie podda się. Nie traci jednak dumy i świadomości swojego pochodzenia, choć los nie szczędzi jej wyzwań. Dziewczyna, której niczego nie brakowało, musi zadbać o opłaty, jedzenie i buty na zimę… 
Powiem tak – to jest wspaniała powieść na długie, zimowe wieczory. Wydarzenia opisane piękną polszczyzną silnie działają na wyobraźnię czytelnika. Widziałam te pola, pachnące kwiaty i błoto powstałe po w pierwszych ciepłych deszczach. Autorka z wielką wrażliwością dobiera każde słowo tworząc przepiękne obrazy, urzekające odbiorcę. Wielka to przyjemność czytać taką prozę. Nie będę jednak ukrywać, że jeżeli liczycie na szybką akcję, nagłe zwroty i fabułę rodem z Gwiezdnych wojen to nic z tego. To powieść, która chwyta za serce i nie puszcza aż do ostatniej strony. Losy Oleńki są poruszające, ale fabuła niczym nie zaskakuje i jest dość przewidywalna. Nie zabiera to jednak przyjemności czytania. Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy.