piątek, 17 lutego 2012

Sześć tomów to stanowczo za dużo...

Skończyłam szósty tom serii "Oko jelenia" i jest mi z tym dobrze. Książka nie porwała mnie choć przyznaję - była lepsza niż poprzedni tom. Trudno się jednak temu dziwić. Przecież autor musiał zakończyć wszystkie rozpoczęte wątki, których nie było mało.
Nie będę wdawać się w szczegóły fabuły, bo książka zainteresuje jedynie tych, którzy poznali treść pięciu poprzednich tomów. Powiem jedynie, że wszystko kończy się dobrze. Co więcej - przewidywalnie, a to już nie jest zaleta. Mam wrażenie, że autor sam miał dość tej historii i nie wysilił się, aby czytelnika zaskoczyć. Zadanie (polegające na odnalezieniu scalaka) nagle przestaje być ważne, łasica znika, inny wymiar przestaje się interesować naszą cywilizacją... wygląda to tak, jakby pan Pilipiuk dusił się w atmosferze XVI - wiecznego Gdańska i chciał tę przygodę jak najszybciej zakończyć.
Gdybym spotkała Pana Pilipiuka na ulicy poprosiłabym, aby powrócił do opowiadań, bo mam wrażenie, że im dłuższa forma tym mniej w niej treści. A już sześć tomów....

wtorek, 14 lutego 2012

Okruszki

Okruszki  są takimi cudownymi ziarenkami, które składają się na stwierdzenie "Życie jest piękne". Nawet jeżeli dzień jest ponury, okruszki wywołują uśmiech i iskierkę radości. Ostatnio spotkały mnie trzy okruszki. 

OKRUSZEK NR 1
Wprawdzie urodziny miałam dość dawno, ale zapomniałam się pochwalić. Otóż w pracy moja "Współtowarzyszka niedoli" zwana Agnieszką, a siedząca ze mną w pokoju biurko w biurko obdarowała mnie książką "Dzieci Ireny Sendlerowej". Książka była moim marzeniem i sprawiła mi niesamowitą frajdę. Radość moja była tym większa, że od innej współtowarzyszki (dla odmiany Gosi) dostałam śliczną zakładkę. Podkreślę, że Gosia poczyniła ją własnymi rękoma. Dzięki dziewczyny!


OKRUSZEK NR 2
Moja córcia od początku roku szkolnego uczestniczy w życiu zuchowym. Wsiąkła niesamowicie, poczuwa się do bycia zuchem, a co najważniejsze - uważa, że prawo zucha jest bardzo ważne i należy go przestrzegać. Dostała nawet puzzle zuchowe, które dzielnie ułożyła. W ostatnią sobotę stała się pełnoprawnym zuchem, kiedy to złożyła obietnicę zuchową i otrzymała upragniony znaczek. Mój dzielny zuch!
OKRUSZEK NR 3
Dzisiaj są Walentynki. Święto, za którym nie przepadam i szczerze mówiąc nie znam nikogo, kto przyznałby się, że lubi ten dzień i obchodzi to święto świadomie z radością obdarowując ukochane osoby mdłymi serduszkami. Znam natomiast kilka Mam, które obserwując przygotowania swoich pociech do tego święta dostają gęsiej skórki. Należę do tych Mam. Od kilku dni przygotowywałam Starszą na ewentualne rozczarowanie związane z nieotrzymaniem żadnej "Walentynki". A tymczasem... Moja córka otrzymała kilka walentynek, nie to jest jednak najważniejsze. Najbardziej rozczulił mnie fakt, że jeden z chłopców specjalnie dla niej ułożył z koralików księżniczkę i podarował ją jako Walentynkę. Po prostu chłopak stanął na wysokości zadania!

czwartek, 9 lutego 2012

O tym jak Maks zdobył serca całej mojej rodziny

Moje dzieci mają zupełnie różne gusta czytelnicze. Przyczyna jest prosta. Różnica wieku. Starsza zaczyna sięgać po "Dzieci z Bulerbyn" i "Tajemniczy ogród", a Młodszy? Młodszy zaczyna sięgać, po prostu. Po cokolwiek, co można złapać w łapki, wdrapać się na kolana i zawołać z zapałem "Psiecitaj mi". Była już seria o "Kubusiu Puchatku", był "Tupcio Chrupcio", a ostatnio jest Maks. Książeczka o Maksie jest jedną z niewielu pozycji wertowanych jednocześnie przez moje dzieci. Starsza z przyjemnością czyta młodszemu bratu chłonącemu każde Jej słowo... 
Maks jest przesympatycznym hipopotamem, który uczy się życia na własnych błędach. Pewnego dnia zaprzyjaźnił się z myszką Klarą. Dawał jej ciasteczka i naprawdę ją polubił. Niestety Klara - jak na myszkę przystało - gryzła wszystko co napotkała na swojej drodze i Maks musiał zrozumieć, że myszkę należy przeprowadzić na pola. Jako mądry hipopotamek prędko pogodził się z tą koniecznością. Gorzej Maks wyszedł na nauce liczenia. Ponieważ liczył ciasteczka i banany (które następnie zjadał) w krótkim czasie rozbolał go brzuszek i jedyne co mu zostało, to liczenie kropelek na ból brzuszka. A już historia z muchą i miodkiem stosowanym zamiast packi na muchy zdobyła szturmem nasze wieczorne czytanie!
Książeczka jest po prostu śliczna. Każda strona zawiera przepiękne ilustracje stworzone techniką która powoduje, że obrazki są ciepłe jak świeże bułeczki. Hipopotamek ma tak zabawną i poczciwą minkę, że moje dzieciaki pokochały go od razu. Nie tylko obrazki są magiczne. Sama treść jest równie przyjazna maluchom. Autorka ma dar "pióra dziecięcego". Używa słów i układa zdania w taki sposób, że mój dwu i pół letni synek każdą bajkę pochłania niczym lody czekoladowe. Książeczkę czytaliśmy już ... dzieścia razy. 
Oczywiście Maks jest przyjacielem głównie małych skrzatów, ale te większe też znajdą coś dla siebie. Literki i zdania są tak ułożone i urozmaicone, że ośmiolatka walcząca ze składaniem literek w zdania bez problemu radzi sobie z tym zadaniem. Co więcej - kolorowe wstawki oraz zróżnicowanie wielkości czcionek powodują, że Starsza nie nudziła się czytając. Oczywiście woli, żeby w roli czytającego występował Tatuś. Efekt tego jest taki, że mój mąż pełniący rolę audiobooka przy zasypianiu dzieci, zna Maks prawie na pamięć. 
Świetna książeczka głównie dla małych czytelników - "oglądaczy". Nie ulega wątpliwości, że Ci starsi, którzy z oglądaczy zmieniają się pomału w "czytaczy" również pokochają małego Maksa

A moja rodzina - podkreślam, że cała  - czeka z niecierpliwością na kolejne tomiki o przygodach Maksa który szturmem zdobył nasze czytelnicze życie.   

środa, 8 lutego 2012

Pan Twardowski na kogucie, w jednym kapciu w drugim bucie :-)

"Pan Twardowski" jest jak wiersz pt. "Chory kotek". Każdy z nas kojarzy, o co w utworze chodzi, ale mało kto tak naprawdę zna całą treść od początku do końca. Przecież każdy z nas wie, że Pan Twardowski sprzedał dusze diabłu, a zawołanie "Ta karczma Rzym się nazywa!" jest popularne niczym telewizyjna reklama. Ja sama w pewną letnią noc (oczywiście z księżycem niczym rogalik) uraczyłam moją Starszą opowieścią o czarnoksiężniku, który siedzi na koniuszku owego księżyca i dyndając nogami spuszcza na ziemię pajączka, aby potem posłuchać jego opowieści. Zapewniam Was, że warto poznać legend Imć Twardowskiego od podszewki. Zwłaszcza w wersji Pana Waldemara Wolańskiego, którego wersja wydarzeń jest urzekająca.
Pan Twardowski w tej książce jest ubogim szlachcicem - ogólnie rzecz biorąc wesołym i skorym do rozrywki, niestety zdarza mu się być również bezmyślnym. Towarzyszy mu przygarnięta przez niego Przybłęda. Kiedy diabeł zastawił na niego sidła za pierwszym razem, to właśnie Ona pomogła mu wymigać się od podpisania cyrografu, za drugim razem niestety nie poszło tak łatwo. Przybłęda - w tej wersji legendy - odegrała ogromną rolę. To dzięki Jej poświęceniu Panu Twardowskiemu udało się uniknąć Sądu Niebieskiego. Za jej włosy urodę i młodość szlachcic otrzymał wolność.
" Spójrz w górę. Widzisz jasny sierp księżyca? A na nim ciemną plamkę? To Pan Twardowski. On jeden, lecąc za róg nowiu się zaczepił i teraz na księżycu siedzi. Sam, ale bezpieczny."
Nie tylko "Przybłęda" jest nowością w znanej legendzie. Autor ubarwił opowieść kilkama innym postaciami dodającymi smaczku. Wielką rolę odgrywają czarownice nagabujące i podjudzające diabła, który w tej wersji opowieści przyjmuje pozę niezbyt rozgarniętego fircyka. Jędze napędzają całą historię zgodnie z przysłowiem "Gdzie diabeł nie może tam babę pośle..."
Ważna postacią (choć stosunkowo mało biorącą udział w wydarzeniach) jest też Anioł. Większość czytelników może uznać to stwierdzenie za przesadę, jednak moja córka zbiera anioły i darzy je ogromnym sentymentem. Dlatego też TEN anioł, który uratował Twardowskiego stał się w naszym domu bohaterem.
Książka ma niesamowity klimat. Autor pokazał, że każdą historię można pokazać w taki sposób, aby była oryginalna i niespotykana. Wrażenie to potęgują ilustracje i sposób wydania książki. Tu nie ma slodkich ckliwych obrazków. Wręcz pozwolę sobie na stwierdzenie, że miejscami jest mrocznie i straszno. Do tego dochodzi papier przypominający kolorem (i ubrudzeniami) starodawny pergamin.
Książka powinna być rozdawana na Krakowskim Rynku. Swoją formą przypomina atmosferę Krakowa i Sukiennice. Na grubych marginesach umieszczono grafiki kojarzące się klimatycznie z Krakowem i polską tradycją. Dzięki temu w trakcie czytania książki rodzi się taki specyficzny klimat obcowania z częścią Polskiej historii... legendy... tradycji... A przecież właśnie o to chodzi nieprawdaż?

niedziela, 5 lutego 2012

Oko Jelenia. Tryumf lisa Reinicke i wpadka Pilipiuka

Cóż, nawet najlepszym zdarzają się wpadki. Twórczość pana Pilipiuka bardzo lubię. Jego opowiadania są świetne, a Kuba Wędrowycz doprowadził mnie do płaczu ze śmiechu... przy kilku pierwszych tomach. Natomiast przy ostatnich już nie. Drażniło mnie opowiadanie w kółko tego samego, ciągle te same odzywki i "truskawkowa pryta", która śmieszyła jedynie do pewnego czasu, a potem była po prostu żenująca.
Identyczne odczucia mam z piątym tomem sagi pt. Oko Jelenia. O ile pierwsze trzy tomy pochłonęłam, to przy czwartym wyhamowałam po to, aby z tomem "Triumf lisa Reinicke" wkopać się po kolana w ziemię. Bo tak naprawdę to na 400 stronach tej książki niewiele się wydarzyło. Z dobrej fantastyki wyłonił się nienajlepszy... kryminał? sensacja? Nie wiem. 
Marek wraz ze Staszkiem i Helą przybywają do Gdańska i przez cały piąty tom tam zostają. Marka zamykają w celi, a Staszek usiłuje bronić Helę przed tajemniczym napastnikiem, który bez żadnych emocji morduje kogo popadnie. Kręcą się wszyscy po tym Gdańsku, a z tego kręcenia niewiele wychodzi. Zresztą autor też jakoś tak nie bardzo wiedział co z bohaterami dalej poczynić. Marka wsadził do loszku właściwie bez przyczyny i miałam wrażenie że ten wątek jakoś tak przeszkadzał. Łasica którą uwielbiam nie pojawia się ani razu, akcja się zamula... Mam nadzieję że szósty tom da czadu bo piąty rozczarował mnie permanentnie... 

sobota, 4 lutego 2012

Czyżyk i spółka

Za oknem zima, śnieg i mali towarzysze naszej codzienności - ptaki. Mieszkam w sporym mieście, jednak z daleka od Centrum. Za oknem mam mały ogródek co pozwala na bliższe obcowanie z przyrodą. Kiedy nadchodzi zima Tatko wychodzi na trawkę i przed oknem salonu wbija karmnik. Karmnik dla dzieciaków zbudował dziadek i jest to taki "mercedes" wśród karmników. Ptaszki przylatują co roku i zawsze znajdujemy wśród nich jakiegoś ulubieńca. Moje dzieci potrafią przez naprawdę długą chwile stać i obserwować. Teraz - po lekturze książki "Czyżyk i spółka" - obserwacje maluchów są dużo bogatsze.
Bohaterami książki są przede wszystkim ptaki, ale nie tylko. Jest też wiewiórka, która zbiera zapasy na zimę, jest jeżyk męczący się z jabłkiem umieszczonym na grzbiecie przez bezmyślnego człowieka i wielu wielu innych małych mieszkańców pól i lasów. Nie ulega jednak wątpliwości, że głównymi bohaterami są ptaszki. Sikorki, czyżyki, dzięcioł wielki, bocian, sowa i wiele wiele innych, których nazwy pierwszy raz wymawiałam nie mówiąc już o tym, że nie miałam pojęcia jak wyglądają. Ilu z Was wie jak wygląda makolągwa? Ja z moją Starszą dzięki książce "Czyżyk i spółka" - wiem!
Książka jest dla maluchów skarbnicą wiedzy o skrzydlatych przyjaciołach. Autor w krótkich opowiadaniach przybliża codzienność ptaków. Pokazuje, że zimą pomimo pustego brzuszka niełatwo zdobyć zaufanie do karmnika, że kot jest dla ptaków ogromnym niebezpieczeństwem i że bociany nie zawsze odlatują do ciepłych krajów. Uczestniczymy w zajęciach szkoły sikorek i w staraniach o uciszenie śpiewającego cały czas słowika. Opowiadania są krótkie i przyjazne dzieciom. Niewątpliwie nie jest to książka przeznaczona dla maluchów, ale już średnio rozgarnięty starszy przedszkolak z wypiekami na twarzy będzie słuchał o dzięciole, który ratuje słoninkę dla sikorek. 
Opowiadania ułożone są zgodnie z porami roku. Rozpoczynamy od siarczystej zimy i walki o ziarenka. Wiosną  obserwujemy walkę o lęgową budkę. Latem z wypiekami na twarzy dzieciaki obserwują papużkę, która odkrywa co to znaczy wolność. Opowiadania z części jesiennej uświadamiają dzieciom że jesienią coś się kończy. A już jeżyk zasypiający na zimę w stercie liści... po prostu pupil mojej Starszej. To opowiadanie czytaliśmy kilkanaście razy i nadal może my do niego wracać. 
Jak zwykle w książkach Wydawnictwa Skrzat kluczem do pełnego sukcesu są ilustracje. Obrazki są po prostu prześliczne. Bardzo realistyczne, a jednocześnie bajecznie kolorowe niesamowicie działają na małych odbiorców opowiadań. Zresztą ja też się nimi zachwycałam. 
Książka godna polecenia. Każdy maluch chętnie posłucha o skrzydlatych przyjaciołach i poogląda prześliczne ilustracje.  Ponadto Wydawnictwo - jak zwykle zresztą - dołożyło wszelkich starań aby książka została naprawdę porządnie wydana co oznacza, że idealnie nadaje się na prezent.


czwartek, 2 lutego 2012

Kot w pustym mieszkaniu

Umrzeć - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu. 
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione, 
a jednak pozamieniane. 
Niby nie przesunięte, 
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci. 
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła. 


Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze. 
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma. 


Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery. 
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.


Niech no on tylko wróci, 
niech no się pokaże. 
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można. 
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.


I żadnych skoków pisków na początek. 

Pani Wisławo, jak można było to zrobić kotu...

wtorek, 31 stycznia 2012

Dewajtis

Książek w dzisiejszych czasach jest mnóstwo. Do wyboru, do koloru. Romanse, wilkołaki, szkolna młodzież, wampiry...  W natłoku kolorowych okładek i nieładu w treści trafiłam na prawdziwą perełkę. Okładka smutna (jak na czasy komunistyczne przystało) ale za to jaka treść!
Książka pokazuje lud twardy i prosty, żyjący  na Żmudzi. Marek Czertwan jest człowiekiem ponurym i smutnym, który czuje się skrzywdzony przez swoją rodzinę. Postanawia jednak z pokorą przyjąć swój los. Po śmierci ojca otrzymuje od rodziny jedynie zagrodę po matce, Dewajtę w której rośnie wiekowy dąb oraz obowiązek zarządzania majątkiem Orwidów. Marek jak prawdziwy człowiek pracy przyjmuje na swoje barki ojcowskie wskazówki. Nie buntuje się nawet wtedy kiedy decyzja ta doprowadza do miłosnego zawodu w jego życiu. Marek solidną pracą i sumiennością pomału wstaje z kolan, aby w finale zdobyć zarówno majątek jak i długo wyczekaną miłość. 
Książka dla wielu będzie nic nie wartym romansidłem, w którym autorka przesadziła z kiczem i pustymi frazesami. Jednak należy pamiętać, że Rodziewiczówna pisała w trudnych czasach, a do tego życie jej nie oszczędzało. Po śmierci ojca  przejęła zarządzanie rodzinnym majątkiem co wówczas nie było dobrze odbierane. Wiedziała co to znaczy ciężka praca i presja otoczenia. Musimy też pamiętać, że autorka tworzyła w czasach kiedy kult pracy był bardzo ważny. Kiedy weźmiemy to wszystko pod uwagę nagle okazuje się że książka jest niesamowita. Pokazuje ciężkie czasy i ludzi którzy pomimo trudności kochają swoją ziemię i nie opuściliby jej za nic. 
Natomiast ja zachwycałam się językiem książki - zadbanym, pełnym przepięknych opisów i uczuć. Przeczytajcie sami. 
"Za chmurę siwą się kryło, ostatnią wiązką złotych blasków żegnając stary Żmujdzki zaścianek szlachecki, do brzegu potoku przyparty i otulony seciną lip niebotycznych, wiśni i jarzębiny. Był to sobotni wieczór, rozkoszny dla pracowitego ludu i dobytku. Z pól ściągały na nocleg starodawne sochy, robocze woły, wozy drabiniaste i niewielkie żwawe koniki; schodzili się smukli młodzieńcy z kosami na ramieniu, smagłe złotowłose dziewczęta ze śpiewką na ustach, dziatwa zapędzająca pod strzechy stada bydła i owiec.
Aż wreszcie uciszył się zaścianek, skupiło Ŝycie po izbach i podwórzach, gdzieniegdzie ozwały się tony skrzypiec i fujarki, śmiechy młodzieży, gwar nawoływania, a bociany wstawały na gniazdach i jak kaznodzieje prawiły coś do tej rzeszy ludzkiej…
Niech się schowają wszystkie wampiry i młodzieżowe slangi !

wtorek, 24 stycznia 2012

Wrota

Przy czytaniu tej książki nastąpiło niebezpieczne zjawisko. Mianowicie co i rusz miałam ochotę sięgać do czeluści internetu, żeby sprawdzić, czy to wszystko co opisuje autor to prawda? Czy rzeczywiście takie cuda można robić? Czy nauka posunęła się już tak daleko?
Ale od początku. Samuel mieszka w małym miasteczku gdzie wszyscy się znają. Jest chłopcem inteligentnym, ma sto pomysłów na sekundę i tysiąc pytań na minutę. Zastanawia się m.in. ile aniołów zmieści się na główce od szpilki. Chłopiec zdobył moje serce logicznym myśleniem i postrzeganiem świata. Pewnego październikowego dnia Samuel postanawia przyspieszyć długo oczekiwany Halloween i zaczyna zbierać wśród sąsiadów słodkości. Kiedy puka do drzwi pobliskiego domu otwiera mu niemiły mężczyzna. Przegania chłopaka, ten jednak nie odpuszcza. Przypadkiem zagląda do piwnicy gdzie odbywa się seans przypominający wywoływanie duchów. Skutki są opłakane... otwierają się wrota do innego wymiaru, a zło tam mieszkające wciąga w otchłań osoby biorące udział w seansie. Osoby te powracają do naszego świata, jednak nie sa już sobą, a ich ciała służą jako "opakowanie" dla stworów i zła. Samuel postanawia szukać pomocy, ale oczywiście nikt mu nie wierzy. Dopiero naukowcy, którzy nadzorują pracę Wielkiego Zderzacza Hadronów łączą fakt awarii pracy tego urządzenia z historiami opowiadanymi przez Samuela. Dalej opowiadać nie będę. Dodam tylko, że oczywiście dochodzi do ostatecznej walki która... ma w tej książce niesamowitą oprawę.
Książka zdobyła mnie sposobem ujęcia tematu. Przecież historii o tym jak zło próbuje zawładnąć światem jest naprawdę wiele. Tymczasem ta historia przez zastosowane słownictwo i ujęcia "naukowych" problemów wydaje się realna jak żadna inna. Do tego autor ma wyjątkową umiejętność opisywania zdarzeń tak, aby czytelnik nie tylko miał zdarzenia przed oczami, ale do tego krzywił nos ze smrodu i czuł, że w życiu opisywanego przedmiotu nie dotknie. Zdolności autora w tej materii połączone są z poczuciem humoru, lekkością słowa i ironicznym, wręcz ciętym piórem. Wybuchowa mieszanka! Przykład: demon o imieniu Zwrotek jest "Demonem Rzeczy Które Kręcą Się W Kółko Odrobinę Za Długo, odpowiadający także za Zapach Waty Cukrowej Kiedy Czujesz Się Nieswojo oraz Utrzymujący Się Długo Smrodek Małych Dzieci Którym Jest Niedobrze". Boskie!
Warte podkreślenia jest też podejście do dylematów i informacji natury naukowej. Autor często tłumaczy problemy czarnych dziur, cząstek, akceleratorów i innych zmór, które mnie atakowały w szkole na lekcjach fizyki w sposób wyjątkowo ciekawy. Zresztą przeczytajcie próbkę
Wielki Zderzacz Hadronów był - jak sugeruje sama nazwa - naprawdę wielki. A konkretnie miał 27 kilometrów długości i tkwił w kulistym tunelu wykutym w skale w okolicach szwajcarskiej Genewy. LHC (...) był akceleratorem cząstek największym z dotychczas zbudowanych, czyli urządzeniem służącym do zderzania śmigających w próżni protonów. Składał się z 1600 elektromagnesów schłodzonych do temperatury 271 stopni poniżej zera (w tym miejscu i mnie i was korci by zawołać: O kurczę, musi  być naprawdę zimny. Ciekawe co by się stało gdyby go dotknąć językiem?)
Co zrobiłam? Zaczęłam szperać w internecie i okazało się, że Wielki Zderzacz Hadronów rzeczywiście istnieje i jest niesamowicie ciekawy. Tak jest z większością informacji w tej książce - jeżeli tylko czytelnik ma wrażenie, że ociera się o prawdziwą naukę to tak właśnie jest.  Plusem tego jest sposób podania tej wiedzy, który jest wyjątkowo ciekawy. 
Książka "wchodzi" szybko łatwo i przyjemnie jeżeli tylko czytelnik nie będzie się zbytnio zastanawiał nad tym co jest w niej  prawdą, a co fikcją. Jeżeli natomiast zacznie pożerać Was ciekawość - ooo zapewniam Was, że spędzicie długie godziny szperając i szukając w internecie oraz odczuwając niezmierzoną radość ze zdobytych informacji. 
Na zakończenie dodam jeszcze, że w książce jest masa przypisów, które - jak rzadko - nie drażnią, a stanowią bardzo sympatyczny element książki. Czytałam je z wielką przyjemnością czując się jak uczeń, któremu należy wytłumaczyć podstawowe prawdy życiowe. Autor podchodzi do przypisów z wdziękiem i fantazją. Bez nich książka nie byłaby sobą.

środa, 18 stycznia 2012

Film mający na celu ukazać wyższość książek papierowych nad czytnikami i ich zawartością ...

Pierwszy poziom przedstawienia 


Drugi - bardziej zaawansowany :-)


I co Wy na to?

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Czerwony rower

"Czerwony rower" to moje dzieciństwo i dorastanie. Pamiętam płonące policzki kiedy zaglądało się do "Bravo" czy też do pierwszego numeru "Dziewczyny". Pamiętam kolejki w sklepach, oranżadę w woreczkach i wafelki cieniutkie jak opłatek. Nie cierpiałam szkolnego fartuszka, tarczy na rękawie i apeli szkolnych, z których niewiele rozumiałam. Uwielbiałam jazdę tramwajem, pochody pierwszomajowe i zabawy choinkowe u Taty w pracy. Było minęło. Książka "Czerwony rower" przeniosła mnie ponownie w tamte czasy. Szkoda tylko, że w sposób jesienny bury i taki trochę... odrzucający. 
Książka sama w sobie jest świetna. Cztery nastolatki na pierwszy rzut oka tworzą zgraną paczkę przyjaciółek. Niestety tylko na pozór. Jedna z nich jest inna. Taka szara myszka. Nie stroi się, nie ogląda za chłopakami; jest cicha i samotna. Drugi tor powieści przedstawia lata współczesne kiedy cztery dziewczyny zmieniają się w... trzy dojrzałe kobiety. Dzieciństwo od dorosłości przedziela tragedia. 
Nie wiem jak nazywa się zabieg literacki zastosowany w książce, ale urzekł mnie on do głębi. Autorka przeskakuje od lat osiemdziesiątych do czasów współczesnych co i rusz ukazując nam nowe elementy tajemnicy, która pomału odkrywa nam tragedię. Każdy kolejny rozdział szokuje nową cząstką układanki, która wydaje się niczym nieusprawiedliwiona i nieprzemyślana. Dopiero w dalszej części poznajemy przyczyny i zaczynamy rozumieć. 
Książka prosta, szybka w czytaniu i przygnębiająca. Przynajmniej mnie przygnębiła. Pokazuje schyłek komunizmu jako okres beznadziei i braku szans na cokolwiek. Zresztą czasy współczesne również nie są różowe. Książce brakuje słońca kolorów i radości z życia. Nie oznacza to jednak, że należy zrezygnować z lektury. O nie, wręcz przeciwnie - książkę należy przeczytać aby zrozumieć co w życiu jest najważniejsze. 
"Czerwony rower" na długo zamieszkał w mojej pamięci.  

wtorek, 10 stycznia 2012

Zapomniane

Czas jest wielką tajemnicą, a jednocześnie wyzwaniem dla wielu. Znam kilka (całkiem niezłych) książek i filmów, których autorzy podejmują niebezpieczną grę z tym wielkim przeciwnikiem. Z dzieciństwa na pierwszy plan wysuwają się  "Małgosia contra Małgosia" i  "Godzina pąsowej róży". Z późniejszego okresu największe wrażenie wywarły na mnie wszystkie części "Powrotu do przyszłości". Pomysłów było wielu, ale to co z czasem uczyniła autorka książki "Niezapomniane" jest wyjątkowe. Nie ma tu podróży w czasie, jest natomiast pamiętanie przyszłości bez przeszłości... albo jakoś tak. 
London jest dziewczyną z wyjątkową pamięcią, Pamięta to co ma się wydarzyć w przyszłości, natomiast przeszłość jest dla niej wielką tajemnicą. Co noc o godzinie 4:33 jej mózg resetuje się niczym dysk komputera wymazując wszystko to co do tej pory się wydarzyło. Konsekwencje tego są dla London ogromne. Co z tego, że ma chłopaka skoro co rano o nim zapomina? Dziewczyna funkcjonuje tylko dzięki sporządzanym co wieczór notatkom. Każda z nich jest następnego dnia pieczołowicie czytana i przechowywana. Dziewczyna stara się żyć jak zwyczajna nastolatka jednak nie jest to możliwe. Splot przypadków doprowadza do tego, że London zaczyna odkrywać rodzinne tajemnice, które... przerażają. 
Kiedy zobaczyłam okładkę byłam zniechęcona. Pomyślałam, że jest to kolejna książka o tematyce oderwanej od rzeczywistości; bałam się wręcz, że z kart zaatakują mnie wampiry, wilkołaki czy też inne ostatnio modne stwory. Tymczasem naprawdę fabuła miło mnie zaskoczyła. Pomijając pomysł z pamiętaniem przyszłości, który jest naprawdę niespotykany, książka jest po prostu interesująca. Początek jest zwykły - ot nastolatka, szkoła, miłostki i sympatie, jak nic książka dla nastolatek. Jednak im więcej kartek było za mną, tym bardziej książka robiła się mroczna, tajemnicza i wciągająca. 
Dodam jeszcze, że autorka świetnie nakreśliła postacie głównych bohaterów. London jest dziewczyną wyrazistą o silnie zarysowanej osobowości. Jej chłopak Luk jest wcieleniem marzeń każdej nastolatki - opiekuńczy, z poczuciem humoru i niesamowitymi pomysłami zaskakującymi jego dziewczynę. Każdy z bohaterów ma coś za skórą, nie ma tu osób nijakich. Zresztą godne uwagi jest to, że cała książka ma charakterek. 
Podsumowując - książka lekka, łatwa i przyjemna a do tego należąca do tych, których nie zapomina się szybko.
I ta okładka... jest śliczna!

sobota, 31 grudnia 2011

Zaległości :-)

Z racji kończącego się roku muszę nadmienić o książkach, które w 2011 roku przeczytałam ale zabrakło mi czasu na zrecenzowanie. Książki są dwie - jedna podobała mi się niesamowicie, druga... cóż wymęczyłam ją, ale z większości recenzji wynika, że tego autora albo się kocha albo nienawidzi. 
Książki ckliwe i romantyczne znajdują się w połowie listy ulubionych i to tak raczej na początku drugiej połowy niż na końcu pierwszej. Tymczasem "Sklepik" mnie urzekł porwał i okręcił wokół małego paluszka. Książka cudowna i ciepła niczym gorące pączki. Bohaterka Bogusia początkowo wydaje się głupią gąską a cała powieść słodką bajeczką, ale z rozwojem akcji okazuje się że życie Bogusi wcale nie jest słodkie. Wręcz przeciwnie, dziewczyna ma ciągle pod górkę. Ale nie to jest najważniejsze w tej powieści. Najważniejszy jest nastrój i klimat powieści. Tytułowy Sklepik z niespodzianką jest niesamowicie klimatyczny. Bohaterka robi dla gości pyszną czekoladę i piecze ciasto, a w skepiku sprzedaje kurzolapki. Książka na poprawienie nastroju. 

Druga książka to "Trucicielka". Cztery opowiadania tak różne a jednak tak podobne. Każde z nich traktuje o innej obsesji. Mamy więc fascynację innym człowiekiem (taką chorą i męczącą), mamy zamęczanie samego siebie wyrzutami sumienia, mamy obsesję zazdrości i zemsty i na koniec trudna miłość - męcząca, zaborcza i zła. Książka jest bardzo dobra, ale jej ton i nastrój zmęczył mnie i przygnębił. Więcej Erica-Emmanuela Schmitta nie chcę. 
Podsumowując stwierdzam, że w 2011 r. przeczytałam równo 50 książek. Mam tu na myśli tylko "Moje czytanie"; pomijam książki czytane ze Starszą czy Młodszym. Czy to dużo? Chyba nie, ale na moje możliwości wystarczająco :-) 


Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku moi mili !

poniedziałek, 26 grudnia 2011

"Zapach czekolady" ze wspomnieniami w tle

Książka "Zapach czekolady"  urzekła mnie już samym tytułem. Okładką zresztą też. Patrząc na nią wracałam myślami do dzieciństwa, naleśników smażonych z babcią i szuflady w Jej mieszkaniu, gdzie zawsze czekało na mnie coś słodkiego. Książka, którą przyjemnie wziąć w ręce, powąchać i powrócić do czasów książeczek z serii "Poczytaj mi mamo".
"Zapach czekolady" jest zbiorem wierszy i opowiadań dla dzieci. Właściwie to dla rodziców też, bo każdy kto czytał w dzieciństwie wzruszy się wracając wspomnieniami do "Mojej siostry królewny" czy też opowiadania pt. "Nikt się nie trzęsie". Obok opowiadań znanych mi od lat jest też kilka nowych, które poznałam teraz - czytając je mojej córce. 
Kiedy wraz z córcią siadamy z "Zapachem czekolady" w ręku, czeka nas wielka niewiadoma. Dlaczego? Ano dlatego, że znana jest tylko pierwsza bajka, którą przeczytamy na pewno. A potem to zależy tylko i wyłącznie od nastroju i inicjatywy Starszej. Co wieczór zaczynamy od "Bajki o aniele Rafaelu" Natalii Usenko. Starsza obdarzyła wielką sympatią anioła, który z powodu przeziębienia nie mógł namalować na niebie gwiazd. Wyręczył go w tym mały Kuba. Wieczorem dostał od Rafaela puszkę ze złotą farbą i namalował mnóstwo gwiazd oraz ... dużą koparkę. Nie przesadzając powiem, że jest to jedno z najlepszych opowiadań dla dzieci jakie znam. 
Po obowiązkowym wstępie w postaci Rafaela i gwiezdnej koparki wraz z Córcią kontynuujemy podróż po książce wedle jej uznania. Są wieczory kiedy czytamy po obrazkach. Wtedy na pewno czytamy "Ślizgawkę" i wiersz Doroty Gellner "Przyjęcie". Do tego na deser "Królewna Zulejka". Są też wieczory kiedy Starsza pozwala mi wybrać co czytamy. Wtedy na pierwszy ogień idzie "Nikt się nie trzęsie" a zaraz potem wiersze, które ukochałam niesamowicie, np. "Moja siostra królewna", "Bocian" czy też "Łzy". Ten ostatni wierszyk wywołał w moim domu dyskusję. "Bo jak można napisać wierszyk o płakaniu, który jest całkiem niesmutny?" - zapytała Starsza i długo dochodziła swoim ośmioletnim rozumkiem, co właściwie w wierszu Pani Doroty Gellner jest takiego, że pomimo smutnego tematu wcale nie jest smutny...
Książka "Zapach czekolady" to jedna z tych pozycji gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Oczywiście mówię tu o dzieciach w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym a nie o dryblasach z gimnazjum. Chociaż, może... Bohaterzy są w głównej mierze przedszkolakami i problemy poruszane w opowiadaniach dotyczą głównie tego wieku. Nie ulega jednak wątpliwości że magia i czar tych opowiadań poruszą nie tylko maluchy. 
Na zakończenie dodam, że kiedy byłam mała z biblioteki namiętnie wypożyczałam zbiór opowiadań pt. "Skakanka".  Kiedy moje dzieci zaczęły dorastać do czytania zaczęłam intensywnie szukać tej książki. Zamiast niej dostałam "Poczytaj mi mamo" stanowiącą zbiór kilku książeczek wydanych w latach osiemdziesiątych właśnie w serii "Poczytaj mi mamo" "Zapach czekolady" idealnie komponuje się z tymi dwiema pozycjami. Każdy wiersz i każde opowiadanie z zamkniętymi oczami mogę polecić małym czytelnikom. Nazwiska autorów mówią same za siebie: Papuzińska, Wawiłow, Kasdepke, Gellner, Usenko... nic dodać nic ująć. 
A wiecie co to są Rozbrykonie? Zapraszam do lektury :-)))
Książkę wydało Wydawnictwo drzewko szczęścia. Zajrzyjcie na stronę wydawnictwa, która jest po prostu prześliczna. Dodam że moim zdaniem "drzewko..." postawiło sobie wysoko poprzeczkę, oj wysoko! Jeżeli wszystkie książki będą merytorycznie i jakościowo takie jak "Zapach czekolady" to na rynku wydawniczym pojawił się nowy wartościowy gracz. 

Nasze Święta w zdjęciach i wspomnieniach :-)

Na początku było...
wielkie ubieranie choinki

W międzyczasie spadł śnieg,
więc był i bałwan :-)

Dzień przed Wigilią kręciliśmy całą rodziną mak.

Zaczęło się też upychanie wszędzie gdzie można
tak zwanych akcentów świątecznych

Oczywiście wszędzie gdzie można
świeczki, świeczułki i świeczuszki 

Starsza w szkole wykonała obrazek...
z kolorowego piasku.

Na gałązce choinkowej
rosną dwa jabłuszka 

W szczecińskiej bazylice powstała szopka włoska
Składa się z ponad 200 figurek. Robi wrażenie 

Ta sama szopka w szczegółach

Nasze dzieci mają czarodziejskie skarpety,
które korzystają z magii choinki i codziennie
czarują jakieś słodkości 

W kuchni mistrzem nie jestem
ale na święta bakaliowiec musi być :-)

Do zobaczenia podczas przyszłych Świąt :-)