wtorek, 23 stycznia 2018

Dzienniki Krystyny Jandy 2003-2004

Krystynę Jandę kocham, uwielbiam i czczę miłością czystą i niebiańską :-)))
Nie znam ludzi, którym ta aktorka byłaby obojętna. Jedni (i tych jest większość) łączą się ze mną w uwielbieniu, inni psioczą, utyskują i krytykują. Krytyka stała się większa od czasu, kiedy Pani Krystyna wyraźnie opowiedziała się przeciwko partii rządzącej (i znowu moje uwielbienie wzrosło), ale na szczęście - jak to mówi mądre przysłowie - psy szczekają, karawana idzie dalej. 
Od wielu, wielu lat czytuję publikowane w Internecie zapiski Pani Krystyny na temat... życia. Po prostu. Pod adresem krystynajanda.pl  internetowy przechodzień może zapoznać się z dziennikami prowadzonymi od 2001 r. To już 16 lat... Powiem Wam, że dzienniki towarzyszą mi przez całe dorosłe życie. Raz częściej, raz rzadziej, ale zawsze i niezmiennie - zaglądam. To właśnie przy lekturze dzienników gdzieś w głowie zakołatało: Może bloga bym założyła?
Kiedy Wydawnictwo Prószyński i spółka zapowiedziało wydanie Dzienników w formie papierowej, byłam przeszczęśliwa. Posiadanie ich na półce jest naprawdę przyjemnością w najczystszej postaci. Wprawdzie pierwszy tom trochę mnie przeraził, bo tomiszcze liczące ponad 700 stron to nie przelewki. Zapewniam Was, że kiedy już czytelnik wsiąknie w ten świat naprawdę nie chce się go opuszczać. 
Drugi tom zawierający zapiski z lat 2003-2004 jest równie porywający. Po dwóch latach pisania Krystyna Janda wyraźnie zdała sobie sprawę, że dzienniki są czytywane i mogą stanowić świetne narzędzie do kontaktu z fanami i publicznością. Publikuje więc mnóstwo opinii recenzji i materiałów z festiwali filmowych, konkursów i koncertów. Występuje na tych imprezach w rolach mniej lub bardziej oficjalnych (od widza po członka jury), ale wszystkie zapiski tchną szczerością i chęcią podzielenia się wrażeniami. Pani Krystyna pozwala nam również zajrzeć do domu. Dzieli się z czytelnikiem anegdotami z dnia codziennego i chwilami spędzonymi z mężem i dziećmi. Raz jest śmiesznie raz wzruszająco, niezmiennie jednak ciepło i szczerze. 
Dzienniki jak to dzienniki - zapiski skaczą z tematu na temat i to jest właśnie cudowne. Mamy możliwość poczytać wiersze, poznać kilkanaście anegdot z życia aktorów, oraz ściągnąć przepis na kluseczki francuskie. Możemy pooglądać zdjęcia z wyjazdów i z premiery sztuki teatralnej. Są też posty w stylu:
"Bardzo przepraszam. Wyjeżdżam na dzień. Dobrego dnia"
Każdy zapisek zaczyna się od cytatu, który zapadł Pani Krystynie w pamięci. W wersji internetowej każdy post rozpoczynał się życzeniami dla jubilatów, którzy w danym dniu obchodzili swoje święto, ale - nie wiedzieć czemu - wydawca zrezygnował z tego. Niemniej jednak prawie każdy zapisek kończy się niezmiennym "Dobrego dnia". Oczywiście nawet z tego zwrotu powstał zapisek:    
Dobrego dnia. (Kiedy pisałam „Dobrego dnia” napisało mi się „Dobrego dna”, i to mnie rozśmieszyło, ale zapomnijmy o tej literówce!). Usłyszałam wiele żartów ostatnio, ale są tak niecenzuralne albo niepoprawne, że nie mogę ich zacytować, a szkoda, a szkoda!
Poszczególne zapiski są często okraszone zdjęciami, co daje poczucie jeszcze większej intymności i „kolegowania się" z Panią Krystyną. Ujęcia z premiery spektaklu, mimochodem pstryknięta fotka ze spaceru, fotki z wyjazdu na narty... wszystko to przybliża i skraca dystans na  linii czytelnik - autor. 
Czytając Dzienniki na przemian śmiałam się, płakałam, wkurzałam i rozczulałam. Szkoda, że papierowa wersja dzienników nie jest wiernym odzwierciedleniem dziennika internetowego. Tak jakby wydawca i redaktor próbowali troszkę, tak troszeczkę, uporządkować nieuczesane myśli Pani Krystyny. Podam tylko jeden przykład, który troszkę mnie zasmucił, choć rozumiem, że Internet ma mniejsze wymagania niż papier. 
19 czerwca 2004 r. Pani Krystyna Janda zamieszcza trochę nostalgiczny post związany ze śmiercią p. Jacka Kuronia. Nagle pada takie zdanie:
Czy wyobrażacie sobie, że lotnisko może mieć adres: Księżycowa 1? To jak żart.
Rzeczywiście zdanie ni z gruszki, ni z pietruszki, ale pamiętam, że ubawiłam się czytając to zdanie. Tymczasem w wersji papierowej tego zdania nie ma, a szkoda. Takie wyrwane z kontekstu myśli dodawały dziennikom lekkości i polotu. Żeby nie było - uważam, że papierowe dzienniki również są mistrzostwem świata, ale mając świadomość takiego lekkiego retuszu byłam ociupinkę rozczarowana. 

17 grudnia 2003 w wydaniu internetowym Dzienników
Niby to samo a jednak troszkę inaczej :-)
17 grudnia 2003 w wydaniu
papierowym dzienników













Polecam każdemu fanowi Krystyny Jandy i każdemu wielbicielowi różnorakich dzienników. Zapiski Krystyny Jandy tryskają poczuciem humoru, ciepłem i wrażliwością, co powoduje, że gdy czytelnik raz zanurzy się w świat koncertów, teatrów i festiwali nie będzie chciał się z niego wydostać. 
Pozdrawiam Pani Krystyno! 

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Dom babci

Młodszy jest pełnym werwy ośmiolatkiem. Starsza - zakochaną trzynastolatką. Zapewniam Was, że wspólne lektury - przy takim podziale płci i wieku - są właściwie niemożliwe. Zdarza się, że Starsza coś poleci Młodszemu, ale odbywa się to z miną pod tytułem: "Jak byłam taka smarkata jak Ty, to uwielbiałam tę książkę". Co pewien czas, (ku mojej radości) zdarzają się jednak takie pozycje, które zachwycają oba moje bąble. Taki był, lata temu, "Baranek Bronek", który wydany został bardzo podobnie jak "Dom babci". Obie są dużymi kwadratowymi książkami w twardej okładce, obie zachwycają ilustracjami i dbałością o wygląd. Moje dzieciaki mają też wspólnie ulubioną serię o Domku na drzewie, ale to temat na oddzielną recenzję. 
Ostatnim wspólnym odkryciem moich dzieci jest właśnie książka pt. "Dom babci". Pozycja na czasie, bo przecież dzień babci był raptem kilka dni temu i wydaje się, że lepszego momentu na jej wręczenie dzieciakom nie mogłam znaleźć. Z drugiej strony Dzień babci kojarzy się z pełną werwy, uśmiechniętą babcią i tańczącym dziadkiem, tymczasem „Dom babci” dotyczy raczej tej smutnej strony "babciowania". Nie jest to książka o radosnej, babcinej miłości. To raczej książka o tęsknocie do tego, co się utraciło. 
Salon, lampa, fotel w kwiatki, na ścianach mnóstwo zdjęć... w takiej scenerii poznajemy babcię i Jej
wnuczka. Chłopiec bardzo kocha swoją babcię i uwielbia wspólnie z Nią spędzać wieczory na oglądaniu zdjęć. Babcia kiedyś była architektem i obiecała chłopcu, że zbuduje dla niego dom. Niestety babcia się zestarzała i pewnego dnia, kiedy chłopiec chciał ją odwiedzić - Jej już nie było. Zrozpaczony chłopiec zbudował więc "mechaniczną babcię", a gdy skończył - babcia otworzyła oczy i zabrała chłopca w przepiękną podróż. Dokąd? Przeczytajcie sami. 
"Dom babci" to książeczka zarówno dla młodszych jak i starszych czytelników. Młodsze dziecię znajdzie w niej przepiękną historię o babci, wnuku i o tym, że miłość jest ponadczasowa i pokona największe przeszkody. Nastoletni czytelnik odnajdzie tu nie tylko historie babci i wnuka, ale również przepiękne opowiadaniu o miłości, szacunku i przywiązaniu. To, co dla Młodszego jest ciepłą historią pokazującą, jak ważna jest babcia - dla Starszej miało wiele innych, bardziej wzniosłych znaczeń. 
Książka budzi cały wachlarz uczuć. Na pierwszy rzut oka wydaje się smutna. Traktuje o stracie osoby bliskiej, o smutku i rozpaczy. Bardzo szybko jednak rozpacz zamieniona zostaje nadzieję, dzięki której opowiadanie kończy się ogromnym sukcesem. Smutek zamienia się w uczucie zwycięstwa, potrzebę dalszego działania i dążenia do upragnionego celu. Co ważne - ani razu w książce nie pada słowo "śmierć" czy "strata". Pomimo trudnego tematu, autor stara się dzieciom w przyjazny sposób przedstawić problem straty i tęsknoty. Pomimo trudnego tematu - książka jest ciepła i wzruszająca. Pomimo trudnego tematu - naprawdę warto. 
Książka jest rewelacyjnie wydana. Wydawnictwo CzyTam nie wydaje wielu książek, ale każda, która wyjdzie spod jego skrzydeł jest dziełem sztuki sama w sobie. "Dom babci" jest klimatyczną, przepięknie ilustrowaną książką, która zachwyci i małych i dużych. Jej lektura to czysta przyjemność. Na pewno mały czytelnik nie powinien zostać z lekturą sam na sam, ponieważ ilość uczuć przelanych na papier może go przytłoczyć. Przyda się ciepły komentarz Mamy, a już wspólna lektura z babcią byłaby mistrzostwem świata.

niedziela, 21 stycznia 2018

13 minut

"13 minut" to książka, która niezmiernie mnie zaskoczyła. Początkowo myślałam, że czytam powieść kryminalną dla nastolatek. Trochę rozczarowana kontynuowałam lekturę z myślą podsunięcia jej mojej 13 - letniej już Starszej. Im bardziej jednak zagłębiałam się w fabułę, tym bardziej byłam przekonana, że to absolutnie nie jest powieść dla nastolatki. Robiło się strasznie i mroczno, a wszystko okazywało się nie takie, jak być powinno. 
Pewnego poranka młody muzyk wybrał się z psem na spacer. Zwykła poranna przyjemność zamieniła się w horror, kiedy zauważył w rzece zwłoki młodej dziewczyny. Na szczęście okazało się, że dziewczyna żyje, choć badania wskazują, że przez 13 minut jej organizm znajdował się w stanie śmierci klinicznej. Natasha nic nie pamięta z wypadku, ani z okresu poprzedzającego tragedię. Nie wie, co się stało i jaki  był powód tego, że znalazła się w lodowatej wodzie. Dziewczynę otacza aura współczucia i zrozumienia, zwłaszcza w szkole, w której jest bardzo popularna. Jako przywódczyni trójki dziewcząt wiodących prym wśród nastolatków, Natasha jest bardzo pewna siebie, wręcz arogancka. Piękne i zgrabne "Barbie" drwią i naśmiewają się z tych brzydszych, do których zalicza się kolejna bohaterka Rebecca Crisp. W dzieciństwie Natasha i Rebecca były przyjaciółkami; teraz, rażąco odmienne, należą raczej do przeciwstawnych obozów. 
Pierwsza cześć powieści to plątanina faktów, niedopowiedzeń i zagadek. Każdy rozdział niesie za sobą zmianę poglądów czytelnika. To co wydawało się przed chwileczką czarne, na kolejnej stronie okazywało się szare lub białe. Nici łączące nastolatki ciągle się plączą i urywają. Wszystko owiane jest tajemnicą i trudne do wyjaśnienia. Kiedy jednak w końcu Policji udaje się rozwikłać zagadkę, (i to nie tylko wypadku Natashy) czytelnik oddycha z ulgą. 
Powiem Wam, że nie miałam cienia wątpliwości, że zagadka została rozwiązana. Ciekawiło mnie tylko, dlaczego jestem dopiero w połowie powieści...
Własnie. Teraz będą ochy i achy. Tak misternie uplecionej intrygi, to ja dawno nie widziałam Autorka w III części, używając maleńkich drobiazgów i niedopowiedzeń, których "dopuściła" się w części II, obraca fabułę o 180  stopni. Czytelnik patrzy bezradny, jak wszystko to, co poukładał sobie w głowie, przewraca się niczym domek z kart. Nic nie jest takie, jak się wydawało. I tylko szkoda niewinnej... nie napiszę bo spolerować nie lubię.  
Powieść świetnie się czyta, a strony uciekają jedna za drugą. Krótkie rozdziały, sporo dialogów - to wszystko sprawia, że czytelnik skupia się na intrydze, a nie na zawiłościach języka. Mimo prostoty i łatwości odbioru, z pewnością nie jest to książka dla młodzieży. Umiejscowienie fabuły w świecie nastoletnich panienek jest dość złudne. W rzeczywistości sporo tu seksu, (choć w delikatnej formie) używek i mrocznych tajemnic. Nie do końca chciałabym, aby moja trzynastolatka zagłębiła się w takiej lekturze. Natomiast dorosłym polecam. Po przestawieniu się na rzeczywistość widzianą oczami gimnazjalistów, przeżyjecie literacką przygodę, jakiej świat nie widział. 
Rewelacyjna książka! 

piątek, 19 stycznia 2018

Pierwszy śnieg

"Pierwszy śnieg" przeczytałam w telefonie. Niezbyt to zdrowe dla oczu - wiem, ale za to najlepsze podczas spacerów z psem. Mojego kindelka mi szkoda, a telefon jest jednak dużo bardziej odporny na deszcz, czy wiatr. Niestety minus takiego czytania jest taki, że często ucieka mi z głowy to, co się działo w powieści w danym momencie. Z "Pierwszym śniegiem" nie miałam takiego problemu. W powieści tyle się dzieje, że w pewnym momencie telefon zastąpił czytnik, a ja połykałam stronę po stronie ciekawa, co się dalej wydarzy. 
Harry Hole to policjant trochę zmęczony życiem. Nic dziwnego - przecież to siódmy tom cyklu i zapewne wiele się wcześniej wydarzyło. Tym razem Harry zajmuje się seryjnym mordercą, który poluje na kobiety, na pierwszy rzut oka ze sobą niezwiązane. Na miejscu zbrodni zawsze pozostaje śnieżny bałwan, który niejako drwi z ofiary morderstwa. Harry nie może dojść motywu zbrodni i gubi się w domysłach. Na pomoc przybywa Katerine - policjantka przeniesiona z innego komisariatu. Wspólnie próbują znaleźć rozwiązanie zagadki. Tropy pojawiają się i znikają, podejrzany, który dzisiaj jest pewniakiem, kolejnego dnia ginie, lub zapewnia o swojej niewinności, ślady znikają i zacierają się... pełno tajemnic i zagadek.
Rozwiązanie zagadki jest bardzo zaskakujące. Czytelnik zastanawia się, dlaczego przeoczył tak jaskrawe sygnały i gdzie się podziała jego intuicja. Nie chcąc spojlerować napiszę tylko, że końcówkę powieści pochłonęłam w tempie ekspresowym. Rewelacja.
Świetnie napisana powieść, zachwycająca pomysłowością autora i lekkością jego pióra. Wielu czytelników stwierdza, że powieść, jako kolejna z cyklu, jest dość przewidywalna i schematyczna ,jednak ja byłam zachwycona. Może to kwestia tego, że wcześniej twórczość Jo Nesbo była mi nieznana. I może dlatego z czystym sumieniem mogę stwierdzić - świetna powieść. 

czwartek, 18 stycznia 2018

Kapitan Majtas i zasmarkany cyborg

Latem wraz z Młodszym wybraliśmy się do kina na film pt. "Kapitan Majtas". Fabuła niezbyt skomplikowana, za to gagi i żarty w ilości znacznie przekraczającej przyjętą normę. Młodszy rżał jak młody kucyk na pastwisku, i długo po seansie wspominał głupotki z filmu (Ja osobiście wyszłam raczej zażenowana, ale przecież to nie do mnie kierowany był ten film). Kiedy więc zobaczyłam w księgarniach serię o kapitanie Majtasie byłam pewna, że będzie to druga miłość mojego syna, zaraz po Tomku Łebskim.
Nie pomyliłam się. Po otrzymaniu w łapki dwóch tomów powieści, uśmiech wykwitł na twarzy Młodszego i dwa tomy Majtasa zostały wchłonięte w czeluście pokoju mego syna. Przez pewien czas dochodziły stamtąd odgłosy rodem z Jasia Fasoli, po czym Młodszy, szczęśliwy wyłonił się ze swojej pieczary. Gdyby nie pewna atrakcja zamieszczona w książce, pewnie siedziałby dalej, ale jak nic potrzebował pomocy Wapniaków. Ale zanim dojdę do atrakcji, przedstawię Wam bohaterów tej zwariowanej książeczki. 
George i Harold to dwaj psotni uczniowie, którzy pewnego dnia zahipnotyzowali dyrektora swojej szkoły. Dzięki hipnozie zamienił się on w bohatera komiksu, Kapitana Majtasa. Prześmieszna postać, posiadająca ogromne moce, ale niezbyt rozgarnięta. Taki dzieciak w ciele dorosłego. Pstryknięcie palcami przemienia Kapitana Majtasa w dyrektora i odwrotnie, co powoduje wiele niespodzianek i śmiesznych sytuacji. 
W siódmej wielkiej powieści pt: Wielka bitwa z zasmarkanym cyborgiem" robogluty zostają wystrzelone w stronę Uranu. Niestety udaje im się wrócić na ziemię i zaatakować  obsługę lotniska. Kapitan Majtas nie może udać się na ratunek, ponieważ niechcący dokonał zamiany na mózgi z kolegą naszych bohaterów, lizusem Melvinem. Teraz Melvin jest w ciele Majtasa co oznacza, że przemądrzały Melvin ma super moce. Wynika z tego wiele problemów. (oczywiście śmiesznych) Aby dokonać ponownej zamiany chłopcy przenoszą się w czasie i odzyskują Kombinatron 2000....
Przyznacie, że nawet opis fabuły jest całkowicie  odjechany. Wyobraźcie więc sobie ośmiolatka, którego niezmiernie bawi wieszanie na wieszaku za gumkę od majtek, porzucanie starszych pań w koronie drzew, czy też wehikuł czasu utworzony w karmazynowym kibelku. Rechotał tak, że wraz z moim mężem, chichraliśmy z niego. Trzeba przyznać, że fabuła go wciągnęła choć nie ukrywam, że troszkę miałam obawy, czy się uda. To jest właściwie jedyna wada serii o Majtasie - poszczególne tomy powinno się czytać po kolei - od pierwszego do ostatniego. My niestety zaczęliśmy od siódmej i początkowo Młodszy nie bardzo pojmował, co się dzieje. Na szczęście autorzy przewidzieli, że nie każdy będzie czytał jak Pan Bóg przykazał i na początku zamieszczono komiks w skrócie ukazujący, co się działo w poprzednich tomach. 
Książeczka napisana totalnie prostym językiem, przeplatana wieloma ilustracjami, cudownie zachęca małolatów do czytania. Same ilustracje są śmieszne i świetnie uzupełniają treść. Jest też niespodzianka, która mnie trochę wzruszyła, a mianowicie kilka stron, dzięki którym można pobawić się w ruchome obrazki, za pomocą ołówka i zrolowanej strony. Pamiętacie z dzieciństwa przesuwanie kartki za pomocą ołówka tak, że na rysunkach powstawało złudzenie ruchu? Do tego właśnie Młodszy potrzebował pomocy, Ale jak już załapał... zabawa murowana. 
Uwierzcie mi - super książka na poprawę humoru i długie, deszczowe wieczory. 


Kazio w miasteczku pełnym wampirów

Młodszy jest już w takim wieku, że powinien czytać sam. Wiem, wiem, osiem lat to już niewątpliwie pora. Nie jest tak, że nie czyta w ogóle. Owszem czyta, ale głównie książki w stylu Dziennika Cwaniaczka, czy Tomka Łebskiego, gdzie literki przetykane są obrazkami, a na wielu stronach słowo pisane przegrywa walkę z  grafiką. Ja jednak cieszę się, że choć do tego udało się Go namówić. 
A kontynuując walkę z niechęcią do książek wieczorami czytamy razem. Zdarza się, że stronę ja stronę On, często tylko On mi, a zdarza się też, że tylko ja Jemu. 
Kazia czytałam ja. Dlaczego? Powód jest prosty. Niezmiernie mi ta książka przypadła do gustu i nie bardzo miałam ochotę uronić z jej treści czegokolwiek. 
Wcześniejsze tomy przygód Kazia poznaliśmy jeszcze w czasach, kiedy to Starsza była odbiorcą serii o Kaziu. Teraz Młodszy zanosił się śmiechem słuchając o wampirach. Ale od początku. 
Pewnego dnia w Milusinie rozeszła się plotka, że Wampiry są groźne dla ludzi. Atakują ich i mogą naprawdę zaszkodzić. Nasz przyjaciel Kazio, który w poprzednich tomach serdecznie zaprzyjaźnił się z rodziną Wampirów nie może przeboleć tych niecnych oszczerstw i robi wszystko, aby uciąć podłe plotki. Próbuje odpowiedzieć na pytania, kto stoi za spiskiem antywampirowym oraz kto porwał profesora Gurgula? Kazio, Zuzulinda, babcia Fibrycukella i dziadek Hongogard współdziałają pomimo tego, że dzieli ich rasa i pochodzenie. Nic nie jest w stanie jednak przeszkodzić w rozwiązaniu zagadki.
Uwielbiam te książki. Humor tryska z każdej strony, a główni bohaterowie budzą sympatię zarówno w dużym jak i małym czytelniku. Świetnie napisana, bogato ilustrowana... czegóż więcej chcieć? Może tylko tego, aby kolejne tomy (o ile autor je przewidział) były trochę bardziej obszerne bo ledwo się człowiek rozpędzi, a już jest na ostatniej stronie.
Świetną zapowiedź znalazłam na kanale YouTube. Zapraszam!


środa, 17 stycznia 2018

W labiryncie wspomnień

Cóż mam napisać... nie wiem. Może to kwestia tego, że "W labiryncie wspomnień" jest drugim tomem, a pierwszego nie czytałam - dość że powieść nie porwała mnie zbytnio. Owszem, przyjemna lektura, którą można zapełnić długie zimowe wieczory, ale nic więcej. Nie przeczę, że w połączeniu z pierwszym tomem, saga o rodzinie Melzerów może pochłonąć i zachwycić. Niestety ja zaczęłam od drugiego tomu i mam wrażenie, że tym nieprzemyślanym ruchem popsułam sobie całą przyjemność. 
Pierwsza wojna światowa była bardzo okrutna. Pochłonęła wiele istnień zarówno po stronie niemieckiej jak i po stronie przeciwników. Toczyła się przez cztery upiorne lata i to własnie ten okres jest tłem dla powieści. Do członków rodziny Melzerów powoli dociera, że to nie będzie szybkie zwycięstwo, lecz okrutna walka o przetrwanie. Coraz bardziej odczuwają skutki wojennej pożogi. Fabryka nie otrzymuje zleceń, a nasza główna bohaterka próbuje pomóc w ratowaniu rodzinnego biznesu. Pomimo rozpaczy po wyjeździe męża na front, dzielnie dzieli czas pomiędzy fabrykę, bliźnięta i pozostałych członków rodziny. Maria, Paul, Ernst von Klippsten, urocza siostra Paula (której imienia nie pamiętam) to bohaterowie, których losy płyną na naszych oczach niczym rzeka. Raz leniwie i pomału, raz wartko i szybko. 
I tak przez całą powieść obserwujemy losy rodziny Melzerów Nie są to raczej skomplikowane opowieści, jednak nie o to też chodzi. Autorka skupiła się raczej na wytworzeniu specyficznego i urzekającego klimatu panującego w Niemczech w latach 2014-2018. Wyraźnie możemy obserwować jak społeczeństwo, po początkowej euforii wynikającej z pewnego zwycięstwa - nagle kurczy się i zapada się w sobie. Widzimy jak Wielkie Niemcy znikają, a na polu walki pozostają biedni ludzie. Są to albo wojenne kaleki, albo kobiety, które nie mogą wykarmić swoich dzieci. Ten rozłam pomiędzy bogatą rodziną naszych bohaterów, a biednymi pracownikami fabryki to temat, który w moich oczach uratował całą powieść. Autorka bardzo zgrabnie ukazuje nam naród niemiecki pełny w wiary w zwycięstwo. Nie trzeba długo czekać, aby zobaczyć biedę i kryzys wiary w Cesarza i jego obietnice. Nagle okazuje się, że wszyscy zdani są tylko i wyłącznie na siebie. 

Podsumowując - jeżeli macie na półce oba tomy to naprawdę warto po nie sięgnąć. I nie kierujcie się okładką. Jej wygląd sugeruje, że mamy do czynienia z powieścią podobną do "Przeminęło z wiatrem", tylko umiejscowioną w czasie innej wojny. O nie! To mylne założenie. Wojna jest, miłość jest, tylko tej specyficznej ckliwości brak, za to wiele tu wojennej brutalności. Dużo lepsza i bardziej godna polecenia. 

wtorek, 16 stycznia 2018

Za zamkniętymi drzwiami

Mocna książka. Z rodzaju tych, co to dreszcz po plecach przechodzi, a czytelnik gryzie paznokcie nie wiedząc, co się wydarzy na następnej stronie. Gorzka, mroczna ...prawdziwa.
Jack i Grace są idealnym małżeństwem. Trochę trwało, zanim się pobrali, ale czas oczekiwania to jednocześnie czas dbałości o to, aby wszystko było idealne. On - wzięty prawnik - dba, aby wspaniałej żonie niczego w życiu nie brakowało. Ona - piękna kobieta - dba o swojego męża i spełnia każdą jego zachciankę. Fantastyczny dom, wspaniały samochód, egzotyczne wakacje... żyć nie umierać. I tylko bardziej sprawni obserwatorzy zastanawiają się, dlaczego Grace tak łatwo poświęciła swoje życie dla męża. Rzuciła pracę, dała się zamknąć w złotej klatce... Nie zastanawiają się jednak długo wychodząc z założenia, że przecież to jest tylko i wyłącznie jej wybór. Nic bardziej mylnego. Każdy następny rozdział odkrywa brudne tajemnice, jednocześnie zakrywając pozorny, cukierkowy świat. 
Nie ukrywam, że początek (ale taki naprawdę początkowy) mnie trochę znudził. Słodki romans, przygotowania do ślubu, miłość do grobowej deski... jedynie siostra Grace, młoda osóbka, cierpiąca na zespół Downa, stanowiła jakąś atrakcję w tej nudzie. Szybko jednak musiałam otrząsnąć się z tej pozornej sielanki. Dalej moje wypieki rosły z każdą stroną. Już po kilkudziesięciu stronach nie mogłam się oderwać i uwierzcie mi - nie ma tu cienia przesady. 
Narracja prowadzona jest dwutorowo przedstawiając losy Grace kiedyś i teraz. I tak czytelnik poznaje mroczne zagadki "z teraz", po czym "kiedyś" wyjaśnia mu podłoże całej sytuacji. Jest taki moment, w którym "kiedyś" i "teraz" spotykają się i bomba wybucha. Świetne zakończenie ścina z nóg i powoduje, że powieść na długi czas pozostaje w głowie czytelnika. 
Polecam miłośnikom kryminałów... każdemu polecam :-) 

środa, 10 stycznia 2018

Zadania dla Asów klasa 2

Każdy, kto jest rodzicem zrobi wszystko, aby dziecko miało udany start w życiu. Każdy pakuje kasę w książki, zmazywalne długopisy (a tu kasa idzie niemała) super pomoce naukowe i materiały uzupełniające. Zapewniam Was, że wybór jest ogromny, a firmy prześcigają się w produktach coraz bardziej użytecznych, kolorowych i przyciągających oko. Dziecięcia nasze kochane są istotkami nad wyraz sprytnymi i dobrze wiedzą, co pomoże i ułatwi naukę. Wybór jednak często jest bardzo trudny. Ilość książkowych publikacji na półkach w księgarniach, mających ułatwić naukę, jest niesamowita. Dzieciaki mają więc możliwość wyboru i chętnie sięgają po takie książeczki, w których różnorodność zadań nie pozwala na nudę. 
Ja z Młodszym również poszukiwałam książeczek, w których zadania jemu sprawią przyjemność, a mi dadzą poczucie dobrze wykonanego zadania. I znalazłam. Seria „Zadania dla Asów” jest naprawdę dobra. 
W pierwszej kolejności dorwałam zadania dla klasy 2 zawierające ćwiczenia dodatkowe z języka polskiego. Czego tu nie ma! Krzyżówki, wykreślanki, uzupełnianki, rysowanki, zagadki, rebusy, labirynty, plątaniny... naprawdę trudno to wszystko zliczyć. Pogrupowane tematycznie i ciekawie przedstawione, potrafią na dłuższy czas skupić na sobie uwagę małego ucznia. Mamy zadania związane ze zdrowiem, mamy część o Polsce i patriotyzmie, są też zadania o wakacjach, przyjaźni, znakach drogowych, czy pogodzie. Do wyboru do koloru. Zadań jest sporo i nawet najbardziej wybredne dziecko znajdzie tu coś dla siebie. Zadania są przeplatane i nie ma strony, na której dziecko byłoby zmuszone do zrobienia dwóch takich samych zadań. Taki układ na dłużej przykuwa malca do biurka i powoduje, że z chęcią brnie przez kolejne wyzwania. 
Opracowanie ma jedną wadę, a mianowicie klejony grzbiet. Nie jest to opasłe tomisko i można było pokusić się o zszycie książki, a nie jej klejenie. Grzbiet powoduje, że dziecko ma trudności z wypełnieniem zadań po wewnętrznej stronie publikacji. Na szczęście Młodszy po kilku fochach i utyskiwaniach tak wsiąkł w rozwiązywanie kolejnych łamigłówek, że nawet mu to bardzo nie przeszkadzało. 
Dla mnie jako Mamy (i myślę że dla wszystkich odbiorców) ważne jest to, że zadania zawarte w „Zadaniach dla Asów” raczej zawyżają poziom niż zaniżają. Kiedy Młodszy wypełniał zadania zawarte w książeczce był uczniem trzeciej klasy (wrzesień - październik 2017). Większość zadań wypełniał bez trudu, jednak było kilkanaście takich, gdzie zmuszony został przyjść do matki po poradę. Nie było to nic trudnego, ale trzeba się było zastanowić i pogłówkować. Co więcej – często taka publikacja po prostu uzupełnia braki w wiedzy malucha, i nie chodzi tu o złe nauczanie w szkole, a jedynie o uzupełnienie wiedzy, którą już posiada o szczegóły i szczególiki. Zakres tematyczny „Zadań dla Asów” jest tak szeroki, że – moim zdaniem – żaden uczeń w wieku 6-8 lat nie będzie umiał rozwiązać wszystkich zadań. I dobrze, bo byłoby to po prostu nudne. A tak jest wyzwanie i jest zabawa. 
Młodszy przy rozwiązywaniu zadań doskonale się bawił. To, że przy okazji ćwiczył spostrzegawczość, dokładność, umiejętność rozróżniania i porównywania, logiczne myślenie, pamięć i samodzielność - to jedno. Ważne jest również to, że Młodszy, będący prawdziwym chłopakiem, a co za tym idzie bazgrzący jak przysłowiowa kura pazurem - ćwiczył również zdolności manualne i ładne pisanie. I nie trzeba go było zaganiać do biurka i mozolnie stawiać literek. Można to było osiągnąć przez zabawę z zadaniami. 
Świetna publikacja, która powinna znaleźć się jako materiał uzupełniający w każdej podstawówce. 

sobota, 6 stycznia 2018

Prokurator

Bardzo przyjemna lektura. Gdyby nie szał wokół niej i zapowiedzi wszystkiego co ostre (ostry seks, ostry język ostra akcja) uznałabym "Prokuratora" za zupełnie niezłą książkę, której warto poświęcić kilka wieczorów. Kiedy jednak naczytałam się o tej "ostrości" i wybuchowym debiucie, to fabuła powieści wydała mi się, może nie nudna, ale na pewno przereklamowana. 
Kinga Błońska przyjeżdża do Gliwic, aby zacząć tam nowe życie. Dotychczasowe trochę się jej posypało, a że nadarzyła się okazja na zostawienie wszystkiego za sobą - skwapliwie z niej skorzystała. W Gliwicach zajmuje się obroną Szarego. który jest groźnym przestępcą. Zadanie trudne i niewdzięczne przez co Kinga próbuje odreagować stres w klubie. Tam poznaje przystojnego mężczyznę, z którym postanawia spędzić noc. Jedną noc. Niestety ta przygoda wiele ją kosztuje, ale i przynosi wiele dobrego. 
Prokurator jest świetną powieścią, z szybką fabułą, ciekawymi bohaterami i wartką akcją. Minusem powieści jest zbyt duża ilość wulgaryzmów i język, który mi jakoś nie pasował. Rozumiem, że grono osób będących bohaterami powieści do elit społecznych raczej nie należy, niemniej jednak język godny bywalców parkowych ławeczek z buteleczką w dłoni nie bardzo mi pasuje. 
Mimo tego warto przeczytać "Prokuratora" akcja toczy się wartko, a czytelnik raczej nie ma czasu na nudę. Powiem tak - powieść zachwytu we mnie nie wzbudziła, ale po drugi tom sięgnę na pewno. 

piątek, 5 stycznia 2018

Jak zawsze

Kiedy byłam mała.... ale to brzmi... :-)  Dobra. W czasach mojej młodości miałam ulubioną książkę pt. "Godzina pąsowej róży". Główna bohaterka, na co dzień żyjąca w 1960 r., przeniosła się w czasie do XIX wieku i tam próbowała dostosować się do warunków - że tak to określę - zastanych.  Niby rok 1960 od 1880 dzieli niespełna 80 lat, ale technologicznie kosmos. "Jak zawsze" to taka "Godzina pąsowej róży" dla dorosłych. Oczywiście w dużym uproszczeniu, ale przez całą lekturę, gdzieś z tyłu głowy kołatała mi myśl o podobieństwie między tymi powieściami. Tylko wydźwięk zupełnie inny. W "Godzinie pąsowej róży" postęp ludzkości zadziwiał i powalał na kolana, natomiast po lekturze "Jak zawsze" pozostał żal, że zmarnowaliśmy tyle okazji do lepszego życia. 
Powieść wciągająca i szalona, ale to u Pana Miłoszewskiego nie zaskakuje. Autor znany i nagradzany, jednak dotychczasowa twórczość mi znana, to głównie kryminały, a "Jak zawsze" do tego gatunku stanowczo nie należy. Bo jest to... na pewno książka obyczajowa... trochę melancholijna z jednej strony... niezwykle szalona z drugiej... a z trzeciej to po prostu analiza naszego społeczeństwa. Taka prześmiewcza, spontaniczna i żywiołowa, a jednocześnie... smutna. 
Staruszkowie, których poznajemy na początku powieści, są wyjątkową parą. Ona całe życie pracowała na etacie, bez większych przygód i uniesień. Dom praca dziecko - zwyczajnie, jak większość z nas. On całe życie był wziętym psychologiem i to własnie nauce poświęcił wszystko. Żona i syn byli niejako obok, choć zawsze kochani i szanowani. Kiedy poznajemy Grażynę i Ludwika szykują się Oni do obchodów pięćdziesiątej rocznicy swojego ślubu. Oboje robią rachunek zysków i strat, oboje dochodzą do wniosku, że mogli żyć lepiej i więcej. Nic więc dziwnego, że kiedy cofnęli się w czasie do połowy XX wieku, oboje zaczęli analizować, co można by zrobić inaczej. Warto przekonać się, co z tego wyniknie.   
Wyraźnie to powiem i podkreślę: losy naszej pary są w tej powieści drugorzędnym wątkiem. Na pierwszym planie jest bowiem nasz kraj (jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi) i jego ustrój polityczny. Polska, do której przenieśli się Ludwik i Grażyna, nie jest zdominowana przez Związek Radziecki. Naszym sojusznikiem i Wielkim Bratem jest Francja. Prezydentem Polski jest Eugeniusz Kwiatkowski, a Gierek i Jaruzelski  działają w opozycji. Świetnie się bawiłam czytając opisy codziennego życia Polaków i obserwując zmagania naszych bohaterów. Wszystko jest tam inne. Na środku Warszawy powstało miejsce, w którym - ku przestrodze potomnych - pozostawiono gruzy wojennej Warszawy. Stolicę odbudowano na wzór Paryża, a w sklepach i urzędach słychać język francuski. Zamiast Czechosłowacji wkraczamy do Algierii, a zamiast Unii Europejskiej mamy Unię Słowiańską, z Gomułką na czele. 
Trudno tu mówić o perypetiach bohaterów, bo to nie na nich skupia się uwaga czytelnika. Uważam,  że powieść można ująć w jednym banalnym zdaniu: staramy się jak możemy, a wychodzi jak zawsze. Autor pokazuje nam, że jako naród - choćbyśmy wygrali górę złota, odkryli złoża ropy, czy też wszyscy, jak jeden mąż, dostali okazję spełnienia swoich marzeń - nie mamy szans na powodzenie. Wyjdzie jak zawsze. Zmarnowane szanse i niewykorzystane możliwości to drugie imię Polski. 
Koniec narzekania, teraz trochę "fanu". Jest taki fragment, w którym Grażyna przyznaje się znajomemu, że przybyła z przyszłości. On żył w przekonaniu, że w XXI wieku na księżycu będą miasta, a w kosmosie będziemy poruszać się niczym tramwajami po ulicach. Mars skolonizowany, transport powietrzny niczym komunikacja miejska... nic bardziej błędnego! Grażyna uświadomiła go, (i przy okazji mnie) że rozwój poszedł w zupełnie inną stronę. To nie na kosmosie oparliśmy wynalazki a na miniaturyzacji właściwie wszystkiego. Kiedy opisywała przyjacielowi nowinki technologiczne otwierałam oczy ze zdziwienia że tego do tej pory nie zauważyłam. Przecież wszyscy wiemy, że komputer, tablet, czy komórka nie były wtedy znane, ale wyobraźcie sobie, że opowiadacie to osobie żyjącej w latach 60 XX wieku. Szał po prostu. Trudno pojąć, że do zdjęć nie potrzeba kliszy, że można drukować wszystko w zaciszu domowym czy też, że encyklopedie i słowniki nie bardzo mają racje bytu. Sieć, przechowywanie danych, sms-y - trudno to zrozumieć. 
Świetna powieść, której na pewno nie można czytać jednym tchem. Można się zatrzymać, przeanalizować i pokwękać o straconych szansach, ale można też podziwiać wyobraźnię autora i szaleństwo tak wykreowanego świata.  Na pewno do niej wrócę. Pierwsze czytanie miało na celu poznanie losów Grażyny i Ludwika. Drugie czytanie natomiast pozwoli na poznanie tamtejszej Polski. Czy lepszej? Patrząc na zakończenie to nie wiem... 

środa, 3 stycznia 2018

Fashion Victim

Rany gucio, co za książka! Rzadko kiedy, tak naprawdę i szczerze, zachwycam się powieścią. A to naczytam się ochów i achów i dla mnie już nie wystarcza, a to ktoś sprzeda za wiele fabuły i nie mam już tego dreszczyku emocji... często też po prostu nie podoba mi się i już. Ale tu mój zachwyt jest szczery, prawdziwy i od serca. "Fashion Victim" to nie jest literatura dla ambitnych czytelników szukających w książkach sensu życia, ale jeżeli macie ochotę zagłębić się w mroczny świat, splamiony krwią młodych dziewczyn i poszukać mordercy - to szczerze polecam. 
Londyński świat mody jest bardzo okrutny dla chcących tam zaistnieć modelek. Tu nie ma głaskania po głowie i dbania przez mamusię o poranne wypicie mleka. Jest za to krew, pot i łzy. Każda dziewczyna musi bardzo uważać na to co robi i mówi, gdyż jej słowa i czyny rozbierane są przez dziennikarzy na części pierwsze i to nie zawsze zgodnie z tym, co się naprawdę działo. W takim światku trudno o przytulność i poczucie bezpieczeństwa. W taki światek trafia młodziutka Rosjanka Natalia, pragnąca zrobić karierę. Uciekła z rodzinnego miasteczka przed biedą i brakiem marzeń, a trafiła do piekła. Jej radość ze spełnienia marzeń nie trwała długo. Natalia staje się bowiem ofiarą mordercy, który w bestialski sposób pozbawił ją życia. 
Sophie Kent jest nieszczęśliwa. Spotkała ją osobista tragedia i kiedy ją poznajemy, próbuje stanąć na nogi i wrócić do dziennikarskiego fachu. Pracując w redakcji jednej z większych londyńskich redakcji nie może pozwolić sobie na chwilę słabości. To jest trudne - nawet bardzo. Sophie łapie się różnych tematów niczym tonący brzytwy, lecz dopiero Natalia, ze swoim strachem i rozpaczą, stanowi dla niej prawdziwe wyzwanie. Dziennikarka, widząc rozpacz dziewczyny, próbuje jej pomóc - niestety nie zdąża. Po śmierci Natalii Sophie postanawia znaleźć mordercę. Nie przypuszcza jednak jak dużo będzie musiała poświęcić aby rozwikłać zagadkę. 
Powieść czyta się jednym tchem. Nie chciałam pisać tego zdania, bo ociera się już o banał i frazes, ale trudno jest ująć to inaczej. Naprawdę połknęłam powieść niczym zupę i żałowałam że nie ma drugiego dania. Podczas lektury czytelnik nie ma ani chwili wytchnienia. Rozdziały kończą się w taki sposób, że czytelnik niecierpliwie czeka co będzie dalej, a jak już zacznie kolejny rozdział no to jak nie skończyć... i tak czytałam w sklepie, na spacerze z psem, w samochodzie na światłach, przy myciu zębów. Kiedy skończyłam stwierdziłam, że zazdroszczę tym, którzy mają lekturę jeszcze przed sobą. 
Dużym plusem jest narracja prowadzona z punktu widzenia Sophie. Dzięki temu czytelnik zostaje wciągnięty w samo centrum zdarzeń i nie ma szans, aby się stamtąd wyrwać. Mam wrażenie, że autorka (która w życiu codziennym sama para się dziennikarstwem) ułatwiła sobie w ten sposób zadanie. Taki zabieg nadał głównej bohaterce cechy realności i dużej wiarygodności. Zachowuje się jak rasowa dziennikarka, a opisywane szczegóły związane z tą profesją są wyjątkowo naturalne, przez co powieść wydaje się wyjątkowo realistyczna. I teraz wyobraźcie sobie, że na takim "prawdziwym" tle, robiącym wrażenie widoku z okna, rozgrywają się brutalne morderstwa na niewinnych dziewczynach. Sophie robi wszystko aby rozwikłać zagadkę, ale sytuacja ją trochę przerasta. 
Powieść zachwyca lekkością pióra i dynamizmem akcji. Tu nie ma czasu nawet zastanowić się nad tym, co się własnie przeczytało, a już lecimy głową w dół ku kolejnym wydarzeniom. Autorka przemyślała powieść od początku do końca, dzięki czemu nie ma nieścisłości (a przynajmniej ja ich nie znalazłam, choć nie ukrywam, że lubię je wytykać).
Polecam, naprawdę polecam. Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy mając nadzieję, że w niczym nie ustąpią "Fashion Victim".

piątek, 15 grudnia 2017

Kapitan Majtas poszukiwany!

Zajawka nr 1 
Rzadko umieszczam takie posty, ale tym razem muszę, "inaczej się uduszę". Jakieś pół roku temu, wraz z Młodszym, trafiłam do kina na "Kapitana Majtasa". Śmieszna historia o dwóch chłopcach, którzy słyną w swojej szkole jako para zdolna do niesamowitych wyczynów. Pewnego dnia chłopaki, wchodząc na wyżyny swoich "psotliwych" możliwości, hipnotyzują nielubianego dyrektora swojej szkoły. Skutki hipnozy są wyjątkowo śmieszne. Dyrektor przemienia się w superbohatera znanego pod niezbyt chlubnym pseudonimem "Kapitan Majtas”. Jest On nieporadnym olbrzymem, wyposażonym w wiele umiejętności, jednak ich wykorzystanie często prowadzi do różnych nieszczęść i gagów. Historyjka cudna, którą Młodszy długo wspominał. 

Zajawka nr 2
Młodszy ostatnio stał się fanem serii książek o Tomku Łebskim. Rozumiem go, bo - na razie - do fanów czytelnictwa nie należy, a rozkładając książkę, nawet tak mało wypełnioną tekstem jak Tomek Łebski, zaspokaja matczyną potrzebę oglądania pociech z książkami w ręku. Trochę oczywiście żartuję, ale naprawdę zaczytuje się w Tomku i dziwię się, że jeszcze się nie znudził. 

Podsumowanie obu zajawek :-)
Ostatnio otrzymałam informację, że na rynku wydawniczym pojawiły się książki o Kapitanie Majtasie, które są utrzymane własnie w formule Tomka Łebskiego. Już od lipca hulają po księgarniach cztery pierwsze tomy, a ja jakoś nie zwróciłam na nie uwagi. No powiem Wam, że szczęście moje nie ma granic. Nareszcie mój syn - który na każda inną książkę kręci nosem - wykazał zainteresowanie, a nawet swoistego rodzaju euforię. Może w końcu ruszy dalej z czytelnictwem. Jeżeli książkowy kapitan Majtas jest równie śmieszny, co filmowy, to zabawa będzie rewelacyjna! Wydawnictwo Jaguar szykuje się do wydania kolejnych dwóch tomów, ale my chyba zaczniemy od początku... 



Dalila

Zastanawiając się nad lekturą tej książki, trafiłam na opis: "Poruszająca opowieść kobiety, która nie może odnaleźć swojego miejsca na świecie..". Moje odczucia są trochę inne. Rzeczywiście poruszająca historia, ale nie kobiety, tylko znieczulicy na cudze nieszczęście. To niesamowite, jak szybko ludzie, którzy są zatrudnieni w urzędach (z zasady powołanych do pomocy innym) stają się bezdusznymi maszynami, zdolnymi jedynie wypełnić konieczne formularze. 
Dalila jest młodą Kenijką - mądrą i inteligentną dziewczyną, która marzy o zostaniu dziennikarką. W swojej ojczyźnie studiowała, miała przyjaciół i była szczęśliwa. Do czasu. Nagle sytuacja, w której się znalazła zmusza ją do ucieczki ze swojego rodzinnego kraju. Nie mamy tu do czynienia z prześladowaniami politycznymi, czy biedą. Dalila obawia się o swoje życie i zdrowie, a niebezpieczeństwo grozi jej ze strony wuja.  Dalila straciła całą rodzinę i właściwie w Kenii nic jej nie trzyma. Postanawia wyruszyć do Londynu, zachęcona opowieściami i opisami tego "raju". Szybko jednak sprawy się komplikują. Już w pierwszych dniach napotyka nieuczciwych ludzi, którzy przyczyniają się do tego, że Dalila traci wszystko, co ze sobą przywiozła. Dziewczyna ,posiadając tylko to, co na grzbiecie, zostaje rzucona w sam środek Londynu. Co robić? Jak żyć? Okazuje się, że uzyskanie azylu jest trudne, a częste wizyty w ośrodkach dla imigrantów są przykre, czy wręcz poniżające. Dalila jednak nie poddaje się bo wie, że możliwość zostania w Wielkiej Brytanii to jej jedyna szansa na spokojne życie.
To co rzuca się w oczy czytelnika w pierwszej kolejności to bezradność Dalily, która zestawiona z brutalnymi procedurami związanymi z uchodźcami - poraża i przeraża. Czytając dialogi pomiędzy uchodźcami a urzędnikami można zauważyć, że im bardziej zagubiony uchodźca, tym większa znieczulica. Ważne jest to, aby przestrzegać ściśle procedur i nie dopuścić do jakichkolwiek odstępstw. I nie ważne, czy jest to po Twojej myśli, czy nie. Ważne, żeby odpowiednie "ptaszki" zapełniły odpowiednie kratki. 
"Dalila" jest napisana wyjątkowo zgrabnie i - pomimo niełatwego tematu - czyta się ją szybko i przyjemnie. To duży plus, ponieważ poruszane w powieści sprawy często są naprawdę przygnębiające i gdybym jeszcze musiała się przedzierać przez trudny i zawiły język - chyba bym nie dała rady. A tak książka jest naprawdę przyjemna w odbiorze. Zwłaszcza, że w wielu miejscach zaskakuje, a już zakończenie po prostu ścięło mnie z nóg. 
Powieść naprawdę godna polecenia. Warto zobaczyć, z czym zmagają się ludzie, którzy muszą uciekać ze swojego kraju. Przyjeżdżają do miejsc, które uważają za raj na ziemi, a tu przykra niespodzianka. Muszą unieść na barkach ciężar biurokracji i nieprzychylnych spojrzeń. Trzeba uzbroić się w dużo cierpliwości i pokory aby przebrnąć przez to wszystko z podniesioną głową. Naprawdę podziwiam.  

poniedziałek, 20 listopada 2017

List z przeszłości

"List z przeszłości" to taka bajka dla dorosłych. Bardzo sympatyczna i niezmiernie wciągająca, ale nadal bajka. Czy to źle? Moim zdaniem - nie. Przecież nie wszystko musi być krwawe, pachnieć morderstwem i dziać się w ponury, deszczowy dzień. Ciepłe kraje, bogaci ludzie, piękne kobiety i rodzinna tajemnica... brzmi bajkowo, nieprawdaż? 
Kiedy poznajemy Alexis Shaw nie jest ona w najciekawszym momencie swojego życia. Żałoba po dwóch najbliższych osobach - matce i cudownej niani - zupełnie pochłonęła dziewczynę. Trudno jest w takiej chwili zajmować się doczesnymi problemami, jednak Lexi zostaje do tego niejako przymuszona. Trudno bowiem pogrążać się w rozpaczy, kiedy człowiek dowiaduje się, że został spadkobiercą niezłej fortuny. Lexi dowiaduje się o tym przypadkiem, porządkując dokumenty w mieszkaniu zmarłej Ursuli. Odnajduje wiele listów i dokumentów wskazujących na to, że wyjaśnienie tajemnicy spadku i tajemnic z przeszłości jest możliwe tylko i wyłącznie na drugim końcu świata - w afrykańskim Malawi. Czytelnik razem z Alexis początkowo rozpacza po utracie najbliższych a potem pomalutku odkrywa tajemnicę za tajemnicą. Każdy nowy fakt zwiększa nadzieję, że może jednak Alexis nie została zupełnie sama na tym świecie. 
Irytował mnie początek powieści. Akcja rozkręcała się dość długo, a braki w akcji wypełnione zostały rozmyślaniami naszej bohaterki i jej monologami. Na szczęście dotrwałam do momentu, kiedy akcja runęła niczym lawina, a ja już do końca powieści delektowałam się ciekawą fabułą. Dużo smaczku dodaje afrykański klimat rodem z Indiana Jonesa. To  dodało wyjątkowej pikanterii całej powieści. 
Książka  jest dość obszerna, co wcale nie oznacza, że skomplikowana. Cała akcja toczy się właściwie dwuwątkowo, choć nie brakuje szybkich zwrotów akcji i barwnych postaci. Obok głównego wątku Alexis (i jej perypetii związanych z poszukiwaniem własnej tożsamości), śledzimy drugi - moim zdaniem dużo ciekawszy wątek, opisujący losy kobiet, które przyczyniły się do powstania tajemnic i niedopowiedzeń w życiu naszej bohaterki. Nie ukrywam - ten wątek mnie urzekł i spowodował, że szybko zapomniałam o początkowej nudzie. Historia opowiedziana z pazurem i polotem zachwyci każdego. Nie mogę zbyt wiele napisać, aby nie zdradzić za dużo, ale zapewniam Was - warto.  
Prostota powieści, która w innych książkach trochę mnie drażni tu powoduje zupełnie inne uczucia. Zwrotów akcji jest tak dużo, a bohaterów tak wielu, że nie ma potrzeby "zamydlać" fabuły dodatkowymi historiami.  
Oceniając powieść jako całość powiem tak: jeżeli cierpliwie przebrniecie przez początek książki, czeka na Was ciekawa powieść, która w pełni zasługuje na miano bestselleru i godnie zapełni wolny czas w długie, zimowe wieczory.