wtorek, 16 lipca 2019

Muszę wiedzieć

Słowo "musieć" w moim osobistym słowniku jest słowem przygnębiającym. „Musieć” oznacza być do czegoś zmuszonym, nie mieć innego wyjścia, postąpić w dany sposób, choć często wbrew sobie. "Muszę to zrobić" kojarzy się z czymś robionym bez przyjemności. "Muszę wiedzieć" oznacza wiedzę zdobytą bez oglądania się za siebie. Nieważne, jaką pożogę zostawię po drodze. A z humorystycznych rozumień tego słowa, któż nie zna powiedzenia: Czasami człowiek musi inaczej się udusi... 
„Muszę wiedzieć” to książka właśnie o tym. O wiedzy zdobywanej po trupach, bez baczenia na innych bez żadnych obiekcji. To powieść o trudnych relacjach rodzinnych, o trudnej miłości i ... o szczęściu w nieszczęściu. Bohaterce powieści też się wydaje, że musi. Musi znaleźć matkę, musi dotrzeć do korzeni. Okazuje się jednak, że życie jest o wiele bardziej bogate, niż nam się wydaje. 
Początek jest... może nie nudny, ale bardzo spokojny. Poznajemy Halinę, samotną kobietę, dla której życie się skończyło. Jest sama, nie ma pracy, nawet kot ją zostawił. Mąż nie żyje, syn wyjechał, córka… Nastrój początkowych stron jest przygnębiający choć czytelnik czuje, że zaraz coś pęknie. I rzeczywiście. Pewnego dnia do drzwi mieszkania Haliny puka młoda dziewczyna, Patrycja. Twierdzi, że jest jej wnuczką. Halinie trudno w to uwierzyć, bo choć jej córka Dominika wyjechała na studia do Wrocławia, a ich stosunki były często dość burzliwe, to kobieta jest pewna, że przecież zauważyłaby, że jej córka jest w ciąży. Jest pewna, stuprocentowo pewna, że Dominika nie zostawiła po sobie dziecka, a tu młoda smarkula w drzwiach bezczelnie zapewnia ją, że jest jej wnuczką. Nie może porozmawiać z domniemaną matką, ale nie odpuszcza. Jest nieustępliwa w swoich poszukiwaniach. Co więcej, wciąga w nie swoich przyjaciół. Nie bierze pod uwagę tego, że prawda może zaskoczyć. 
Bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ta powieść. Początkowo mnie znużyła, ale jak już zaczęło się dziać, to wcisnęło mnie w fotel niczym na rollercoasterze. Budowa powieści jest naprawdę świetnie pomyślana. Odrębnym wątkiem jest to, co Patrycja z przyjaciółmi i babcią odkrywa, a odrębnym są wspomnienia i myśli ludzi powiązanych ze sprawą, których nasi bohaterowie odwiedzają. To trochę tak jak zabawa w popularne memorki (gra polegająca na szukaniu par takich samych obrazków) Patrycja chodzi i odkrywa obrazki, ale to czytelnik łączy je w pary. Patrycja poznaje historię złożoną z tych obrazków, ale to czytelnik widzi szerzej, dotyka mocniej i czuje głębiej. To czytelnik poznaje prawdziwe losy tych trzech kobiet. Zakończenie wbija w fotel i okazuje się, że nic nie jest takie, jak się wydawało. 
Super powieść – wielowątkowa, obyczajowa, kryminalna - taka jak lubię. Nie można oderwać się od niej, wywołuje całą gamę emocji - od wzruszenia aż po złość. Jest tajemnicza, miejscami śmieszna, często życiowo brutalna. Rewelacyjna.

czwartek, 11 lipca 2019

Wianek z dmuchawców

Lubię takie powieści. Wprowadzają w moją duszę spokój i radość. Pomimo tego, że fabuła wartko się toczy, pomimo tego, że bohaterowie są osobami budzącymi w czytelniku sporo emocji - ja mam w sercu ciszę. To rzadko spotykana cecha książek. Cecha, którą kocham i która spowodowała, że "Wianek z dmuchawców" dumnie zagościł na półce moich ukochanych książek.
Powieść zaczyna się mocnym tąpnięciem, które w duszy każdego "książkochłona" wzbudzi emocje. Oto wójt Gradowa postanawia wykorzystać przejście na emeryturę bibliotekarki Uli (zwanej przez niego Starym Czytadłem) i doprowadzić do zamknięcia biblioteki. Bibliotekarz, który ma zastąpić p. Ulę musi być największym niedorajdą nie wykazującą najmniejszej nadziei na to, że poradzi sobie z prowadzeniem tego interesu. Wybór pada na syna Pani Urszuli - Jarka. Z biegiem stron poznajemy również kolejnych mieszkańców Gradowa. Młody ksiądz, Adam Poziomka, jest obiektem westchnień wszystkich mieszkanek miasteczka. Ubawiłam się czytając o jego próbach okiełznania licealnej młodzieży podczas lekcji religii. Jagoda jest żoną Krzysztofa i matką trójki dzieci. Trudno jej żyć w zgodzie z samą sobą, a co dopiero z mężem. Krzysztof kocha Jagodę, choć zdaje sobie sprawę, że to miłość kulawa i wymagająca. To On właśnie obiecał Jagodzie wianek z dmuchawców i to właśnie jego postępowanie uruchomiło lawinę wydarzeń.
Moją wielką sympatię zdobyła Maria Blanche, będąca od pięćdziesięciu lat kościelną w gradowskim kościele. Kobitka ledwo nogami powłóczyła, ale o mieszkańcach wiedziała wszystko. Potrafiła, na podstawie swoich obserwacji podać, na jakie dochody parafia może liczyć w poszczególnych miesiącach. Tu pogrzeb, tam ślub, jeszcze gdzie indziej chrzciny... Bystra obserwatorka często dzieliła się z najbliższymi spostrzeżeniami i radą. Pani Maria jest w tej powieści nieodzowna i stanowi filar wielu wydarzeń. A uwierzcie mi, że dzieje się sporo... Autorka ani przez chwilę nie oszczędza czytelnika. Krótkie rozdziały i świetne pióro co i rusz przenoszą czytelnika z miejsca na miejsce. W jednej minucie czytamy o perypetiach młodego bibliotekarza, a już po chwili cofamy się o kilkadziesiąt lat i poznajemy losy jego rodziców. Za kilka minut w kolejnym rozdziale poznajemy losy bibliotecznej stażystki Anetki i krew nas zalewa czytając o tym, jak traktuje ją miłość Jej życia - cwany Radzik. Losy bohaterów przeplatają się, schodzą i rozchodzą. Jedne historie urywają się (tak właśnie jest w przypadku Anetki i Radzika, czego nie mogłam przeboleć) inne rozwijają się i nawet na końcu powieści nie znajdują rozwiązania, pozostawiając czytelnika w niepewności i oczekiwaniu na kolejny tom powieści.
Ta książka jest trochę jak rzeka. Główny nurt to Gradowo, w którym wszystko się dzieje. Dopływy i strumyczki to losy mieszkańców i osób związanych z tą przesympatyczną mieścinką. Jedne wysychają, inne łączą się ze sobą, jeszcze inne stanowią odnogę, która zaczyna żyć własnym życiem. Autorka świetnie połączyła to w jedną całość, która jest wręcz magiczna. Wszystko piękne splata się ze sobą, a nastrój panujący w powieści powoduje ciepło w sercu czytelnika. Losy bohaterów wcale nie są cukierkowe i często budzą współczucie, ale przecież życie też nie zawsze jest łatwe i słodkie.
Piękna powieść, która daje wielką przyjemność z czytania. Mam nadzieję, że nie będę musiała zbyt długo czekać na kontynuację… A na zakończenie chciałabym podzielić się cytatem, który swym pięknem i prostotą po prostu położył mnie na obie łopatki. Odczucia bibliotekarki, która przed przejściem na emeryturę przyjmuje na stan biblioteki ostatnią paczkę książek…
Odwlekała ów moment, kiedy po przecięciu kilku warstw taśmy klejącej i zdjęciu kilku warstw starych gazet lub folii bąbelkowej zobaczy okładki wybranych przez siebie tytułów, a potem wyjmie każdy z tomów i z wielką miłością przejrzy kartka po kartce, nawdycha się zapachu farby drukarskiej, którymi nasączone są świeże stronice, a potem wpisze świeże pozycje na stan inwentarza, opracuje i odstawi na półki z nowościami. Chciała jak najdłużej cieszyć się tą chwilą, aby ją potem wspominać przez długie lata zasłużonej emerytury.
Piękne, prawda?

wtorek, 9 lipca 2019

In vitro. Rozmowy intymne

Długo zbierałam się do lektury książki pt. „In vitro. Rozmowy intymne”. Bardzo długo. Wspomnienia - choć dawne i już trochę zaśniedziałe - nadal bolą. Wprawdzie mam dwójeczkę „dzięciołków”, ale starania o pierwszą ciążę nie były łatwe. Bałam się więc, że wszystkie wspomnienia wrócą ze zdwojoną siłą. Na szczęście myliłam się. 
Małgorzata Rozenek - Majdan zaskoczyła mnie dojrzałością podejścia do tematu. Wydawałoby się, że nic dziwnego. Przecież sama jest mamą dwójki dzieci poczętych dzięki in vitro. To jednak nie chodzi o sam temat „poczęcia na szkiełku”, ale o wyjątkową dbałość o emocje czytelnika. Książka jest tak zbudowana, aby silne emocje przeplatać z naukową znieczulicą. Trochę to mocne określenie "znieczulica", ale tak właśnie jest. I nie mam tu na myśli pejoratywnego wydźwięku tego słowa. Gdyby wszyscy się przejmowali i współczuli, to ta droga do maleńkiego szczęścia byłaby dużo gorsza. A tak? Jest jak jest i nie ma co owijać w bawełnę. 
Podróż przez książkę zaczynamy od historii z happy endem Młodzi ludzie, którzy dzięki in vitro mają dwuletnią córeczkę. Oby takich finałów było jak najwięcej! Niestety, już w kolejnym rozdziale poznajemy mężczyznę, któremu wali się świat. Jego żoną tak owładnęła potrzeba posiadania potomstwa, że On nie wytrzymał. Po prostu nie dał rady. Kolejna historia. Ona - normalna kobieta, on - katolik w najgorszym tego słowa znaczeniu. Badać się nie chce, wiarę pokłada tylko w Bogu, a brak potomstwa to jego zdaniem wyłącznie wina kobiety. Metoda na poczęcie dziecka? Licheń, Święta Lipka i Góra Świętej Anny - w jeden miesiąc. Masakra. Kolejna historia - cudowni optymiści, którzy wspierają się i są pewni, że będzie dobrze. Dalej - wywiad z Panią Martą działającą w fundacji „Nasz Bocian”. Opowiada, jakie trudności mają w naszym kraju bezpłodne pary i jak bardzo cierpią, choć w innych krajach wcale nie musiałyby cierpieć. 
Jednak najbardziej dał mi popalić wywiad z dominikaninem... O jeżu kolczasty, ile kościół zrobił złego w tej kwestii! I ta cholerna naprotechnologia… Idąc za Wikipedią „naprotechnologia to metoda mająca monitorować i utrzymywać zdrowie układu rozrodczego kobiet. (…) Oparta jest głównie na naturalnych sposobach planowania rodziny, które są dopuszczane m.in. przez kościół katolicki. Metoda stawia nacisk na naukę umiejętności rozpoznawania własnej płodności przez małżonków starających się o potomstwo”. No właśnie – płodności! To ile par zaprzepaściło szanse na posiadanie potomstwa wierząc w te bzdury i marnując cenny czas… Szok. 
Najwięcej emocji wzbudził we mnie wywiad z Panią Moniką, której podczas zabiegu in vitro pomylono komórkę żeńską, skutkiem czego urodziła nie swoje dziecko. Kobieta opisuje batalię o godne życie dla swojej rodziny i chorej córeczki. Tak, – bo dziecko urodziło się chore. Życie tej rodziny i Hani możecie śledzić na stronie "Przygody Hanki Firanki". Zajrzyjcie – naprawdę warto poznać ludzi, których los tak doświadczył, a mimo to są cudownymi rodzicami. Co rzuca się w oczy w rozmowie z Panią Moniką to to, że nikt ich nigdy nie przeprosił. Każdy próbował udawać, że nic się nie stało. 
Znużyły mnie dwa ostatnie wywiady - oba z lekarzami - ale nie dlatego, że były nieciekawe. Po prostu miałam dość. Dość walki z wiatrakami, dość ludzkiej głupoty i niezrozumienia dla ludzi, którzy tak bardzo chcą mieć potomstwo, że dla tej małej istotki są w stanie zrobić wszystko. 
Szkoda, że żyjemy w kraju, który jest nieczuły na tak pierwotną potrzebę jak potrzeba posiadania potomstwa. Po lekturze książki Małgosi Rozenek Majdan zrozumiałam, że nasz kraj zostawia ludzi w tej walce samotnych. Co to oznacza? A tyle, że jeżeli do posiadania potomstwa jest niezbędny zabieg in vitro a ty nie masz pieniędzy to nie będziesz miał dziecka. I już. 

poniedziałek, 8 lipca 2019

Miłość 44

Każda rodzina "harcerska" ma ogromny sentyment i szacunek do tematyki Powstania Warszawskiego. Jak wiadomo, olbrzymią rolę w jego przebiegu odegrali harcerze. Przecież Batalion "Parasol" to batalion składający się przede wszystkim z harcerzy będących członkami "Szarych Szeregów". Podobnie "Zośka". Każdy harcerz do dnia dzisiejszego ma ogromny sentyment do książki "Kamienie na Szaniec". (Moja córka ma na półce kilka wydań, a ja dzielnie wraz z nią poszukuję kolejnych) Większość z nas - harcerzy - zna bohaterki książki "Dziewczyny z Powstania" i wielu wielu innych pozycji mówiących o tamtych ciężkich czasach. Teraz dzięki Pani Agnieszce Cubała powstała książka, która jest następnym "must have" dla każdego. To książka pt. "Miłość 44". 
Nietrudno domyśleć się, co jest głównym tematem książki. To powstańcza miłość - uczucie rodzące się pomiędzy młodymi ludźmi, dla których jest jedynie tu i teraz. Nie wiedzą, czy jutro będą żyli, nie wiedzą czy dziś poślubiona druga połówka jutro nie zostanie wdową czy też wdowcem. Z każdej historii wydziera desperacja i nadzieja, że miłość pokona wszystko, że do ostatniej chwili zakochani będą razem. W tamtych trudnych chwilach, młodzi ludzie bardziej niż śmierci, bali się samotności. To wyraźnie widać w każdej (bez wyjątku) opisanej w książce historii. 
W opowiadaniach spotkamy każdego – poczynając od sławnych ludzi takich jak Jan Nowak Jeziorański czy też Krzysztof Kamil Baczyński, poprzez zwykłych Warszawiaków, aż po młodziutką prostytutkę czy też zagubioną w ówczesnej codzienności artystkę, która związała się z niemieckim żołnierzem. Urzekła mnie historia pewnego Staruszka, który w wieku 90 lat był obserwatorem Powstania. Płakałam czytając o śmierci Baczyńskiego i jego ukochanej Basi. Złościłam się, kiedy okazywało się, że ta miłość powstańcza - tak silna i beznadziejna w tamtych dniach - nie potrafiła przetrwać w czasach spokojnych. Jedno niezmiennie rzucało się w oczy. Każda historia jest inna, choć w wielu aspektach taka sama. W każdej jest nadzieja, śmierć i smutek. Nawet jeżeli nasi zakochani przetrwali, to wkoło nich szerzyła się śmierć, która cieniem padała na szczęście młodych.


Na moją wyobraźnię bardzo działały zdjęcia umieszczone w książce. Bardzo często z fotografii na czytelnika patrzy śliczna buzia młodej panienki, a potem czytamy jak ta sama panienka walczyła, umierała albo opłakiwała śmierć bliskich. Wiele osób decydowało się na śmierć z rozpaczy po śmierci ukochanej osoby i to mnie najbardziej złościło. Taka śmierć - smutna i niepotrzebna – rodzi w czytelniku wiele emocji. 
Autorka ma wspaniały dar reporterskiego pióra, które przy podawaniu na pozór suchych faktów jednocześnie rewelacyjnie wydobywa emocje z każdej kartki książki. Historie są różne - jedne zajmują kilkanaście kartek, inne zaledwie półtorej stronnicy. W jednych poznajemy bohaterów bardzo dobrze, w innych ledwie muskamy ich losy, oglądając scenkę niczym zdjęcie. Czytając końcowe rozdziały już wiedziałam, że jeżeli poznajemy blisko bohaterów to zapewne zginą a my pozostaniemy z pustką w sercu. 
Powiem Wam, że bardzo, bardzo przeżyłam tę książkę. Przecież to tacy harcerze jak moja córka są bohaterami tych opowiadań. Różnica polega na tym, że moja Basia ma piętnaście lat, a historię zna min. dzięki obchodom pod Monte Cassino, w których uczestniczyła czy też dzięki rajdowi „Arsenał” organizowanemu przez warszawskich harcerzy. Dzięki wiedzy o Powstaniu Warszawskim ma szóstkę z historii i tylko chciałabym żeby zdawała sobie sprawę, że Powstanie Warszawskie to nie tylko wydarzenie, ale i ludzie. Przede wszystkim ludzie. „Miłość 44” pokazuje właśnie, że na Powstanie składa się nieskończona ilość pojedynczych historii, które niczym mozaika układają się w bardzo tragiczną całość. 
Uwierzcie ni - nie ma znaczenie czy dla nas Powstanie było sukcesem czy porażką. Tyle młodych ludzi poświęciło swoje życie, że – moim zdaniem - nie ma miejsca na takie rozważania. Na pewno jednak jest miejsce na takie książki jak „Miłość 44”. To książka, która nadaje powstaniu ludzki charakter, pokazuje, że pomiędzy gruzami, barykadami i śmiercią były też piękne uczucia i szczęśliwe chwile.

środa, 3 lipca 2019

Gorączka i krew

Po serii książek, które były niezłe, ale nie urywały wiadomej części ciała, przyszedł ten moment, kiedy mogę napisać: Ale czaaad! Rewelacja! Ekstra! Bo naprawdę powieść "Gorączka i krew" jest świetna. Wciąga czytelnika niepomiernie i trudno się od niej oderwać. Jest w niej coś takiego, co trzyma jak magnes i za żadne skarby nie chce puścić. Ta powieść to kryminał z domieszką thrillera, posypanego odrobiną magii. Takiej ciężkiej, czarnej i przerażającej magii. Coś wspaniałego. 
Po otwarciu książki, czytelnik momentalnie wpada w wir wydarzeń. Pierwsze akapity powodują ciarki na skórze. Stare domostwo na pustkowiu otoczone drutem kolczastym. W środku młoda dziewczyna, maltretowana przez dwójkę okrutnych braci Salaville, walczy o życie. Braciszkowie przywiązali ją do łóżka i okaleczają jej ciało, ale w taki sposób, aby maltretowana Eloise jak najdłużej była świadoma. Brutalnie okaleczana nie zdaje sobie sprawy, że na terenie posiadłości znajduje się kilkadziesiąt innych rozczłonkowanych ciał, które łączy jedno. Wszystkie są pozbawione skóry na twarzy. Dwójka policjantów - Alexandre Vauvert i Eva Svarta - rozpaczliwie próbują pomóc Eloise, co kończy się strzelaniną. Dziewczyna zostaje uratowana, jednak oprawcy giną. Może to i dobrze... Przynajmniej policjanci mają pewność, że więcej dziewczyn nie zginie. Nic bardziej mylnego. 
Eva Svarta jest Albinoską. Skrywa tajemnicę, która prześladuje ją przez całe życie. Okazuje się, że jej wspomnienia mają wiele wspólnego z tajemnicą, która pcha nieznane moce do morderstw. Jednak - aby uwolnić się od demonów przeszłości - Eva musi przejść bardzo wiele. Właściwie ociera się o śmierć. Co łączy Evę z brutalnymi morderstwami? 
Bardzo, bardzo mi się podobało. Zwykłe klasyczne śledztwo przeradza się w mroczny wyścig z nieznanymi mocami, które są naprawdę przerażające i niosą śmierć. Po drodze do rozwiązania zagadki, czytelnik musi uporać się z elementami gotyckiej mitologii i węgierskimi legendami. Robi się mrocznie i przeraźliwie, trochę jak w opowieściach o Draculi. A kiedy jeszcze poznajemy historię Elżbiety Batory, robi się naprawdę strasznie. A jeżeli do tej wybuchowej mieszanki dodamy jeszcze wilki, które są nosicielami ludzkich dusz, i groźne bóstwa przechodzące do naszego świata przez lustra... Uwierzcie mi, że lektura tej książki budzi prawdziwy strach - głęboki i pierwotny. 
Uczucie trwogi potęguje budowa książki. Zbudowana jest z kilku sporych części, w skład których wchodzą krótkie rozdziały. Rzadko kiedy ich objętość przekracza kilka stron, a często zajmują zaledwie pół strony, no może troszkę więcej. Taka budowa powoduje, że cały czas coś się dzieje. Czytelnik nie ma chwili wytchnienia. Cały czas musi gonić, uciekać i pokonywać własne słabości wraz z bohaterami powieści. Trudno było mi odłożyć powieść, a kiedy nie mogłam czytać, ciągle towarzyszyła mi ciekawość, co będzie dalej. 
Na pewno „Gorączka i krew” to nie jest typowy kryminał. Owszem – jest ofiara (a właściwe sporo), jest zabójca i para sympatycznych policjantów ściągających przestępców. Różnica polega na tym, że zabójca nie jest tuzinkowy, ofiar jest wiele, a policjanci wyjątkowo wyraziści. Moją ogromną sympatię zyskała Eva, której albinizm dodawał powieści wyjątkowego i specyficznego uroku. Niby nic takiego – ot choroba genetyczna, która każdemu mogła się przytrafić – a jednak w połączeniu z ciemną magią i czarnymi potworami, postać Evy jest bardzo kontrastowa i dodaje powieści wyjątkowego smaczku. 
Kochani szukajcie i czytajcie! Zapewniam niesamowitą przygodę, emocję i lekturę, której długo nie zapomnicie.

wtorek, 2 lipca 2019

Europa w zimie

Tyle razy obiecywałam sobie, że nie wezmę do rąk książki, o której wiem, że stanowi kolejną cześć cyklu. Już kilka razy zdarzyło mi się popsuć sobie przyjemność czytania tylko dlatego, że zaczęłam czytać od środka. Zamiast cierpliwie poszukać pierwszego tomu, to rzucam się na książkę niczym dziecko na cukierka i... potem żałuję. 
Przy książce "Europa w zimie" trochę się wycwaniłam i na portalu Lubimy czytać poczytałam o pierwszych dwóch tomach. Okazało się, że dobrze zrobiłam. Dzięki temu od początku mogłam delektować się lekturą i przyznam, że podobało mi się. Nawet bardzo. Świat stworzony przez autora zachwycił mnie i pochłonął. Należy jednak podkreślić, że bez znajomości fabuły wcześniejszych tomów męczyłabym się okrutnie. A tak - sama przyjemność. 
"Europa w Zimie" to trzeci tom serii "Pęknięta Europa". Ta powieść to świetny przedstawiciel literatury spod znaku political fiction. W świecie stworzonym przez Dave'a Hutchinson'a Europa, którą znamy dzisiaj właściwie nie istnieje. W jej miejsce powstały setki jak nie tysiące maleńkich państewek, księstw i nieznanych nam tworów organizacyjnych. Nawet rezerwaty przyrody ogłaszają niepodległość. Panuje po prostu chaos, a przetrwać mogą jedynie najsilniejsi. Niepodległa jest nawet linia kolejowa. Właśnie. To od ataku na kolej zaczyna się cała powieść. Potem jest tylko ciekawiej. Ponownie spotykamy estońskiego kucharza, który pracuje w jednej z krakowskich restauracji. Zostaje On wciągnięty w polityczną grę i wraz z członkami tajemniczego ugrupowania. Jest świadkiem rozwiązania wielkich tajemnic, które zupełnie zmieniają postrzeganie ówczesnej Europy. Światełkiem w tunelu jest unia ze Wspólnotą, która daje nadzieję na względny spokój. Jakież to jest złudne... 
Jestem pod wrażeniem świata, jaki stworzył autor w swojej powieści. Do świata nam znanego, (choć ogarniętego politycznym chaosem) wprowadzone zostają elementy, które pewnie w założeniu miały być kojarzone z przyszłością. Dla mnie jednak to często czysta fantastyka, co potęguje wrażenie oderwania od rzeczywistości. Jeden element jest wspólny dla świata dzisiejszego i świata z powieści. To władza i pieniądze. To one kierują wszystkim i są przyczyną wydarzeń zapoczątkowanych w tunelu superszybkiej kolei międzykontynentalnej. 
Bardzo podobało mi się to, że spora część akcji została osadzona w Polsce. Opisy zmieniających się jak w kalejdoskopie partii rządzących, z których każda uważa siebie za nieomylną, niezmiernie mnie bawiły i ciekawiły. Podobnie akcja w warszawskim metrze. Ciekawe czy autor odwiedził kiedykolwiek nasz kraj? Bo przyznam, że pisze tak, jakby spędził u nas sporo czasu. 
Minusem powieści jest bardzo zawiła fabuła. Może to kwestia tego, że nie czytałam pierwszych dwóch tomów, ale nie wydaje mi się, żeby tak było. Fabuła trzeciego tomu właściwie tworzy spójna całość, a nawiązania do poprzednich tomów nie są zbytnio nachalne. Pomimo tego, często musiałam wracać do poprzednich rozdziałów i przypominać sobie, co się wydarzyło kilka stron wcześniej, lub ponownie sprawdzać, kto jest, kim. Dobrze, że czytałam papierową wersję, bo takie powroty w czytniku są dość nurzące. Pewnie zniechęciłabym się szybko i porzuciła powieść. A tak dobrnęłam do końca i przyznam szczerze, że warto było. Ta powieść to taka bajka dla dorosłych z dość wyraźnym przesłaniem dla Europejczyków. Musimy uważać, co robimy, bo często nasze działania mogą odwrócić się przeciwko nam. 
Zachęcam do lektury, ale jednak zacznijcie od pierwszego tomu. Przygoda z Europą przyszłości będzie wtedy dłuższa a zapewniam Was, że warto ją przeżyć.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Serce lodu

Czytając „Serce lodu” czułam się tak, jakby autor za zadanie postawił sobie przeprowadzenie mnie przez wszystkie filmy i książki fantasy, jakie znam. Ta książka inspirowana jest tak wieloma obrazami, że trudno znaleźć tytuł , który w żadnym stopniu nie znalazł choćby swojego cienia w tej powieści. No może Jakub Wędrowycz się uchował... Nie jest to moim zdaniem wada, ale nie wątpię, że niektórych czytelników może to zniechęcić. Ja osobiście czytałam z przyjemnością i za każdym razem, kiedy coś przypominało mi Tolkiena, Ursulę K. Le Guin, czy też Wiedźmina, miałam z tego niezłą frajdę. 
„Serce lodu” to tak naprawdę nie wiadomo co. Wiadomo jedynie, że daje właścicielowi ogromną władzę nad wszystkimi plemionami i mieszkańcami krainy. Jednoczy swoją magią plemiona, nawet te, które do tej pory pałały do siebie nienawiścią. Skutek? Z jednej strony właściciel serca lodu może skupić pod swoją ręką ogromną armię, zdolną podbić każdą krainę. Z drugiej strony jednak serce jest przedmiotem pożądania każdego osobnika żądnego władzy… Prowadzi to do wielu utarczek i do wyścigu po zdobycie drogocennego przedmiotu. 
Na poszukiwania serca wyruszają mnich Set i awanturnik Erin. Przeżywają wiele przygód, o których pisać nie będę, aby nie psuć Wam przyjemności czytania. A uwierzcie mi, że czyta się naprawdę rewelacyjnie. Pióro Pana Saulskiego (pomimo jego młodego wieku) jest wyjątkowo lekkie, choć niepozbawione chropowatości. Nie wiem dlaczego, ale drażniła mnie budowa dialogów. Nie jestem polonistą, więc to rozdrażnienie było takie raczej intuicyjne i nie potrafię wskazać jego konkretnej przyczyny. Miałam jednak wrażenie, że dialogami autor próbuje przekazać to, co tak naprawdę powinien powiedzieć narrator. Pomijając to należy podkreślić, że powieść jest naprawdę godna uwagi. Jej lektura to wspaniała przygoda dla każdego, kto choć trochę lubi literaturę fantasy. 
Urzekła mnie bitwa, którą przeżyli (a właściwie przewalczyli) nasi bohaterowie w oblężonym grodzie. I tu znowu wtrącę słówko o podanym czytelnikowi w powieści opisie, jak oto z murów oblężonego miasta widać było ciągnące się legiony wroga, maszyny oblężnicze i niespotykane, olbrzymie stwory. I znowu mam przed oczami „Władcę Pierścieni” i ostatnią wielką bitwę… nie szkodzi. Opis bitwy zawarty w „Sercu lodu” jest wyjątkowo plastyczny i nie ma co ukrywać – robi wrażenie. Podobnie urzekł mnie opis spotkania ze stadem czarodziejskich niedźwiedzi. Byłam wzruszona i oczarowana pomysłem. Misie, które próbują pomóc naszym bohaterom są groźne i jednocześnie przesympatycznie wzruszające. 
A teraz to, co najważniejsze – magia. Magia w powieści załatwia bardzo wiele i pozwala autorowi wybrnąć z sytuacji, które wydają się bez wyjścia. Tajemnicze glify będące skomplikowanymi rysunkami, mają w sobie potężną moc, która jest w stanie pokonać wszystko, ochronić całe miasta i ratować ludzkie życie. Wątek glifów i magii najbardziej mnie porwał i nadał całej powieści cudownego kolorytu. Szkoda tylko, że zabrakło finezji w wykorzystaniu tego elementu. Kiedy bitwa jest już właściwie przegrana, kiedy nie ma szans na zwycięstwo, nagle PYK i wszystko diametralnie się odmienia. Po takim rozwiązaniu beznadziejnej sytuacji wiedziałam już, że nic mnie w powieści nie zaskoczy, a już na pewno nie zwroty akcji. I rzeczywiście fabuła ciągnie się prosto i przejrzyście od początku do końca. Czytelnik czuje się jak na autostradzie bez skrzyżowań i pomostów. 
Podsumowując – kawał dobrej, aczkolwiek niezaskakującej literatury. Ot bajka dla dorosłych, która da trochę radości, ale nie poniesie na skrzydłach wyobraźni. Mimo to – polecam.

piątek, 14 czerwca 2019

Niebieska sukienka

Najchętniej całą recenzję zawarłabym w dwóch słowach: 
Piękna powieść 
Wiedząc jednak, że potencjalni czytelnicy tego tekstu, czytając recenzję, oczekują nieco więcej niż tylko dwóch słów - troszkę się rozwinę. 
Konstancja, (która była główną postacią w pierwszym tomie) teraz jest już siwą, lecz nadal pełną werwy staruszką. Tymczasem na Folwarku władzę dzierży Florentyna. Jej życie to głownie oczekiwanie na powrót ukochanego Kacpra z dalekiej Syberii. Oprócz oczekiwania, służy wszystkim mieszkańcom radą i pomocą. Jest sercem i mózgiem całego domostwa. A że mieszkańców jest sporo, to jest komu radzić. Wraz z Florą mieszka jej córka Klara oraz wnuczki - Emilia, Klementyna i Mela. Każda z dziewczyn jest inna, każda ma do opowiedzenia inną historię. Prowadzą swoje życie zupełnie inaczej niż chciałaby tego ich matka. W ich postępowaniu widać początek zmian, które już niedługo ogarną cały świat. Spódnice, które - ku zgrozie babci - odsłaniają już nie tylko kostki, ale i całe łydki, smak emancypacji i samodzielne życie w dużym mieście, to coś nie do pomyślenia jeszcze kilka lat temu. Najbardziej kibicowałam Meli, która odważyła się na samodzielne życie w dużym mieście. Dla samotnej matki z dzieckiem to duże wyzwanie i nie ma co ukrywać - dała dziewczyna radę. 
Oczywiście - podobnie jak w pierwszym tomie - możemy cofnąć się w czasie i zerknąć, jak toczyły się losy naszych bohaterów z pierwszego tomu. Przyznam się, że bohaterów w pewnym momencie powieści jest tak wielu, że trochę mi się to wszystko plątało i już nie wiedziałam, kto żyje na początku XX wieku, a kto u schyłku XIX. Na szczęście na początku powieści jest spis postaci, co bardzo ułatwiło mi zorientowanie się, kto jest kim. 
W "Niebieskiej sukience" nie jest już tak sielsko, jak w pierwszym tomie, choć cudowny klimat, (który dla mnie jest elementem przypisanym do pióra Pani Jeromin - Gałuszki) pozostał. W Folwarku nadal są sianokosy, słychać terkot młyna i odbywa się darcie pierza, ale wyraźnie do głosu dochodzą już teorie związane z przemysłową Polską. Najbardziej widać to przy Meli, która musi sobie poradzić w dużym mieście. Utrzymuje się z pracy w klubie i nikogo nie interesuje, że ma małe dziecko. Wyraźny jest podział na bogatych i biednych, co więcej - wyraźnie mężczyźni górują nad kobietami i to w sposób urągający kobiecej godności. 
Piękna książka - pełna ciepła i wzruszająca. Czytelnik z wypiekami na twarzy śledzi losy kobiet, które muszą poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Folwark jest dla nich ostoją. Gniazdem, do którego wracają zawsze wtedy, kiedy potrzebują miłości i zrozumienia. Naprawdę nie można się oderwać od lektury. Polecam z całego serca.

czwartek, 13 czerwca 2019

Folwark Konstancji

Zakochałam się w sagach po lekturze "Kamerdynera". Kaszubi uwięzieni pomiędzy Polakami i Niemcami w swojej rozdwojonej tożsamości są przepięknym dowodem na to, że sagi to literatura ponadczasowa. Tu czas płynie inaczej. Fabuła zatrzymuje się na zdarzeniach naprawdę ważnych i nie zwraca uwagi na błahostki. Taka właśnie jest saga "Dwieście wiosen". 
Pani Grażyna Jeromin - Gałuszka urzekła mnie książką pt. "Długie lato w Magnolii". Tak klimatycznej książki nie miałam przyjemności czytać długo wcześniej i długo później. Uwierzcie mi, że gdy usłyszałam połączenie "saga" z nazwiskiem tej autorki wiedziałam, że przygoda będzie zacna. 
Akcja powieści prowadzona jest dwutorowo. W 1815 r. poznajemy Pana Konarskiego, który obwozi po okolicznych wioskach bliźniacze cielęta. Kiedy widzi kąpiącą się w rzece przepiękną kobietę, otoczoną zapachem chabrów... Zarówno sytuacja, jak i okolica, go oszałamiają. Postanawia w tym miejscu zbudować przytulny folwark, który będzie prezentem dla jego siostry Konstancji. Ma już dosyć ciągłych kłótni pomiędzy siostrą, a żoną. Konstancja, przeszczęśliwa, żwawo bierze się do pracy. Szybko powstaje dom, który jest ciepły, radosny i wzruszający. Otwarta zawsze brama zachęca do odwiedzin, a dobra i współczująca Pani jest wystarczającym powodem ku temu, aby chłopi chcieli na Folwarku pracować. 
Drugą nitką fabuły czytelnik pomknie do 1865 r. i pozna losy Florentyny spokrewnionej z Konstancją. Florentyna uwikłana zostaje w nieszczęśliwe małżeństwo z właścicielem sklepu położonego w pobliskim mieście. Dziewczyna kocha przyrodę wolność i ptaki. Miasto ją dusi i uwiera. Do tego wszystkiego w lesie ukrywa się jej wielka miłość – chłopak który jako powstaniec narażony jest na represje ze strony carskich władz. 
Urzekł mnie klimat powieści - przepiękny ciepły i kolorowy. Życie toczy się w zgodzie z przyrodą. Kucharka w kuchni robi słoiki, chłopi szykują się do sianokosów, kobiety szyją i plotkują. Wszystko opisane tak, że z powieści unosi się zapach ciasta i pieczonego chleba. Coś wspaniałego. Nie boję się napisać, że ta powieść jest magiczna. Jest w niej coś takiego, że człowiek ma ochotę wstać i pobiec w pola, zerwać bukiet polnych kwiatów i patrzeć na przepływające obłoki. 
Oczywiście nie jest tylko tak sielankowo. Losy mieszkańców folwarku są naprawdę porywające. Spotkamy w powieści zarówno miłość jak i zdradę, przestępstwo i karę, śmierć i straszną tajemnicę. Czytelnik tak naprawdę nie może oderwać się od lektury, bo jeszcze jedna tajemnica nie zostaje rozwiązana, a już pojawiają się dwa kolejne wątki, które porywają myśli. 
Cudowne są smaczki z tamtej epoki. Jest na przykład Żyd, który przewija się przez całą powieść wraz ze swoją kilkunastoosobową rodziną. Przychodzi i zachęca, a jego rozmowy z Konstancją wzruszają i rozśmieszają. Jest też wędrowna babinka, która chodzi od domu do domu i sprzedaje przepisy. Wszystkie są wyssane z palca, a każdy zaczyna się tymi słowami: 
Wyjdź z kuchni, znajdź zachodnie okno i spluń za nie osiem razy pod wiatr. Jeśli nie ma wiatru, nie bierz się do roboty. 
                                                                                            Czyż nie cudne? 
„Folwark Konstancji” to lektura, która pozwala się wyciszyć i uspokoić. Pozwala delektować się świetną fabułą. Rewelacyjnie skonstruowane postacie dają się wręcz kochać. Żadna z nich nie pozostaje czytelnikowi obojętna. Podsumowując: Kochani - zanurzcie się w ten świat, a nie pożałujecie.

piątek, 31 maja 2019

Jak podrywają szejkowie

Zmylił mnie tytuł książki. "Jak podrywają szejkowie" brzmi tak, jakby powieść traktowała o wspaniałych, romansem podszytych historiach miłosnych, które najczęściej kończą się happy endem. Bojąc się właśnie takiej fabuły, dość długo nie mogłam zabrać się do lektury. Kiedy w końcu zaczęłam czytać - oniemiałam. Okazało się, że moje pierwsze wrażenie było błędne, i to bardzo. Ta książka to bomba i dziwię się, że jej premiera tak cicho przeszła. Przecież opisane historie są nie tylko bulwersujące, ale też poruszające. Pokazują, co dla szejków jest najważniejsze – konie i kobiety. I to właśnie w tej kolejności. Różnica jest taka, że konie kupują jawnie, a kobiety – pod płaszczykiem podrywania. 
„Jak podrywają szejkowie” to sfabularyzowany reportaż o dwóch szejkach, którzy dla potrzeb powieści, otrzymali imiona Abed i Wasim. Obaj są potomkami arabskich szejków, obaj opływają w luksusy i nie znają granic związanych z pustym portfelem. Historię opowiada Abed, ale prawdziwym bohaterem jest Wasim - człowiek, który kobiety traktuje jak stworzenia istniejące tylko i wyłączenie dla męskiej przyjemności. Opisy organizowanych imprez, które przeradzają się w wieloosobowe orgie, czy też poniżanych dziewczyn, sprawdzanych pod kątem przydatności na imprezach niczym konie na wybiegu - są porażające. Panowie nie mają żadnych hamulców, ponieważ zdają sobie sprawę, że każdy skandal można zatuszować odpowiednią ilością gotówki. W końcu dochodzi do tragedii...
Autor książki, Pan Marcin Margielewski jest dziennikarzem współpracującym zarówno z telewizją jak i z prasą. Przez dekadę był też podróżnikiem i poznawał m.in. Dubaj, Kuwejt czy też Arabię Saudyjską. Kiedy doprowadził do wywiadu z Abedem, sam był zdziwiony, że tak łatwo poszło. Widać, że bał się spotkania z szejkiem. Tymczasem na przeciw niemu wyszedł otwarty mężczyzna, który aż pałał chęcią podzielenia się z kimś swoją historią. Opowiada i opowiada, a czytelnikowi włosy jeżą się na głowie. 
Bardzo podobają mi się wstawki, które komentują opowiedziane przez szejka historie. Kiedy jedna z dziewczyn zaszła w ciążę, czytelnik szybko zostaje poinformowany przez autora, jakie realia w tej kwestii panują na Bliskim Wschodzie 
„Na Bliskim Wschodzie to kobieta ponosi winę za nieślubny stosunek, a zgwałcona − za sam gwałt, dlatego gdy ciężarną odstawiano na pustynię, dokonywał się akt sprawiedliwości. Nie dość, że miała okazję odpokutować za zbrodnię, to jeszcze znikał problem bękarta. A i grzechu aborcji można było uniknąć. Same korzyści”
Straszne. 
Takich komentarzy jest mnóstwo. Możemy ocenić, jak bardzo zakłamana jest interpretacja Koranu, jak mocno naginane są prawa Allacha do potrzeb szejków. Dowiadujemy się, jak traktowane są kobiety i jak trudno jest im żyć. Wyraźnie widać, że dzięki forsie szejkowie są ponad prawem – zarówno tym ludzkim jak i boskim. 
Świetna książka, którą się czyta z zapartym tchem. Lekkie piórko autora pozwala na zatracenie się w opisywanych zdarzeniach i na umysłową podróż do domów najbogatszych ludzi świata. Opowieści (część z nich z erotyczną nutą) bulwersują czytelnika, a jednocześnie nie można się od nich oderwać. Autor czaruje czytelnika arabskim światem i zapachem niezliczonej ilości pieniędzy. Tylko czy aby na pewno te pieniądze są miarą wszystkiego? Losy Wasima pokazują, że pieniądze szczęścia nie dają… choć niewątpliwie łatwiej z nimi żyć. 
Trochę zszokowało mnie, kiedy zaczęłam szukać w Internecie informacji o bohaterach opisanych w książce. Wiedziałam, że imiona są zmyślone, ale wystarczy wpisać „arabski szejk”, „wypadek”, „pogrzeb” i już patrzy na nas twarz jednego z bohaterów. 
A na koniec napiszę to, co mi siedzi w głowie: gdzie wyście dziewuchy zgubiły rozum, że pozwalacie tym bogatym „panom” na złotą kupę czy też pierdzenie czekoladą…

środa, 29 maja 2019

To co zakazane


To jednak prawda, że nigdy nie wiadomo, jakie tajemnice kryją się w czterech ścianach. Wyobraźcie sobie spokojną angielską uliczkę. Mieszkańcy nie wchodzą sobie w paradę i nie interesują się sobą nawzajem. W jednym z domów mieszka rodzina: mama tata i piątka rodzeństwa. Najstarsza dwójka, Lochan i Maya, są w takim wieku, że spokojnie samodzielnie funkcjonują. Kitt to młodzieniec w okresie dojrzewania, trochę buntowniczy i nieposłuszny. Tiffin i Willa to jeszcze maluchy, które ciągle wymagają opieki. Na pozór wszystko idzie dobrze dopóki nie uświadomimy sobie, że tak naprawdę nie ma tu ojca, który odszedł pozostawiając rodzinę samej sobie. Nie ma również matki, dla której ważniejsze są imprezy. Rolę rodziców naturalnie przejęli więc Lochan i Maya. Zadanie jest o tyle trudne, że trzeba zrobić wszystko, aby zachować pozory. Niejako z konieczności, Lochan i Maya tworzą duet zastępujący dzieciakom rodziców. Przytłacza ich odpowiedzialność. Próbują się wzajemnie wspierać i troszczyć o siebie, a to doprowadza do eksplozji uczuć, niekoniecznie bratersko siostrzanych.
W powieści autorka trąciła strunę, która niejednej osobie stanie kością w gardle. Mamy tu bowiem poruszony temat fizycznej miłości pomiędzy bratem a siostrą. Powiedzmy wprost: dotykamy kazirodztwa w pełnym tego słowa znaczeniu. Czytelnik może obserwować jak uczucie rodzi się pomiędzy rodzeństwem, jak kiełkuje i rozwija się pochłaniając młodych ludzi. Oboje walczą, zdając sobie sprawę z tego, że to, co robią jest społecznie niedopuszczalne, ale uczucie jest zbyt silne. Nie potrafią się od niego uwolnić. 
Smutna to książka pokazująca, jak trudno jest być nastolatkiem i jak ważne w życiu młodego człowieka są rodzina i zasady, które powinny zajmować w jego umyśle pierwsze miejsce. Myślałam, że pogryzę z wściekłości książkę, kiedy w kulminacyjnym momencie matka dzieciaków pokazała, na co ją stać. Przecież, to wszystko, co się stało, to w dużej mierze jej wina. To ona nie pokazała dzieciakom pewnych społecznych zasad i reguł, które panują na tym świecie. Zabrakło drogowskazu.  Powieść przepełniona jest cierpieniem i smutkiem. Czytelnik robi wszystko, aby nie osądzać; może tylko obserwować walkę, jaką toczą młodzi ludzie. Są pozostawieni sami sobie, bez wsparcia i bez miłości, za to w ciągłej walce o byt. Rodzeństwo ciągle musi kłamać i udawać bojąc się, że zostaną z rodzeństwem rozdzielenie i oddani do domu dziecka. Panicznie boją się tego, a ponieważ matki częściej w domu nie ma niż jest, zmuszeni są do ciągłego udawania. To psychicznie wykańcza Lochana, a Maya próbuje go w tym uczuciu pocieszyć i wesprzeć.
Warto przeczytać tę książkę, choćby po to, aby zobaczyć, że to, co na zewnątrz wydaje się czarne nie zawsze takie jest. Powieść wydało Wydawnictwo Młodzieżówka, ale moim zdaniem przeznaczona ona jest raczej dla starszej młodzieży. Moja piętnastoletnia córka chyba nie poradziłaby sobie jeszcze z takim tematem…  

wtorek, 28 maja 2019

Warcross

Ależ mi się podobało! Rewelacyjna książka, która przeniosła mnie na kilka godzin w inny świat. Tak się złożyło, że czytając "Warcross" miałam dzień wolny, więc bez skrupułów, pod kocem i z kubkiem herbaty, zanurzyłam się w świat wykreowany przez Marie Lu. Ach, co to była za podróż! 
Emika Chen jest młodą dziewczyną, trochę pokiereszowaną przez los. Wskutek niefortunnych zbiegów okoliczności została aresztowana przez Policję, a w jej kartotece znalazł się zapis o tym, że jest niebezpieczna. Skutek? Nie może znaleźć dobrze płatnej pracy i - pomimo tego, że jest fenomenalną hakerką - nie może korzystać zawodowo ze swojego talentu. I jak tu żyć, skoro właściwie cały świat jest skomputeryzowany? Nie ma dziedziny, w której Emika może pracować, dlatego zostaje Łowcą Głów. Niestety jest to mało płatne zajęcie, a życie wymaga pieniędzy. A tymczasem świat ogarnęła mania gry o nazwie „Warcross”. Każdy chce grać w tę grę, każdy zdobywa punkty i każdy, dzięki punktom, może polepszyć sobie pozycję społeczną. Na świecie nie ma osoby, która nie korzysta z okularów przenoszących użytkownika w świat Warcrossa. I tu też Emika jest uziemiona, ponieważ - borykając się z problemami finansowymi - nie może grać w legalną wersję gry, a co za tym idzie, nie może oficjalnie pokonywać poszczególnych poziomów. Zdesperowana dziewczyna postanawia iść na całość i podczas mistrzostw w Warcross robi skok na cenny "dodatek" do gry. Niestety niechcący odkrywa swoją twarz.... Następnego dnia zamiast Policji, (na którą Emika z przestrachem czeka) do drzwi puka wysłannik twórcy gry, który zaprasza ją do Japonii i proponuje pracę. Niestety nic nie jest takie jak się na pierwszy rzut oka wydaje. 
Świat wykreowany przez Marie Lu zafascynował mnie i porwał. Świetne pomysły i spójna fabuła powodują, że czytelnik wtapia się w ten świat i wraz z Emiką pogrąża się w tajemnicach Warcrossa. Co więcej ja, która nie lubi opisów, z przyjemnością czytałam szczegółowe opisy rozgrywek i z zaciekłością kibicowałam moim faworytom. Świetnie też autorka oddała atmosferę domów, w których mieszkali zawodnicy rozgrywek. To trochę taki Harry Potter dla dorosłych pomieszany z Igrzyskami Śmierci. 
Bardzo, bardzo podobała mi się główna bohaterka. Pomijając fakt, że po prostu budziła sympatię, to jeszcze książka napisana jest w taki sposób, że czytelnik bardzo szybko utożsamia się z Emiką. Dziewczyna ma jasne zasady, nie łamie się pod naporem opinii publicznej, potrafi walczyć o swoje. Świetnie również wykreowano postać genialnego twórcy gry, Japończyka Hideo. To znowu postać bardzo tajemnicza, która pod maską obojętności skrywa swoje tajemnice. Oczywiście - jak łatwo się domyśleć - jest również wątek miłosny, ale jest on raczej dodatkiem do głównej fabuły i absolutnie nie popsuł wrażenia, jakie zrobił na mnie wykreowany przez autorkę świat. 
Warcross to bardzo dobra powieść. Bawiłam się przy lekturze świetnie, choć gdzieś w głębi duszy książka przerażała mnie. Pokazuje ona bowiem, do czego prowadzi uzależnienie od komputera. Pokazuje świat zdominowany przez technologię i pokazuje jak technologia w rękach jednego człowieka może być niebezpieczna. 
Szczerze polecam i zachęcam do lektury.

poniedziałek, 27 maja 2019

Dziennik kata

Zanim napiszę cokolwiek więcej, bardzo chcę podkreślić jedną rzecz. "Dziennik kata" to wyjątkowo klimatyczna książka. Niewiele takich miałam przyjemność czytać w swojej czytelniczej karierze. Na pewno było to "Pachnidło", na pewno "Dom z papieru"... "Dziennik kata" świetnie wpasował się w tę kategorię, która w mojej głowie ma oddzielną półeczkę. 
Bohater książki, John Ellis przez 23 lata zawodowo zajmował się zabijaniem ludzi. Jako Kat Jej Królewskiej Mości nie miał zbyt wiele do gadania, a swoją rolę starał się wypełniać jak najbardziej sumiennie i dokładnie. I to nie chodzi o to, że zabijał ludzi z iście zegarmistrzowską precyzją. O nie! Dokładność, z jaką wypełniał swoje obowiązki miała na celu przede wszystkim ulżenie skazańcom w ostatnich chwilach życia. Nasz bohater za cel stawiał sobie to, aby czas, jaki mijał od chwili wyjścia z celi śmierci, do momentu zawiśnięcia na sznurze był jak najkrótszy. Po prostu zdawał sobie sprawę z tego, że ten moment jest dla tych ludzi najgorszy... 
Każdy skazaniec, którego opisuje Ellis ma bogatą przeszłość. Kat opisuje tło każdej zbrodni, próbuje pokazać motywy, które popchnęły skazańca do niecnego czynu. Są przypadki, które budzą odrazę, ale są i takie, które budzą żałość nad losem zbrodniarza. Takie odczucia towarzyszyły mi, kiedy czytałam o młodym, 21 letnim chłopaku skazanym na śmierć. Rozumiem, że nie czuł skruchy, że zabił, ale mimo tego młody wiek i emocje naszego kata budzą w czytelniku żałość nad losem młodzieńca. 
W ogóle podczas lektury w oczy czytelnika rzuca się łatwość, z jaką skazywano ludzi na karę śmierci. Były dni, kiedy Ellis wykonywał dwa wyroki w odstępie dwóch godzin. Nawet w procesach poszlakowych zdarzały się wyroki posyłające sprawcę na szubienicę. 
Ellis bardzo dokładnie opisuje nam, krok po kroku, jakie czynności wykonywał przy poszczególnych egzekucjach. Widać wyraźnie, że bardzo ważnym momentem było obliczanie długości spadu, czyli sznura. Od jego długości zależało czy skazaniec umrze w męczarniach, czy też śmierć będzie szybka i bezbolesna. Ellis szczyci się tym, że z zasady bardzo trafnie określał długość sznura. Podobnie często powtarzał, że każdy skazaniec powinien przed egzekucją wypić szklaneczkę brandy. Przyznam się, że aż mnie drażniło ciągłe powtarzanie: "Szklaneczka Brandy", zwłaszcza, że nie na każdego to działało. 
Urzekł mnie w powieści klimat książki. Powiem więcej - zakochałam się w międzywojennej Anglii z jej nierównościami społecznymi, złym traktowaniem kobiet i mężczyznami, którzy za wszelką cenę próbują udowodnić płci słabszej swoją siłę. Powieść pachnie końmi, świecami i woskiem kapiącym na drewnianą podłogę. Pachnie też chorobą psychiczną, siłą i morderstwami popełnianymi na tysiąc sposobów. Bardzo podobał mi się rozdział o mężczyźnie, który żenił się z bogatymi kobietami, a następnie podczas kąpieli topił je łapiąc swoje ofiary za kostki i podnosząc za nogi do góry. Dzisiaj, w dobie Internetu nie do pomyślenia jest mieć kilka żon tak, aby jedna nie wiedziała o drugiej. Urzeka również mroczność więzienia, i te wszystkie, ciągle powtarzane, do znudzenia czynności, w które nieraz wkrada się wręcz rutyna. Wszystko zależy od skazańca i jego wytrzymałości psychicznej. 
Wiem, że niektórzy z Was będą urażeni słowem "urzekać". Jak bowiem może urzekać śmierć, nawet zbrodniarza? Podkreślę więc, że potraktowałam książkę jako powieść, dla własnego zdrowia psychicznego. Pamiętnik Ellisa jest bowiem bardzo plastyczny i nietrudno uruchomić wyobraźnię i zobaczyć... Zresztą końcówka powieści i losy kata wyraźnie pokazują, że emocje lepiej w tym zawodzie trzymać na wodzy. 
Rewelacyjna książka, która pozwala poznać szczegóły poszczególnych zbrodni i kroczyć ze skazańcem w ostatniej drodze na drugą stronę mostu... 
Polecam. 

piątek, 17 maja 2019

Kwiaciarka

Kiedy skończyłam lekturę pierwszego tomu "Kwiaciarki" z niecierpliwością tupałam nóżkami z ciekawości, co będzie dalej. Autor nie pozostawił wątpliwości, co do kontynuacji powieści. Na szczęście drugi tom - trochę bardziej opasły niż pierwszy - czekał na półce, więc nie miałam daleko. 
Tym razem autor dużo bardziej skupił się na tytułowej kwiaciarce. Gabriela wraz z matką - po wykonaniu kary śmierci na ojcu - stają się osobami potępionymi. Nie mogą znaleźć pracy, nie mogą wynająć mieszkania. Cała sytuacja zmusza kobiety do zmiany nazwiska, bo tylko dzięki temu jest szansa na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Ponownie spotykamy też Pawła Gireta, który pod zmienionym nazwiskiem szuka dowodów, które umożliwią zrehabilitowanie jego i ojca Gabrieli. Należy jednak z całą stanowczością podkreślić, że w drugim tomie pierwsze skrzypce gra Hrabia Albert de Lussan, brat pani de Lagarde. To on w pociąga za sznurki i to dzięki niemu wszystko kończy się szczęśliwie. 
Lektura drugiego tomu nie była już tak zachwycająca jak pierwszego. Pozostał zachwyt nad fabułą i bogactwem słowa jednak człowiek, jak to człowiek – oczekuje czegoś więcej. Więcej nie było, za to denerwowały mnie cudowne zbiegi okoliczności, które pozwalały naszym bohaterom wyjść z każdej opresji obronną ręką. Na każdym zakręcie paryskiej ulicy spotykały się właśnie te osoby, których spotkanie było konieczne, aby fabuła mogła toczyć się dalej. Jeżeli zaistniała potrzeba znalezienia czegoś na ulicy – na pewno właściwa osoba znajdzie potrzebny przedmiot. A już sposób, w jaki Wielki Dzieciak wszedł w posiadanie dokumentów, które pozwoliły doprowadzić fabułę do szczęśliwego końca przekroczył granicę mojej tolerancji. Zaciskałam zęby i tłumaczyłam sobie, że w bajkach tak bywa, ale jakoś do mnie ten argument nie docierał. Miałam wrażenie, że autor bardzo już chciał zakończyć powieść, więc po prostu ułatwiał sobie pisanie jak tylko mógł. 
Pomijając bajkowe sploty wydarzeń – reszta książki jest nadal przepiękna. Nadal opisy budzą mój zachwyt, a mnogość bohaterów i wątków daje sporą radość z lektury. Rozwija się wątek kwiaciarki, rozwijają się wątki miłosne, rozjaśnia się również tajemnica morderstwa, przez co rehabilitacja niesłusznie skazanych Pawła i Jana jest jak najbardziej możliwa. Na przeszkodzie stoi czarny charakter – Hrabina de Lagarde, która zrobi wszystko, aby jej córka odziedziczyła majątek po swoim wuju. Posuwa się do najgorszych przeczy i to właśnie ją gubi. 
Niestety trochę zachwiana zostaje równowaga pomiędzy dobrem, a złem, ponieważ tak naprawdę rozwiązanie wszystkich tajemnic jest możliwe tylko i wyłącznie dzięki sile pieniądza. Hrabia Albert de Lussan jest człowiekiem nieprzeciętnie bogatym i tak samo nieszczęśliwym. Swojego majątku dorobił się w Indiach, jednak nie było mu dane cieszyć się życiem szczęśliwym Po ukąszeniu przez węża został prawie całkowicie sparaliżowany, Wówczas naszła go myśli o tym, że nie pieniądze sią najważniejsze, a rodzina i przyjaciele. Przypomniał sobie, że przed wielu laty zostawił kobietę i malutką córeczkę, nie zapewniając im żadnych warunków do godnego życia. Teraz ruszyły go wyrzuty sumienia i postanowił odnaleźć córkę i matkę. Nie trudno się domyślić, kto jest tą córką… 
Niestety poszukiwania córki bez sporek gotówki byłyby niemożliwe. Hrabia wydaje na poszukiwania niezłą fortunę i właściwe wszystko załatwia przez pieniądze. To, co było przyczyną wszelkiego zła w pierwszym tomie, teraz jest koniecznym elementem tego, aby wszyscy żyli długo i szczęśliwe. 
Jeżeli czytelniku przeczytałeś pierwszy tom „Kwiaciarki” niewątpliwie sięgniesz po drugi. To konieczne, aby zaspokoić swoją ciekawość jak potoczą się losy wszystkich bohaterów powieści. Ale jeżeli już pierwszy tom nie przypadł Ci do gustu, to daj sobie spokój. Drugi jest troszkę słabszy od pierwszego, a przez to, że obszerniejszy, zdarzają się chwile monotonni i nudy. Całość jednak – godna polecenia. 

poniedziałek, 13 maja 2019

Kraina Wiecznych Jezior

Powiedzcie mi, moi drodzy, dlaczego lekturę przeznaczoną dla młodzieży nasi rodzimi pisarze często traktują po macoszemu? Czy to, że odbiorcą książki jest młody czytelnik usprawiedliwia używanie słownictwa - delikatnie rzecz ujmując - potocznego? Czy młody czytelnik musi czytać o kupojadach i pijanych topielcach? Powieści tłumaczone z innych języków nie cierpią na taką bolączkę. Profesja tłumaczy nie dzieli się na tych, którzy tłumaczą powieści dla dzieci i tych dla dorosłych. Przekład powinien być estetyczny i ciekawy, więc osoby tłumaczące powieści starają się pisać po prostu ładnie. Tych książek nie boję się czytać. A już przekłady osób "starej daty" po prostu głaszczą moje ucho. Niestety moim zdaniem pisarze polscy uważają, że jak będą używali słów w stylu "frajerka" i nadużywać zwrotów "e tam", to czytelników młodego pokolenia urzekną swoją nowoczesną twórczością. Patrząc na reakcję mojej córki – nic bardziej mylnego. 
Blurb na tylnej stronie okładki powieści pt. Kraina Wiecznych Jezior” zaczyna się od słów "Pełna przygód opowieść w stylu Juliusza Verne'a". Kochani - nie dajcie się zwieść. Powieści Juliusza Verne'a to, w porównaniu z "Krainą...", mistrzowskie cacka. Wielowątkowe, pięknie napisane, z barwnymi postaciami i wartką akcją... kogoś stanowczo poniosła ułańska fantazja. 
Bohaterami powieści są Aniela i Dominik. Rodzeństwo jedzie z rodzicami na wakacje pod namiot. Dzieciaki bardzo obawiają się nudy i monotonii, bo przecież bez komputera i konsoli do gier, w dzisiejszych czasach nie ma życia. Namiot rozbity gdzieś w mazurskich lasach, nawet w pobliżu jeziora, nie jest żadną atrakcją. Kiedy rodzice postanawiają zażyć luksusu popołudniowej drzemki, dzieciaki trochę naginają zasady i bez zgody rodziców wypływają kajakiem na jezioro. Niestety na środku jeziora niespodziewanie zaskakuje ich burza, która przenosi ich do tajemniczej krainy. Tam spotykają wiekowego staruszka, który informuje ich, że mają do wypełnienia misję. Niedaleko, w zamku, mieszkają dwie siostry - Goplana i Helena. Jedna z nich została porwana przez - i tu uwaga, uwaga! pijanych topielców (sic!). Trzeba kobietę ratować i to właśnie nasi bohaterowie muszą tego dokonać. 
Powieść zupełnie nie przypadła mi do gustu. Prosta, jednowątkowa fabuła zupełnie mnie nie przekonała. Jeżeli autor chciał pijanymi topielcami zainteresować młodego odbiorcę, to nie tędy droga. Czytając powieść czułam się tak, jakbym miała się zaraz udusić. Autor stanowczo miał pomysł, ale jego realizacja zupełnie się nie powiodła. Przygodom przeżywanym przez dzieci brak skrzydeł. Fabuła jest taka, jakby uczeń szkoły podstawowej został wezwany do odpowiedzi i otrzymał zadanie streszczenia przeczytanej książki. Tylko w takim razie gdzie jest ta rzekoma powieść? Bo streszczenie zupełnie mnie nie przekonało. 
Drugi feler powieści to zastosowane słownictwo. Jeżu kolczasty ale się męczyłam! Nie jestem polonistą i nie potrafię powiedzieć językiem naukowym, co było nie tak. Wiem tylko, że raził mnie zalew potocznego słownictwa... wręcz takiego prostackiego. Autor wyszedł chyba z założenia, że dzisiejsza młodzież nie rozumie słów bardziej skomplikowanych, a najlepszym słowem do wyrażenia zastanowienia przez bohatera jest samogłoska "Eeeee", a strachu - „Aaaaaa”! 
A jak jeszcze przeczytałam wypowiedź: „Tępe kupojady” czy też "Rozwalmy tę budę" po czym dowiedziałam się, że głównych bohaterów atakują pijane topielce, które rzucają w nich butelkami... serce mi krwawi. 
Trudno mi napisać choć jedno słowo pozytywne o tej książce więc zakończę tę recenzje jednym stwierdzeniem: Panie Boże, chroń moje dzieci przed takimi powieściami!