czwartek, 16 listopada 2017

Gabi. A właśnie, że jest pięknie!

Cudowna książka, która ładuje baterie zarówno dorosłym, jak i dzieciom. Pokazuje, jak ważne jest to, aby widzieć świat przez pryzmat szklanki do połowy pełnej, a nie do połowy pustej. I te ilustracje... przepiękne po prostu!
Gabrysia jest bardzo wrażliwą siedmiolatką, która wraz z rodziną przenosi się do Nowej Soli. W domu jest ich sporo - oczywiście mama i tata, ale oprócz Gabrysi jest jeszcze szóstka innych dzieci. Niewątpliwie kochają się jak prawdziwe rodzeństwo, jednak formalnie rzecz biorąc, są rodziną zastępczą. Cudowną rodziną, w której każdy każdego kocha i szanuje. Gabrysia jest wyjątkową osóbką. Pełna energii optymistka, która wszędzie widzi dobro i życzliwość. Ciągle powtarza: "Moje życie to pasmo sukcesów!". i nawet jeżeli gdzieś się potknie i coś nie wyjdzie, to szybko podnosi się z kolan i prze dalej do przodu.
Książka, którą powinna przeczytać każda naburmuszona nastolatka i podbuntowany nastolatek. Bije z niej optymizm i radość życia. Pokazuje, że jeżeli tylko wystarczająco mocno o czymś marzymy, to na pewno się spełni. Próbuje wytłumaczyć dzieciom, że każdy człowiek jest dobry i każdy zasługuje na szansę, trzeba mu tylko ją dać. Oswaja trudne tematy związane z adopcją i rodzina zastępczą. Trudne, ale jak ważne!

czwartek, 9 listopada 2017

Obsesja

Podobało mi się i to bardzo. Po lekturze "Szeptuchy" trochę się bałam, czy autorka udźwignie powieść zupełnie od niej odmienną i umiejscowioną w innych realiach. Tu natura, kwiatki, czary, zabobony i wiejskie gusła, a tu medycyna, szpital, psychologia i szara codzienność lekarzy. Na szczęście udało się i to nawet całkiem zgrabnie. 
Kiedy poznajemy Joannę Skoczek, jest ona na zakręcie swojego życia. Zostawiła za sobą nieudane małżeństwo i przeniosła się, wraz z sierściuchem o imieniu Kołtun, do Warszawy. Joanna chce po prostu zapomnieć. Nie ma ochoty na nowy związek, a jedyne co może w tym momencie przyjąć od drugiego człowieka, to przyjaźń. Niestety Panowie wokół niej są odmiennego zdania. Koło Joanny namolnie kręci się Łukasz będący pracownikiem szpitalnej pralni oraz chirurg Tomek, znany z licznych podbojów kobiecych serc. Jakby tego było mało, Asia w swojej szafce znajduje listy od tajemniczego wielbiciela. Poczałkowo nieśmiałe, ale im dalej, tym gorzej... 
Żeby nie było zbyt obyczajowo, jest też wątek kryminalny. Pewnego dnia na terenie szpitala, pracownik odbierający odpady medyczne znajduje zwłoki. Policjant prowadzący sprawę podejrzewa, że seryjny morderca sprzed kilku lat na nowo rozpoczął swoją działalność. Jeśli tak rzeczywiście jest, to oznacza, że Policja w najbliższym czasie będzie miała masę roboty. Seryjny morderca sprzed kilku lat działał profesjonalnie i mistrzowsko zacierał za sobą ślady. Jego morderstwa łączyło jedynie to, że wszystkie ofiary miały czarne, kręcone włosy i wszystkie w chwili znalezienia były brutalnie okaleczone...
"Obsesję" przeczytałam z wyjątkową przyjemnością To powieść, która wsysa czytelnika i trudno potem przejść do życia codziennego. Należy podkreślić, że to nie fabuła mnie tak wciągnęła i nie świetnie skrojeni bohaterowie... ochów i achów na ten temat można znaleźć w sieci mnóstwo. Mnie urzekła atmosfera powieści. Kiedy Joanna szła przez piwniczne korytarze szpitala, ciarki miałam na plecach. Kiedy słyszała za sobą kroki, nie mogłam się powstrzymać, aby nie obejrzeć się i nie sprawdzić, co się dzieje za moimi plecami. Naprawdę, kreowanie klimatu i atmosfery grozy Pani Miszczuk ma w małym paluszku. 
Z drugiej strony były takie rozdziały, kiedy pokładałam się ze śmiechu. Dialogi Asi z Kołtunem są po prostu mistrzostwem świata. Podobnie lekko ironiczne rozmowy naszej bohaterki z Policjantem (którego imienia niestety nie pamiętam). Są lekkie, frywolne i poprawiają humor czytelnika. I nagle pac - kolejny rozdział znowu ciężki, mroczny i aż lepki od strachu. Tak właśnie Pani Miszczuk się ze mną zabawiała od pierwszej do ostatniej strony powieści. I powiem Wam, że mi się to podobało! 

czwartek, 2 listopada 2017

Czasami kłamię

Macie nieraz tak, że nie możecie oderwać się od książki? Czytacie wszędzie gdzie tylko można, co więcej - czytacie nawet tam, gdzie nie można. Ja tak mam - rzadko, ale zdarza mi się. "Czasami kłamię" doprowadziło mnie własnie do takiego stanu. Ciekawość, jak to wszystko się skończy, to jedno. Druga strona medalu to ciągłe otwieranie oczu ze zdziwienia. Właściwie po każdym rozdziale należało zmienić swój pogląd na sytuację. Każdy rozdział przynosił zaskoczenie i każdy powodował dreszczyk emocji. 
"Czasami kłamię" to powieść z dreszczykiem. Nie chodzi o to, że to horror. thriller czy coś w tym guście. Nie. Chodzi o to, że autorka wytworzyła taką atmosferę, że ciarki przechodzą po plecach. A przecież tłem są święta Bożego Narodzenia...
"Nazywam się Amber Reynolds . Powinniście wiedzieć o mnie trzy rzeczy:
1. Jestem w śpiączce.
2. Mój mąż już mnie nie kocha.
3. Czasami kłamię."
Cała powieść jest taka, jak ten cytat. Tajemnicza. Intrygująca. Ciemna. Zaczyna się dość niewinnie, bo oto poznajemy Amber, która jest prezenterką radiową. Można powiedzieć, że jest szczęśliwa, choć widoczne są pewne rysy, które pozwalają wątpić w pełnię szczęścia. I nagle spotykamy Amber w szpitalu. Dziewczyna jest w śpiączce, ale resztkami świadomości rejestruje wszystko to, co dookoła niej się dzieje.  Nie wiadomo, dlaczego znalazła się w szpitalu, nie wiadomo co było przyczyną jej stanu. Nie może sobie przypomnieć ostatnich dni, które doprowadziły ją do tego, że leży samotna i otępiała na szpitalnym łóżku.  Nie ulega jednak wątpliwości, że się boi. Emocje i strach budzą się podczas odwiedzin różnych osób - i tych dobrych... i tych złych...

Życie Amber to dla czytelnika trzy płaszczyzny: Teraz, Niedawno i Kiedyś. Teraz to szpital, choroba i gorączkowe próby przypomnienia sobie, co się właściwie wydarzyło. Niedawno to obiektywne (czy aby na pewno?) przedstawienie tego, co wydarzyło się na kilka dni przed wypadkiem, a kiedyś... no właśnie. Kiedyś to pamiętnik dziewczynki. Pamiętnik, który wiele gmatwa i wszystko wyjaśnia. I kiedy już czytelnik przeczyta i zrozumie, to szczęka mu opada i musi ją zbierać z chodnika. I nawet jak już pozbiera, to wytrzeszcz oczu ze zdziwienia pozostaje na długi czas. 
Bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ta powieść. Cudownie się ją czyta, a wartka akcja nie pozwala się od niej oderwać. Niesamowita. 

Skradzione godziny

Książka skusiła mnie zapowiadaną na okładce tajemnicą i zagadką z historią miłosną w tle. Tymczasem urzekło mnie zupełnie coś innego. Urzekł mnie klimat powieści i jej specyficzny charakter.  "Skradzione godziny" to Hiszpania zaraz po rządach Franco, która w jakiś sposób pomalutku wstawała z kolan. To społeczeństwo, które nie bardzo radziło sobie z odzyskaną wolnością, ówczesne kobiety... rewelacja. Naprawdę warto zanurzyć się w tym świecie. 
A oto hiszpańska rodzina - rodzina, jakich wiele. Mama tata, dwoje dzieci i dziadek, który pewnego dnia pojawił się w drzwiach domu córki. Anzelm przez długi czas mieszkał w Argentynie i tam zbił majątek, jednak po śmierci żony uznał, że czas wrócić do córki, do Hiszpanii. Wydaje się, że przybył do niej z tęsknoty za rodziną. Nic bardziej mylnego.  
Za płotem inna rodzina.  Mama tata trójka dzieci i babcia. Rodzina żyjąca w ciągłym strachu przed despotycznym ojcem, który tłucze dzieciaki, wyzywa żonę... jedyną osobą, którą szanuje jest jego matka Carmen. Niestety, kobieta cierpi na demencję starczą i niewiele pamięta ze swojego życia. 
Pewnego dnia dziadek Anzelm umiera. Nie byłoby w tym nic dziwnego - taka kolej rzeczy - gdyby nie to, że kiedy Roberto go znalazł, dziadek w dłoni ściskał karteczkę z napisem: "Powiedz mi że mnie kochasz..." Roberto nie może zapomnieć o tym szczególe, a tajemnica z tym związana staje się jego obsesją. 
Losy obu rodzin przeplatają się i zawijają niczym dym unoszący się nad ogniskiem. Każdy z bohaterów ma coś do ukrycia, każdy ma coś, czego nie chce ujawnić. Należy podkreślić, że są to bardzo różne rodziny. Rodzice Roberta są prawnikami - inteligentni i mądrzy ludzie, którzy z nadzieja patrzą w przyszłość. Niestety miłość między nimi wygasła, co sprawia, że każdy z nich pragnie na nowo ułożyć sobie życie. Zszokowało mnie to, w jak suchy i bezemocjonalny sposób o tym mówili. Rozwód, separacja, nowe życie... tylko dzieci rozpaczały, bo świat im się zawalał. 
Zupełnie inaczej wyglądała sprawa z rodziną Ramona, który jest najbliższym przyjacielem Roberta. Tu widać konserwatyzm i dominującą rolę mężczyzny w rodzinie. Ojciec Ramona wydaje się być despotycznym łajdakiem, który znęca się psychicznie i fizycznie nad rodziną. Jednak - jak to w bajkach bywa - nic nie okazuje się być takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. 
Urzekła mnie ta powieść i przyznam się, że przeczytałam ją w jeden dzień. Kiedy już czytelnik wsiąknie w tę magiczną szarość hiszpańskiej codzienności, niechętnie się z niej wydobywa. Dwie rodziny, dwa różne światy i sieć powiązań, które oplatają ich członków jak niewidzialny sznur. Przeszłość mieszka się z teraźniejszością a miłość z jej brakiem. 
Bardzo szybko domyśliłam się. co łączy te dwie rodziny, jednak przez długi czas prześladowała mnie myśl, że młode pokolenie bardzo łatwo popełnia te same błędy co ich przodkowie i to zupełnie nieświadomie. Tak jakby pewne działania przenoszone były w genach. Ale cóż - takie jest życie.   

sobota, 7 października 2017

Zapisane w wodzie

Kolejna książka czytana w telefonie dzięki Legimi. Miała być czytana podczas spacerów z psem, a tym samym stanowić miłe wypełnienie tych kilkunastu minut spędzonych na powietrzu. Tymczasem  czytałam nie tylko podczas spacerów, ale i w domu, a nawet... w samochodzie stojąc na światłach. 
Żeby nie było wątpliwości - to wcale nie jest tak, że powieść szalenie mnie wciągnęła i nie mogłam się od niej oderwać. Wcale nie. Powieść raczej zaliczę do tych nudnych i mało porywających. Sytuacja spowodowana była raczej mnogością bohaterów co powodowało, że jakakolwiek dłuższa przerwa w lekturze zmuszała mnie do cofania się i przypominania sobie, kto jest kim. 
Miasteczko Beckford cieszy się złą sławą ze względu na serię tragicznych wypadków, mających miejsce w miejscu zwanym Topieliskiem. Dawnymi czasy Topielisko służyło do karania kobiet posądzonych o czary. Związywano im ręce i nogi i wrzucano w odmęty wody. Jeżeli tonęły, to znaczy, że nie były czarownicami... pokrętna logika. We współczesnych czasach również zginęło tam kilka kobiet.  Anna, Lauren, Katie i Nel... wszystkie utonęły. Nie ma co ukrywać - każda z nich miała jakieś tajemnice. Ostatnia z topielic, Nel Abott, postanowiła spisać historię miasta, co wielu osobom się nie spodobało. Czy to jest jednak powód, aby dopuścić się morderstwa? 
Kiedy do Beckford przyjeżdża siostra zmarłej, w mieście aż huczy od plotek. Kobieta nie wierzy, że jej siostra popełniła samobójstwo. Pomalutku, powolutku na światło dzienne wychodzą mroczne tajemnice.
Kurcze - nie wiem tak do końca dlaczego, ale nie podobało mi się. Niby tajemnica jest, podejrzani są, atmosfera jest...ale to jednak za mało. Klimat książki jest taki wilgotny i spleśniały. Nie ma tu miejsca na jakikolwiek promyczek słońca, wszystko jest szare i bure. 
Są pewnie wśród Was tacy, których powieść zachwyciła. Ja - jak rzadko - jestem rozczarowana. 

czwartek, 5 października 2017

Wilcza godzina

To jedna z tych książek, które frapują czytelnika od pierwszej strony. Tu było jednak trochę inaczej niż zwykle (ba! cała książka jest inna!), bo nie pierwsze akapity powieści mnie zafrapowały, a wstęp. Autor zwraca się do czytelnika słowami: 
Może właśnie stoisz w księgarni, a może jesteś w domu, wygodnie usadowiłeś się w przytulnym kąciku i jesteś gotowy by przewrócić pierwszą stronę. W obu przypadkach czuje się w obowiązku cię ostrzec. 
No i jak tu nie czytać? Zaczęłam i wsiąkłam. "Wilcza godzina" wraz z Wilnem anno domini  1905, zdobyła moje serce. 
Króciutką chwileczkę musimy zatrzymać się w roku 1870, kiedy to wskutek handlu z Rosją, Amerykanie tworzą unię wolnych miast, zwaną Aliansem. W skład Aliansu wchodzą Wilno, Rewel, Kraków Praga i część Konstantynopola. Uzyskana w ten sposób wolność pozwala na rozwój nauki, a Wilno - wolne i  niepodległe - rozwija się i  rozkwita. To własnie na Uniwersytecie Wileńskim naukowcy dokonują odkrycia, które popchnie cywilizacje w zupełnie innym kierunku, niż dzisiejsza rzeczywistość. Mamy więc rzeczywistość alternatywną, która niezmiernie mi się spodobała. 
Autorka urzeka pomysłowością. Oczywiście wymyślony świat daje dużo więcej możliwości do knucia intryg oraz wkłada w dłonie bohaterów o wiele więcej narzędzi i umiejętności co umożliwia autorce realizację najniezwyklejszych zamierzeń. Momentami miałam nawet wrażenie, że pomysły trącą przesadą, co powodowało pewne rozdrażnienie. Dlatego ważne jest, aby cały czas pamiętać że "Wilcza godzina" to jednak fantastyka, a nie książka historyczna. Nawiasem mówiąc trudno mówić o książce historycznej, skoro po ulicach jeżdżą parowe karety, a czynności skomplikowane zostały powierzone automatonom. W trakcie lektury złudzenie prawdy historycznej jednak gdzieś z tyłu głowy kołatało, zwłaszcza, że przez całą powieść możemy zauważyć wiele znanych nam szczegółów. Pomysł rewelacyjny i obłędne wrażenia. Efekt był taki, że odczuwałam niesłabnącą przyjemność z wyszukiwania elementów charakterystycznych dla naszej rzeczywistości.   
Trochę długi ten wtręt, już wracam do meritum. W Wilnie, w 1905 r. zaplanowano spotkanie przedstawicieli najważniejszych państw Europy. Spotkanie ważne i mogące mieć wpływ na europejską rzeczywistość. Nic więc dziwnego, że każdy zamierza przedstawić swoje cele jako priorytetowe. Co więcej - każdy pragnie cele te zrealizować i to niekoniecznie uczciwymi metodami... i tu zaczyna się cały ambaras. Od drobnych intryg po brutalne morderstwa - to wokół nich skupia się cała fabuła i to one napędzają powieść. Jeżeli dodamy do tego alchemików, wskrzesicieli i ich możliwości - możecie sobie wyobrazić co się tam zadziało. 
Niestety są też minusy, na szczęście niewielkie. Otóż początkowo autor na tyle mocno skupia się na opisach alternatywnego Wilna, że gdzieś zgubił głównego bohatera. Nie żebym nad tym bardzo ubolewała, bo (jak już pisałam wcześniej) opisy Wilna mnie naprawdę zachwyciły, jednak rozumiem, że może to czytelnika trochę wytrącić z równowagi. Każda postać opisana jest szybko i na pozór nieskładnie, przez co trudno wyodrębnić powiązania pomiędzy bohaterami. Co więcej - nie bardzo wiadomo na kim się skupić. Jeżeli dodamy do tego mnogość wątków i odmienność rzeczywistości, otrzymamy powieść, której lektura może w pewnym momencie znużyć. Warto jednak przeczekać ten moment, ponieważ znużenie szybko ustąpi miejsca zaciekawieniu, a całość lektury pozostawia świetne wrażenie. Autor na końcówce wprowadził nowe fakty i lekko zakręcił fabułą, przez co z niecierpliwością czekam na kolejny tom. 
Na zakończenie dodam, że jak zwykle wydawnictwo sqn postarało się, aby książka przykuła uwagę. Piękna okładka zachwyca. 

środa, 4 października 2017

O książce - cebulce i o tym, że każda przesyłka może być wyjątkowa :-)

Wczoraj Pan listonosz przyniósł paczkę. Jeszcze dobrze do domu nie weszłam, a już Młodszy wręcza mi kopertę z napisem "Uwaga! ostrożnie" i zaaferowany oświadcza: Mamo trzeba ostrożnie otworzyć! Mhm... myślę sobie, ale wraz z nim delikatnie otwieram kopertę szukając przyczyny tego ostrożnego otwierania. Mój synek z wypiekami na twarzy rozrywa, rozcina, wyjmuje, a tam... kolejna paczuszka z naklejoną karteczką. Dalej więc rozcina, rozrywa, a tam kolejna warstwa papieru z kolejnym liścikiem. I kolejna, i kolejna... powiem Wam, że z każdą następną warstwą nasza ciekawość rosła i mieliśmy rodzinne wrażenie, że z tych "obierek" wyłoni się  nie wiadomo jakie monstrum. A tymczasem wyłoniła się książka. Książka, która w naszych oczach zyskała na wartości i nawet gdybym nie czekała na nią, to po takim początku znajomości na pewno z ciekawością zerknęłabym do środka. Szkoda, że nie można tak sprzedawać książek w księgarniach. To by się działo!!!
Wielkie uznanie dla osób, które w wydawnictwie WAB zajmują się promocją. 
Daliście czadu ! 








niedziela, 1 października 2017

Dziesięć godzin

Ależ się uśmiałam przy lekturze tej książki! Świetna powieść i to nie dlatego, że porusza bardzo (baaaardzo) aktualne tematy, ważne dla każdego z nas. Powodem mojego "uhahania" jest to, że napisana jest z jajem, polotem i właściwą Nurowskiej zadziornością. Zaczynając powieść nie spodziewałam się takiej fabuły. Początkowo byłam zaskoczona, ale potem dałam się ponieść fali niedopowiedzeń i półsłówek, które złożone w całość dały prześmiewczy, a jednocześnie paskudnie realny obraz naszej ojczyzny. 
Kiedy poznajemy Małgorzatę, znajduje się ona w dość trudnym położeniu. Przed jej obliczem staje Józef Pinior będący sławą i legendą Solidarności. Jego los spoczął w rękach sędziny Małgorzaty, która musi rozpatrzeć wniosek prokuratury o aresztowanie Piniora. Małgorzata ma problem ze spokojną i rzeczową oceną sytuacji, ponieważ sama znajduje się na życiowym zakręcie. Jej mąż jest chorym człowiekiem, który załamał się wskutek czego całe swoje życie umieścił w internetowej rzeczywistości. Córka również coraz bardziej oddala się od domu rodzinnego... 
Tymczasem w ojczyźnie Małgorzaty źle się dzieje. Dwa diabły, Fagot i Woland, przyglądają się sytuacji w państwie i z iście diabelskim uśmieszkiem komentują wydarzenia. Władzę dzierży partia, której przewodniczy tchórz i szaleńca w jednej osobie. Nie chcąc ponosić odpowiedzialności za swoje decyzje, rządzi on z ukrycia, a jego decyzje przypisywane są człowiekowi bez twarzy i kręgosłupa zwanemu "garniturem"... brzmi znajomo prawda? 
Diabliszcza, widząc sytuację, postanawiają poużywać sobie i trochę ludziom poszkodzić. Nie zdają sobie sprawy, że obalając władzę i rzucając partyjniakom kłody pod nogi, w rzeczywistości wyzwalają naród spod władzy głupoty. 
Ależ miałam frajdę w czasie lektury! Dopasowywanie bohaterów powieści do dziś rządzących nam miłościwie polityków było świetną zabawą. Maria Nurowska nie oszczędziła nikogo pokazując w sposób prosty i rzetelny głupotę i podłość dzisiejszych "elit" politycznych. Rewelacyjnie pokierowała diabłami, którzy każdego z polityków ośmieszyli i doprowadzili do miejsca, gdzie już nie mogli szkodzić. 
Przez dziesięć godzin Małgorzata musiała podjąć szereg decyzji, które zmieniły jej świat na lepsze. Te same dziesięć godzin zajęło naszym diabłom naprawianie naszego chorego Państwa. Małgorzata wybrała dobrze. A diabły? Cóż - mam nadzieję, że wkrótce się przekonamy. 

piątek, 29 września 2017

Matka i córka

Hmmm... cóż ja mam napisać o tej książce... Szara i nijaka, a jednocześnie tak barwna i ekspresyjna. Nie mogłam się od niej oderwać, ale jednocześnie z każdą następną stroną miałam coraz większą ochotę rzucić ją w kąt. Nudna i wciągająca zarazem. Rozbieżność emocji rodzących się w mojej głowie podczas lektury była zatrważająca. 
Fabuła książki jest taka, że nawet trudno opisać co się na łamach książki dzieje. Cztery kobiety powiązane siecią wzajemnych zależności. Natalia, Gloria, Dolores i Ángela są jednocześnie matką, córką, siostrą, ciotką, szwagierką ... mam nadzieję, że nic nie pominęłam. A! pominęłam. Oczywiście wszystko zagmatwane jest przez rolę kochanki. Dom, w którym mieszkają trzy z czterech bohaterek jest bardzo stabilnym domem, jednak okazuje się, że filarem tej stabilności jest mężczyzna. Kiedy Angel umiera wszystko dookoła tego domu składa się jak domki z kart. Wychodzą na wierzch brzydkie tajemnice i niewygodne uczucia. Każda z kobiet zamyka się w sobie i bez obracania się na towarzyszki niedoli brnie samotnie naprzód. 
Pokochałam Dolores. Jest samotną kobietą, która całe swoje życie oddała wychowywaniu dzieci brata. Kiedy dziewczynki dorosły, Dolores nie potrafi tej pustki wypełnić. To wydaje się normalne pod warunkiem, że los nie podsuwa pod oczy szansy na szczęście. Tymczasem Dolores ma to szczęście dosłownie na wyciągnięcie ręki i - mimo tego - boi się rzucić na głęboką wodę. Obserwując jej rozterki bardzo jej współczułam, a jednocześnie szczerze kibicowałam. Zła jestem strasznie na zakończenie tego wątku. Pozostałe historie też nie są różowe, bo to nie jest książka dla zabicia czasu. Zaniechane marzenia, utracone nadzieje... niewiele tu optymizmu. "Matka i córka" to dość wnikliwe studium uczuć i charakterów ludzkich. Pokazuje jak trudno wyplątać się z pajęczyny, jaką dla każdego z nas utkało życie.

64 Obronna Drużyna Starszoharcerska "Cień"


czwartek, 28 września 2017

Uwikłana

Kiedy brałam "Uwikłaną" do ręki byłam pewna, że szybko przeczytam i szybko zapomnę. Ot sensacyjna historyjka o dobrych i złych charakterach i wojnie na śmierć i życie, z której tylko jedna strona może wyjść cało. Rzeczywiście przedstawiona historia jest przewidywalna, ale nie dlatego, że jest banalna, ale dlatego, że napisało ją życie i nie ma tu samostrzelnych pojazdów i nadludzkich mocy. Natomiast to, co mnie urzekło w tej książce, to całe tło, które wydaje się mało ważne w porównaniu z tym, co przeżywa Pilar, ale po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że  tło tej powieści jest bardzo ważnym, samodzielnym bohaterem. 
Pilar jest kobietą idealną. Piękna i świetnie wykształcona Kolumbijka zdaje sobie sprawę ze swojej wartości i postanawia wyrwać się ze swojego szarego środowiska. Bez większych trudności zostaje stewardessą i podbija serca pasażerów linii lotniczych. Pewnego dnia jej wzrok przyciągnął mężczyzna - miły szarmancki i (na pierwszy rzut oka) bogaty. Pilar zostaje jego żoną i bardzo szybko przekonuje się, że to jednak nie jest miłość jej życia. Ernest okazuje się być wysoko postawionym dealerem narkotyków. Niestety jest również bardzo słabym człowiekiem i gdy zostaje aresztowany, postanawia ratować własną skórę kosztem Pilar. Dziewczyna, żyjąc u boku Ernesta wyrobiła sobie wysoką pozycje w narkotykowym świecie przez co stała się dla Policji bardzo łakomym kąskiem. Nie mając wyjścia, Pilar pracowała jako tajna informatorka przez kilka lat. Niestety wiadomo było, że w końcu wydarzy się najgorsze... 
Z drugiej strony poznajemy historię pewnego policjanta Toma Tideringtona. Kiedy go spotykamy, jest On pionkiem w wielkiej maszynie do walki z narkotykami. Dzięki własnemu uporowi i trochę dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, trafia do rządowej jednostki, której celem jest walka z narkotykami na szeroką skalę. Ten wątek, moim zdaniem, jest o niebo lepszy niż historia Pilar. Pokazuje, jak w latach 80 XX wieku problem narkotyków był bagatelizowany. Z przerażeniem czytałam o tym, jak Policja udawała, że nie widzi tego, co dzieje się na ulicach miast. Co więcej - wiele miasteczek, nie mając odpowiedniego sprzętu, po prostu bagatelizowało problem najzwyczajniej  w świecie się bojąc. Jeżeli dodamy do tego brak współpracy pomiędzy jednostkami Policji, które rywalizowały między sobą - przerażające wnioski nasuwają się same.   
Kiedy losy Pilar i Toma się przetną , nic już nigdy nie będzie takie samo...
"Uwikłana" napisana została w dość pokrętny sposób. Od początku wiadomo, że powieść oparta jest na faktach, ale sposób narracji powoduje, że książkę czyta się jak najlepszy kryminał. Tu ciągle coś się dzieje, a opisy zmian społecznych i tego co działo się za oceanem w dwóch ostatnich dekadach XX wieku jedynie dodają pikanterii przedstawianej historii. Wciągały mnie nieprzeciętnie opisy tworzenia przez Toma siatki informatorów, czy też opisy procedury prania brudnych pieniędzy. Człowiek porównuje możliwości jakie daje dzisiaj technika i zastanawia się, jak to wówczas (bez komórek i laptopów) było możliwe do ogarnięcia? Mam wrażeniem że ta szczegółowość i dbałość o tło wydarzeń spowodowało, że powieść bezsprzecznie zasługuje na miano bestselleru
Z drugiej strony narkotykowa epidemia, która ogarnęła Amerykę, wydaje się niemożliwa do opanowania. Porwania, zabójstwa i szantaże miały miejsce właściwie codziennie i to pod nosem Policjantów, którzy nie zawsze mogli i nie zawsze chcieli z tym walczyć. 
"Uwikłana" to dobra lektura, ale wcale nie łatwa. Opisy, które mnie urzekły i porwały, innego czytelnika mogą znużyć i znudzić. Warto jednak spróbować, bo z tej ponad pięćsetstronicowej powieści wyłania się bardzo ciekawy świat, w którym przyszło żyć sprytnej i silnej kobiecie. 
Polecam.  

Książki, książki i jeszcze raz książki

Książki czytać uwielbiam. Jest to moja pasja, największa przyjemność i - od kiedy prowadzę bloga -  niesamowita przygoda. Uwielbiam książkowe niespodzianki. Uwielbiam czytać książki i czytać o nich. Gdzie czytam o nich? Oczywiście najczęściej w necie; na innych blogach w serwisie "Lubimy czytać", czy też w internetowych księgarniach. Ostatnio jednak dokonałam odkrycia, które mnie zachwyciło, a jednocześnie wstrząsnęło mną, że taka gapa jestem i do tej pory tej pozycji nie zauważyłam. Mianowicie istnieje na rynku gazeta... właściwie to magazyn... a właściwie to książka o książkach. No miód na moje serce :-) 
"Książki" są kwartalnikiem. Jak dla mnie trochę mało, ale patrząc na zawartość, ilość artykułów publikacji i "książkowych zachęcajek", to taka częstotliwość ukazywania się na półkach jest zrozumiała. Zresztą tekstów jest naprawdę sporo i jeżeli czytelnik nie rzuci się na "Książki" z zachłannością dziecka widzącego lizaka, a będzie się delektować zawartością magazynu, to czytania jest dość sporo. 
Każdy tu znajdzie coś dla siebie. Oczywiście najwięcej jest o książkach, ale są one przedstawione w bardzo różnorodnych ujęciach. Urzekł mnie tekst o kobietach marszałka Piłsudskiego, ale nie dlatego, że przedstawiał kolejne ukochane Józefa, ale własnie ze względu na świetne ujęcie tematu. Każda z kobietek zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Od matki Marii Billewiczówny aż do ostatniej kochanki Jadwigi Burhardt. Szybkie, wręcz poklatkowe zetknięcie się z każdą z nich, każda inna, każda niepowtarzalna, i nagle strzał. Bo kiedy już z wypiekami na twarzy docieramy do końca tekstu czytamy: "Rozszerzona wersja tekstu ukaże się w przyszłym roku w książce Janusza Rudnickiego".  I w ten sposób moja lista "must have" znowu się powiększyła. 
Należy wyraźnie powiedzieć, że po lekturze "Książek" człowiek dostaje książkowego oczopląsu. "Książkowych zachęcajek" jest bowiem na kartach magazynu mnóstwo, jednak - co warto podkreślić - są one prezentowane w sposób bardzo uporządkowany. Najczęściej prezentuje się po prostu wydawnictwo ze swoimi nowościami. "Wydawnictwo Literackie", "Iskry" czy "Świat Książki" wykupili całe strony i na nich prezentują swoje najbardziej polecane książki. Są też oczywiście całe strony poświęcone tylko jednej książce czy też polecające konkretne wydarzenie literackie. Ja jednak wolałam przeglądać pojedyncze "zachęcajki" zgrabnie uzupełniające miejsce obok lub pod tekstem podstawowym. One raczej zdobią stronę niż denerwują czytelnika, a dzięki zgrabnemu wkomponowaniu w treść stanowią świetne uzupełnienie całości. 
Sporo wywiadów (bo aż cztery), artykuł o pornografii w literaturze z bardzo ciekawą puentą, prezentacja Finalistów nagrody Nike, artykuł o Gombrowiczu, o kobietach rządzących dawną Polską i wiele wiele innych naprawdę ciekawych tekstów. Schemat jest prawie wszędzie taki sam. Pod tytułem znajdziemy okładkę (czy też okładki) książek, które zainspirowały autorów do napisania tekstu. Rewelacyjna sprawa dla tych wszystkich, którzy mają grube portfele i mogą wykupić pół księgarni. Dla pozostałych też, choć oni mogą tylko wpisać wypatrzone tytuły na listę i tęsknie wyczekiwać wolnej gotówki... 
Bardzo podobał mi się tekst Łukasza Orbitowskiego, który opisał swoje podróże w trakcie pisania książki pt. "Exodus". Świetne, choć trochę chaotyczne (na szczęście w sposób zamierzony) ukazanie czytelnikowi, jak ważne jest to, aby autor w trakcie tworzenia książki dbał o nią i podróżował z awłasnymi pomysłami. Nie podobał mi się esej, za to pochłonęłam opowiadanie Toma Hanksa "Trzy tygodnie męki". Urzekł mnie tekst zachęcający do czytania opowiadań. i najkrótsze opowiadanie autorstwa E. Hemingwaya: 
"Sprzedam buciki dziecięce, nigdy nienoszone" 
Spotkamy tu tyle form literackich ile pomysłów przyjdzie czytelnikowi do głowy. Spotkamy wielu autorów, wiele przemyśleń, i co najważniejsze - książki; te dobre i te gorsze. Przecież wiadomo, że przy takiej ilości tekstów jedne podobają nam się bardziej inne mniej. I tak własnie powinno być. 
Dodam jeszcze, że podczas lektury nie obyło się bez wzruszenia z mojej strony, bo na końcu magazynu "Książki" zamieszczone zostało kalendarium i krzyżówka. Jak za dawnych czasów, kiedy z moją mamą w trakcie zakupów kupowałam "Przekrój", "Przyjaciółkę" i "Kobietę i życie" i zawsze było wiadomo, gdzie co znaleźć. W "Książkach" jest tak samo - czysto, porządnie i po kolei. Czysta przyjemność. 
Moi drodzy. Proponuję pójść do kiosku i kupić "Książki". Duży format i porządne wydanie zapewni wam przyjemność i frajdę na kilka dni. Przy kawie w jesienne wieczory rozrywka zapewniona. 
A na koniec przytoczę fragment artykułu pt. "Gonzo", który bardzo mnie rozbawił:
Reporter Ziemowit Szczerek jest niewychowany. Hugo - Bader trochę mniej. "Ech w końcu, po tylu latach, po wręcz smoleńskim pierdolnięciu o grunt latach dziewięćdziesiątych, to miasto zaczyna nabierać kształtów. Serio. Zaczyna się pojawiać forma, której to miasto (nie bardziej zresztą niż cały kraj) rozpaczliwie potrzebowało. Jakoś  się zaczynał Radom powoli unosić nad samym sobą. Nabierać odrobiny tej lekkości, której mu tak, kurwa, potrzeba" - pisze Szczerek o Radomiu. "Polska leje z Radomia, bo Radom jest nią, jest Polską do szpiku kości - i polewając z Radomia, Polska polewa z samej siebie. Polska wbiła sobie do swojego głupiego łba, że jest od Radomia w jakikolwiek sposób lepsza. O kurwa, to dopiero jest beka. Ej, Polska. Nie jesteś. Jesteś dokładnie tak samo chujowa". 

czwartek, 21 września 2017

Biały Szanghaj

Urzekła mnie ta powieść. Jest cudownie długa, wielowątkowa, ze wspaniale wykreowanymi bohaterami i świetną akcją. Są też oczywiście wady - na szczęście niewielkie i ukrywające się za wspaniałością rozbudowanej fabuły. 
Biały Szanghaj to druga część sagi. O pierwszym tomie pt. "Miłość w czasie rewolucji" pisałam wcześniej i nie ukrywam, że "Miłość..." podbiła moje serce. Spodziewałam się taniego romansidła, a dostałam świetną powieść z fascynującym tłem historycznym. Zastanawiałam się, czy II tom dosięgnie poprzeczki tak wysoko postawionej przez pierwszą część. Udało się.  
Nasi bohaterowie uciekają z ogarniętej rewolucją Rosji do Chin. To własnie tutaj Nina i Klim zaczynają swoje życie od nowa. Poznajemy również Adę, która w tej części sagi odegra niebagatelną rolę. Szanghaj wita ich rzeszą uchodźców, którzy szukają jakiejkolwiek pracy pozwalającej na utrzymanie się na powierzchni życia. Nagle nieważne jest pochodzenie i status społeczny, nieważne posiadane dobra, które przecież właściwie przestały istnieć. W Szanghaju tamtych czasów człowiek wart był tyle, ile potrafił. A że nasze arystokratki nie potrafiły zbyt wiele....
Zarówno Nina jak i Klim nie zmieniają się zbytnio. Klim pozostaje "Piotrusiem Panem" który radzi sobie jednak całkiem nieźle w nowej rzeczywistości. Nina początkowo jest trochę zagubiona, ale w pewnym momencie odkrywa w sobie żyłkę do interesów. I tak trochę jak żuraw i czapla,,, raz są razem, raz się rozstają... co z tego wyjdzie ? Warto przeczytać.
Powieść zachwyca pięknem słowa. Autorka snuje losy naszych bohaterów, zachwycając umiejętnością łączenia słów w zdania. Temat wcale nie jest łatwy, tło historyczne skomplikowane, a mimo tego wątki snują się i przeplatają w sposób iście mistrzowski. Tu nie ma miejsca na literackie wpadki i niedomówienia, tu każde zdarzenie ma swoje miejsce, a jego konsekwencje mają długotrwałe brzmienie. Warto przeczytać choćby dlatego, aby pozachwycać się specyfiką tej powieści.
Podczas lektury drażniła mnie jedna rzecz. Trudno mi to oddać w jasny sposób... Często miałam wrażenie, że autorka tak zagmatwała losy bohaterów, że już sama nie wie, jak z tego wybrnąć. Wówczas ratunkiem jest całkowita zmiana otoczenia. Jak w życiu - wsiąść do pociągu byle jakiego... W prawdziwym życiu człowiekowi zdarza się to sporadycznie, natomiast zarówno w pierwszym jak i w drugim tomie sagi, ucieczka od rzeczywistości stanowi rozwiązanie wszystkich problemów. Nie ukrywam, że drażniło mnie to mocno.
Trzeci tom czeka już na swoją kolej :-) 

poniedziałek, 18 września 2017

Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę

Przeczytałam tę książkę na komórce, korzystając z Legimi. Oznacza to, że czytałam ją głównie na spacerach z psem i dobrze się stało. Gdybym czytała ją w domu, przy moich dzieciach, ciągle bym przy nich siedziała i dziękowała Bogu, że mają szczęśliwe dzieciństwo.... 
Czternastoletni Adam jest chłopcem z zespołem Aspergera. Kiedy go poznajemy, ma już jedno nieszczęście za sobą, ponieważ umarła mu Mama. Na szczęście ma jeszcze tatę, siostrę, braci i przyjaciół. Chodzi do szkoły, ogląda telewizję, słucha radia... normalne życie. Adam różni się od swoich rówieśników przede wszystkim wrażliwością. Emocje i niedokładności świata widzi kolorami. Potrafi opowiedzieć o uczuciach członków swojej rodziny ponieważ w zależności od samopoczucia, każdy z nich ma inny kolor. No i oczywiście nasz Adam maluje obrazy....
Wojna, która nadchodzi do Aleppo, wchodzi w życie Adama brutalnie, z dnia na dzień. Nagle czytelnik przenosi swoją uwagę na całą rodzinę, nie tylko na Adama. Obserwujemy jak ojciec znika dla świata, zamykając się w chorobie psychicznej, towarzyszymy Yasmine w tragedii, jaka ją dosięga, ale nadal przede wszystkim kibicujemy Adamowi. Dasz radę chłopaku! Nie poddawaj się!
Adam przeżywa tragedię wojny po swojemu. Maluje, maluje i jeszcze raz maluje - do ostatniej kartki. Zatapia w farbie swój ból i rozpacz, chowa w pędzlach strach i niemoc. 
Straszna książka i piękna jednocześnie. Wrażliwość Adama powoduje, że patrzymy na okropieństwa wojny przez kolorowy filtr. Nieraz świat jest fioletowy, nieraz zielony, innym razem niebieski... i nie ważne co się dzieje, ważne aby przetrwać.  Czytałam i modliłam się, żeby się skończyło. I z każdą stroną dziękowałam Bogu, za to że żyję w spokoju. 

czwartek, 7 września 2017

Przeszłość

Są takie książki, przez które przemykamy niczym łyżwiarz na lodzie; szybko i beznamiętnie. Są takie, które czytamy równie szybko, ale z pasją i zaangażowaniem. Te zostawiają po sobie wyrwę w duszy i wiele emocji. Są też takie, które czytamy niespiesznie, smakując słowa i opisy w niej zawarte. Każdy rodzaj lubię, każdy szanuję i każdy mnie zachwyca. Problem mam tylko wówczas, gdy spodziewam się czegoś innego, niż zostało w rzeczywistości zawarte między okładkami. Tak właśnie było z "Przeszłością". 
Wyobraźcie sobie piękną, angielską wieś, otoczoną polami, lasem i niezbadanymi, mrocznymi zakamarkami przyrody. Na uboczu takiej wsi stoi sobie dom, w którym czas się zatrzymał. Nie ma tu zasięgu telefonii komórkowej, a o internecie można tylko pomarzyć. Cisza i spokój zostają nagle zmącone przez przybycie czwórki rodzeństwa, dla których wakacje w tym miejscu są powrotem do dzieciństwa. W domu zamieszkiwali ich dziadkowie, a chwile tu spędzone na pierwszy rzut oka wydają się sielankowe i radosne. Okazuje się jednak, że czwórka rodzeństwa to cztery zupełnie inne charaktery. Każdy z nich jest na swój sposób pokiereszowany przez życie. Wspólne wakacje stają się dobrą chwilą na wyciągnięcie na światło dzienne tajemnic zgromadzonych w najmroczniejszych zakamarkach duszy. 
Powieść składa się z trzech części. Pierwsza wprowadza nas w dusze i charaktery naszych bohaterów. Pokazuje, jacy są połamani i pokiereszowani przez życie i los. Samotność, brak pewności siebie, lub też po prostu smutek wyzierają z dusz naszych bohaterów. W kolejnej części cofamy się do przeszłości i poznajemy zdarzenia, które w ten czy inny sposób przyczyniły się do  tego, jak wygląda "dziś". Kiedy ponownie wracamy do teraźniejszości, zupełnie inaczej patrzymy na zachowania rodzeństwa. Czytelnik jest bogatszy o wiedzę z przeszłości i ocenia niektóre zachowania już nie tak obiektywnie lecz przez pryzmat tego, co było.
To jest powieść, którą należy się delektować. Autorka posiada dar snucia opisów ubierając je w ciepłe barwy i magiczne słówka. Nastrój angielskiej wsi aż wylewa się z poszczególnych stron. Jest spokojnie, nostalgicznie, czasami zaskakująco, a czasami wręcz nudno. Ale nie jest to nuda związana z fabułą, ale taka nuda, która pozwala na odpoczynek i kontemplację. 
Piękną książkę  popełniła Tessa Hadley, jednak to piękno zostało trochę zbrukane przez "zajawki" i opisy poprzedzające moment ukazania się powieści w księgarniach. Ich nastrój i brzmienie wskazuje, że podczas lektury będziemy mieli do czynienia przynajmniej z lekką sensacją. Tymczasem nie tędy droga. Myślę, że z tego wynikają niezbyt wysokie oceny powieści. Gdyby czytelnik był nastawiony na sielską i powolną podróż przez zawiłości ludzkiej psychiki, to zupełnie inaczej podszedłby do "Przeszłości". A tak pozostaje niedosyt....