poniedziałek, 19 czerwca 2017

Czarne narcyzy

Każda nowa książka Puzyńskiej elektryzuje i powoduje dreszczyk emocji w mej duszy. Dotąd przeczytałam siedem tomów i recenzując je, nie ukrywałam zachwytu. Pomimo tego, że wszystkie zlewają się w mojej głowie w jedną, bardzo ekscytującą historię, nie można uniknąć porównań poszczególnych tomów. Najfajniejsze jest to, że można je podzielić na kilka kategorii. Najlepszy? Motylek. Najsłabszy? Łaskun. Najstraszniejszy? Utopce. Naj... można wymieniać długo. 
Autorka nie spuszcza z tonu ani na chwilę. Rozpoczynając lekturę "Czarnych narcyzów" bardzo szybko spotykamy się ze starymi przyjaciółmi z poprzednich tomów. Weronika, Emilia i Marek trwają na posterunku właściwie niezmienni. Zmienia się jedynie podejście do życia Klementyny Kopp i oczywiście Daniela Podgórskiego. Daniel, który w ostatnim tomie sporo stracił w moich oczach teraz powraca w blasku chwały. No może bez przesady, ale podniósł się z kolan i działa. 
Tym razem powieść płynnie nawiązuje do końcówki poprzedniego tomu. Właściwie pierwszy rozdział mógłby być kolejnym tej samej książki, ale to należy uznać raczej za zaletę, niż wadę. Bardzo szybko poznajemy legendę o diable, który opętał żonę leśniczego wskutek czego ta - poznawszy diabelską tajemnicę - opuszcza ten ziemski padół. Leśniczy postanawia zemścić się na czarcie za śmierć żony, a cała historia kładzie się cieniem na maleńkiej wiosce o nazwie Diabelec. Wszyscy boją się domu leśniczego i tego, co się w nim wydarzyło. Strach staje się wręcz paniczny, kiedy w tym domu znalezione zostaje ciało, a właściwie, to dwa... właściwie to trzy. Nie ulega wątpliwości, że śmierć przynajmniej jednej z tych osób, powiązana jest z odnalezieniem innych trzech ciał dużo, dużo  wcześniej....
Bardzo trudno jest opisać fabułę tak, aby nic nie zdradzić i nie zabrać potencjalnemu czytelnikowi przyjemności z czytania. Powieść jest bardzo rozbudowana, akcja toczy się wielowątkowo, a wydarzenia gonią jedno za drugim. Wielki szacunek dla autorki, która - pomimo wielości bohaterów zdarzeń, i powiązań - nie pogubiła się i konsekwentnie doprowadziła do rozwikłania zagadki. 
Jest jeden element, który w sadze o Lipowie szczerze uwielbiam. To umiejętność autorki prowadzenia czytelnika na popularnie zwane manowce. Już wydaje mi się, że wiem, już jestem tak blisko... i znowu coś zaskakuje. Pamiętam, że w kilku poprzednich tomach rozwiązanie zagadki było w zasięgu ręki właściwie od połowy książki, a nadal fabuła fascynowała. W "Czarnych narcyzach" też jest taki moment, w którym wydaje się, że wszystko zostało już wyjaśnione. Nic bardziej mylnego. 
Polecam każdemu. Bez wyjątku. 

środa, 14 czerwca 2017

Małżeństwo doskonałe czyli Czubaszek + Karolak = WM

Marię Czubaszek kocham i uwielbiam. Jej delikatność, prostota i dziecięca naiwność zawsze mnie rozczulały. Śmiałam się do łez czytając jej twórczość, uwielbiałam szkło kontaktowe z damskim pazurkiem Pani Marii i zgrzytałam zębami, kiedy pseudo dziennikarze próbowali Ją oczernić, za przeprowadzoną miliard wieków temu aborcję. 
Płakałam, kiedy odeszła. Żal potęgował fakt, że odeszła w chwili, kiedy w moje ręce trafiła "Nienachalna z urody". Siedziałam na wakacjach pod namiotem i zamiast cieszyć się pięknem Bieszczad, czytałam "Nienachalną..." i wspominałam. 
Potem była długa przerwa. Pani Maria odeszła, a życie toczyło się dalej już bez Jej udziału. Aż do teraz, kiedy w moje ręce wpadło "Małżeństwo doskonałe...". Trochę ze strachem sięgnęłam po książkę obawiając się, że zakopane głęboko w sercu emocje powrócą. I rzeczywiście powróciły, potęgowane odejściem Pan Wodeckiego, którego twórczość również uwielbiam.
Ckliwie się zrobiło, ale nic na to nie poradzę. "Małżeństwo doskonałe" to wywiad z  miłością życia Pani Czubaszek - Wojciechem Karolakiem. Z wywiadu wyłania się cudowne małżeństwo dwóch "Zajączków" kochających się i szanujących nawzajem. Żyli trochę obok siebie (co spowodowane było nocnym trybem życia Karolaka), ale nadrabiali to drobnymi gestami i maleńkimi czułostkami, które razem układały się w wielkie uczucie. Nie znam nikogo kto rozmowę przez telefon zaczyna od  "Cip cip". Cudne prawda? 
Wywiad przeplatany jest "Czubaszkowymi wspominkami" snutymi przez sławnych ludzi będących przyjaciółmi Marii i Wojciecha. Wspominki snują wielcy tego świata. - Jacek Fedorowicz, Ewa Bem, Andrzej Dąbrowski czy Grzegorz Markowski. Oni wspominają dobre chwile spędzone z Panią Marią. Czasem ze wzruszeniem opowiadają o jej niechęci do jedzenia, czasem ze smutkiem opisują ostatnie spotkania. W tym wspominkach jest jednak spora doza humoru, bo trudno nie wspominać Pani Marii z radością w sercu. W wywiadzie przeprowadzonym przez Krystynę Pytlakowską z Wojciechem Karolakiem nie jest już tak łatwo. Z tej części wylewa się bezbrzeżna, ogromna miłość do Marii Czubaszek. Karolak opowiada o swojej Zajęczycy z takim wzruszeniem i tęsknotą, że czytelnikowi serce się kraje. Przepięknie opisuje jak zakochał się w super zgrabnych nogach Pani Marii, jak wzruszał się, gdy zasypiała przed telewizorem w ulubionym fotelu i jak ogarniała go wściekłość, gdy nic nie jadła, a za to paliła paczkami papierosy. 
Dzięki tej książce możemy zobaczyć Panią Marię trochę z boku. Z jej twórczości wychyla się silna kobieta z ogromnym poczuciem humoru i dystansem do siebie. Mam wrażenie, że to tylko poza. Z opowieści Pana Karolaka wynika, że silna była - owszem, ale wówczas, gdy należało zawalczyć o bliskich. To dzięki niej Karolak wyszedł z nałogu alkoholowego - walczyła o niego jak lwica. Natomiast kiedy chodziło o Nią samą - nie było już tak różowo. Miała dość niską samoocenę i nie pozwalała sobie pomagać.  
Piękna książka. Wzruszająca i delikatna. Z treści wylewa się ból i żal, jaki ogarnął wszystkich po śmierci Marii Czubaszek. Piękne wspomnienia i wspólnie spędzone chwile są przeplatane wyrzutami sumienia wynikającymi z tego, że nikt nie był w stanie zmusić Jej, aby zaczęła o siebie dbać. Widać wyraźnie, że nie można nikogo na siłę uszczęśliwić. Pani Maria była idealnym przykładem osoby, która nie chciała dać sobie szansy. A kiedy już doszła do tego, że leczenie to jedyny sposób na pożycie jeszcze troszkę - było już za późno. 
Jeżeli nie lubiliście Marii Czubaszek to nie sięgajcie po "Małżeństwo doskonałe". Ale jeżeli w Waszym sercu tli się choć cień sympatii do tej przeuroczej osoby, to jest to lektura obowiązkowa, która stawia przysłowiową "kropkę nad i". 

środa, 7 czerwca 2017

Królestwo kanciarzy

Powieści nie należy oceniać po okładce. To każdy wie i prawdziwy "książkochłon" nigdy tego nie czyni. Ja jednak od czasu do czasu ulegam urokowi książek. Oczywiście nie wezmę w podróż przepięknie wydanego słownika ortograficznego, ale już dobrze zapowiadającą się i przepięknie wydaną fantastykę - owszem. "Królestwo kanciarzy" przyciągnęło mój wzrok właśnie pięknym wydaniem. Twarda oprawa, tasiemka w charakterze zakładki i barwiono na czerwone "końcóweczki" stron sprawiły, że zakochałam się na zabój. Zresztą pierwszy tom był równie piękny (końcówki stron były czarne), a że historia opisana w pierwszym tomie  pochłonęła mnie całkowicie byłam pewna, że drugi tom również raczej mnie nie zawiedzie.
Szóstka bohaterów - każdy inny, każdy charakterystyczny, a jednak wspólnie tworzą niesamowitą grupę. Nie wątpię, że czytelnicy pokochali Inej, Ninę, Kaza, Wylana, Matthiasa, i Jaspera. Ta szóstka młodych ludzi jest wyjątkowo dojrzała, wie czego chce i uparcie dąży do raz wyznaczonego celu. Tak silnych, charakterystycznych i wyrazistych bohaterów dawno nie miałam przyjemności poznać. Godne uznania jest to, że przez całą powieść (a jest Ona naprawdę obszerna) autorka bardzo konsekwentnie wyposaża bohaterów w konkretne cechy, celebruje je i często czyni z nich walory, którym nasi bohaterowie zawdzięczają zdrowie i życie.
Powieść ma jedną wadę, a mianowicie nie powinno się jej czytać bez znajomości tomu pierwszego pt. "Szóstka wron". Autorka robi wszystko, aby brak znajomości wcześniejszych przygód bohaterów nie dawał się czytelnikowi we znaki, ale to jednak nie jest takie proste. W pierwszym tomie tyle się działo, że nie sposób uniknąć powrotów i odniesień. Oczywiście, że można, ale czytelnik sporo traci. Już na początku opowieści musimy zerknąć w tył...
Wydaje się, że po wykonaniu zadania, które na pierwszy rzut oka wydawało się niewykonalne
przyjdzie czas na odpoczynek. Nic bardziej mylnego. Zamiast bogactwa nasza szóstka bohaterów ma puste kieszenie, a zamiast odpoczynku muszą się ciągle ukrywać jednocześnie walcząc z przeciwnościami losu. Wydawałoby się że okradzenie Lodowego Ogrodu to wyczyn, którego nic nie przebije. Niestety Wrony muszą teraz walczyć z dużo gorszym zdaniem. Nie dość, że pragną się zemścić na Van Ecku, to jeszcze muszą zrobić wszystko, aby uratować swoją towarzyszkę. Nie jest to łatwe zadanie zwłaszcza, że są, świadomi tego, że wśród nich ukrywa się zdrajca. Co zrobią? Jak postąpią? Zapewniam Was, że choć cała powieść jest zaskakująca, zakończenie przerośnie Wasze najśmielsze oczekiwania. 
Cudna powieść. Ciągłe zwroty akcji i ekspresowe tempo wydarzeń zaskakują i intrygują czytelnika. Autorka pisze tak jakby jej umysł ciągle zalewały pomysły, które niezwłocznie należy przelać na papier. Trzeba jednak pamiętać że akcja powieści to jedno, a relacje międzyludzkie to zupełnie inna sprawa. Relacje pomiędzy naszymi bohaterami (zwłaszcza te pozytywne) są celebrowane i nie ma tu miejsca na zaniedbania. Uczucia pięknie się rodzą wzruszając i  budząc w czytelniku wiele emocji. Autorka może sobie pozwolić na takie smakowanie chwili, jako że w powieści liczącej prawie 600 stron na wszystko znajdzie się miejsce.
Powieść - mimo dbałości o emocje - jest bardzo dynamiczna. Śledząc losy głównych bohaterów nie można się nudzić. Niezwykłe przygody towarzyszą nam od pierwszych stron powieści. Ciągle coś się dzieje; zwroty akcji i niespodziewane wydarzenia nie pozwalają ani na chwile odpocząć. Zachwyciła mnie też kreacja Ketterdamu. To miasto niby wyjęte spod prawa i rządzące się prawami złodziei i przestępców, jest jednak wirtuozersko zorganizowane i opisane przez autorkę. Zachwyca mnie konsekwencja autorki, która przekłada się na wyjątkowo realistyczne opisy miasta. Czytając można mieć wrażenie, że to miasto jest tuż obok i tylko nogę trzeba przesunąć, aby zanurzyć się w jego mroczne zaułki.
Trochę zapędziłam się w ochach i achach na temat powieści, ale uwierzcie mi - nie będziecie mogli się oderwać. Dodam jeszcze, że bardzo często w trakcie lektury zaskakiwały mnie fragmenty napisane z dużą dozą cierpkiego humoru. Nie jeden raz śmiałam się do łez, a wiele momentów powieści poprawiało mi humor. Ta mieszkanka mroku, śmiechu, emocji i wartkiej akcji powoduje, że naszym oczom ukazuje się prawdziwe arcydzieło powieści dla młodzieży. Polecam.

piątek, 2 czerwca 2017

Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet

Trudno oceniać taką książkę. Trudno napisać: podobała mi się, jeszcze gorzej: nie dla mnie. To książka dla pokoleń, przenosząca treści i wspomnienia, o których nie można zapomnieć. 
Obóz w Ravensbrück był obozem przeznaczonym dla kobiet. Powstał jako obóz dla kobiet stanowiących zagrożenie dla narodu niemieckiego - drobnych złodziejek, prostytutek, lub po prostu krytykujących działania nazistowskich władz. Początkowo były tu głównie Niemki, dopiero później przybyły tam kobiety niemal z całej Europy. Kobiety były wykorzystywane jako tania siła robocza - pracować musiały, jeść już niekoniecznie. Karmione kubkiem kawy, pajda chleba i lurą z surowym ziemniakiem pracowały po 12 godzin przy kopaniu rowów lub wydobywaniu piasku. Z czasem obok powstała fabryka Simensa, którą wiele z kobiet traktowało jak błogosławieństwo. Szybko okazało się jednak że to jest bardzo złudne. Praca pod dachem i w cieple kusiła, jednak normy były tak wyśrubowane, że kobiety nie wytrzymywały nerwowo. Więźniarki przeżywały tak kilka miesięcy. Z czasem (kiedy transportów było coraz więcej) kobiety nie wyrabiające norm po prostu mordowano, aby zrobić miejsce dla kolejnych jeszcze silnych i zdolnych do pracy. 
W obozie nie było miejsca dla dzieci, jednak wiele kobiet przybywało do obozu w ciąży, więc siłą rzeczy dzieciaczki przychodziły na świat. Nie było im dane jednak żyć. Topiono je w wiadrze wody, a w najlepszym razie zabierane matkom i odsyłano do niemieckich rodzin. Tych jednak była garstka. Przyszedł taki moment, że władze obozu w przypływie ludzkich uczuć pozwoliły na utworzenie pseudo sali porodowej. Dzieci rodziły się zdrowe i rumiane, jednak nikt nie pomyślał o zapewnieniu im jedzenia. Matki z rozpaczą patrzyły jak ich maleństwa w ciągu kilku tygodni zmieniały się w schorowane szkieleciki, które z wycieńczenia umierały. 
Ważna odnotowania jest również historia "Polskich królików".  Mianem tym określano polskie więźniarki przywiezione z Lublina, na których dopuszczono się strasznych okrucieństw. Chcąc ratować niemieckich żołnierzy rannych na polu walki, pseudolekarze postanowili wszczepiać dziewczynom do nóg (najczęściej były to łydki) drewno, opiłki metalu, liście czy wprost błoto, a następnie patrzeć, jak młody organizm poradzi sobie ze zwalczeniem tych "niedogodności". Wszczepiano im również bakterie, aby móc obserwować rozwój zakażenia. Kiedy organizm sobie nieźle radził, zwiększano dawkę, powodując śmierć dziewczyn w okropnych męczarniach.  
Trudno pisać o tej książce. Myśli kotłują się i prześcigają powodując rejwach w głowie. Należałoby opisać wszystko i krzyczeć: Pamiętajmy! Tu każda historia jest ważna, każda opisana postać godna uwagi i wzmianki. Kobiety w Ravensbrück potrafiły walczyć o swoje, potrafiły nawet zorganizować bunt nie bacząc na konsekwencje. Kiedy władze obozu postanowiły zlikwidować "Króliki", aby nie mogły opowiedzieć światu o tym, co je spotkało, współwięźniarki pomysłowo ukrywały je dbając o ich przetrwanie. 
Książka jest inna niż literatura obozowa (że tak brzydko to nazwę), którą czytałam do tej pory. Jej forma jest czymś pośrednim między dokumentem, a bardziej przyjazną czytelnikowi beletrystyką. Nie ma tu suchych faktów i dat, każda historia opowiedziana jest z prostotą, bez zbędnych opisów i ozdobników. Poraża. 

środa, 31 maja 2017

Marlene

Tak się zastanawiam, dlaczego od pewnego czasu w moje ręce ciągle wpadają drugie tomy powieści? "Latarnia umarłych", "Noc Kupały", a teraz "Marlene"... Na szczęście są to kontynuacje, które można czytać samodzielnie, ale za każdym razem, kiedy orientuję się, że zaczęłam "nie od początku", ciekawość mnie zżera i oczywiście w kilka dni potem pożeram pierwszy tom. Nic straconego, ale w sytuacji, gdy stosik przy łóżku jest prawie mojego wzrostu, jest to trochę irytujące. 
"Marlene" to kontynuacja książki pt. "Miłość nie z tej ziemi". Oczywiście, (aby tradycji stało się zadość) pierwszego tomu nie czytałam, jednak z opisów i recenzji można wywnioskować, że należy rozpocząć poszukiwania w okolicznych bibliotekach. Na szczęście "Marlene" jest powieścią, którą z wypiekami na twarzy można czytać bez znajomości pierwszej części. 
Kiedy poznajemy Annę von Durkheim, znaną jako Marlene Kalten, jest ona sędziwą kobietką. Pomimo wieku wie czego chce i nie pozwala traktować siebie jako niespełna rozumu staruszki. Czując powagę swojego wieku, Anna postanawia opowiedzieć swoje wojenne losy najbliższym, aby nie uleciały w zapomnienie. W tym celu zaprasza rodzinę i znajomych do siebie i siedząc przy kominku z filiżanką herbaty zaczyna mówić...
Już po kilku akapitach czytelnik cofa się do 21.07.1944 roku. W Monachium przed zburzoną kamienica stoi Marlene i rozpacza po śmierci swoich przyjaciół. Ledwo ich odnalazła, a już utraciła. Kobieta szybko otrząsa się, a rozpacz zostaje zamieniona we wściekłość. Marlene postanawia dołączyć do ruchu oporu i walczyć przeciwko Niemcom. Sytuacja o tyle niecodzienna, że sama jest wysoko urodzoną Niemką. Marlene stanowczo sprzeciwia się polityce prowadzonej przez Hitlera i nazistowskie Niemcy. Losy Marlene są porywające, a na kartach powieści dzieje się tyle, że nie mogłam oderwać się od lektury. Marlene jest poszukiwana przez Nazistów, trafia do obozu zagłady, gdzie robi wszystko by przeżyć. Kilka razy ociera się o śmierć, ale za każdym razem wstaje z kolan i prze dalej. Walczy o życie swoje i swoich bliskich; robi wszystko aby uratować jak największą ilość ludzkich istnień. 
Powieść skonstruowana mistrzowsko, choć wyraziście i prosto. Tu nie ma nic skomplikowanego - ot bogata historia zwykłej dziewczyny, której młodość przypadła na okres wojny, co zmusiło ją do niecodziennych działań. Powieść czyta się jednym tchem, a bohaterka budzi podziw i szacunek. Jej historia to wspaniały materiał na film. Podczas Jej życia dzieje się tyle, że starczyłoby na obdarowanie jeszcze kilku osób. A w tle? W tle okrutna wojna, dramat wielu ludzi i okrucieństwo z piekła rodem. Opowiadając historię Marlene, autorka zwraca uwagę na to, jak ogromnych okrucieństw dopuścili się niemieccy esesmani i jak wielu z nich uciekło przed karą. Bo Marlene to nie tylko historia dziewczyny osadzona w realiach wojny. To również historia o powojennym poszukiwaniu sprawiedliwości i o leczeniu strasznych ran.
Losy Marlene są fikcją literacką i absolutnie nikt nie poszukuje w osobie Marlene żadnych odnośników do osób żyjących w tamtych czasach. Nie ulega jednak wątpliwości, że autorka umieszcza w powieści bardzo wiele faktów i wydarzeń, które znamy z kart podręczników do historii. Wrażenie realności dodają krótkie wstawki zatytułowane "Odpryski wojny". Autorka w kilku punktach, z żołnierską zwięzłością podaje ciekawe fakty i zdarzenia z czasów drugiej wojny światowej. Czytając powieść ciągłe miałam wrażenie, że na końcu znajdę adnotację "Marlene została pochowana.... a jej losy są prawdziwe" 
Marlene to wspaniała powieść ku przestrodze. Losy naszej bohaterki osadzone w realiach II wojny światowej powinien poznać każdy. Poznać i zapamiętać, aby nigdy nie dopuścić do takich zbrodni, jakie były udziałem Marlene. 

poniedziałek, 15 maja 2017

Steczkowscy. Miłość wbrew regule.

Nie wiem jak napisać, żeby nikogo nie urazić i nikomu nie sprawić przykrości. Przecież za każdą taką książką stoi człowiek, a za tą nawet kilkanaście osób. Rodzina Steczkowskich jest dość liczna, bo oprócz Pani Danusi, będącej Mamą całej trzódki, w skład tej rodziny wchodzi jeszcze 9 osób. Od najstarszej Agaty po najmłodszą Marysię - wszyscy obdarzeni niesamowitym talentem muzycznym i specyficznym, radosnym podejściem do życia, które otrzymali chyba z mlekiem matki. Dla przeciętnego odbiorcy zawsze uśmiechnięci i zadowoleni. Ale przecież to tylko ludzie i na pewno za fasadą uśmiechów kryją niejedną tajemnicę. Ale od początku.
Piosenki Justyny Steczkowskiej uwielbiam. Właściwie od początku kariery kibicowałam Jej z całego serca. Przy pierwszych płytach bardzo - potem już trochę mniej, bo ze skromnej, sympatycznej Justynki stała się Gwiazdą z pierwszych stron gazet. Trochę inaczej wtedy odbierałam twórczość Justyny. Z płyt przebija większa pewność siebie, która mi akuratnie nie odpowiada. Ale mimo tego - wszystkie albumy uwielbiam. Kiedy więc na półkach ukazała się książka "Steczkowscy", nie mogłam sobie odmówić. Kiedy tylko do mnie dotarła zasiadłam w fotelu i wtopiłam się w piękny świat. 
Autorką książki jest najstarsza z trzódki - Agata Steczkowska. Książka wywołała w rodzinie
Rodzina Steczkowskich 
Steczkowskich sporo emocji ale Agata uparła się, że ją wyda. I wydała. Czy dobrze zrobiła - zdania są podzielone. Nie wątpię, że członkowie rodziny mogą nie być zachwyceni tym faktem. Ale dla mnie jako dla fanki Justyny i jej muzycznego talentu - książka jest wisienką na torcie. 
Agata bardzo konsekwentnie podeszła do tematu. Zaczęła od samego początku czyli właściwie sięgnęła aż do swoich pradziadków i czasów I wojny światowej. Opisuje losy dwóch rodów. Nie były to łatwe czasy więc i opowieść jest niewesoła. Wieś, gdzieś w południowo - wschodniej Polsce, w tamtych czasach do zbyt nowoczesnych nie należała. W zamian za to była bardzo katolicka. Kiedy jeden z członków rodziny wraca z niewoli niemieckiej opowiada swoim sąsiadom o tym, jak to Niemcy wyprzedzają Polaków pod kątem wiedzy i umiejętności. Z podziwem opisuje niemieckie gospodynie, które potrafią przechowywać mięso i inną żywność przez całą zimę w słoikach tak, aby się nie popsuła. Ta część książki, opisująca życie w przedwojennej Polsce najbardziej mnie urzekła. Agata bardzo konsekwentnie opisuje krok po kroku jak doszło do spotkania rodziców. Staszek Steczkowski - mądry przystojny młodzieniec, który pasjami zakładał chóry i którego kochali wszyscy - został księdzem. Danusia - przemiła, śliczna dziewczyna zakochała się w Staszku po uszy. Piękne sa opisy tego uczucia. Obserwujemy jak Danusia pała do Staszka wielką czysta miłością zdając sobie sprawę że jej uczucie nigdy nie zostanie odwzajemnione. Z poświęceniem przepisuje dla Staszka nuty i spełnia każde jego życzenie zanim jeszcze zostanie wypowiedziane. A Staszek? On też kocha Danusię, ale długo musi oswajać to uczucie. 
Agata Steczkowska
Obszerną część książki stanowi opis walki, jaką sam ze sobą stoczył Staszek zanim podjął decyzje o opuszczeniu kościoła. Jestem pełna podziwu i szacunku do takich ludzi. Poczuł odpowiedzialność za istotkę którą sprowadził na świat i postanowił trwać przy niej. Niewątpliwie potrzeba wielkiej odwagi aby sprzeciwić się kościołowi. I tu zaczyna się ta część książki która wzbudziła we mnie skrajne emocje. To jak bardzo kościół (jako instytucja) znienawidził Staszka, to jest po prostu niepojęte. Do końca życia Stanisława Steczkowskiego nie wybaczono mu tej decyzji. Z książki wynika, że nawet w dniu pogrzebu powiadomiono rodzinę, że nabożeństwo żałobne odbędzie się w kaplicy przycmentarnej a nie w kościele. Wzburzona rodzina zażądała wyjaśnień. 
...okazało się że (ksiądz) ma z góry przykazane, żeby pogrzeb odbył się bez rozgłosu. Na nieszczęście klechom na ostatnie pożegnanie maestro wybierało się mnóstwo ludzi i proboszcz, bojąc się wściekłego tłumu, chcąc nie chcąc zgodził się, aby uroczystość odbyła się w kościele 
Te rozmowy z Bogiem i kościołem są w dalszej części książki dość mocno obecne. Stanisław do końca liczył na wybaczenie i nigdy go nie otrzymał. Położyło się to cieniem na życiu całej rodziny. 
Cudowna książka pokazująca życie cudownych ludzi. Stanisław zakładał chóry szkolił je, szkolił się, a przy okazji całą dziewiątkę swoich dzieci. Na szczęście wszystkie były muzycznie uzdolnione więc bez problemu założył zespół, na czele którego stanęła najstarsza Agata. Wszystkie dzieci żyły zupełnie innym życiem niż ich rówieśnicy. Po części to rozumiem, bo sama mam dwójkę pociech w muzyku i to jest naprawdę zupełnie inny świat. A mieć w domu dziewiątkę takich dzieci. Bajka!
Książka jest bardzo ciepła. Z każdej strony emanuje miłość Mamy do Taty, Taty do Mamy, rodziców do każdego dziecka i tak dalej. Danuta Steczkowska dla każdej swojej pociechy znajdowała czas, każdej ofiarowała cząstkę swojego serca i żyła tak, aby każde jej dziecko czuło się wyjątkowe. Myślę że niejeden jedynak nie jest tak kochany jak wszystkie steczkowskie dzieci. Ta miłość wylewa się z kart książki i ogrzewa serce czytelnika. I co z tego, że to miłość wbrew regule? I cóż z tego, że Staszek na początku się pogubił? Nic. Najważniejsze, że wszyscy byli szczęśliwi, czego i Wam życzę. 

piątek, 12 maja 2017

Dom nie z tej ziemi

Dom nie z tej ziemi to niesamowita książka budząca naprawdę skrajne emocje. Z jednej strony ciepła, taka pluszowa, ze wspaniałymi ilustracjami i przyjazną formą, z drugiej - mroczna, tajemnicza budząca ciarki na plecach. Książkę tę nabyłam z myślą o mojej trzynastoletniej już Starszej, ale po lekturze stwierdziłam, że jednak nie. Starsza lubi czytać wieczorami i dam sobie mały palec u nogi uciąć, że miałaby problemy z zaśnięciem. 
Marysia jest dziewczynką, która ma przedziwne hobby. Otóż pasjami obserwuje dom. Właściwie to nie obserwuje, a śledzi jego poczynania. Jak można śledzić dom? - zapytacie. Zwykłego domu śledzić nie można, ale jeżeli ten dom ma duszę i własną osobowość, to sprawa nie wydaje się już taka oczywista. A dom jest naprawdę niezwykły. Jego ściany są żółte co nasuwa skojarzenia ze słońcem, ale to tylko pozory. Dom nie ma cienia, za to w środku wszędzie panuje cień. Dodatkowo w środku pada śnieg a na zewnątrz nigdy nie pada deszcz. Nawet jeżeli naokoło jest mokro - dom pozostaje suchy. Pewnego dnia, kiedy Marysia siedzi w krzakach i oddaje się swojej pasji, wpada na nią Daniel. Chłopiec mieszka niedaleko Marysi i ma wielką ochotę zaprzyjaźnić się z dziewczynką. Problem w tym, że Marysia wydaje się inna - dziwna, nieco oderwana od rzeczywistości i zagubiona wśród rówieśników. Samotna i zamknięta w sobie. Daniel próbuje do niej dotrzeć, lecz nawet on, ze swoim poczuciem humoru i otwartym umysłem nie możne uwierzyć w prawdziwość historii, którą przedstawia mu Marysia. Chłopiec jednak - z biegiem czasu i wydarzeń - z przerażeniem odkrywa, że opowieści Marysi są jak najbardziej prawdziwe. Chłopiec poddaje się magii, jaka panuje wkoło domu i robi wszystko, aby pomóc Marysi w jej działaniach. Dom nie daje sobie pomóc, a nawet jest wrogi do każdego kto wyciąga pomocna dłoń. Dzieci muszą naprawdę natrudzić się i  narazić swoje życie  i zdrowie, aby cała historia mogła się pomyślnie zakończyć. 
Książka jest niesamowita. Jej klimat i nastrój położył mnie na łopatki i do dzisiaj się nie podniosłam. Dawno nie czytałam książki przeznaczonej dla młodzieży z takim zainteresowaniem. A że książkę czyta się wyjątkowo szybko (lektura zajęła mi jeden wieczór) klimat książki ma możliwości, aby czytelnika porazić. Skończyłam, zamknęłam okładkę i ... zmroziło mnie. Autorka mistrzowsko zbudowała klimat, a następnie w samym środku zawieruchy umieściła czytelnika. Cała sprawa wyjaśnia się dosłownie w kilku ostatnich akapitach i kiedy czytelnik zamyka książkę, wszystko jeszcze w nim siedzi i gotuje się, faluje i mruczy. Końcówka jest naprawdę z przytupem i nagle czytelnik zostaje sam ze swoimi myślami... 

Powieść jest po prostu piękna. Każdy rozdział zaczyna się od jednego mądrego zdania. Właściwie to nie tyle mądrego, ile po prostu ładnego. Ot przykład:
„Nie trzeba wielu słów, żeby powiedzieć prawdę, i nie trzeba wielu słów, by skłamać. Słowom wszystko jedno, czy mówią prawdę, czy kłamią, ale ludziom już nie”.
Po takim zdaniu wyobraźnia zaczyna działać, z czego autorka skrupulatnie korzysta. Bardzo szybko (dosłownie w kilku zdaniach) wprowadza czytelnika w atmosferę wydarzenia, a następnie zaskakuje w sposób niespotykany. Rozdziały są naprawdę króciutkie; są swoistego rodzaju slajdami, które pokazują nam z rozbrajającą szczerością całą sytuację, aby następnie pozostawić sprawę niedokończoną, jakby rozmazaną. I w kolejnym rozdziale to samo i jeszcze i jeszcze... A że cała historia jest naprawdę niesamowita - czyta się rewelacyjnie. 

Ostatnie zdanie jest takie:
To tylko książka, książkom może być wszystko jedno jak się kończą opisane w nich historie. Ale ludziom nie powinno. 
No i jak tu się nie zakochać? 
Polecam młodym książkochłonom, ale z rozwagą. Jeżeli potencjalny czytelnik jest osobnikiem wrażliwym, z wybujałą wyobraźnią, to lektura nie powinna być pochłaniana wieczorami. Bo po cóż się bać, kiedy można się zachwycać :-) 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Urodzić dziecko

"Urodzić dziecko" to książka z tych, które się albo kocha, albo nienawidzi. Uderza w emocje czytelnika od samego początku i to niekoniecznie pozytywnie. Kiedy zaczęłam czytać, oczy przecierałam ze zdumienia. Składnia i gramatyka jest tak drażniąca ucho i oko, że aż trudno przebrnąć przez pierwsze akapity. Na szczęście tylko przez pierwsze. Kiedy już przywykłam do specyficznego języka, popłynęłam wraz z bohaterami powieści do ich świata i szybko zrozumiałam walory i zalety takiego ujęcia tematu.
Mai jest dwudziestoletnią Szwedką żyjącą w latach trzydziestych XX wieku. Kiedy ją poznajemy dziewczyna jest na rozdrożu. Mieszka w wynajętym pokoju, pracuje w cukierni i wydaje się, że jest jako tako szczęśliwa. Nie jest to szczyt jej marzeń, ale cieszy się, że wyrwała się z domu rodzinnego i rozpoczęła samodzielne, dorosłe życie. Radzi sobie, choć nie jest cukierkowo. Jej chłopak Erik porzucił ją, a Maj nie może poradzić sobie z samotnością. Wszystko się zmienia, kiedy podczas niedzielnej wycieczki poznaje Tomasa. Ten dużo starszy od niej mężczyzna jest nią naprawdę zauroczony. Mai też imponuje - zwłaszcza ustabilizowaną pozycją społeczną i tym, co może jej zaoferować. Kiedy okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży, podejmuje życiową decyzję. Pomimo tęsknoty za Erikiem, jaka rozdziera jej serce, postanawia wyjść za Tomasa. I tak jej życie, dzień po dniu, ulega całkowitej metamorfozie...
"Urodzić dziecko" to jeden rok z życia Mai. Jeden rok to tak mało, a jednocześnie tak dużo... Poznajemy rodzinę Tomasa, towarzyszymy Mai w Jej przygotowaniach do Świąt, uczestniczymy w porodzie i w pierwszych matczynych rozterkach. Dzielimy z Nią obawy o męża kiedy zbliża się wybuch wojny, kibicujemy Tomasowi podczas walki o samego siebie. Nic czytelnika nie ominie. Każde zdarzenie jest opisane z pieczołowitością średniowiecznego kronikarza. Niesamowite.   
Teraz najważniejsze. Ta powieść jest zupełnie inna niż wszystkie, a to za sprawą bardzo specyficznej, wręcz niepoprawnej gramatycznie składni zdania. Bardzo dużo tu przecinków, przez co zdania wydają się niesamowicie długie. W środek zdania potrafi zostać wtrącone kilka słów, które diametralnie zmieniają postrzeganie rzeczywistości. Nie należy się tym jednak zrażać. Po przebrnięciu przez pierwsze kilka akapitów, czytelnik przyzwyczaja się do specyficznego tempa i dalej jest tylko lepiej. Początkowo nie rozumiałam celu, jaki kierował Panią Sandberg, kiedy pisała w ten arcytrudny sposób. Ale bardzo szybko przekonałam się, że taki sposób pisania - ni to słowotok, ni to pamiętnik - pozwala zajrzeć bohaterom do przysłowiowego garnka. Możemy bardzo, bardzo dokładnie poznać świąteczne zwyczaje Szwedów, rozterki Mai związane z bożonarodzeniowymi przyjęciami, czy też towarzyszące jej przy dobieraniu garderoby. Idziemy z nią ramię w ramię na salę porodową, płaczemy z bezradności, kiedy nie może uspokoić dziecka i złościmy się na Thomasa, kiedy nie sprosta naszym oczekiwaniom. Razem martwimy się, czy mieszkanie jest wystarczająco posprzątane na przyjęcie gości i czy szczupak jest wystarczająco miękki, aby sprostać gustom wymagającej teściowej. I najważniejsze - razem z Mai tęsknimy za Erikiem, rodzicami i życiem którego z racji zbyt wczesnego macierzyństwa nie było jej dane zasmakować. 
Ta książka jest jak cieniutki papier na życiu naszej bohaterki. Nałożony starannie pozwala nam wręcz z pedantyczną dokładnością obserwować jej poczynania, ale jednocześnie pozostawia filtr, daje czytelnikowi poczucie bezpiecznej izolacji. Mimo tej przenikliwej obserwacji stoimy jednak z boku. Nigdy, przenigdy nie czytałam takiej książki i przyznam, że jestem oczarowana. 
Nazwanie powieści "Urodzić dziecko" hołdem złożonym każdej kobiecie to trochę przesada. Nie ulega jednak wątpliwości, że powieść jest nietuzinkowa i niełatwo przejść po jej lekturze do porządku dziennego. Ta przenikliwa samotność głównej bohaterki, jej nieporadność i obawa przed brakiem akceptacji powoduje, że z całego serca kibicujemy Mai w jej życiu, dzień po dniu. Płaczemy razem z nią, śmiejemy się razem z nią... żyjemy razem z nią. Po prostu. 
Powieść jest warta polecenia. Jednak jeżeli nie macie czasu na delektowanie się słowem pisanym to poczekajcie z jej lekturą. Dopiero, kiedy najdzie Was ochota na smakowanie powieści, na wolne przewracanie stron i na sporą dawkę emocji - wówczas sięgnijcie, a nie
pożałujecie.

środa, 19 kwietnia 2017

Bractwo śmierci

Lubię kryminały, nawet bardzo. Lubię zadawać sobie pytanie: "Kto zabił?", lubię czuć dreszczyk emocji kiedy zbliżam się do rozwiązania zagadki i lubię czuć dumę z tego, że odkryłam sprawcę, zanim jeszcze autor pokazał czytelnikowi, kto jest winny. "Bractwo śmierci" to taki właśnie klasyczny kryminał, choć od mojego ideału kryminalnego arcydzieła w niektórych aspektach odbiega.  
Denis Mira jest trochę oderwanym od rzeczywistości przesympatycznym profesorem, budzącym sympatię i ciepłe uczucia każdego, kto miał przyjemność go poznać. Kiedy jednak dowiaduje się, że jego kuzyn senator Edward Mira próbuje, w tajemnicy przed nim, sprzedać dom, który wspólnie odziedziczyli po dziadkach, postanawia wyjaśnić sobie z kuzynem co nieco. Zgodnie z ustaleniami nieruchomość miała pozostać w rodzinie, a tu taki cios. Wchodząc do domu, słyszy głosy kuzyna i pośrednika nieruchomości... chyba. Jego oczom ukazuje się fotel, w którym siedzi pobity Edward Mira. Nagle Denis traci przytomność, a kiedy ją odzyskuje, w pokoju  nie ma śladu ani po pobiciu ani po kuzynie. Żona Denisa prosi o pomoc w dochodzeniu swoją przyjaciółkę Eve. I tak poznajemy główną bohaterkę - policjantkę, która wraz z partnerką Peabody próbuje wyjaśnić tajemnicę zniknięcia senatora. I - jak to w kryminale bywa - po nitce do kłębka, odkrywany straszne bractwo założone po to, aby co roku w dość koszmarny sposób fetować sukcesy z młodości. Ofiary bractwa próbują się mścić, a naszej policjantce nie pozostaje nic innego jak szukać sprawców morderstw i podejmować próby wyprzedzenia myśli i działań morderców. 
Książka jest czterdziestym drugim (!!!) tomem cyklu opowiadającego o losach policjantki Eve Dallas. Ja zetknęłam się z nią po raz pierwszy i kilka rzeczy mnie niepomiernie zdziwiło. Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, dzięki czemu policjantka może korzystać z dość rewolucyjnych metod śledczych. Długo nie mogłam zrozumieć specyficznych opisów i kwestii,  które stały się dla mnie jasne w momencie, gdy doszłam do tego, że rzecz dzieje się w przyszłości. Drugim minusem powieści jest to, że w kilku miejscach nawiązuje do treści poprzednich tomów cyklu. Na szczęście jest to na tyle subtelne, że nie bardzo przeszkadza w śledzeniu przebiegu akcji. Właściwie to jedyne felery powieści. Pomijając je, należy wyraźnie podkreślić, że "Bractwo śmierci" to kawał dobrej, misternie przemyślanej sensacji. Akcja toczy się wartko, a pomysł na zakończenie zaskakuje. Szkoda, że tak szybko dowiadujemy się, kto stoi za serią morderstw. Nie można tu zbyt długo zadawać sobie pytania "Kto zabił?". Można natomiast śledzić ze sporymi wypiekami wyścig Eve ze złoczyńcami. Policjantka depcze im po piętach, a Oni co rusz wymykają się i działają dalej. 
Nie ulega wątpliwości, że obserwowanie poczynań naszej policjantki i kibicowanie jej próbom wyprzedzenia kolejnych ruchów przestępcy daje sporo literackiej frajdy. Dlatego, jeżeli dysponujecie chwilka wolnego czasu - polecam. 

piątek, 14 kwietnia 2017

Kumplobook

Macie przyjaciela? Ale takiego prawdziwego, z krwi kości, co to trochę podokucza, trochę pogada, czasem irytuje, ale zawsze jest obok. Na dobre i na złe. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach to rzadkość. Wydaje się, że w dobie fejsa, komórek, Internetu i innych społecznościowych cudeniek, pojęcie prawdziwego kumpla gdzieś zginęło. Otóż nie. Mój syn ma kumpla. Przyjaciela - takiego prawdziwego. Chodzą razem na plac zabaw, jeżdżą na rowerze, kłócą się, łażą po drzewach... Dla nich książka, która ostatnio wpadła w moje ręce pt. "Kumplobook dogrywka" jest świetną pozycją. Przecież książka (nawet taka z zagadkami i łamigłówkami) jest "intelektualnie pochłaniana" raczej w samotności. Trudno wspólnie rozwiązywać krzyżówkę czy przechodzić labirynt. "Kumplobook" jest taką książką, która wręcz wymaga obecności duetu. Oczywiście bez kolegi czy rodzeństwa też można, ale śmiechu jest dużo mniej. Co więcej - niektóre zadania wymagają rywalizacji, a o to bez drugiego osobnika dość trudno...
Książka zaczyna się od przypomnienia, kto to jest przyjaciel. Cytat Arystotelesa "Przyjaciele jedna dusza w dwóch ciałach" jest dość wzniosły, za to jaki prawdziwy! Powaga ta na szczęście jest przełamana zabawnymi rysunkami, których w książce jest mnóstwo. Autor postawił na komiksowy i dość śmieszny charakter ilustracji, co nawet przy arystotelesowskich cytatach, wywołuje uśmiech na twarzy. Kumple towarzyszący przez poszczególne strony z zadaniami są śmieszni i wyluzowani. Czapka przekręcona daszkiem do tyłu, ręce w kieszeniach, nogi w trampkach na stole... Przekaz jest wyraźny - chcesz być cool, rozwiąż zadanie! Autor rysunków Krzysztof Kiełbasiński zastosował ciekawe rozwiązanie. Im więcej pracy do wykonania w poszczególnych zadaniach tym grafika jest prostsza. Twarz, ręka, pojedyncza postać - nic, co zabierałoby uwagę od wymyślania sposobu rozwiązania zadania. Natomiast na stronach, gdzie myślenie (a raczej kombinowanie) nie odgrywa aż takiej roli, roi się od szczegółów i drobiazgów. Pozwala to na skupieniu się na tym, co ważne, na osiągnięciu celu. 
Śmiech moich pociech wywołała również instrukcja obsługi książki. Moje dzieci nie są uzależnione od telefonów (może trochę Starsza, ale Młodszy nawet nie ładuje swojej komórki), ale nawet Oni na tekst "Wyobraź sobie, że przez godzinę nie masz komórki" zrobili wielkie oczy. Dalsza część instrukcji tłumaczy, że do zabawy Kumplobookiem nie potrzebny jest Internet czy fejs, za to niezbędny jest kupel z krwi i kości. Dlaczego? Otóż książeczka zawiera zadania gry i łamigłówki dla dwóch osób. Tam gdzie zabawa polega na rywalizacji, identyczne zadania umieszczone są na dwóch sąsiadujących stronach. Tam gdzie potrzebna jest współpraca, zadanie jest jedno, za to zajmuje dwie strony, co pozwala na rozwinięcie twórczych skrzydeł. Natomiast do gry (np. w statki) mamy na ostatniej stronie tekturowy murek, który pozwoli skutecznie oddzielić się od kumplo - przeciwnika. 
Propozycji w książce jest wiele. Poczynając od znanych wszystkim gier w statki, państwa - miasta czy kółko i krzyżyk, poprzez rebusy, wykreślanki, labirynty i uzupełnianki, na kreatywnych zabawach kończąc. Uczestniczyliście kiedyś w wymyślaniu rymowanki na śniadanie? Albo wspólnym rysowaniu mapy okolicy z zaznaczeniem najważniejszych miejsc? Albo w wymyślaniu własnego gwiazdozbioru? To wszystko - i wiele innych zabaw - znajdziemy w Kumplobooku. 
Dodać koniecznie należy, że wszystkie zadania są wspaniale okraszone rysunkami i grafikami. Często nie są one związane z treścią zadania, ale wprowadzają frywolny klimat, który uprzyjemnia pracę. Przecież krzyżówka wbudowana w ananasa jest lepsza niż zwykła krzyżówka, a gra w statki jest dużo przyjemniejsza, w towarzystwie pirata, niż na zwykłej kartce w kratkę. Wszystko jest takie komiksowe i lekko śmieszne - idealne dla młodego odbiorcy. 
Kumplobook to prawdziwa kopalnia pomysłów na deszczowy dzień. Można siedzieć i na kanapie i do upadłego przewracać strony w poszukiwaniu co ciekawszych łamigłówek. 
Bardzo żałuję, że w moje ręce nie wpadł pierwszy tom pt. "Kumplobook". Nic straconego - na pewno nadrobię. 



czwartek, 13 kwietnia 2017

W ciemnym mrocznym lesie

O rany julek, kurczaki pieczone, motyla noga i co tam komu jeszcze przyjdzie do głowy! Co za książka! Siedziałam i gryzłam paznokcie podczas lektury, a wieczorami odkładałam książkę i w całym domu zaciągałam żaluzję, bo jakoś tak nieswojo mi się robiło. No, warto przeczytać, naprawdę warto. Chyba, że nie lubicie mrocznych thrillerów, gęstej atmosfery i niezapowiedzianych zwrotów akcji...
Zaczyna się niemrawo. Przyznam się nawet, że początek mnie trochę zmierził. No bo jak to? Miał być lekki horrorek, a tu samotna dwudziestosześciolatka dostaje zaproszenie na wieczór panieński od koleżanki z dawnych lat. Wspominki i odczucia głównej bohaterki raczej pachniały obyczajówką niż mocną sensacją. Na szczęście krótko. Już po kilkunastu stronach wiedziałam, że się nie rozczaruję. 
Wieczór panieński odbywał się w domu ciotki na odludziu. Sześć osób. Każda inna, każda dziwna, każda kryjąca mroczne tajemnice. Wszystkie, pozornie lekkie zabawy towarzyszące imprezie, w tym przypadku mają złowieszczy klimat. Ciągłe aluzje do zdarzeń z przeszłości, niespodziewane przykrości i nieskończona walka z nieprzyjemną atmosferą panującą pomiędzy uczestnikami wieczoru panieńskiego powodują, że czytelnik czeka aż wszystko pęknie. I rzeczywiście - pęka w najmniej spodziewanym momencie i w najmniej spodziewany sposób. Każdy się spodziewa, że stanie się coś złego, ale że aż tak? I że ofiarą będzie... ? Od momentu morderstwa wszystko przewraca się do góry nogami. Każdy podejrzewa każdego, a możliwe rozwiązania zagadki morderstwa budzą grozę. Nora niewiele pamięta z tego co się wydarzyło i przez to sama trafia do kręgu osób podejrzanych o popełnienie przestępstwa. Musi walczyć z ułomnością własnej pamięci, aby obronić się przed zarzutami i przypomnieć sobie, co się właściwie stało. Kiedy udaje jej się to, ogarnia ją przerażenie...
Świetna książka. Nastrój, jaki panuje podczas wydarzeń powodował, że ciarki szły mi po plecach jak nigdy. Rzadko kiedy autorowi powieści udaje się wprowadzić czytelnika w stan strachu i grozy. Prędzej zdarza się to podczas prelekcji filmu, ale to przecież zrozumiałe. W filmie mamy muzykę, obraz i wiele innych instrumentów wspomagających nastrój. W książce mamy tylko literki i wyobraźnię. Jak wielkim wirtuozem pióra trzeba być, aby zbudować taki nastrój, że czytelnik boi się otworzyć wieczorem szafę... Rewelacja. 
Świetny jest również pomysł na fabułę. To własnie tu jest cały smaczek. Podczas pierwszej części książki czekamy na rozwój wydarzeń i właściwie nie wiemy, do czego to wszystko zmierza. Kulminacyjny moment przewraca cały misternie utkany obraz do góry nogami i ponownie czytelnik musi sobie wszystko w głowie poukładać. Tyle tylko, że to, co było białe, to teraz jest czarne, a czarne mieni się kolorami tęczy. Rewelacja. 

5 złotych

5 złotych...to dużo czy mało? Można kupić za to bardzo dużo rzeczy, ale czy to znaczy, że to dużo? Dla jednego 5 złotych to tyle co nic, dla drugiego to całkiem sporo (zwłaszcza dla dzieci). Książeczka pt. "5 złotych" jest dobrą pomocą dla rodzica, który próbuje wytłumaczyć swojej pociesze wartość pieniądza. 
"5 złotych" jest książką dość specyficzną, bo obrazkową. "Czytelnik" nie znajdzie tu ani jednej literki. Znajdzie natomiast historyjkę o małym chłopcu, który pewnego dnia znajduje monetę. Szczęśliwy rusza z nią do miasta na spacer, podczas którego sprawdza, co może za nią kupić. Zagląda do sklepu z butami, z komputerami, do optyka... ciekawość budzi w nim nawet sklep z biżuterią. 5 złotych to tak dużo, a zarazem tak mało... W końcu malec kupuje sobie lizaka i jest najszczęśliwszym chłopcem na świecie. Tyle treści. Niewiele, choć wszystko zależy od kreatywności rodzica i małego czytelnika. Można przecież bawić się tą książeczką na rożne sposoby. Można wymyślać rzeczy, które w danych sklepach są dostępne za pięć złotych. W sklepie z butami za 5 złotych nie kupimy butów, ale już sznurówki jak najbardziej. U okulisty okulary raczej nie będą dla nas dostępne, ale chusteczki do szkieł już tak. Mój synek spędził
w ten sposób sporo czasu dorabiając do każdego sklepu kosz produktów, które kupiłby za pięć złotych. Inna zabawa (tym razem pomysłu Młodszego) - szukanie na poszczególnych ilustracjach powtarzających się szczegółów. Notesik z obrazkiem, piesek, śpiący tata - to elementy, które spotykamy na stronach książki po kilka razy, co daje małemu, bystremu obserwatorowi sporo radości. Zresztą wszystkie ilustracje budzą zachwyt i ciekawość. Są naprawdę świetne. Z każdej z nich wyziera świat widziany oczami dziecka. Dorośli bez twarzy tworzą jedynie tło dla celu, który maluch chce osiągnąć. Tak właśnie czytelnik postrzega przedstawioną historyjkę: to opowieść małego chłopca o tym, jak trudny jest świat dookoła nas i jak wiele taki brzdąc musi się nauczyć, aby móc w nim swobodnie funkcjonować. Otoczony dorosłymi próbuje sam zrozumieć o co chodzi w tym skomplikowanym dorosłym świecie. Bardzo spodobało mi się zakończenie. Chłopiec kupuje lizaka i widać, że jest to dla niego wielki sukces. Poradził sobie sam i bez pomocy dorosłych znalazł rzecz którą kupił za 5 złotych. Rewelacja.
Książka - pomimo braku słów - wcale nie została potraktowana po macoszemu. Jest bardzo ładnie wydana. Twarda oprawa i pastelowe kolory powodują, że czytelnik może przeglądać ją bez końca. Zresztą Wydawnictwo Dwie Siostry słynie z ładnych książek. Wystarczy przypomnieć sławetną serię "Mistrzowie ilustracji". Książki wydawane w jej ramach są rewelacyjne, a posiadanie ich na dziecięcej półce napawa mnie dumą.
Autorami tej książki są ilustratorzy pochodzenia koreańskiego Jae-hyuk Cha i Eun-young Choi. Nie podejmuję się poprawnie przeczytać tych imion i nazwisk, ale to nie szkodzi. Książeczka jest obrazkowa, a to niewątpliwie język ponad podziałami i nie ma tu znaczenia kraj, z którego pochodzą autorzy. 
Bardzo sympatyczna i ciepła książeczka. Wprawdzie jej lektura nie jest zbyt pasjonująca, ale przecież nie zawsze chodzi o burzliwe przygody. Niewątpliwie każdy mały czytelnik lubi jak coś się dzieje. Łapanie złodziei, podróż przez morze czy szukanie skarbów jest niewątpliwe pasjonujące, ale warto czasem przycupnąć i zastanowić się, czy nie warto z naszym brzdącem trochę zwolnić. „5 złotych” daje możliwość wspólnego opowiadania, analizowania, wymyślania zdarzeń i, co najważniejsze, wspólnego spędzenia wolnego czasu. 

piątek, 31 marca 2017

Latarnia umarłych.

Jestem Szczecinianką. Jestem z tego dumna, choć wiem, że wiele osób uważa moje miasto za "wioskę z tramwajami". Nie zgadzam się z tym, choć rzeczywiście, Szczecin leży na uboczu Polski i jest taki trochę zapomniany. Do dworca "Szczecin Główny" można dojechać pociągiem, a dalej już tylko do Świnoujścia. Wielu Polaków myśli, że Szczecin leży nad morzem, a przecież mamy do Bałtyku równiutko 100 km. Tyle co do wiedzy moich rodaków na temat Szczecina. Nie zmienia to jednak faktu, że moje miasto kocham. Mamy przepiękną filharmonię, fenomenalne Jasne Błonia, które na wiosnę zmieniają się w krokusowe łąki i dumne Wały Chrobrego witające podróżnych. Dlaczego to piszę? Ponieważ dla mnie "Latarnia umarłych" to nie tylko świetna sensacja. To również książka właśnie o moim mieście. Nie ma tego tyle ile w pierwszej książce Leszka Hermana pt. "Sedinum", ale wstawki o Szczecinie są, i to mocne. 
Bohaterzy, których poznaliśmy w "Sedinum" powracają do czytelników trzymając poziom. do którego przyzwyczailiśmy się w pierwszej części. Dziennikarka Paulina pewnego dnia otrzymuje telefon od Pana Wyrzykowskiego - schorowanego staruszka, który twierdzi, że jest w posiadaniu tajnych materiałów. Co więcej - w jego piwnicy znajdują się szczątki żołnierza z czasów drugiej wojny światowej, a sama piwnica kryje tajemnicę. Architekt Igor użera się z nadopiekuńczą mamusią i rozbudową restauracji na warszawskim rynku. Okazuje się, że w trakcie rozbudowy odkryto zabytkową ścianę... czy na pewno zabytkową? Napis na cegle wskazuje, że jest to cegła rozbiórkowa przywieziona do Warszawy z ruin szczecińskiej fabryki. W Szczecinie rozbierano żeby w Warszawie odbudować... niezbadane są dzieje historii. :-) Trzeci bohater to brytyjski arystokrata Johan podróżujący z przyjaciółmi luksusowym jachtem. W trakcie wyprawy młodzi ludzie nurkują w Bałtyku, penetrując wraki starych okrętów i statków. Co połączy te trzy osoby i jakie rozwiązanie zagadki szykuje nam autor ? Zapraszam do lektury.
Powieść czyta się wartko. Wprawdzie autor w najmniej spodziewanym momencie przeskakuje między wątkami, budząc dość często w głowie czytelnika popłoch, ale z drugiej strony, dzięki temu akcja toczy się szybko i w bardzo ciekawy sposób zazębia. Niemniej jednak na początku powieści panuje wrażenie chaosu i takiego gwałtownego urywania wątków. Warto jednak przeczekać po to, aby w pełni delektować się zagadkami, szyframi, tajemnicami zabytkowych kościołów i wieloma innymi atrakcjami. Szkoda że mnogość wątków zaczyna układać się w całość tak w połowie powieści. Poszczególne elementy wskakują na swoje miejsca, a z pozornie niezwiązanych ze sobą wątków wyłania się  zupełnie zaskakujący i fantastyczny obraz. 
Bardzo ciekawe są wątki historyczne, które autor przedstawia w taki sposób, że czytelnik sam jest ciekaw, co jest prawdą a co faktami stworzonymi na potrzeby powieści. Sama z ciekawością sięgnęłam do internetu aby przeczytać o katastrofie chińskiego Statku Fu Shan Hai. Nasi bohaterowie nurkują do tego wraku i przyznam, że opisy (zarówno tej wyprawy jak i wielu innych opisanych w Latarni Umarłych) zrobiły na mnie naprawdę spore wrażenie. Dno Bałtyku - tak zimne i nieprzyjazne - naprawdę mnie zafascynowało. Jeżeli do tego dodamy opisy uroczego Bornholmu w połączeniu z mrocznymi kartami historii, które były udziałem mieszkańców tych terenów - otrzymujemy iście mistrzowską powieść sensacyjna, okraszoną wątkami historycznymi. Dla mnie - rewelacja. 
Trzeba podkreślić że "Latarnia umarłych" to nie tylko zagadki szyfry i beztroskie nurkowanie. Autor porusza bardzo trudny temat zbrodni wojennych i to nie tylko popełnianych przez Niemców. Zbrodnie wojenne były również popełniane na narodzie niemieckim i bez znaczenia było, czy to mężczyzna, kobieta, czy dziecko. Pamiętać należy, że przecież Szczecin (i okolice) podczas II wojny Światowej był przecież niemiecki... Kiedy Sowieci wyzwalali te tereny były one dla nich terenami wroga. Z powieści wyraźnie wyłania się przesłanie - zróbmy wszystko, aby wydarzenia, które doprowadziły do tragedii ludobójstwa nigdy się nie powtórzyły. Zgwałcenie ośmioletniej dziewczynki a następnie jej zamordowanie i wyrzucenie jej zwłok na śmietnik jest przerażające. Dlatego trzeba pamiętać. 
Świetna powieść. Trzymająca w napięciu, wielowątkowa i o moich stronach. To, że "Paprykarz szczeciński" i paszteciki są specjałami charakterystycznymi dla Szczecina, to każdy wie. (dodam, że paszteciki można zjeść tylko u nas - nigdzie indziej) Ale ilu z Was wie, że shot o nazwie "Wściekły pies" powstał w jednej z rodzimych knajpek? Zapewne niewielu. A szkoda... Pan Leszek Herman przybliża czytelnikowi Szczecin, czy też Darłowo właśnie takimi ciekawostkami. Dają one specyficzny nastrój i taki smaczek nadmorskich terenów, który jest nie do powtórzenia nigdzie indziej.    
I ten tajemniczy tytuł... :-) 

wtorek, 28 marca 2017

Pamiętnik nastolatki

Mam córkę, na potrzeby recenzenta zwaną Starszą. Zwykła dziewczynka z dwoma warkoczykami, podkochująca się w chłopakach. Ma przyjaciółki, uwielbia słuchać muzyki, jest grzeczna, nie przeklina...  To tak jak Natka. Natka jest bohaterką "Pamiętnika nastolatki" i powiem Wam, że to jest główny atut tej książki - Natka. Zwykła dziewczynka, może trochę za poważna jak na swój wiek i trochę zamknięta w sobie, ale - co najważniejsze - nie ma w niej nic przerysowanego. Ot dziewczynka jakich wiele. 
"Pamiętnik nastolatki" to jeden rok szkolny z życia Natalki i jej przyjaciół. Uczennica gimnazjum posiada brata, siostrę i dwójkę rodziców. Szczęśliwa rodzinka. Do kompletu Natalka posiada przyjaciół oraz - jak na nastolatkę przystało - chłopaka (można powiedzieć, że nawet dwóch :-)) Natalia ma tysiąc pomysłów na minutę, co nie zawsze idzie w parze z ich realizacją. Jak każda nastolatka przeżywa wiele rozterek związanych z codziennym życiem. Nie lubi nadopiekuńczości swojej mamy, kłóci się z rodzeństwem i uwielbia swojego tatę. Poza tym jej życie płynie tak jak na nastolatkę przystało. "Pamiętnik nastolatki" pozwala czytelnikowi płynąć przez poszczególne dni z życia dziewczynki bardzo sprawnie i lekko. Język autorki jest wyjątkowo przyjazny dla czytelnika. Do tego dochodzą rysunki i grafiki, które bardzo uprzyjemniają lekturę. 
Urzekło mnie ciepło i prostota z jakimi autorka podeszła do kreślenia głównych bohaterów. Oczywiście nikt nie jest ideałem i każdy ma jakieś wady, ale postacie z "Pamiętnika nastolatki" mają raczej więcej zalet niż wad. Najbardziej urzekł mnie ojciec Natalki, który ponad wszystko stawiał obie sprawy swoich pociech. Nie przywiązywał nadmiernej wagi do rzeczy, które w oczach nastolatków są po prostu nieważne - nie karci za złe oceny i nie każe za naganne zachowanie. Za to próbuje zrozumieć i znaleźć wyjście z każdej sytuacji. No po prostu ideał!
Pomimo tego że na pierwszy rzut oka powieść wydaje się banalna to zapewniam Was, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Oczywiście nastolatki pochłoną ją z wypiekami na policzkach odnajdując w poszczególnych bohaterach siebie lub kogoś z najbliższego otoczenia. Natalka ma przyjaciółkę Olę, której postawa mnie osobiście dość drażniła. Z zapłakanej nieszczęśliwej pannicy w chwilę potrafiła przeistoczyć się w rozszczebiotaną panienkę. No nie do przyjęcia po prostu. Moja córka od razu przykleiła jej łatkę swojej koleżanki z klasy i co rusz z jej pokoju słyszałam komentarz: "No właśnie! Mama czytałaś? To tak jak u nas!" Świetna życiowa lektura pokazująca małolatom, że nie są osamotnieni w swoich problemach.  
"Pamiętnik nastolatki" to również dobra lektura dla dorosłych. Oczywiście, że nie ma tu wartości rodem z Prousta, ale jeżeli macie ochotę zobaczyć świat oczami waszych dzieci - zapraszam. Książka w swojej treści przemyca wiele uniwersalnych prawd o tym, że przyjaźń jest najważniejsza i nie można nikogo pozostawiać bez pomocy. Uczy że ważna jest lojalność, ale nie ślepa. Pokazuje, że nikt nie chce być sam i każdy zasługuje na odrobinę uczucia. A przecież nie ulega wątpliwości, że te prawdy warto przemycać do głów naszych pociech zwłaszcza, gdy można to uczynić poprzez naprawdę sympatyczną, miejscami śmieszną, miejscami wzruszającą powieść. A taki jest właśnie "Pamiętnik nastolatki". 

środa, 22 marca 2017

Mogło być inaczej

Hmmm... nie wiem co mam napisać. Jestem pełna sprzecznych opinii i uczuć, więc pewnie ta recenzja też będzie trochę poszarpana. Jak moje odczucia. Z jednej strony książka potrzebna "ku przestrodze" wszystkim tym, którzy przechodzą nad problemami nastolatków do porządku dziennego stwierdzając "jakoś to będzie". Z drugiej strony dawno nie czytałam tak smutnej książki. Brak konsekwencji w działaniach rodziców bił po oczach na każdej stronie powieści, co niewątpliwie nie pozostało bez wpływu na charakter i losy bohaterki książki. Czytałam i wściekałam się i myślałam sobie, że ja postąpiłabym na pewno inaczej. Czy aby na pewno? Kiedy skończyłam lekturę, już nie byłam taka pewna siebie i swoich ewentualnych poczynań. Jedyne co przychodziło mi do głowy to dziękowanie komuś, tam na górze za to, że Starsza i Młodszy to poukładane dzieciaki.  
Już na samym początku wiadomo o co chodzi. Pewnego dnia rankiem zaniepokojony John stwierdza, że sypialnia jego córki jest pusta. Tknięty złym przeczuciem rozpoczyna poszukiwania. Dość szybko dowiaduje się, że młoda dziewczyna odpowiadająca rysopisowi Casey z samego rana skoczyła z mostu Golden Gate zwanego też mostem samobójców. Co popchnęło młodą dziewczynę do tak drastycznego kroku? Aby się tego dowiedzieć, musimy cofnąć się w czasie...
W 1991 r. John i Erika Brooks adoptowali w Polsce czternastomiesięczną dziewczynkę. Nie mogąc mieć własnych dzieci byli w tej chwili najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Szczęście to jednak nie trwało długo. Dziewczynka z biegiem lat stawała się coraz bardziej zamknięta, a do tego pojawiły się objawy poważnych zaburzeń emocjonalnych. Duże wyzwanie dla rodziców, nie ma co! Każdy rodzic, który zmaga się z problemem zbuntowanej nastolatki nie ma łatwo. Próbuje w różny sposób pomóc sobie i dziecku, szuka pomocy wszędzie gdzie tylko się da. Otóż John i Erica coś przegapili. Pomimo ciągłego zmieniania terapeuty, pomimo stosowanych kar i ograniczeń, Casey coraz bardziej oddalała się od nich. Inną sprawą jest to, że - moim zdaniem - byli w stosunku do niej za bardzo pobłażliwi. Właściwie wchodziła im na głowy. Owszem stwarzali pozory surowych rodziców, ale konsekwencją w swoich działaniach - delikatnie rzecz ujmując - nie grzeszyli.
Książkę przeczytałam jednym tchem. Smutna, zwłaszcza dlatego, że od początku wiadomo, że się źle skończy. Taka równia pochyła, po której puszczamy piłeczkę i możemy obserwować jak spada. Nie uratujemy jej przed upadkiem. Nic nie możemy zrobić, pozostaje tylko czekać na upadek. Niestety ojciec dziewczyny przegapił sygnały, które wskazywały że Casey cierpi na syndrom zaburzenia więzi. Kilka razy ten termin docierał do jego uszu, jednak nie zwrócił na niego większej uwagi. Dopiero po śmierci Casey, kiedy przyszedł czas na rozpacz i analizę, krok po kroku, tego co zrobił (i czego nie zrobił) doszedł do wniosku, że jednak mógł pomóc. Spora część książki poświęcona jest  opisowi objawów i skutków syndromu zaburzenia więzi. Im więcej John czytał na ten temat tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jednak mógł pomóc.
Moim zdaniem John pomógł. Może nie swojej córce, ale na pewno wielu rodzicom, którzy dzięki tej książce będą mogli pomóc swoim dzieciom. Zagubionym i zdesperowanym małolatom, którzy czują się tak samotni, że pozbawiają się największego daru, jakim jest życie.