piątek, 30 września 2016

Minecraft. Rocznik 2017

Znacie takie książki, których widok wprowadza Was w stan niepokoju, a Wasza pewność siebie spada na łeb na szyję? Uczucia te, w moim umyśle zachodzą przy jednoczesnym pisku i krzykach radości mojego potomstwa. W przypadku Starszej są to książki dotyczące harcerstwa, pionierki, metodyki... i tak dalej. W przypadku Młodszego jeszcze się to nie zdarzyło. Do wczoraj, kiedy to Młodszy otrzymał w swoje ręce książkę pt. "Minecraft. Rocznik 2017". Młodszemu zaświeciły się oczy, rumieniec wypełzł na twarz, a wydany okrzyk radości zapiszczał w uszach wszystkim domownikom. Za to na mnie padł blady strach związany z ilością wieczorów, przez które będę wraz z Młodszym analizować każdą stronę do ostatniej kropeczki... Kilka razy już to przerabiałam, ponieważ kilka książek o grze Minecraft zagościło już wcześniej w biblioteczce Młodszego.
"Minecraft.Rocznik 2017"jest przede wszystkim pięknie wydana. Czarna, matowa, twarda okładka zachwyca. Złote napisy oraz rysunki na okładce już na pierwszy rzut oka nie zostawiają wątpliwości, że książka mówi o popularnej grze komputerowej. Tworzenie wirtualnej rzeczywistości w Minecrafcie jest szalenie wciągające. Ta skomplikowana gra niewątpliwie rozwija dziecięcą wyobraźnię. Gra polega na tworzeniu, niszczeniu i odkrywaniu sześcianów  w
trójwymiarowym świecie. Sześciany te są budulcem dla całego świata. Oprócz zwykłych "cegiełek" są też takie, które coś zawierają, albo służą do czegoś specjalnego... odmian jest naprawdę sporo. W świecie Minecrafta kwadratowe są postacie, rzeki, drzewa, zwierzęta. Wszystko jest kwadratowe! Gracz z tych bloków jest w stanie stworzyć dosłownie wszystko. W grze jest kilka trybów. Ze słyszenia i obserwacji znane są mi dwa: Survival (tu naprawdę trzeba przetrwać, a do budowy potrzebne są surowce, które należy sobie znaleźć) i Creative (tu gracz dysponuje nieskończoną ilością bloków i nieskończoną energią) I tak jak ten pierwszy tryb drażni mnie swoją brutalnością, tak drugim jestem zachwycona. Dziecko buduje, planuje, konstruuje. Są nawet mistrzostwa świata dla konstruktorów w tej grze. Świetna sprawa. 
W "Minecraft Rocznik 2017" twórcy gry pokazują nowinki jakie nastały w grze podczas ostatniego roku. A że gra jest rozwojowa, a w jej tworzeniu uczestniczą młodzi ludzie z całego świata - to się działo! Informacje zawarte w roczniku na pewno pobudzą wyobraźnię czytelnika i zachęcą do tworzenia nowych konstrukcji. Wszystkie informacje są zapisane w miarę prosty sposób. Inaczej - dla gracza znającego podstawowe terminy funkcjonujące w grze, książka może być naprawdę przewodnikiem, a informacje w niej zawarte są proste i przejrzyste. Ja jako laik potrzebowałam co nieco tłumaczenia, ale nawet ja dałam radę :-)
Główną zawartością książki, która zachwyciła mojego syna, jest pięć budowli wykonanych przez graczy. Oprócz zdjęć i opisów mamy dokładną instrukcję, jak stworzyć takie budowle we własnym świecie. Rozmiary, ilość bloków koniecznych do zastosowania - Młodszy chłonął wyliczał, planował. Widziałam po prostu jak jego źrenice robią się kwadratowe. Oprócz tego w "Roczniku" mamy sporo ciekawostek. Np. rozdział pt. "Rzadkie bloki i przedmioty" zawiera rysunki i opisy przedmiotów będących marzeniem dla każdego maniaka. Każdy przedmiot jest opisany w trzech kategoriach: gdzie występuje, jak go zdobyć i do czego można go wykorzystać. Każdy Maniak Minecrafta będzie zachwycony. Mamy również ciekawostki dotyczące zespołu tworzącego grę, ciekawostki związane z poszczególnymi wersjami gry, mamy nawet ukazane największe wpadki twórców gry. (Sukcesy też są, a jakże!) Na zakończenie - niczym wisienka na torcie - każdy z czytelników może sprawdzić swoją wiedzę o grze wykonując prosty - zdaniem mojego syna - test wiedzy o Minecrafcie. Z tą prostotą próbowałam dyskutować, ale wyszłam na laika....
Książka piękna - wydana na ładnym papierze, kolorowa, w twardej oprawie... idealna na prezent. Jeżeli macie w pobliżu jakiegoś maniaka tej gry - świetna sprawa.  

środa, 28 września 2016

Przemoc nie!

Każdy z nas na pewno w swoim życiu zetknął się ze zjawiskiem przemocy. Wcześniej czy później docierają do nas informacje o atakach, zamachach i bójkach. Przemoc na światową skalę, to jedno. Przeraża, ale jednak - mimo wszystko - jest daleko. Gorzej, kiedy przemoc dotyka nas bezpośrednio, a najgorzej - kiedy ofiarami przemocy są nasze dzieci.
Mój syn ma siedem lat. Nie jest osiłkiem, a w klasie zalicza się do tych mniejszych dzieci. Zamiast sportu woli muzykę (gra na skrzypcach), choć od zajęć fizycznych nie stroni. Ostatnio znalazła się w Jego klasie grupka "siłaczy", co to mniejszych tłuką. Mój synek jest w tej grupie mniejszych. I jak tu Maluchowi pomóc? Powiem Wam, że największym problemem jest to, że dzieciaki boją się mówić o tym, co się w klasie dzieje. Postanowiłam oswoić strach przed zemstą za donoszenie dorosłym, a z pomocą przyszła mi niepozorna książeczka. Dodam, że znalazła się pod naszym dachem właśnie w tym konkretnym celu i póki jej nie obejrzałam, bałam się, czy jej treść będzie mi pomocna. Nie rozczarowałam się.
Okładka wydaje się... śmieszna, satyryczna... tak jest, póki do malucha nie dotrze, co przedstawia. Dziewczynka bije chłopca młotkiem po głowie - mocne. Ale w zamierzeniu takie właśnie ma być. Tytuł też ma formę "niegrzeczną", trochę jak napis na ścianie. Sugeruje to wyraźnie - przemoc jest zła. Już wstęp dał mojemu Młodszemu wiele do myślenia. Autor mówi wyraźnie: masz prawo się bić, żeby się bronić, ale najważniejsze jest to, abyś potrafił powiedzieć NIE. Autorzy, próbując oswoić dzieci z agresją tłumaczą, że przemoc istniała od zawsze i jej wybuchy zdarzają się nie tylko dzieciom, ale również dorosłym. Pokazują również, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Każde agresywne zachowanie jest spowodowane czymś konkretnym: zaniedbaniem, odrzuceniem, zazdrością i co najgorsze - inna przemocą. Każde dziecko czytające tę niepozorną książeczkę zrozumie, że problem ma nie tylko ten, kto jest ofiarą. Problem leży w tym, który bije. To On jest nieszczęśliwy, a swoją frustrację wylewa na innych. 
A teraz najważniejsza część książeczki: JAK POWIEDZIEĆ NIE! Nie są to wydumane rady przemądrzałego dorosłego. Wręcz wyraźnie powiedziane jest: jeżeli czujesz się zagrożony - uciekaj. Ale należy też spróbować rozmowy, poszukać pomocy wśród innych dzieci i - co ważne -  należy powiedzieć dorosłym. Najbardziej jednak mój Młodszy "ukochał" dwa potwory na ostatnich stronach. Jeden "przemocowy potwór" zwyciężył nad dzieckiem, które nie umiało się obronić przed przemocą. Ale drugi potwór został pokonany, a zwycięski malec wychodzi z tego pojedynku o pewne doświadczenia silniejszy. 
Książka porusza bardzo poważny temat. Często dla maluchów wręcz dramatyczny. Na szczęście książeczka zawiera wiele śmiesznych ilustracji i scenek, które rozładowują napięcie towarzyszące lekturze tej książki. Pewnie dziecko, dla którego ten temat jest tylko teorią, nie będzie czuło tego klimatu. Mój syn wyraźnie przeżywał lekturę, łącznie z nadawaniem imion chłopcom z ilustracji, co bardzo wiele mi powiedziało. Padło sporo pytań, wiele zdarzeń zostało mi opowiedzianych - mam wrażenie, że wspólne czytanie tej książeczki pozwala malcowi otworzyć się na dorosłego i oswoić to, co jest dla niego przerażające.


Co ważne - nie można dziecka zostawić z ta książką sam na sam. Treści pisane są ujęte w taki "dorosły sposób" np. "Przemoc wobec dorosłych i dzieci jest prawnie zabroniona" albo "Poszukaj mediatora, dziecka, lub dorosłego...", albo "Prawo jest po to, by chronić ofiary i zapobiegać samosądom...". Przyznacie, że określenia samosąd, czy mediator, są zupełnie niezrozumiałe dla malucha. Dlatego przy lekturze niezbędny jest dorosły przewodnik. 
Książeczka, pomimo trudnego tematu, zachwyca oprawą graficzną. Każda opisywana sytuacja jest zilustrowana scenką w postaci komiksu. Pomysł świetny do wspólnej lektury. Mama czyta poważne rzeczy, a Maluch śmieszne scenki. Ułatwia to trudną rozmowę - nawet bardzo. 
Wydawnictwo "Muchomor" wydało w tej serii jeszcze trzy inne książeczki: o rasizmie i nietolerancji, o złym dotyku i o poniżaniu. Nie wątpię, że wielu małym ludziom pomogą one uporać się z problemami.   

Piekło ISIS

Czytałam i nie mogłam wyjść z podziwu. Jak można być takim naiwnym człowiekiem? Jak bardzo trzeba być zagubionym, żeby w takie piekło zabrać czteroletniego brzdąca? Na co ta kobieta liczyła? Czy naprawdę wierzyła, że... no nawet nie potrafię sobie wyobrazić w co Ona wierzyła. Bo przecież nie w uczciwość mężczyzn, którzy zostawili swoje zrozpaczone matki we Francji i pojechali "w imię Allacha" do ogarniętej wojną Syrii. Kto przy zdrowych zmysłach tak postępuje! Dzielna byłam i pomimo emocji mną szarpiących doczytałam do końca. I powiem Wam, że cieszę się, że tak się stało. Ta książka to jedno z wielu źródeł i dowodów na okrucieństwo i barbarzyństwo, jakie dokonywane jest na kobietach "w imię Allacha".
Książka jest tak skonstruowana, aby choć trochę usprawiedliwić postępowanie bohaterki. Już na początku poznajemy nieciekawe dzieciństwo Sophie. Dość wcześnie traci matkę, która umiera pozostawiając małą bez opieki. Sophie trafia pod opiekę siostry. Problem w tym, że Sophie z Mamą mieszkała w Nigerii, a siostra żyła we Francji...niewątpliwie taka gwałtowna zmiana miejsca zamieszkania i radykalne odcięcie od korzeni nie wpłynęło dobrze na stabilny rozwój młodej kobiety.
Wprawdzie Sophie założyła rodzinę, ale ani razu podczas lektury książki nie wydawała mi się szczęśliwa. Ciągle miotała się z miejsca na miejsce, zmieniała wiarę, uciekała od dnia codziennego. Oddaliła się od męża, natomiast - jak każdą osobę słabą - przyciągały ją mocne osobowości. Grupka Islamistów niewątpliwie miała duży wpływ na tę kobietę.
Nie mogłam wyjść z podziwu i oburzenia, kiedy czytałam, jak to spakowała siebie i synka i w tajemnicy przez mężem wybrała się w podróż do Syrii. Ja rozumiem, że naraziła siebie - na głupotę nie ma rady - ale po co ciągnęła tam czteroletnie dziecko?! Uważam, że dzieciak został skrzywdzony na całe życie i nigdy tego Matce nie zapomni.
Sophie Kasiki
Nie mogłam również zrozumieć Jej zaufania do mężczyzn, którzy byli sprawcami całego nieszczęścia. W samym środku ogarniętego wojną Państwa nadal im ufała i pomimo tego, że nie szanowali jej zupełnie, nie pozwalali wychodzić i traktowali jak podczłowieka - miała nadzieję, że po tych "wakacjach" pozwolą Jej po prostu wrócić do domu. Pomimo wielu zakazów, pomimo braku wielu podstawowych produktów, pomimo całych dni spędzonych w zamknięciu - nadal ufała i wierzyła. Dopiero praca w szpitalu (kiedy zobaczyła biedę brud, samotne maleństwa płaczące za matkami i kobiety płaczące za swymi dziećmi) zaczęła coś niecoś rozumieć.
Uważam, że autorka miała więcej szczęścia niż rozumu. Powinna dziękować Bogu (i naprawdę nie ma znaczenia,Któremu) za mądrego męża, który poświęcił wszystko aby ratować żonę i synka z opresji. Podczas ucieczki nadal szczęście dopisywało naszej bohaterce. Po prostu wzięła dziecko za rękę .... ale to, co przeżyła przed ucieczką trudno opisać. 
Książka powinna być lekturą dla młodzieży. Ku przestrodze. 

poniedziałek, 26 września 2016

Dziewczyny

Książka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Trudno powiedzieć, tak wprost, czy mi się podobała, ponieważ "Dziewczyny" nie należą do literatury, którą rozpatruje się w tych kategoriach. To powieść, która wstrząsa czytelnikiem. Pewne pojęcia, które do tej pory bezpiecznie spoczywały w mojej głowie, ujarzmione i oswojone, nagle butnie wyjrzały, a ich znaczenie uległo diametralnej zmianie. Ruch hippisowski, dzieci - kwiaty, bunt młodych przeciwko dorosłym - to terminy, które wydają się nam znane i oswojone. Zapewniam Was, że po lekturze "Dziewczyn" te zwroty będą dla Was znaczyły zupełnie coś innego, niż dotychczas.    
Evie jest czternastolatką jakich wiele. Wychowywana w domu, w którym jest wszystko oprócz miłości i uwagi, o którą dziewczynka bardzo zabiega. Ma przyjaciółkę, podkochuje się w bracie koleżanki... typowe życie nastolatki. Niestety Evie bezskutecznie poszukuje akceptacji, a jej niepewność i potrzeba przynależności do grupy jest obezwładniająca. Pewnego dnia przez przypadek spotyka dziewczyny, które emanują pewnością siebie; są butne, roześmiane, wręcz wulgarne w sposobie bycia. Najbardziej imponuje Evie Suzanne i to właśnie Ona jest dla dziewczynki wzorem i przepustką do innego życia. Dziewczyna jest oczarowana kolorową grupą dziewcząt, która daje wszystkim dookoła prztyczka w nos, nie bacząc na ogólnie przyjęte zasady. Evie zrobi wszystko, aby dziewczynom zaimponować i dołączyć do grupy. Rolka papieru toaletowego (niby ukradziona, a jednak kupiona) daje Evie możliwość dołączenia do Suzanne i do grupy, której przywódcą jest Russell. Od tej chwili członkowie sekty zawładnęli życiem Evie. Dla nich była w stanie zrobić bardzo wiele. Czytelnik obserwuje jak Evie walczy o przynależność do sekty, jak próbuje wtłoczyć się w ich życie, nie zauważając ubóstwa i miernoty panującej na ranczu. Brak zasad i poszanowania dla życia innych ludzi, brak moralności i odpowiedzialności za innych prowadzi do tragedii. Evie na szczęście nie bierze udziału w TYCH wydarzeniach, jednak ich echo będzie prześladowało ją całe życie. 
"Dziewczyny" to wstrząsająca powieść. Z ogromną wyrazistością  pokazuje, że "hippisowskie życie" było kolorowe i łatwe tylko na zewnątrz. Odrzucenie własności prywatnej, życie w komunie i brak poszanowania jakichkolwiek zasad może się młodym wydawać bardzo atrakcyjne. W rzeczywistości w komunach panował brud i ubóstwo. Członkowie sekty nie mieli żadnych zajęć, więc snuli się z miejsca na miejsce. Rozwiązłość seksualna również miała tu ogromne znaczenie. Pieniądze mieli tylko wtedy kiedy ukradli, podobnie z jedzeniem. To nie mogło się skończyć dobrze. 
Wydarzenia opisane przez Emmę Cline silnie nawiązują do tragedii, jaka spotkała Romana Polańskiego. W trakcie czytania, kiedy po raz pierwszy natknęłam się na wzmiankę o morderstwie, od razu przyszły mi do głowy wydarzenia z 1969 r. kiedy to członkowie sekty Mansona zamordowali z zimną krwią cztery osoby, w tym żonę Polańskiego, będącą w ósmym miesiącu ciąży. I tak czytając "Dziewczyny" z przerażeniem odkryłam, że moja wyobraźnia dobrze mnie prowadzi...
Powieść ma jedną wadę, jaką jest bardzo kwiecisty język. Długo trwało zanim zaakceptowałam nadmierną ilość przymiotników i przesadnych określeń właściwie wszystkiego - od zjawisk przyrodniczych poczynając, a na odpadkach kończąc. W trakcie czytania doszłam jednak do wniosku, że daje to pewien smaczek powieści. Ostatecznie jest to książka o czasach zwiewnych spódnic i kolorowych bluzek, więc ten nadmiar przymiotników może był przez autorkę zamierzony.     
Mocna książka. 

poniedziałek, 5 września 2016

Dokąd teraz?

"O rany, jaki ten świat jest mały!" - to okrzyk, który wydaję zarówno ja jak i moi znajomi, kiedy okazuje się, że właściwie moi znajomi są znajomymi innych znajomych, którzy znają.... dobra, każdy wie o co chodzi :-) Takie myśli nachodzą mnie bardzo często. Powieść "Dokąd teraz" pokazuje właśnie, że świat jest bardzo, bardzo mały, a demony przeszłości nie wiadomo kiedy wyjdą spod łóżka. 
Lili Czarnecką poznajemy w gabinecie lekarskim. Zarówno lekarz jak i nasza bohaterka zastanawiają się, skąd znają twarz z naprzeciwka. No własnie. Lily (wcześniej Mariolka) nie pozwala jednak na głębszą analizę i poszukiwania w zakamarkach wspomnień. Sama również nie ma na to ochoty. Jest osobą zamkniętą, wręcz niemiłą dla otoczenia. Perfekcyjna w każdym calu, nie dopuszcza do siebie myśli, że cokolwiek mogłoby być w danym dniu niezaplanowane i impulsywne. Tłumi swoje uczucia nawet w stosunku do córki Sary, która w końcu ucieka od matki na studia do Gorzowa. Mężczyzn nie szanuje i robi z nimi co chce, nie bacząc ile serc podepcze. Łatwo zauważyć, że Lili przyobleka maskę, za którą kryje się przed otoczeniem.
Podczas lektury człowiek zaczyna się zastanawiać: Ale o co właściwie chodzi? Gdzie i kiedy powstanie rysa na tym twardym wizerunku? I rzeczywiście. Pierwszą rysę zauważamy dzięki Ewie - kobiecie podporządkowanej swojemu mężowi, całkowicie oddanej rodzinie. Dzięki niej skorupa Lili zaczyna pękać. Ewa również zyskuje na tej znajomości. Staje się kobietą coraz bardziej pewną siebie i swoich walorów. Lily staje się dla niej wzorcem. W podziękowaniu za zmiany w swoim życiu Ewa postanawia sprawić Lili przyjemność więc... niestety tu własnie naszą bohaterkę dopada przeszłość. Czytelnik z zaskoczeniem obserwuje rozwój sytuacji i zakończenie, które pokazuje, że w pewnych sytuacjach nic nie jest ważne. 
Książkę czytało się lekko i łatwo, ale nieprzyjemnie. Powieść ta ma w sobie aurę zła i takiej ponurej tajemniczości. Nie wiem, czy było to zamierzone, czy nie - dość, że podczas lektury nie spodziewałam się niczego dobrego. W każdym akapicie przysłowiowa szklanka jest do połowy pusta - nigdy pełna. 
Należy jednak podkreślić, że autorka miała świetny pomysł na powieść i na jej zakończenie. Nie jest to hit sezonu, ale przeczytać warto. 

wtorek, 30 sierpnia 2016

Akademia Dobra i Zła - trylogia

Napiszę o wszystkich trzech tomach na raz, ponieważ na rozdrabnianie się i opisywanie każdego tomu  z osobna po prostu szkoda mi czasu. Świetna powieść dla dziewcząt, które weszły w okres dojrzewania. Moja dwunastolatka połknęła z wypiekami trzy tomy nie bacząc na nic. Lekcje, szkoła, przyjaciele - wszystko poszło w odstawkę. Zachwycona Jej reakcją również sięgnęłam i nie żałuję.
Sofia i Agata są całkowitymi przeciwieństwami. Sofia - śliczna dziewczyna, blond piękność nieprzeciętnie dbająca o swój wygląd. Stara się być dobrą dla wszystkich dookoła, ale tak naprawdę robi to z dużym wyrachowaniem. Agata - ponura dziewczyna, żyjąca z matką samotnie na obrzeżach miasteczka. Nie dba o siebie i w nosie ma to, co inni o niej myślą. Pod maską brzyduli kryje się jednak ciepłe dziewczę o wielkim sercu. Miasteczko, w którym żyją dziewczynki co pewien czas przeżywa tragedię. Dwójka dzieci - jedno dobre i jedno złe - zostaje porwana przez tajemniczego osobnika. Losy porwanych po pewnym czasie można poznać z lektury książeczek dla dzieci, które są dostarczane do księgarni na miejskim rynku. W tym roku wybór pada na Agatę i Sofię. Agata trafia jako uczennica do Akademii Dobra, a Sofia - do Akademii Zła. Pierwsza szkoli dobrych bohaterów bajek - księżniczki i książęta, dobre wróżki i elfy, które znacie z baśni dla dzieci pochodzą własnie z Akademii Dobra. Akademia Zła natomiast jest uczelnią dla czarownic, wilkołaków i wszelkich innych złych charakterów. Nasze bohaterki są zszokowane i złe. Sofia ze swoimi nawykami modnisi zupełnie nie pasuje do czarownic i wilkołaków. Agata natomiast nie może się przekonać do księżniczek, a nauka makijażu i dobrych manier zupełnie jej nie idzie. Śledzenie przygód Sofii i Agaty to czysta przyjemność. W końcu po wielu perypetiach docierają do swojego "... długo i szczęśliwie". I kiedy wydaje się że szczęśliwe wracają do swojego miasteczka okazuje się, że nic z tego. Muszą wrócić do krainy baśni i tam zmierzyć się ze światem bez książąt. W II tomie Akademia Dobra i Zła przeistacza się w Akademię dla chłopców i Akademię dla dziewcząt. Wrogość obu obozów jest do siebie ogromna, a wojna wisi na włosku. III tom jest jeszcze bardziej niesamowity, a wyobraźnia autora sięga chyba szczytu możliwości. 
Wszystkie trzy części czyta się szybko i przyjemnie. Powieść zachwyca szybkimi zwrotami akcji i ciągłymi nawiązaniami do bohaterów z klasycznych baśni. Królewna Śnieżka, Czerwony Kapturek, Piotruś Pan i wielu innych bohaterów na stałe gości na kartach powieści. Spotkanie z nimi jest czystą przyjemnością. 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Wielcy zapomniani. Polacy, którzy zmienili świat.

Każdy z nas lubi co innego. Jedni lubią lekturę łatwą, lekką i przyjemną, inny - trudny tekst, nad którym trzeba przysiąść, aby zrozumieć. Jeden lubi kieszonkowe wydania, inny nawet na nie nie spojrzy, ponieważ nienawidzi małej czcionki. Ja osobiście nie lubię poradników, za to uwielbiam książki o muzyce i z muzyką w tle. Jest jednak taki typ literatury, który - moim zdaniem - każdego czytelnika porwie. To są książki historyczne, przy czym nie chodzi mi o podręczniki, a o wszelkiego rodzaju pozycje, które choć troszkę przybliżają czytelnika do tego, co było. Od dość dawna jestem fanką historycznych książek wydawnictwa "Prószyński i s-ka". Niedawnym odkryciem jest dla mnie Wydawnictwo "Muza" i książka "Polacy, którzy zmienili świat".
Pierwsze wrażenie nie było najlepsze. Na widok opasłego tomiszcza pomyślałam: Mój Boże, kiedy ja tę encyklopedię przeczytam? Na szczęście te odczucia szybko minęły zastąpione pomału rodzącą się fascynacją. Pierwsze co zwróciło moją uwagę to lekkość książki, pomimo słusznych rozmiarów. Czyta się całkiem nieźle choć to naprawdę pokaźne tomiszcze. Rozmiary są usprawiedliwione, ponieważ ilość fotografii, rycin, pamiątek i dokumentów umieszczona w poszczególnych rozdziałach jest naprawdę oszałamiająca. Poza tym każdy bohater ma swój i tylko swój rozdział. Zdjęcie na całą stronę wyraźnie oddziela losy naszych bohaterów i wprowadza czytelnika w nowy nieznany świat. Książki nie  trzeba czytać strona po stronie. Można wybierać sobie bohaterów, których losy nas zaciekawiły i wyraźny podział na działy bardzo ułatwia poruszanie się po książce. 
Urzekł mnie też dobór postaci. 33 wielkich Polaków, z których każdy wniósł coś wyjątkowego do współczesnego świata. Nie każda z tych postaci jest w sposób oczywisty zapomniana. Każdy z nas wie przecież kim był Gabriel Narutowicz. Zajmuje On zaszczytne miejsce jako Prezydent Polski, ale mało kto wie, że był genialnym inżynierem i np. pełnił role kierownika budowy kanału na Renie. Co więcej - jego autorstwa są prawie wszystkie elektrownie wodne w Szwajcarii. Jak nic - moja córka zabłyśnie wiedzą na historii! :-) 
Są też jednak takie postacie, których dokonania są rzeczywiście zapomniane. Ale też ich profesje nie budzą zachwytu. No bo kto zachwyci się dorobkiem fryzjera albo pszczelarza? No właśnie. Warto poznać losy zarówno mistrza fryzjerskiego Antoniego Cierplikowskiego jak i Jana Dzierżonia, który z zawodu był księdzem, ale zasłynął w pszczelarstwie jako odkrywca partenogenezy, czyli dzieworództwa pszczół. Wyobrażacie sobie księdza, który głosi takie teorie? Nie miał łatwo. 
Autor książki p. Marek Borucki pisze o swoich bohaterach z taką pasją i zaangażowaniem, że ich dokonania naprawdę zachwycają. Oczywiście książka jest też pełna inżynierów, pilotów, kompozytorów i tancerek, ale zapewniam Was, że każda osoba budzi zachwyt. Życie każdego bohatera niesie w sobie coś wyjątkowego. Tu nie ma miejsca na nudę, za to ciekawostek - całe mnóstwo. Bo któż z nas wie skąd pochodzi nazwa firmy "Max Factor"? No, jak myślicie...? Otóż twórcą tego kosmetycznego imperium jest... Maksymilian Faktorowicz, Polak ze Zduńskiej Woli! :-)))
Niestety nie miałam przyjemności czytać pierwszego tomu, ale to nic - z pewnością nadrobię!

piątek, 19 sierpnia 2016

Tylko ty

Książka lekka, łatwa i przyjemna. Idealnie wakacyjna. Gdybym czytała ją w innej porze roku stwierdziłabym, że za lekka ... a tak czytało się fantastycznie. Romantyczna historia, która zachwyci nas wszystkich nie tylko atmosferą wydarzeń, ale również tym, że w dużej mierze akcja toczy się w Polsce. 
Nicco i Gruby to para włoskich przyjaciół, którzy podczas wakacji poznali dwie Polki. Dla Grubego była to po prostu wakacyjna przygoda, jednak Nicco potraktował znajomość z Anią zupełnie inaczej. Młodziutka, śliczna Polka zawojowała jego serce i chłopak wpadł jak śliwka w kompot. Niestety wszystko ma swój koniec i pewnego dnia Ania wraca do Polski. Nicco postanawia wziąć los w swoje ręce i wraz z przyjacielem wyruszają do Polski na poszukiwania. I tu własnie zaczyna się cały smaczek powieści. Autor - przecież rodowity Włoch - pisze o Polsce jakby znał ją od urodzenia. Zachwyca się pięknem krajobrazu, spokojem, klimatem warszawskich uliczek... nawet Dworzec załapuje się na pochwały. Jeżeli ta książka stała się bestsellerem w innych krajach Europy, to Federico Mocca powinien zostać odznaczony za propagowanie naszego kraju za granicą :-) 
Powieść zachwyca wdziękiem, lekkością i poczuciem humoru. Wymiana zdań pomiędzy naszymi bohaterami często wywołuje salwy śmiechu. Podobnie rozmowy Nicco z siostrami są przepełnione złośliwościami, ale takimi siostrzano - braterskimi, które budzą ciepłe uczucia. 
"Tylko ty" to romans nietypowy. Owszem, jest Ona i On, jest miłość i poszukiwanie tej drugiej połówki po to, aby na końcu paść sobie w ramiona. Różnica jest taka, że Mocca opisuje to z charakterystyczną dla swoich powieści lekkością. Ten banał tak charakterystyczny dla romansideł, tu nie kłuje w oczy. Podczas lektury jest ciepło wkoło serca i słodko na duszy ale tak w granicach rozsądku. Lektura tej powieści pozostawia na twarzy czytelnika lekko rozmarzone spojrzenie i chwilową trudność w powrocie do rzeczywistości. 
"Tylko Ty" na pewno nie zachwyci każdego. Nie jest to lektura dla wymagających czytelników stąpających twardo po ziemi. Ale jeżeli macie ochotę na jedno popołudnie zanurzyć się w świat delikatnego romansu - polecam.

sobota, 13 sierpnia 2016

Mów do mnie

Ja wiem, że to czytadło i wiem, że w dodatku babskie. (choć tu mam pewne wątpliwości, czy aby na pewno) Wiem również, że nie jest to może najbardziej ambitna literatura na świecie. Ale powiem Wam, że nie bardzo się tym przejmuję. Przyjemność z czytania tej książki miałam ogromną i uważam, że nawet Ci, których naklejka na okładce o treści "Kobiety to czytają" w jakikolwiek sposób zniechęca, powinni spróbować.
Eric Parrish jest psychiatrą, który oprócz prywatnej praktyki jest również ordynatorem szpitala na przedmieściach Filadelfii. Prowadzi udane życie z żoną i córeczką, którą kocha nad życie. Jego życie zawodowe jest pasmem sukcesów. Do czasu. Pewnego dnia wszystko wali się Ericowi na głowę. Od naszego bohatera odchodzi żona zabierając ze sobą dziecko. Wprawdzie początkowo wydaje się, że opiekować się będą małą wspólnie, ale szybko okazuje się, że ze strony matki nie wszystko odbywa się uczciwie. Podobnie w życiu zawodowym wskutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności Eric spada z piedestału na samo dno. Cóż, na pierwszy rzut oka niewiele pozostało z dotychczasowego życia Erica. Na szczęście nasz bohater nie poddaje się i uparcie dąży do odzyskania tego wszystkiego, co utracił. 
Cóż, to był jedyny moment powieści, kiedy czytałam z lekkim niesmakiem. Dlaczego? Otóż nasz bohater niczym feniks wstał z popiołów i z ogromnym zaangażowaniem rzucił się w wir prac i działań mających na celu przywrócenie swojego życia do stanu poprzedniego. Niestety - dla mnie naciągane. Nie znam ludzi, którzy mają tyle samozaparcia i siły w sobie, aby tak szybko pozbierać się po tylu klęskach. Kiedy jednak przebrnęłam przez ten moment, powieść ponownie zaczęła mnie wciągać, aby na samym końcu wystrzelić z armaty. Zakończenie jest przemyślane od samego początku, intryga tkana jest od pierwszych stron; delikatnie, ale stanowczo. Wszystkie zdarzenia, które do tej pory wydawały się czytelnikowi niezwiązane ze sobą, nagle wskakują na swoje miejsce. Świetna sprawa.  
Obok perypetii Erica mamy w książce sporo wątków pobocznych, równie wciągających jak wątek główny i oczywiście przeplatających się z losami głównego bohatera. Max Jakubowski, który po utracie ukochanej babci nie może poradzić sobie z rozpaczą i wpada w odmęty własnej psychiki. Codzienność szpitala i oddziału prowadzonego przez Erica Parrisha... to wszystko kręci się wkoło siebie tworząc ciekawą i wciągającą mieszankę, gotową do podania czytelnikowi. 
Dodam jeszcze, że powieść jest przepełniona wieloma szczegółami z zakresu psychologii i psychiatrii. Właściwie od samego początku widać, że autorka przygotowała się do tematu i nie ma tu nic przypadkowego. Z wielką przyjemnością, a zarazem przerażeniem śledziłam losy Maxa, który był bardzo inteligentnym chłopcem cierpiącym jednoczesne na nerwicę natręctw. To niesamowite, jak niezbadana jest ludzka psychika i z jakimi zachowaniami człowiek musi się zmierzyć. 
Proza Lisy Scottoline zajmuje w  mojej biblioteczce bardzo zaszczytne miejsce, a lektura "Mów do mnie" upewniła mnie w przekonaniu, że autorka w pełni na to miejsce zasłużyła. 

niedziela, 7 sierpnia 2016

Nienachalna z urody

Książki Pani Marii Czubaszek do tej pory pochłaniałam jak ciepłe bułeczki. "Blog niecodzienny", "Boks na Ptaku", "Na wyspach Hula Gula" czy też "Każdy szczyt ma swój Czubaszek" - każda z tych książek powodowała pisk zachwytu i szybką myśl o konieczności posiadania ich w swojej biblioteczce. Każda z nich świetna, dowcipna, błyskotliwa, z niespotykaną szczyptą ironii (dla niektórych ta szczypta raczej chochlę przypomina) i z przenikliwą oceną obserwowanego świata. Autorka ma bardzo sprecyzowane poglądy - zarówno polityczne jak i te dotyczące tematów konfliktowych, dzielących społeczeństwo. Nie wątpię, że Pani Maria Czubaszek nie u każdego budzi ciepłe uczucia. Ja jednak osobiście uwielbiałam ją. Szkoda, że już nic nie napisze....   
"Nienachalna z urody" to swoiste rozliczenie się z dotychczasowym życiem. Czytając rozdział po rozdziale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Pani Maria tą książką żegnała się ze swoimi czytelnikami i fanami. Już we wstępie znajdujemy takie zdanie: 
"Ta książka to również swego rodzaju last minute. Jeszcze dzisiaj żyję, ale jutro może mnie szlag trafić. Poza tym wszyscy wokół są młodzi i pełni zapału, ja nie jestem młoda, a do tego jestem pesymistką. Uważam, tak samo jak mój ukochany Woody Allen, że świat zmierza do katastrofy, a życie jest jak nogi. Niezależnie od tego czy krótkie, czy długie, zawsze są do dupy."
"Nienachalna ..." rozpoczyna się od anegdot związanych z urodą Pani Czubaszek i Jej podejściem do kobiecości i feminizmu. Potem jest tylko lepiej. Perypetie związane z nazwiskiem, pierwsze zarobione pieniądze (za zjedzenie szpinaku), koszmar młodości jakim były prywatki - to wszystko wprowadza nas w dorosły świat Pani Marii. A tu, w dorosłym świecie jest baaaardzo ciekawie. Mocne poglądy na wiele spraw w połączeniu z dość specyficznym podejściem do zwykłego życia stworzyły mieszankę iście wybuchową. Opisywać nie będę (zapraszam do lektury) ale dodam, że wiele sytuacji i poglądów opisanych w "Nienachalnej..." zaintrygowało mnie i zbulwersowało. Każdy wie, że Pani Maria usunęła ciążę, ale uważam (pomimo tego, że nie jestem przeciwniczką aborcji), że obnoszenie się i powtarzanie tego w co drugim rozdziale jest po prostu niesmaczne. Podobne odczucia miałam, kiedy Pani Maria pisała o swoich relacjach rodzinnych i podejściu do zdrowia. No nie, po prostu nie! Wszystko we mnie protestowało. W końcu uznałam, że to książka p. Czubaszek i albo przyjmuję ją taką, jaka była, albo odkładam książkę na półkę. Od tego momentu czytało mi się dużo łatwiej. 
Książka przesiąknięta jest dykteryjkami, dowcipami i żartami, w które obfitowało życie Pani Marii. Niektóre fragmenty doprowadzały mnie do łez. Chichrałam się tak, że nie byłam w stanie przeczytać mężowi danego fragmentu. 
"Nienachalna z urody" to nie tylko słowa. Zamieszczono sporo zdjęć i twórczości Pani Marii. Wszystkie te utwory stanowią miłą przerwę w poznawaniu życia i poglądów autorki. Najczęściej są to po prostu skecze autorstwa Pani Czubaszek często znane z radiowych stacji. Moją uwagę przeciągnął rysunek zająca (a właściwie Pana Zająca i Pani Zając), może dlatego, że autorstwa Pana Lutczyna. No boski po prostu :-))) 
Na zakończenie dodam, że po raz pierwszy odczułam przewagę papieru nad e-bookiem. Otóż w książce znajduje się sporo tekstów przedstawionych w maszynopisie. Oczywiście jest to fotografia, co oznacza, że w moim Kundelku nie mogłam powiększyć czcionki. Efekt? Wiele z tych maszynopisów jest w wersji elektronicznej po prostu nieczytelnych...
Wszystkim Wam gorąco polecam. Nieważne czy papierową wersję, czy e-booka. Ważne, że to kawał dobrej literatury pokazujący nam sylwetkę kobiety, której niestety nie ma już wśród nas... 

piątek, 15 lipca 2016

Strażniczka książek

Amy to nastolatka, jakich wiele. Trochę różni się od swoich rówieśników z racji ogromnej miłości do książek. Połyka je w nieprzeciętnych ilościach i pakując walizkę zawsze ma kilka tomów przy sobie. Czytnik e - booków jest dla niej wynalazkiem wszechczasów, który pozwala całą biblioteczkę nosić pod pachą. Amy wychowywana jest tylko przez matkę. Alexis pochodzi ze Stormsay - tajemniczej małej wyspy, którą zamieszkują przedstawiciele dwóch ogólnie szanowanych Rodów. Kiedy Amy nie może znieść docinków rówieśników, a Alexis zostaje porzucona przez życiowego partnera obie Panie marzą jedynie o chwili wytchnienia. Zapada decyzja o wyjeździe na wakacje w rodzinne rejony Alexis.
I tak naprawdę od tego momentu nic nie jest już zwyczajne. Okazuje się, że bohaterki pochodzą z rodu, który ma zaszczyt piastować funkcje Strażników książek. Ich rolą jest dbanie o to, aby wszystko w książkach toczyło się zgodnie z planem. Ale cóż z tego, jeżeli w "Dorotce z krainy Oz" ktoś kradnie trąbę powietrzną, a w "Alicji w krainie Czarów" bez wieści ginie królik? Co więcej - W "Małym Księciu" ginie róża... no nie do pomyślenia. Amy z kretesem wsiąka w życie strażników i walczy o przywrócenie książkowej normalności. Co z tego wyniknie - zobaczcie sami.
"Strażniczka książek" w moim osobistym rankingu zajęła bardzo wysokie miejsce. Książka dla nastolatek, która zachęca do sięgnięcia do klasyki literatury to jest naprawdę COŚ. Powieść jest trochę płaska ze względu na swoją jednowątkowość, ale niewątpliwie braki w tym zakresie nadrabia świetną i pomysłową historią rodem z "Atramentowego serca". W obu tych powieściach miłość do książek wprost wylewa się z kartek. Któż z nas - książkochłonów - nie marzy o tym, aby móc w magiczny sposób znaleźć się w krainie naszych ukochanych bohaterów? Płakać z Anią z Zielonego Wzgórza nad ufarbowanymi na zielono włosami czy też wraz z Tomkiem Sawyerem malować niekończący się płot ciotki... No właśnie. Amy ma taką możliwość i już samo czytanie o tym budzi cudowne uczucia. 
"Strażniczka książek" jest powieścią dla każdego. Czy młody czy stary na pewno znajdzie tu iście baśniowy nastrój i radość z każdej strony lektury. Szacunek mój wielki dla autorki za to, że sięgnęła po prawdziwą klasykę literatury, a nie modne powieści współczesnych czasów. Nie znajdziemy tu Harrego Pottera czy też przyjaznych wampirów. Odwiedzimy za to Heidi, pogadamy z Werterem (tym cierpiącym) i pogłaszczemy tygrysa z Księgi Dżungli. Czego chcieć więcej?
Boska, świetna powieść, którą z całego serca polecam każdemu.  

sobota, 9 lipca 2016

Łaskun

Aż mi głupio pisać kolejną recenzję książki autorstwa Pani Katarzyny Pużyńskiej. W każdej z nich jest tyle ochów i achów, że chciałoby się wreszcie napisać jak to loty autorki serii o Lipowie się obniżają. Nic z tego! "Łaskun" jest żywym.... eee raczej papierowym dowodem na to, że talent literacki Pani Katarzyny ma się wyjątkowo dobrze. 
Tym razem Daniel Podgórski nie jest kryształowo czystym charakterem. Co więcej - ślady pozostawione przez sprawcę okrutnego morderstwa sędziego Jaworskiego i Swietłany prowadza prosto do Daniela. Cóż mu pozostaje! Daniel Podgórski wziął nogi za pas i.... no niestety więcej napisać nie można. Jak zwykle w powieściach o Lipowie każdy element intrygi ma swoje miejsce i zdradzenie najmniejszego kawałeczka układanki niesie za sobą spore konsekwencje. Trzeba jednak dodać, że oprócz podwójnego morderstwa znajdziemy wiele innych "kryminalnych atrakcji". Jest afera w klubie nocnym, jest handel prochami, jest pedofil i skorumpowany gliniarz. Jednak ja najbardziej lubię mistyczną atmosferę tych powieści. Zielarka, stare leśne chaty... niepowtarzalny klimat.  
Dodać trzeba koniecznie, że Klementyna Kopp również pojawia się na kartach powieści. Co więcej - jej osoba nadal budzi kontrowersje choć nieco słabsze niż w poprzednich częściach. Nadal wykracza swoim zachowaniem poza ramy, a jej nieszablonowe myślenie pozwala wiele wyjaśnić, jednak nie ulega wątpliwości, że obecna Klementyna jest taka bardziej poukładana. 
"Łaskun" jest bardzo specyficznym kryminałem. Rzadko kiedy autor tak szybko personalizuje zabójcę. Tu już w połowie książki zaczynamy się domyślać o co chodzi. Jednak pomimo świadomości "kto zabił" powieść nadal wciąga czytelnika i niezmiennie intryguje. Sposób pisania Pani Pużyńskiej ma w sobie to coś, co nie pozwala odłożyć książki (czytnika). Czytałam jedząc, gotując (o wannie nie wspomnę). Czytałam na spacerze z psem, czytałam nawet w samochodzie stojąc na światłach. Wciąga nieprzeciętnie. 
"Łaskun" to szósty tom sagi o Lipowie i absolutnie nie mam dość. Chciałoby się powiedzieć: więcej, więcej Pani Katarzyno! Ale nie będę tego mówić głośno. Niech sobie Pani Kasia pisze te powieści w swoim tempie, byleby były one tak samo świetnie jak do tej pory.  

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Kiedy księżyc jest nisko

Powieść zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Poraziła faktami, o których wszyscy wiemy, ale nie dopuszczamy ich do swojej świadomości. Przecież każdy z nas wie, że uchodźcy "zalewają" Europę, że traktowani są okrutnie i nieludzko, że warunki panujące w obozach przejściowych urągają ludzkiej godności... Problem nas - Polaków - właściwie nie dotyczy, ponieważ nasz kraj raczej nie jest celem tych wędrówek. Oglądamy to z boku płacząc wraz z matkami nad losem dzieci i klnąc na agresorów, którzy doprowadzają do tego, że ludzie zmuszeni są opuszczać swoje domy. Niby przeżywamy, ale wszystko jest takie... za szybą, bez smaku i zapachu.
"Kiedy księżyc jest nisko" to powieść, która porwała mnie w świat uchodźców, przetrzepała moją psychikę, boleśnie wyraźnie uświadomiła tragedię tych ludzi, a następnie wypluła ze swojej treści emocjonalnie zmęczoną i zachwyconą przeczytaną powieścią. 
Mała Feriba już w chwili urodzin jest naznaczona nieszczęściem. Przy porodzie umiera matka dziewczynki, a mała Feriba jest obwiniana o jej śmierć. Wychowywana przez macochę zawsze jest tą gorszą córką; nie chodzi do szkoły, a jej edukacja kończy się na wiedzy o pracach domowych. Na szczęście Feriba jest mądrą dziewczyną i wie, że to w wiedzy tkwi skarb. Walczy o swoją edukację i w wieku 13 lat po raz pierwszy idzie do szkoły. Przy okazji poznawania losów Feriby poznajemy życie w Afganistanie. Smak, zapach i kolor tamtych stron przemawia do nas z każdej strony powieści. I tak czytając sobie pomyślałam, że mam do czynienia z prostą miłą powieścią ukazującą rozterki młodej Afganki związane z edukacją, nieśmiałymi zalotami i zamążpójściem. Nic bardziej mylnego! Nagle z pięknego Afganistanu przenosimy się do Afganistanu ogarniętego koszmarem wojny. Rakiety latają nad głowami i nigdy nie wiadomo czy człowiek dożyje jutra. Wielu ludzi postanawia opuścić kraj, jednak rodzina Feriby długi czas broni się przed ucieczką. W końcu tragiczne wydarzenia zmuszają ich do opuszczenia Kabulu. Feriba jest wówczas matką trojki dzieci - przy czym jedno z nich jest maleńkim niemowlęciem. Koszmar po prostu. Samotna Afganka z trójką maluchów nie ma zbyt wielu szans na przetrwanie. Na szczęście Feriba jest twardą kobietą i krok za krokiem prze do przodu. Los jej nie szczędzi. Opisywać zbyt wiele nie będę, ale wystarczy napisać, że jedną noc Feriba z dziećmi spędza w drewnianym domku na placu zabaw. Akurat spadł deszcz, który zmoczył ich doszczętnie - niewyobrażalne dla mnie. Sama jestem mamą dwójki dzięciołków i nie przyjmuję do wiadomości, że może zaistnieć sytuacja, w której ktoś zmusi mnie do opuszczenia mojego domu. Zostawić wszystko i iść w nieznane. Nie wiem gdzie mnie los rzuci, nie mam planów, pieniędzy... pcha mnie do przodu jedynie miłość do dzieci i rozpaczliwa potrzeba zapewnienia im jako takiego bytu. 
W powieści uderza realizm zdarzeń. Czytelnik wie, że to fikcja, że postacie są zmyślone. Sama wbiłam w przeglądarkę tytuł i dane autorki i sprawdzałam, czy książka aby na pewno jest fikcją literacką. Nie można jednak zaprzeczyć, że za postacią Feriby stoją tysiące zrozpaczonych kobiet, a los jej dzieci jest udziałem wielu maluszków. Przecież opisany w powieści obóz dla uchodźców we francuskim Calais istnieje naprawdę. Wystarczy wpisać hasło w wyszukiwarkę, aby poczytać o tragedii zgromadzonych tam ludzi. Jeden z bohaterów powieści Selim (specjalnie nie napiszę o nim więcej, żeby nie psuć lektury) jako uchodźca pokonuje trasę, którą w rzeczywistości pokonała niezliczona ilość mieszkańców Afganistanu, Syrii, czy też Libii. Koszmarne wydarzenia, które w tej powieści są udziałem rodziny Feriby dotknęły wielu w rzeczywistości... Koszmar. 
Czytając z zapartym tchem śledziłam losy bohaterów - razem z nimi wsiadałam na statek, uciekałam przed kontrolami celników i modliłam się o ładną pogodę. Każdy skradziony kęs jedzenia był dla mnie radością. Razem z nimi przeżywałam pierwsze miłości, płakałam zza  bliskimi, przeżywałam rozpacz i bezsilność. 
Powieść bezwzględnie należy przeczytać. Jest głosem rozpaczy, wołaniem o pomoc. Jest świadectwem współczesnej Europy - Jej bezradności w obliczu tragedii milionów ludzi pozbawionych domów i nadziei na przyszłość. 

czwartek, 16 czerwca 2016

Kobiety z ulicy Grodzkiej. Matylda

"Hanka" urzekła mnie tajemniczością dawnych czasów. Takich mrocznych, gdzie medycyna niewiele miała do powiedzenia, a aptekarz to był ktoś. "Wiktoria" to powieść o czasach walki o wolność, kiedy cały Kraków żył polskością i nowo zdobywaną wolnością Obie powieści są warte polecenia, obie ciepło i interesująco przedstawiają losy silnych kobiet biorących życie w swoje ręce. Matylda to córka Wiktorii i wnuczka Hanki. Co więcej - Matylda to kolejne ciekawe czasy dwudziestolecia międzywojennego, kiedy Polska wstawała z kolan, a Naród Polski fetował zwycięstwo i wielbił Marszałka Piłsudskiego. 
Kraków 1931 rok. Apteka pod Moździerzem ma się dobrze, jednak wcale nie jest to zasługą Matyldy. Aptekę prowadzi mądra i rozsądna Joasia, a Matylda pragnie.... zostać aktorką. Jak wiele młodych kobiet, aby spełnić swoje marzenie musi "bywać". Bywa więc na salonach i w kawiarniach, jednak jakoś role nie chcą płynąć szerokim strumieniem. Na szczęście ma swoją aptekę, która pozwala na godne życie. Oprócz tego grywa też mniejsze rólki w Teatrze, nie jest to jednak to, co zaspokoiłoby ambicie naszej Matyldy. Długonoga, płomiennoruda dziewczyna chce czegoś więcej. I wydaje się, że los w końcu się do niej uśmiechnął kiedy poznaje młodego mężczyznę. Okazuje się, że ma on bogatego stryja i możliwości aby pomóc Matyldzie zrobić upragnioną karierę. Pytanie tylko, czy jego zamiary są naprawdę uczciwe? 
Moim zdaniem Matylda nie dogoniła swoich poprzedniczek. Zarówno "Hanka" jak i "Wiktoria" emanowały tajemnicą i takim mistycyzmem. W "Matyldzie" mi tego brak. Owszem - powieść opisuje bardzo ciekawie losy dziewczyny wplatając w to elementy polskiej historii. Brakuje jednak tego ... czegoś. 
Nie ulega jednak wątpliwości, że kolejny tom też przeczytam. Bo musi być kolejny tom. Autorka tak zakończyła powieść, że z niedowierzaniem obracałam książkę stwierdzając, że to nieludzkie tak zostawić czytelnika. Po prostu nieludzkie. Akcja się zawiązała, czekam na to BUM, a tu nie ma! I czekaj tu człowieku na kolejny tom...

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Japonki nie tyją i się nie starzeją

Zacznę od tego, że nie przepadam za poradnikami. Nawet jeżeli zaczynam je czytać, to szybko denerwuję się uznając, że ktoś próbuje narzucić mi swój styl życia, a ja tak nie chcę. Po kilku rozdziałach zniesmaczona rzucam książkę w kąt i zapominam. W przypadku książki pt. "Japonki nie tyją i się nie starzeją" było troszkę inaczej, choć to przecież też poradnik...
Japonia to kraj dla Europejczyków niezwykle orientalny. Tysiące kilometrów od nas z zupełnie odmienną kulturą i sztuką, z zupełnie innymi zasadami i diametralnie odmiennym sposobem życia - dla większości z nas stanowi zagadkę i tajemnicę. Pamiętam taką książkę pt. "Tatami kontra krzesła" gdzie na każdej stronie coś mnie zaskakiwało. Zupełnie inny świat. Po lekturze "Japonki ..." stwierdzam, że kuchnia japońska to również inny świat. 
Pierwsze co mnie uderzyło i zaskoczyło w tej książce to początek. Zestawienie danych statystycznych dotyczących wagi, sposobu życia i ilości spożywanych kalorii przez naród japoński i Europejczyków oraz mieszkańców Ameryki. I tu po raz pierwszy (i na szczęście ostatni) chciałam rzucić książkę w kąt. Nie po to biorę do ręki książkę o Japonii żeby czytać o błędach żywieniowych Nie-Japończyków! Dobra pomyślałam - dam radę, może dalej będzie lepiej. I rzeczywiście było. Jeżeli przebrniemy przez moralizatorski początek to dalej urzeknie nas ciepło i odmienność japońskiej kuchni. 
Autorka jest Japonką, która w pewnym momencie swojego życia przeprowadziła się do Ameryki. Co więcej - wyszła za Amerykanina i właściwie nie miała większych problemów z aklimatyzacją w ojczyźnie swojego męża. Jak sama przyznaje uwielbiała chipsy, hamburgery i pełnymi garściami korzystała z "dobrodziejstw" takiej kuchni, w skutek czego po trzech miesiącach pobytu przybyło jej 11 kilogramów. Szybko doceniła dobrodziejstwa kuchni swojej mamy i podjęła próbę gotowania w amerykańskiej rzeczywistości na sposób japoński. Okazało się, że tam to wcale nie jest trudne. 
Autorka ukazuje nam "cuda" japońskiej kuchni. Przez "kuchnię" należy rozumieć nie tylko składniki potraw, ale również sposób ich podania i pewną filozofię, którą kierują się Japończycy. Urzekły mnie pewne zasady: talerza nie napełnia się po brzegi, należy jeść do momentu, aż jest się w 80 % pełnym, każda potrawę należy tak ułożyć, aby podkreślić jej naturalne piękno, mniej oznacza więcej... niby każdy z nas o tym wie, ale czy stosujemy to na co dzień?
"Pusta przestrzeń na japońskim stole odgrywa ważną rolę. Unika się przesady. Naczynia nie są wypełniane po brzegi, Pozostawia się na nich trochę miejsca. Pustka ma znaczenie estetyczne podobne do tego w obrazach zen malowanych tuszem."
Autorka z miłością i pasją opisuje pięć filarów, na których opiera się kuchnia japońska. Pierwszym wcale nie jest ryż, który plasuje się na trzecim miejscu. Pierwsze są ryby. Japończycy zjadają ich ogromne ilości. Nie przetwarzają ich zbytnio; często jedzą surowe. Targi rybne to coś, czego z całego serca Japończykom zazdroszczę. Drugi Filar to warzywa i tu znowu okazuje się, że warzywa to po prostu japoński styl życia. Układają je na maciupeńkich talerzykach, delektują się ich kolorem, fakturą i zapachem. Zjedzenie warzyw to ukoronowanie całego procesu poznawczego. Zaraz za ryżem plasuje się soja, za nią makarony, a na końcu zielona herbata - w tysiącu odmian i w setkach sposobach zaparzania. Właściwie herbata potrafi zastąpić dzieciom słodkie soki i napoje. 
W książce są też przepisy, ale przyznam, że w naszej polskiej rzeczywistości trudne do zastosowania. W każdym z nich znajduje się składnik właściwie niedostępny w sklepach. Oczywiście internet może wszystko, ale cała książka opiera się na przekonaniu, że kuchnię japońską możemy urządzić w naszej kuchni z produktów dostępnych w sklepiku za rogiem. Otóż nie jest tak. Warto jednak poczytać sobie i uzmysłowić jak mało wiemy o japońskiej kuchni. 
Książka jest ... miła w obyciu. Owszem mamy trudne przepisy i niekończące się listy przyrządów niezbędnych do kuchni, ale wśród nich znajdą się też ciepłe wspomnienia i ciekawe historie. Bardzo spodobała mi się opowieść o tym, jak dzieci w japońskiej szkole na przerwie spożywają posiłek wspólnie. Każde je to samo, a posiłki przygotowuje dwóch dyżurnych, którzy następnie przez cały posiłek obsługują pozostałe dzieci. Wzruszyła mnie też historia o "śniadaniówce przepełnionej miłością." Polecam każdej mamie :-) 
"Mówi się, że potrawy kuchni japońskiej są raczej do oglądania niż do jedzenia, a ja powiedziałbym wręcz że są do kontemplacji. To harmonia, którą współtworzy połączenie wyrobów z laki  oraz migoczącego w ciemności światła świecy."