sobota, 19 maja 2018

Oskarżyciel

Książkę znalazłam w internecie. Właściwie to - jak rzadko - wyboru dokonałam "po okładce". Garnitur, krawat, biała koszula, tytuł cyklu - wszystko wskazywało na thriller prawniczy, albo chociaż na coś o przybliżonej tematyce. Oczekiwałam grubego tomiszcza, które zajmie mi przynajmniej kilka wieczorów. Jakież było moje zdziwienie! Nie mylmy przy tym zdziwienia z rozczarowaniem, bo takie uczucie nie pojawiło się w czasie lektury ani przez chwilę. Natomiast zaskoczenie - owszem. 
Po pierwsze zamiast opasłego tomiszcza dostałam do rąk niepozorną książeczkę, liczącą raptem 128 stron. Lektura właściwie na jeden wieczór. Dobra - pomyślałam. Przecież nie liczy się ilość, a jakość prawda? Książki o tematyce prawniczej wciągam niczym kluski, więc na pewno mi się spodoba. No własnie, chyba nie do końca....
Bohaterem powieści może i jest prawnik, ale z thrillerem prawniczym "Oskarżyciel" nie ma nic wspólnego. Ta powieść jest powieścią o zabarwieniu erotycznym, która na pewno spodoba się fankom cyklu o Grey'u. Ja do nich nie należę.  
Andrew Hamilton jest bogatym przystojnym prawnikiem o dość nietypowym spojrzeniu na kobiety i związki z nimi. Jest aroganckim, pewnym siebie d....kiem, który zwyczajnie zalicza panienki. Związki trwające nie dłużej niż dobę to szczyt jego możliwości. Potencjalnych partnerek poszukuje na portalu społecznościowym przeznaczonym dla zdesperowanych samotnością prawników. Alyssa jest jedną z uczestniczek tego portalu i od pierwszego kontaktu intryguje naszego bohatera. Kobieta odmawia spotkania "w realu", jednakże wyjątkowo chętnie flirtuje na łączach. Szuka również porad zawodowych i to wokół nich krąży konwersacja naszych bohaterów. Nieoczekiwanie dla obojga ta znajomość przeradza się w dość nietypową relację. Na pewno daleko jej do przyjaźni, ale niewątpliwie jest ona bardzo zażyła. Wszystko się zmienia w momencie, gdy kancelaria Andrew'a rozpoczyna poszukiwania stażystki. Nie będę więcej pisać, choć nietrudno domyśleć się co się wydarzy.
Fabuła jest prosta, wręcz banalna. Nie należy jednak oczekiwać po takiej powieści większych fajerwerków. Gdybym choć zerknęła na opis, wiedziałabym z jakim rodzajem powieści mam do czynienia. A tak zaskoczył mnie mocno erotyczny świat. Nie to, że nie przeczytałam, bo przeczytałam i nawet - patrząc kategoriami powieści lekkiej łatwej i przyjemnej - mi się podobało, ale na zakończenie szlag mnie trafił. 
Powiedzcie mi, jaki jest sens robienia trylogii, skoro pierwszy tom swoją objętością przypomina instrukcję sokowirówki? Drugi tom liczy sobie 120 tom, czyli razem mamy 240. Tyle stron liczy (moim zdaniem) pełnowymiarowa powieść. W "Oskarżycielu" ledwo poznałam głównych bohaterów, ledwo zdążyłam się z nimi "czytelniczo" spoufalić, a już dotarłam do końca. Właściwie to czułam się tak, jakbym własnie przeczytała wstęp. To - przyznam się - mocno  mnie zirytowało. 
Polecam powieść wszystkim kobitkom spragnionym chwilki oddechu. Treść banalna, ale okraszona pikantnymi szczegółami, dość zgrabnie wplecionymi w fabułę. Nie jest to literatura wysokich lotów, ale przecież nie tylko Orwellem człowiek żyje. Ot lekka pozycja na zakończenie dnia. Natomiast rada moja jest taka - jeżeli chcecie w pełni docenić walory tej powieści, to zgromadźcie przy sobie wszystkie trzy tomy i traktujcie je jako całość. Inaczej niedosyt jaki w Was pozostanie zepsuje wszystko. 

piątek, 18 maja 2018

Tajemnica zapomnianych podziemi

Ta niepozorna książeczka, licząca sobie raptem 140 stron, niesie w sobie wszystko to, co stanowi odzwierciedlenie marzeń dzisiejszych dzieci. W dobie komputerów, smartfonów i tabletów przygoda, jaką przeżyli bohaterowie "Tajemnicy..." jest czymś wyjątkowo cennym. Powieść przeczytałam w jeden ranek i zachwyciłam się. Czym? Prostotą przekazu, lekkim piórem i wspaniałą fabułą. 
Szymon i Jan są dwunastoletnimi kuzynami. Lubią wspólnie spędzać czas, choć często przeszkadza im siostra Jana - Milena. Pewnego dnia dzieci wraz z rodzicami wybierają się na wycieczkę rowerową zakończoną piknikiem. Kiedy rodzice siedzą na trawie z młodszym rodzeństwem, nasza trójka postanawia zbadać pobliski lasek. Jakież jest ich zdziwienie, kiedy w pobliżu łąki odkrywają wejście do tajemniczych tuneli. Postanawiają ukryć to w tajemnicy przed rodzicami. Następnego dnia organizują wyprawę mająca na celu eksplorację tuneli. Ich trochę nieodpowiedzialne działanie pociąga za sobą spore skutki. Pełna niebezpieczeństw wyprawa pokazuje młodemu czytelnikowi, jak ważne jest przewidywanie efektów swoich czynów. Brzmi może moralizatorsko, ale zapewniam Was, że na kartach powieści przekaz jest dużo łagodniejszy, choć bardzo wyraźny. 
Lektura budzi sporo emocji. Trochę strachu o losy naszym młodocianych odkrywców, trochę śmiechu, bo kiedy czytamy o wampirach i piciu krwi, to bez wyjątku - każdy się roześmieje. Dodam jeszcze, że w powieści istnieje drugi wątek, który mnie osobiście wzruszył. Miejscowy włóczęga i pijaczek okazuje się być zupełnie kimś innym, niż mieszkańcom wioski się wydaje. Przy rozwiązaniu zagadki gula w mym gardle nie chciała ustąpić. 
Cóż więcej napisać? Chyba tylko tyle, że rzadko można spotkać taką książkę. Szkoda, że okładka jest dość niepozorna przez co wielu rodziców szukających wartościowej lektury dla swoich pociech, po prostu "Tajemnicy zapomnianych podziemi" nie zauważy... 

czwartek, 17 maja 2018

Rozrywacz

Podsumowanie powinno być na końcu, ale tym razem nie mogę się powstrzymać i napiszę już w pierwszym zdaniu: To wielka sztuka napisać trylogię tak, aby każdy kolejny tom był lepszy od poprzedniego! To wielka sztuka tak podzielić nurtujące głowę pomysły, aby ciekawostek i nowości wystarczyło na wszystkie trzy tomy. To wielka sztuka tak stworzyć fabułę powieści, aby czytelnik po każdym kolejnym tomie nie mógł się doczekać kolejnego. A już napięcie na końcówce trzeciego tomu... naprawdę, autorka dała radę! 
Oczywiście na wstępie trzeciego tomu - nowy bohater i to taki, który swoja tajemniczością i mrokiem duszy wywołuje ciarki na plecach. Jego losy i przygody wprowadzają nieco zamętu do fabuły, ale nie przeszkadza to w odbiorze całości, a w ręcz przeciwnie - uatrakcyjnia powieść. Zresztą znani nam z poprzednich tomów bohaterowie przeżywają tyle przygód, że poszczególne tomy trylogii można by stworzyć tak, aby każdy tom opowiadał o perypetiach danego bohatera. Wprawdzie wtedy tomów byłoby około dziesięciu, a nie trzy, ale myślę że fani "Podróżniczki" byliby z tego faktu niepomiernie zadowoleni.
Głównym wątkiem "Rozrywacza" są klany poszukiwaczy. Poznajemy losy członków poszczególnych klanów, przyczyny niesnasek i konfliktów. Przedstawiona historia jest obłędna. Autorka świetnie połączyła wszystkie watki ciągnące się przez poprzednie dwa tomy w całość i zakończyła trylogię z przytupem. Czytelnik poznaje rozwiązania największych tajemnic. Poznajemy tożsamość Starszego Sędziego, dowiadujemy się kim jest Nott i zagłębiamy się w przeszłość, aby lepiej zrozumieć to, co wydarzyło się w teraźniejszości.
Wielki szacunek mam dla autorki za wyczucie chwili. Niektóre zagadki i tajemnice zostały rozwiązane w idealnym punkcie powieści. Ani za wcześnie, ani za późno - w sam raz, aby czytelnika zaskoczyć i wywołać w nim uczucie podziwu dla kunsztu pisarskiego.
Trudno pisać recenzję tej powieści. Każde zdanie, które przychodzi mi do głowy na temat fabuły, momentalnie zostanie uznane za spojler. Tu cały czas coś się dzieje, nie ma czasu na nudę, a każde zdarzenie wywołuje lawinę kolejnych perypetii.
Polecam zwłaszcza młodym miłośnikom fantastyki. Świeżość tej powieści zachwyci każdego.   

środa, 16 maja 2018

Wyrok na miłość

Książki Agaty Kołakowskiej uwielbiam. Każda z nich jest perełką samą w sobie. "Wszystko co minęło", "We dnie w nocy", "Kolejny rozdział", "Niechciana prawda"..., każda z nich była świetna, nietuzinkowa i chwytająca za serce. Każda z nich stanowiła zaskoczenie. A już "Niechciana prawda" pobiła wszystko. Pamiętam, że długo nie mogłam dojść do siebie po tej lekturze. 
"Wyrok na miłość" - jak zwykle - był zaskoczeniem. Powieść inna niż wszystkie i to z kilku względów, ale o tym za chwilę.
Deski teatru Variétés są tym, co łączy bohaterów powieści. Nitki powiązań i zależności pomiędzy postaciami związanymi z teatrem, snują się niczym pajęczyna. Dyrektor teatru Igor Niesłony, jest artystą zmuszonym przez życie do pracy w charakterze menadżera. Trudny człowiek, który ma swoje za uszami. Jego przyjaciel Cezary jest aktorem, który musi się zmierzyć ze zdradą najbliższych sobie osób. Adam Mitoraj - z zawodu prawnik, z zamiłowania dramaturg - marzy o tym, aby któregoś dnia zasiąść w fotelu teatralnym jako autor wystawianej sztuki. Marlena Zych jest sprzedawczynią w "Małej czarnej". Pragnie od życia ciszy i tego, aby świat o niej zapomniał. Hubert - starszy Pan z wydatnym brzuszkiem - jest właścicielem fabryki okien. Zakochał się w młodszej o 20 lat kobiecie, która z teatru Variétés czyni kartę przetargową.  
Bohaterów jest o wiele więcej. Tabun zapatrzonych w siebie, bezpardonowych kobiet z miłością do pieniędzy i brakiem szacunku do świata, aktorzy z teatru.... ba!, nawet ochroniarz odgrywa niebagatelną rolę. Każdy z bohaterów prowadzi własne życie, które trochę przypadkiem, a trochę świadomie, splata się z losami innych bohaterów. 
I to jest właśnie smaczek tej powieści. Wyobraźcie sobie makatkę, która na początku składa się z kilkunastu jednokolorowych pasm. Równe, jednobarwne wstęgi, splecione ze sobą pojedynczymi nitkami. Im dalej idziemy po tym dywanie, tym więcej pasm przenika się nawzajem, aż w końcu powstaje wielobarwna mieszanina kolorów. Taka własnie jest ta powieść i powiem Wam, że obserwacja współzależności, zbiegów okoliczności, przemian i dramatów jest dla czytelnika przepyszną ucztą.
Powieść jest jak życie - czasem zabawna, czasem smutna, miejscami zwyczajna, a miejscami wyjątkowa. Magiczne są dla mnie sceny, których tło stanowi teatr. Nie wiem dlaczego, ale kiedy czytałam o scenografii stanowiącej przekrój budynku, o przygotowaniach aktorów do spektaklu, ogarniało mnie przekonanie, że złapałam Pana Boga za nogi i mogę zajrzeć w niedostępny dla mnie do tej pory świat. 
Żeby nie było za słodko dodam, że jest też wątek, który mnie drażni. Weronika, będąca narzeczoną Huberta, działa na mnie jak płachta na byka, a jej nabzdyczone przyjaciółeczki są dla mnie nie do przyjęcia. Ale może właśnie o to autorce chodziło? O ten przeskok z tajemniczego teatru do pustego świata kobiecej próżności...
Rewelacyjna mozaika ludzkich uczuć, marzeń i pragnień. Polecam każdemu, kto lubi literaturę lekką, ale wymagającą od czytelnika uwagi. Szkoda, że tytuł z zasady szufladkuje powieść jako literaturę "babską", bo przecież nie do końca tak jest. 
Na zakończenie dodam, że po raz pierwszy żałowałam, że czytam książkę na czytniku. Już po lekturze dowiedziałam się, że do papierowej wersji została dodana płyta z utworami skomponowanymi z myślą o książce. Piosenki nagrano w studio u Leszka Możdżera we Wrocławiu. Utwory "Wilda wody" i "Wyrok na miłość" śpiewa aktorka Teatru Muzycznego Ewa Szlempo. 
To dopiero musi być uczta! 

wtorek, 15 maja 2018

Podróżniczka

Dobra, młodzieżowa fantastyka jest w cenie. Rzadko można trafić na coś, co nie jest płytkie i nie zakrawa na bajeczkę dla grzecznych dzieci. Ostatnio mam dobrą rękę do takich książek. Była "Kaldera", byli "Zwiadowcy", teraz czas na "Podróżniczkę".
Pierwszy tom trylogii  pt. "Poszukiwaczka" recenzowałam jakiś czas temu. Powieść zrobiła na mnie spore wrażenie głównie ze względu na bardzo ciekawie wykreowany świat. Pomysł tchnie świeżością  i nietuzinkowością. Świetna fabuła, wyraziste postacie bohaterów - czegóż chcieć więcej?
Nie ukrywam, że po dobrym pierwszym tomie, trochę bałam się sięgnąć po drugi. Czy autorka pokona tak wysoko postawioną poprzeczkę? Czy drugi tom zachwyci mnie równie mocno, jak pierwszy?
Już na wstępie zaskoczyło mnie poczucie, że autorka potraktowała pierwszy tom, jako swoistego rodzaju prolog. Na początku drugiego tomu nie ma żadnego wstępu czy też przypomnienia. Czytelnik musi szybko przypomnieć sobie zdarzenia z pierwszego tomu. Od razu pojawiają się nowe imiona oraz - co ciekawsze - nowe magiczne przedmioty. Narracja również się wzbogaca. W drugim tomie swoje przygody opowiadają nam nie tylko dotychczasowi bohaterowie (Quin, Shinobu, John i Maud), ale również tajemniczy chłopiec o imieniu Nott oraz mama Johna - Catherine. Wzbogaca to niesamowicie fabułę powieści i powoduje, że czytelnik z niecierpliwością czeka na to, jak to wszystko się zakończy. Ciekawy jest również wątek Młodej Sędzi, który zaskoczył mnie niepomiernie. Przyznam się, że był taki moment podczas lektury, kiedy moja sympatia z Quin i Shinobu powędrowała w stronę Johna i Młodej Sędzi. Kibicowałam im i miałam nadzieję, że... się uda. Więcej nie powiem. 
Dzieje się dużo. Czytelnik - dzięki nowym postaciom - cofa się w czasie i pomału odkrywa dlaczego poszczególne klany poszukiwaczy są do siebie tak wrogo nastawione.  Okazuje się, że konflikt korzeniami sięga daleko w przeszłość, a jego powody są dość skomplikowane. Akcja toczy się wartko i czytelnik - pomimo wielu niedopowiedzeń - nie ma czasu zastanawiać się nad poszczególnymi fragmentami układanki. Kiedy poszczególne elementy wskakują na swoje miejsce odbiorca szeroko otwiera oczy ze zdziwienia i .... koniec. Trzeba sięgnąć do trzeciego tomu, albo pozostać w niewiedzy i niepewności. 
Świetna powieść, która proponuje czytelnikowi podróż rollercoasterem przez nieznaną krainę pełną niespodzianek, magicznych przedmiotów i zaskakujących zwrotów akcji. 
Warto. 

poniedziałek, 14 maja 2018

Nie zabijaj tej miłości

Powieść, z której emocje wydostają się jak bąbelki ze wstrząśniętej butelki z coca - colą. Z jednej strony czytelnik domyśla się, przeżywa, zaciska pięści i zaklina książkową rzeczywistość, z drugiej obserwuje spokojne życie i ludzkie losy, splatające się ze sobą niczym warkocz. 
Plaża, piękna pogoda słońce i dwie kobiety. Jedna siedzi w towarzystwie małego dziecka z rozdartym sercem i rozpaczą w duszy. Druga - uśmiechnięta i radosna - cieszy się swoim życiem i szczęściem, które towarzyszy jej każdego dnia. Co je łączy? A właściwie należy zapytać: co je dzieli? 
Basia jest pielęgniarką w sanatorium, ma synka Piotrusia i męża żołnierza. Niestety jej małżeństwo właśnie przeżywa kryzys i Basia czuje, że jest na życiowym zakręcie.
Anna to kobieta torpeda. Oddaje się pracy naukowej, wspiera męża notariusza i na pozór jest szczęśliwa. Myśl o powiększeniu rodziny odkłada na potem. Przecież ma jeszcze czas, prawda? Niestety okazuje się, że jej mąż Tomasz jest zupełnie innym człowiekiem, niż Anna oczekiwała. Wielkie rozczarowanie jego zachowaniem zbiega się z coraz większymi naciskami rodziny męża dotyczącymi wymarzonego potomka. Oczywiście męskiego. W Annie wzbiera się bunt i chęć zakończenia małżeństwa, tym bardziej, że w pobliżu pojawia się mężczyzna, który wydaje się być ideałem. 
Urzekła mnie prostota powieści. Autorka spokojnym, lekkim piórem przeprowadza czytelnika przez życie naszych bohaterek. Chora ciocia, konflikty z ojcem, problemy z synkiem - życie! Prawdziwe życie, które na kartach powieści płynie wartko, niczym rzeka. Ta zwykła rzeczywistość stanowi tło dla naszych bohaterów. Każda z postaci jest do bólu zwykła - ma wady i zalety, jasną i ciemną stronę. 
Książka prosta w treści i skomplikowana w uczuciach. Czytając powieść, czytelnik "płynie" nad losami bohaterów i obserwuje wydarzenia jakby zza firanki. Pamiętacie, jak w Piotrusiu Panu latające dzieci zaglądały do okien poszczególnych domów i podglądały życie ich mieszkańców? Podczas lektury "Nie zabijaj tej miłości" tak własnie się czułam. To uczucie dawało specyficzny, mistyczny klimat. Niby wszystko było wiadomo, niby zakończenie łatwe do przewidzenia, a jednak ciągle miałam nadzieję, że autorka zaskoczy czymś wyjątkowym. Czy zaskoczyła? Zapraszam do lektury. 

wtorek, 8 maja 2018

Internat

Lubię takie książki. Mają w sobie coś magicznego. Trudno powiedzieć co, ale niewątpliwie emanuje z nich oryginalność i specyficzny nastrój. Niby zwykłe czytadło, niby nic ambitnego, a jednak fabuła "Internatu" pozostanie w mojej głowie na długi czas. To powieść niebanalna, choć przyjemnie prosta "w obsłudze". 
Już sama okładka przyciąga wzrok. Piękne, monumentalne gmaszysko kusi i przyzywa czytelnika. To własnie w tym budynku znajduje się tytułowy internat. Mieszkanki internatu są bohaterkami powieści, która zawojowała świat nastolatek. Współczesne dziewczyny są zafascynowane opisanym światem. Dyscyplina, posłuszeństwo, mundurki i przysłowiowy "ordnung" z niewiadomych przyczyn fascynują i przyciągają współczesną młodzież. Tej fascynacji przygląda się Wiktoria - młoda studentka socjologi, która postanawia napisać na ten temat pracę magisterską. Kiedy bierze  do ręki pierwsze wydanie "Internatu" wszystko zaczyna się zmieniać. Wiktoria przenosi się do książki, do ciała jednej z bohaterek, Anny Wolf. Dziewczyna nie jest zbyt lubiana, jednak nie ma to większego znaczenia. Nasza bohaterka zrobi wszystko, aby powrócić do swojego świata, ale czy to możliwe?
Wielką przyjemność sprawiła mi lektura opisów codziennego życia bohaterek - książkowego życia. To co dziewczyny robią, jedzą czy też mówią jest w dużej mierze uzależnione od tego, co autorka napisała w powieści. Nie muszą korzystać z toalety, bo nigdzie nie ma na ten temat wzmianki. Nie pocą się, nie kąpią... ale takie rozwiązanie ma też niewątpliwie wady. Np. posiłki są zupełnie bez smaku, co jest zrozumiałe zważywszy na fakt, że w powieści autorka w żadnym z rozdziałów nie skupiła się na opisie wspaniałości posiłków. 
Drugi wątek skupia się wkoło Adama - chłopaka Wiktorii. Kiedy Adam zauważa, że jego dziewczyna nie jest sobą, postanawia się z nią rozstać. Na szczęście szybko okazuje się, że Wiktoria to nie Wiktoria, a Adam... no nie mogę więcej napisać, bo zepsuję niespodziankę. Dodam tylko, że im dalej w lekturę tym bardziej robi się mroczno i straszno. Książka wciąga niczym magnes, a końcówki powieści nie należy czytać w mroku. Fascynujące opisy pogrążonego we mgle internatu i życia dziewczyn, uzależnionego od ludzi z zewnątrz, robią naprawdę niesamowite wrażenie. 
Trochę rozczarowało mnie zakończenie. Myślałam, że autorka wymyśli coś, co mnie zadziwi i będzie taką wisienką na torcie, a tu okazało się, że najprostsze sposoby są najbardziej skuteczne. Szkoda, bo miałam nadzieję na fajerwerki, a tu tylko pyknięcie. Nie ulega jednak wątpliwości, że powieść mnie oczarowała i przyjemnie zaskoczyła. Długo pozostanie w mej pamięci. 

poniedziałek, 7 maja 2018

Kaldera

John Flanagan to autor niesamowicie wciągającej serii pt. "Zwiadowcy". Moja Starsza, podczas ubiegłorocznych wakacji zaczytywała się kolejnymi tomami tak intensywnie, że aż mnie drażniła. Czytnik był niezmiennie piątym członkiem rodziny. Wszędzie gdzie się dało - czytała. Ciekawa byłam, co też to jest - i wsiąkłam w powieść równie mocno jak Ona. Świat wykreowany w Zwiadowcach pochłonął mnie i zauroczył. Nic więc dziwnego, że obie z wielką radością powitałyśmy nową serię tego samego autora pt. Drużyna. 
"Kaldera" to siódmy tom serii, jednak nie należy się zrażać nieznajomością wcześniejszych przygód bohaterów. Starsza czytała po kolei, ja natomiast sięgnęłam najpierw po Kalderę. Autor w kilku zgrabnych akapitach przedstawia czytelnikowi główne postacie i właściwie nie ma potrzeby sięgania do wcześniejszych tomów. Książka sama w sobie jest całością, ze zgrabnym początkiem i ciekawym zakończeniem - bardzo wciągającą całością. 
Naszych bohaterów spotkamy w Hallasholm, kiedy to Stig przygotowuje się do arcyważnego turnieju. Zwycięzca będzie mianowany najwaleczniejszym spośród wszystkich wojowników Skandii. Niestety Stig musi zweryfikować swoje plany, a udział w turnieju niespodziewanie przestaje być dla chłopaka ważny. Przyczyną tego są odwiedziny tajemniczego mężczyzny, który zapukał do drzwi podczas posiłku, jakim raczyła Stiga i jego przyjaciół matka chłopaka. Szybko okazuje się, że to Olaf, ojciec Stiga, który przed laty okradł swoich towarzyszy i w hańbie opuścił żonę i syna. Teraz jednak znalazł się w potrzebie i postanowił poszukać pomocy u tych, których dawno temu skrzywdził. Będąc dowódcą cesarskiej straży w dalekiej krainie nie dopełnił swoich obowiązków i pozwolił na uprowadzenie młodego cesarza. Chłopaka porwał groźny pirat Myrgos. Chłopiec znalazł się w ogromnym niebezpieczeństwie, a jego matka - surowa Cesarzowa - za wszystkie nieszczęścia obwiniła Olafa. Stig - mając nadzieję na polepszenie stosunków z ojcem - wraz z przyjaciółmi postanawia pomóc Olafowi i na przepięknym okręcie o wdzięcznej nazwie "Czapla" wyrusza w podróż pełną przygód i niebezpieczeństw. 
"Kaldera" to powieść skierowana niewątpliwie do młodego odbiorcy. Główni bohaterowie nakreśleni są wyraźnie, a ich cechy charakteru nie pozostawiają wątpliwości co do ich mocnych i słabych stron. Dowódca okrętu Hal jest nieomylny i - co trochę drażniące - wydaje się być również nieśmiertelny. Jedyna kobieta w Drużynie Lidia, to sprytna i gibka łuczniczka stanowiąca świetną ochronę dla załogi. Dwóch bliźniaków Ulf i Wulf można traktować trochę jak błaznów; zawsze w grupie ktoś taki się znajdzie. Należy jednak pamiętać, że w potrzebie oboje wykazują się sprytem i przebiegłością. Stig jest lojalnym, choć trochę porywczym pierwszym oficerem, a Thorn - doświadczonym wojownikiem, któremu brak ręki wcale nie przeszkadza w skutecznym władaniu mieczem. Wszyscy bohaterowie tworzą zgraną drużynę, w której nie ma miejsca na swady i kłótnie. Trochę to nudne, ale pamiętajmy, że odbiorca, do którego powieść jest skierowana ma -naście lat i potrzebuje przynależności do zgranej grupy rówieśniczej. Niewątpliwie "Kaldera" ukazuje właśnie taką drużynę - ludzi, którzy znają się nawzajem i mogą na sobie polegać. 
Fabuła jest taka .... bajkowa. Mamy piratów, bogactwa, młodego chłopca w niewoli i zadanie do spełnienia przez naszych bohaterów. Sporo tu zagadek, ciekawych zwrotów akcji i świetnych dialogów. W powieści nie ma miejsca na nudę. Ciągle coś się dzieje, a lekkie pióro autora i szybkie dialogi powodują, że od powieści nie można się oderwać. Bajkowe mistrzostwo świata. 
Jeżeli ktoś szuka ukrytych znaczeń i głębszych prawd do przekazania to musi sięgnąć po inną książkę. "Kaldera" jest przepiękną baśnią dla młodzieży, ale nic więcej. Tylko czy coś więcej potrzeba? Moim zdaniem absolutnie nie. Należy po prostu poddać się magii powieści i pozwolić sobie na chwilę zapomnienia...

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Rozdawajka z Norą Katarzyny Puzyńskiej

Długo wyczekiwany tom zawierający kolejną mroczną zagadkę. Uwielbiam książki Katarzyny Puzyńskiej z Lipowem w tle. Ten nastrój i klimat nie ma sobie równych. Uwielbiam pyskatą Klementynę, czy też niezastąpionego Daniela Podgórskiego. Zagadki są świetnie skonstruowane... nic tylko czytać. Macie ochotę?
Dzięki Wydawnictwu Prószyński i spółka mam dla chętnych czytelników mojego bloga jeden egzemplarz najnowszej książki pt. "Nora". Ponad 800 stron wspaniałej literackiej przygody szuka nowego domu... Zapowiada się rewelacyjnie. Chętnych do zapewnienia "Norze" nowego dachu nad głową (okładką) proszę o pozostawienie komentarza pod postem. 20 kwietnia Młodszy wskaże paluszkiem szczęśliwy post i autora, do którego powędruje "Nora". 

Zapraszam! Wraz z autorką życzę Wam wszystkim, fascynującej lektury. 

czwartek, 12 kwietnia 2018

RÓŻOWA CZAPECZKA NIECH ŻYJE!!!

Ależ się ubawiłam :-))) Uśmiałam się do łez, rżałam jak konik na pastwisku, aż bolały mnie mięśnie brzucha. To własnie jest myślenie, jakie lubię. Nie szczerzymy kłów, nie machany szabelką, a mówimy o rzeczach ważnych z uśmiechem i życzliwością.  I zapewniam, że każdy zapamięta, że ta śmieszna książeczka o różowej czapeczce dotyka śmiertelnie poważnego tematu jakim są prawa kobiet - a właściwie ich brak. 
Na początku nie było czapeczki. A potem... już była. Jej życie było burzliwe. Kot porwał czapeczkę, a potem znalazły ją dzieci. Bardzo trudno było o czapeczkę ale w końcu udało się ją zdobyć. Miała wiele, bardzo wiele zastosowań. Aż w końcu pies wykradł czapeczkę, a dziewczynka uratowała czapeczkę. Zabrała ją do domu, gdzie czapeczka została wyprana i wysuszona. Dziewczynka ubrała swoją czapeczkę i używała jej, aż pewnego dnia wyszła na ulicę, gdzie wszyscy inni też mieli na głowach różowe czapki. 

To właściwie wszystko, ta prosta treść (a przecież pełna odniesień, aluzji i metafor) została okraszona wspaniałymi ilustracjami gdzie oprócz czarnej kreski występuje tylko jeden kolor - róż. Wiadomo przecież że facet różu nie nałoży, więc czego symbolem jest różowa czapeczka? 
Wszystko wyjaśnia się na ostatnich stronach, gdzie autor uświadamia czytelnikowi, że nieważne, czy idziemy w manifestacji pod szyldem różowych czapeczek czy czarnych parasolek. Ważne jest to, że idziemy razem - ramię w ramię. Że łączy nas idea, razem potrafimy głośno o niej mówić i w razie konieczności jednym głosem krzyknąć NIE!!!
Głosy na temat "Różowej czapeczki" są rożne. Jedni - że totalna klapa, inni - że wspaniałe dzieło. Ja raczej jestem po środku. Wspaniałości bym w tej książeczce nie szukała, ale urzekła mnie prostym i jakże trafionym podejściem do tematu. Na pewno zostanie mi w głowie. Na długo. 


środa, 11 kwietnia 2018

Kapitan Majtas i wyniki rozdawajki

Przygody Kapitana Majtasa to najbardziej zwariowana seria książeczek, jaką do tej pory miałam przyjemność trzymać w rękach. To zupełnie odlotowa historia, w której autor zawarł najbardziej odjazdowe pomysły, jakie mu przyszły do głowy. Wehikuł czasu w postaci karmazynowego kibelka ? Proszę bardzo. Pierścień hipnozy i sok supersiły? Proszę bardzo. Babunia - Gorsetunia i Dziadek Gatek? Nic prostszego!
Ósmy tom przygód Kapitana Majtasa o przedziwnym tytule "Kapitan Majtas i kretyńskie kombinacje kosmitów z karmazynowego kibelka" są już tak dojechane, że bardziej chyba nie można. Nasi bohaterowie, George i Harold, podróżując wehikułem czasu, dotarli do zwariowanego miejsca, w którym wszystko jest na opak. Nauczyciele są przesympatyczni, wuefista - wysportowany, a posiłki w stołówce pachną przepysznym jedzeniem, a nie starą szmatą. Niestety, jest też zła wiadomość. Skoro w rzeczywistości George i Harold są bohaterami pozytywnymi, a dyrektor Krupp jest zły, to w krainie, gdzie wszystko jest na odwrót - charakter bohaterów również się zmienia. Dyrektor Krupp uważa psikusy chłopców za wyjątkowo zabawne, a tamtejsi George i Harold są paskudnymi dzieciakami. Ich psoty są nieobliczalne. Pozwalają sobie nawet na porwanie pterodaktylka Krakersa i cybernetycznego chomika. Chłopcy - chcąc uratować pupilów - muszą stanąć w szranki ze swoimi sobowtórami. Kiedy do tego dołożymy dorosłych, psujących plany kolacją z okazji dnia dziadków... Cóż - kapitan Majtas na pewno będzie miał co robić!


Książeczka jest naprawdę świetna. Przede wszystkim napisana jest językiem, który z zasady zachwyci małolatów. Dorośli niewątpliwie będą zdziwieni bo czytanie o kibelku, siuśkach i głupkach, nie zawsze znajdzie zrozumienie w ich oczach. Ale wystarczy, że przypomnimy sobie jakie tematy nas interesowały w dzieciństwie. Już? I wszystko jasne. 
Drugą zaletą są ilustracje. Masa ilustracji, które nie zawsze są grzeczne i powodują niczym niestłumioną radość w oczach małego czytelnika. Goła dupka u Babci i majty w grochy u dziadka dadzą efekt murowany. Cały dom pokłada się ze śmiechu. 


Książka zawiera kilka dodatkowych historyjek wplecionych we właściwą treść książki. Mają One formę komiksu i rewelacyjnie uatrakcyjniają lekturę. Wiadomo przecież, że mały czytelnik długo nie wysiedzi w jednym miejscu. Lektura komiksu, do którego można co pewien czas powrócić jest bardzo dobrym pomysłem. 
A na zakończenie coś, co tygrysy lubią najbardziej, czyli ruchome obrazki. W poprzednich tomach były również i Młodszy, biorąc nowy tom do ręki, rozpoczął lekturę od kartkowania książki w poszukiwaniu ruchomych atrakcji. Ołówek, wokół którego zostanie zakręcona stroniczka i heja! Zabawa murowana.  
Książeczki o kapitanie Majtasie recenzowałam już wcześniej i za każdym razem zachęcałam młodych czytelników do lektury. Teraz nie będzie inaczej. Ósma część trzyma poziom. Wysoki. Miłej zabawy. :-) 


I czas na rozdawajkę, o której pisałam tu. Młodszy zerknął na zgłoszenia i stwierdził, że są dwa komplety nagród i dwaj anonimowi uczestnicy zabawy. Tak więc Aga i osoba, która podpisała się mailem ptasznik@wp.pl otrzymają książeczki. Pozdrawiam serdecznie i miłej lektury życzę. 
Kochani - informacja na mailu. 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Elf i dom strachów

Mój syn jest szaleńczo zakochany w książkach p. Marcina Pałasza o przygodach przesympatycznego psiaka o imieniu Elf. Przesympatyczne opowieści urzekły Młodszego nie tylko ciekawą fabułą, ale również świetnym pomysłem na ubarwienie lektury. Otóż co pewien czas wydarzenia opowiadane są z punktu widzenia psiaka. Młodszy zaśmiewa się do rozpuku kiedy czyta o podsikiwaniu drzewek czy też o wspaniałym zapachu psiej kupy... Sami mamy psa, który jest piątym członkiem rodziny i tylko szkoda, że nie mówi po ludzku. . 
"Elf i dom strachów" to czwarty tom przygód naszych bohaterów. Tym razem Pan Marcin wraz z psem i synem zwanym potocznie Młodszym, trafiają do nowo otwartego pensjonatu w którym...straszy. Przesuwające się po ścianie obrazy, pojawiające się postacie podobne do Hatifnatów rodem z doliny Muminków, czy też literki na lodówce układające się w zdania - to wszystko czeka na czytelnika na kartach książki. Powieść jest trochę mroczna, ale zważywszy na tematykę - wybaczam. Niestety, w imieniu Młodszego (mojego Młodszego) wybaczyć nie mogę jednego - w każdym kolejnym tomie autor coraz mniej miejsca oddaje Elfowi. W pierwszym tomie wypowiedzi psiaka było naprawdę sporo, a potem im dalej, tym skromniej. Szkoda, bo dla dziewięcioletniego czytelnika "psie wstawki" są naprawdę atrakcyjne i czynią z tych książek coś niespotykanego. 
Młodszy wraz z ojcem i psem postanawiają rozwikłać zagadkę straszącego pensjonatu. Wyposażeni w najwyższej klasy sprzęt śledzą duchy i stwory. Robi się strasznie i mroczno, kiedy na lustrze zaczynają pojawiać się napisy, a garnki same spadają z szafek. Na szczęście nasze chłopaki nie dają się nabić w butelkę. Tyko czy aby na pewno wszystko jest udawane? 
Świetna książka, ale po tym tomie musimy sobie zrobić chwilkę przerwy od Elfa. Co za dużo to niezdrowo :-)))
Na zakończenie dodam, że książki o Elfie powinny być lekturą w szkole podstawowej. Zachwycone dzieciaki czytałyby na korytarzach szkolnych. Jak mój Młodszy!

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Poszukiwaczka

Taka fantastyka to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Wpadasz w świat trochę inny od naszego, zatapiasz się w nim i przeżywasz przygody zupełnie oderwane od rzeczywistego świata. Sędziowie, Poszukiwacze, magiczne moce, niesamowite bronie, które każdą walkę czynią niespotykaną... rewelacja. 
"Poszukiwaczka" to pierwszy tom trylogii, która w pewnym momencie była dość mocno obecna w internecie. Piękna okładka kusiła mnie dość długo, aż w końcu powieść wpadła w moje ręce. Nie ukrywam, że oczekiwałam wiele zwłaszcza, że opis książki mocno przyciągał. Nie zawiodłam się i mogę uczciwie powiedzieć, że czas spędzony nad tą książką był czystą przyjemnością. 
Poszukiwacze to wybrańcy - ludzie mający misje do spełnienia. Mają czynić dobro, chronić słabszych i walczyć ze złem. Aby zostać poszukiwaczem należy przejść mordercze szkolenie, trwające kilka lat. Dopiero po jego zakończeniu można przystąpić do ceremonii, która w pełni umożliwi korzystanie z mocy Poszukiwaczy. Dla Quin ceremonia nie była niestety niczym wzniosłym. Odarła ją ze złudzeń i pokazała, jak wiele musi się jeszcze nauczyć. Niestety walki o Athaman (sztylet o wyjątkowych właściwościach) mocno nadwyrężyły pojmowanie dobra przez Poszukiwaczy. Prowadzone spory pomiędzy przedstawicielami poszczególnych rodów i potrzeba dominacji ich przywódców spowodowały, że wszystko przewróciło się do góry nogami. Szkolenia nowych poszukiwaczy - wśród których znaleźli się głowni bohaterowie powieści - całkowicie zmieniły cel dla którego były prowadzone. To nie chęć pomocy, a chęć zemsty, zaczęła być myślą przewodnią mistrzów. 
Kiedy skończyłam czytać powieść byłam zafascynowana. Urzekł mnie świat, urzekli bohaterowie i cała otoczka związana z poszukiwaniami Athamenu. Autorka w nasz realny świat wplotła elementy rodem z fantastyki, uatrakcyjniając w ten sposób lekturę. Przykładem niech będzie Hongkong, w którym dzieje się spora część akcji. Miasto rzeczywiście istniejące, jednak w powieści głównym elementem tego miasta jest Most. Na Moście ludzie żyją, jedzą i spotykają się. Dostanie się na Most, dla osób nie będących stałymi mieszkańcami, graniczy z cudem. Pod Mostem natomiast toczy się drugie życie. Przywodzi to na myśl "Wodny świat", gdzie też niby wszystko działo się w naszym świecie, ale fantastyczne elementy wplecione w ten świat dawały poczucie rzeczywistości rodem z bajki. 
"Poszukiwaczka" może pochwalić się bardzo sprawną fabułą. Krótkie rozdziały powodują, że akcja mknie jak szalona. Narracja prowadzona jest w trojaki sposób - bo tylu mamy głównych bohaterów. Quin, Shinobu i John naprzemiennie opowiadają o wydarzeniach, co pozwala na ocenę sytuacji z kilku punktów widzenia. Daje to niesamowity efekt zwłaszcza, gdy jedno zdarzenie zazębia dwa kolejne rozdziały. Jest też wątek Sędziów, ale on jest tak trochę obok, choć nie powiem - wciągający mocno. 
Autorka ma dar do tworzenia szczegółowych i realistycznych opisów. Znacie to uczucie, kiedy oglądacie film i na widok krwi zamykacie oczy bo boicie  się tego, co za chwilę się wydarzy? Tak miałam własnie przy lekturze Poszukiwaczki - choć sami przyznacie, że ciężko czytać książkę z zamkniętymi oczami... Walki na pokładzie podniebnego okrętu, starcia sędziów, czy pościgi bohaterów są zaskakujące i bardzo wciągające. Wielki szacunek dla autorki za stworzenie takiego świata. 
Książkę czyta się świetnie i polecam każdemu, kto ma ochotę pomknąć z szybkością błyskawicy przez świat Poszukiwaczy. Teraz przede mną tom drugi - podobno lepszy ! 

Opowiadania lżejsze od powietrza

Jak sami wszyscy wiecie, książki możemy podzielić na te ambitne i te... hmmm... mniej ambitne. Daleka jestem od czytania książek z serii Harlequin, czy też gazetowej wersji Dynastii, ale przecież nie samym przysłowiowym Tołstojem człowiek żyje. Książki lekkie też muszą być na tym świecie. Przy ich lekturze można się pośmiać, odpocząć i oderwać od codziennych trosk. "Opowiadania lżejsze od powietrza" są właśnie takie. 
Cudowne jest to, że na pierwszy rzut oka autorka miała na celu stworzenie książki właśnie takiej - lekkiej, łatwej i przyjemnej. Jeżeli czytelnik po prostu przemknie po fabule opowiadań to stwierdzi, że one naprawdę są lżejsze od powietrza. Delikatne, trącające jedynie struny emocji czytelnika, świetnie pozwalają oderwać się od rzeczywistości. Ich lektura kojarzy się troszkę z czytaniem bajek na dobranoc. Każde z opowiadań jest odmienne, nie ma wspólnego mianownika, jest za to spora dawka ironii przeplatanej humorem. Zagłębiając się bardziej w ich sens, odczucie jest już inne, ale o tym za chwilę. 
Opowiadanie o ciotkach, które wylądowały w więzieniu za napad na kantor pokazuje, że nawet to co nas złego spotyka, można przekuć z korzyścią dla siebie. Cioteczki nie załamały się i nawet w więzieniu starały się radzić sobie, jak umiały najlepiej. A zakończenie... rewelacja! 
Kot Oxford trochę trąci fantastyką, ale w realiach polskiej rodziny robi wrażenie niemałe. Gadający kot, pouczający gości co do kultury i taktu, czy też rozmawiający z księdzem kanonikiem, to naprawdę nie lada gratka dla szanownego czytelnika. Były momenty że śmiałam się do rozpuku, wyobrażając sobie kota mającego wszystko i wszystkich w głębokim poważaniu. 
Zupełnie inny oddźwięk ma opowiadanie o mieszkańcach rosyjskiej kamienicy. Tu moje uczucia były dość burzliwe, bo ciężko czyta się o biedzie i ludzkim nieszczęściu. Na szczęście szybko okazało się, że to opowiadanie też jest lżejsze od powietrza, a początek to tylko wstęp do głównej - zresztą pięknej - historii. 
Zupełnym zaskoczeniem było dla mnie opowiadanie o porach roku. Cudna, wręcz zjawiskowa narracja wprowadziła mnie w dobry humor i założyła mi na nos różowe okulary. 
Przy lekturze "Opowiadań lżejszych od powietrza" trzeba uważać, bo łatwo można poddać się ułudzie. Te opowiadania są rzeczywiście lekkie, można wręcz powiedzieć - bajkowe. Każde ładnie zamyka się w całość, w każdym znajdziemy jakieś przesłanie... mówiąc wprost - zakończenie z morałem. Kiedy jednak przedrzemy się przez tą - wydawałoby się prostą fabułę - zauważymy, że autorka chciała nam przekazać coś więcej, niż tylko ładną historyjkę. Magia tych opowiadań pozwala na odcięcie się od rzeczywistego świata i spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość w trochę odmienny sposób. I co widzimy? Pod powłoczką lekkości schowany jest cierpki świat pełen problemów i skaz. 
Opowiadania czyta się bezbłędnie. Czytelnik ma wrażenie że stąpa po pękatych obłoczkach, albo turla się po łące pełnej kwiatów. Tylko trzeba pamiętać, że w obłoczkach może być dziura, a w trawie leżeć g.... 
I ta okładka! Grafika bez żadnych wątpliwości nawiązuje do Mary Poppins. Cudna jest po prostu. Stare kamieniczki na tle błękitnego nieba i te kobitki maszerujące za spasionym kocurem. Kocham tę książkę choćby za okładkę. :-) 
Polecam Waszej uwadze tę śliczną książkę z frapującą zawartością Spróbujcie przedrzeć się przez pokłady lekkości, a dojrzycie to, co w życiu najważniejsze. Wiarę w drugiego człowieka i przekonanie, że wszystko będzie dobrze. Czego i Wam życzę.

środa, 4 kwietnia 2018

Rozdawajka z Kapitanem Majtasem

O przygodach Kapitana Majtasa pisałam już kilkukrotnie. Bohater komiksu dla dzieci, którego lektura powoduje niekontrolowane skurcze żołądka. Nie ma znaczenia, czy masz lat 5 czy 105 - czytając samemu, czy z pociechą na pewno uśmiejesz się do łez. Młodszy,  czytając Majtasa, parskał śmiechem co kilka stron. Starsza jeszcze nie wzięła książki w swe ręce - ale wszystko przed Nią.  Nic straconego! :-) 
Seria o Kapitanie Majtasie powstała z myślą o najmłodszym czytelniku. Dav Pilkey stworzył przesympatycznego superbohatera wiele lat temu, ale do Polski trafił On stosunkowo niedawno i podbił serca nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Wydawnictwo Jaguar z wielkim rozmachem wydało 7 tomów tego komiksu, a ostatnio przyszedł czas na ósmy i dziewiąty. 
Nie czytałam jeszcze choć oba tomy dotarły już pod strzechę mego domostwa. Nie wątpię, że zabawa podczas lektury jest przednia, co wnioskuję z chichotów, jakie dochodzą z pokoju Młodszego. Parska i prycha niczym młody źrebak na wiosennej łące. Cóż - muszę cierpliwie poczekać, aż Kapitan Majtas zostanie przekazany w moje ręce. 
Kochani moi - jeżeli macie ochotę na rozpoczęcie znajomości z przesympatycznym (i trochę nieogarniętym) kapitanem Majtasem, to mam dla Was propozycję. 


Od Wydawnictwa Jaguar otrzymałam dwa zestawy książek do rozdania. Wystarczy, że polubicie profil Kapitana Majtasa na Facebooku, a w komentarzu pod tym postem zadeklarujecie chęć otrzymania książek i potwierdzicie polubienie "Majtasowego profilu". Proszę też o podawanie maila, aby nie było problemu z nawiązaniem kontaktu :-)  
Na zgłoszenia czekam do 10 kwietnia. 11 kwietnia dam znać, do kogo powędrują zestawy. Zwycięzców, wylosuje największy fan Kapitana Majtasa czyli mój Młodszy. :-) 
Powodzenia