poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Skazy

Skazy to piękna książka. Historyczna powieść o tożsamości miasta i ludzi; o tym, że warto posłuchać siebie nie patrząc na to, co się dzieje dookoła. Gdańsk zawsze był troszkę inny niż pozostałe miasta. Zawsze miał predyspozycje do całkowitej samodzielności. Co i rusz Gdańsk był Wolnym Miastem. Nawet gdy ktoś wyciągał po Niego rękę (najczęściej oczywiście Niemcy), po pewnym czasie miasto powstawało z kolan i znowu błyszczało autonomią na mapie. To miało swoje plusy i minusy. Gdańsk bardzo długo był ostoją dla obcokrajowców prześladowanych w swoich krajach. Jako Wolne Miasto nie obawiało się niczego i nikogo. Niewątpliwie jednak miało to wpływ na brak poczucia tożsamości mieszkańców miasta. przy takiej mozaice narodowości trudno mówić o spójnej polityce. 
"Skazy" to powieść umiejscowiona w okresie międzywojennym. Poznajemy losy bardzo bogatej i liczącej się rodziny Hollenbachów, której nestor czuje się Niemcem i nie może przeboleć tego, że Gdańsk ma powrócić do odradzającej się Rzeczpospolitej. Poznajemy losy dwóch sióstr Hollenbach, które wzrastając w międzywojennym Gdańsku, obserwują rozwój miasta. Kiedy dziewczęta dorastają, losy rzucają je do Berlina. Dziewczęta muszą uporać się z rozwojem kabaretów i rozwiązłością moralną z jednej strony, a z drugiej z politycznymi zmianami spowodowanymi dojściem do władzy Hitlera. 
Książka pokazuje jak maluczki jest człowiek. Jak jednostka niesiona falami historii musi unosić się wraz z nią - nie ma siły płynąć pod prąd. 
Dwa poboczne wątki (jeden umiejscowiony współcześnie, a drugi w XVII wieku) nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Uważam, że zostały napisane na siłę, tylko po to, aby urozmaicić fabułę. Szkoda, bo Ona nie wymaga urozmaicania. Jest sztuką sama w sobie. A tak autorka stworzyła dwa wątki, które są bezpłciowe i właściwie nic nowego nie wnoszą. Ani współczesna tajemnica nie rozpala uszu z ciekawości, ani wcześniejsze dzieje rodu nie powalają czytelnika z nóg. 
Warto sięgnąć po "Skazy". Jest to powieść pięknie napisana i wciągająca czytelnika w wir wydarzeń. Trochę to banalnie brzmi ale tak naprawdę jest, więc po cóż szukać bardziej wzniosłych słów :-) 

piątek, 24 sierpnia 2018

Lena z 7a

No i co ja mam napisać? "Lena z 7a" to powieść dla nastolatek, którą rzuciłabym w kąt po lekturze pierwszych 20 stron, gdyby nie to, że zobowiązałam się ją zrecenzować. Męczyłam się podczas czytania okrutnie. Perypetie przesympatycznej uczennicy byłyby może porywające  dla uczennic podstawówki gdyby nie to, że młode głowy należy przed tą książką bronić. Książka ma tyle wad, że przesłaniają one całe dobro tej powieści, które i tak jest wielkości ziarnka maku. Słownictwo i budowa zdań na miarę umiejętności literackich bohaterki. Zdania wielokrotnie złożone są w tej książce naprawdę rzadko spotykane. Ubogie słownictwo i nadmiar mowy potocznej powodują, że podczas lektury moje serce krwawiło. Chcecie próbkę? Proszę bardzo.
„Tuż za ogrodzeniem targowiska Antek nagle skręcił w prawo. Lena powinna przejść przez skrzyżowanie i skierować swoje kroki w lewą stronę. Podjęła jednak decyzje, że pójdzie za nim. Strach paraliżował ją coraz bardziej. Antek szedł w stronę Mostu Trzebnickiego. Nagle zatrzymał się na światłach. Spojrzała. Świeciło się czerwone światło. (...) Antek przeszedł przez most. Ona także. Szedł jeszcze jakiś czas prosto”.
287 stron pisanych w stylu rozbudowanego telegramu to trochę za dużo jak na moje skołatane serce. Pochwalę się jednak, że dzielnie dotarłam do końca powieści, co więcej - po zamknięciu książki moje odczucia były nie tylko złe. Gdzieś tam wyłaniał się skrawek tęczy, który wynikł z poruszanego w książce tematu.
Lena jest uczennicą wrocławskiej podstawówki. Czynnie działa w harcerstwie, ma kochającą się rodzinę i dwie przyjaciółki. Pewnego dnia do klasy Leny przychodzi nowy chłopiec - Antek. Jest zamknięty w sobie i tajemniczy, co tylko pobudza ciekawość dziewcząt. Jak nietrudno się domyśleć Lena i Antek zakochują się w sobie. Autorka dość topornie opisuje budzące się uczucie, jednak to jestem w stanie przeboleć. Nie mogę jednak przejść do porządku dziennego nad słownictwem, które autorka wkłada w usta bohaterki. Moja Starsza jest dokładnie w wieku Leny i nie słyszałam, żeby odzywała się tak, jak bohaterki powieści. "Wbijasz do mnie?" zamiast "Przyjdziesz do mnie?" to tylko próbka. Jeżeli do tego niechlujnego języka dodamy błędy gramatyczne w stylu "wchodzę na salę" zamiast "do sali"...
Miałam nie narzekać, a tu znowu. Dobra teraz o plusach. Nasz bohater, Antek, ma siostrę Klarę. Dziewczynka cierpi na zespół Retta. Jest to uwarunkowane genetycznie zaburzenie w rozwoju, które w znacznym stopniu upośledza rozwój dziecka. Dzieci te nazywane są Milczącymi Aniołami. Autorka, tworząc ten wątek, skupia się raczej na emocjach Antka, który bardzo kocha swoją siostrę, jednak nie zawsze radzi sobie z jej chorobą. Chłopiec pomaga rodzicom i rozumie, dlaczego życie rodziny podporządkowane jest pod potrzeby Klary. Nie oznacza to jednak, że zgadza się z tym, aby stale być na drugim planie. Lena musi oswoić problem i uporać się zarówno z emocjami chłopca, jak i własnymi.
Wątek Milczących Aniołów to jedyny wątek zasługujący na uwagę. Reszta mnie po prostu drażniła. Wyimaginowane problemy trzech przyjaciółek, których przyjaźń poddana jest próbie. Sztywne i nierealne rozmowy za pośrednictwem komunikatorów internetowych... nawet opowieści o harcerstwie mnie drażniły choć sama przecież działam w ZHP. Może właśnie dlatego... Materiały, z których autorka czerpała pomysły do opisów zbiórek i zajęć harcerzy pochodzą chyba ze "Świata Młodych". Dzisiejsze zbiórki wyglądają zupełnie inaczej, a do tego nie znam drużyny starszoharcerskiej, która miałaby zbiórki wspólnie z zuchami.To oczywiście zdarza się bo przecież służba harcerska na rzecz maluchów jest częsta, ale na pewno nie jest to regułą.
Lena z 7a to książka, która jest idealnym przykładem tego, jak nie należy pisać powieści dla młodzieży. To książka, której za żadne skarby nie dam do przeczytania mojej córce, bo zepsuje sobie "pióro", które właśnie ślicznie jej się wykształca. Z drugiej strony temat Milczących Aniołów jest rzadko poruszany i tylko dlatego cichutko szepnę. że może warto jednak zajrzeć.
Może jestem trochę niesprawiedliwa. Może autorka użyła takiego języka chcąc stworzyć powieść, którą młodzi odbiorcy przyjmą, jak powieść autorstwa "ziomka z bloku obok". Ja jednak stanowczo mówię nie takiemu podejściu. Młodzi ludzie to często bardzo wartościowi ludzie, którzy czytają twórczość Tolkiena i Sienkiewicza. Książki pokroju "Leny z 7a" w ogóle nie powinny pojawiać się na księgarskich półkach.

piątek, 3 sierpnia 2018

Zlot ZHP GDAŃSK 2018 - będziesz?


Starsza - harcerka pełną gębą. Młodszy - zuch, jak się patrzy. Ja - wspieram działalność Poczty Harcerskiej Szczecin II. Jak może nas tam zabraknąć? Mój mąż szanowny również jedzie. On również wywodzi się z ZHP. Wspólnie śpiewaliśmy, łaziliśmy po Bieszczadach, prowadziliśmy drużynę harcerską... Działo się naprawdę wiele. 
Nie możemy ominąć takiego wydarzenia. ZHP trwa od stu lat. Spotyka się z wieloma burzami i sztormami - ale mimo to, trwa nadal. Bo harcerstwo to przyjaźń i ludzie, a nie polityka i smutni panowie. W czasie komuny też było - oczywiście, że tak. I dawało radość ogromną dzieciom w tych smutnych czasach. Teraz też jest i - co ważne - ma o wiele więcej możliwości. Jesteśmy członkami ruchów skautowych zrzeszających skautów z całego świata. Poszerzamy horyzonty i pokazujemy dzieciom, że komputer i smartfon to nie wszystko. Pokazujemy, że najważniejsza jest przyjaźń i zrozumienie. Tolerancja i radość z życia. Dążenie do celu i satysfakcja z sukcesu. 
Moja Starsza jest trochę wyalienowana w klasie. Dlaczego? Bo woli spodnie wojskowe od odkrytego pępka. I naprawdę sytuacja w szkole niewiele ją obchodzi. Wie, że ma przyjaciół w każdym zakątku Polski, a mundur i chusta otwierają Jej wiele zamkniętych dla cywilów drzwi. Wie, że zawsze może liczyć na tych, którzy są wierni harcerskim ideałom. 

Pozdrawiam wszystkich harcerzy! Do zobaczenia na Zlocie! 

czwartek, 2 sierpnia 2018

Pogrom 1905

Ostatnio mam dobry czas na książki retro. Przyznam się, że takie powieści, to miód na moje serce. Wyjątkowy klimat, jaki panował w polskich miastach na przełomie XX wieku nadaje tym powieściom specyficzny charakterek. Poza tym umiejscowienie powieści w tamtych czasach niewątpliwie zobowiązuje do dbałości o język. Żadne "Hej" czy też "Nara" nie ma tu prawa bytu. Jest za to piękna polszczyzna, okraszona zwrotami tak charakterystycznymi dla tamtego okresu. 
Kraków z początku XX wieku poznałam z książki "Seans w domu egipskim" Teraz przyszła kolej na Warszawę, która spogląda na czytelnika z powieści pt. "Pogrom 1905". Tę piękną, przedwojenną Warszawę, która w zaułkach i zakamarkach miasta, miała sporo za uszami. Polacy żyjący pod zaborami, ze wszystkich sił starali się uprzykrzyć zaborcom życie. Już na początku powieści jesteśmy świadkami wybuchu ładunku w cukierni, który przyczynia się do śmierci rosyjskiego urzędnika. Tak jest właściwie codziennie. Rosjanie traktują Polaków jak przestępców i boją się o każdy następny dzień. Poznajemy też półświatek prostytutek i sutenerów. Przyznam się, że z dziką radością czytałam fragmenty dotyczące codziennego życia tej warstwy społecznej. Tu na pierwszy rzut oka nie ma nic śmiesznego, ale autor tak obrazowo opisuje codzienne życie panienek i "Mamy", że naprawdę trudno jest nie napawać się tą specyficzną atmosferą. Szybko jednak mój uśmiech zamarł na ustach, kiedy doszłam do głównego wątku powieści. 
„Pogrom 1905" to powieść mówiąca o historii Warszawy nieznanej większości Polaków. Wiosną 1905 r. tłumy mieszkańców zaatakowały domy publiczne. Rozjuszona gawiedź mordowała, okaleczała i biła wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób byli związani z najstarszą profesją świata. Ucierpiały głównie dziewczęta, ale sutenerzy i właściciele burdeli również nie uniknęli okrutnego losu. Trudno powiedzieć, dlaczego te rozruchy nie spotkały się z reakcją władz. Autor jednak świetnie oddał nastroje wśród rosyjskich urzędników. Wyraźnie widać, że mają Oni po prostu nadzieję, że nasyłając poszczególne grupy społeczne na siebie i podsycając wzajemne animozje zmniejszą ilość ataków skierowanych bezpośrednio na zaborców. 
Powieść jest literackim majstersztykiem. Jej wielowątkowość absolutnie nie jest wadą, a jedynie nadaje całości wyjątkowego sznytu. Dzięki temu, czytelnik może oceniać rozwój wydarzeń z rożnych punktów widzenia. Trochę drażniły mnie opisy carskich urzędasów, którzy w każdej osobie narodowości polskiej widzieli potencjalnego bandytę. Natomiast - najpierw z rozbawieniem, a potem z przerażeniem śledziłam losy tej gromionej części społeczności. 
Atrakcyjność książki wynika również z wyjątkowej dbałości o język literacki. Tu nie ma miejsca na niedoróbki - tu jest piękny, ojczysty język z całą jego kwiecistością i mnogością epitetów. Każdy bohater jest inny i - jak każdy - budzi różne, skrajne emocje w czytelniku. Charakterystyczne jest to, że do wielu postaci autor nie pozwala się przywiązać. Pojawiają się i szybko znikają w gąszczu postaci i wydarzeń. Są takie postacie, które poznajemy na jednej stronie, a na kolejnej już się z nimi żegnamy, obserwując jak giną wskutek wybuchu. Z innymi wędrujemy przez całą powieść kibicując i obserwując bieg wydarzeń. 
Wisienką na torcie jest ówczesna Warszawa. Przemierzając wraz z autorem ulice tego miasta z przełomu wieków, możemy delektować się jego smaczkami, wadami i zaletami. Każdy z nas wie, że Warszawa wówczas cyrylicą stała, że były konne tramwaje, piękne kamienice i klimatyczne podwórka. "Pogrom 1905" obok takich oczywistych informacji przedstawia nam zupełnie nieznane smaczki. Informacja o nastoletnich niewolnicach trzymanych w obskurnych budach, czy też praktyki doktorka badającego przydatność prostytutek do zawodu, to takie smaczki, które powodują, że czytelnik czyta i czyta i czyta... 
Autor rewelacyjnie oddał klimat Warszawy, co w połączeniu z niewielkimi fotografiami z tamtego okresu ozdabiającymi początek każdego rozdziału sprawa, że lektura tej powieści jest czystą przyjemnością. 
"Pogrom 1905" to książka dla każdego, kto szuka z jednej strony przyjemności w czytaniu, a z drugiej wartościowej treści, która wzbogaci naszą wiedzę. Otóż to! 

wtorek, 31 lipca 2018

Dziewczyny z Wołynia

Kiedy czytam takie książki, łzy same się cisną do oczu, a w żyłach buzuje krew. Jak to możliwie, że człowiek człowiekowi zgotował taki los? Tylko dlatego, że byli Polakami, musieli zginąć. Od ciosu siekierą, z odrąbaną głową, zatłuczeni zwykłymi kijami... bez godności, bez pamięci, pochowani gdziekolwiek...
Książka jest częścią pięknej i wzruszającej serii pt. Historie prawdziwe. Każda książka będąca częścią tej serii opowiada o losach pewnej grupy ludzi. Wraz z córką z zapartym tchem przeczytałyśmy "Dziewczyny z powstania", pochłonęłyśmy również "Dziewczyny z Syberii" i kilka innych. Każda z tych książek jest bestsellerem, każda zasługuje na uwagę. Żadna jednak nie była tak bardzo drastyczna w opisach tego, co się działo....  
"Dziewczyny z Wołynia" to trochę mylny tytuł. Powinno być "Dzieci z Wołynia", albo "Dziewczynki z Wołynia". Te wspomnienia są właśnie dlatego bardzo poruszające, bo mówią o nich kobiety, które w 1943 r. - kiedy mordowanie Polaków było najbardziej zaciekłe - miały w najlepszym wypadku 16 lat. Najmłodsza z bohaterek książki miała wówczas 4-5 lat. Cóż musiało dziać się w tej małej główce.... 
Dziewczyny z Wołynia snują dla nas swoje opowieści, odsłaniając masakryczne szczegóły zbrodni, których były świadkami. Zbrodni na rodzicach, dziadkach, sąsiadach, a nawet osobach, które pojawiły się przypadkiem - przyjeżdżając w gościnę. Przeżyły cudem - zasłonięte ciałami innych zamordowanych, albo ukryte pod płotem, lub w stogu siana. Najczęściej zostawały zupełnie same - spłakane i zrozpaczone szukały pomocy gdziekolwiek. Same o sobie mówią, że przeżyły głównie po to, aby dać świadectwo.  
Każda z bohaterek książki opowiada o rzezi po swojemu. Jedna całą swoją opowieść poświęciła tej tragedii, inne tylko cząstkę, opowiadając również o tym, jak potoczyły się Ich losy po wojnie. Czytając te opowieści, czytelnika nie opuszcza uczucie strachu i zagrożenia. Nawet w dorosłym życiu kobiety te, raz po raz przeżywają rozpacz tamtych dni. Jedna z nich mówi wyraźnie, że bardzo trudno jest wybaczyć... Należy pamiętać, że przez bardzo długi okres ocalałe z rzezi kobiety nie mogły mówić o tym, co widziały. Za czasów komuny rzeź wołyńska nie istniała, a mówienie o niej mogło sprowadzić tylko nieszczęście i więzienie. Dopiero po upadku komunizmu, nasze bohaterki mogły wrócić do swoich rodzinnych stron. Wiele jest w książce zdjęć, które pokazują zarośnięte chaszczami pole i zawierają podpis: Tu stał dom rodzinny...." 
Dziewięć bohaterek, dziewięć historii... każda inna, a jednocześnie każda, jakże podobna do kolejnej. Ich opowieści są poruszające. Każda wspomina życie przed wojną - piękne stroje, dostatek, sielskie dzieciństwo, dobre serce sąsiadów. Kilka z nich wspomina, że mieszkańcy nie zwracali uwagi na narodowość sąsiada. Żyli ramię w ramię, jak równy z równym. Aż do wojny, kiedy to wszystko się skończyło. 
Porażająca książka, która powinna być czytana wszędzie i przez każdego. Musimy pamiętać sami i nie dać zapomnieć innym. Dla tych ludzi, którzy umierali tylko dlatego, że byli naszymi rodakami. Musimy pamiętać, bo z książki wyraźnie wynika, że na Ukrainie nadal są dwie prawdy...

poniedziałek, 30 lipca 2018

Seans w Domu Egipskim

"Seans w Domu Egipskim" to książka, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia, a raczej od pierwszej strony. Nastrój panujący w powieści jest taki, jak okładka - mroczny, dekadencki, wręcz diabelsko uduchowiony. Taki kryminał retro pobudza wyobraźnię czytelnika i sprawia, że człowiek boi się otwartej szafy i skrzypiących drzwi...
Zaćmienie księżyca to dla Profesora Szczupaczyńskiego i jego szanownej małżonki dobry pretekst do spotkania się w gronie znajomych i przyjaciół. Do domu egipskiego (nazwanego tak ze względu na ozdoby i rzeźby znajdujące się na fasadzie) przybywają szanowni mieszkańcy Krakowa oraz medium. Niestety podczas seansu spirytystycznego jeden z uczestników całego zamieszkania umiera. Oczywiście profesorowa Szczupaczyńska, uzależniona wręcz od rozwiązywania zagadek kryminalnych, od razu znajduje się w swoim żywiole. Po nitce do kłębka, pomalutku, ale cierpliwie rozwiązuje zagadkę morderstwa. 
Powieść urzekła mnie z dwóch powodów. Po pierwsze autorka świetnie oddała klimat Krakowa u schyłku XIX wieku. Te wąskie uliczki, dorożki, błoto i ciemności... czytelnikowi aż zapiera dech od duchoty drobnomieszczańskiego życia. Wszechobecne pozory, życie na pokaz i drobnomieszczańskość powodują, że książka jest trochę satyrą na tamte czasy. Nie ulega jednak wątpliwości, że te wszystkie drobiazgi składają się na jedyne w swoim rodzaju tło, dla świetnie skonstruowanej zagadki kryminalnej. 
Drugi powód mojej miłości to rewelacyjne pióro i słownictwo użyte w powieści. Dbałość o szczegóły i kwiecistość językowa bohaterów powieści jest po prostu urzekająca. Czytelnik czuje się tak, jakby przeniósł się w czasie i wraz z profesorową przemierzał Kraków od domu do domu w poszukiwaniu mordercy. Do łez ubawiła mnie służąca Szczupaczyńskich, która - znając swoją wartość - pozwalała sobie na uszczypliwe uwagi w stosunku do Państwa. Zresztą takich scenek budzących salwy śmiechu, w tym "czarnym" skądinąd kryminale, jest więcej. 
Rozwiązanie zagadki kryminalnej jest zaskakujące. Bardzo podobała mi się możliwość śledzenia, krok po kroku, poczynań Pani profesorowej. Dzięki temu mogłam przy rozwiązaniu zagadki delektować się zauważonymi szczegółami i drobiazgami, które w całości złożyły się na sukces dochodzenia. 
Nie potrafię słowami oddać tego, co jest najbardziej urzekające w tej książce. Aby opisać jej nastrój, potrzeba czegoś więcej, niż tylko słów. Napiszę więc tylko, że "Seans w Domu Egipskim" to naprawdę świetny kryminał, który - dzięki zgrabnemu umiejscowieniu akcji w dziewiętnastowiecznym Krakowie - stał się prawdziwą perełką na rynku wydawniczym i zupełnie zasłużenie, w wielu księgarniach okrzyknięto go bestsellerem

czwartek, 26 lipca 2018

Po dwóch stronach barykady. Miłość za żelazną kurtyną

Sprawa elbląska to wydarzenia, o których wielu mieszkańców tego miasta wolałoby zapomnieć. Kiedy w 1949 roku spłonęła hala produkcyjna zakładów mechanicznych Zamech, władza komunistyczna postanowiła wykorzystać tę tragedię. Po pożarze, pod zarzutem sabotażu Urząd Bezpieczeństwa aresztował ponad 100 osób. Część aresztowanych nie miała żadnych związków z tragedią. Aresztowania objęły głównie reemigrantów z Francji, którzy zostali oskarżeni o tworzenie siatki szpiegowskiej. Wiele osób zmarło podczas śledztwa lub krótko po nim. Był to najbardziej odczuwalny w Elblągu akt stalinowskiego terroru. W 1956 roku wszystkich skazanych uniewinniono. 
Tyle historii. Przerażające jest to, że gdyby w moje ręce nie trafiła książka pt. "Po dwóch stronach barykady. Miłość za żelazną kurtyną" nie miałabym pojęcia o tych wydarzeniach. Tylu ludzi i tyle nieszczęść odeszło w zapomnienie. Należy wydawać takie książki właśnie dla pamięci. Żeby nie zapomnieć. 
Bronek Basista niewiele wie o przeszłości swoich rodziców. Swojego ojca ledwie pamiętał, a matka nigdy nie chciała rozmawiać o wydarzeniach z młodości. Jednak, kiedy okazało się, że Bronek może starać się o odszkodowanie za krzywdy rodziców, których doznali za czasów komuny - zaczął przeglądać dokumenty i papierzyska pozostałe po rodzicach z tamtych czasów. Niewiele tego było, ale może jednak się uda. 
Mam wrażenie, że osoba Bronka jest w powieści jedynie przyczynkiem do ukazania losów Agaty i Michała. Bronek jest taki jak i cały wątek, którego jest bohaterem - trochę bez charakteru, taki niemrawy i bez uczuć. Może i nie jest to właściwe w sytuacji, gdy z innych wątków rzeką wylewają się emocje, ale niewątpliwe pozwala to odpocząć czytelnikowi od nadmiaru szczegółów i informacji, którymi zalewa nas autorka przedstawiając losy rodziców. 
Tak naprawdę fabuła książki prowadzona jest dwuwątkowo i opiera się na postaciach Agaty oraz generała Bolesława Nieczuja - Ostrowskiego. Matka Agaty przybyła do Francji przed wojną, w poszukiwaniu pracy. Los nie szczędził jej bólu i rozczarowań. Kiedy poznała Michała, zakochała się w nim bez pamięci. Nie przeszkadzało jej, że mężczyzna ma w Polsce żonę i dwójkę dzieci. Szybko związała się z Michałem, a owocem związku była właśnie Agata. Michał szybko pokazał swoje prawdziwe oblicze i na samym początku wojny powrócił do Polski zostawiając we Francji Marię z dzieckiem. Agata szybko dorastała w silnym poczuciu bycia Polką. Żyła w ciągłej tęsknocie za ojczyzną podsycaną przez matkę. Niestety obraz Polski, jaki miała był w dużej mierze wykreowany przez stalinowską propagandę. Ani Ona ani matka nie wierzyły w zbrodnie katyńskie, choć w kronice filmowej widziały czaszki ze śladem po kuli. Propaganda była silniejsza i to pod jej wpływem kobiety postanowiły jednak wrócić do kraju. Jakież było zdziwienie, kiedy zamiast bogatego państwa zastały biedę i terror. 
Z powieści wyziera tragedia tamtych czasów i rozpacz pojedynczego człowieka, który nic nie może poradzić na panoszące się dookoła zło. Może tylko dzień po dniu walczyć o przetrwanie swoje i swojej rodziny i czekać na lepsze. Nie wiadomo, komu można zaufać nie wiadomo, kto przyjaciel, a kto wróg... Agata cierpi właściwie tylko dlatego, że urodziła się we Francji. To pozostawi w niej ranę na całe życie.... 
Powieść dobra, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że świetna, gdyby nie nadmierna szczegółowość autorki. Ja rozumiem, że pisała o tragicznej przeszłości swojego rodzinnego miasta i chciała w czytelniku pozostawić uczcie prawdziwości opisywanych zdarzeń. Zapewniam jednak, że gdyby użytych dat, faktów i dokumentów na ich potwierdzenie było o połowę mniej, powieść byłaby gładsza i przyjemniejsza w odbiorze. A tak podczas lektury musiałam bardzo uważać, aby nie zagubić fabuły. To psuło mi przyjemność czytania i powodowało, że lektura po prostu mnie nużyła. Nadmierna ilość szczegółów i nazwisk powodowała, że trudno było powiązać poszczególne osoby i wydarzenia, przez co nie mogłam w pełni przeżywać losów głównych bohaterów. Miejscami powieść zamieniała się w podręcznik do historii i to już drażniło mnie nieprzeciętnie. 
Pomimo tego zapewniam Was, że jeżeli powieść ta wpadnie w Wasze ręce - warto się nad nią pochylić. I niech Was nie zwiedzie słodka okładka. Treść książki wcale nie jest słodka. Jest przerażająca, ale należy ją przeczytać po to, aby pamiętać. Bo póki pamiętamy, zrobimy wszystko, aby ta historia nie powtórzyła się. 

środa, 25 lipca 2018

Masz to jak w banku

O jeżu kolczasty, ale się ubawiłam! Powieść pobiła wszelkie możliwe rekordy w moim maleńkim rankingu powieści, które poprawiają mi nastrój na kilka kolejnych dni. Nie wiem z czego to wynika, bo główny wątek powieści - jak to w kryminałach bywa - wcale nie jest śmieszny. Może z tego, że akcja toczy się w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy to miałam te ...dzieścia lat i które pamiętam, jako lata szybkiego rozwoju, ale takiego "po trupach". Natomiast w "Masz to jak w banku" lata te przedstawiane są jako okres niezdarnego raczkowania kapitalizmu, co w połączeniu z nawykami i zachowaniami pochodzącymi z czasów głębokiej komuny, daje mieszankę wybuchową. 
Oglądaliście serial pt. "07 zgłoś się"? Czytając "Masz to jak w banku" niezmiennie towarzyszyło mi odczucie, jakbym miała do czynienia z kapitanem Borewiczem, tyle że w formie papierowej. Rewelacyjna intryga, świetne zakończenie... i ten nastrój rodem z PRL - u gdzie wódka była wszystkim - lekarstwem, walutą, rozweselaczem, najlepszym prezentem i czym sobie tylko jeszcze zamarzycie.
Mirek Brodziak i Teoś to dwaj serdeczni przyjaciele, pracujący jako funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej. Służą w Poznaniu, w którym dochodzi do niepokojących wydarzeń. Kilkoro chłopców znajduje zwłoki człowieka, który okazuje się być drobnym cinkciarzem. Kilka dni później ginie "cinkciarski" szef, kierujący tym interesem na terenie Poznania. Trup się ściele jak grzyby po deszczu, co wywołuje niepokój o życie Ryszarda Grubińskiego, będącego szefem nad szefami w ledwie raczkującym interesie walutowym. Na szczęście dla Grubego Rycha, szefem ekipy dochodzeniowej zostaje jego najlepszy przyjaciel z podwórka, czyli własnie znany nam funkcjonariusz MO, Mirek Brodziak. Czy Mirek i Teoś rozwiążą zagadkę morderstw? 
Oczywiście oprócz dochodzenia mamy wiele pobocznych wątków, które na końcu łączą się zgrabnie w całość. Obserwujemy ledwie raczkujący wolny handel, rodzące się bazarki i targowiska, lewe interesy i wszechobecną korupcję. Nawet w Milicji, funkcjonariusze, którzy podczas przypadkowej akcji "znaleźli" w bagażniku torbę z dolarami (które sprawiedliwie podzielili między siebie), są potępiani, ale nie za to, że nie zgłosili znaleziska, tylko za to, że nie odpalili dowódcy działki. 
Podczas lektury czytelnikowi towarzyszą obrady Okrągłego Stołu i lęki z tym związane. Wiadomo, że wszystko się zmieni, ale czy na lepsze? Zmiany oznaczają walkę o byt w nowej rzeczywistości. Ci ,którzy dzisiaj są na górze niewątpliwe spadną na sam dół. Pytanie tylko czy upadek będzie bardzo bolesny.  
Autor ma świetne pióro, które w połączeniu z darem obserwacji  świata daje czytelnikowi literacką ucztę. Barwne postacie, posługujące się prostym, wręcz prostackim językiem, budzą sympatię czytelnika i wywołują uśmiech na twarzy. Nieporadny Teoś, który zawsze spada na cztery łapy, jest moim ulubieńcem. Autor wiele scen okrasza humorem sytuacyjnym, który ubarwia opowiadaną historię. Zepsuta i rzeżąca skrzynia biegów skutecznie uniemożliwia policjantom niezauważalne śledzenie innych samochodów. Dialogi na temat marmurkowych dżinsów, czy też rozmowy na komendzie rozbawiały mnie niesamowicie. Podobnie goździki na Dzień Kobiet i perypetie związane ze szwalnią. Jeżeli dodamy do tego lejącą się strumieniami wódę, która rozwiązuje języki i upośledza pamięć - zapewniam Was, że warto sięgnąć po taką powieść i zupełnie zasłużenie w wielu księgarniach stoi na półce z bestsellerami
Kiedy skończyłam czytać powieść, przypadkowo dowiedziałam się, że "Masz to jak w banku" to dziewiąty już tom całej serii o poznańskich policjantach. Ciesze się, że tyle dobrej lektury jeszcze przede mną :-)))

wtorek, 24 lipca 2018

Nowakowie

Trzy dni, to dużo, czy mało? Trzy dni to 72 godziny, to 4 320 minut... W rodzinie Nowaków TE trzy dni zmienią wszystko. Jednym runie cały świat, dla innych otworzą się nowe drzwi i powstaną nowe możliwości. Jedni będą płakać, a inni śmiać się ze szczęścia. Trudne to wszystko. 
Rodzina Nowaków, to taka przykładna, polska rodzina. Nie wiem, czy autorka z premedytacją nadała im takie nazwisko, ale - moim zdaniem - lepiej trafić nie mogła. Niepracująca mama, zupełnie zagubiona w dzisiejszym trudnym świecie, tata zarabiający fortunę i czwórka fajnych, choć trochę zagubionych dzieciaków.  Najstarszy syn jest pełnoletni, a najmłodszy to  raptem czterolatek. Wydaje się, że żyją szczęśliwie i dostatnio, ciesząc się z uroków codziennego życia. Niestety, kiedy przyjrzymy się bliżej okazuje się, że każdy z członków rodziny ma swoje tajemnice. Tatuś prowadzi podwójne życie i dwa domy. Mama przez cały czas usilnie próbuje utrzymać przy sobie męża, posuwając się do wyjątkowo podłych sposobów. A dzieci? Dzieci właśnie odkrywają podwójne życie ojca, przez co cały sielski obrazek kochającej się rodzinki pierzcha, jak piasek na wietrze. 
Książkę czyta się rewelacyjnie. Nie dajcie się zwieść pozorom. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to powieść, jakich wiele - zdradzona, żona, facet, który prowadzi podwójne życie i skrzywdzone dzieciaki. Nic bardziej mylnego. Autorka wręcz mistrzowsko skonstruowała głównych bohaterów, pochylając się nad ich kreacją wyjątkowo dokładnie. Każdy z nich jest sprawcą i pokrzywdzonym jednocześnie. Każdy ma swoje tajemnice i każdy czuje się winny. Tylko czteroletni brzdąc jest "prosty w budowie", ale trudno oczekiwać, że autorka z czterolatka zrobi bestię. 
Do kompletu mamy jeszcze rodziców tatusia, którzy nigdy w pełni nie zaakceptowali wyboru syna. Co ciekawe - przez całą książkę potępiałam Mamę, która poświęciła wszystko dla domu i rodziny. Pozwoliła sobie na zamknięcie się i odizolowanie od świata, przez co stała się zagubioną kurą domową. Dopiero pod koniec powieści autorka pokazuje czytelnikowi, że prawda leży gdzieś po środku i to, że kobieta pozwoliła sobie na izolację od świata, to nie tylko jej samodzielny wybór. Mieszkając z apodyktycznymi teściami i mężem uzależnionym od rodziców, musiała dostosować się do ich życia. Sama, ze straconymi złudzeniami i niespełnionymi marzeniami... nie wiem, która z nas podniosłaby się i z dumnie uniesioną głową szła przez życie. 
Należy mocno podkreślić, że tak naprawdę głównymi bohaterami tej powieści są dzieci. Początkowo przedstawione są jako rozpieszczone dzieciaki, które mają wszystko. Ich kieszonkowe liczone w tysiącach złotych uspokaja sumienie tatusia. Wydaje im się, że mając taką kasę, są właściwie dorośli i świat stoi przed nimi otworem. Kiedy misterny domek z kart zawala się i ich rodzina pęka w szwach, do głosu dochodzą pierwotne emocje. Nagle okazuje się, że to nadal dzieci, które potrzebują kochającego ojca i czułej matki. Serce mi płakało, kiedy czytałam o rozpaczy najstarszego - jakby nie patrzeć już dorosłego syna. 
Bardzo dobra powieść, która obnaża współczesne stereotypy rodziny. Pokazuje, że często obraz widziany z zewnątrz nie jest prawdziwy. Za frontową, bogato zdobioną ścianą, kryją się często brudne uczucia, kłamstwo i rozpacz. Musimy jednak pamiętać, że to od nas zależy, czy nasze życie to tylko pozory i czy żyjemy dla siebie, czy dla innych. Trudne pytania i trudne odpowiedzi...

czwartek, 12 lipca 2018

Sfora. Opuszczone miasto

Pamiętacie "Film o pszczołach"? Albo "Mrówkę Z"? To bajki, w których głównymi bohaterami są stworzenia inne, niż ludzie. Mrówki i pszczoły grają w fabule pierwsze skrzypce, a ludzie owszem, są - ale gdzieś z boku, raczej jako tło. Książka, która ostatnio wpadła mi w ręce oparta jest właśnie na takim schemacie. W tle jest nasz świat i są ludzie, ale głównymi bohaterami są zwierzaki. W przypadku książki pt. Sfora. Opuszczone miasto” głos oddajemy psiakom. 
Kiedy poznajemy Fuksa, na świat spadł właśnie Warkot wysłany przez Psią Ziemię Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale proszę - dajcie tej powieści szansę, bo warto. Fuks, w momencie Warkotu, znajdował się w klatce i chcąc ratować swoje życie, musiał się z niej uwolnić. Na szczęście dookoła zapanował wielki chaos, a pilnujący psów Długonodzy zniknęli. Fuks bez większych trudności uwolnił się z niewoli i wraz z towarzyszką o słodkim imieniu Słodka - rozpoczęli życie w niebezpiecznym świecie Długonogich. Niestety nie było im dane długo cieszyć się swoim towarzystwem. Słodka - jak każde zwierzę stadne - szukała sfory, do której mogłaby się przyłączyć i przy pierwszej nadarzającej się okazji porzuciła Fuksa. Ten - jako samotnik z prawdziwego zdarzenia - specjalnie się tym nie przejął, ciesząc się wolnością i odpowiedzialnością tylko za siebie. Jednak, zgodnie z przysłowiem o tej górze, co to nie chciała przyjść do Mahometa - nie chciał Fuks do sfory to sfora znalazła Fuksa. Problem w tym, że w skład tej sfory wchodziły psy domowe, noszące obrożę i niewiele wiedzące o życiu na wolności. Czy Fuksowi uda się nauczyć tę zbieraninę kanapowych psiaków polowania? I czy taka różnica charakterów nie będzie przeszkodą do wspólnego życia? Wśród kanapowców znajduje się siostra Fuksa, Piękna - ale braterstwo krwi w tym przypadku chyba nie będzie wystarczające.... Czy Fuks w ogóle nadaje się do życia w sforze? 
Książka jest wyjątkowo magiczna. Po pierwsze klimat, jaki w niej panuje, nie przypomina żadnej dotąd mi znanej powieści. To jest jak przeniesienie się do świata przyszłości, który został nawiedzony przez potężny kataklizm, ale oglądany nie z punktu widzenia człowieka, a jego najlepszego przyjaciela, czyli psa. Ludzie uciekli i zostawili czworonogów samych sobie. Te bezpańskie sobie jakoś radzą, ale te domowe... Nie potrafią zdobyć pożywienia, czy też zorganizować sobie miejsca na nocleg. Nie potrafią nawet rozstać się z obrożą, choć ta stanowi dla nich śmiertelne zagrożenie. 
Urzekło mnie słowotwórstwo, jakiego dopuścił się autor książki i - jak rozumiem - tłumacz również. Znaczenia pewnych sformułowań trzeba się domyślać, ale większość przyjmujemy intuicyjnie. Np. czytelnik szybko się domyśli, że nie-słońce to noc, a "Dom pułapka" to schronisko dla zwierząt. Hałaskrzynki to samochody, a przezroczysty kamień to po prostu okna i szklane ściany. Cały ten świat widziany z psiej perspektywy urzeka i pochłania czytelnika. Jest on po prostu magiczny, a psie spojrzenie dodaje jeszcze uroku i wrażliwości. To ciągłe lizanie się po pyszczkach i wylizywanie ran… 
Nie potrafię powiedzieć, do kogo skierowana jest ta powieść. Niby książka przeznaczona jest dla młodzieży, ale powiem Wam, że nastrój powieści jest dość mroczny i tajemniczy w taki trochę straszny sposób. Na każdym kroku czuć samotność bohaterów pomimo tego, że wkoło mieli przecież inne psiaki. Dojmująca jest też tęsknota za długonogimi. Jednym słowem emocje aż wylewają się z kart powieści i zalewają serce czytelnika. Co więcej - kiedy Fuks i jego kompania wychodzą z miasta i próbują przetrwać w świecie bez długonogich - czytelnika ogarnia poczucie przynależności do tej sfory. Cieszyłam się z każdego upolowanego żuka i z każdej małej zdobyczy, która pomagała ulepszyć psiakom ich wspólne legowisko. Drżałam o topiącego się członka sfory i o maleńką Stokrotkę, którą kopnął długonogi w żółtym futrze. 
Podsumowując - świetnie napisana powieść, która zaskakuje ujęciem tematu i pozwala czytelnikowi przeżywać przygody razem z psimi bohaterami. Zapewnia mocne wrażenia i doznania rodem z powieści grozy. Z niecierpliwością czekam na kontynuację. Bo, że będzie - nie wątpię. 

wtorek, 10 lipca 2018

Wyspa węży

Recenzja "Wyspy węży" to właściwe dwa odrębne rozdziały. Pierwszy dotyczy treści książki, a drugi formy. Trudno bowiem zmieszać te dwie kwestie tak, aby tekst był przejrzysty, a zapewniam Was, że obie zasługują na dużą dozę uwagi. 
"Wyspa węży" to arcyciekawy reportaż napisany przez Małgorzatę Szejnert i Jej samej dotyczący. Autorka bowiem - porządkując stare listy - natrafiła na zagadkę sprzed lat dotyczącą jej wuja Ignacego Raczkowskiego. Pan Raczkowski, jako przeciwnik generała Sikorskiego, został odizolowany od swojej ojczyzny na Wyspie Bute. Bohaterka musiała przebrnąć trudną drogę, pytając i analizując przeróżne dokumenty, zanim udało Jej się ustalić, jakie były losy wuja. Początkowo wiedziała tylko, że "coś jest na rzeczy". Aby dowiedzieć się, co spotkało Raczkowskiego, udała się w podróż na Wyspę, gdzie kawałek po kawałku składała informacje ukazujące tragedie oficera i towarzyszących mu żołnierzy. Raczkowski wraz z szesnastoma innymi generałami został skazany na banicję i tęsknotę za ojczyzną. Wywiezieni na wyspę żołnierze zostali z miejsca otoczeni sympatią mieszkańców i czynnie uczestniczyli w codziennym życiu wyspy. Niestety, nie było im dane uczestniczyć w życiu swoich rodaków. Oficerowie mogli grać w karty i spokojnie wyczekiwać na koniec wojny. Trudno jednak od oficerów oczekiwać spokoju, kiedy nic nie mogą robić tylko patrzeć, jak świat dookoła przewraca się do góry nogami. 
Autorka swoje poszukiwania i odkrycia potwierdza ogromną ilością dokumentów, zdjęć i wycinków prasowych. Podróż po londyńskich archiwach i wyspie Bute jest swoistego rodzaju przygodą i zabawą w detektywa. Poskładanie w całość elementów układanki stanowi nie lada wyzwanie. Dla czytelnika, trudność stanowi mnogość elementów tej układanki. Nazwisk, dat, wydarzeń i listów jest tak dużo, że często trudno się połapać w gąszczu danych. Podczas lektury były takie momenty, że musiałam zerkać wstecz lub na spis postaci, bo po prostu gubiłam się, kto jest kim i jaką rolę odegrał w gąszczu zdarzeń. Pomimo tego, podróż w zakamarki historii, w towarzystwie Pani Szejnert była naprawdę czystą przyjemnością. Ilość szczegółów i rzetelność w ich przekazywaniu wywołuje w czytelniku poczucie bliskości z historią. Ta książka to świetny kryminał tylko taki trochę... z reporterskim zacięciem. 
A teraz trochę o samej książce. Z zasady Wydawnictwo Znak znane jest z dbałości o formę. Książki tego wydawnictwa to książki z klasą. I nie chodzi tu o piękne kolory, obwolutę czy inne gadżety. Po prostu czytanie książek, które firmuje Znak, jest czystą przyjemnością. Na marginesie należy dodać, że nie spotkałam się też z "literackim chłamem" firmowanym przez Znak i z zasady ich książki stanowią coś więcej niż tylko czytadło. "Wyspa węży" nie odbiega od normy. Twarda okładka i format wskazują na powieść sporego kalibru i tak rzeczywiście jest. I uwierzcie mi - nie ma strony, na której cokolwiek byłoby niechlujne. Dbałość o detale jest tu widoczna na każdym kroku. Ilustracje, zdjęcia i listy są starannie porozmieszczane na poszczególnych stronach. Naprawdę urzekła mnie ta książka, a i czyta się świetnie. 
Polecam każdemu kto ma ochotę na podróż w czasie w doskonałym towarzystwie. 

poniedziałek, 9 lipca 2018

Nora

"Nora" to jeden z najlepszych kryminałów, jakie dane mi było przeczytać. Klasyk gatunku, w którym po nitce do kłębka dochodzimy do rozwiązania zagadki. Trup się ściele gęsto, a podejrzani swoim zachowaniem nie pomagają w znalezieniu mordercy. Nie ma co ukrywać - moim zdaniem to najlepsza część cyklu o Lipowie. Porównywalnie dobry był "Motylek" ale to był pierwszy tom, a pierwszy zawsze wydaje się najlepszy. 
W "Norze" dzieje się naprawdę wiele. Autorka wprowadziła dużo nowych postaci, które początkowo mieszają się czytelnikowi. Na szczęście na początku książki znajdziemy spis postaci, co bardzo ułatwia czytanie i zorientowanie się w mnogości bohaterów. Powieść toczy się wielowątkowo, tak więc ilość uczestników wydarzeń jest jak najbardziej uzasadniona. Na szczęście, obok nowych osób, spotkamy się także ze starymi znajomymi. Jest Daniel Podgórski rozdarty pomiędzy dwoma kobietami, jest mysia policjantka Strzałkowska, walcząca o własne ja, i jest też Weronika, która zmaga się z przeszłością i dojmującą samotnością. To ta trójka jest łącznikiem pomiędzy poszczególnymi tomami sagi o Lipowie i to ich losy snują się przez kolejne dziewięć części. Rewelacja
Podstawowy wątek to oczywiście poszukiwania odpowiedzi na pytanie: Kto zabił? A morderstw jest kilka, pozornie ze sobą niezwiązanych. Ale czy na pewno? Mamy również retrospekcję do lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy to wydarzyła się tragedia mająca związek ze współczesnymi morderstwami. Ale czy na pewno miała związek? Jest też ośrodek o nazwie "Nowe Horyzonty", którego podstawowym zadaniem jest zapewnienie spokojnego życia osobom doświadczonym przez los. Tylko czy aby na pewno cel ten jest osiągnięty? Weronika i lekarz psychiatra (pojawiający się pierwszy raz w poprzednim tomie) próbują wyjaśnić tajemnicze wydarzenia dziejące się w ośrodku, co prowadzi do bardzo niepokojących wydarzeń. Kurczaki pieczone, trudno opisać fabułę tak, aby nic nie zdradzić, dlatego polecam zajrzeć do tego opasłego tomiszcza.  
Najbardziej zachwycił mnie warsztat autorki. To naprawdę rewelacyjne uczucie obserwować, jak Pani Puzyńska, z debiutującej powieściopisarki zamienia się w pogromcę polskich kryminałów. To już nie są powieści obyczajowe z zagadką w tle. To prawdziwy, rasowy kryminał, który przed czytelnikiem stawia odwieczne pytanie: "Kto zabił?", a następnie prowadzi go do rozwiązania. A rozwiązanie jest niezmiernie zaskakujące. Rewelacja. 

niedziela, 1 lipca 2018

Rutka

Trudno pisać o takich książkach, bo człowiek zawsze boi się, by nie urazić czyichś uczuć, nie napisać słów, które zostaną źle odebrane. Trudno pisać, kiedy w grę wchodzi śmierć dzieci, bestialstwo dorosłych i wojenna tragedia świata. Trochę to górnolotnie brzmi, ale tak jest i wcale nie mam zamiaru tego ukrywać. Zagłada Żydów była tragedią całego świata, a takie książki jak "Rutka" powinny być wznawiane i dostępne w każdej księgarni. Po to, aby pamiętać. Ku przestrodze. 
Rutka Laskier urodziła się w 1929 roku w Gdańsku. Pochodziła z zamożnej rodziny. Uczyła się w Żydowskim Gimnazjum im. Fürstenberga. Kiedy wybuchła wojna, uczęszczała na tajne komplety. Po utworzeniu getta w Będzinie, rodzina Laskierów została tam przesiedlona. 12 sierpnia 1942 r. Niemcy na stadionie zebrali około 30 tysięcy ludzi, wśród których była Rutka z rodziną. Po selekcji Rutkę zakwalifikowano do wywózki. Na szczęście udało jej się zbiec i wrócić do domu. W 1943 r., będąc mieszkanką getta, 14-letnia Rutka prowadziła sporadycznie w zwykłym zeszycie szkolnym pamiętnik. Pisała go po polsku, piórem, czasem ołówkiem, zapisując w zeszycie swoje przemyślenia, odczucia, a przede wszystkim opisy spotkań z przyjaciółmi; relacjonowała także swoje pierwsze zauroczenia miłosne. W pamiętniku o samym życiu getta będzińskiego jest niewiele, a autorka odnosi się głównie do swoich prywatnych przeżyć i tego, co sama widziała. Rutka wraz z rodziną została deportowana z będzińskiego getta i przewieziona pociągiem do obozu zagłady KL Auschwitz-Birkenau. Tam wraz z matką i 6-letnim bratem Heniusiem została rozłączona z ojcem i prawdopodobnie tego samego dnia zgładzona w komorze gazowej. Istnieje też inna wersja (mniej prawdopodobna) ostatnich dni Rutki, której świadkiem miała być Zofia Minc, więźniarka tego obozu.  
Tyle o życiu Rutki. Źródłem powyższego opisu jest Wikipedia, a większość zdań jest po prostu skopiowana. Dlaczego? Otóż dlatego, że nie potrafię bez emocji opisać życia dziewczynki. Jej pamiętnik jest taki bezpośredni, zwykły i dziewczęcy, że nie można ot tak, po prostu opisać go i przejść nad jej życiem do porządku dziennego. To, co opisała Wikipedia to suche fakty. Powieść "Rutka" oprócz faktów zawiera do tego emocje, pierwsze miłości, radość z poznania chłopca i rozczarowanie brakiem przyjaciół. Z każdej strony wyziera też pytanie: "Dlaczego?". To straszny a jednocześnie piękny dokument ostatnich lat dziewczynki. Nie ukrywam, że przeżyłam bardzo końcówkę powieści, która nie jest już pamiętnikiem a jedynie przekazaniem w tej samej formie ostatnich dni małej Żydówki. Swój pamiętnik Rutka ukryła pod schodami domu, w którym zamieszkiwała. Właścicielka domu ujawniła go dopiero 60 lat po wojnie. Kiedy został opublikowany stał się świadectwem kolejnej tragedii w morzu wojennego nieszczęścia. 
Książka jest dosyć niepozorna, (choć pięknie wydana). To raptem 118 stron tekstu podzielonego na trzy części. W pierwszej poznajemy życie rodziny Laskierów w Będzinie, w drugiej - życie za murami getta i w trzeciej - śmierć w obozie zagłady. Wszystkie części skupiają się na Rutce. To Ona jest bohaterką i Ona przyciąga uwagę czytelnika. Uratowanie Babci, pierwsza miłość, przyjaźń z dziewczyną - nieżydówką - to wszystko jest tłem dla życia Rutki. Czytając powieść czytelnik ma wrażenie oglądania animacji, w której na pierwszym planie jest Rutka, a za nią przewija się życie. Dopiero trzecia część, (która nie jest już oparta na pamiętniku) ustawia Rutkę w szeregu z tysiącami innych osób, które zostały zgładzone podczas tej chorej wojny. 
Czy warta przeczytania? Na pewno. Choćby po to, aby pamiętać.

sobota, 30 czerwca 2018

Ariel znaczy Lew czyli powieść, która szokuje

To niesamowita książka o niesamowitych ludziach. Dla niektórych pewnie nie do przyjęcia, dla niektórych bulwersująca, a dla jeszcze innych pokazująca to, że każdy człowiek zasługuje na szacunek. Nie ma znaczenia - biały czy czarny, katolik czy muzułmanin, homoseksualista czy heteroseksualista, Żyd, Polak, Niemiec.... 
Nie ukrywam, że sporo moich emocji podczas lektury wynikało z tego, że bohater powieści był skrzypkiem. Jak mój dziewięcioletni syn. Na szczęście Maro może w spokoju ćwiczyć i nie musi niemo grać, tylko przebierając paluszkami po gryfie i wyobrażając sobie dźwięki. Tak właśnie grał Ariel ukryty w szafie... Bo przecież, aby przeżyć, musiał siedzieć cicho, co wykluczało użycie smyczka... 
Powieść zaczyna się raczej bez emocji, ot tak - zwyczajnie. Oto młody człowiek, piszący prace naukową, postanowił podejść do problemu Holokaustu trochę inaczej niż wszyscy. Nie chce opisywać śmierci tysięcy ludzi pochodzenia żydowskiego, chce natomiast opisać losy ocalałych, ale bez zbędnego patosu - tak po ludzku. Codzienność takich rodzin, co czuli, gdzie byli i jak im się udało uratować. Pewnego dnia w bibliotece trafia na materiały o niejakim Arielu - Żydzie polskiego pochodzenia, który po prostu pragnie opowiedzieć swoją historię, ale nikt go nie chce wysłuchać. Każdy chce pisać o bohaterstwie i fartownym ocaleniu, a przecież historia Ariela jest zupełnie inna... 
W Krakowie podczas II wojny światowej trudno było Żydom normalnie żyć. Piętnastoletni Ariel, na swoje szczęście, był trochę oderwany od rzeczywistości. Jak każdy artysta nie do końca zdawał sobie sprawę, co się wokół niego dzieje. Pewnego dnia do mieszkania, w którym mieszkał z rodzicami i siostrą, zapukał oficer Wermachtu. Zwabiły go dźwięki skrzypiec, na których Ariel przepięknie grał. Młody chłopiec, czarujący wspaniałe melodie na tym arcytrudnym instrumencie, z miejsca zdobył serce niemieckiego oficera. Ale co to za miłość?! Piętnastoletni Żyd i trzydziestoletni oficer Wermachtu... Trudno szukać tu choćby cienia nadziei na szczęśliwe zakończenie. Panowie na razie cieszą się chwilami samotności i wzajemnym towarzystwem. Trudno im się rozstać, a jeszcze trudniej przyznać do tragizmu całej sytuacji. 
Powieść prowadzi nas przez całe życie Ariela. Dowiadujemy się jak przetrwał wojnę i co go spotkało w komunistycznej Polsce. Czy spotkał jeszcze swojego wojennego kochanka? Jak przetrwał? Co musiał znieść, aby przeżyć? Trudne pytania, ale odpowiedzi jeszcze trudniejsze... 
Zupełnie inną historią jest historia Roberta - studenta, który przeprowadza z Arielem wywiad. Czytelnik może obserwować jak młody człowiek zmienia podejście do sędziwego skrzypka. Od początkowej pobłażliwości, przez szacunek, aż do podziwu - wręcz miłości. On też się otwiera przed swoim rozmówcą i okazuje się, że niespodziewanie wiele ich łączy. 
Powieść zaskakuje - wręcz szokuje czytelnika. Wyobraźcie sobie, że sięgacie po powieść, nie czytając obwoluty (ja nie czytam tzw. polecajek, bo już nie raz zepsuły mi całą lekturę). Nagle okazuje się, że powieść traktuje o zakazanej w ówczesnych czasach miłości Żyda i Niemca. Co więcej - miłości osób tej samej płci! Nie jestem homofobem, nie należę do tzw. "polskich katolików", nie tępię uchodźców i popieram likwidację religii w szkołach, ale nawet ja byłam zaszokowana. Początkowo ubodło mnie lekkie podejście do tematu, ale potem stwierdziłam: hola hola! Dlaczego nie? Przecież życie jest bogate i nie raz mnie już zaskoczyło... Kiedy przełożyłam sobie w głowie, że to miłość jak każda inna tylko w trudnych czasach, zaczęłam smakować powieść niczym wytrawne wino. Nagle ukazało mi się całe jej piękno i delikatność poruszanego tematu. 
Polecam lekturę z całego serca przede wszystkim ludziom z otwarta głową i szerokimi horyzontami. Nie wątpię, że Was zachwyci. 

piątek, 29 czerwca 2018

Kraków czerwonych. Zamieszki krakowskie 1923, 1936

Książki historyczne często są po prostu nudne. Przebić się przez daty, fakty, opisy zdarzeń i analizę przyczyn i skutków, to dla zwykłego czytelnika nie lada wyzwanie. Takie książki można okrasić ilustracjami, tudzież zdjęciami, i wówczas nabierają one trochę bardziej ludzkiego charakteru. Można też powołać do życia kilku osobników i umieścić ich życie w opisywanej epoce. Wówczas - w zależności od intensywności opisów poczynań osobników - książka nabiera mniej lub więcej obyczajowego charakteru. W niedawno czytanym "Hotelu Varsovie", historia jest tłem dla perypetii głównych bohaterów. W powieści pt. "Kraków czerwonych…" jest odwrotnie. To historia jest główną damą powieści. Losy bohaterów zostają właściwie tylko muśnięte piórem. Miałam wrażenie, że tylko po to, aby czytelnika nie zabiła monotonność historycznych opisów. Co ważne - zabieg ten jest w pełni udany i w towarzystwie głównych bohaterów z ciekawością zanurzyłam się w historię międzywojennego Krakowa. 
Ot zwykła polska rodzina w niezwykłym, dopiero co odrodzonym na mapie Europy państwie. Tata - trener piłkarski, który właśnie oczekuje na bardzo ważny mecz swoich podopiecznych. Mama - kobietka wspierająca ojca na dobre i na złe i dbająca o syna. Syn - student, który z racji panoszących się wszędzie strajków uczestniczy w akcji przeciwdziałania fatalnym ich skutkom. Nasz młodzieniec trafił do ekipy, która zastępuje strajkujących pracowników poczty i roznosi po mieście przesyłki.
Opierając się o losy tych kilku osób, autor pokazuje nam historyczne wydarzenia widziane okiem przeciętnego obywatela. Trochę przez firankę, bo przecież wynik meczu jest na tę chwilę najważniejszy. Życie toczy się pomimo tego, że Naród Polski w okresie międzywojennym borykał się z trudną sytuacją ekonomiczną i wszech panującą drożyzną. Kraków położony na ziemiach należących do Galicji szczególnie mocno odczuwał te ekonomiczne zawirowania. Płace nie rosły, za to ceny żywności mknęły w górę niczym rakieta. Nic więc dziwnego że ludzie wyszli na ulice. Listopad 1923 roku i wiosna 1936 r. zapisały się w historii międzywojennego Krakowa dość krwawo. W 1923 r. w zamieszkach łącznie zginęło 15 robotników, 3 przypadkowych cywilów oraz 14 żołnierzy. Zginęło też 37 koni, które przewracały się i łamały nogi i łamały nogi na śliskim bruku. Ciężko czytać o wydarzeniach, do których popchnęła Krakowiaków zwykła ludzka bieda. 
Autor wyjątkowo zgrabnie prowadzi narrację tak, aby czytelnik nie znudził się historycznymi opisami. Owszem - jest trochę przemówień i opisów panującej sytuacji politycznej, ale to wszystko okraszono z jednej strony ciekawostkami z życia naszych bohaterów, a z drugiej - ciekawostkami historycznymi. Możemy np. dowiedzieć się, że policyjna blokada została złamana po akcji Wincentego Pietrzaka, który wjechał w nią wozem wyładowanym kapustą. To warzywo stanowiło - obok kamieni - świetną amunicję, którą zostali obrzuceni policjanci. Bardzo szybko zresztą funkcjonariuszów rozbrojono. 
Kiedy 13 lat później spotykamy ponownie naszych bohaterów, ich włosy przyprószyła siwizna, a nasz student zamienił się w pracownika. Jedno jednak nie uległo zmianie - Kraków nadal jest biedny, a jego mieszkańców nadal męczy drożyzna. Ludzie znowu wychodzą na ulicę. Tym razem jest groźniej, tłumniej - po prostu poważniej. Zrozpaczeni mieszkańcy stanęli naprzeciwko policjantów, którzy stwierdzili, że też są przecież mieszkańcami Krakowa i wcale nie mają zamiaru walczyć ze swoimi sąsiadami. Ten przejmujący moment pokazał, jak bardzo ludzi łączy bieda i frustracja. 
"Kraków czerwonych. Zamieszki krakowskie 1923, 1936" to książka o czasach, kiedy ludzie marzyli tylko o jednym - o świętym spokoju. Chcieli godnie żyć, mieć co jeść i w co się ubrać. Tymczasem okoliczności polityczne były wyjątkowo niesprzyjające. Stare chińskie przysłowie mówi: Obyś żył w ciekawych czasach. Pamiętajmy, że jest to forma przekleństwa, a nie życzenia powodzenia. Naszym bohaterom przyszło żyć w ciekawych czasach i słono za to zapłacili.