środa, 15 lutego 2017

Atlas Polski

Mój synek - jak chyba każdy ośmiolatek - jest dziecięciem ciekawskim świata. Zadaje tysiące pytań, co mnie bardzo cieszy, bowiem udzielanie na nie odpowiedzi jest chyba najlepszą formą edukacji zarówno dla niego jak i (ostatnio dosyć często) dla Mamy. Niestety moje wyjaśnienia od dłuższego czasu są niewystarczające. Oczywiście, że z pomocą przychodzi komputer czy tablet z nieśmiertelną Wikipedią i innymi przydatnymi stronkami. Ale ja najbardziej lubię, jak do dzieła przystępuje nie tylko głowa ale i paluszki mego potomka. Plastelina, naklejki zagadki - to tygrysy lubią najbardziej. 
"Atlas Polski" który ostatnio wpadł w moje ręce spełnia oczekiwania zarówno moje jak i mego synka. Kolorowa książeczka formatu A 4 jest nie lada gratką dla ciekawskich świata dzieciaków. Poprzez naklejanie ogromnej ilości naklejek (mój synek aż zapiał z zachwytu) brzdące uczą się podstawowych informacji zarówno o Polsce jak i o Europie. Wielu z Was powie, że uczeń drugiej klasy powinien podstawowe informacje mieć już w głowie. Może i macie rację. Ale nie każdy ośmiolatek wie, że największą wyspą jest Wolin, a najgłębszym jeziorem Hańcza, a mój syn po zabawie z Atlasem Polski, może się tą wiedzą pochwalić. 
Bardzo ciekawym pomysłem są pineski, które naklejane na mapę obrazują, gdzie mały podróżnik był
nie tylko palcem po mapie. Mój synek szukał, przypominał sobie nasze podróże i z dumą naklejał "Tu byłem". Największa część każdej strony zajmuje oczywiście mapa Polski w różnych "konfiguracjach". Mamy więc mapę z województwami, mamy mapę geograficzną, kolejną obrazującą polską przyrodę. Są też mniej typowe - pokazujące regiony polskie albo postacie z legend. Każda strona zawiera masę ciekawostek podanych w bardzo przejrzysty sposób. Sama byłam zaciekawiona niektórymi podanymi faktami. Np. to, że z naszego rodzinnego Szczecina najdalej jest w Bieszczady, to każdy wie. Ale  to, że jesteśmy miastem najbardziej oddalonym od stolicy (564 km) to już było nawet dla nas niespodzianką. Ciekawostek jest naprawdę sporo; od Puszczy Błędowskiej poczynając, poprzez informacje o najstarszym drzewie, a na Liczyrzepie kończąc. 
No i te naklejki.... Jest ich naprawdę sporo a ich dobór jest taki, aby dzieciaki przy naklejaniu pytały. Kto to jest Król Popiel, gdzie występuje Sękacz i dlaczego Zamek Kórnik pisze się z dużej litery... Mózg mi strzelał, ale dzielnie odpowiadałam. Mój syn był szczęśliwy, aż mu się policzki zaróżowiły. 
Wisienką na torcie dla dzieciaczka jest plakat, który zawiera wszystkie postacie z naklejek tak pieczołowicie przyklejanych przez małego geografa na poszczególnych stronach. Do tego wszystkiego Dyplom "Podróżnika i odkrywcy, Znawcy całej Polski" i uśmiech na twarzach dzieci murowany. 
Lekturę, a właściwie zabawę z tą niepozorną książeczką polecam. Może okładka nie jest porywająca, ale zawartość naprawdę zachwyca, a ilość wiedzy przyswojonej przez brzdąca podczas zabawy jest godna podziwu. Dodam jeszcze, że im więcej rodzic będzie w tej zabawie uczestniczył tym edukacja będzie bardziej efektywna.


piątek, 3 lutego 2017

O tym, jak jedna paczuszka przywróciła mi chęć blogowania :-)))

Posta dawno nie było, bo i czasu niewiele. Moje dzieci są coraz większe, a ich zajęcia pozalekcyjne zabierają mi większość energii. Jedno gra na skrzypcach, drugie na flecie, jedno jest zuchem, drugie harcerzem, oboje chodzą na dodatkowy angielski, trenują dżudo.... a ja mam drugi etat - taksówkarza. Nie to żebym narzekała, ale jak już zbliża się wieczór to zdarza się, że nie pamiętam, czy już jadłam kolację :-)))
Sami więc rozumiecie, że posty nowe rodzą się w tych krótkich chwilach skradzionych wieczorem lub  pracy. A że takich chwil niewiele...
Na szczęście są takie duszyczki, które nie pozwalają mi zapomnieć o tej magii, która wraca z każdą przeczytaną książką i z każdym nowym wpisem na blogu. Blog prowadzę już siedem lat i jest On właściwie równolatem mojego synka. I kiedy już nachodzą mnie myśli, że pora z tym skończyć zdarza się coś, co przywraca mi te siły i moce tak charakterystyczne dla każdego typowego książkochłona. 

Wczoraj też się zdarzyło. Dzięki Wydawnictwu Prószyński Media wróciła mi wiara. I żeby nie było nieporozumień - ta książka przyszła ot tak, po prostu, bez obietnic recenzji terminów i umów. Przyleciała jak dobry duszek :-))) 






niedziela, 15 stycznia 2017

Krystyna córka Lavransa

To jest własnie powieść, którą się albo kocha, albo nienawidzi. Zaczęłam czytać ją razem z moją przyjaciółką w wersji elektronicznej. Ona  - zachwycona i urzeczona pięknem tej powieści. Ja - coraz bardziej znudzona i chętna do rzucenia książki w kąt. Książka dłużyła mi się niepomiernie i choć dostrzegałam w niej to, co tak zachwyca większość czytelników, to jednak lektura męczyła mnie okrutnie. Nie ukrywam, że byłam zdziwiona, bo generalnie sagi lubię i pochłaniam je dość regularnie. Jednak porównanie "Krystyny córki Lavransa" do "Filarów Ziemi" jest dla mnie delikatnie rzecz biorąc przesadą i wielkim nadużyciem. 
Opowieść zaczyna się w 1306 roku, a kończy w 1349 i zawiera historię życia Krystyny, córki Lavransa. Ojciec Krystyny był szanowanym i bogatym norweskim szlachcicem, osiadłym na dworze Jorund w północnej Norwegii. Trzy tomy powieści to trzy etapy życia Krystyny - "Wianek", "Małżeństwo", "Krzyż". Zwykłe życie, lecz tak wspaniale zajmujące - piękne, radosne dzieciństwo, miłość, narodziny dzieci, śmierci bliskich, tęsknota, powodzenie i upadki,trudne wybory i odwaga w kształtowaniu własnego życia.
Powieść jest trzytomowym dziełem wchodzącym w skład kanonu literatury skandynawskiej. Wielu pisze o niej: arcydzieło. Może i tak, ale mi jakoś nie podeszło do gustu. Przydługie opisy i nudne wydarzenia... skończyło się tak, że Dorota stanęła na rzęsach, aby mieć na półce papierową wersję, a ja w połowie drugiego tomu odpuściłam dalszą lekturę tej powieści. 

czwartek, 12 stycznia 2017

Prosto z ambony

Krzysztof Daukszewicz znany jest chyba wszystkim. Wspaniały satyryk i kabareciarz, jednak dla mnie przede wszystkim bard z gitarą i piórem. Jego smutna twarz zupełnie nie współgra z tym, co prezentuje w swojej twórczości. Bo jak tu spokojnie patrzyć w tak poważne oblicze i nie śmiać się z tak zabawnych tekstów? Ostatnio twarz p. Daukszewicza najczęściej chyba pojawia się w "Szkle kontaktowym", w którym to jego udział bardzo cenię i lubię. Komentarze, prztyczki i trafne riposty są dla tego programu istnym skarbem. Poczucie humoru, którym został obdarzony p. Daukszewicz odpowiada mi bezwzględnie. Piekielnie inteligentny człowiek z wielką pokorą dla samego siebie i szacunkiem do otaczającego świata. Owszem - wiedziałam, że jest również autorem kilku (a nawet kilkunastu) książek, ale jakoś tak nigdy się nie złożyło. Aż do pięknego przedświątecznego czasu, kiedy to w moje ręce wpadła niepozorna książeczka pt. "Prosto z ambony". Nie ukrywam - na pierwszy rzut oka zachwytu nie było. Na półce w księgarni ta książka niczym szczególnym się nie wyróżnia. Wielka szkoda, bo jej zawartość godna jest tego, aby stać na półce z bestselerami.
"Prosto z ambony" to zbiór kilkudziesięciu felietonów pisanych do czasopisma "Łowca polski". Cóż - pomyślałam -  zwierzęta kocham, myślistwem raczej się brzydzę, ale spróbuję. Już po kilku stronach wiedziałam, że pióro p. Daukszewicza jest równie sprawne jak język, którym komentuje wydarzenia polityczne w "Szkle kontaktowym". Autor w prostych słowach ubranych w nieskomplikowane zdania przybliża nam uroki i zalety okolicznych lasów i pól. Ważne jest jednak to, że lasy i pola są jedynie wdzięcznym tłem dla anegdot i dykteryjek przekazywanych w poszczególnych utworach. Każda z tych krótkich powiastek budziła we mnie śmiech, chichot i ból brzucha. Widać, że autor lubi chodzić, patrzeć, obserwować i zachwycać się naturą. Jest jednocześnie grzybiarzem, spacerowiczem, myśliwym, wędkarzem... długo by wymieniać. Teksty są właściwe wolne od polityki, choć w niektórych miejscach przebijają może nie tyle poglądy autora, ile Jego ocena zastałej rzeczywistości. Dzięki temu książka ta jest balsamem dla skołatanej duszy. Spokój i cisza lasu oraz miłość do zwierząt i natury w czystej postaci przebija z każdej stronicy tej książki. Wiele tekstów zaczyna się od słów w stylu: "Pewnego dnia na spacerze...", albo" Chodząc po lesie..." albo "Idąc między drzewami...", serce się raduje i tęskni za spokojem i ciszą. I kiedy już czytelnik sobie przyjemnie czyta i tęskni za pięknem natury, nagle dostaje strzała w postaci celnej uwagi lub trafnej riposty i jest ugotowany ze śmiechu.
Historyjki są różne - każda ciekawa lub śmieszna, choć nieraz budząca nostalgię i zamyślenie. Opowiastki są krótkie, więc nie ma w nich miejsca na zbędne słowa. Jest początek (najczęściej przyrodniczy), jest zawiązanie akcji w postaci spotkania kogoś lub znalezienia czegoś i jest puenta tak charakterystyczna dla dobrego satyryka. Daukszewicz sięga po bardzo różnorodną tematykę od przyrody począwszy, a na rodzinie skończywszy. Prywatnych dygresji jest niewiele, jednak te, które są należy cenić, ponieważ szczerość z nich bijąca bardzo wpływa na klimat całej książki.
Ja jednak najbardziej pokochałam sławetne meneliki pojawiające się nawet w lesie i przy ambonie. Okazuje się, że znawcy win i innych trunków są wszechobecni i zawsze można na nich liczyć. Lubię też dialogi z wszelakiej maści bywalcami lasów i pól, jako że skrzą się one od żartów i słownych przepychanek.  Aha - no i wędkarzy. Tak właśnie! :-))) 
Teksty okraszone są świetnymi ilustracjami Juliana Bohdanowicza, którego kreska jest powszechnie znana. Teksty i rysunki świetnie ze sobą współgrają i tworzą całość godną pochwały i zainteresowania. 
Świetna książka na poprawę humoru. Pochłonęłam w trzy wieczory i powiem Wam, że to były bardzo udane wieczory. 

wtorek, 3 stycznia 2017

Ocalałem z Buchenwaldu

Ostatnio przyciąga mnie literatura dość specyficzna. Zaczęło się od "Mischling, czyli kundel" - opowieści o bliźniaczkach, które w Auschwitz dostały się w ręce doktora Mengele. Kolejna lektura wyszukana pod wpływem pierwszej to "Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele" - relacja. Dzisiaj skończyłam lekturę książki  "Ocalałem z Buchenwaldu". Dwie pierwsze dotyczą dzieci i nazistowskiego obozu w Oświęcimiu; ta ostatnia to relacja młodego Francuza Louisa Grosa z obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Zestawienie dość dziwne, ale dające spore możliwości do porównania życia w tych dwóch jakże różnych, a zarazem podobnych miejscach. 
Środkowe Niemcy, przepiękna Turyngia. Tu, pośród zieleni starych, wiekowych drzew powstało jedno z najstraszniejszych miejsc na ziemi. Obóz w Buchenwaldzie został założony w 1937 r. początkowo jako miejsce służące do odizolowania Niemców, którzy buntowali się przeciwko polityce Hitlera. Umieszczano tam również innowierców, kryminalistów i homoseksualistów. Bardzo szybko przekształcił się w miejsce tortur, pseudobadań lekarskich i masowych egzekucji. 
Relacja zamieszczona w książce "Ocalałem z Buchenwaldu" jest przerażająca w swojej prostocie. Nasz bohater trafił do Buchenwaldu przez głupotę innego człowieka, działającego w ruchu oporu, który zostawił kartkę z adresem Grosa po prostu na stole. Podczas przeszukania mieszkania kartka wpadła w ręce nazistów, a że przeszukanie dotyczyło działalności w ruchu oporu, szybko doszło do aresztowania zarówno Louisa Grosa jak i jego ojca. 
Już opis podróży do Buchenwaldu sprawia, że serce zamiera. Ludzie stłoczeni po 500 osób w jednym wagonie, w upale, bez picia i jedzenia... Gros opisuje czytelnikowi drobiazgi, które przybliżają tragedię w wyjątkowo emocjonujący sposób. Opisanych sytuacji jest kilka - wszystkie przedstawione pobieżnie i szybko tak, jakby autor chciał przemknąć przez ten moment życia i szybko zapomnieć. Jeden z podróżnych znalazł w plecaku kawałek czerstwego chleba, jednak był zbyt wycieńczony i odwodniony, aby ten skarb pogryźć i połknąć. Zaczął dławić się i krztusić. Współwięźniowie patrzyli jak powoli umiera. W końcu jeden wstał, złapał wiadro pełne moczu i wlał krztuszącemu się biedakowi zawartość wiadra do gardła. W ten sposób uratował mu życie. 
Cała książka jest naszpikowana takimi "anegdotkami" (jeżeli można to tak nazwać). Opowieści o latrynach na świeżym powietrzu, czy o "gównianym komando" są może i śmieszne, ale w tej swojej śmieszności żałosne i przerażające. Trudno zrozumieć, że ludzie w takich rzeczach i zdarzeniach dopatrywali się radości życia. Trudno w to po prostu uwierzyć. 
Obóz w Buchenwaldzie to był przede wszystkim obóz pracy. Więźniowie wstawali o 4:30 i szli do pracy w kamieniołomach lub w fabryce. Wracali o 18, a już o 18:30 musieli stawić się na apelu. Dwanaście godzin ciężkiej, katorżniczej pracy przez siedem dni w tygodniu właściwie bez ani jednego solidnego posiłku. Nawet najsilniejszego faceta taki tryb życia doprowadziłby do wycieńczenia, a Oni żyli, pracowali, jedli co im w ręce wpadło i starali się przetrwać. 
Autor szczegółowo opisuje nam organizację życia w obozie. Każdy więzień miał numer - na szczęście nie wytatuowany, ale wypisany na szmatce, która musiała zostać umieszczona w widocznym miejscu. Każdy miał też obowiązek nosić w widocznym miejscu literkę oznaczającą narodowość, oraz plakietkę, której kolor oznaczał przynależność do pewnej grupy. Inny kolor mieli kryminaliści, inny więźniowie polityczni, jeszcze inny znienawidzeni przez Niemców Żydzi i Cyganie. Poznajemy ich codzienne życie, niekończące się apele i trudy zwykłego dnia. Najważniejsza zasada brzmiała: "Nie dać się zauważyć". Wydaje się, że w takiej masie ludzi, to nie jest trudne - zniknąć i rozpłynąć się wśród identycznie wyglądających setkach mężczyzn. Problem w tym, że jak już się człowiek napatoczył pod łapy esesmana, to trudno było wyjść z tej sytuacji żywym. Wstrząsnęła mną historia pewnego Żyda, który podczas powrotu do obozu niechcący strącił swoje okulary do pobliskiego bajora, Niemiecki oprawca zgodził się na to, aby nieszczęśnik wszedł do wody i ich poszukał. Kiedy jednak poszukiwania nie dawały rezultatu Niemiec nie pozwalał swojej ofierze zaprzestać poszukiwań. W końcu tak długo przytrzymał go pod wodą, że ten po prostu utonął. 
Książka jest przerażająca przez prostotę przekazu. Nie wiem jak to działa, ale opowieść Louisa Grosa jest taka trochę jak relacja dziecka z odbytej wycieczki. Nie ma złości czy nienawiści do narodu niemieckiego, nie ma przeklinania, obietnic zemsty i chęci zabijania wszystkich po kolei. Ta historia jest oddana bez złych emocji, tak charakterystycznych dla wojennych wspomnień. Miałam wrażenie, że stoję za szybą, która oddziela mnie od bohaterów powieści. Właśnie - nawet Ci, którzy stanowią kanwę historii są tacy... bezimienni. Owszem padają imiona, nazwiska, kraj, pochodzenie, ale wszystkie te dane szybko umykają z pamięci czytelnika pod naporem kolejnych zdarzeń i opisów. Zapamiętałam tylko imię przyjaciela Luisa - Delattre. Taką formę przekazu relacji wojennych spotkałam po raz pierwszy. Nie spodziewałam się, że tak mnie emocjonalnie mocno kopnie. Dodatkowo na wyobraźnię działają zdjęcia, których w książce jest dość sporo. Jedne drastyczne, inne zwykłe (przedstawiające jedynie miejsca i budynki) jeszcze inne sielankowe i dające nadzieję. Te ostatnie to zwłaszcza zdjęcia Luisa Grosa już po wyzwoleniu. Na jednym z nich widzimy Luisa w szpitalu, w którym walczył z gruźlicą, kolejne przedstawia żonę i synka. Dobrze, że udało mu się ułożyć sobie życie. 
Ostatnie dni obozu to dla naszego bohatera wspomnienie chleba i masła, które wraz z przyjacielem ukradł z wagonu pełnego żywności od Czerwonego Krzyża. Oczywiście Niemcy nie pozwolili skorzystać więźniom z tych wspaniałości, ale i tak koniec końców żywność trafiła do tych najbardziej potrzebujących.
Porażająca książka. Mam nadzieję, że nigdy, przenigdy nie będę musiała patrzeć na takie zło. Ani ja, ani nikt inny. Przekaz Luisa Grosa wynikający z tej książki jest jeden i to bardzo wyraźny: Życie jest cenne i nauczmy się je szanować. 

czwartek, 22 grudnia 2016

Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele

Ostatnio przeczytałam "Mischling czyli kundel". Dała mi ta książka popalić, oj dała! Niewiarygodne, że ludzie ludziom zgotowali ten los. Przez całą lekturę nie opuszczała mnie myśl, że książka ta jest fikcją, że prawdziwe z całej powieści są tylko te bestialskie eksperymenty i miejsce, w którym to sie działo. Postanowiłam dorwać w swoje ręce książkę, która stanowi wspomnienia, może jakiś dokument, może film...

Z pomocą przyszło mi sławetne "Lubimy czytać", gdzie znalazłam wspomnienia Evy Mozes Kor, która wraz z siostrą trafiła do obozu w Oświęcimiu i w ręce doktora Mengele. "Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele" to wspomnienia Evy, które szokują i wzbudzają w człowieku niedowierzanie. Nie będę pisała szczegółowo, o czym jest ta książka bo po pierwsze to dla mnie trudne, a po wtóre myślę, że nie jest to, w przypadku takiej literatury, konieczne. Dlatego - choć rzadko to robię - zacytuję opis, który widnieje na stronie Wydawnictwa Prószyński i S-ka, dzięki któremu polski czytelnik może tę książkę przeczytać. 
Eva Mozes Kor trafiła do Auschwitz w wieku zaledwie dziesięciu lat. Podczas gdy jej rodzice i dwie starsze siostry zostały zamordowane w komorach gazowych, Eva i jej bliźniaczka Miriam dołączyły do grupy dzieci przeznaczonych do badań medycznych dr. Josefa Mengele. Poddawane sadystycznym eksperymentom dzieci musiały każdego dnia walczyć o życie i wspierać się nawzajem.
Nie można nic dodać nic ująć. Książka jest porażająca, a jednocześnie hipnotyzująca czytelnika. Czytasz i nie dowierzasz, że takie straszne rzeczy udało się autorce przetrwać. A przecież udało się. Autorka wspólnie z siostrą odnalazła niektóre żyjące ofiary eksperymentów doktora Mengele. Jest też założycielką organizacji skupiającej takie osoby. 

Na zakończenie dodam, że ta dziewczynka na okładce zupełnie po prawej stronie, to właśnie Eva. TA Eva. 

sobota, 17 grudnia 2016

Mischling czyli kundel

Po lekturze tej książki zastanawiałam się, ile w niej prawdy, a ile fikcji literackiej. Sprawdziłam (oczywiście) opis na skrzydełkach i przyjęłam do wiadomości, że treść książki jest fikcją, a główne bohaterki są wytworem wyobraźni. Niestety jakoś to do mnie nie dotarło. Główne bohaterki Perła i Stusia może w rzeczywistości nigdy nie istniały, ale cała otoczka opisana wokół ich postaci jest przecież każdemu znana, a ich losy były przeznaczeniem wielu tysięcy dzieci. Co więcej - opisy obozowego życia i eksperymentów doktora Mengele są tak szczegółowe i realne, że przez cały czas lektury płakać mi się chciało nad losem tych biednych ludzi.  
Stusia i Perła są bliźniaczkami w pełnym tego słowa znaczeniu. Dwie identyczne dziewczynki ani na chwilę nie rozstają się ze sobą. Oczywiście różnią się trochę charakterem - jedna z nich jest bardziej dominująca od drugiej, ale nie zmienia to faktu, że dla przeciętnego obserwatora stanowią swoje lustrzane odbicie. Kiedy wraz z matka i dziadkiem trafiają do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, już na peronie zostają oddzielone od dorosłych i skierowane do baraku, w którym mieszkają bliźniaki znajdujące się pod opieką doktora Mengele. Tam bardzo szybko muszą nauczyć się obozowego życia. Nikt się nad nimi nie lituje, a przecież i tak (jako dzieci doktora Mengele) wiodą dużo lepsze życie niż inni więźniowie.  
Narracja tej powieści prowadzona jest naprzemiennie. Każda z dziewczynek w odmienny sposób widzi obozową rzeczywistość. Jedna z nich zamyka się w sobie, druga stara się walczyć, chronić siostrę przed brutalnością otaczającego je świata. To powoduje, że tak naprawdę mamy dwie powieści - jedną w barwach różowych (choć trudno mówić  o optymiźmie), a drugą szaro czarną, trochę smutniejszą, choć nadal bardzo waleczną. Oba wątki przybliżają nam życie obozowe, które nie oszczędza dziewczynek. Jako identyczne bliźniaczki są dla doktora Mengele naprawdę łakomym kąskiem. Oprawca przeprowadza na dzieciach badania, których pomysłowość przeraża. Opisywać nie będę, bo na samą myśl że mam do tego wrócić choćby we wspomnieniach mam gęsią skórkę. Dziewczynki jednak walczą. Walczą na tyle mocno, na ile pozwalają im ich małe wychudzone ciałka i wola przeżycia.  
Książka wzbudziła we mnie falę emocji i uczuć. Za każdą stroną i po każdym akapicie miałam ochotę rzucić ją w kąt, a jednocześnie nie mogłam się od niej oderwać. Dziewczynki zachwycają swoja niewinnością i wzajemnym uzupełnianiem swoich działań. Należy jednak podkreślić, że obie wykształciły w sobie zupełnie odmienne instynkty mające pomóc przetrwać. Umówiły się, że jedna z nich odpowiada za radość, druga za smutek; jedna za dobro druga za zło. Dodałabym, że jedna z nich to przeszłość, druga - przyszłość. Ten podział bardzo widoczny jest w chwilach kryzysu, który każda z nich przeżywa odmiennie. 
Trudno opisać drugą część książki ponieważ zbyt wiele zdradzę ale nie mogę oprzeć się stwierdzeniu, że książka "Mischling czyli kundel" to nie tylko obóz koncentracyjny i eksperymenty doktora Mengele. Ta książka nie jest o tym, co się wydarzyło, ale o tym że "...pomimo tego, że się wydarzyło". Muszę, po prostu muszę podsumować - powieść ta mimo wszystko jest dowodem na to, że pomimo wielu ofiar, zawsze zwycięża dobro. 

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Królowa Śniegu i inne baśnie - Hans Christian Andersen (audiobook)

Każde dziecko zna baśnie Andersena. Ziarnko grochu pod materacem księżniczki, biedny słowik czy też goły, jak święty turecki, cesarz - wszystko to, jak kraj długi i szeroki znane jest sporej rzeszy odbiorców. I co ciekawe - zarówno starsi jak i młodsi niezmiennie zachwycają się ponadczasowością baśni Andersena. 
Mój synek - dumny uczeń klasy drugiej - jako lekturę miał zadaną jedną baśń Andersena do przeczytania (ubolewam, że tylko jedną, ale zacisnęłam zęby). W nagrodę za samodzielne przeczytanie wcale nie najkrótszej baśni o "Dzielnym cynowym żołnierzyku" mój synek otrzymał możliwość posłuchania innych baśni podczas zabawy klockami Lego. I nie myślcie, że to ja byłam lektorem. Nic z tego. 
Jakiś czas temu w moje ręce wpadła płyta CD pt. "Królowa Śniegu i inne baśnie". Płyta zawiera 17 baśni - tych najpiękniejszych i najbardziej znanych. Na początek spotkamy Królową Śniegu wraz z Kajem i Gerdą, posłuchamy Słowika, potowarzyszymy małej syrence i odwiedzimy dziewczynkę z zapałkami. Są też znane wszystkim baśnie o dzikich łabędziach, latającym kufrze, Calineczce i dzielnym cynowym żołnierzyku. Do wyboru do koloru!
Baśnie zawarte  na płycie to piękne, klasyczne wersje. Nie ma mowy o nowoczesnych przeróbkach. Na pewno jest to zasługa Franciszka Mirandoli i Cecyli Niewiadomskiej, którzy z klasą i dbałością o piękno naszego języka dokonali tłumaczenia baśni. Poszczególne nagrania zachwycają piękną polszczyzną i wspaniałymi głosami lektorów. Szkoda, że nigdzie nie znalazłam spisu osób czytających baśnie. Ta grupa lektorów zrobiła kawał naprawdę dobrej roboty. Baśnie czytane są pomału, z bardzo ciepłą modulacją głosu. W każdym zdaniu słychać emocje - to nie jest wyklepane od niechcenia. Każda baśń przeczytana jest tak, że nawet mój Młodszy słuchający "Słowika" przy zabawie klockami potrafił skupić się i wysłuchać nagrania na tyle uważnie, aby umieć mi opowiedzieć, o co w baśni chodziło. 
Nagrania trwają prawie półtorej godziny. Te baśnie, które są krótkie, nagrane są jako całość. Dłuższe baśnie podzielono na kilka części tak, aby w razie potrzeby przewinięcia (bo przecież siku i picie jest nieodzowne podczas słuchania) można było w prostu sposób odnaleźć miejsce, w którym dziecko straciło wątek. 
Na zakończenie dodam, że mój synek zabłysnął na lekcji znajomością tylu baśni. Pani nauczycielka doceniła umiejętność opowiadania nie wnikając, czy baśnie zostały przeczytane czy wysłuchane. Co więcej - zrobiła dzieciom lekcję z baśniami, podczas której ułożyła dzieciaki na dywanie wśród poduszek i puściła im kilka baśni z naszej płyty. Podobało się - nawet bardzo! Zresztą posłuchajcie sami. 

czwartek, 8 grudnia 2016

Neo-Nówka Schody do nieba

Uśmiałam się w trakcie lektury jak norka. Trzech panów z poczuciem humoru wielkim niczym Mount Everest. Redaktor, który doskonale wczuł się w swoją rolę oraz w specyfikę zajęcia, jakim się owi Panowie parają. Efekt? Książka, która powinna być reklamowana jako najlepszy literacki antydepresant ostatniej dekady. 
Neo-Nówkę chyba zna każdy. Może nie tyle Neo-Nówkę, ile ich kabarety. Przecież Paciaki, Wandzia i Bogu pojawiają się na naszych ekranach dość często i zawsze - powtarzam, zawsze - powodują w moim domostwie salwy śmiechu. Członkowie Kabaretu są niepowtarzalni, a ich wizerunek jest nieprzeciętny. Zauważcie jednak, że zbyt wiele o członkach Neo-Nówki nie wiadomo. Ot trzech Panów tworzących świetny kabaret. Do reszty swego życia raczej niechętnie zwykłego śmiertelnika dopuszczają. 
Książka "Schody do nieba" przybliża nam nie tylko historię kabaretu, ale również postacie twórców Neo-Nówki. Panowie opowiadają (a właściwie przybliżają czytelnikowi w formie rozmowy, dyskusji, przekomarzań i anegdot) o swoim życiu prywatnym i o tym, w jakich bólach powstawała Neo-Nowka, która nas dzisiaj tak cieszy. Właściwie to o życiu prywatnym jest niewiele i chwała za to. Cenię bardzo ludzi, którzy nie mieszają życia prywatnego z zawodowym, a swoją prywatność chronią jak niepodległości. Ale nie da rady pisać o pracy bez zupełnego pominięcia prywaty i nie ukrywam, że te maleńkie skrawki życia prywatnego niezmiernie mnie cieszyły. 
Roman, Radek i Bolek opisują wszystko od początku do dnia dzisiejszego. Trochę to ogólnikowe stwierdzenie, ale tak własnie jest. Dowiadujemy się dlaczego członkowie pierwszego (i drugiego właściwie też) składu porzucili życie kabareciarzy i skąd się wzięła nazwa Neo-Nówka. Poznajemy kulisy powstania postaci słynnej Wandzi i dowiadujemy się dlaczego Bogu to Bogu, a nie po prostu Bóg. Najbardziej uśmiałam się czytając o wpadkach na scenie i o tym, jak z takich wpadek Neo-Nówka wybrnęła. Okazuje się, że gadanie przez Bogu do sznura nie do końca było zaplanowane... Dodam, że część wpadek wynika z chęci dokuczenia scenicznemu współtowarzyszowi. To dopiero jest jazda! 
Podczas lektury miałam wrażenie, że panowie mieli niezły ubaw podczas tworzenia tej książki. Śmiechu jest co niemiara, dokuczają sobie nawzajem, ale w trakcie tych słownych przepychanek wyraźnie widać, ogromną więź i przyjaźń.  
Książka okraszona jest sporą ilością zdjęć, które świetnie uzupełniają jej treść. Możemy podziwiać zdjęcia z występów, analizować dokumenty; mamy nawet kilka zdjęć nie bardzo związanych z życiem zawodowym członków Neonówki. W ogóle cała książka jest bardzo ładnie wydana. Moja ulubiona "twardo-miękka" okładka, poręczny format i bardzo staranny skład spowodowały, że stając przed trudnym wyborem prezentu dla koleżanki nie wahałam się zbyt długo. Dostała "Schody do nieba" i miałyśmy niezły ubaw chichocząc wspólnie ze scenek opisanych w książce.
Polecam gorąco!

piątek, 2 grudnia 2016

WWW.2012RU.PL

"WWW.2012RU.PL" - tajemniczy tytuł, tajemnicza okładka...  tylko autor trochę mi znany. Kilka lat temu czytałam powieść pt. "Upał" autorstwa Marcina Ciszewskiego i byłam pod dużym wrażeniem. Dlatego też, nie bacząc na fakt, że  "WWW.2012RU.PL" jest kolejną książką z cyklu opisującego perypetie członków I Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego - postanowiłam spróbować. 
Początek zaskakuje czytelnika niezmiernie. Na starcie poznajemy mężczyznę, który strzela sobie w głowę i umiera. Cóż, nie jest to może zbyt udany początek, ale nie należy się zrażać. Na kolejnych stronach powieści mamy bowiem opisane sceny niczym z filmu sensacyjnego. Naszych bohaterów poznajemy podczas ataku terrorystycznego przeprowadzonego na warszawskim lotnisku Okęcie. Czwórka żołnierzy wraz z Rozalką i dwójką dzieci uwalnia się z rąk terrorystów i zmyka z zagrożonego terenu wykonać swoją misję. Po udanej ucieczce wiedziałam już, że lektura nie będzie łatwa. Wszystko działo się tak szybko że ledwie nadążałam. I miałam rację. Ledwo udało się uspokoić sytuację z ucieczką, a już zaczął się problem z porwaniem i żądaniami porywaczy... a właściwie ich brakiem. Bo przecież trudno nazwać żądaniem nakaz powstrzymania się od jakichkolwiek działań. Okazuje się, że nasi żołnierze nie potrafią spokojnie usiedzieć w miejscu. Zaczynają dochodzenie i odkrywają że cały bałagan jest spowodowany zniknięciem tajemniczej maszyny o nazwie MDS, która potrafi przenosić w czasie. MDS-em interesują się Amerykanie, Rosjanie i faszyści. Zainteresowałaby pewnie jeszcze wiele innych nacji; na szczęście jej istnienie jest owiane tajemnicą. Wyobraźcie sobie jednak jakie skutki wywołać mogłaby taka maszyna w rękach bolszewików albo faszystów właśnie? Jak to określił jeden z bohaterów: Pewnego dnia możemy obudzić się w całkiem innej rzeczywistości...
Kulminacja powieści ma miejsce na poligonie w Bornym Sulinowie. Tam dochodzi do rozstrzygającej potyczki pomiędzy siłami wojskowymi trzech państw. A zakończenie? Jak zwykle u pana Ciszewskiego - zaskakujące. 
Świetna powieść, jednak nie mam zamiaru ukrywać, że wady również istnieją. Niewątpliwą zaletą jest dynamika akcji. Autor z dużym znawstwem opowiada o potyczkach i bataliach prowadzonych w Bornem Sulinowie. Widać, że wiedza militarna nie jest Mu obca. Problem w tym, że do tej pory była obca dla mnie. I tak jak akcja poza poligonem mnie wciągnęła i nie mogłam doczekać się co dalej, tak opis potyczki na poligonie po prostu mnie znużył. Wiem, że niejeden czytelnik płci męskiej był pewnie zachwycony. Ja owszem - byłam zachwycona pasją Pana Ciszewskiego - ale akcją w książce już mniej. Natomiast zachwyciło mnie zupełnie coś innego. Mianowicie autor dość często przenosi czytelnika w czasie. Odwiedzamy rok 2012, odwiedzamy rok 2007, chwileczkę jesteśmy uczestnikami Powstania Warszawskiego a nawet Kampanii Wrześniowej. Dzieje się to szybko i zgrabnie - tyle tylko, aby kontekst zdarzeń przesiąkł do głównego nurtu powieści. Bardzo podobały m się te przeskoki. 
Wadą powieści jest bardzo duża ilość faktów militarnych oraz sporo nawiązań do poprzednich części cyklu. Jeżeli ktoś nie jest pasjonatem powieści militarnych to po prostu w pewnym momencie się pogubi. Ja wiem, że część z Was powie, że już po okładce można spodziewać się takich smaczków w powieści. Owszem. Ja jednak zostałam zachęcona do lektury przez mojego męża, który z pasją pochłonął cała twórczość Ciszewskiego. Szkoda tylko, że w moje ręce wpadł ostatni tom, a nie pierwszy, Nic to. Nadrobię. 

piątek, 25 listopada 2016

Dom czwarty

Ja już po prostu nie wiem, co mam napisać. "Dom czwarty" to siódmy tom sagi o Lipowie. Pozostałe sześć zrecenzowałam i naprawdę każda jedna recenzja to zbiór peanów na temat twórczości Pani Puzyńskiej. Żaden z tomów nie był tym gorszym, każdy zachwycał. Teraz piszę siódmą recenzję na temat kryminałów o Lipowie i znowu powtórzę: No po prostu REWELACJA!
Tym razem zaginęła Klementyna Kopp. Nasza kontrowersyjna policjantka sama stała się bohaterką zagadki kryminalnej. Na prośbę rodziców miała odwiedzić rodzinną miejscowość i wyjaśnić pewną zagadkę sprzed lat. Niestety nigdy tam nie dotarła; po prostu zapadła się pod ziemię. Daniel wraz z Weroniką i Emilią postanawiają rozwikłać zagadkę zniknięcia policjantki. W tym celu udają się do Złocin - wioski, w której od lat mieszka rodzina Kopp. Niestety okazuje się, że zniknięcie Klementyny to nie jedyna mroczna tajemnica tamtego miejsca. Każdy z mieszkańców jest wrogo nastawiony do naszych policjantów, Właściwie nikt nie chce pomóc, a za każdym rogiem czai się kolejne mroczne widmo przeszłości. 
Zagadka kryminalna jest świetna i wspaniale przemyślana. Kolejny raz nie zawiodłam się. Klasyczny kryminał, który pozwala czytelnikowi w miarę akcji podejrzewać, domyślać się i oskarżać. Autorka tak sprytnie snuje fabułę, że w pewnym momencie podejrzewałam już wszystkich. Każdy miał mroczną tajemnicę, każdy miał coś do ukrycia. Sama już pogubiłam się w domysłach i z zachwytem obserwowałam, jak autorka wyprowadza te podejrzenia na prostą drogę. Naprawdę świetne. 
Problem miałam jedynie z głównym bohaterem Danielem Podgórskim. Z prostodusznego i ciepłego mężczyzny z lekką nadwagą i miłością do całego świata, zmienił się w ostrego, wręcz brutalnego alkoholika, który nie może sobie poradzić z otoczeniem. Jest niemiły i gburowaty. Posuwa się do czynów, które dawnemu Danielowi nie przyszłyby nawet do głowy. Nie ukrywam, że tęsknię za tamtym Podgórskim, który uwielbiał świat i życie i nie mógł oprzeć się podawanym przez Mamusię słodkościom. Teraz jedyne, za czym tęskni to piersiówka i paczka papierosów. 
Pokuszę się o stwierdzenie, że to chyba najlepsza część sagi. Zamiast jednego śledztwa mamy właściwie cztery i to jakie! Każdemu wydaje się, że wie już kto zabił, a tu niespodzianka! Naprawdę mistrzostwo świata. 
Czekam z niecierpliwością na kolejny tom, bowiem zakończenie "Domu czwartego" nie pozostawia wątpliwości, że Pani Puzyńska nie powiedziała jeszcze ostatniego zdania. 

poniedziałek, 21 listopada 2016

Granat poproszę!

Olga Rudnicka jaka jest - każdy widzi, a jak nie widzi, to niech żałuje. Autorka wielu książek, przy lekturze których uśmiałam się do łez. Pokochałam wszystkie bohaterki z serii o Nataliach, a także bohaterów serii "Martwe jezioro". Świetne poczucie humoru, rasowo opanowany żart sytuacyjny, lekkie pióro i głowa pełna pomysłów - oto Olga Rudnicka. 
Najnowsza książka jest trochę inna niż pozostałe. "Granat poproszę" przypomina mi (dużo bardziej niż poprzednie książki) twórczość Pani Joanny Chmielewskiej. Była Ona mistrzynią kryminałów których akcja toczyła się w jednym miejscu, a cały urok tych książek był właśnie w mistrzowsko prowadzonych dialogach. Idealnym przykładem jest "Wszystko czerwone", gdzie prawie cała akcja toczy się w duńskim mieszkaniu jednej z bohaterek. "Granat poproszę" to własnie taki kryminał i nie będę ukrywać, że nie do końca mi to odpowiadało. 
Emilia Przecinek to kobieta po czterdziestce, autorka poczytnych romansów, matka dwójki prawie dorosłych dzieci, żona Cezarego - jednym słowem przykładna Matka Polka z lekką nadwagą i kredytem hipotecznym na karku. Pewnego dnia nasza Emilia dowiaduje się, że mąż postanowił odejść do innej kobiety. Zostaje sama, i właściwie po pierwszym szoku, nawet jest zadowolona. Pakuje rzeczy męża do worków, które zostają zniesione do piwnicy i próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Problemem jest jedynie kredyt hipoteczny, a raczej konieczność jego spłacania w terminie. I tu spotyka Emilię przykra niespodzianka. Okazuje się, że mąż od kilku miesięcy nie spłacał w terminie rat, co spowodowało konieczność ustalenia miejsca pobytu Cezarego w czasie jak najkrótszym. 
Równocześnie z perypetiami Emilii i dzieci śledzimy losy Cezarego, który wplątał się w niezłą kabałę. Szczegółów zdradzać nie będę, dodam tylko, że to w tym wątku trup się ściele, a czytelnik co rusz zaskakiwany jest nagłym zwrotem akcji. I taką Rudnicką lubię. Akcja toczy się dość szybko i interesująco, a każda postać jest bardzo charakterystyczna, wręcz przerysowana, co sprawia wrażenie takiego przerysowanego magazynu kryminalnego 997. Świetny pomysł i niesamowite odczucia przy lekturze. Oczywiście obie części w pewnym momencie się splatają i dla czytelnika powstaje coś w rodzaju wybuchowej mieszanki śmiechu i zagadki kryminalnej. Miodzio!
Powróćmy jednak do pierwszej części, w której Emilia Przecinek próbuje dojść do ładu ze swoim życiem w zmienionej rzeczywistości. Tu czytelnik zostaje rażony ogromną dawką humoru rodem z najlepszych książek Joanny Chmielewskiej. Zabawa słowami, humor sytuacyjny to dwie główne cechy tej części powieści. Agentka Emilii próbująca dojść do ładu ze swoją klientką, dwie babcie ciągle kłócące się, ale umiejące zawrzeć przymierze w sytuacji zagrożenia. Dzieci Emilii, Kropka i Kropeczek są również przyczynkiem do ciągłych salw śmiechu. Z jednej strony zrównoważona i mądra Kropka chowająca przed matką smakołyki i próbująca uspokoić żądne krwi babcie, z drugiej zaś roztrzepany Kropeczek z ciągłymi problemami w szkole. Perypetie Emilii z odchudzaniem, rozmowy z Policją prowadzone w taki sposób, żeby nic nie powiedzieć... i te dowody w piekarniku! Przy lekturze po prostu rżałam jak osioł z radości, a moje dzieci patrzyły na mnie z politowaniem. Problem miałam tylko jeden. Ciągle przed oczami miałam książki Pani Chmielewskiej i w takich momentach tęskniłam jednak do Olgi Rudnickiej z poprzednich książek. 
Powiem tak: książka świetna i godna polecenia. W obecnej porze roku, kiedy za oknem pada i dominuje mgła, takie książki są jak najlepsze lekarstwo. Ale Pani Olgo, proszę już nie pisać jak Chmielewska, proszę pisać jak moja ukochana Rudnicka! 

środa, 16 listopada 2016

Pamiętnik Mary Berg

Książek o wojnie jest naprawdę wiele i tak powinno być. Okrucieństwo II Wojny Światowej było olbrzymie i ludzkość zawsze powinna o tamtych wydarzeniach pamiętać - ku przestrodze. Czym innym są jednak książki historyczne przedstawiające fakty i wydarzenia, a czym innym beletrystyka czy też pamiętniki i wspomnienia z tamtych czasów. Te pierwsze przedstawiają okrucieństwo nazistów w sposób bardzo szczegółowy, ale tak bez emocji. Te drugie ważne są dla zwykłego człowieka, który w czytaniu szuka przyjemności. Takich książek jest wiele. Ogromne wrażenie zrobił na mnie "Dzidek", "Biegnij chłopcze biegnij" czy też skierowana do dzieci "Asiunia".
Na pewno jednak największe wrażenie robią pamiętniki. To są książki, które wchodzą wgłąb serca czytelnika i nigdy, przenigdy dobrowolnie z niego nie wyjdą. Polecam z całego serca pamiętniki doktora Korczaka, polecam również "Pamiętnik Mary Berg".
Mary Berg (ur. w 1913 r.) rozpoczyna pisanie pamiętnika jeszcze w Łodzi, gdzie zastaje ją wybuch wojny. Z pierwszych kart wylewa się bezradność i rozpacz, kiedy jej rodzina musi uciekać z własnego domu. Powodem ucieczki była rozprzestrzeniająca się informacja o tym, że Łódź zostanie włączona do III Rzeszy. Postanawiają udać się do Warszawy, gdzie mieszkała ciotka Mary. Jednak w Warszawie czuło się już atmosferę antysemickich prześladowań, dlatego rodzina postanawia jednak wrócić do Łodzi. Kiedy matka Mary otrzymuje dokumenty z przedstawicielstwa USA potwierdzające jej amerykańskie obywatelstwo, cała rodzina ponownie wraca do Warszawy. Wydaje się, że życie w stolicy jest łatwiejsze i bezpieczniejsze niż w Łodzi. Do czasu. 2 października 1940 r. Niemcy utworzyli getto, w którym zamknięto 450 000 osób. Mary wraz z rodziną spędziła w getcie dwa lata. Należy mocno podkreślić, że jej życie było o niebo lepsze niż życie "zwyczajnych" Żydów. Nie musiała nosić opaski z gwiazdą Dawida, czynnie brała udział w życiu artystycznym Warszawy, jej rodzina mieszkała w dużym mieszkaniu, mieli co jeść i w co się ubrać. Wszystko to było możliwe dzięki amerykańskiemu obywatelstwu matki. Niestety, to co działo się dookoła Mary woła o pomstę do nieba. Głodujące, umierające na ulicy dzieci, żebracy, bieda, brak żywności tyfus... pomimo tego, że Mary miała "łatwiej" to jednak okrucieństwo nazistów jej nie omijało. Opisywała, jak bardzo bała się przechodzić obok posterunków i jak Niemcy dla zabawy strzelali do przechodniów. Opisywała wszystko: losy przyjaciół (najczęściej tragiczne) zwykłe życie i walkę o przetrwanie. Z kartek jej pamiętnika wyziera ogromna walka Żydów o zachowanie pozorów zwykłego życia. Mieszkańcy getta, chodzili do teatrów, na koncerty i przedstawienia, młodzież uczyła się na różnych kursach, a dzieci chodziły do prowizorycznych szkół. Oczywiście to wszytko działało tylko na tyle, na ile nie drażniło Niemców. Mieszkańcy getta wykazywali się również dużą pomysłowością i inicjatywą. Bez tego połowa mieszkańców zmarłaby z głody i wyczerpania. Podziemne piekarnie, wytwórnie artykułów pierwszej potrzeby czy też podziemna prasa - to wszystko stwarzało pozory zwykłego życia i dawało tak wszystkim potrzebną nadzieję. 
Mary udaje się przeżyć. Z całą rodziną zostaje internowana w więzieniu na Pawiaku. Nadal jednak przez okno oglądała cierpienia swoich rodaków podczas wywózek do obozów zagłady. 
Nasza bohaterka opisuje również życie w obozie przejściowym w Vittel, jednak tę część pamiętnika czytałam już z przeświadczeniem (zupełnie niesłusznym), że to już nieważne. Ważna jest ta część, która stanowi świadectwo tragedii, jaka wydarzyła się na terenie Getta Warszawskiego. To ta część pokazuje tak wiele. 
Ta recenzja przypomina niestety bardziej streszczenie niż recenzję. Ale trudno mi oddać uczucia, jakie targały mną podczas lektury. To nie jest książka, którą się ocenia - dobra czy zła. Ta książka to świadectwo. Dlatego czuję wewnętrzny sprzeciw przeciwko wystawianiu jej oceny. Uważam, że "Pamiętnik Mary Berg" powinien być lekturą obowiązkową. Może nie w podstawówce, bo jej treść jest zbyt straszna,  ale w liceum na pewno.

niedziela, 13 listopada 2016

Magiczne akta Scotland Yardu

Magiczne akta "Scotland Yardu" to książka taka, jaka jej okładka. Ciemna, mroczna i magiczna. To książka o alternatywnej rzeczywistości, w której pewna grupa ludzi posiada potencjał magiczny. To książka, w której panuje iście angielski, deszczowy i mroczny klimat, a słowo "słońce" chyba nie pada ani razu. XIX wieczne Archiwum X to najlepsze określenie. Mamy tu i zbrodnię i karę i magiczną szkołę i miłość i czarny charakter... cóż więcej trzeba, aby się dobrze bawić!
Pod koniec XIX wieku w szeregach londyńskiej policji utworzono wydział do spraw magicznych. Do zadań pracowników należy walka z przestępstwami popełnionymi przy udziale zdolności magicznych. Na czele wydziału staje John Dobson, który wraz z pracownikami ma za zadanie chronić Londyn przed nieuczciwymi magami i zjawiskami. Niestety - jak to w policji bywa - braki kadrowe są na tyle dokuczliwe, że nasz bohater postanawia jako wolnego strzelca zatrudnić Clovisa Lafay'a. Clovis jest świetnie wykształconym magiem pochodzącym z arystokracji, który zupełnie niedawno powrócił do Londynu. Niestety za Clovisem ciągną się wspomnienia skutecznie zabierając młodemu magowi pewność siebie. Co więcej - kiedy spotyka na swojej drodze siostrę Johna, Annę - nie potrafi okazać dziewczynie swoich uczuć uznając, że związek z Lafay'em jest dla młodej kobiety czymś niewłaściwym. Tropiąc z policjantami nekromantów, duchy i upiory jakby zupełnie przy okazji poznajemy losy naszych bohaterów oraz ich zupełnie zaskakujące powiązania. Powoli czytelnik odkrywa również losy członków rodziny Clovisa. Wyłania się obraz mętny, mroczny i tajemniczy. Kiedy w końcu dochodzi do morderstwa, czytelnik jest już właściwie na tyle przerażony, że zabójstwo (nieważne kogo) nie robi na nim większego wrażenia. Za to finał powieści i rozwiązanie zagadki - o, te robią wrażenie i to całkiem spore!
Powieść jest niecodzienna, a pomysł wyjątkowo zaskakujący. Świetnie czyta się historie, w której magia jest czymś zupełnie normalnym, a codzienne życie mieszkańców Londynu jest od niej właściwie uzależnione. Magia towarzyszy mieszkańcom w zwykłym, codziennym życiu. Bardzo podobały mi się części nazwane Retrospekcjami. Taki Harry Potter dla dorosłych. 
Książka ma jedną wadę, która psuła mi nieco przyjemność czytania. Wydawca zastosował przy druku maleńką czcionkę, a do tego bardzo zmniejszył marginesy. Efekt jest taki, że owszem powieść mieści się w jednym tomie (dodam, że dość sporym) ale lektura mnie osobiście dość zmęczyła. W innym przypadku rzuciłabym książkę w kąt, ale tu akurat przedstawiona historia jest na tyle ciekawa że dzielnie doczytałam do końca. Warto było!  

czwartek, 10 listopada 2016

Gruzja welocypedem

Zazdroszczę ludziom, którzy mają skrzydła u ramion, którzy są na tyle odważni, aby spełniać swoje marzenia. Każdy podróżnik to właśnie taki Ktoś, z portem w każdym mieście, z życiowym mottem: "Tam mój dom, gdzie ja". Mam wrażenie, że Anna Kołodziejska to właśnie taki człowiek. Kobieta, której doba wynosi 48 godzin, a swoimi planami na najbliższe kilka lat wypełniłaby życiorysy kilku spokojnych osób. W ostatnich dniach przeczytałam Jej książkę pt. "Gruzja welocypedem" i powiem, Wam że jestem oczarowana. Zarówno autorką jak i Jej książką. 
"Gruzja welocypedem" to właściwie taki reportaż z podróży w formie książkowej. Reportaż, pamiętnik... trudno powiedzieć. Właściwie to chyba to drugie, bo pomimo tego, że wyprawa odbyła się w towarzystwie przyjaciela autorki Pawła, to właśnie Pani Ania jest tu główną bohaterką wydarzeń i to Jej odczucia i komentarze towarzyszą czytelnikowi przez całą lekturę. 
Pani Anna bardzo sprawnie i lekko przeprowadza czytelnika przez całą rowerową podróż. Z iście dziennikarską dokładnością opisuje przygody i perypetie, jakie spotykały Ją w poszczególnych dniach wyprawy. Już pierwszego dnia nasi podróżnicy musieli stawić czoło grupie namolnych taksówkarzy, agresywnym bezpańskim psom i ciągle trąbiącym kierowcom. Kolejne dni to również ciągłe zderzenie zwyczajów i kultur. Gruzja jest krajem o wiele mniejszym niż Polska, jednak ludność ją zamieszkująca stanowi istną mozaikę zwyczajów i języków. Ludzie są bardzo dumni, łatwo ich urazić, a z drugiej strony ilość alkoholu przez nich pochłaniana po prostu poraża. Zupełnie inaczej niż w naszej kulturze traktuje się tam kobiety. Nie mają One zbyt wiele do powiedzenia. Nie wolno im usiąść przy stole z mężczyznami do posiłku, no chyba że są turystkami. W jednej z rodzin, które gościły naszą autorkę, żona gospodarza częstując gości kawą nie odważyła się samodzielnie wybrać miejsca na stole, na którym postawi szklanki z naparem. Dopiero po wskazaniu miejsca przez męża kawa została podana. Z zasady kobieta jest to prowadzenia domu i wychowywania dzieci, a mężczyzna do utrzymywania rodziny. Podział jest wyraźny i nikt nie wyobraża sobie, że może być inaczej. 
W opowieściach Pani Ani uderza czytelnika łatwość, z jaką miejscowi mężczyźni przekraczają bariery dobrego smaku i wychowania. Nachalność zachowań o podtekście seksualnym skierowanych do obcej przecież kobiety naprawdę poraża. Ciągłe zapraszanie do samochodu, obłapywanie... coś strasznego. Nie jestem osobą pruderyjną, ale w czasie lektury zastawiałam się, ile zdrowia kosztowała autorkę ciągła walka z nachalnymi pijanymi Gruzinami. Z Jej opisów wynika, że sporo. Właściwe jedyne, co odstraszało od prostackich zalotów, to obecność męskiego towarzysza podróży. 
Ta niepozorna książeczka oprócz perypetii i przygód uczestników zawiera również przepiękne opisy miast i gruzińskiej przyrody. Niewątpliwie piękne - zwłaszcza zza kierownicy roweru - ale jednocześnie przytłaczające i przygnębiające. Wszędzie gdzie nasi podróżnicy się ruszyli, z kątów wyzierała bieda. Nawet jeżeli budynek z zewnątrz przypominał europejskie standardy, to już w środku nie było tak wesoło. Za to przyroda, dzika i pierwotna - zachwyca. W Gruzji nie ma pieniędzy na rozwój infrastruktury, więc jak tylko podróżnicy wyjeżdżali poza miasta, przyroda porażała dzikością. 
Wspaniała książka. Zabrała mnie na kilka godzin w niezapomnianą podróż. Bardzo żywe i wartkie opisy powodują, że tu nie ma czasu na nudę. Nawet jeżeli zatrzymujemy się w jakimś miejscu, to ciekawostek związanych z nim jest tyle, że zanim się spostrzeżemy, już pędzimy dalej. Szkoda, że książka zawiera tak mało zdjęć, ale z drugiej strony daje to większe pole naszej wyobraźni. Miejscowe zwyczaje, potrawy, miejsca, ludzie... Dominują jednak opisy związane z piciem alkoholu. Mam wrażenie, że mocne trunki są podstawą życia tamtejszych mężczyzn. W tamtejszych lasach i zagajnikach można znaleźć konstrukcje przypominające stoły, ponieważ Gruzini nie piją w domach, a na świeżym powietrzu :-) Musi się tam dziać!
Wszędzie lasy, łąki, biegające luzem zwierzęta... robi to wszystko wrażenie. 
Polecam serdecznie każdemu, kto chce na kilka chwil oderwać się od rzeczywistości  i poszybować w nieznane...