środa, 10 grudnia 2014

Przerwana podróż

Dla takich książek warto jest szukać. To właśnie takie perełki powodują, że człowiek na widok polskiej literatury zastanawia się, co go w tej podróży spotka. Nie ukrywam - bardzo, bardzo lubię prozę polską i choć zdarza mi się wkładać nos w powieść, która mi się nie podoba (teraz czytam taką, o czym w następnym poście) to nie zniechęcam się i szukam dalej. A jak już znajdę... 
Sześć osób - Antonina, Monika, Zofia, Jacek, Michał i Szczepan. Każdy żyje po swojemu, ma swoje sprawy i swoje problemy. Los prowadzi ich jednak do wspólnego punktu, którym jest przystanek autobusowy. Przez niefortunny zbieg zdarzeń, pech i brak odpowiedzialności dwójki ludzi, życie całej szóstki zmienia sie diametralnie. Każdy z nich traci wiele; dwójka nawet wszystko. Co dalej? Jak poradzić sobie z odmiennością losu, czymś co zaskoczyło, położyło się cieniem na całym życiu i niestety, jest niezmienne? 
Powieść jest ciekawie zbudowana. Pierwsza część to ruchome obrazy. Każdy z bohaterów pokazany jest w pewnej rzeczywistości;  ot żyje, ma codzienne problemy, radości i smutki. Wszystkich ich łączy jedno - wszyscy niezmiennie kierują się ku jednej chwili - tragicznej chwili, która w pewien wtorkowy poranek zaskakuje ich na przystanku linii nr 9. Druga część powieści skupia się głównie na Antoninie. To ona jest języczkiem uwagi, wkoło niej toczą się losy pozostałych bohaterów. To ona jest głównym przesłaniem książki - czyń dobro, a ono kiedyś do Ciebie wróci. Antonina przeżywa rozterki i płacze nad swoim losem (choć szczerze mówiąc chyba nie ma nad czym płakać). 
Sam moment wypadku, przyczyna wszystkiego, w książce jest właściwie pominięty. Jego opis zajmuje może pół strony i naprawdę nie przyciąga uwagi czytelnika. Ważne są konsekwencje a nie sama przyczyna. 
"Przerwana podróż" to niebanalna powieść. Pokazuje nam, że należy się cieszyć z tego co mamy bo może się zdarzyć, że w jednym ułamku sekundy stracimy wszystko. Pokazuje nam jak ważne są pojedyncze chwile, i że każda iskierka radości jest skarbem godnym przechowywania w naszych sercach. To powieść o życiu, o przemijaniu i o małych radościach. Ludzie kłócą się o drobiazgi, przywiązują wagę do błahostek, robią innym ludziom z życia piekło, a tu "pyk" i już po wszystkim. Także cieszmy się z tego co mamy i żyjmy tak jakby każdy dzień miał być tym ostatnim...  

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Przypadki Pani Eustaszyny

Książki Marii Ulatowskiej niezmiennie napełniają mnie optymizmem i chęcią do życia. Uskrzydlają, rozśmieszają i sprawiają, że świat staje się bardziej kolorowy. Seria książek o Sosnówce naprawdę mnie urzekła. "Autorka" również miała charakterek (choć troszkę inny niż Sosnówka). "Przypadków Pani Eustaszyny" trochę się bałam. Bo i cóż można napisać ciekawego o życiu osiemdziesięcioletniej staruszki? Tak się zbierałam, zbierałam, krążyłam i krążyłam dookoła ślicznej okładki.... Dobra, raz kozie śmierć!
Tytułowa Eustaszyna jest kobietą delikatnie rzecz ujmując - nietuzinkową. Dziarska staruszka, która ma cały świat u swych stóp i zdaje sobie sprawę ze swoich możliwości. Odwagą, humorem i sprytem pokonuje najtrudniejsze przeszkody, jakie na drodze jej i najbliższych osób kładzie los. Nie przyjmuje do wiadomości kolejek do lekarzy specjalistów i przy pomocy pani minister zdrowia uzdrawia polską służbę zdrowia (szkoda że uzdrowienie dotyczy jedynie kardiologa dla męża bohaterki). Jest opiekunką i duchowym przewodnikiem dla bratanicy Marcelinki. Organizuje jej życie, męża i rodzinę, a czyni to z taką swobodą i wdziękiem, że nawet ja - zagorzała przeciwniczka organizowania komuś życia na siłę - uśmiałam się do łez. Najbardziej jednak ubawiła mnie historyjka o tym, jak to dwie staruszki udały sie do centrum handlowego. Zderzenie dwóch światów i odmiennie różnych systemów wartości rozłożyło mnie całkowicie. 
"Przypadki Pani Eustaszyny"  są takim lekiem na handrę. Powieść całkowicie niepoważna i zabawna, miejscami wzruszająca, miejscami rozczulająca - naprawdę koi nerwy i przenosi w błogi stan życiowego rozleniwienia. Tylko potem powrót jest dość trudny.  

niedziela, 23 listopada 2014

Więzy krwi

Kryminał. Mroczny, krwawy (ale tylko troszkę), trup się ściele - prawdziwy kryminał. No tak. Problem tylko w tym, że ja lubię zgadywać, kto zabił, a tu od razu wiadomo kto. Wiadomo nawet jak. Z powyższego opisu należy więc usunąć słowo kryminał i, pomimo tego, co wydawca pisze na okładce ksiażki, zastąpić je określeniem "psychologiczna powieść sensacyjna". A może nie... może właśnie psychologiczny kryminał... Nie wiem. Czy mi się podobało? Też nie wiem. 
W pewien deszczowy wieczór Torri Connelly w zakrawionym szlafroku wpadła do domu swojego sąsiada. Z płaczem poinformowała go, że wraz z mężem zostali napadnięci we własnym domu. Mąż został zastrzelony, a Torri udało się uciec. Wprawdzie została postrzelona, na szczęście przeżyła. Szybko okazuje się, że wersja Torri nie do końca odpowiada prawdzie. Mąż rzeczywiście został zastrzelony, jednak nie przez obcego napastnika, a właśnie przez Torri, która po dokonaniu morderstwa, szukając dla siebie alibi sama postrzeliła się w nogę. Krok po kroku, strona po stronie, czytelnik odkrywa mroczną prawdę o Torri. Autor robi ze swojej bohaterki prawdziwe czarne indywiduum. Aż dziw, że Policja do tej pory przymykała oczy na jej poczynania. Do tego wszystkiego okazuje się, że Torri ma siostrę bliźniaczkę Laine. Kobieta przerysowana jest zupełnie w drugą stronę. Naiwna i nieporadna, ciągle pozostaje w cieniu swojej niedobrej siostry. Kiedy Torri robi coś złego, Laine udaje, że tego nie widzi. No niestety - nie kupuję tego. 
Pomimo powyższych uwag należy wyraźnie powiedzieć, że pomysł na powieść autor miał naprawdę dobry. Główna bohaterka - prawdziwa femme fatale - robi wkoło siębie sporo zamieszania. Jest bardzo pewna siebie i nie przyjmuje do wiadomości, że jej pomysły mogą się nie powieść. Gdyby tylko autor nie przerysował pozostałych bohaterów byłoby pikuś. Niestety - wszyscy pozostali są wykreowani na ślepych półgłówków, którzy w ogóle nie zauważają, co się dzieje dookoła nich. Jedna Torri jest w stanie zabić pół miasta i nikt tego nie zauważy. Autorowi chyba zabrakło pomysłu na bohaterów przeciwstawnych Torri. Jej siła i pewność siebie wymknęła się spod kontroli. Jak z tego wybrnął? Spłaszczył pozostałych bohaterów zabierając z tortu wisienkę... i krem też. Został suchy biszkopt. 

piątek, 14 listopada 2014

Jimek - Prologue i szczecińska filharmonia


Wybraliśmy się całą rodziną do filharmonii. Ta w naszym mieście od samego początku budzi kontrowersje. Kiedy powstawała, wielu Szczecinian twierdziło; "Stawiają w centrum miasta barak". Projekt rodził same niepochlebne komentarze. na szczęście nikt z twórców się nie zraził i pomimo krytyki filharmonia rosła i piękniała. Kiedy już powstała, wiadomo było, że jest sukcesem. Posypały się nagrody, a tym, którzy do tej pory krytykowali, nagle lukier zaczął się z ust wylewać. A co tam! Grunt, że Szczecin ma coś, czym może się naprawde pchwalić. 

Zapraszam do środka!





niedziela, 9 listopada 2014

Już czas

Słonie, słoniątka, słoniki... są po prostu wszędzie i to właśnie one nadają powieści "Już czas" niepowtarzalny, uroczy klimat. Do powieści przyciągnęło mnie nazwisko bardzo popularnej autorki. Któż nie zna Jodi Picoult? Jej książki zalewają cały świat, a filmy kręcone na ich podstawie biją rekordy popularności. Niestety mam wrażenie, że sama autorka pomału zaczyna się wypalać. Powieść "Już czas" byłaby tego kolejnym dowodem, gdyby nie słonie!
Jenna jest sympatyczną nastolatką wychowywaną przez babcię. Kiedy dziewczynka była mała jej matka zniknęła bez śladu. Poszukiwania prowadzone metodami tradycyjnymi nie dały żadnego rezultatu. Jenna obsesyjnie próbuje znaleźć choćby najmniejszy skrawek informacji o matce. Wie tylko tyle, że przed wielu laty Mama wraz z mężem prowadziła rezerwat słoni. Nieszczęścia zaczęły się od znalezienia na terenie rezerwatu martwego ciała jednej z pracownic. Tuż obok leżała matka Jenny; nieprzytomna i zraniona, ale jednak żywa. Po przewiezieniu do szpitala kobieta odzyskuje przytomność i... znika bez śladu. Ojciec Jenny początkowo walczy z codziennością, jednak szybko poddaje się wskutek czego ląduje w klinice psychiatrycznej. Dziewczynka właściwie zostaje sama. Posiada jedynie pamiętnik Mamy i jej szal - piękny, niebieski, jedwabny szal... 
Gdyby autorka pozostała przy (przepraszam za określenie) ludzkim wątku, to książka byłaby jedynie dobra. Daleko jej do najlepszych powieści Picoult, które zaskakują poruszanymi problemami. Większość z nich to tykające bomby poruszające najtrudniejsze tematy. Łączy je jedno - zimne spojrzenie autorki na problem i gorące emocje czytelnika po przeczytaniu całości. Tu jest inaczej. Tu autorka zadziwia mistycyzmem zahaczającym o okultyzm. Picoult porusza zupełnie inne struny niż dotychczas. Nie ma tu palącego problemu społecznego, jest natomiast świat, którego nie znamy i który napawa większość ludzi lękiem. 
No tak. Ale to co mnie najbardziej urzekło w tej powieści to słonie. Ich świat, ich emocje, ich mądrość i empatia. Powieść czyta się chwilami jak beletrystyczną książkę przyrodniczą. (ciekawe czy takie są?) To książka, której bohaterami są słonie. Poznajemy ich życie, emocje, płaczemy razem z nimi nad martwym słoniątkiem, wściekamy się, kiedy człowiek robi im krzywdę i śmiejemy się radośnie, kiedy kończy się pora sucha i można się dowolnie taplać w wodzie. Nie mogłam się oderwać od tych opowieści. Jeżeli psychika słoni i ich życie jest choć w połowie tak barwne jak to opisuje Picoult w swojej książce, to ja chcę być hodowcą słoni! 
I jeszcze jedno - zakończenie powieści powala na kolana. Schemat znany z wielu filmów, a jednak mimo to - powala. Dlatego też powieść przeczytałam dwa razy. Kiedy już dowiedziałam się o co chodzi  (trudno pisać tak, aby nie zdradzić o co chodzi :-)) byłam ciekawa, czy autorka nie popełniła w którymś momencie powieści błędu i nie stworzyła scen niepasujących do zakończenia. I powiem Wam, że drugi raz był niesamowity. To po prostu druga powieść czytana jakby w okularach. Niesamowite wrażenia. 

czwartek, 6 listopada 2014

Więcej czerwieni

Jakiś czas temu w moje ręce wpadła książka o niewinnym tytule "Motylek". Książka okazała się krwistym kryminałem z ciekawą zagadką i zaskakującym zakończeniem. Akcja powieści została umiejscowiona w małym Lipowie, co oznacza, że krąg bohaterów był dość zawężony. Plusem takiej sytuacji jest to, że powiązania i zależności między bohaterami są bardzo wyraźne, a co za tym idzie - autor może je dość mocno skomplikować. Niewątpliwie wymaga to sporych umiejętności żonglowania emocjami. Z drugiej strony konieczna jest duża dawka dyscypliny, aby pamiętać o tym co działo się wcześniej i zachować logiczną i spójną całość historii. Po zamknięciu "Motylka" uznałam, że jeżeli to był debiut Pani Pużyńskiej i jeżeli przy kolejnych książkach rozwinie Ona skrzydła swoich umiejętności to może się okazać, że kolejna powieść to będzie niezła bomba... Poczekałam, poczekałam i doczekałam się. Rzeczywiście "Więcej czerwieni" spełniło moje oczekiwania. 
Wracamy do Lipowa. Tym razem zamiast zimy mamy pełnię lata. Przesympatyczny i lekko zakompleksiony policjant Daniel Podgórski (znany czytelnikowi z poprzedniej części) jest szczęśliwy u boku pięknej Weroniki. Przy jeziorze chmara wczasowiczów, pachnie zboże, słoneczko swieci - sielanka. Niestety sielankę tę przerywa znalezienie zwłok dwóch młodych kobiet. Ofiary, pieszczotliwie zwane Kózką i Śmieszką, zostały zamordowane, a następnie dotkliwie okaleczone. Okoliczności śmierci  dziewczyn są bardzo niejasne, pytania i wątpliwości mnożą się w zastraszającym tempie. W celu wyjaśnienia morderstw utworzony zostaje zespół ze znaną z "Motylka" sławetną Klementyną Kopp na czele. Na pierwszy rzut oka zgorzkniała i zdziwaczała stara panna swoim współpracownikom daje się nieźle we znaki. Okoliczności towarzyszące tragicznym wydarzeniom prowadzą do przypuszczeń, że nasi bohaterowie mają do czynienia z seryjnym mordercą. Każdy trop budzi coraz więcej wątpliwości, każda wskazówka prowadzi na manowce... Co więcej - dochodzi do kolejnych morderstw. No nie jest łatwo.
"Więcej czerwieni" urzeka ilością wątków, różnorodnością bohaterów i mistrzowskim wątkiem kryminalnym.  Intryga zachwyca złożonością,  a jednocześnie prostotą. Autorka z jednej strony podaje rozwiązanie na tacy - kiedy już wiemy kto, zadajemy sobie pytanie, jak mogliśmy na to nie wpaść wcześniej. Problem leży w tym, że autorka podaje nam rozwiązanie mocno rozszczepione na cząstki i poskładanie ich w jedną całość wcale nie jest łatwe. Niemniej jednak urzekło mnie to, w jaki sposób czytelnik prowadzony jest ze swoimi podejrzeniami od jednego bohatera do kolejnego i nic nie znajduje. A rozwiązanie jest tak blisko....
"Woęcej czerwieni" jest powieścią, którą po prostu dobrze się czyta. Wciąga czytelnika tak, że powiedzenie "zapomnieć się w lekturze" nabiera zupełnie odmiennego znaczenia... 

wtorek, 21 października 2014

Gdy się znajduje przyjaciela



Niesamowita piosenka. Gosia - dla Ciebie :-) Zwłaszcza o sms-ach z końca świata!

poniedziałek, 20 października 2014

Słowotwórstwo Młodszego :-)))

Jedziemy samochodem. Droga przed nami długa, więc zabawy z dzieciakami niezbędne. Jedną z popularnych jest zabawa w wymyślanie słów zaczynających się na literę, na którą kończy się slowo poprzednie. Niby proste: lampa, abażur, rower, róg... Problem powstaje wówczas, gdy słowa mają pochodzić z jednej kategorii, np rośliny, albo zwierzęta....
Wracając do podróży - wymiana zdań była następująca:
Basia: Dobra to teraz zwierzęta.
Marek: dobra ja zaczynam: Zebra!
B. Aligator!
M: Robak!
B: Koń!
M: (po chwili zastanowienia) chyba nie ma... dobra! Mam! NIOSOROŻEC! 

Bogowie

Religa to człowiek legenda, każdy się z tym zgodzi. Nie wątpię jednak, że początki były trudne. Przecież porwał się z motyką na słońce. Przeszczep serca? Nonsens! Jak można!
Film "Bogowie" jest oparty na faktach. Ukazuje, jak wielką walkę stoczył Religa, aby przeszczep serca został uznany za sukces. Religa niewątpliwie był człowiekiem mega zakręconym. Dla niego nie było przeszkód. Walczył tak długo, aż dopiął swego. Nie patyczkował się, dążył do celu bez oglądania się za siebie. Był charyzmatycznym wizjonerem, który swoim entuzjazmem zarażał wszystkich dookoła. Jego współpracownicy byli mu całkowicie oddani. Dbali o niego, pomagali mu i byli z nim zawsze i wszędzie pomimo tego że zwrot "zwalniam cię" był codziennością. Bliski współpracownik Andrzej Bochenek w wywiadzie wspominał jak to podczas jednej operacji "... mówię, że nie powinniśmy już pacjenta operować. Religa krzyczy że mnie zwalnia, ale za dziesięć minut zatrudnia ponownie."
W filmie mistrzem drugiego planu są czasy, w których Relidze przyszło zmagać się z całym światem. Zapyziały PRL nie pozwalający rozwinąć skrzydeł. Brakowało pieniędzy na wszystko, brakowało pasji i zaangażowania. Współpracowanik Religi opowiada: "W zabrzańskim Szpitalu Miejskim przy ul. Skłodowskiej-Curie, w którym zaczynałem pracę, w salach leżało po 13, a nawet 15 pacjentów. Mieliśmy stare aparaty do znieczulania i ani jednego monitora. O sprzęcie jednorazowego użytku mogliśmy pomarzyć. Gdy opowiadam dzisiaj studentom, że kupowaliśmy specjalny sprzęt do prania rękawiczek chirurgicznych, nie chcą mi wierzyć. Zatrudnialiśmy też dwie osoby tylko po to, by zaklejały w rękawicach dziury" Film świetnie oddaje klimat tamtej epoki. Nawet koc, którym żona przykrywa śpiącego Relgę to koc z mojego dzieciństwa. Innych po prostu nie było.
Sukces filmu to przede wszystkim główny bohater. A główny bohater to Tomasz Kot. Mistrzostwo świata! Wspiął się na wyżyny swojego talentu, co do ktorego nikt chyba nie ma wątpliwości. W Jego wykonaniu Religa to po prostu Religa; lekko przygarbiony, z nieodłącznym papierosem w ustach i z przymrużonymi oczami. Nawet uśmiech jest taki własnie, jak powinien być. 
Film piękny, wzruszający, chwilami śmieszny, chwilami tragiczny. Film, który po prostu trzeba zobaczyć. 


poniedziałek, 13 października 2014

Róża

Straszny film, choć rzeczywiście artystycznie - wielkie dzieło. Ale fabuła przerażająca. Wszystko takie wprost, bez żadnej cenzury. Brak kolorów, ciężka muzyka, ludzie ciągle smutni i przerażeni. Kiedy jest już trochę lepiej, spadają z hukiem jeszcze niżej niż byli poprzednio. 
Lato 1945 roku, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Tadeusz, polski żołnierz, któremu wojna zabrała wszystko i niczego nie oszczędziła, dociera na Mazury, na ziemie, które przed wojną należały do Niemiec, a po wojnie zostały przyznane Polsce. Odnajduje wdowę po niemieckim żołnierzu, którego śmierci był świadkiem. Mieszkająca sama w dużym gospodarstwie Róża przyjmuje Tadeusza chłodno, pozwala przenocować. Tadeusz odwdzięcza się za gościnę pomocą w obejściu. Róża, choć się do tego nie przyznaje, potrzebuje czegoś więcej - przede wszystkim ochrony przed szabrownikami, którzy nachodzą jej gospodarstwo. Stopniowo Tadeusz poznaje przyczyny jej samotności... Na tle krajobrazu wyniszczonego przez wojnę, gdzie nadzieja stała się narzędziem propagandy, między dwojgiem ludzi z odległych światów rodzi się miłość... niemożliwa?  (opis: Filweb)
Nie jestem w stanie zatrzymać się przy tym filmie na dłużej. Jest po prostu straszny. Oglądałam go jednym okiem, spod koca, a i tak będę pamiętać go długo. Przerażająca jest ta prostota przekazu. Kiedy upada system wartości, kiedy nie ma stróżów porządku, kiedy rządzi prawo siły, ludzie pokazują zwierzęce oblicze. I nie ma co szukać tych lepszych czy gorszych. Po wojnie każdy będący przy władzy, bez względu na narodowość, czuł się bezkarny. Polak, Niemiec, Rosjanin - to naprawdę nie miało znaczenia. Najbiedniejsi byli słabi. Kobiety. Dzieci. 

Polecam. 

poniedziałek, 6 października 2014

Autorka

Uwielbiam kryminały. Uwielbiam też twórczość Pani Ulatowskiej. W najnowszej książce ta autorka poczytnych powieści obyczajowych postanowiła wejść w konszachty z autorem kryminałów p. Jackiem Skowrońskim. Z pobieżnej analizy cech obu twórców wyszło mi, że właściwe to dwa zupełnie przeciwstawne bieguny (ogień i woda, że tak powiem) zarówno w życiu jak i w twórczości. Moja ciekawość została wystawiona na ciężką próbę. Kiedy dorwałam czytnik z wgraną powieścią... przepadłam.
W powieści "Autorka" mamy wszystko to, czego pasjonat kryminałów szuka. Jest więc seryjny morderca, samotna kobieta, przesympatyczny policjant, ambitna profilerka i kilka innych niezbędnych dla dobrego kryminału osób. Najważniejszą bohaterką jest pisarka Justyna. Jej książki osiągają spory sukces, a ona sama jest często zapraszana na spotkania autorskie i wywiady z licznymi fanami. Problem pojawia się wówczas, gdy w tajemnicznych okolicznościach wśród fanów zaczyna grasować seryjny morderca. W tym momencie wkracza do akcji policjant Zawada wraz ze swoimi współpracownikami. Akcja toczy się wartko, trup się ściele, a czytelnik płacze ze śmiechu...
Uśmiech schodzi z twarzy czytelnika przy końcówce powieści. Zakończenie jest zupełnie niespodziewane; właściwe czułam się rozczarowana. Dopiero po pewnej chwili stwierdziłam, że właśnie tak jest dobrze. Nie ma tu sztampowości a pomysł jest bardzo, baaardzo zaskakujący. Tak naprawdę to właśnie jest ta wisienka na torcie.
Polecam serdecznie każdemu kto lubi książki z poczuciem humoru. Ja bawiłam sie naprawdę świetnie. 

sobota, 4 października 2014

Tamte cudowne lata

"Tamte cudowne lata" to książka, którą już na wstępie zaszufladkowano. Ja rozumiem, że ktoś chciał szybko ją wypromować i postanowił "przejechać się" na sukcesie skąd inąd świetnej powieści pt. "Cień wiatru". Niestety w ten sposób "Tamte cudowne lata" zostały z góry skazane na pozostawanie w ciągłym cieniu. Bo jakże konkurować z taką książką? I właściwie po co konkurować... Te porównania są naprawdę niepotrzebne, gdyż "Tamte cudowne lata" są same w sobie bardzo wartościową powieścią i świetnie obroniłyby się na rynku bez sławnej protegowanej. A tak cóż... niestety przegrywa. 
Tłem dla wydarzeń jest biedna i smutna powojenna Hiszpania. W Madrycie Lola wraz z mężem prowadzi maleńki antykwariat. Książki są wielką miłością obojga i nie wyobrażają sobie życia bez nich. Sklepik ledwo pozwala się utrzymać jednak oboje są szczęśliwi, że robią to co kochają. Pewnego dnia do sklepiku przychodzi tajemnicza kobieta. Wraz z Lolą zaczynają wspólnie czytać książkę pt. "Dziewczyna o włosach jak len". Tu rozpoczyna się drugi wątek. Oto młodziutka Rose wychowywana beztrosko na wsi. Nie ma pojęcia kim byli jej rodzice i jak mocne ciąży na niej piętno. Jej dzieciństwo jest proste i sielankowe, jednak w miarę dorastania zaczyna wkoło niej narastać tajemnica. Co łaczy Lolę, Rose i tajemniczą kobietę? Jaką rolę spełniają książki? 
"Tamte cudowne lata" to powieść niesamowicie klimatyczna. Czytając o sklepiku z książkami na małej madryckiej uliczce po prostu czuć zapach książek. Opisy poszczeólnych woluminów, półek, małej lampki sączącej światło, klientów przychodzących napełnić pióra atramentem... naprawdę można się poczuć uczestnikiem wydarzeń. Poza tym powieść jest pełna osobistości tamtyh czasów. Picasso, Coco Channel i wiele wiele innych osób nadaje wydarzeniom realności i smaczku. Całości dopełniają świetne opisy imprez i koncertów organizowanych z dużym rozmachem. Sala przepełniona dymem, eleganckie i jednocześnie wyzywające kobiety, samochody będące wyznacznikiem luskusu... chłonęłam tę atmosferę. Pogrążałam się w niej i niechętnie przerywałam lekturę.  
Obok tej niesamowitej atmosfery na każdym kroku towarzyszy czytelnikowi książka. Niby w tle, a jednak na pierwszym planie przewijają się opowieści o książkach, o prowadzonym przed wojną wydawnictwie... tu cytat, tam krótkie opowiadanie, tu wiersz... cała powieść przepełniona jest miłością do słowa pisanego. 
Książka godna tego, aby stać na półce każdego "książkochłona".

czwartek, 2 października 2014

Miasto z lodu

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to określenie "afektywna choroba dwubiegunowa". Cóż to za twór? - pomyślałam. Oczywiście niezastąpiona Wikipedia szybko uświadomiła mi co mnie czeka, jeżeli zdecyduje się na lekturę "Miasta z lodu". Straszne choróbsko niszczące życie zarówno chorego jak i najbliższych osób. Samotna matka cierpiąca na te chorobę... myślę, że dla dziecka to może być niewyobrażalne piekło.
A oto kobieta, Teresa Tomaszewska, cierpiąca na zaburzenia psychiczne. Jest kobietą piękną, mądrą lecz niestety - chorą. W bardzo młodym wieku urodziła córkę, która nadała jej życiu sens. Niestety ze względu na chorobę matki dziecko wychowuje babcia. Brak kontaktów z Agatką wykańcza Teresę. Wytrzymuje tak trzynaście lat. Po upływie tego okresu zabiera swoją nastoletnią już córkę i ucieka przed siebie. Z Gdyni trafia do małego górskiego miasteczka. Tam za wszelką cenę  usiłuje utrzymać się na powierzchni. Znajduje pracę jako kelnerka i nie bacząc na "złe spojrzenia" miejscowych łapie się z życiem za bary. Niestety - jak to w małej mieścinie bywa - życie z etykietką samotnej matki z dzieckiem nie jest łatwe. Zwłaszcza dla atrakcyjnej matki. Obok, jakby niezauważalnie toczy się historia Agatu, która niechybnie zmierza ku tragedii. 
Książka jest jak układanka, którą pamiętam z dzieciństwa. Najpierw ukazuje się malutki fragmencik układanki. Potem kolejny. Potem zakrywamy jeden, a odkrywamy inny. Długo trwa zanim domyślimy się co przedstawia obrazek. Co więcej - niektóre fragmenty wprowadzają w błąd. Odbiorca widzi mały fragmencik przedmiotu, który po odkryciu większej części okazuje się zupełnie czymś innym niż się na pozór wydawało. Pierwsza scena to turysta znajdujący w górach zziębnięte ciało dziewczynki. Kolejna to matka i córka, które jadą w siną dal. Nagle pojawia się choroba. Następnie społeczność, która nie akceptuje odmienności. W tej społeczności pojawia się jednak zgrzyt w postaci człowieka który chce jednak pomóc. On też nie jest bez skazy. Okazuje się, że pomaga ale nie bezinteresownie. Do tego dochodzi szkoła, przeszłość, w tle cały czas prześladuje nas tragedia sprzed lat, kiedy to nastolatka traci życie wpadając pod lód... nie jest łatwo. Czytelnik jest ciągle zagubiony ciągle szuka wspólnych wątków. Cierpliwość czytelnika zostaje nagrodzona w zakończeniu, kiedy to wszystko składa się w całość.  
Pomijając budowę i strukturę książki nasuwa się jedno stwierdzenie. Ta powieść jest niesamowicie smutna. Nie jest to smutek, który przygnębia, a taki, który prowadzi do przemyśleń. Nagle zastanawiasz się, czy te wszystkie przypadki porzuconych dzieci to nie jest efekt choroby. Może problem nie tkwi w nieodpowiedzialności młodych matek, a gdzieś głębiej... w znieczulicy i braku otwartości na innego człowieka.