poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Sowie zwierciadło

Andrzej Pilipiuk jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Pomijając "Dziennik norweski", w którym dał poznać się jako narzekający na wszystko podróżnik, (co też ma swoją literacką wartość) - całą pozostałą twórczość przeczytałam właściwie jednym tchem. Uwielbiam opowiadania, Kuba Wędrowycz jest moim idolem, a perypetie Kuzynek polecam każdemu. Pierwsze sześć tomów cyklu "Oko jelenia" też wciągnęłam szybko, choć miałam wrażenie, że z każdym kolejnym tomem autor obniża loty. Losy bohaterów i Hanzy były jednak na tyle wciągające, że - gnana poprzednimi tomami - przemknęłam przez całość lotem błyskawicy. 
I nadszedł czas ostatniego tomu pt. "Sowie Zwierciadło" (tutaj). I co? I nic. W ogóle mnie nie zachwycił. Powiem więcej - czytałam, bo chciałam mieć zaliczoną całą serię. Ale nie był to finał z fanfarami i przytupem. Może jedna trąbka zagrała, ale raczej cichutko... 
Dwóch bohaterów całego cyklu - Staszek i Marek - w końcówce poprzedniego tomu, mogą wybrać, dokąd chcą się udać. Marek wybiera współczesność i wraca do domu, ale niespodziewanie spotyka tam Pana Grążela, który zrobi wszystko, aby jego syn (tak, tak Staszek właśnie!) wrócił do domu. Początkowo nie chce uwierzyć w opowieści Marka o podróżach w czasie, ale kiedy dociera do niego, że to prawda, robi wszystko, aby umożliwić synowi powrót do domu. A że jest bogaty i ma na usługach całą masę podejrzanych typków, Markowi nie jest łatwo. 
Staszek natomiast ląduje w domostwie Heli w czasach, które nastąpiły po klęsce powstania styczniowego. Autor świetnie nakreślił społeczeństwo polskie, które szybko podniosło się po powstańczej klęsce. Odrodziła się konspiracja i walka z zaborcami, a nasz Staszek wylądował dokładnie w jej centrum. Zmuszony jest walczyć nie tylko o honor swojej panny, ale też o życie przyjaciół. W pewnym momencie, chory i zrozpaczony, chce już pożegnać się z życiem, ale nie jest to takie proste. Staszek dociera do Visby w to samo miejsce, co Marek z jego ojcem 150 lat później. Jak autor rozwikła tę zawiłość? Ciekawie i zaskakująco, choć taki sposób zakończenia powieści niweczy wszelkie ...i żyli długo i szczęśliwie. 
„Sowie zwierciadło” to najsłabszy tom cyklu. Napisany jakoś tak na siłę. Nie ma tego polotu, co w pozostałych częściach, a problemy i zawiłości fabuły rozwiązywane sią jak za ciachnięciem noża. Czytelnik może tylko obserwować poczynania autora. Tu nie ma miejsca na domysły i wyobraźnię. Jest za to wydarzenie za wydarzeniem niczym w żołnierskim pułku. Jedno za drugim grzecznie i bez polotu. 
Plusem powieści jest rys historyczny, Kiedy czytałam powieść czułam, że autor opisuje wydarzenia, w których brał udział. Rosyjscy żołnierze, skrytki w ścianach, potyczki w lesie i ukryte skarby są opisane z prawdziwym historycznym zacięciem. Pozostałe tomy pozwoliły czytelnikowi przyzwyczaić się do rzetelności autora w tej kwestii, dlatego też zachwyt był trochę mniejszy niż powinien. Byłam pewna, że w kwestii historycznej powieść stanie na wysokości zadania i nie rozczarowałam się. 
Na zakończenie dodam, że zupełnie nie rozumiem tytułu siódmego tomu. Sowie zwierciadło? O co chodzi? Przecież ani jeden akapit, ani jedna literka nawet nie nawiązywała do takiego przedmiotu. Tytuł zupełnie niezrozumiały. 
Fani twórczości Pana Pilipiuka na pewno przeczytają i uznają, że „Sowie zwierciadło” to dobra powieść, godna zakończenia całej serii pt. „Oko jelenia”. Nie wiem czy to ostatni tom, bo właściwie losy tytułowego oka nadal pozostają nieznane. Może kiedyś Pan Pilipiuk przypomni sobie Staszka i Marka i postanowi stworzyć kolejny tom? Mam nadzieję, że tym razem będzie on lepszy od poprzedniego, bo gorszego już nie dam rady przeczytać.

Książkę w korzystnej cenie można nabyć w księgarni Gandalf.

piątek, 5 kwietnia 2019

Łupieżcy niebios

Uwielbiam książki dla młodzieży i wiele z nich połknęłam, jak pelikan świeżą rybę. Część przeczytałam, chcąc podsunąć wartościową literaturę Starszej, część na głos podczas wieczornych czytanek z Młodszym, część po prostu z ciekawości. "Baśniobór" zaliczał się do pierwszej grupy i przyznam się, że byłam zachwycona. Jednak pięć tomów to trochę dużo i, po zakończeniu lektury, potrzebowałam przerwy od twórczości Brandona Mulla. Pierwszy tom "Pięciu królestw" pt. "Łupieżcy niebios" (tutaj), wpadł w moje ręce po kilku latach i bardzo dobrze. Na nowo odżyły emocje, które powstały przy lekturze Baśnioboru". Jednak każda dobrze napisana baśń pochłonie czytelnika bez względu na to czy ma lat -naście czy -dzieścia.  
Autor - jak we wszystkich swoich książkach - zaczyna snuć bajania zupełnie prozaicznie. Wszystko zaczyna się w dzień poświęcony duchom i zjawom. Wielu dzieciakom Halloween daje niepowtarzalną możliwość przeprowadzenia cukierkowych łowów. Dla naszych bohaterów to również okazja do zaaplikowania sobie skoku adrenaliny. Cole wraz z przyjaciółmi postanawiają w tym dniu odwiedzić nowo powstały Dom Strachów, który wśród rówieśników cieszy się sporym uznaniem.  Kiedy wchodzą do domu okazuje się, że opinia o nim jest w pełni zasłużona. Na nieszczęście dla naszych bohaterów dom ten jest również przykrywką dla grupy przestępców, którzy porywają dzieci do innego świata. Złapane małolaty zostają przeprowadzone przez portal, a następnie poprowadzone do króla Pięciu królestw. Cole - jako dziecko nie wykazujące talentów potrzebnych królowi - zostaje sprzedany i .... od tej chwili zaczyna się jego wielka przygoda.  Cole zrobi wszystko, aby pomóc swoim przyjaciołom przekazanym królowi, jednak nie zdaje sobie sprawy, ile trudów i niebezpieczeństw czeka na niego po drodze. 
Wyobraźnia Brandona Mulla jest ogromnym darem. Ten człowiek ma w głowie tyle pomysłów, że wystarczyłoby ich do największej baśniowej biblioteki. Światy, które tworzy są niesamowicie magiczne, a jednocześnie tak spójne, że czytelnik ma wrażenie, że to po prostu odległy kontynent, a nie wymyślona kraina. Wszystko do siebie pasuje, wszystkie zależności układają się w spójną całość. Jednocześnie moce i umiejętności kierujące krainą są tak "odjechane", że człowiek zastanawia się, skąd autor czerpie pomysły. 
Na Obrzeżach, do których trafiły dzieci, istnieje Pięć królestw. Dzieci trafiły do Sambrii - chyba najbardziej bajecznej krainy. Formowanie to umiejętność, która pozwala na tworzenie przedmiotów według własnego uznania. Niestety nie wszyscy posiadają talent formowania.  Nie przeszkadza to jednak w korzystaniu z magicznych przedmiotów stworzonych przez utalentowanych formistów. Chustka zapewniająca posłuszeństwo, miecz pozwalający na skakanie na duże odległości to tylko próbka tego, co będzie nam dane podczas lektury poznać. Sama kraina też ma wyjątkowe zakamarki. Dość wspomnieć o tym, że Cole wraz z grupą ludzi przez pewien czas będzie zajmował się grabieniem zamków, które położone są na chmurach. Przepływają od jednego krańca krainy do drugiego, chronione przez rożne stwory i dziwadła. Jest bajkowo i niebezpiecznie jednocześnie. Są dobre i złe charaktery - jak to w baśniach bywa. To wszystko jest jak sen, który daje się nam przeżyć, ku naszej uciesze. 
Urzekł mnie szacunek, jakim autor darzy słowo. Pomijając fakt, że książka jest pięknie napisana to jeszcze zabawy słowem, które uskutecznia autor, urzekają i uprzyjemniają lekturę. To nie jest skomplikowane słowotwórstwo. Nietrudno się domyśleć, że np. wolnoznak i jarzmoznak dotyczą tego, czy bohater jest człowiekiem wolnym czy niewolnikiem. Pomimo prostoty tych nowych wyrażeń ich lekkość i pomysłowość dają powieści unikalny charakter. Co więcej - budzi w czytelniku szacunek do tej krainy stworzonej z wielką dbałością i pomysłowością. 
Łupieżcy niebios zachwycą każdego - i małego i dużego czytelnika. Mały z wypiekami na twarzy będzie czytał o przygodach rówieśników i ani na chwilę nie pomyśli o odłożeniu powieści. Dorosły czytelnik zachwyci się kunsztem literackim i wyobraźnią autora. Jaki z tego wniosek? Ano taki, że „Łupieżcy niebios” to powieść dla każdego. Bez wyjątku. 

Książkę w korzystnej cenie można kupić w księgarni Gandalf.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Kamerdyner

Powieść, która mnie oczarowała. Z zasady lubię sagi i chętnie po nie sięgam, ale "Kamerdyner" (tutaj) przebił moje najśmielsze oczekiwania. Piękna książka mówiąca o miłości, a zarazem pokazująca okrucieństwo wojny i losy pokolenia, które nie miało od niej chwili wytchnienia. Pokolenia, które nie potrafiło ugiąć karku. Pokolenia ludzi dumnych z tego, że są Kaszubami. Trudne czasy i zawiłe dzieje. 
Już w pierwszych kilku akapitach czytelnik widzi, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Pruski dwór, kaszubska ludność i tereny, które kiedyś były polskie, ale w chwili rozpoczęcia powieści od wielu, wielu lat znajdują się pod zaborem pruskim. Trudno mówić o patriotyzmie i miłości do ojczyzny. Jeszcze trudniej o poświęceniu i walce za kraj. 
Główny bohater - Mateusz - przychodzi na świat we dworze pruskich junkrów. Chłopiec zrodzony nie z miłości, a z gwałtu bogatego prusaka na kaszubskiej kobiecie, pozbawiony jest matczynej troski. Matka bowiem umiera przy porodzie, a ojciec popełnia samobójstwo. Pani Gerda von Krauss, będąca właścicielką dworu, przybita wyrzutami sumienia, postanawia przygarnąć bękarta i wychować we dworze przy swoich dzieciach. Mateusz rośnie z poczuciem braku tożsamości. Bo właściwie kim jest? Polakiem? Prusakiem? Kaszubem? Czy też po prostu Mateuszem zabójczo zakochanym w Maricie? Jego przybrana rodzina nie pozwala mu zapomnieć o pochodzeniu. Brat Marity wręcz nienawidzi chłopaka i robi wszystko, aby uprzykrzyć mu życie. Mateusz musi zmierzyć się z miłością do Marity, nienawiścią swojego przyrodniego brata, okrucieństwem przyrodniego ojca... do tego przyszło mu żyć w czasach wojennych, gdzie ziemia przechodziła z rąk do rąk, a ten, kto dzisiaj był przyjacielem, jutro może okazać się wrogiem. Ten brak tożsamości odbije się na losach chłopca i na całym jego życiu. Będzie niczym piórko gnany z wiatrem tam gdzie zawierucha dziejowa go przegoni. Trudne życie i trudna opowieść. 
„Kamerdyner” to wielowątkowa powieść, którą czytelnik pochłania z wyjątkową radością i pasją. Czytając, płyniemy wraz z bohaterami przez pół wieku burzliwej historii naszego kraju. Zaczynamy na początku XX wieku i obserwujemy zmiany, jakie Zachodzą na Pomorzu. Dwie wojny, które diametralnie zmieniają na tych terenach podział sił. Poznajemy środowisko Niemców Kaszubów i Polaków możemy obserwować jak ich losy wzajemnie się przenikają i wpływają na siebie. Najbiedniejsi są Kaszubi, którzy doznają krzywd zarówno od strony Niemców jak i Polaków. Dumni ze swojego pochodzenia, nie potrafią zrozumieć, że pokorne ciele dwie matki ssie. Aż mi się płakać chciało, kiedy czytałam o mordowaniu ludności w Piaśnicy. Wtedy to Niemcy byli górą, ale kiedy po wojnie do Polski weszli Sowieci role diametralnie się odwróciły. I tak przez całą powieść - raz na wozie raz pod wozem. 
Dziwna to książka pod tym względem, ale dziwna tak pozytywnie. Trudno czytać o tym, że ludność, która właściwie powinna czuć się Polakami, potrafiła stanąć naprzeciw siebie z karabinem w ręku. Potrafiła sprzymierzyć się z wrogiem przeciwko sąsiadowi. Potrafiła przywdziać niemiecki mundur i mordować tych, którzy jeszcze kilka lat temu mieszkali za płotem. Trudno się o tym czyta i jeszcze trudniej rozumie. Nie zmienia to jednak faktu, że Kamerdyner to po prostu piękna książka, którą warto przeczytać, aby przekonać się, że oprócz bycia Polakiem Niemcem czy też Kaszubem warto być po prostu człowiekiem. 

Książka do kupienia w atrakcyjnej cenie w księgarni Gandalf

poniedziałek, 18 marca 2019

Dziewczyna w niebieskim płaszczu

Trochę wstyd się przyznać do tego, co mnie do tej powieści przyciągnęło, bo do niedawna byłam gorącą zwolenniczką poglądu, że nie można oceniać książek po okładce. Jednak trzeba złożyć samokrytykę - do przeczytania "Dziewczyny w niebieskim płaszczu" (tutaj) skłoniła mnie... okładka. A nawet nie sama okładka, a piękny, niebieski kolor, jakim zostały obdarowane skrzydełka tejże książki. Nie mogłam się napatrzeć na czarujący, głęboki odcień - letnie niebo, to przy tym pryszcz. Należy jednak uczciwie przyznać, że książka godna tego niebieskiego odcienia. II Wojna Światowa widziana oczami holenderskiej nastolatki to trochę inna wojna niż ta, którą znamy z rodzimych wspomnień, ale nadal warta poznania. 
Amsterdam, rok 1943. Dziewiętnastoletnia Hanneke pracuje jako recepcjonistka w zakładzie pogrzebowym. Wojna wymusiła na niej również inną działalność, która pozwala dziewczynie i jej rodzinie w miarę godnie żyć w czasach wojennej zawieruchy. Hanneke kupuje różne towary na czarnym rynku i zaopatruje w nie znajomych Holendrów. Pewnego dnia jedna z jej klientek z rozpaczą informuje Hanneke, że zaginęła dziewczyna żydowskiego pochodzenia, którą do niedawna ukrywała w swoim domu. Znakiem rozpoznawczym Żydówki o imieniu Miriam jest niebieski płaszcz. Miriam właściwie rozpłynęła się w powietrzu. Wydaje się, że nie było sposobu, aby opuściła dom niezauważona, a jednak zniknęła… rozpłynęła się w powietrzu. 
Hanneke, idąc tropem zaginionej dziewczyny, poznaje zupełnie inną stronę wojny. Musi zrozumieć, że dookoła ludzie walczą nie tylko o przetrwanie swoje i swoich bliskich, ale również starają się uratować innych, którzy sami są skazani na śmierć. Poznaje ludzi, którzy ratują żydowskie dzieci od zagłady wywożąc je i oddając do adopcji Holenderskim rodzinom. Pomimo tego, że sama doznała okrucieństwa wojny, tracąc w pierwszych dniach narzeczonego, do tej pory starała się nie zauważać zła, które się wokół niej dzieje. Nagle dziewczyna przeżywa szok widząc, jak długo pozostawała ślepa na to, co działo się wokół niej. 
Podczas lektury trochę drażniła mnie jednowątkowość powieści. Fabuła prowadzi czytelnika jak po sznurku. Tu nie ma miejsca na niedopowiedzenia i niejasności, a trochę szkoda, bo przy takiej, prawie kryminalnej powieści, fajnie nieraz trochę pogłówkować. Język książki jest trochę spiczasty i kanciasty, ale nie przeszkadza to zbytnio. Przecież to powieść o czasach wojny, a to tłumaczy wiele. Należy jednak pamiętać, że wojna w Holandii to zupełnie inna wojna niż ta, z którą przyszło zmierzyć się naszym rodakom. Nie wyobrażam sobie, aby niektóre sytuacje opisane w powieści mogły zaistnieć na ulicach okupowanej Warszawy. Kulka w łeb pewna na sto procent. Dlatego warto, aby nastolatek, który sięga po „Dziewczynę w niebieskim płaszczu” był świadomy tego, że wojna w Polsce była zupełnie inna. Nie mając podstawowej wiedzy historycznej czytelnik ma wrażenie, że to jakaś inna wojna - łagodniejsza, bardziej ludzka. Jedynym akcentem ukazującym okrucieństwo wojny, które znany z naszej rodzimej historii są opisy teatru, który został zamieniony na punkt zborny Żydów z okolic... tak - to było straszne. 
Oczywiście na końcu powieści zagadka zostaje rozwiązana, choć nie obyło się bez zaskoczenia. Przyznam się, że nie takiego zakończenia oczekiwałam, ale warto podkreślić, że to, które dostałam od autorki, wynagrodziło mi wszystkie niedostatki lektury. Dobrze przemyślana fabuła pozwoliła na zakończenie z przytupem. Gdzieś, zmierzając do zakończenia powieści, przyszedł taki moment, że zasłona opadła i wszystko zaczęło układać się w całość. Nagle to, co do tej pory było niewiadome stało się jasne i przejrzyste. To była naprawdę literacka przygoda!

Powieść w korzystnej cenie można kupić w księgarni Gandalf. Polecam. 

czwartek, 14 marca 2019

Tatuażysta z Auschwitz

Był taki czas, kiedy "Tatuażysta z Auschwitz" (tutaj) zerkał na mnie z każdego miejsca na ziemi. Tak mi się przynajmniej wydawało. Z jednej strony grzmiały fanfary, że to powieść roku, nagrody sypały się jak z rękawa i nie było księgarni, w której powieść ta nie stałaby na wyeksponowanej półce. Z drugiej strony bombardowały mnie opinie wskazujące, że ta książka nie powinna powstać, ponieważ zakłamuje obraz obozów piekła, które naziści zafundowali ludzkości podczas II wojny światowej. Podawane przykłady rzeczywiście kłóciły się z tym, co znamy z podręczników historii. W powieści jest trochę łagodniej, jaśniej... tak z nadzieją. Cóż było robić - musiałam przekonać się sama. 
Autorka powieści, Heather Morris, opowiada historię Lale Sokolova i miłości, która spotkała go w najmroczniejszym miejscu na ziemi - obozie koncentracyjnym Auschwitz - Birkenau. Lale Sokolov ma to szczęście, że jest oprawcom potrzebny - jest tatuażystą, który wykonuje numery na przedramionach więźniów przybyłych do obozu. Codziennie wykonuje setki tatuaży i to właśnie jest jego przepustka do życia. Pewnego dnia tatuuje numer nowoprzybyłej dziewczynie. Kiedy ich wzrok spotyka się Lale wie, że to ta jedna jedyna i zrobi wszystko, aby ją uratować. Dziewczyna o imieniu Gita odwzajemnia uczucia tatuażysty. Miłość rodzi się i rozkwita pomimo przeciwności losu.  
Powiem tak. Z jednej strony piękna historia, choć skalana miejscem, w którym się dzieje. Myślę, że Lale Sokolov (którego postać wzorowana jest na Ludwiku Eisenbergu), wspominając po latach tamte wydarzenia, trochę je "odbrutalnił". Nie chciał psuć miłosnej historii potwornościami, o których przecież i tak każdy wie. Dlatego powieść wyszła jaka wyszła. Czytelnik znający choć trochę historie tego niemieckiego obozu koncentracyjnego z niedowierzaniem czyta o blokowej, która daje się przekupić czekoladą, o uprawianym w barkach seksie, czy też o esesmanie przekazującym miłosną korespondencję pomiędzy więźniami.
Ale z drugiej strony...
To przecież powieść o miłości. O pięknym, rodzącym się uczuciu, które miało to nieszczęście, że zrodziło się w nieodpowiednim czasie i nieodpowiednim miejscu. Potraktujmy tę powieść jako książkę, której przesłaniem jest właśnie miłość, a nie pokazanie historycznej prawdy o Auschwitz. Uważam, że wiele złego zrobiły osoby odpowiedzialne za promocję, bowiem złe i niewłaściwie jest porównanie jej np. z „Listą Schindlera”. To jest zupełnie inna pólka. Ale jeżeli podejdziemy do tej powieści jako do książki o miłości - jakże inny będzie nasz odbiór!
Za tym, aby nie traktować „Tatuażysty…” jako książki faktograficznej przemawia również to, że - poddając ją ocenie historycznej - roi się w niej od nieścisłości. Wanda Witek-Malicka z ramienia Centrum Badań Muzeum Auschwitz, w 14. numerze wydawanego przez instytucję internetowym periodyku „Memoria” pisze:
Lektura powieści weryfikuje zapewnienia o jej faktograficznym i dokumentalnym charakterze. Choć opowieść zbudowana jest na kanwie losów autentycznego więźnia KL Auschwitz, którego pobyt w obozie, a częściowo także obozowe losy można potwierdzić na podstawie zachowanej dokumentacji archiwalnej, to jednak książka zawiera bardzo liczne błędy i informacje niezgodne z faktami a także nadinterpretacje, przeinaczenia i niedopowiedzenia, na których zbudowany jest całościowy nieautentyczny obraz rzeczywistości lagrowej.
Dalej Wanda Witek Mailcka punktuje nieścisłości z iście aptekarską dokładnością. A co na to autorka? Heather Morris stwierdziła, że „Tatuażysta z Auschwitz” to historia Lalego Sokolowa a nie Holokaustu i nigdy nie miała zamiaru stworzyć akademickiego podręcznika. Nigdy nie mówiła też, że powieść ta to literatura faktu. 
Wszystkim zainteresowanym proponuję odrzucić zarówno uprzedzenia jak i zachwyty nad tą książką i spróbować po prostu delektować się dobrą powieścią o miłości, jaka wykiełkowała w okrutnych czasach i w strasznym miejscu. Jeżeli tak podejdziecie do sprawy zapewniam, że powieść przyniesie sporą dawkę dobrej lektury. Powieść napisana jest gładko, lekkim piórem, bez zbędnego roztrząsania codzienności obozowej. Tu na pierwszym miejscu jest wola przetrwania, walka o każdy dzień i o to, aby najbliższa sercu osoba również miała szansę dożyć do kolejnego świtu. Moim zdaniem piękna książka warta tego, aby się nad nią pochylić.  

Książka do kupienia w korzystnej cenie w księgarni Gandalf.

środa, 6 marca 2019

Gang godziny duchów

Dawid Walliams pisze książki, które mój Młody połyka jak pelikan rybki. Zaczęło się od „Babci Rabuś” i pomimo tego, że Młody skończył lekturę spłakany ze wzruszenia, jego literackie radary wyczuliły się na charakterystyczne rysunki zdobiące okładki książek autorstwa Pana Walliamsa. Po „Babci rabuś” przyszedł czas na „Cwaną ciotuchnę” i „Wielką ucieczkę dziadka”. Każda kolejna powieść zachwycała i przykuwała Młodego do książki na dobrych kilka godzin. Byłam więc pewna, że zakup "Gangu godziny duchów" (tutaj) będzie strzałem w dziesiątkę. 
Dwunastoletni Tom Harper trafia do ponurego, londyńskiego szpitala po tym, jak na meczu krykieta dostaje piłką w głowę. Guz jest tak wielki, że dyrekcja prywatnej szkoły, w której uczy się Tom, nie ma wątpliwości, że hospitalizacja jest konieczna. Chłopiec trafia do sali, gdzie leży już czterech małych pacjentów. Tom już pierwszej nocy dowiaduje się, że w szpitalu działa Gang Godziny Duchów, a jego współtowarzysze są czynnymi członkami tego gangu. Nikt nie pamięta, kto założył Gang, ale ważne jest przesłanie, jakie niesie za sobą. Od wielu, wielu lat zadaniem Gangu jest spełnianie marzeń małych pacjentów szpitala. Dzięki pomocy
pracownika szpitala (zwanego Noszowym), członkowie Gangu mogą zafundować jednej z pacjentek wyprawę na biegun północny, czy też podjąć się zorganizowania lotu balonem. Wprawdzie balonem poleciała staruszka, która lecąc nad Londynem przeżyła przygodę swego życia, ale nie szkodzi. Gang urządził również wyprawę archeologiczną do Egiptu i wyścig na wózkach inwalidzkich. Największym jednak wyzwaniem było spełnienie marzenia ciężko chorej dziewczynki, która pragnie przeżyć swoje życie tak jak każdy zdrowy człowiek. Przyznacie, że przed naszymi bohaterami naprawdę trudne zadanie. 
Książki Walliamsa są wyjątkowe. To nie są zwykłe powieści dla dzieci. To przezabawne historie z przerysowanymi bohaterami, z których każdy ma pewną wadę lub zaletę wybijającą się na pierwszy plan. Jeżeli ktoś jest dobry, to jego dobroć aż cieknie po rękach, niczym wiśniowy sok. Noszowy pomagający dzieciom w spełnianiu marzeń budzi wielką sympatię. Podobnie pani roznosząca jedzenie, która - pomimo braków w zaopatrzeniu - potrafi ze spożycia suchego płatka do mleka stworzyć w wyobraźni dziecka cudowną ucztę. Natomiast, jeżeli ktoś jest już zły - to nie ma szans na to, aby dojrzeć w nim choć cień dobroci. Okrutna siostra przełożona czy tez paskudny dyrektor szkoły są postaciami tak przerysowanymi, że aż śmiesznymi. Oczywiście postępowanie negatywnych
bohaterów budzi w małym czytelniku pytania, ale nie przeszkadza mu to zaśmiewać się później z kary, jaka oczywiście ich spotyka. Ten podział na białe i czarne jest bardzo mocno przerysowany, wręcz abstrakcyjny, co nadaje powieści wyjątkowy charakter. No chociażby zorganizowanie herbatki u królowej. To nie jest oś zwykłego. To jest możliwe tylko wówczas, gdy młody czytelnik uruchomi wyobraźnię i zechce wczuć się w fabułę powieści. 
Omawiając „Gang godziny duchów” nie można zapomnieć o podstawowym przesłaniu: o sile przyjaźni, o radzeniu sobie z chorobą i o tym, że nie należy oceniać ludzi po wyglądzie. Ważne jest również to, że pomimo salw śmiechu podczas lektury, końcówka powieści znowu zaszkliła oczy mojego synka, a w powietrzu pozostało zawieszone pytanie dotyczące śmierci i nieuleczalnej choroby. 
Książki autorstwa Dawida Walliams’a się albo kocha albo są czytelnikowi obojętne. My z Młodym uwielbiamy je. Młody za poczucie humoru i abstrakcyjne wręcz przygody, a ja za możność omówienia z dzieckiem trudnych tematów, które powieść porusza. 
Polecam do wspólnej lektury wszystkim rodzinnym książkomaniakom.

Książkę, w korzystnej cenie, można kupić w księgarni Gandalf.  

wtorek, 5 marca 2019

Ciotka Zgryzotka

Jak tu recenzować  "Ciotkę Zgryzotkę", skoro w trakcie lektury, przed oczami miałam moją babcię i naleśniki z konfiturami, które mi piekła na śniadanie? Jak obiektywnie podejść do powieści, skoro patrząc na obrazki w książce, mam przed oczami swoje najstarsze wydanie "Szóstej klepki", które, powycierane, stoi w mojej biblioteczce do dzisiaj. Żółta okładka, szary papier i brązowa czcionka (zupełnie nie rozumiem dlaczego taki kolor) wzruszają niezmiennie. Dostałam ją pod choinkę od rodziców, dawno temu. Ileż moja Mama musiała się nastać w kolejce, żeby córeczce kupić wymarzoną książkę...  
„Ciotka Zgryzotka” (tutaj) to dwudziesty drugi tom Jeżycjady. Robi wrażenie, prawda? Niestety ilość tomów pociąga za sobą mnogość bohaterów. Rodzina Borejków, z Mamy, Taty i czterech podlotków, zamieszkujących poznańską kamienicę przy ul. Roosevelta, przerodziła się w wielką, kochającą się rodzinę, której macki sięgają dużo dalej, niż tylko do zstępnych w linii prostej. I przyznam się, że to była jedyna rzecz, która mnie podczas lektury „Ciotki Zgryzotki” drażniła. Po prostu często gubiłam się kto jest czyją córką, ciotką, wnuczką... Prosta sprawa jest właściwie tylko z pradziadkiem i prababcią. Nestorowie rodu są niezmienni w swojej miłości do książek i oderwaniu od rzeczywistości. Podsumowując uważam, że w tak odległych tomach jak „Ciotka Zgryzotka” na wewnętrznej stronie okładki powinno widnieć drzewo genealogiczne. Ułatwiłoby to poruszanie się czytelnikowi po rodzinnych zawiłościach rodu Borejków. 
A sama treść? No cuuudna po prostu. Tym razem bohaterką jest Nora, córka Patrycji i Floriana. Dziewczyna oczywiście zakręcona jak przysłowiowy naleśnik i - w odróżnieniu od większości damskiej części Borejków - wcale nie należąca do romantyczek. Raczej twardo stąpa po ziemi; nie lubi wzruszeń, wyznań i kwiatów. Czuje się trochę odrzucona przez swoich rodziców, którzy, jej zdaniem, faworyzują siostrę Anię. Nora rozżalona wyjeżdża do domu w leśnej głuszy, będącego własnością ciotki Idy. Tam próbuje uporać się z własnymi emocjami. Ale jak tu analizować samą siebie, jak jakiś gbur robi z ukrycia zdjęcia? I to jeszcze w chwili, kiedy Nora leży w stroju na leżaku? Dziewczyna oburzona postanawia dowiedzieć się, kto jest paskudnym podglądaczem. Obok wątku Nory śledzimy oczywiście losy pozostałych członków klanu Borejków. Cudowne poczynania nestorów, którzy co wieczór, przy lekturze, dyskutują i sprzeczają się, niezmiennie mnie wzruszały. Towarzyszymy Ignacemu Borejko w spacerach po lesie (co z tego wyniknie - warto przeczytać). Obserwujemy Agnieszkę w ostatnich miesiącach ciąży i dowiadujemy się, dlaczego maleńka dziewuszka, która właśnie przyszła na świat, również nosi imię Nora. Niestety ocieramy się również o przemijanie i śmierć – na szczęście ten temat trwa tylko momencik i nie jest tak dosadny, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. 
Drzewo genealogiczne znalezione w Internecie na stronie Karoliny
Niestety nie uwzględnia kolejnego pokolenia, które już pojawiło się na świecie 
Cudowna, ciepła powieść, która zachwyca opisami przyrody, która wlewa w serca tkliwość i radość z tego, że pani Musierowicz nadal tworzy kolejne tomy Jeżycjady, Zachwyt nad tą serią panujący niezmiennie od wielu lat, jest dla mnie zupełnie zrozumiały. W epoce smartfonów i komputerów nie ma zbyt wielu powieści, które na czele wartości stawiają rodzinę i dbałość o stosunki międzyludzkie. W "Ciotce Zgryzotce" ta miłość i wzajemny szacunek aż kipią i rozgrzewają serce czytelnika. Zawsze przy stole znajdzie się miejsce dla głodnego, a dla wędrowca dach nad głową. Z listów, które piszą do siebie siostry Borejko wydziera miłość do rodziny i … do słowa pisanego. Jak ja uwielbiam te górnolotne zwroty! 
W przepastnych zasobach Internetu znalazłam stronę, którą musiała założyć Fanka Jeżycjady. Zapraszam serdecznie. Można naprawdę wiele obejrzeć i powspominać. 

Książkę w korzystnej cenie, można kupić w księgarni Gandalf.

poniedziałek, 4 marca 2019

Tam gdzie jesteś

No i jest! Zaskoczenie aplauz i fajerwerki! Książka, której okładka nie wróżyła nic ponad czytadło zaprawione romansidłem, położyła mnie na obie łopatki. Miała być szybka, pobieżna lektura, a skończyło się na zarwaniu nocy. Myślałam, że fabuła będzie miałka i bez polotu, a tu totalne zdumienie ogarnęło moją duszę. Dobra - a teraz czas na okiełznanie emocji, bo inaczej nic rzetelnego nie napiszę. 
Jantar to nadmorska miejscowość, która - jak większość takich miasteczek - latem tętni życiem, a zimą zamiera. W okresie jesienno - zimowym na ulicach można spotkać tylko rybaków pędzących na swoje kutry i kilku mieszkańców przemykających do pobliskiego sklepu. Miejscowość, szarpana wiatrami, nie jest przyjazna dla ludzi. Okazuje się za to przyjazna dla bezdomnego Adama szukającego własnie takiego bezludzia. Mężczyzna postanawia spędzić okres zimowy w jednym z letniskowych domków, który wydaje się opuszczony. Włamuje się do środka i z ulgą zasypia na kanapie. Niestety jego sielanka trwa krótko. Ania - będąca właścicielką nieruchomości - postanawia uciec od problemów dnia codziennego właśnie do domku, który odziedziczyła po ojcu. Tęsknota za tatą i potrzeba spokoju wiedzie Anię do Jantaru. Nie spodziewa się nieproszonego gościa. Kiedy dochodzi do spotkania z bezdomnym, Anna jest przerażona. Szybko jednak przerażenie ustępuje miejsca współczuciu. Po krótkiej rozmowie Anna dochodzi do wniosku, że Adam po prostu potrzebuje pomocy. Pozwala mężczyźnie zostać w posiadłości i przeczekać zimę. Od chwili podjęcia tej jednej decyzji wszystko się zmienia, i to nie tylko w życiu Adama i Ani.
Szkoda, że powieść nie zasłużyła na bardziej wyrafinowaną okładkę. Ta, która jest, stanowczo wprowadza potencjalnego czytelnika w błąd. Ta całująca się para jest do bólu ckliwa i odstraszy każdego, kto szuka czegoś więcej, niż taniego romansu. A zapewniam Was, że "Tam gdzie jesteś" nie należy do grupy ckliwych romansideł.  To świetnie nakreślony portret czterech osób, których losy się splotły (lub też rozplotły). Anna zaplątana w małżeństwo z człowiekiem, który nie widzi nic, poza czubkiem swojego nosa. Adam - zagubiony w teraźniejszości i splątany ze swoją tragiczną przeszłością. Filip - syn Anny - szukający własnego "ja" w skomplikowanej siatce uczuć rodziców. Na koniec Eryk - mąż Anny, dla którego największą wartością są pieniądze. Te cztery główne postacie to filar powieści. Autor świetnie oddał ich rozterki i uczucia, umiejscawiając mózg czytelnika w samym środku wydarzeń. Urzekły mnie również szczegóły stanowiące tło powieści. Kulinarne opowieści Adama są po prostu zachwycające, a opisy nadbałtyckich plaż zimą poruszają wyobraźnię.
Powieść bardzo dobrze się czyta. Dawno nie przemknęłam tak lekko przez kilkaset stron. Lektura tej książki to wielka przyjemność.
I oczywiście wszyscy żyli długo i szczęśliwie :-)

sobota, 2 marca 2019

(Nie) miłość. Z tobą i bez ciebie

"(Nie) miłość. Z tobą i bez ciebie" to książka o miłości. Ale nie takiej magicznej, z walentynkami, różami i motylami w brzuchu. To raczej miłość cierpka i gorzka, która ledwo się tli. Złość między małżonkami i wzajemne podejrzenia narastają wprost proporcjonalnie do tego, jak miłość gaśnie. 
Dwoje ludzi, których kiedyś połączyła wspólna droga - Cecylia i Wiktor. Są małżeństwem od wielu lat, jednak jedyne, co ich obecnie łączy, to chęć rozwodu. Cecylia nie kocha swojego męża. Szuka miłości w internecie na portalach randkowych i próbuje dowartościować się prowadząc korespondencję z przypadkowo poznanymi mężczyznami. Wiktor również szuka szczęścia w ramionach innej kobiety. Przepiękna studentka skutecznie zawróciła w głowie swojemu wykładowcy, który teraz kombinuje, jak wyplątać się z małżeńskiego związku. 
Aż pewnego dnia... BUM! Cecylia staje się ofiarą wypadku samochodowego, w efekcie którego trafia do szpitala. Po operacji werdykt lekarzy jest druzgocący: paraliż od pasa w dół. Nagle życie kobiety diametralnie ulega zmianie. Wszystko jest trudne, część czynności wręcz niemożliwa do wykonania. Co kiedyś było normą teraz jest wyzwaniem. Nagle mąż - niemąż staje się drogowskazem i opoką w trudach dnia codziennego. A Wiktor? Wiktor mówi sobie (i swojej lubej), że muszą chwilkę poczekać, aż Cecylia stanie na nogi... A Życie i tak zrobi swoje i dla wszystkich bohaterów szykuje niespodziankę!
Nie będę ukrywać, że początek powieści był trochę miałki. Żale i wyrzuty Cecylii kierowane w stronę Wiktora miały z lekka histeryczne zabarwienie i drażniło mnie to okrutnie. Rozdrażnienie minęło, ustępując miejsca zainteresowaniu w momencie, kiedy Cecylia wróciła ze szpitala. To było jak podglądanie życia przez dziurkę od klucza. Autorka świetnie nakreśliła nieporadność Cecylii w zwykłych czynnościach dnia codziennego i bezradność Wiktora, który mógł tylko obserwować jak żona zmaga się z niepełnosprawnością. Świetny jest również motyw odradzającego się ... może nie od razu uczucia, ale wzajemnego szacunku. Wielki podziw budzi delikatność pióra autorki, która powoduje, że lektura jest czystą przyjemnością. Tu nie żale i pretensje graja pierwsze skrzypce. Najważniejsza jest walka o szczęście i każdy kolejny dzień. Czytamy o tym jak zwykłe życie potrafi zabić uczucia i ile wysiłku należy włożyć, aby podtrzymać ten ogień - jeśli się jeszcze tli. 

To niespotykana powieść - o miłości oglądanej z drugiej strony. Nie ma uniesień, serduszek i kwiatków. Jest za to zwykłe życie opisane wprawnym piórem Pani Sochy. To właśnie to pióro spowodowało, że powieść poruszająca tak trudny temat jest ciepła i wzruszająca. Jak okładka. 

piątek, 1 marca 2019

Iskra światła

Książki Jodi Picoult towarzyszą mi od lat. Czytam je (wszystkie, bez wyjątku) z niekłamaną przyjemnością. Każda zapowiedź budzi dreszcz w mojej duszy, bez względu na to, jak trudny temat zapowiadana nowość porusza. A zapewniam Was, że każda porusza albo temat trudny, albo wyjątkowo trudny, albo arcytrudny. Innych nie ma. Eutanazja, przeszczep narządów, społeczność Amiszów i wiele, wiele innych kwestii, które na długo pozostają w pamięci. Każda powieść jest świetnym przyczynkiem do dyskusji, a wiele z nich wzbudza w czytelniku wzruszenie i łzy. 
Przy lekturze najnowszej powieści nie jest inaczej. Autorka zaprezentowała nam grupę ludzi, z których każdy jest inny, każdy ma inne priorytety, inne spojrzenie na świat i inne podejście do tematu aborcji. Wren - nastolatka wychowywana przez ojca, która pojechała do ośrodka po środki antykoncepcyjne. Po prostu - bez żadnych podtekstów.  Lekarz, który pracuje w klinice aborcyjnej i czyni to... w imię wiary. Młoda kobieta, która przyjechała do kliniki usunąć ciążę. Obrończyni życia poczętego, która udaje pacjentkę tylko po to, aby zdyskredytować Klinikę w oczach społeczeństwa. Pielęgniarka ratująca życie ciężko rannej kobiecie. Co ich łączy? A właściwe kto? Łączy ich postać tajemniczego mężczyzny, który brutalnie wdziera się do kliniki z bronią w ręku i mocnym postanowieniem ukrócenia tego niecnego procederu, jakim, jego zdaniem, jest aborcja. Napastnik bierze zakładników i właściwie nie wie co czynić dalej. Atmosfera zawieszenia i bezradności popycha bohaterów do nieprzemyślanych działań. Natomiast czytelnik musi zmierzyć się z własną oceną tego, co jest dobre i tego, co zasługuje na potępienie. Zapewniam Was - nie jest łatwo. 
Powieść jest o tyle trudna w odbiorze, że czytelnik po lekturze pierwszego rozdziału czuje się trochę zagubiony. Dopiero po kilku kartkach dociera do niego, że powieść pisana jest niejako "od tyłu". Kiedy czytamy papierowy egzemplarz, to po prostu przekartkujemy powieść wstecz i szybko dojdziemy do tego, że fabuła cofa się w czasie. Niestety ja czytałam na czytniku, a tam nie można przekartkować stron tak łatwo. Zanim doszłam do tego, co się dzieje, pogubiłam się doszczętnie. Ale czego się nie robi dla ulubionej autorki! Po prostu - ze świadomością cofania się wydarzeń - zaczęłam czytać jeszcze raz i dzięki temu mogłam zagłębić się w problemach i emocjach bohaterów.
Świetna powieść poruszająca trudny temat aborcji. Autorka ma takie pióro, że w zależności od tego, o kim czytałam, moje poglądy przechylały się to na jedną, to na drugą stronę. Żeby nie było - mam mocno skrystalizowane poglądy na temat aborcji, co nie przeszkadzało mi ze zdumieniem obserwować, jak moje myśli przechylają się to w jedną, to w drugą stronę. 
To rozchwianie poglądów to właśnie efekt pisania powieści "wstecz". Najpierw mamy przedstawione wydarzenia, niejako finał powieści, a dopiero potem, z biegiem wersów, poznajemy motywy i pobudki, które kierowały poszczególnymi bohaterami i doprowadziły ich do miejsca, w którym wszyscy się spotkali. To niesamowite uczucie, kiedy przy lekturze pierwszego rozdziału potępiasz, przy kolejnym - współczujesz, przy następnym - usprawiedliwiasz, a na zakończenie obserwujesz ze zdumieniem że właściwie to postępowanie bohaterki popierasz w całej rozciągłości. 
Niesamowita powieść, która udowadnia nam, że białe nie zawsze jest białe, a życie jest pełne szarości.

czwartek, 28 lutego 2019

Hanka Ordonówna. Miłość jej wszystko wybaczy

Któż nie zna ponadczasowego utworu "Miłość Ci wszystko wybaczy"? Zwiewna, przepiękna Hanka Ordonówna przechadza się pomiędzy stolikami, przy których siedzą oszołomieni Jej urodą mężczyźni. Elegancka w każdym calu, przepięknie śpiewająca, była w tamtych czasach niewątpliwą gwiazdą estrady. Każdy, kto miał przyjemność posłuchać jej wysokiego głosu o przepięknej barwie przyzna, że w okresie międzywojennym nie miała sobie równych. 
Zawsze mnie fascynowała. Tak naprawdę Jej pochodzenie, warszawskie i estradowe życie, oraz losy wojenne stanowiły dla mnie temat, który ledwo co dotknęłam. Jakoś tak niewiele się o niej mówi, a jeszcze mniej pisze. Do czasu. Niedawno Pani Anna Mieszkowska postanowiła pochylić się nad tą postacią, a Wydawnictwo Prószyński i s-ka podjęło się wydania książki. Z tej współpracy wyszło przepiękne cudeńko pt. "Hanka Ordonówna. Miłość jej wszystko wybaczy".
Łatwo domyślić się, o czym jest książka. Oczywiście o Hance, ale nie to stanowi główny walor tej pozycji. Książka zachwyca bowiem starannością wydania. W książce znajdziemy plakaty promujące trasy Hanki, bardzo dużo fotografii, notatek, odręcznych zapisków i rysunków. Zachwyca redakcja i układ zdjęć, zachwyca też ich scalenie z tekstem, z który tworzą bardzo miłą dla oka jedność. To naprawdę wielka przygoda dostać tę książkę do ręki. 
A treść? Cóż - dziecięce lata Hanki są właściwie niewiadomą. Trochę domysłów, jakiś dokument, z którego można coś wywnioskować... Dopiero czas, w którym rozpoczęła starania o pracę na deskach warszawskich scen, uchyla nam rąbka tajemnicy. Hanka z wielką zaciętością walczyła o swoje miejsce na scenie. Nie miała artystycznego wykształcenia, ale miała to "coś", co wszystkim kazało Ją podziwiać. Kiedy już przebiła się - oczarowała wszystkich. Z tego okresu zachowała się bogata dokumentacja, pozwalająca wczuć nam się w atmosferę artystycznego światka. Nie miała łatwo, ale też nie poddawała się. Jej karierę przerwała wojna i wówczas Hanka pokazała swoje drugie oblicze. Zrobiła wszystko aby uratować grupę polskich dzieci z wojennej tułaczki. Z czystym sumieniem można powiedzieć, że poświęciła dla tych dzieci własne życie. Rozwijająca się gruźlica nie zatrzymała artystki w walce o los małych rodaków, a kiedy wojna się skończyła było już za późno. 
Bardzo dużo klimatu książce nadają wspomnienia osób, które znały Hankę. Z ich opowieści wyłania się obraz przemiłej kobiety, która wie czego chce i uparcie dąży do wyznaczonego celu. Ciepła i wrażliwa, nie bez powodu została uznana za "czarodziejkę sceny". To, co Jej głos czynił z duszą słuchaczy, trudno opisać. 
Ja na zakończenie dodam, że Pani Anna Mieszkowska jest "czarodziejką Hanki". Pięknie przybliżyła czytelnikom Jej postać, pokazując zapiski i prowadzoną korespondencję. Dzięki temu życie Hanki  nie jest przedstawione sucho i beznamiętnie. Jest pokazane w sposób ciepły i przyjazny. Czytelnik wręcz zaprzyjaźnia się z artystką.Cudowne uczucie.
Uczta dla każdego "książkochłona" zapewniona.

środa, 27 lutego 2019

Kobiety z odzysku

Fajna książka. Lekka, przyjemna w odbiorze, taka wakacyjna. Napisana z humorem i dystansem do siebie... babska po prostu.Lubie takie powieści choć pewnie część z Was powie, że to literatura bez żadnej wartości. Ale czy tylko Tołstojem i Miłoszem świat stoi? Mam nadzieję, że nie...
Tytuł mówi wprost o bohaterkach powieści. Trzy przyjaciółki - każda z odzysku. Gośka - ofiara bigamisty, Felicja - wdowa i Zuzka - rozwódka. Kobitki są postrzelone i pełne radości życia. Każda po przejściach, ale żadnej nie przeszkadza to w sięganiu po dobra świata pełnymi garściami. Perypetie naszych bohaterek są śmieszne, pełne zwrotów akcji i wyjątkowo radosne. Obserwujemy ich życie od wakacji, kiedy to wybierają się na wycieczkę do Egiptu, aż po Boże narodzenie i Sylwestra. Z powieści wyłania się obraz trzech przyjaciółek, dla których słowo przyjaźń ma magiczne znaczenie i które są w stanie wskoczyć w ogień, aby ratować pozostałe. To właśnie ta dozgonna przyjaźń powoduje wiele dwuznacznych sytuacji i nieporozumień. A tam gdzie nieporozumienia między przyjaciółkami tam dla czytelnika śmiechu ci niemiara. :-)
Trochę mnie nużyły opisy egipskich basenów i hoteli, ale na szczęście trwało to krótko. Kiedy jednak akcja dotarła do porwania i perypetii matrymonialno kryminalnych, powieść pochłonęła mnie całkowicie. Autorka tak zwinnie zakręciła powieścią, że ani się obejrzałam, a byłam na końcu lektury. A już końcówka książki jest zupełnie magiczna. Obraz cudzoziemca rodem z Afryki, poznającego nasze zwyczaje świąteczne, lepiącego pierogi i próbującego zrozumieć o co chodzi z tą Pasterką... magia po prostu. 
To co wyróżnia tę powieść spośród masy innych, to humor. Cięty giętki - niczym język wścibskiej sąsiadki. To jest to, za co uwielbiam książki Pani Frączyk. Zawsze przy lekturze Jej powieści moja dusza promienieje, a mózg śmieje się ile wlezie. To taki specyficzny rodzaj poczucia humoru, który porywa moja dusze i serce.  Naprawdę nie znam lepszego lekarstwa na chandrę.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Na marginesie życia

No uśmiałam się przy lekturze tej powieści niesamowicie, choć w gruncie rzeczy powieść wcale nie jest śmieszna. Jeżeli uświadomimy sobie, że Grzesiuk pisał ją w ostatnich latach swojego życia i że w gruncie rzeczy przegrał z choróbskiem, to wówczas powieść robi się miejscami tragiczna. Ale nie o tym chciałam pisać. Chciałam podkreślić, że w jednym Grzesiuk zachwycił mnie i  jestem naprawdę pełna podziwu. Chodzi o postrzeganie życia przez pryzmat szklanki do połowy pełnej. 
Główny bohater powieści jest chory na gruźlicę. Zdaje sobie sprawę, że to choroba nieuleczalna i że życie przedłużyć mogą mu jedynie bolesne zabiegi w połączeniu z długimi pobytami w sanatorium. Cóż robić - nasz bohater jedzie do sanatorium. Tam poznaje ludzi, którzy są w podobnej sytuacji co On. Wymieniają się doświadczeniami, opowiadają sobie o objawach - wszystko w atmosferze takiej harcersko - obozowej. Tworzą się grupki, wybuchają kłótnie, pojawiają się sympatie i antypatie, gra akordeon i bandżola - jak w życiu.  Pierwsze sanatorium, drugie, trzecie... w pewnym momencie jego życie polega na pobytach w sanatoriach. I właśnie o tym jest ta książka. 
Czytając powieść miałam wrażenie, że czytam o pobycie niesfornych chłopców na koloni w Pułtusku. Zero zmartwień o zdrowie, zero troski o najbliższych - ważne jest tu i teraz. Bohater opisuje jak mija mu dzień za dniem, jak pacjenci robią sobie nawzajem głupie dowcipy, jak tworzy się hierarchia wśród pacjentów. Z drugiej strony pokazuje też tę mniej przyjemną stronę pobytu w sanatoriach - bolesne zabiegi, diagnozy niepozostawiające cienia wątpliwości, że właściwie nie ma nadziei na długie i radosne życie. Sporo anegdot dużo dialogów i płynne przejścia pomiędzy poszczególnymi zdarzeniami powodują, że książkę - pomimo "chorobowego" wyrazu - czyta się wyjątkowo dobrze. Zresztą wszystkie powieści Grzesiuka są właśnie takie - wartkie, wciągające i jedyne w swoim rodzaju, więc dlaczego ta miałaby być inna? 
Wydanie, które mam w swojej biblioteczce jest wyjątkowe dzięki Wydawnictwu Prószyński i spółka. Historia przedstawiona we wcześniejszych wydaniach została okrojona przez cenzurę. Grzesiuk - wiedząc, że niewiele czasu mu zostało - zgodził się ze wszystkim poprawkami panów cenzorów. A szkoda. Najnowsze wydanie zawiera własnie te usunięte fragmenty. Zostały one wytłuszczone dzięki czemu czytelnik docenia je jeszcze bardziej. Ileż radości one niosą! Wiele z nich jest lekko sprośnych, często nawiązują do sytuacji w służbie zdrowia, albo wskazują na braki w zapatrzeniu... Lektura tego wydania to nie lada gratka dla wielbicieli pióra Grzesiuka. Naprawdę warto sięgnąć.  

czwartek, 31 stycznia 2019

Fałszywa nuta

No zachwyciła mnie ta powieść. Po przeczytaniu ostatniego słowa siedziałam jak urzeczona. Po lekturze "Skazy" spodziewałam się perełki, ale to, co dostałam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wiem, że jestem wyczulona na tematy związane z muzyką. Mam w domu małego skrzypka i trochę starszą flecistkę co powoduje, że literatura muzyczna jest bliska memu sercu. Ale żeby aż tak? 
Lisa Keller marzy o tym, aby zostać śpiewaczką. Dla osiągnięcia swojego celu jest w stanie poświęcić naprawdę wiele. Kiedy przypadkowo poznaje Siegfrieda Lewenharta wie, że ta znajomość to dla niej życiowa szansa. Siegfried jest dyrektorem teatru i może wiele. Kiedy więc składa dziewczynie propozycję, ta nie zastanawia się ani chwili. Obiecuje, że w zamian za lekcje śpiewu wyświadczy dyrektorowi pewną przysługę. 
Lisa trafia do domu zdziwaczałego kompozytora i od tego momentu powieść zaczarowała mnie i odurzyła. Opisy instrumentów, pomieszczeń czy partytur są piękne, ciepłe i tajemnicze. Lisa długo próbuje dotrzeć do uczuć swojego gospodarza. Kiedy jej się to udaje, razem z nim pogrąża się w świecie muzyki. 
Nagle ku zaskoczeniu czytelnika autorka przenosi fabułę kilkaset lat wcześniej. Poznajemy wspaniałego człowieka, który postanawia poświęcić się muzyce. Komponuje dzieło będące utworem zgoła zaczarowanym. Pieśń jest przepiękna i przeklęta jednocześnie. Przynosi ukojenie, a zarazem ściąga nieszczęścia.  
I znowu skaczemy do przyszłości, kiedy to kobieta o znamiennym imieniu Melody, dostaje zlecenie na poszukiwanie zaginionego klawesynu. Podąża śladami przeszłości poszukując instrumentu. 
Co łączy te wątki i jaką rolę gra tajemniczy Pielgrzym? Koniecznie przeczytajcie. 
Powieść jest przepięknie napisana. Pani Żukowska posiada umiejętność przedstawiania wydarzeń w sposób oszczędny i wyrazisty. Tu każde słowo jest wyważone - nie ma zbędnych epitetów i określeń. Język jest zgrabny i prosty jednocześnie.  Czyta się z wielką przyjemnością. 
Urzekł mnie opis, kiedy Melody, na pewnym etapie swojej podróży sięga po skrzypce, aby ocenić ich wartość i autentyczność. Autorka tak plastycznie opisała całą sytuację, że miałam wrażenie, iż zaraz usłyszę niski i głęboki dźwięk skrzypiec. Coś pięknego. 
Cała powieść jest wspaniała. Tajemnicza, urzekająca, przedstawiająca piękną historię z pogranicza historii i magii. Polecam