wtorek, 15 kwietnia 2014

Demo Wyśmiewaczka

W naszej biblioteczce stoi książka pt. "Wypisy dla klasy I". Jest tam jeden rozdział z książki "Cudaczek Wyśmiewaczek". Któregoś wieczoru przeczytałam dzieciakom ten rozdział i oboje byli zachwyceni. "Dobra - pomyślałam - pożyczę całą książkę". Wczoraj przytargałam książkę do domu i wieczorem zasiedliśmy do czytania. Marek posłuchał kilku rozdziałów, po czym zabrał głos:
- Mamo...
- Słucham synku?
- Ta książka, którą czytałaś nam kilka dni temu to było takie Demo Cudaczka tak?

Hmmmm chyba czas ograniczyć komputer....

sobota, 12 kwietnia 2014

Wyścig z czasem

Skandynawskie kryminały niewątpliwie cieszą się ogromną popularnością. Dopóki nie przeczytałam trylogii Larssona zupełnie nie rozumiałam tego zachwytu. Po lekturze "Milenium" patrzyłam z fascynacją na każde szwedzkie nazwisko. Fascynacja zmieniła się w pożądanie po lekturze książki Pani Kristiny Ohlsson pt. "Na skraju ciszy". A teraz czas na podsumowanie tego przydługiego wstępu: "Wyścig z czasem" przeskoczył wszystko, co do tej pory czytałam. Jest liderem swojego gatunku. Od książki nie mogłam się oderwać, czytałam wszędzie i w każdej wolnej chwili.
Powieść jest bardzo specyficzna, przez co wyjątkowa. Akcja toczy się w ciągu jednej doby, co więcej - osób biorących udział w wydarzeniach jest niezmiernie mało. Miejscem akcji są  właściwie tylko biura policji oraz kokpit samolotu. 
Pewnego dnia szwedzka Policja otrzymuje informację, że w kilku miejscach dostępnych dla tysięcy Szwedów została podłożona bomba. Alarmy okazują się fałszywe, mimo to grozę budzi informacja, która pojawia się następnego dnia. Pilot samolotu lecącego do Nowego Jorku znajduje na pokładzie kartkę informującą, że na pokładzie jest bomba. Jeżeli rząd szwedzki i amerykański nie spełni żądań terrorystów, bomba rozerwie samolot na kawałki. Co więcej - jeżeli pilot spróbuje wylądować, również wszyscy zginą. Policja ma więc kilkanaście godzin na zrozumienie o co właściwie chodzi. Zakończenie jest zaskakujące i wyjątkowo pomysłowe. 
Książka byłaby świetnym słuchowiskiem. Wartkie dialogi i szybka akcja powodują, że czytelnik nie może przestać czytać. Zapis zdarzeń minuta po minucie, godzina po godzinie, ciągłe zwroty, analizowanie wraz z policją poszlak i dowodów - naprawdę nie można się od książki oderwać. 
Polecam każdemu kto ma ochotę na wielką przygodę w fotelu przy kawie :-)

niedziela, 30 marca 2014

Sklep na Blossom Street


W Seattle, na Blossom Street, znajduje się niewielki sklepik z włóczkami. Jego właścicielka, Lydia Hoffman, po latach zwycięskiej walki z rakiem rozpoczyna nowe życie. Wolne od choroby, dające szansę na miłość...

Lydia uczy robienia na drutach. Na pierwszy prowadzony przez nią kurs zapisują się trzy kobiety. Jacqueline Donovan chce zrobić coś dla swojej wnuczki w geście pojednania z synową. Starająca się o dziecko Carol Girard upatruje w wykonanym przez siebie kocyku znaku nadziei. Natomiast Alix Townsend odpracowuje zasądzone przez sąd godziny społeczne.
Te cztery bardzo różne kobiety, których losy połączyła stara sztuka robienia na drutach, dokonują niespodziewanych odkryć na temat własnych zachowań i siebie nawzajem. Odkryć prowadzących do przyjaźni i nie tylko...


Powyższy opis pochodzi ze strony Wydawnictwa. Recenzować tej książki (z braku czasu) nie będę choć w pełni na to zasługuje. Chcę tylko zaznaczyć, że przeczytałam. Dodam, że bawiłam się świetnie. 

sobota, 29 marca 2014

Prawie siostry

Pani Maria Ulatowska pisze książki lekkie łatwe i przyjemne. Czy to zarzut? Absolutnie nie! Uważam, że takie książki też są potrzebne. Czytamy o inteligencji finansowej, inteligencji emocjonalnej, poznajemy historię drugiej wojny  światowej... ale przecież są osoby, które przy czytaniu chcą zwyczajnie odpocząć, wyluzować i wyłaczyć pewne partie mózgu, które po tygodniu pracy zaczynają się żarzyć na czerwono... Dlatego śmieszą mnie nieliczne komentarze np na portalu "Lubimy czytać" krytykujące prostotę i jasność książek Pani Ulatowskiej. Przecież nikt nikogo do niczego nie zmusza... A już wpis "czytałam wszystkie książki Pani Ulatowskiej i wszystkie są równie beznadziejne..." Hmmm... 
Najnowsza powieść Pani Marii Ulatowskiej jest klasyką "ulatowskiego" gatunku. Po zakończeniu liceum trzy przyjaciółki postanawiają, że pomimo zakończenia wspólnej nauki nadal będą umacniać swoją przyjaźń. Pomimo tego, że mieszkają blisko siebie i wcale nie mają zamiaru zaniechać spotkań ustalają, że co pięć lat będą spotykały się w tym samym miejscu w celu podsumowania dotychczasowych życiowych dorobków. Każda marzy o tym samym: dom z ogródkiem, gromadka dzieci, kochający mąż... jak większość z nas zapewne wie droga do tych celów często nie jest szeroka i usłana różami. 
Dziewczyny - jak to w życiu bywa - przeżywają wzloty i upadki. Mężczyzna marzeń okazuje się frajerem, pojawia się niechciana ciąża, rozwiane marzenia, śmierć... wszystko to nie ułatwia relacji między przyjaciółkami. Na szczęście są trzy, więc gdy dwie oddalają się od siebie na straży stoi ta trzecia...
Książka jest ciepła, wzruszająca - taka bajka dla żeńskiej części dorosłej populacji. Historia jest opowiedziana wprost bez upiększeń i udziwnień które - moim zdaniem - skierowałoby powieść w stronę ckliwego powieścidła. A tak mamy po prostu ciekawą powieść zdobywającą damskie serca. 

poniedziałek, 24 marca 2014

Cenna chwilka

Na niedzielne popołudnie moja rodzina zaplanowała spacer, więc przedpołudnie było pracowite. Aby ze wszystkim zdążyć uwijaliśmy się wszyscy. Małżon sprzątał samochód, ja sprzątałam mieszkanie, Starsza oporządzała psa... i tylko Młodszy snuł się marudząc nieziemsko. Nagle zapadła cisza. Pomyślałam, że coś kombinuje i w takim przekonaniu żyłam aż do chwili, gdy Młodszy wpadł do kuchni i z powagą stwierdził:
- Mamo?
Ja: Słucham synku?
Młodszy: Ja wiem, że nie masz czasu...
J: No rzeczywiście nie mam.
M: Bo wiesz, jakbyś chciała, to ja mogę dla Ciebie znaleźć chwilkę...
J: Taaak?
M: No  moglibyśmy wtedy pograć w Grzybobranie, ale wiesz, tylko raz, bo moja chwilka jest cenna....

wtorek, 18 marca 2014

Jesteś Bogiem

Oglądam "Jesteś Bogiem" i stwierdzam, że film jest niesamowity. Ostry, surowy, wulgarny, a przy tym wyjątkowo wrażliwy i emocjonalny. Historia polskiej grupy hip - hopowej pod nazwą "Paktofonika" przedstawiona jest wyjątkowo realistycznie. Film w dużej części czarno - biały ze sporą dozą przekleństw i wyraziście ukazaną walką z emocjami i odrzuceniem. Przyciąga jak magnes. 
Paktofonika - zespół hip - hopowy, w skład którego weszło trzech panów: Piotr Łuszcz "Magik", Wojciech Alszer "Fokus" i Sebastian Salbert "Rahim". Wszyscy są hiphopowcami z krwi i kości. Świetnie śpiewają, a ich artykulacja i wymowa dźwięków może służyć za wzór niejednemu logopedzie. Niestety - jak to w życiu bywa - oprócz talentu trzeba mieć trochę szczęścia, a tego chłopakom chyba zabrakło. Życie ich nie rozpieszczało, a do mocnych psychicznie raczej żaden z nich nie należał. 
Film zachwyca obrazem. Blokowiska, uliczki, kamienice - nie są cukierkowym obrazkiem, ale realistycznym odzwierciedleniem śląskiego krajobrazu. Oszczędność kolorów i nadmierna ostrość powodują bardzo ciekawy odbiór. Zachwyca również muzyką, nad którą czuwali Fokus i Rahim. Dzięki temu film można potraktować jako rodzaj hołdu oddanemu "Magikowi" Aktorzy odtwarzający główne role "dali radę" i zmierzyli się z legendą członków zespołu. Muzyka jest świetna - frapująca i fascynująca. 
Mocny film. 

wtorek, 4 marca 2014

Tsunami

Tsunami, które uderzyło w wybrzeże Sri Lanki w 2004 r. pamięta chyba każdy. Ogrom nieszczęścia i rozpaczy, tragedia tysięcy ludzi obiegła cały świat. Wielka dziewięciometrowa fala zniszczyła wszystko co napotkała na swojej drodze, a następnie cofnęła się porywając do oceanu tysiące ludzi. Kiedy ogląda się relację w telewizji człowiek płacze, rozpacza, współczuje, a przede wszystkim niedowierza. Pomijając uczucia - relacja oglądana w domu, w fotelu, z kubkiem kawy w ręce ma w sobie coś z fantastycznej, strasznej opowieści. Nie dostrzegamy pojedynczych tragedii, widzimy całość nieszczęścia, ogólnie bez zaglądania w życie poranionych żywiołem osób. Ta jednostkowa tragedia z całą siłą i mocą dociera do nas w zupełnie nieoczekiwanych momentach. Na przykład w książkach. 
Sonali Deraniyagala wraz z dziećmi, mężem i rodzicami postanawia spędzić święta Bożego narodzenia właśnie na wybrzeżu Sri Lanki. Kiedy kobieta dostrzega za oknem wielką falę jest już za późno. Wprawdzie próbują uciekać, ale samochód, którym Sonali oddala się od wybrzeża po prostu w pewnej chwili napełnił się wodą  a następnie wywrócił. Z całej rodziny przeżyła tylko Ona. Została sama. Jak palec. 
Właściwie całe "Tsunami" jest opowieścią o powrocie do w miarę normalnego życia. Sonali opisuje jak tragedia przygięła do ziemi, jak  pochłonęła ją całą. Przez kolejne kilka lat wyłaniała się z niej niczym z bagna - pomału, po troszku. Ukojenia szukała w alkoholu, w lekach, we śnie i w płaczu. Panicznie bała się wszystkiego, co miało związek z życiem "przed". Ale jest też druga część książki. Sonala przestaje się bać, a zaczyna doceniać to ziarenko, które jeszcze jej zostało. Wspomnienia już nie dręczą, a zaczynają być terapią. Piękne chwile, kiedy Sonali wspomina najbliższych, są w książce swoistego rodzaju epitafium. Odkrywa przed czytelnikiem małe błyszczące okruszki ze swojego szczęśliwego życia. Dwóch synków, wspaniały mąż, dostatnie życie - wszystko to prysnęło niczym bańka mydlana, ale jest, istnieje we wspomnieniach. 
Książka jest straszna. W czasie lektury ciągle miałam chęć głaskać moje dzieci, przytulałam je na tyle często, że moja dziesięcioletnia córka zaczynała patrzeć na mnie dziwnym wzrokiem. Cóż - nagle człowiek zaczyna rozumieć jak wiele ma do stracenia. 
Niewątpliwie takie książki są potrzebne. Dla autorki był to rodzaj terapii. A dla czytelnika? Dla czytelnika to taka "pięść w brzuch" i napomnienie: "Życie choć piękne, tak kruche jest...."

niedziela, 2 marca 2014

Tam, gdzie Twój dom

Piękna książka. Zachwyciła mnie przede wszystkim rozbudowaną, kwiecistą narracją. Słowa można smakować, podziwiać i kąsać. A i przedstawiona w powieści historia jest niebanalna. 
Trzy kobiety, trzy historie, trzy tragedie. Zaczynamy od środka. Poznajemy Różę Kanenberg, która wyjeżdża z rodzinnego niewielkiego miasta na studia do Szczecina. Po kilku miesiącach "studenckiego", kwiecistego życia postanawia przeanalizować swoje priorytety i zacząć prowadzić przykładne życie grzecznej studentki. Nie udaje się jednak. Róża wplątuje się w romans z wykładowcą, którego owocem jest ciąża. Ten moment jest punktem wyjścia. Cofamy się w czasie, aby poznać losy matki i babki Róży. Kobiety są naznaczone jakimś fatum samotności. Każda z nich zostaje porzucona przez mężczyznę, każda na swój sposób radzi sobie z brakiem bratniej duszy. Do poczucia osamotnienia należy dodać brak korzeni, swojego miejsca na ziemi... generalnie nie można tych kobiet nazwać szczęśliwymi. 
Nie będę bardziej streszczać, bo nie o to chodzi. Zresztą nie fabuła w tej książce jest najważniejsza. Mnie urzekły słowa, a raczej ich dobór. Autorka jest mistrzynią tkania ze słów kolorowych dywanów, urzekających gobelinów i maleńkich serwetek. Słowa układają się w piękną całość, każde zdanie jest samodzielną literacką perełką. Zachwyciła mnie umiejętność dobierania słów tak, aby każde znaczyło coś więcej niż tylko słowo. 
Poza tym książka wzbudziła we mnie bardzo pozytywne emocje ze względu na miejsce akcji. Jestem Szczecinianką, a większość życia Róża spędziła własnie w Szczecinie. Bardzo miło czyta się o znanych miejscach i ulicach. W trakcie lektury budzi się nie tylko wyobraźnia ale i pamięć. Szczecin w książce jest bardzo prawdziwy, taki "komunistyczno - stoczniowy". Nawet "Duet" się zgadza. Ta realistyczność, taka twardość i kanciastość miasta dodaje akcji pikanterii, a Róży charakteru. 
Każdy kto lubi delektować się słowami powinien sięgnąć po tę książkę. Naprawdę warto. 

środa, 26 lutego 2014

Poniedzielski, Dyjak, Czyżykiewicz

Byłam na koncercie z okazji XVII Urodzin Czarnego Kota Rudego. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że Czarny Kot Rudy to "scena kabaretowa" działająca w Teatrze Polskim w Szczecinie. Podobno nasz Teatr jest jedynym w Polsce posiadającym oficjalnie scenę kabaretową. Ale nie o tym chciałam. Z okazji Urodzin CKR na deskach teatru wystąpiło trzech "Poetów smutku". Pania Poniedzielskiego zna chyba każdy, Pana Czyżykiewicza również. Dla mnie odkryciem koncertu był trzeci artysta, a mianowicie Marek Dyjak. Co za głos! Cierpki, wręcz drażniący ucho, a jednocześnie głeboki - po prostu piękny! Do tego Pan Dyjak śpiewa przy akompaniamencie trąbki i akordeonu. Po prostu miód. Zresztą posłuchajcie. 


Pan Dyjak niewątpliwie nie jest łatwym człowiekiem. Ale myślę, że każdy kto choć trochę zainteresował się życiorysem artysty zrozumie jego sceniczne zamknięcie w sobie i widoczną niechęć do okazywania głebszych uczuć. Ale to wszystko jest nieważne. Najważniejsze jest to jak ten człowiek śpiewa. a raczej ŚPIEWA!

Kolejnym hitem koncertu jest piosenka:


Powiem Wam, że słowa: "Jak się nie ma co się lubi to nie lubi się też tego co się ma" są niesamowicie ... prawdziwe.
Jeżeli ktoś z Was ma możliwość posłuchania któregokolwek z "Poetów smutku" - polecam z całego serca.

Cudny koncert w doborowym towarzystwie. Gosia - dziękuję :-))))

czwartek, 20 lutego 2014

Motylek

Motyl jest dla większości z nas kruchą istotką, której życie jest niezwykle ulotne. Delikatny, kolorowy, budzi same ciepłe uczucia. Tytuł książki jest dodatkowo zdrobnieniem tej nazwy i przywodzi na myśl małe dziewczynki w kolorowych fruwających spódniczkach. Nic bardziej mylnego! Za okładkowym motylkiem kryje się wspaniały kryminał; szybki, tajemniczy, z prawdziwą zagadką i klasycznym pytaniem: kto zabił? Powieść jest genialna.
Lipowo to niewielka wieś gdzieś w Polsce. Wszyscy wszystkich znają, plotka goni plotkę, a każdy nowy mieszkaniec jest tu atrakcją. Pewnego mroźnego poranka na skraju drogi prowadzącej do Lipowa znaleziona zostaje martwa zakonnica. Pierwsze badania rodzą przypuszczenia, że ktoś ją niechcący potrącił, jednak szybko okazuje się, że została ona brutalnie zamordowana. Wkoło zakonnicy rośnie mur z zagadek; atmosfera jeszcze bardziej gęstnieje kiedy okazuje się, że zakonnica nie grzeszyła świetlaną przeszłością. Rozwikłaniem zagadki zajmują się miejscowi policjanci. Każdy z nich jest charakterkiem nie do podrobienia. Komendant Daniel Podgórski mieszka z mamusią i jest klasycznym przykładem "nieodciętej pępowiny", Rosół ma problem z samotnym wychowywaniem dzieci (a właściwie jego brakiem), Paweł nie potrafi poradzić sobie z agresją, a Marek z tajemnicami z przeszłości. Każdy z Policjantów przenosi bagaż swoich doświadczeń - z lepszym lub gorszym efektem - do śledztwa. Dzięki temu poznajemy nie tylko pracę przedstawicieli władzy, ale również ich rodziny i przyjaciół. Kiedy uświadomimy sobie, że wszystko dzieje się w malutkiej wsi nagle okazuje się, że w morderstwo może być zamieszany właściwie każdy. Od sklepikarki po księdza.
Powieść jest świetnie skonstruowana. Jej podstawą i trzonem jest morderstwo i zagadka. Ten główny wątek został jednak misternie przyozdobiony siateczką wątków pobocznych. Poznajemy mieszkańców Lipowa - ich życie, malutkie grzeszki i wielkie tajmenice. Wszystkie te wątki splatają się w misterną całość wzbudzając w czytelniku zachwyt. Każda postać jest dopracowana, nic nie jest tu dziełem przypadku. Naszym oczom ukazuje się wachlarz charakterów i osobowości przeplatających się i zazębiających. Mistrzostwo.
"Motylek" jest debiutancką powieścią p. Katarzyny Puzyńskiej. Aż strach pomyśleć jakie będą Jej kolejne kryminały. Mam nadzieję, że będzie ich dużo, ponieważ Pani Kasia ma niesamowitą smykałkę do obmyślania misternych planów. W trakcie lektury (i to w jej pierwszej połowie) szybko domyśliłam się kto zabił. Tak mi się przynajmniej wydawało. Autorka szybko zniszczyła moje przypuszczenia, a ja dalej główkowałam. Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że już teraz na pewno wiem, bardzo szybko z hukiem spadałam na podłogę. A kiedy na ostatnich kartach powieści dowiedziałam się kto zabił, ze zdziwienia nie mogłam się otrząsnąć. A nalepsze jest to, jak szybko czytelnik układa sobie wszystkie wątki w logiczną całość. No tak! Że też ja na to nie wpadłam!!!
Kryminał "Motylek" w niczym nie ustępuje sławnym skadynawskim przedstawicielom tego gatunku. Powiem więcej - autorka naprawdę wszystko świetnie przemyślała - w powieści nie ma nic pewnego, a każde nowe wydarzenie zazębia się z tym co było i budzi ciekawość tego co będzie.  
Polecam naprawdę wszystkim. Bez wyjątku. 

środa, 19 lutego 2014

Nostalgia anioła

Moja rodzinka w osobach męża i Starszej pojechała w góry, więc nadrabiam filmowe zaległości. Dziwne to o tyle, że z zasady na filmach zasypiam, a tu proszę - trzy dni pod rząd filmy od napisów początkowych do napisów końcowych. Rewelacja :-)
Tym razem na warsztat poszła "Nostalgia Anioła". Piekny film, choć chwilami dość cukierkowy. Cukierkowość nie dotyczy fabuły filmu (ta nie ma w sobie krzty słodyczy) ale obrazów. 


14-letnia Susie jest przesympatyczną, delikatną nastolatką. Cieszy się życiem, a jej nieśmiałość z miejsca podbija serca widzów. Niestety zostaje brutalnie zgwałcona i zamordowana przez dobrodusznego sąsiada. Dziewczynka po śmierci tkwi w zawieszeniu i jako bierny obserwator śledzi zdarzenia na ziemi; widzi jak morderca zaciera ślady, jak rodzina nie radzi sobie z jej śmiercią, jak cierpi jej mały braciszek. Susie usiłuje przekazać wiadomość, działać - niestety nie jest to możliwe. Chociaż...
Film jest trochę mistyczny, troche bajkowy, trochę straszny, budzi naprawdę wiele emocji. Kluczową rolę odgrywa tu uroda odtwórczyni głównej roli, która jest rzeczywiście anielska. Saoirse Ronan jest przepiękną kobietą, a jej delikatność powoduje, że film zdobył moje serce. 
Książka, na motywach której nakręcono film, już czeka w moim Kindlu :-)))


poniedziałek, 17 lutego 2014

Kwiat pustyni

 Wczoraj obejrzałam "Kwiat pustyni". Cudowny, a jednocześnie przerażający film o tym, jaką krzywdę można zrobić drugiemu człowiekowi (a dokładnie rzecz ujmując małej dziewczynce) dla jego "dobra". Waris Dirie urodziła się w koczowniczej rodzinie w Somalii. W wieku pięciu lat poddana została rytualnemu obrzezaniu. Kiedy kończy trzynaście lat ojciec chce ją wydać za mąż za sześćdziesięcioletniego mężczyznę. Wtedy Waris postanawia wziąć swój los w swoje ręce. Ucieka z Somalii i walczy. O przetrwanie, o swoją godność, aż w końcu o godność wszystkich somalijskich kobiet. Dzięki wyjątkowej urodzie zostaje modelką. Nawet wówczas, gdy osiąga sukces nie spoczywa na laurach. Zostaje ambasadorem ONZ i rozpoczyna walkę o zniesienie rytuału obrzezania kobiet w krajach trzeciego świata. 
Kilka lat temu czytałam książkę pod tym samym tytułem. I po raz pierwszy śmiem twierdzić, że film wyprzedził książkę. Uroda aktorki, która wcieliła się w rolę Warisi Dirie, plastyczność obrazów, spora dawka humoru (pomimo trudnego tematu) - to wszystko dało wspaniały efekt. Film mnie zauroczył. 



niedziela, 16 lutego 2014

Dlaczego mnie tam nie ma!?

Moja rodzina i moi przyjaciele na szlaku, a ja jutro do pracy chlip, chlip....

wtorek, 11 lutego 2014

Grudniowi chłopcy

Oglądam film pt. "Grudniowi chłopcy". Ciepły, wzruszający, klimatyczny, kręcony w niesamowitych miejscach. Oglądam trochę jak bajkę delektując się pięknymi widokami. Opowiedziana w filmie historia może być odebrana ot tak, wprost, jako opowieść o pewym lecie pewnych chłopców. Można też wpatrzeć się głębiej i zauważyć tęsknotę za miłością, rodziną i tym wszystkim co osieroconym dzieciom takie dalekie i takie wytęsknione. Główną rolę gra Daniel Radcliffe co mnie do tej produkcji przyciągnęło. Okazało się jednak, że nawet bez Niego film jest naprawdę dobry. 
Chcę przeczytać książkę! Teraz! 

Film to oparta na powieści Michaela Noonana o tym samym tytule historia, opowiadająca o grupie czterech sierot. Każdy z przyjaciół urodził się w tym samym miesiącu. Pewnego razu opuszczają swój sierociniec i wyjeżdżają na wakacje nad morze. Tam dowiadują się o parze mieszkańców wybrzeża, która mogłaby zaadoptować jednego z chłopców. Od tego czasu dzieci zaczynają ze sobą rywalizować o miejsce w rodzinie, co wystawia ich przyjaźń na wiele ciężkich prób. Maps (Daniel Radcliffe) musi wybrać pomiędzy dorastaniem, a byciem starszym bratem dla trzech pozostałych chłopców.


sobota, 1 lutego 2014

Takie tam...

Jestem chora. Czuję się podle. Nawet czytać mi się nie chce. A na parapecie wiosna...
To małe krokusiki

A to królowa mojego parapetu :-)