wtorek, 31 maja 2016

Ukochany syn

Lektura tej książki to sama przyjemność. Opowiedziana historia jest wyjątkowo aktualna w dzisiejszych czasach. Pokazuje jak ogromne różnice dzielą współczesny świat. Z jednej strony uczy, że człowiek o innym kolorze skóry ma tylko inny kolor skóry, nic więcej. Z drugiej jednak strony autor wyraźnie podkreśla, że różnice kulturowe często są barierą nie do pokonania. Niewątpliwie każdy, kto chce i pragnie może się do reguł innego świata przystosować. Ale co zrobić, jeżeli ktoś nie chce?
Anil i Leena są dziećmi żyjącymi na rolniczych terenach Indii. Anil pochodzi z bogatej, szanowanej rodziny. Jego ojciec jest głową klanu oraz pełni funkcję sędziego w międzysąsiedzkich sporach. Leena jest ukochaną jedynaczką swoich rodziców. Wiedzie wraz z nimi szczęśliwe, choć ubogie życie. Dzieci bardzo się przyjaźnią do czasu, kiedy - zgodnie z hinduskimi tradycjami - chłopcy i dziewczęta obierają różne drogi. Anil jest wyraźnie kierowany na głowę klanu, jednak wbrew rodzinie podejmuje inną decyzję. Kończy studia medyczne i wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych na praktyki. Uczy się całymi dniami i szczebel po szczeblu zdobywa kolejne medyczne szlify. A co się dzieje z Leeną? Otóż jak każda hinduska kobieta niewiele ma do powiedzenia w kwestii swojego losu. Jej życie staje się udręką, a tragedia, która ją spotyka ... nie napiszę więcej. Te dwa światy spotykają się w momencie gdy Anil odwiedza swoją rodzinę. Nagle okazuje się, że świat jego dzieciństwa jest zupełnie inny niż się wydawało. Problem polega na tym, że Anil ma możliwość wyboru, a Leena może tylko biernie obserwować. Kiedy odważy się na jedną jedyną samodzielną decyzję, skutki będą dla niej fatalne. 
Życie Anila jest zawieszone pomiędzy dwoma światami: tym naszym, europejskim z komputerami, facebookiem i telefonami komórkowymi oraz tym hinduskim: pełnym kolorów i przypraw, ale technologicznie zacofanym. Światy absolutnie inne, nietolerujące się nawzajem. Anil wyjątkowo odczuwa tę nietolerancję i to na wielu płaszczyznach. Trudno mu o przyjaciół, jeszcze trudniej o uznanie w pracy. Jest zagubiony i nie wierzy w siebie, a to chyba najgorsze co może spotkać człowieka. Kiedy przyjeżdża do domu tęskni za Ameryką, w Ameryce tęskni za domem... zaklęte koło. 
Urzekł mnie ten hinduski świat - kolorowy, pachnący przyprawami i nieznanymi mi potrawami. Wszędzie furkoczą kolorowe sari, kobiety dbają o siebie (choć inaczej niż Europejki), a najwyższym dobrem jest rodzina. 
Książka, którą trzeba przeczytać. W dobie etnicznej nietolerancji - trzeba. 

piątek, 27 maja 2016

Przysługa

Każdy z nas chciałby, aby jego problemy w sposób mniej lub bardziej magiczny rozwiązywałyby się "same". Niestety w rzeczywistości tak się nie dzieje. Każdy człowiek musi popracować nad swoim losem, a powiedzenie "Jak sobie pościelisz tak się wyśpisz" jest jak najbardziej prawdziwe. Czytając "Przysługę" miałam nieodparte wrażenie, że losy bohaterów przeczą wszystkim powyższym zasadom, a wydarzenia powieści plotą się w sposób baśniowy omijając wszystkie zawiłości zwyczajnego życia. Trochę to nierealne, ale z drugiej strony - przecież nie chodzi o to, aby wszystko przypominało naszą codzienność. Może zamysł autorki był własnie taki... skoro są ludzie, którzy trafiają "szóstkę" w Totka to czemu nie...  
Jagoda, Dariusz i Wojtek - rodzina jakich wiele. Mama trochę nadopiekuńcza, tata zbyt wymagający, syn - miły chłopak. Jednak pewnego dnia kończy się to poukładane życie. Kiedy Dariusz ginie w wypadku zrozpaczona Jagoda nie może się pozbierać. Dochodzi do tego, że na pogrzebie widzi męża stojącego za filarem... czy aby na pewno to tylko złudzenie? Rozwiązanie zaskoczy wszystkich. Drugi koniec powieściowego "kija" to Karol - ojciec dwóch córek i mąż niespełnionej malarki. Prowadzi wraz z teściem firmę, jednak nie można powiedzieć, aby jego praca była ceniona. Co więcej - Karol z niewiadomych przyczyn zaczął nagle znikać, co w rodzinie spowodowało burzę domysłów rozpoczynając na "kochance", a na chorobie kończąc.  
Przysługa, jaką jeden brat oddaje drugiemu jest brzemienna w skutkach dla wielu ludzi. Miała uszczęśliwić, a tymczasem spowodowała wiele konfliktów i smutku.  
Z czystym sumieniem zakwalifikuję "Przysługę" do świetnych babskich czytadeł. Przy lekturze nie ma potrzeby uruchamiania zbyt wielu połaci mózgu, jednak niewątpliwie przedstawiona historia wciąga, a pomysłowość autorki zachwyca. Zaczynając lekturę tej powieści należy jednak wyraźnie powiedzieć sobie, że to tylko literacka fikcja, w której wiele się może zdarzyć. Dlaczego? Ano dlatego, że tu wszystko jakoś samo się układa. Splot okoliczności i wydarzeń jest tak pozytywny dla głównych bohaterów, że wręcz baśniowy. To przy lekturze powieści drażni. Spotkanie przyjaciółek po latach - pyk i jest, nawet jeżeli mieszkają na dwóch krańcach Polski. Barman który wysłuchuje zwierzeń, a następnie przypadkiem otacza opieką osobnika, którego zwierzenia dotyczą - prask i już. Wszystko splata się w sposób tak nieprawdopodobny, że aż drażni. Tylko pytanie brzmi: Czy to źle?
Powieść czyta się błyskawicznie. Lekkie pióro i szybka fabuła wciskają w fotel. Na każdej stronie jest coś co czytelnika zaskoczy. Takie jest też zakończenie, a właściwie jego brak - zaskakujące.
Podsumowując - jeżeli macie ochotę na zgrabnie napisaną baśniową powieść dla kobiet, której akcja toczy się w czasach współczesnych - polecam.  

środa, 25 maja 2016

Tysiąc róż

Matko, co za zakręcona książka! Od razu śpieszę z wyjaśnieniem, że zakręcona w tym przypadku absolutnie nie ma zabarwienia humorystycznego. "Tysiąc róż" to niewątpliwe ciemna książka o ludzkiej naturze i o tym, że człowiek na każdy swój czyn znajdzie usprawiedliwienie. Jej "zakręcenie" dotyczy postępowania głównego bohatera. Autorka wspięła się na wyżyny knując taką fabułę. Szczerze mówiąc - dla mnie książka jest nieprzewidywalna i przerażająca. Biorąc ją do ręki absolutnie nie spodziewałam się takiego szoku. 
Bohaterem powieści jest Michał - grafik komputerowy, który zajmuje się przede wszystkim projektowaniem okładek do powieści autorstwa jego żony Elżbiety. Elżbieta jest autorką poczytnych kryminałów odnoszących spory sukces na rynku wydawniczym. Są parą od dość dawna i na zewnątrz ich małżeństwo wydaje się... no może nie idealne, ale na pewno poprawne. Losy Elżbiety i Michała są pokazane w dosyć niekonwencjonalny sposób, a mianowicie od końca. Czyn, którego dopuścił się Michał jest przerażający. Początkowo oceniamy go bardzo surowo, jednak z czasem, poznając coraz więcej scen z ich wspólnego życia, ocena ta staje się łagodniejsza. Co ciekawe - im bardziej uczynki małżonków nas szokują, tym bardziej Michał wydaje się być usprawiedliwiony. I tak z obrzydzenia i totalnej krytyki które czujemy do Michała, nagle nie wiadomo kiedy staje się On ofiarą. Co więcej - okazuje się, że całe wydarzenie miało zupełnie inny przebieg niż się na początku wydawało. 
Książka jest hmmm.... specyficzna. Jej fabuła jest potwornie wciągająca, jednak opisy w niej zawarte odstręczają i są często po prostu obrzydliwe. Kilka razy odkładałam czytnik z postanowieniem: "Nie tknę jej więcej, nie będę się męczyć". Jednak postępowanie głównego bohatera, jego myśli i planowane czyny są tak irracjonalne, że trudno nie powrócić do lektury. Dopiero pod koniec powieści wiele się wyjaśnia, a wszystkie głupstwa Michała nagle nabierają zupełnie innego znaczenia. Nawiasem mówiąc zastanawiałam się, jak autorka to wszystko obmyśliła i doszłam do wniosku, że sama pani Magdalena musi być lekko pokręconą osobą. 
Kiedy poznajemy Michała jest poniedziałkowy ranek. Kiedy wszystko się wyjaśnia mamy wtorkowe popołudnie. Ten krótki przedział czasowy pozwala wyobrazić sobie jak duże natężenie wydarzeń mieści w sobie ta powieść. Czyny Michała są przemyślane, jednak logika, którą się kieruje jest zupełnie zwariowana. Czytelnik jest zbulwersowany i oburzony, przyjęcie do wiadomości działań Michała i ich zaakceptowanie nie mieści się w zwyczajowym systemie wartości. 
Powieść jakiej nigdy nie spotkałam. Groteskowa i oburzająca, a jednocześnie wciągająca i intrygująca. Do tego autorka ma dar siania grozy w każdym zdaniu.  Kiedy w powieści szalała burza z niepokojem patrzyłam za okno, choć słońce świeciło jak oszalałe. Czytanie późnym wieczorem rodziło dreszcze na moich plecach. No klimat niesamowity. 
Ale najbardziej zaskoczyło mnie zakończenie. Po skończeniu lektury musiałam lekko ochłonąć. Rozwiązanie sytuacji było proste i klarowne i trudno zaakceptować to, jak mocno ludzie potrafią skomplikować najzwyczajniejsze sytuacje. Psychika ludzka jest często nie do ogarnięcia. Łatwo z igły zrobić widły, a z jednego jabłka sad. Gdyby Michał myślał trzeźwo, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej... tyle że wtedy "Tysiąc róż" nie byłoby takim świetnym thrillerem. 

wtorek, 24 maja 2016

Pora westchnień, pora burz

Książki mogą być różne. Mamy takie, przy których płaczemy ze śmiechu, ale są też takie, które doprowadzają do łez ze wzruszenia. Mogą być płytkie i traktować o błahych sprawach. Mogą być też tak poważne, że po trzech stronach wiemy, że nijak nie damy rady ich przeczytać bez przysłowiowego pół litra. Rzadko kiedy napotykam książkę, którą połykam niczym najlepszy kryminał, a mój nastrój zmienia się tak jak autorka to zaplanowała. To są prawdziwe asy. Ostatnią taką perełką był Dzidek (co ważne o podobnej tematyce). Powieść ta czytana były przeze mnie kilka lat temu. Długo czekałam na kolejnego czarnego konia. I mam! Nareszcie mam!
Przedwojenny Lwów to piękne miejsce, gdzie kwitnie kultura i sztuka. Ludzie są uśmiechnięci i zadowoleni z życia. Kiedy poznajemy Lilkę i jej przyjaciół jest zima 1937 r. Lilka pochodzi z szanowanej, lwowskiej rodziny, pełnej tradycji i zasad. Ma przyjaciół, chodzi do szkoły i żyje pełnią nastoletniego życia. Co ważne - tamtejszy Lwów to miasto tolerancji. Nie ma znaczenia czy jesteś Polakiem, Ukraińcem, Żydem czy Rosjaninem. Owszem, pewne animozje są widoczne, a to w dokuczaniu w szkole, a to w lekko rzuconym słowie... ale przecież to tym nieopierzonym młodzieńcom może się zdarzyć.
I tak czytelnik podąża z Lilką, jej rodziną i przyjaciółmi do feralnego września 1939 r. W krótkim momencie stosunki międzyludzkie ulegają gwałtownej przemianie. Przyjaciel staje się wrogiem, a dookoła szerzy się kradzież i głód. Strach zagląda ludziom w oczy i jest codziennym kompanem. Gdzie uciekać? Kto gorszy? Niemiec czy Rosjanin? Które zło jest mniejsze? Jak odnaleźć się w nowej sytuacji? Zawierucha wojenna nie oszczędza rodziny Lilki. Ktoś ginie, ktoś ucieka, jeszcze inny zaczyna organizować konspirację.
Książka bardzo brutalnie pokazuje, że narodowość (nie ma znaczenia czy polska czy ukraińska, rosyjska, czy też niemiecka) jest głęboko zakorzeniona w ludzkiej duszy. Kiedy do głosu dochodzą pierwotne instynkty nagle każdy "inny" staje się wrogiem. Sąsiad napada na sąsiada, człowiek potrafi zabić całą rodzinę, z którą wczoraj jeszcze zgodnie biesiadował.
Saga rodzinna to jedno. Piękna wzruszająca i godna lektury. Losy naszych bohaterów są przedstawione wyjątkowo pięknie. Ale trzeba koniecznie podkreślić jedną rzecz. Książka pokazuje wyraźnie, że II wojna światowa to nie tylko okupacja niemiecka. To też straszliwy najazd Bolszewików na nasz kraj. Prości, pijani, bez żadnych skrupułów ludzie, dla których nie ma żadnej świętości. Kiedy plądrują lwowskie kamienice nie wiedzą do czego służy łóżko. Śpią na stołach, nie myją się, nie potrafią używać sztućców, a najważniejsza jest wódka. Przy pomocy alkoholu można załatwić wszystko. Jakże to inne od niemieckiej umundurowanej okupacji, która przecież była bardzo okrutna, ale tak w inny, bardziej wyrafinowany sposób.
Mieszkam w Szczecinie, w którym wiele miejsc jest naznaczonych niemiecką obecnością.  Nie chodzi mi o ślady z czasów okupacji i walki o wolną Polskę (przecież Szczecin był wtedy niemiecki). W układzie miasta i kamienicach czuć jednak do dziś przysłowiowy "niemiecki porządek". Naziści byli straszni i okrutni, ale jakże inni od Bolszewików! Magdalena Kawka uświadomiła mi dobitnie (choć przecież historycznym głąbem nie jestem), że Polska z czasów II wojny światowej to dwa zupełnie różne terytoria. 
"Pora westchnień, pora burz" to literacka perełka. Górnolotnie powiem: arcydzieło. Świetny język, niesamowicie przemyślana fabuła, lekkie pióro, dbałość o historyczne detale - to wszystko czyni tę powieść idealną. Autorka podzieliła treść książki na dwie części: spokojną i sielankową porę westchnień, kiedy życie jest barwne i kolorowe. Pora burz - jest ponura i gęsta od negatywnych emocji. Wszystko dopełnia nienaganna polszczyzna i przebijający przez każde słowo patriotyzm.
Piękna, warta polecenia powieść. Zaskoczona byłam, gdy dotarłam do końca i okazało się, że to nie koniec, że będą kolejne tomy. 
Pani Magdaleno, proszę nie trzymać nas długo w niepewności!

poniedziałek, 2 maja 2016

Biblioteka pana Lemoncella

Pamiętacie taki film "Jumanji"? Bohaterowie grali w grę planszową, która pochłonęła ich i stała się rzeczywistością. Kiedy czytałam "Bibliotekę Pana Lemoncella" miałam bardzo podobne odczucia. Oczywiście nie musiałam z narażeniem życia walczyć z potworami i nikt nie topił mojego domu, ale treść książki jest tak wciągająca, że śledziłam rozwój akcji z wypiekami na twarzy i z poczuciem czynnego uczestnictwa w wydarzeniach.    
Kye Keeley jest typowym współczesnym chłopcem uwielbiającym wszelkiego rodzaju gry; zarówno planszowe jak i wideo. Miłość do gier planszowych jest wśród jego kolegów mocno rozpowszechniona ze względu na fenomenalnego twórcę gier pana Lemoncello. Ten szalony producent gier i zabaw pochodzi z tego samego miasteczka co nasz bohater. Pan Lemoncello ma ogromny sentyment do rodzinnego miasteczka, a zwłaszcza do biblioteki, w której jako dziecko zaraził się pasją do książek. Niestety bibliotekę zburzono i obecnie dzieciarnia z miasteczka nie ma możliwości korzystania z tego przybytku kultury. Dlatego pan Lemoncello postanowił zbudować w miasteczku cudowną nowoczesną bibliotekę. Kiedy powstała wśród mieszkańców zaczęły krążyć pogłoski o niesamowitych atrakcjach i świetnym wyposażeniu biblioteki. Każdy chciał jak najszybciej odwiedzić gmaszysko. Dlatego wśród dzieci zapanowało podniecenie, kiedy ogłoszono konkurs literacki, w którym nagrodą był nocleg w bibliotece. Podczas tej nocy każdy z dziesiątki zwycięzców będzie mógł do woli korzystać z atrakcji. Nasz bohater znalazł się w gronie tych szczęśliwców. Okazało się, że noc jest tylko przykrywką do prawdziwego wyzwania. Kiedy dzieci obudziły się rano okazało się, że biblioteka jest zamknięta. Zadanie polega na tym, aby wydostać się z biblioteki tajemniczym wyjściem, do którego dzieci zostaną doprowadzone przy pomocy wskazówek i zagadek. Książki są tu nie celem samym w sobie, a narzędziem służącym do przechodzenia kolejnych etapów. Rozwiązanie kolejnych zadań zmusza do sięgania po coraz to nowe tytuły z biblioteki. Lista lektur jest pokaźna i zawiera wiele interesujących i wartościowych pozycji. Zastosowanie poszczególnych woluminów jest tak ciekawe, że czytelnik ma chęć sięgania po coraz to nowsze tytuły. 
Super sprawa. Akcja toczy się wartko, zagadka goni zagadkę, a czytelnik bez problemu może uczestniczyć w ich rozwiązywaniu. Sama spędziłam kilka dobrych chwil na zgadywaniu rebusów, które wcale nie są łatwe. 
Ciekawa i zabawna lektura godna polecenia każdemu. 

piątek, 29 kwietnia 2016

10 urodziny Taniej Książki

Księgarnię Tania Książka.pl chyba zna każdy z nas. Towarzyszy nam częściej lub rzadziej, jednak zawsze niezmiennie. Przygodę z Tanią Książką moja rodzina rozpoczęła od kupna podręczników. Potem księgarnia ta stała się super alternatywą dla Empiku (którego zbytnią miłością nie darzymy). Obecnie szukając książki najczęściej zaczynam właśnie tu - w Taniej Książce. 
A teraz tatam tatam! 
Baloniki fajerwerki i konfetti! 23 kwietnia Tania Książka skończyła 10 lat. To więcej niż mój synek chodzi po świecie :-) Z tej okazji "Tania Książka" przygotowała masę atrakcji dla swoich czytelników i klientów. Szczegóły znajdziecie pod linkiem 


Zapraszam wszystkich chętnych do korzystania z promocji, a księgarni życzę kolejnych ... dziesięciu lat!



środa, 27 kwietnia 2016

Antykwariat pod Błękitnym Lustrem

Kryminały wśród dzieci są ostatnio dość modne. "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai" zna chyba każdy, kto posiada w domu młodsze pokolenie. "Antykwariat..." też jest niezły, choć porównywanie tych dwóch serii jest moim zdaniem zupełnie nietrafione. Dlaczego? Otóż "Biuro..." czyta własnie mój siedmioletni synek, natomiast "Antykwariat..." dwunastoletnia córka. Komentarze obu stron wyraźnie pokazują, że nie należy stawiać tych książek na jednej półce. 
Dawid jest spokojnym chłopcem żyjącym trochę obok rówieśników. Jego rodzice wyjechali za granicę pozostawiając go pod opieką starszego pana prowadzącego antykwariat. Melchior posiada wszystkie cechy szalonego bibliofila i naukowca. Dawid ma własny świat, w którym chętnie zanurza się w chwilach nudy. A że jest mądrym chłopaczkiem, więc w szkole zdarza mu się nudzić dość często, a tym samym co pewien czas odpływa z rzeczywistości. Skutkiem tego nie ma zbyt wielu kolegów. Pewnego dnia do klasy przychodzi nowa koleżanka - Larissa. Zgodnie z powiedzeniem o tym, że przeciwieństwa się przyciągają, dzieci od razu przypadły sobie do gustu. Larissa jest trzeźwo myślącą dziewczynką, twardo stojącą na nogach i posiadającą jak na swój wiek sporą wiedzę. Pewnego dnia opiekun Dawida znika. Chłopiec jest trochę przerażony, jednak przy pomocy swojej przyjaciółki trafia na znaki, które pozostawił mu szalony Antykwariusz. Od słowa do słowa dzieci wpadają na trop niesamowitej zagadki. Aby uratować opiekuna Dawida muszą wykonać kilka zadań, przebrnąć przez niebezpieczne miejsca i pokonać wrogiego naukowca. 
Książka ma wiele atutów. Przede wszystkim w sposób delikatny, acz zdecydowany wkłada w głowy młodych czytelników sporą dawkę wiedzy. Do rozwikłania zagadek niezbędne są informacje z zakresu biologii, zoologii i innych dziedzin przyrody. Czytelnik siłą rzeczy je przyswaja. Kolejnym atutem jest piękne wydanie. Ta niepozorna książeczka (format malutki, ale oprawa twarda, co nadaje książce charakter almanachu) zawiera na swoich kartach przepiękne czarno - białe ilustracje. Klimat i charakter powieści przywodzi mi na myśl stare, tajemnicze tomiszcza kryjące w sobie moc zagadek.  
Świetna powieść zarówno dla młodszych wielbicieli kryminałów, jak i dla tych całkiem dużych pasjonatów literatury dziecięcej i młodzieżowej. Polecam.

piątek, 1 kwietnia 2016

Były sobie świnki trzy

Wybierając kolejną książkę poszłam za ciosem. "Diabli nadali" urzekło mnie i rozbawiło, a tu w czytniku uśmiecha się do mnie kolejna książka autorstwa p. Olgi Rudnickiej. No nie mogłam sobie odmówić!
Świnki trzy ... Trzy kobiety, trzy różne charaktery, trzy odmienne pasje. Łączy je jedno: majątek, który każda z nich zawdzięcza mężowi i obsesyjna chęć ukatrupienia małżonka w celu uzyskania samodzielności finansowej. No i jak to u Chmielewskiej... o sorry!,  jak to u p. Rudnickiej bywa prześmieszne zbiegi okoliczności, pomyłki i zawirowania doprowadzają miłe panie do ... no jakby nie patrzeć sukcesu, choć niezamierzonego! Niewątpliwie jednak detektyw, który prowadzi sprawy dotyczące szanownych małżonków zostanie doprowadzony przez bohaterki do szewskiej pasji. Bohaterki snują swoje plany ze swoistą gapowatością i prostotą. Problem w tym że choć plany spalają na panewce, to cel zostaje osiągnięty. Trudno pisać tak, żeby nic nie zdradzić zbyt wiele. A zdradzić nie mam zamiaru, bo popsuję całą zabawę. 
Właściwie to podsumowanie mogłabym przepisać z poprzednio recenzowanej powieści. Lekkie pióro, kąśliwy humor zahaczający o absurd, fabuła niespodziewana i zaskakująca czytelnika. Jeżeli do tego dodamy zabawne przemilczenia aluzje i komentarze otrzymamy wyjątkowo zgrabną lekturę na weekend. Zapewniam, że humor po tej powieści będzie wam dopisywał jeszcze długo :-) 

niedziela, 20 marca 2016

Diabli nadali

Uśmiałam się jak norka. Chichrałam przez pół książki do bólu brzucha przy uciesze moich dzieci i rozpaczy mojego męża, który w chichotach upatrywał zgłupienia doszczętnego. Dzieci się śmiały dopóty, dopóki matka czytelniczka kategorycznie odmówiła wycieczki w pierwsze słoneczne dni, do momentu zakończenia lektury. No i dobrze.
Olga Rudnicka stanowczo jest godną następczynią Joanny Chmielewskiej. Pani Chmielewska znana wszystkim z kryminałów okraszonych najlepszymi dialogami świata, na pewno kibicuje zdolnej autorce z któregoś obłoczka. Powieść "Diabli nadali" jest świetnym kryminałem z dużą ilością komediowych pomyłek, świetną intrygą i boskim zakończeniem. Wprawdzie zakończenie jest właściwie pośrodku książki, a na końcu to właściwie początek... i już mi się buzia śmieje na samo wspomnienie :-))))
Monika jest dziewczyną z małej miejscowości. Dostaje pracę jako asystentka w korporacji i jest z tego faktu niezmiernie dumna. Duma jej przeradza się w niczym nieposkromioną złość, kiedy poznaje swojego szefa. Diabeł (bo o nim mowa) jest wyjątkowo przystojnym mężczyzną, który przebiera w kobitkach niczym w ulęgałkach. Obowiązki Moniki często polegają na spławianiu niechcianych kobitek, zamawianiu kwiatów dla tych bardziej chcianych i umawianiu spotkań z tymi, które Diabeł dopiero zdobywa. Nie muszę tłumaczyć że pruderyjna Monika (z zasadami wpojonymi przez małomiasteczkowego tatusia)  całą sobą sprzeciwia się przeciwko takiemu traktowaniu kobiet. A że do tego małolata jest pyskata.... Dialogi są po prostu boskie!
No ale śmiech śmiechem, a tu pewnego dnia Diabeł zostaje zamordowany. Pierwszą i główną podejrzaną jest własnie... Monika. Niestety ku memu żalowi więcej nie napiszę. Dodam tylko, że śmierć Diabła to pikuś w porównaniu z tym, co dalej się będzie dziać. Bo tak właściwie, to Diabeł choć nie żyje, to jednak żyje, a ten kto go zamordował to właściwie nie żyje... choć żyje. A wszystkiemu winien jest detektyw... jeszcze żyjący choć chyba już niedługo... :-)))
No po prostu boska powieść. Lekki styl, mnóstwo lotnego humoru, zabawne dialogi - to wszystko zachwyca i powoduje, że chce się czytać i czytać...
Książka ma jednak jedną wadę. Otóż nie można jej czytać w autobusie. Czytelnik bowiem wpada w drgawki śmiechu co u współpasażerów rodzi mieszane uczucia. 

piątek, 11 marca 2016

List

O jeżu kolczasty co to ma być? Dawno nie czytałam takiego gniota i zupełnie nie rozumiem zachwytu twórczością tego autora. Kilka lat temu czytałam powieść Evansa (już nawet nie pamiętam tytułu) i byłam zniesmaczona. Zachwyt nad jego twórczością jest jednak do dzisiaj nieustający więc postanowiłam spróbować jeszcze raz. Trafiłam z deszczu pod rynnę. Brak mi słów, żeby opisać moje odczucia po lekturze tej książki. Nie mam zamiaru się denerwować.    
Powieść płytka i banalna. Mamy małżeństwo, które rozpacza po utracie dziecka. Rozpacz jest tak wielka, że małżonkowie pogubili się i Mary Ann postanawia zniknąć. Zostawia swojemu małżonkowi list, w którym histerycznie informuje go, że musi wyjechać i odpocząć. Pozostawia Davida pogrążonego w rozpaczy. Mężczyzna postanawia za wszelką cenę odzyskać żonę. W trakcie poszukiwań okazuje się, że głównym problemem Davida jest własna przeszłość. Po drodze szuka więc swojej matki i własnego ja. 
Gdyby powieść "List" dotyczyła tylko tego wątku uznałabym ją za marny romans i tyle. Niestety autor obok rozhisteryzowanego wątku miłosnego wplata wątek rasizmu. Robi to niezdarnie i ckliwie, choć przecież temat trudny i poruszający serca. Żywo odrzucało mnie od tej książki kiedy na jednej stronie miałam opis zrozpaczonego Davida, a już kilka akapitów dalej robotnicy z fabryki poniżali innego pracownika tylko dlatego, że miał inny kolor skóry. Połączenie tych dwóch wątków jest po prostu niezdarne i żenujące. Całą powieść miałam wrażenie, że autor wymyślił nieciekawy wątek miłosny i żeby go trochę uatrakcyjnić, postanowił czytelnika zszokować wplatając w ckliwe teksty trudny temat rasizmu. 
A już zakończenie totalnie mnie rozłożyło. Po prostu z bezsilności zaczęłam się śmiać. Liczba jęków, chlipów i jojków jest po prostu dramatyczna. Moje bezpieczniki zwiększające tolerancję na literackie gnioty przepaliły się i stwierdziłam, że nie tknę więcej twórczości tego Pana. Po prostu nie. I już  

wtorek, 23 lutego 2016

Modliszka

Lubię polską prozę. Właściwie chyba każdą. Zarówno tę trudniejszą, jak i lekką łatwą i przyjemną. Modliszka zalicza się niewątpliwie do tej drugiej kategorii. Nie jest to powieść, przy której mózg pracuje jak szalony; raczej odpoczywa śledząc bez większych trudności losy bohaterów. 
Milena jest kobietą silną i niezależną. Problem w tym, że (jak większość kobiet) nie zdaje sobie z tego sprawy. Żyje ze swym mężem Lucjanem z dnia na dzień udając, że wszystko jest w porządku. Pewnego dnia wszystko się przewraca jak domek z kart. Okazuje się, że wspaniały, nieoceniony mężuś ma kochankę. Co więcej - spodziewa się z nią potomstwa i w poczuciu odpowiedzialności postanawia zostawić Milenę w imię nowej miłości. No cóż. Brzmi dość infantylnie, ale tak jest. Milena musi się podnieść. Została sama i początkowo fakt ten wydaje się jej końcem świata. Na szczęście nie jest sama. Ma syna, lekko rąbniętą sąsiadkę, przyjaciół, a co najważniejsze - jest bardzo rozsądną kobietą. Życie nie rychliwe, ale sprawiedliwe. Milena podnosi się dzielnie i zaczyna od nowa żyć, podczas gdy Lucjan pogrąża się w odmętach życia Irminy, która nijak nie może się pogodzić z codziennością. 
Modliszkę świetnie się czyta. Książka płynie niczym rzeka. Rozdział po rozdziale życie Mileny nabiera kolorów i rozmachu a czytelnikowi miło jest, że się może temu po prostu przyglądać.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Dom z witrażem

Dziwna książka. Napisana jest pięknym językiem, ale taka podarta i bez treści. W kwiecistych słowach, porównaniach i epitetach nie kryje się zupełnie nic. Owszem, zachwyca pięknem słowa; opisy Lwowa, piękno muzyki, jakiś epizod, skomplikowana relacja międzyludzka... problem jest taki, że to wszystko jakoś tak nie współgra. Nie wiem - może specjalnie...
Losy czterech kobiet z różnych pokoleń splecione losami poranionego Lwowa jakoś do mnie niespecjalnie dotarły. Najstarsza prababka której życie owiane jest tajemnicą. Właściwie niewiele o niej wiemy, a jej losy giną gdzieś w wojennej zawierusze. Babka - niespełniona malarka, matka - spełniona śpiewaczka operowa i wreszcie główna bohaterka, której losy niewątpliwie zostały naznaczone nieszczęściami pozostałych kobiet. W tle Lwów - piękny, a jednocześnie zaniedbany. Miasto pokiereszowane koniecznością pogodzenia mieszkańców trzech narodowości. Trudne. Właściwie nie do wykonania. Polacy, Rosjanie, Ukraińcy - kto ma racje, kto ma prawo do miasta i jego zabytków? Trudne pytanie właściwie bez odpowiedzi. I tak jak trudno odpowiedzieć na to pytanie, tak samo trudno powiedzieć coś więcej o tej książce.
Ja niewątpliwie ją analizowałam z trochę innej strony. Sama mieszkam w takim pokiereszowanym mieście. Szczecin też jest miastem bez tożsamości. Niby miasto polskie, ale długo pozostawało bezpańskie, na tyle bezpańskie, że cegły z naszej starówki zostały użyte do odbudowy Warszawy. W wielu parkach pachnie niemiecką tożsamością. Pomniki, nagrobki, murki i krawężniki - część naznaczona literami w stylu gotyckim, albo też słowami napisanymi w jidysz. Teraz polskie, kiedyś niemieckie, duńskie, ba - nawet przez krótki okres czasu francuskie - biedne miasto bez tożsamości. I tak czytałam o tym Lwowie i Polakach, którzy  uciekali za polską granicę na zachód, a przed oczami miałam staruszków pochodzenia niemieckiego, którzy stają przed szczecińskimi kamienicami i mówią ze łzami w oczach - "Tu był mój dom...".
Czy mi się podobało? - nie i gdyby nie emocje związane z moim rodzinnym miastem, chyba bym nie skończyła lektury. A tak - dałam radę.

środa, 10 lutego 2016

Dotrzymana obietnica

Hmmm ... siadając do pisania tej recenzji mam mętlik w głowie. Książki z serii "Kobiety to czytają" przyzwyczaiły mnie do pewnego poziomu literackiego, określonej dozy humoru i ciekawych, często zagmatwanych opowieści, które czyta się jednym tchem. Kiedy usiadłam do lektury "Dotrzymanej obietnicy" oczom nie wierzyłam. Początkowo książka nie porwała mnie absolutnie. Z trudem brnęłam przez karty powieści zastanawiając się kiedy rozdrażniona odłożę czytnik. Jednak w pewnej chwili naszła mnie myśl, że chyba źle do tej książki podchodzę. Tu nie należy oczekiwać szybkiego zwrotu akcji i nie wiadomo jakich szalonych wydarzeń. To książka zupełnie inna. I kiedy tak pewne klapki w moim mózgu zamknęłam, a inne otworzyłam, nagle książka objawiła mi się jako zupełnie inna proza. 
Paul i Jill Anderson to wspaniałe małżeństwo. Kochają się szanują - czegóż więcej trzeba? Otóż trzeba. Zdrowia. Pewnego dnia Paula zaatakował wirus. Paskudne wirusisko, w którym większość lekarzy  upatrywało przyczyny późniejszej tragedii. Paul właściwie nigdy już nie wyzdrowiał, a jego stan z dnia na dzień się pogarszał. Po wielu badaniach zdiagnozowano u niego jednostkę chorobową o nazwie zespół ustawicznego zmęczenia. Właściwie wszystko i nic. Najgorsze jest to, że lekarze również tak do Paula podchodzili - jako do chorego psychicznie hipochondryka.  W końcu doszło do tego, że każdy kolejny dzień był walką z bólem, słabością i rozpaczą. Nikt nie potrafił pomóc, a przed oczami Paula rysowało się kolejne czterdzieści lat życia w ciągłym bólu... Został sam, rodzina się od niego odwróciła, pozostała przy nim jedynie wierna i kochająca żona. Nie dziwię się, że nie dał rady... Pewniego dnia przedawkował leki; po prostu chciał umrzeć. Pytanie tylko, na ile Jill miała prawo mu na to pozwolić. Ratowała go już kilkakrotnie z prób samobójczych, tym razem postanowiła, że pozwoli mu odejść. Kilka godzin obserwowała jak najmilsza jej sercu osoba umiera. Wydaje się to naganne, że nie próbowała mu pomóc, że nie wezwała pogotowia. Tylko pytanie, czy my - cisi obserwatorzy tej tragedii - mamy prawo oceniać?  
Powieść taka trochę poszarpana jak te emocje, które targają czytelnikiem. Mamy tu wycinki z mowy końcowej oskarżyciela i obrońcy. Kilka zdań na długo zapadających w pamięć. Mamy również zapisy z przesłuchań Jill - szczegółowe, kilkakrotnie powtarzane te same pytania - do znudzenia, do bólu. Trzecia część książki to wspomnienia. Szczegółowe migawki z życia rozebrane na czynniki pierwsze tak, by cieszyć się każdą ich cząstką, każdą minutką spędzoną razem. 
Trudno ocenić tę książkę. Przecież to wszystko wydarzyło się naprawdę, jak więc można napisać, że książka jest nudna, czy też zła? Należy ją potraktować jako swoistego rodzaju pamiętnik, a wtedy przeczytamy ją do końca zagłębiając się w emocjach i odczuciach. 
A na koniec pytanie, które ciśnie się na usta: Czy ja dotrzymałabym takiej obietnicy? 

wtorek, 9 lutego 2016

Utopce

Słowo "utopce" w pierwszej chwili skojarzyło mi się z topielcem, ewentualnie z miejscem, w którym doszło do tragedii niewiadomego źródła. Tymczasem "Utopce" to po prostu małe, senne, zagubione miasteczko. Głęboko w puszczy, oderwane od rzeczywistości, gdzie czas stanął w miejscu i nie pozwala mieszkańcom tej mieścinki na wyrwanie się z marazmu. Klimatyczna nazwa nie jest tu jednak przypadkowa. W Utopcach bowiem dzieją się dziwne rzeczy, które powodują ciarki na plecach i mrowienie na całym ciele.
Tym razem Katarzyna Puzyńska postawiła na grozę. Pewnego upalnego dnia w Utopcach  giną ojciec i syn. Giną to może dużo powiedziane, bo właściwie do końca nie wiadomo, co się stało. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że stali się oni ofiarą wampira. Wielu mieszkańców szczerze wierzy w "wampirzą" przyczynę śmierci. Bo jak tu nie wierzyć, kiedy w kącie ogrodu odkopano wampirzy grób, a po ofiarach pozostały jedynie zakrwawione ubrania....
Jakiś  czas później doskonale nam znani z poprzednich tomów Daniel Podgórski i Klementyna Kopp zmuszeni są do podjęcia próby rozwikłania tej zagadki. Stawka jest wysoka, jako że walczą o dalsze istnienie komisariatu w Lipowie. Zagadka tym razem jest dość upiorna. Wampir, rozmowy z zaświatami, duchy, maszkary, a wszystko dzieje się w okolicach pierwszego listopada. Do pełnego obrazu sytuacji należy dodać Utopce, którego mieszkańcy są bardzo nieufni i milczący. Nie pomaga to rozwiązać zagadki sprzed lat zwłaszcza, gdy okazuje się, że więkoszść mieszkańców ma coś do ukrycia. Grzeszki sprzed lat utrudniają śledztwo ale i tak nasz dzielny duet doprowadza do rozwikłania zagadki. I tu należą się oklaski brawa, baloniki i confetti dla autorki. Za co? Za pomysł. "Utopce" są kolejnym tomem sagi o Lipowie, który pochłonęłam i o nieprzewidywalności i pomysłowości Pani Puzyńskiej zdążyłam się już przekonać. Ale rozwiązanie TEJ zagadki było po prostu świetne. Nagle okazało się, że ludzie wiele potrafią zobaczyć, wiele sobie dopowiedzieć, ale to co najważniejsze zawsze przeoczą.  
Kryminał jest tak skonstruowany, aby czytelnik co chwila wpadał na nowy trop i nowe niewiadome. Autorka konsekwentnie snuje historię odkrywając tajemnicę po kawałeczku i mocno dozując przyjemność odkrywania sprawcy. Świetnie skonstruowana intryga i niespodziewany splot okoliczności powodują, że czytelnik długo nie domyśla się, o co w tym wszystkim chodzi. Natomiast kiedy już karty zostaną odkryte, wówczas w głowie czytelnika poszczególne kawałki wskakują na swoje miejsce.
"Utopce" to nie tylko kryminał. To bardzo dobre studium małomiasteczkowej psychologii. Mieszkańcy ze swoimi przywarami, ksiądz - a jakże - który boi się wampira i drze się wniebogłosy machając przy tym obficie kropidłem, miejscowa "czarownica" rozmawiająca z duchami - no cud, miód i orzeszki. Nasuwa się od razu powiedzenie: "A to Polska własnie". Świetne studium ludzkich charakterów, które spotęgowane jest licznymi bardzo szczegółowymi dialogami. Czyta się bombowo.  
Na zakończenie dodam, że powieść pachnie gusłami i panuje w niej nastrój mickiewiczowskich "Dziadów" - takich współczesnych oczywiście. Dawno nie czytałam tak klimatycznej książki. Ma ona jednak jedną podstawową wadę: jest niesamowicie wciągająca. Polecam. 

piątek, 5 lutego 2016

Sędzia

Przerażająca. Szokująca i przerażająca. Rzeczywistość opisana przez autora w książce "Sędzia" jest właśnie taka. Jestem zbulwersowana tym bardziej, że wydarzenia opisane w powieści oparte są na autentycznej historii. A najgorsze jest to, że ja, jako szary ludek i członek niższych warstw społeczności, nie mam żadnego wpływu na to co się dzieje. Mogę tylko z boku przyglądać się otaczającej mnie rzeczywistości i próbować wyciągać wnioski. Jednak intuicja i dotychczasowe doświadczenie mówią mi, że pan Zielke niewiele się myli w ocenie sytuacji.
Adam Bonar jest właścicielem firmy Selac. Stworzył ją właściwie sam, od podstaw. Pomysł jego, pieniądze kolegi, jednak kolega szybko usunął się w cień dając Adamowi pełnię władzy i swobodę ruchu. Z małej garażowej firemki powstał giełdowy potentat świetnie oceniany i przynoszący milionowe dochody. Niestety dochody firmy były na tyle duże, że stały się przedmiotem zazdrości nieuczciwego bankiera. A że układ sędzia - bankier - syndyk daje duże możliwości, firma Selac - podobnie jak wiele innych przed nią - skazana jest na zagładę. Sposób jest jasny i prosty; wystarczy nieuczciwa gra bankiera, brak sumienia sędziego i kilku tchórzliwych syndyków i voila!. Bonar traci wszystko - firmę, pieniądze, rodzinę. Nie poddaje się i postanawia jednak walczyć. Z pomocą nadchodzą mu dziennikarze - Kuba Zimny i Kasia Jarosz. Początkowo oceniają Bonara tak samo jak większość nazywając go oszustem i krętaczem. Jednak pytań pojawia się coraz więcej, a dokumenty upadłościowe innych firm pokazują, że Bonar jest raczej ofiarą niż oszustem. Czy Adamowi Bonarowi uda się zachować godność? Jakim kosztem i co będzie musiał poświęcić? Zapraszam do lektury.
Powieść jest bardzo dobra. Napisana z pazurem, "nieukładnie", bez dbałości o konwenanse. Wiele sytuacji i zdarzeń trąci rzeczywistością i mocno przeraża. Po lekturze tej powieści jedno jest pewne. Jeżeli niewielki procent opisanych zdarzeń jest choć trochę prawdziwy to myśl tytułowego sędziego zawarta gdzieś w środku książki jest prorocza "Nie żyjemy w normalnym kraju".
Powieść ma w sobie coś specyficznego i ulotnego, trudnego do określenia, a jednak dającego charakterystyczny "smaczek". Czytelnik śledzi bowiem na kartach książki afery, przekręty i kłamstwa, a nie ma poczucia teorii spiskowej. To tak jakby oglądać wydarzenia z pewnej odległości. Czytelnik przeżywa i dopinguje "dobrych", ale jednocześnie w sercu czuje, że na nic nie ma wpływu, że wszystko dzieje się "obok".  Inny autor zrobiłby z tego tematu trzymający w napięciu kryminał, a tu niespodzianka. Tu mamy czysty opis zdarzeń, zgoła reporterski. Nie czekamy na wybuch bomby, bo cała ta książka jest jedną wielką bombą.
Trudno powiedzieć, że mi się bardzo podobało. Nie ulega jednak wątpliwości że mi się podobało, ponieważ kolejna powieść Mariusza Zielke pt. "Wyrok" już czeka na półce na swoją kolej.
I jeszcze cytat, który urzekł mnie jasnością przekazu:
"Demokracja jest wtedy, gdy dwa wilki i owca głosują, co zjedzą na obiad. A wolność, gdy dobrze uzbrojona owca kwestionuje wynik głosowania" 
Świetne.