wtorek, 31 grudnia 2013

Tarabanie w Barbakanie

Pierwsze wrażenie - książka dość ciężka jak na swoją objętość. Drugie wrażenie - ślicznie wydana, szkoda że w miękkiej oprawie. Szybko zaczęłam wertować i im dalej brnęłam, tym większy uśmiech rozkwitał na mej twarzy. Dobrze, że nie zatoczył pełnego koła...
Niewątpliwie książka jest gratką dla fanów Tytusa Romka i Atomka. Trzej bohaterowie znani od dziesiątek lat występują na kartach przedmiotowej książki głównie jako atrakcja. Natomiast podstawą jest autobiografia Papcia Chmiela przez Niego samego napisana. Miałam wiele obaw, jak autor komiksów poradził sobie z tak czysto literacką formą; przecież komiks to raczej hasłowe wypowiedzi stanowiące jedynie uzupełnienie rysunku. Na szczęście Papcio Chmiel nie tylko sprostał zadaniu, ale również uczynił to wyśmienicie.
Henryk Chmielewski rozpoczyna opowieść od początku. A początkiem była budowa Barbakanu, w miejscu którego po latach stanął Jego dom rodzinny. Wspomnienia z wczesnego dzieciństwa i wieku "cielęcego" są wciągające, zabawne, miejscami wzruszające. Obraz przedwojennej Warszawy jest tak plastyczny i realistyczny, że niejeden czytelnik poczuje wzruszenie. Autor wyjątkowo obrazowo (jak na autora komiksów przystało) opisuje nam codzienne życie Warszawiaków. Podwórkowe teatrzyki, rzemieślników wędrujących od mieszkania do mieszkania, perypetie w szkole, wspólne życie Polaków i ludności narodowości żydowskiej - wszystko to rysuje przed nami ciepły, pełen życia obraz przedwojennej Warszawy. Pochłaniałam te obrazy z ogromną przyjemnością, od czasu do czasu wybuchając śmiechem. Jednak niewątpliwie przestało być śmiesznie kiedy nadeszła II Wojna Światowa. Autor z dzieciaka przerodził się w młodzieńca, który zdawał sobie sprawę z konieczności walki o ojczyznę. Na szczęście (dla nas i Tytusa Romka i Atomka) wojenna zawierucha jakoś Papcia omijała, a w chwili wybuchu Powstania Warszawskiego przypadek uniemożliwił mu walkę. Ta druga część książki zaskoczyła mnie. Tu nie ma rozważań godnych warszawskiego młokosa; pojawia się natomiast patriotycznie ukształtowany młodzieniec, który  walczy nie tylko z okupantem, ale również z codziennymi problemami dotykającymi młodzieńców. Możemy na przykład dowiedzieć się dlaczego Papcio Chmiel nie bierze do ust alkoholu. Szczerze mówiąc po takich przeżyciach też bym nie brała :-)))
Tytusa Romka i Atomka zna każdy, no może prawie każdy. Klasyczne księgi wydawane w trakcie ubiegłych dziesięciolatek, wytrawne, pięknie wydane księgi okazjonalne (zerknijcie tu) podbijają serca wielu młodych czytelników. "Tarabanie w Barbakanie" też podbija serca, jednak te starsze, dla których małpiszon z dwoma kolegami - harcerzami kojarzy się ze "Światem Młodych" i radością odkrywania kolejnych niesamowitych pojazdów.
"Tarabanie w Barbakanie" jest bardzo starannie wydana. Kredowy papier jest świetnym podkładem zarówno dla zdjęć (a jest ich dość sporo) jak i dla krótkich komiksowych wstawek. Szkoda tylko, że nie jest w twardej oprawie, a co za tym idzie jest klejona a nie zszyta. Na pewno podniosłoby to cenę, jednak na pewno znajdą się tacy fani, którzy byliby skłonni zapłacić więcej za wygodę czytania. Tym bardziej, że jest to pozycja, która przejdzie przez wiele rąk i to kilkakrotnie. Warta jest tego.

środa, 25 grudnia 2013

Ania z Avonlea

Uwielbiam wracać do książek z dzieciństwa. Ze Starszą przebrnęłam przez "Dzieci z Bulerbyn", "Oto jest Kasię" i "Kiciusia". Młodszy uwielbia czytać ze mną bajeczki z serii "Poczytaj mi Mamo" Naszej Księgarni. Jednak mam też takie książki, do których moje dzięciołki jeszcze nie dorosły. Mam na półce wszystkie przygody Pana Samochodzika i wszystkie tomy "Ani z Zielonego Wzgórza". Najwspanialsze jest jednak to, że moją ukochaną Anię odkrywam po raz drugi :-)))
Streszczać nie będę. Dość powiedzieć, że Ania z rudego podlotka zmienia się w odpowiedzialną młodą kobietkę, która chcąc ratować wzrok ukochanej Maryli rezygnuje z wyjazdu na studia. Rozpoczyna karierę nauczyciela w szkole w Avonlea. Całe Jej życie toczy się wkoło tego miasteczka. Przyjaźnie, miłości, zmartwienia, radości - to wszystko znajdziemy właśnie tu.
Pan Paweł Beręsewicz (znany moim dzieciom z przygód Ciumków, których kochamy nad życie) podjął się niesamowicie wymagającego zadania i ponownie przetłumaczył Anię. Pierwszy tom zdobył moje serce, drugi utwierdził w przekonaniu, że Pan Paweł wie co robi. Opinie i zdania są różne, jednak moim zdaniem obecne tłumaczenie dodało powieści świeżości przy jednoczesnym dopasowaniu Ani do dzisiejszych realiów. Bohaterki w poprzednim tłumaczeniu były dziewczynkami z innej epoki. Teraz bardziej pasują do dzisiejszych podlotków. Potrafią nawet użyć siarczystego (jak na tamte czasy) języka, co wzbudziło u mnie ogromną wesołość. Nie wątpię, że niektórych czytelników może to razić, ja jednak uważam, że tłumaczenie Pana Beręsewicza dużo łatwiej przyjąć dzisiejszym nastolatkom niż wcześniejsze wersje. 
Czytanie Ani z Avonlea - tej konkretnej Ani z Avonlea - jest jak tchnienie lata w mroźny, słonczny poranek, albo podmuch zimy w gorący, parny, letni wieczór. W obu przypadkach ogarnia nas błogość i leniwa nadzieja, że właśnie nadchodzi coś, co przyniesie nam wspaniałe przeżycia. Lektura Ani budzi we mnie własnie takie uczucia. Treść lekka i przyjemna, a oprawa graficzna... no właśnie...
Ilustracje w wydaniu "Skrzata" autorstwa S. Kaczmarskiej są niesamowite. To właśnie one dodają książce smaczku, orginalności i niepowtarzalnego klimatu. Delikatne, a jednocześnie wszędobylskie są istotnym elementem powieści. Warto dodać że przepięknym elementem. 
Polecam. 





wtorek, 24 grudnia 2013

Świąteczna niespodzianka

Najlepsza świąteczna niespodzianka - kiedy odwiedza Cię z życzeniami ktoś, kogo bardzo lubisz, ale w życiu nie spodziewasz się przedświątecznej wizyty :-)))


wtorek, 17 grudnia 2013

Młodszy i ...

Pytania dzieci - jak wszystkim wiadomo - przyprawiają dorosłych o zawrót głowy. Starsza ma to już za sobą. Młodszy kwitnie i rozwija się w tej dziedzinie. Pytania z zakresu języka angielskiego są na porządku dziennym. Najczęstsze to: "Mamo, jak jest po angielsku granatowy?" Pytania z zakresu tych dziwnych też są, np: "Mamo, dlaczego człowiek rośnie do góry?" Ostatnio jednak zarówno mnie jak i mego Jedynego zamurowało, kiedy z ust Młodszego padło:
"Mamo, a co to jest polityka?"
Taaaaak... właśnie...

sobota, 7 grudnia 2013

Książka, która zachwyciła mnie... objętością :-)

Książki grube budzą mój szacunek. A raczej ich autorzy. Jaką wybujałą wyobraźnię trzeba mieć, żeby stworzyć świat i pisać o nim (i to ciekawie) przez kolejne tysiąc stron. Przecież "Ziemiomorze" to już wręcz klasyka gatunku. Jestem bardzo ciekawa jak mi pójdzie. 


Nawiasem mówiąc, od kiedy mam Kundelka to takie "grubasy" wolę czytać w formacie MOBI. 
Wygodniej jakoś tak...

wtorek, 3 grudnia 2013

Biała jak mleko czerwona jak krew

Książka zachwyciła mnie okładką. Od dawien dawna mam słabość do rudego koloru i bynajmniej nie jest to wpływ "Ani z Zielonego Wzgórza". Uważam, że rude kobiety mają to COŚ i nie boją się tego użyć. Drżyjcie wszyscy słabi  i malutcy! Dziewczyna na okładce urzekła mnie, uwiodła i oczarowała. Tylko dla niej sięgnęłam po powieść i .... zamiast silnej niewiasty spotkałam chorą na białaczkę ognistorudą Beatrice. Silny natomiast jest główny bohater szesnastoletni Leo, który pomaga Beatrice przebrnąć przez koszmar choroby. W trakcie powieści obserwujemy jak z młodego szczeniaka przeradza się w odpowiedzialnego młodzieńca. Musi zrozumieć, że życie nie składa się z samych przyjemności. Niestety przekonuje się o tym z całą siłą brutalnego świata. 
Książka choć smutna jest czytelnikowi bardzo przyjazna. Jest niczym bajka przepełniona bielą i czerwienią. Bardzo piękna i niesamowicie intrygująca. Godna polecenia. 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Skąd zachwyt nad tą książką nie wie nikt... Alibi na szczęście

Młoda kobieta Hanna Lerska  w ciągu jednej chwili traci wszystko. Zawala jej się cały świat. Nie je, nie pije, każdy oddech jest przemyślany i wymuszony. Kotwicą trzymającą przy życiu jest Irenka - gosposia zaprzyjaźniona z rodziną Hani - która głaszcze po głowie i powtarza "będzie dobrze". Druga podpora życiowa to Dominika; szalona trzpiotka chwytająca życie pełnymi garściami. Pewnego dnia na horyzoncie pojawia sie Mikołaj. Zakochuje się w Hani bez pamięci i walczy o jej uczucie całym sobą. Oczywiście uczucie się rodzi, Hania mięknie jak plastelinka, uginają się pod nią nogi, broni się przed miłością.... brrrr okropność. Mina i spojrzenie kotka ze Shreka to pikuś przy ilości słodkości zawartej w tej powieści.
Cóż, książka może i by mi się spodobała gdyby autorka nie rozciągnęła jej na ponad 600 stron. Uważam, że połowa tego byłaby w sam raz. A tak? Mamy ślimaczącą się akcję, przydługie opisy mierne, na siłę rozciagane dialogi. Do tego wszystkiego mamy również mdłych bohaterów rodem z love story (nie obrażając oczywiście klasyków) Wszyscy piękni, młodzi i bogaci, każdy idzie przez świat z brodą uniesioną wysoko do góry. Nawet Hania, która para się mało płatnym zawodem nauczyciela  jest finansowo ustawiona dzięki zapobiegawczemu tatusiowi. Myślę, że autorce tak po prostu było łatwiej. Wszak w powieści liczy się tylko miłość! 
Nie rozumiem wszechobecnego zachwytu tą powieścią. Uważam, że jest to jednowątkowa prosta i płytka historyjka dla niezbyt wymagających gospodyń domowych.
Pierwsze 200 stron przeczytałam, przez kolejne 200 przemknęłam, a ostatnie 200 po prostu zmęczyłam. I jak rzadko - nie polecam

środa, 27 listopada 2013

Dlaczego rekiny nie chodzą do dentysty?

Bycie Mamą to fajna rzecz...hmmm ... no dobra, są takie chwile, kiedy chwyciłabym dwa małe potworki mieszkające ze mną i zagilgotała je na śmierć. Zwłaszcza gdy mówią jedno przez drugie zadając sto milionów bezsensownych pytań. Niektóre pytania są naprawdę bzdurne, ale są też takie, które powodują, że mój mózg wrze niczym lawa w wulkanie. Kiedy dorwałam w swoje ręce książkę pt. Skąd się biorą dziury w serze" byłam przeszczęśliwa. Ilość trudnych pytań przerosła nawet Starszą, która w wymyślaniu wkurzających pytań jest naprawdę niezła. Z wypiekami przeglądała poszczególne pytania i odpowiedzi. Teraz przyszła kolej na drugi tom.
"Dlaczego rekiny nie chodzą do dentysty" utrzymana jest w tej samej formule co część pierwsza. Pytania zostały pomysłowo wplecione w krótkie scenki z życia wzięte. Mali bohaterowie zadają pytanie pod wpływem jakiegoś zdarzenia, którego analiza pomaga małemu czytelnikowi wczuć się w sytuację, a co za tym idzie odpowiedź na pytanie często budzi radość z rozwiązanego problemu. 
O ile pierwszy tom zawierał pytania trudne dla dzieci, o tyle tom drugi zaskakuje nie tylko małolaty - dorośli
również bywają zaskoczeni odpowiedziami. Ja jako osoba doś emocjonalna (ku własnemu utrapieniu) bardzo chętnie przeczytałam opowiadanie pt. "Dlaczego powinniśmy płakać, kiedy jesteśmy smutni?" "...razem ze łzami wydostają się z naszego organizmu różne szkodliwe substancje, które zbierają się w wyniku stresów i problemów jakie mamy. Łzy więc wywożą śmieci z naszego organizmu. A poza tym we łzach zawarty jest produkowany przez nasz organizm środek uspokajający który wchłaniamy przez skórę i oczy"  Po prostu miód na moje serce :-). 
Książka - podobnie jak pierwszy tom - jest bardzo starannie wydana. Oprócz twardej okładki warte uwagi są ilustracje, które często oprócz walorów estetycznych służą też graficznemu odzwierciedleniu tłumaczonego zagadnienia. 
A wiecie, czy eskimosi potrzebują lodówek? Albo dlaczego Indianie nie noszą brody? Nie? To zapraszam do lektury!

wtorek, 26 listopada 2013

Album, zdjęcia i Mick Jagger

Wśród książek są takie, które się czyta (z mniejszym lub większym zacięciem) oraz takie, które się ogląda (tu poziom zacięcia jest raczej umiarkowany). Album, którego głównym bohaterem jest Mick Jagger jest o tyle niesamowity, że zarówno jego czytanie jak i oglądanie przynosi tyle samo frajdy. 
Zacznijmy od pierwszych wrażeń. Ciężka, porządnie zszyta książka w niesamowicie przyjaznej oprawie (takiej ani twardej ani miękkiej) budzi bardzo miłe wrażenia. Człowiek zasiada z książką w ręku z niesłabnącym przekonaniem, że czeka go niezła przygoda. I tak rzeczywiście jest. Fani zespołu "Rolling Stones" będą czuli się tak, jakby otrzymali ciastko z kremem. Ci, którzy rozpoczynają przygodę z tym zespołem poczują się jak na karuzeli; wrażeń jest tak wiele, że należy je dawkować. 
Kolejna faza to składanie literek w całość. Tu niewielkie rozczarowanie, ponieważ literki niewielkie łatwo składać kiedy tekst podzielony jest na dwie kolumny. Jednak są takie strony, kiedy linijki literek są dość długie... nic to, damy radę.
Z treści wyłania się niesamowita historia. Na początku poznajemy grzecznego, przeciętnego chłopca. Mały Mick w wieku 5 lat poznaje w przedszkolu kolegę o znamiennym nazwisku Keith Richards. Ponownie spotkali się jako młodzi mężczyźni z podobnymi upodobaniami muzycznymi. Po wspólnie spędzonych godzinach wiedzieli, że są w stanie stworzyć coś wielkiego. Razem dołączyli do zespołu Briana  Johnsa. Zespół przyjął nazwę Rolling Stones... cóż więcej pisać. Chyba tylko tyle, że książka podaje wiele świetnych anegdot i ciekawostek z życia frontmena tego zespołu. Mick Jagger jest niewątpliwie wyjątkowym indywidualistą. Pomijając przygody z narkotykami (warte podkreślenia jest to, że Mick nigdy nie miał do czynienia z twardymi narkotykami czym się bardzo szczyci) z treści książki wyłania się mężczyzna, którego los nie oszczędza, jednak ma wiele siły żeby wstać i iść dalej. Kilka nieudanych związków, utrata wyczekiwanego dziecka, kolejny rozwód, kłótnia z przyjacielem... a jednoczesny ogromny sukces kapeli. Trudno się w tym wszystkim usadowić. Jagger do dzisiaj udowadnia sobie i fanom, że jednak daje radę. 
Kolejna faza tym razem finałowa - zdjęcia, zdjęcia i jeszcze raz zdjęcia. Piękne żywe, ciekawe, na wspaniałym kredowym papierze. Czytelniku - chłonąć je proszę! Można je oglądać w kółko i namiętnie - za każdym razem można znaleźć w nich coś nowego. Mały Mick wśród kolegów piłkarzy, tu wśród kolegów z klasy... Nagle grzeczny chłopiec zamienia się w mniej grzecznego frontmena. Początkowo zespół przypomina The Beatles, jednak jego członkowie szybko odkrywają, że poza grzecznego chłopczyka to nie dla nich. Stają się odważni, wyzywający, fotografie zaczynają być przesiąknięte skandalem. Nie ulega wątpliwości, że najlepsze są zdjęcia z koncertów. Ich energia powala na kolana. Są genialne po prostu!

poniedziałek, 18 listopada 2013

To co zostało

Nie mam zamiaru się rozpisywać na temat tej książki. Przeczytanie jej w całości sporo mnie kosztowało. Tematyka wojenna nie jest mi obca; lubię ją i choć często wyciska łzy z moich oczu, to nie stronię od literatury ukazującej bestialstwo i zło, jakie niosła za sobą II Wojna Światowa. W książce "To co zostało" problemem nie jest jednak temat wojny, a sposób, w jaki Jodi Picoult przedstawiła historię głównej bohaterki, a właściwie bohaterek. 
Sara jest piekarzem. Pracuje w nocy, śpi w dzień, stroni od ludzi i  w samotności przeżywa swoją osobistą tragedię. Pewnego dnia dowiaduje się, że zaprzyjaźniony staruszek podczas II wojny światowej był esesmanem... paskudnym mordercą po prostu. Za sprawą Sary i jej babci cofamy się do czasów II wojny światowej gdzie poznajemy Minkę. Jest ona pilną uczennicą gimnazjum, uwielbia uczyć się języka niemieckiego i jest Żydówką. Autorka krok po kroku obdziera rodzinę Minki z człowieczeństwa. W pierwszych scenach poznajemy kochającą się rodzinę, następnie przeżywamy z nimi eksmisję do getta... potem już równia pochyła. Przymusowa praca, walka o jedzenie, o przetrwanie, o każdy kolejny dzień... potem obóz w Oświęcimiu głód, poniżenie, strach... Historia jest straszna, porażająca i co najgorsze - myślę że niewiele odbiega od prawdy. 
Równolegle poznajemy bajkę stworzoną przez Minkę, bajkę która pomogła przetrwać jej najgorsze chwile. Bajka jest dziwna, miejscami straszna, trochę odpychająca i bardzo baśniowa. Kiedy wtapiamy się w powieść z przerażeniem odkrywamy, że potwór z bajki wcale nie jest straszny. Ludzie potrafią być dużo gorsi...
Jodi Picoult stworzyła kolejną powieść, przez którą zarwałam noc. Jak zwykla znajduje się moment całkowitego zaskoczenia, który jest elementem charakteryzującym wszystkie powieści Pani Picoult. Ta powieść jest jedyna w swoim rodzaju. Piękna straszna i poruszająca jednocześnie. Polecam.

niedziela, 17 listopada 2013

Kto jak nie ja?

Jest taki typ książek, który uwielbiam i nienawidzę jednocześnie. Jest ich niewiele, ale jak już są... To książki, przez które zarywam noce, które zaprzątają moją głowę podczas jazdy samochodem, które prześladują mnie w pracy i  nie pozwalają się skupić, których bohaterowie wyciągają z czytnika ręce i wciągają moje myśli do środka. "Kto jak nie ja" to jest właśnie TAKA książka.
Dzieci mają rodziców. Z zasady. Problem powstaje wówczas, gdy wskutek nieszczęśliwego splotu okoliczności maluch pozostaje sam. Taki los spotyka małą Olę. Jej rodzice giną w wypadku samochodowym. Załamani rodzice (dziadkowie małej) jadą do szpitala, gdzie zrozpaczona matka dostaje zawału serca. Cóż, wiadomo, że dziadek musi zająć się chorą i mocno osłabioną żoną... ale co z Olą?
Anna Słabkowska jest lekarzem przebywającym na bezpłatnym urlopie. Jej kariera legła w gruzach przez alkohol, a życie rodzinne nie istnieje. Kiedy poznajemy Annę jest samotną, załamaną kobietą wegetującą w brudnym mieszkaniu, brudną i nietrzeźwą, nieodróżniającą dnia od nocy... Anna jest cioteczną babką dla małej Oli i to właśnie ona podejmie trud wychowania małej dziewczynki. 
Książka wciągnęła mnie podle i podstępnie zabierając dłuższe chwile z cennego czasu. Dzieciaki niezadowolone, mąż rozdrażniony, a ja czytam. Powieść jest opisem walki z samym sobą, ze swoimi słabościami. To obraz ludzkiej siły charakteru i tego, że jeżeli czegoś naprawdę chcemy, to na pewno nam się uda. To powieść o odpowiedzialności, wybaczaniu, miłości i odpowiedzialności. Mała Ola brutalnie przywraca Annę światu po to, aby kilka lat później Anna uczyniła to samo dla nastoletniej Oli i to ze zdwojoną siłą. Nawiasem mówiąc postanowiłam, że jak kiedyś Starsza w okresie buntu zacznie fikać, postąpię dokładnie tak samo. 
Lektura tej książki budzi w czytelniku bardzo skrajne emocje. Czytając płacze nad losem Oli, wkurza się na nieporadną Annę, a kilka stron dalej to właśnie Anna budzi  litość czytelnika, a Olę najchętniej przepuściłby przez wyżymaczkę. 
Do tej huśtawki emocji należy dołożyć świetne pióro Autorki. Książka "Kto jak nie ja" jest debiutem Pani Katarzyny i aż strach pomyśleć, co uczyni z emocjami czytelnika w kolejnych swoich powieściach....
W szufladce książek opatrzonych etykietką "babskich czytadeł" - perełka. 

wtorek, 12 listopada 2013

Dzień niepodległości w rozumieniu Młodszego, czyli słowotwórstwa część II

Ranek - tym razem poniedziałkowy, o tyle radosny, że szkoła i przedszkole wyjątkowo przegrały poniedziałkową batalię. Młodszy szczęśliwy z kolejnego dnia wolnego wytrwale dopytuje, co takiego się wydarzyło, że nie musi iść do przedszkola. 
M: Mamo, dlaczego nie muszę iść do przedszkola?
Ja: Ponieważ dzisiaj jest Dzień Niepodległości.
M: To znaczy, że nie musimy podlewać kwiatków i trawnika tylko deszczyk sam podlewa?
Ja: ??????
M: No przecież sama powiedziałaś, że dziś jest Święto NIEPODLEWNOŚCI! 

poniedziałek, 11 listopada 2013

Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek

Kaśka Kwiatek to nowa uczennica w klasie Jacka Karasia. Jest mądra, dowcipna, zna się na piłce nożnej i nie brzydzi się robali. Jak tu się nie zakochać! Niestety wraz z Jackiem do klasy uczęszcza kilku innych chłopaków, którzy na widok Kasi robią równie maślane oczy co nasz bohater. Jacek dochodzi do wniosku, że jedynym wyjściem jest zakochać Kaśkę Kwiatek. W tym celu obmyśla plany, których realizacja graniczy z cudem. Oczekiwanie na pożar w budynku, w którym mieszka Kasia nie rokuje powodzenia w akcji zakochiwania Kasi. Jackowi pomaga przypadek i złośliwy kolega, który mu dokucza - efekt jest porażający...
Książka napisana z humorem, lekko, łatwo i przyjemnie. Dla dziewięciolatki lektura była specyficzna o tyle, że nie ma w niej zbyt wielu dialogów. Autor raczej opisuje zdarzenia są więc w książce strony, na których nagromadzenie czarnych znaczków literkami zwanymi jest dość duża. Takie stronniczki budziły stanowczy sprzeciw Starszej, a sytuację ratowały ilustracje, stanowczo zmniejszające natężenie literek. Na szczęście przedstawiona przez Pawła Beręsewicza historia jest na tyle dowcipna i ciekawa, że Starsza po kilku sekundach utyskiwania milkła nagle pogrążając się w lekturze.  
Książka na pewno spodoba się młodzieży - tej młodszej młodzieży. Autor świetnie ukazuje podział między dziewczynami a chłopakami w okresie szczenięcym. Chłopcy interesują się już płcią przeciwną jednak absolutnie w żadnym wypadku się do tego nie przyznają. Wypowiedzenie słowa "miłość" jest ponad ich siły...
"Dalszy opór nie miał sensu. Trzeba to było z siebie wydusić. 
- Młść - mówiłem, jakbym wypluwał jakieś paskudztwo, a pani chwaliła:
- Taj Jacku bardzo dobrze! Powiedz to głośno i wyraźnie, chyba się nie wstydzisz.
- Miiiiiłość - powtarzałem aż nadto wyraźnie i żeby zachować twarz, przewracałem oczami na znak najwyższej pogardy dla tych spraw.
I jak tu nie zakochać się w tej książce!  

niedziela, 10 listopada 2013

Pokój straceń

Bardzo lubię kryminały więc sięgając po "Pokój straceń" po cichu liczyłam na dobrą rozrywkę. Autor znany, lubiany, ceniony choćby za "Kolekcjonera kości", ojciec wielu thrillerów psychologicznych - jednym słowem zawieść się nie mogłam. Cóż, nie tylko nie zawiodłam się, ale z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że "Pokój straceń" to cadillac wśród znanych mi powieści tego gatunku.
Powieść zadziwiła mnie swoją wielowątkowością, przy jednoczesnych szybkich zwrotach akcji. Przy takim połączeniu substancji wybuchowych zdarza się często, że autora można przyłapać na niekonsekwencji. Nic z tych rzeczy. Każde wydarzenie i akcja jest przemyślana i zaplanowana, nie ma w nich nic przypadkowego. 
Robert Moreno znany ze swoich antyamerykańskich poglądów zostaje zastrzelony w pokoju hotelowym na Bahamach. Wraz z nim ginie jego ochroniarz oraz dziennikarz. Egzekucja została zlecona przez amerykański rząd. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się proste. Wiadomo kto zginął, motywy jasne i proste, wiadomo kto zlecił... należy jedynie wybadać kto bezpośrednio dokonał egzekucji. Para detektywów Lincoln i Amelia zostają zmuszeni do współpracy z zimną i małomówną panią Prokurator. Nie są zachwyceni tą współpracą, co więcej - Amelia ma nieodparte wrażenie, że Prokurator głównie im przeszkadza. Pomimo tego krok po kroku detektywi odkrywają, że nic nie jest takie jak się na początku wydawało. Co więcej obraz śledztwa i tego "kto zabił" zmienia się w tej powieści kilkakrotnie.  I to jest właśnie niesamowite. Książka jest tak skonstruowana, że od początku znamy czarny charakter. Niby wszystko wiadomo, wszystkie klocki są już na swoim miejscu i nagle trach! jakiś mało istotny szczegół sprawia, że cała dotychczasowa dedukcja wali się, a detektywi mozolnie wznoszą nową. Co ważne - nie szukamy sprawcy, a jedynie (albo aż) motywów. W trakcie czytania obraz tego co zaszło zmienia się kilkakrotnie. Czytelnik ma zamęt w głowie a jednocześnie poczucie niesamowitego talentu autora, który z maleńkiego szczegółu potrafi uczynić powód do całkowitej zmiany teorii dotyczącej tego co się wydarzyło. 
Oprócz świetnie skonstruowanej zagadki mamy również bardzo smakowity wątek kulinarny. Otóż snajper ma dość niespotykane hobby. Uwielbia swoje noże i z namaszczeniem dba o ich jakość i stan. Jednego z nich używa do torturowania swoich ofiar, pozostałych do wyczarowywania kulinarnych arcydzieł. Opisy jego działań w kuchni są bardzo obrazowe i dają poczucie, że gotowanie jest naprawdę sztuką. 
Dużą zaletą jest też konstrukcja książki. Krótkie rozdziały są bardzo treściwe. Każdy z nich jest jak pigułka. Analiza dowodów dokonywana przez detektywów, krótki opis zdarzeń, szybki opis kulinarnych działań - czytelnik ma wrażenie pakowania w jego umysł ogromnej ilości faktów, które kilka rozdziałów dalej zostają przemielone przez detektywów i układają się w zupełnie inny obraz. Niesamowicie wciągające.