Książka zrobiła na mnie niesmowite wrażenie. W dobie rozwrzeszczanych bahorów i młodzieży, która nie ma żadnych autorytetów (oczywiście upraszczam) pojawia się książka, której autorka twierdzi że wychowanie bezstresowe jest czymś najgorszym co rodzic może zafundować swoim pociechom. Krytykuje wszystko co obecnie uważane jest za tzw. szczęśliwe dzieciństwo. Wizyty u koleżanek są złe, nocowanie u przyjaciół wręcz niszczące, a już posiadanie własnych zainteresowań na pewno doprowadzi w przyszłości do zaburzeń psychicznych. Autorka bezlitośnie rozprawia się z liberalnym wychowaniem na modłę zachodu jednocześnie wychwalając pozę "chińskiej matki". Jaka jest chińska matka?
“Chińska matka wychodzi z założenia, że naukę stawiamy na pierwszym miejscu; szóstka minus to zły stopień; dziecko ma wyprzedzać resztę klasy w matematyce o dwa lata; nie należy chwalić dzieci publicznie; jeśli dziecko kiedykolwiek poróżni się z nauczycielem lub instruktorem, zawsze stajemy po stronie nauczyciela lub instruktora; dzieci mogą uczestniczyć jedynie w zajęciach, w których jest szansa na zdobycie medalu; złotego, oczywiście.”
Ja jestem przeciwna! Może rzeczywiście w Chinach taki model się sprawdza. Może tam wszystkie dzieci są takie nieszczęśliwe. Ale w Stanach (gdzie mieszka rodzina Chua) czy w miastach europejskich taki model - moim zdaniem - jest nie do przyjęcia. Amy Chua twierdzi, że robi wszystko dla dobra swoich córek, ale dla mnie jest tyranem i potworem. Sama o sobie pisze, że w kółko wrzeszczała na dziewczynki. Co więcej - stosowała wobec nich kary cielesne, a trzyletnią Lulu która sprzeciwiła się wykonaniu jej poleceń wystawiła za drzwi domu na kilkustopniowy mróz.

I tu pojawiła się rysa. Zarówno w chińskim modelu matki jak i w mojej ocenie autorki. Amy zupełnie nie poradziła sobie z sytuacją, którą sama sprowokowała. Lulu kategorycznie odmówiła wykonania polecenia. Co więcej - odmówiła powrotu do domu. Skończyło się tym, że Amy musiała przekupić córkę i zafundować jej gorącą kąpiel z ciastkami i mlekiem. Wiedziałam już, że książka nie jest pochwałą chińskiego sposobu wychowania, ale pokazuje, że każde dziecko jest inne i matka powinna to wiedzieć najlepiej.
Rodzina Amy Chua żyje w Ameryce. Ojciec dziewczynek jest Żydem, a dziewczynki egzotyczną mieszanką żydowskiej tradycji i chińskiego modelu życia. Starsza Sophia została "przewidziana" do gry na fortepianie. Młodsza Lulu - do skrzypiec. Każda z dziewczynek jest inna, każda ma zupełnie inny temperament. W stosunku do Sophii metoda chińskiej matki sprawdza się w stu procentach. Sophia pracuje ponad swoje siły, właściwie nie ma innych zajęć. Matka ma obsesję do tego stopnia, że potrafi zwalniać dziewczynki ze szkoły, aby więcej ćwiczyły. Co więcej - na każde wakacje dziewczynki zabierały instrumenty ze sobą aby kilka godzin dziennie ćwiczyć. Skrzypce - nie ma problemu, ale fortepian? Chińska matka i z tym dawała sobie radę. W końcu nastąpił przełom. Jedna z córek klasycznie zbuntowała się stwierdzając, że matka jest nienormalna, a ona serdecznie nienawidzi grać.
Książę pochłonęłam i bardzo mi się podobała. Nie opuszcza mnie jednak pytanie, co autorka chciała osiągnąć pisząc tę książkę? Doszczętnie skrytykowała model wychowania znany i stosowany przez większość rodziców, ukazując jednocześnie porażkę swoich metod. I co dalej? Jeżeli przyjmiemy, że Amy chciała po prostu przedstawić historię swojej rodziny, to nie udało się. Po zamknięciu książki czułam niedosyt informacji zarówno o Sophii, której talent oszałamiał, jak i o mężu, który jest tylko gdzieś w tle - bez charakteru, jako element tła.
Nie ulega jednak wątpliwości, że książkę warto było przeczytać choćby po to, aby poznać silną kobietę, która swoją siłą niszczy najbliższym życie.
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Prószyński i S-ka za co serdecznie dziękuję.