piątek, 29 sierpnia 2014

Bogini zemsty

Kryminał jest jedynym rodzajem literatury, który rzadko kiedy mnie zaskakuje. Zawsze jest jakieś morderstwo, ewentualnie przestępstwo mniejszego kalibru. Zawsze jest też ten dobry i ten zły (choć często gdzieś pod koniec książki główne osoby mogą zamienić się rolami - a jakże!) Zagadka też najczęściej jest, choć lubię książki, w których od początku wiadomo kto - przysłowiowo - zabił, a zaskakujące jest to, jak się rozwijała sytuacja, która doprowadziła do nieszczęścia. Teraz podsumowanie -  książka "Bogini zemsty" mnie zaskoczyła. No może nie tak całkowicie - ale zaskoczyła. 
Louise Rick jest asystentką kryminalną, borykającą się z rolą matki, która to rola spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Przybrany syn Jonas jest sympatycznym chłopcem pokiereszowanym przez życie. Pewnego dnia Jonas wybiera się na przyjęcie pożegnalne koleżanki z klasy odbywające się w klubie żeglarskim. Niespodziewanie w trakcie zabawy do klubu wdziera się banda opryszków w poszukiwaniu alkoholu. Niestety wszystko wymyka się spod kontroli i tragedia gotowa. Bohaterka dnia ginie pod kołami samochodu, a jej mama zostaje dotkliwie pobita. Równolegle obserwujemy zdarzenia związane z zabójstwem lokalnego biznesmena. Mężczyzna zostaje brutalnie zastrzelony w swoim domu. Jego, żona i maleńkie dziecko cudem ocaleli, jednak gangsterzy nie zostawiają ich w spokoju. Nasza bohaterka ma więc dwa pozornie niezwiązane ze sobą zdarzenia, które musi rozwikłać. Do tego jeszcze boryka się z własnymi uczuciami w stosunku do Jonasa. Bo jak to tak znienacka można zostać matką? Boi się odpowiedzialności i nie potrafi dać chłopcu oparcia. Nie jest łatwo. Louise Rick musi więc rozwiązać właściwie dwie zagadki, pozornie tak różne i niezwiązane ze sobą. 
Książka mnie zaskoczyła swoją innością. Owszem jest zagadka, morderstwo i wszystko to co jest konieczne dla dobrego kryminału. Ale do tego wszystkiego autorka dołożyła sporą dawkę emocji, spory spokój i rozbudowane wątki obyczajowe. Niezmiernie spodobała mi się lekkość z jaką połączyła tak dwa odrębne światy. Z jednej strony brutalne morderstwa i banda rozwydrzonych nastolatków, z drugiej strony emocje Louise związane z macierzyństwem, zaskakujący wątek sąsiada, czy też miłość do psa, ratująca emocje pewnego bohatera. Należy dodać koniecznie, że książka jest dogłębnie smutna i może stąd wynika odczucie takiej niezmienności i spokoju. Cały czas ktoś płacze i rozpacza po utracie osoby bliskiej. Nie zniechęcajcie się jednak,  książka jest naprawdę godna polecenia. 
Dodam jeszcze, że ostatnio literatura, która mnie znajduje układa się seriami. Po świadomym zrezygnowaniu z literatury polskiej pełnej samotnych kobietek rozżalonych i spłakanych, przyszła pora na wątek matki - lwicy. W "Bogini zemsty" wątek matki jest silny, właściwie nawet dwóch matek. W książce, którą teraz czytam matka - lwica, to mało powiedziane :-)))

środa, 20 sierpnia 2014

Wakacyjne teksty Młodszego

Wakacje się skończyły, ale wspomnienia się plączą po załamanej powrotem do pracy głowinie. Toteż dzielę się nimi z Wami.

SCENKA PIERWSZA
Bieszczady. Szlak dziki i nieprzejednany (dobra, wąska ścieżka wśród drzew) Schodzimy z Połoniny Caryńskiej więc nogi dorosłych dają się we znaki bólem, a nogi młodszych - nieprzerwanym gderaniem. Nagle Młodszy zatrzymuje się i stwierdza:
"Wiesz Mama, te góry bardzo mi się podobają. Ale byłyby dużo piękniejsze, gdybyś mnie po nich tyle nie ciągała!"

SCENKA DRUGA
Na wakacjach spaliśmy pod namiotem. Jak wiadomo nie jest to dżwiękoszczelna budowla, co często utrudniało Młodszemu zasypianie przypadające nierzadko na najbardziej rozrywkowe godziny wieczoru. Pewnego razu leżę z Młodszym i uciszam go kołysanką. Nagle Młodszy otwiera oczęta i stwierdza: "Szkoda, że namiot nie składa się ze ścian i dachu...."

Za jakie grzechy?

Książki polskich autorów ostatnio stanowczo mnie prześladują. Właściwie nic innego nie czytam. Mają specyficzny klimat, za którym - moim zdaniem - stoi bogactwo naszego języka. Żadne tłumaczenie nie jest w stanie oddać tej różnorodności słów i odcieni wyrażeń. Niestety, mam dość. Po książce "Za jakie grzechy" muszę sobie zrobić przerwę. Wyjaśniając dodam, że książka nie należy do słabych. Jest ot - poprawna. Jednak mam przesyt samotnych kobiet, które walczą z całym światem nie dostrzegając tego, co najbliżej nich. 
Książka zaczyna się banalnie. Wielki dzień, biała suknia, piękny kościół pękający w szwach od gości, kwiaty, spłakana rodzicielka... i tylko Jego brak. Stchórzył, powiedział: "Nie mogę, przepraszam" i zwiał. Pozostał po nim żal, smutek i zadra w sercu na całe życie. Alina musi sobie z tym poradzić i żyć dalej. Problem w tym, że nie bardzo umie. Na szczęście ma wspaniałą przyjaciółkę (nomen omen również nie radzącą sobie z mężem i łączącym ich uczuciem) i kochające Ją wujostwo. To właśnie łączący Alinę z Wujem związek mnie urzekł i zafascynował.
Wuj Stach i ciotka Alina są bezdzietnym małżeństwem. Od dzieciństwa Alina w trudnych chwilach swojego życia biegnie do Wujka i tam w jego ramionach wypłakuje się i szuka sił do dalszego życia. Ma tam swój azyl w postaci domku na drzewie i wspaniałą ciepłą atmosferę, której stanowczo brakuje w jej rodzinnym domu. Wuj kocha ją całym swoim sercem i wspiera w każdej chwili. Bezwarunkowo ale wyjątkowo mądrze. Każdy zakręt w życiu Aliny jest szczegółowo omawiany z wujem. Każda radość z nim dzielona. Kiedy więc wuj umiera trudno Alinie się z tym pogodzić. Nie ulega wątpliwości że nawet po śmierci wuj postanowił mieć wpływ na jej życie. Zapisuje jej w spadku coś, co na zawsze odbije się piętnem w duszy Aliny...
I to właściwie wszystko, co w książce jest warte polecenia. Pozostałe wątki związane z odrzuceniem Aliny przez rodzinę, konfliktem z siostrą i jej stosunkami damsko - męskimi nie są zbyt udane. To tak, jakbym czytała słodko - gorzką bajeczkę, w której wszystko jest przewidywalne i nie ma co oczekiwać na jakiś zwrot w sytuacji. 
Książkę polecam tym, którzy lubią przez powieść przemknąć. Tu można przemknąć bez większego zaangażowania. Tylko ten Wuj i ten wątek... zwróćcie uwagę, proszę. 

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Arfik - Jesteśmy tym miastem i moja Starsza

Szczecin - miasto budzące skrajne emocje, pojmowane bardzo różnie. Jedni mówią, że to "wioska z tramwajami" inni żyć bez niego nie mogą. Kilkakrotnie (przy okazji recenzowania książek) pisałam o Szczecinie (tu i tu). Tym razem moje Miasto pokażę Wam "śpiewająco". Oto grupa artystyczna "Arfik" oddała wszystkie swoje pozytywne emocje, aby pokazać Szczecin z jak najlepszej strony. Po prostu zakochałam się w tek piosence :-) Zresztą najlepszą reklamą niech będzie to, że słowa do tej piosenki napisała Pani Basia Stenka (autorka m.in. "Masła przygodowego" czy też serii książek z Helą w roli tytułowej), której życiowy optymizm słyszalny jest w każdym słowie. 
Polecam! 

sobota, 16 sierpnia 2014

Fartowny pech

Podobało mi się. Niezmiernie mi się podobało. Książka lekka, łatwa i przyjemna, co wcale nie znaczy, że płaska i głupiutka. O nie! Wręcz przeciwnie - książka z dobrze przemyślaną akcją, misternie uplecioną intrygą, a do tego okraszona niezwykle lekkim i specyficznym poczuciem humoru tak charakterystycznym dla autorki. 
Pierwsze co zauważyłam, to wspaniale wykreowane postacie. Pechowy policjant Filip Nadziany, który zostaje ośmieszony przez swoją kochankę. Jak wiadomo kobieta, która czuje się upokorzona potrafi być okrutna. Ta kobieta przypięła Filipa do łóżka, ozdobiła najciekawsze elementy mężczyzny czerwoną kokardą, a następnie umieściła zdjęcie w internecie. Co więcej - Filip zostaje uwolniony dopiero przez swoją mamusię... nietrudno przewidzieć, że upokorzony policjant postanawia zaszyć się w jakiejś dziurze i tam w spokoju dożyć końca swoich dni. Najciekawszą postacią jest jednak gangster Gianii. Mężczyzna dostaje zlecenie w Polsce. Nie jest z tego powodu zadowolony jednak cóż - praca to praca. Efekt jest taki, że musi wykonać zadanie zlecone przez niezbyt inteligentnego gangstera o ksywie Padlina. Do gry wchodzi policjant Nadziany, prywatny detektyw Dziany... efektem jest niesamowicie zabawna komedia pomyłek, która budzi salwy śmiechu, Jednak wśród tego śmiechu rodzi się spory szacunek dla autorki. Pomysł na książkę to jedno, ale mistrzowskie przedstawienie pomysłu to zupełnie inna sprawa. Olga Rudnicka jest naprawdę niezła w te klocki. Intryga jest dość skomplikowana jednak autorka bardzo sprytnie i finezyjnie przeprowadza czytelnika przez meandry swojego pomysłu. Nic dodać nic ująć. Powiem więcej. Lekkie dialogi, mocne i specyficzne poczucie humoru i bardzo śmiałe, charakterystyczne pióro pozwalają przypuszczać, że Pani Joanna Chmielewska przygląda się gdzieś z chmurki swojej następczyni i szepcze pod nosem: "Tak trzymać Mała!"

sobota, 9 sierpnia 2014

Wszystko co minęło

Oto Justyna. Śliczna i mądra kobieta tuż przed trzydziestką. Ukończyła filologię angielską i pracuje w biurze tłumaczeń. Uwielbia swoją pracę jako że język angielski jest jej prawdziwą pasją. Ma marzenia i własne cele, do których konsekwentnie dąży. Tyle z obserwacji "na pierwszy rzut oka". Co zobaczymy po bardziej szczegółowej analizie? Spod maski wyłania się kobieta przerażająco skrzywdzona przez bliskich. Jako trzynastoletnia dziewczynka musiała w ekspresowym tempie dorosnąć i zaopiekować się najbliższymi. Kiedy ojciec odszedł bez słowa wyjaśnienia, matka Justyny rozpadła się w drobne kawałeczki. Pomału staczała się w otchłań rozpaczy, aż utonęła w alkoholu. Justyna musiała zająć się najpierw swoją o pięć lat młodszą siostrą, a potem zapijaczoną matką. Kiedy dorosła znalazła oparcie w mężu i w przyjaciółce... cóż... Ci też zawiedli. W końcu powiedziała sobie: Koniec! Spakowała się i wyjechała w nieznane. Zmieniła nawet swoją garderobę aby pokazać że nic ja z poprzednim światem nie łączy. Tylko czy tak się da? Niestety świat ma dla nas wiele zaskakujących niespodzianek i nigdy nie wiemy jak bardzo zniweczy nasze plany. Tak też było w przypadku Justyny. W biurze tłumaczeń pracowała z osobami, dla których zamknięcie Justyny początkowo było nie do przyjęcia. Szybko zrozumieli jednak, że to tylko skorupa. Kiedy zaczęli się przez nią przebijać okazało się, że każdy z nich też ma co nieco za skórą. 
W książce pojawia się też wątek śmierci. Nie powiem co i jak żeby nie popsuć przyjemności czytania. Dodam jednak, że wątek tego, co dzieje się w hospicjum jest naprawdę urzekający. Zresztą cała powieść jest wzruszająca i dość mocno gra na emocjach czytelnika. 
"Wszystko co minęło" to książka o osobie, która zatrzasnęła drzwi do swojej przeszłości. Trzasnęła aż miło - tak z hukiem. Im dłużej były zamknięte tym trudniej było je uchylić, nie mówiąc o otwarciu na oścież. Myślę, że gdyby nie osoby z otoczenia Justyny, dziewczyna nigdy nie odważyłaby się na przekroczenie progu. Na szczęście większość z nas (i ze znajomych Justyny) zdaje sobie sprawę, że człowiek jest zwierzęciem stadnym i nijak nie da się oszukać natury. Dzięki cierpliwości osób z najbliższego otoczenia (wcale nie przyjaciół) Justyna pojmuje, że musi zrobić ten pierwszy krok.    
Gdyby nie nazwisko autorki na okładce pomyślałabym, że czeka mnie lektura ckliwego romansidła. Na szczęście pani Agata Kołakowska już raz mnie zaskoczyła więc postanowiłam zaryzykować. Warto było. 

wtorek, 22 lipca 2014

Dziewczyna, która sięgnęła nieba


 Pierwsze wrażenie - Matko jedyna, jaka ta książka jest gruba! Czytanie jej (dla mnie jako  zagorzałego fana czytników) będzie koszmarem! To może poczekam aż ukaże się w sklepach plik w ulubionym przeze mnie formacie mobi do ściągnięcia na mojego kundelka... Z drugiej strony... śliczna okładka, książka wprawdzie klejona ale przyjazna do czytania... dobra, spróbuję.

Spróbowałam i stwierdzam, że naprawdę warto było. Wprawdzie męczyła mnie objętość i ciągła potrzeba używania zakładki, ale treść książki wynagrodziła mi wszelkie niedogodności.
Szesnastowieczna Wenecja jest miastem, które pociąga i odrzuca zarazem. Pełne ludzi, zapachów, zwierząt i różnorodnych zjawisk społecznych. Do tego miasta trafia Mercurio - młody, zwinny i szybki oszust żyjący w przekonaniu, że zabił człowieka, co jest główną przyczyną jego ucieczki z Rzymu. Po drodze do Wenecji poznaje Giudittę - młodą Żydówkę, która przybyła do  Wenecji razem z ojcem. Mercurio zakochuje się w dziewczynie, jednak jest to miłość z góry skazana na niepowodzenie. Po pierwsze ze względu na getto zafundowane ludziom pochodzenia żydowskiego przez Wenecjan, w którym Giuditta wraz z ojcem została zamknięta. Po wtóre - ze względu na zakochaną w Mercuriu Benedettę. Benedetta jest kobietą całkowicie zauroczoną Mercuriem. Kiedy orientuje się, że nie jest obiektem jego uczuć postanawia zemścić się, co czyni w bardzo wyrafinowany i przebiegły sposób wykorzystując ludzką ułomność, siłę kościoła i pieniądza. 
Powieść urzekła mnie - naprawdę urzekła. Dotyka wielu tematów. Powstanie getta, kwestie religijne, oskarżenia o czary, farsa ówczesnego procesu - to wszystko pojawia się na tle codziennego życia Wenecjan. Wątek miłosny jest tu tylko i wyłącznie przyczynkiem do ukazania problemów ówczesnego miasta. Ukazany obraz społeczeństwa odrzuca i przeraża. Weneckie prostytutki zmagające się  z tzw. francuską chorobą pozostawione są same sobie. Gdyby nie ojciec Giuditty umierałyby jak muchy. To właśnie żydowski lekarz próbował jako jedyny zapanować nad rozprzestrzenianiem się kiły. Czytelnik załamuje ręce czytając o tym, że próbując wprowadzić podstawowe zasady higieny lekarz narażał się na śmieszność i zarzuty kuglarstwa. 
Książka zawiera dość sporo wulgarnych słów i wyrażeń, ale przecież takie właśnie było ówczesne życie. Tam nikt nie zwracał uwagi na konwenanse i zasady. Kradzieże, oszustwa, brak społecznych barier, nawet publiczne współżycie na ulicach - trudno to wszystko przedstawić w słowach obyczajnie przyjętych. Zresztą już pierwsza strona zawierająca opis skazańców idących przez ulicę i zbierających ekstrementy spod miejskich drzwi pokazała mi, że autor nie boi się trudnych słów i tematów. Opis był tak  realny, że moja dłoń sama sięgała do nosa w celu jego zatkania. Autor użył takich zwrotów, że słowa po prostu śmierdziały. 
Cała ta powieść jest własnie taka - odstręczająca i do bólu prawdziwa, a jednocześnie nie można się od niej oderwać. Powieść jakich mało. Na pewno spodoba się miłośnikom "Filarów Ziemi" Kena Folleta. Ma w sobie tę samą magię tamtych dni. 

wtorek, 15 lipca 2014

Młodszy i święty spokój

Aby scenka dotarła do czytelnika z całym impetem muszę - celem wprowadzenia - wyjaśnić, że kiedy Starsza kilka dni temu wyjeżdżała na obóz, Młodszy kilkakrotnie z nabożeństwem w swych pięcioletnich oczętach powtarzał, że wreszcie będzie miał ŚWIĘTY SPOKÓJ...
...........................................
Młodszy siedzi w kąpieli. W domu cisza. Starsza na obozie, więc nie ma się z kim kłócić, ale i towarzystwa i zabawy w kąpieli trochę brakuje. Młodszy siedzi więc lekko znudzony... (cholernie znudzony raczej) i przelewa monotonnie wodę z kubka do kubka. 
Nagle podnosi wielkie oczęta i rzuca w stronę Matki zaskakujące pytanie:
- Mamo, kiedy Basia wraca?
- Za dwa tygodnie
- Ahaa
- A co tęsknisz już?
- Nie, tylko zastanawiam się, ile ten denerwujący, święty spokój bedzie jeszcze trwał...

Wyjdziesz za mnie kotku?

Czytanie książek na czytniku ma jedną wielką, naprawdę wielką zaletę. Mianowicie nie ma możliwości oceniania książki tylko i wyłącznie po okładce. Owszem, możemy sobie ją obejrzeć, ale nie jest to - jak w książkach papierowych - to sławetne pierwsze wrażenie. Książki "Wyjdziesz za mnie kotku" patykiem bym nie tknęła z półki w bibliotece. Masakrycznie przesłodzona okładka z tytułem napisanym "damską" czcionką... Bliżej mi do książek Bartoszewskiego i Kapuścińskiego, a romansideł nie znoszę. I w taki oto sposób straciłabym możliwość poznania książki której lektura sprawiła mi mnóstwo przyjemności. 
Ania jest niezwykle zdolną, ambitną, niezależną i myślącą osóbką, która nie może uporać się z samotnością dziecka porzuconego przez tatę. W związku z tym uważa, że mężczyźni generalnie nie zasługują na zaufanie. Mieszka z despotycznym i zaborczym Patrykiem marzącym o tym, aby Ania była tylko i wyłącznie jego własnością. Kiedy Patryk zadaje Ani sławetne pytanie "Wyjdziesz za mnie kotku?" jest pewny jedynej słusznej odpowiedzi. A tu zong! Ania nie dość, że się nie zgadza to jeszcze próbuje nauczyć Patryka tolerancji i szacunku dla drugiej osoby. Czytelnik który w tym momencie lektury przypuszcza, że dalsza część książki będzie tożsama z treścią wierszyka "Żuraw i czapla" myli się. Problem małżeństwa Ani i Patryka szybko staje się mało znaczący. Kiedy bowiem na horyzoncie pojawia się dziecko (a właściwie dwójka dzieci, z czego jedno właściwie dorosłe), a w życiu Patryka nagle białe zmienia się w szare, kiedy trzeba ratować przyjaciela, kiedy należy uporać się z wróżbą starej Arabki która nie jest wcale optymistyczna... cóż życie. 
Ta książka jest takim obyczajowym roller coaster'em. Pcha nas przez meandry życia bohaterów, wtłacza w ich problemy i radości, a my możemy tylko oglądać te przesuwające się obrazki. Problem w tym, że często w tych zatrzymanych kadrach widać zwykłe życie, taką naszą codzienność. Każdy z nas przynajmniej raz czuł się skrzywdzony przez drugą osobę, niesprawiedliwie potraktowany, każdy musiał (albo chciał) ratować przyjaciela. Taki moment, kiedy w powieści odnajdujemy siebie wcale nie jest łatwy.   
Dawno nie czytałam takiej książki. Książka o wszystkim i o niczym, o życiu, o dorastaniu, o trudnych i łatwych związkach, o trudach ojcostwa... rany, naprawdę o wszystkim. Trudno oddać tę cechę która mnie tak w tej powieści urzekła, bo nie można opisać czegoś co jest tak ulotne. Naprawdę jest to pełna uroku i ciepła powieść co więcej - na pewno nie jest to słabe romansidło. Tu miłość owszem jest, ale nie jako coś głównego i na pierwszym planie. To jest to spoiwo, które pozwala przetrwać trudne chwile. 
"Wyjdziesz za mnie kotku?" jest debiutem p. Wiolety Sawickiej. Pozostaje mi pogratulować autorce i czekać na kolejne powieści...

środa, 9 lipca 2014

Mocne uderzenie po szczecińsku

Jestem Szczecinianką. Trudno mówić "rodowitą", ponieważ ten zwrot jest dla mnie tożsamy z przysłowiowym "z dziada pradziada", a nikt w Szczecinie z racji wojennej zawieruchy nie jest "z dziada pradziada". Niemniej jednak zarówno ja jak i moi rodzice urodziliśmy się w Szczecinie. Miasto piękne, specyficzne, zwane "Paryżem Północy" ze względu na mnogość gwiaździstych placów. Z drugiej strony miasto bez tożsamości i pomysłu na siebie. Nie ulega jednak wątpliwości, że Szczecin jest kolebką wielu jedynych w swoim rodzaju wydarzeń i ludzi. W czasach komunizmu, kiedy większość Polski pochłaniała czarna rozpacz, tu - z racji portu i "marynarskich" eskapad - można było więcej. Więcej możliwości, więcej kontaktów, więcej nowinek z zachodu. Nic więc dziwnego, że to właśnie tu pojawiły się pierwsze jaskółki muzycznych nowinek. To tu po raz pierwszy zawitał rock and roll. Niestety ten rodzaj muzyki nie odpowiadał ówczesnym władzom komunistycznym w związku z czym Franciszek Walicki (muzyk i kompozytor) złagodził "imperialistyczny" charakter rocka zastępując jego nazwę określeniem big bit.
Autor książki "Mocne uderzenie..." Wojciech Rapa jest znanym wokalistą, kompozytorem i dziennikarzem muzycznym. Współpracował z wieloma sławnymi artystami, brał udział w prestiżowych festiwalach, co więcej - sam był "sprawcą" kilku świetnych muzycznych zespołów. Nic więc dziwnego, że czytelnik zagłębiając się w muzyczne zakątki Szczecina nie stoi z boku, a wpada w specyficzny klimat tamtej epoki. Często trudno nadążyć za opisami, nazwiskami czy też nazwami klubów i lokali. Ale przecież tak właśnie było: Byle do przodu bo świat stoi otworem! "Mocne uderzenie po szczecińsku" jest książką pokazującą właśnie, że ówczesna młodzież mogła wiele i robiła wiele. 
Książka podzielona jest na kilka części. Autor wyraźnie zarysował granicę pomiędzy historią poszczególnych zespołów, a opisami karier wyjątkowych solowych głosów. Mnie urzekł rozdział opisujący ówczesny sprzęt muzyczny. Po jego lekturze powiedzenie "Polak potrafi" nabiera zupełnie innego znaczenia. Własnoręcznie zrobione gitary (tzw. samopały) robiły dużą furorę. "Na pewno cenną wskazówką był plan szczegółowy zbudowania samemu gitary elektrycznej któy został zamieszczony w miesięczniku "Młody Technik". Uśmiałam się do łez.
"Mocne uderzenie po szczecińsku" to książka wieloznaczeniowa. Najprościej mówiąc - to emocjonalnie dojrzały przewodnik po zespołach i przedstawicielach muzyki lat 60 i 70. Dla co wrażliwszych - to księga wspomnień, charakterów i uczuć ówczesnych młodych ludzi, którzy pomimo szarzyzny tamtych czasów próbowali żyć i bawić się jak koledzy z zachodu. Dla Szczecinian ta książka ma jeszcze jedno i to chyba najważniejsze znaczenie - to przewodnik po starym Szczecinie - miescie, którego już nie ma. 
Ze zbiorów Zbigniewa Wróblewskiego
Podróż rozpoczynamy wśród zespołów - "Kon tiki", "Czerwono - Czarni", "Nieznani", "Sorrento" - wszystkie te zespoły wywodzą się właśnie ze Szczecina. Co więcej - organizowany wówczas prestiżowy "Festiwal młodych talentów" ułatwiał wyławianie perełek i ich promowanie. Kolejny rozdział ukazuje nam losy szczecińskich artystów. Helena Majdaniec, Janusz Popławski, Grażyna Rudecka i wielu innych solistów z większym lub mniejszym szczęściem zawitali na szczecińskie sceny. Nazwiska może niewiele mówią, ale już tytuły piosenek np. "Zakochani są wśród nas", czy też "Rudy rydz" i "Czarny Alibaba" są powszechnie znane. Śpiewała je cała Polska.
Tłem dla opisów tych zdolnych młodych ludzi jest oczywiście Szczecin sprzed pół wieku. Jakże inny niż ten dzisiejszy! Wszystkie większe imprezy muzyczne organizowane były w lokalach, których już nie ma - pozostało tyko wspomnienie. Kino "Promień" restauracja "Bajka" wielki kombinat gastronomiczny "Kaskada" - to wszystko niestety już nie istnieje. Niestety ludzie o których mowa też często odeszli już do lepszego świata. Na str. 70 autor pisze: "Znany i ceniony założyciel chóru Jan Szyrocki pokładał w Stanisławie wielkie nadzieje na przyszłość związane z jego pięknym głosem o bardzo dużej skali, niezmiernie przydatnej w wykonywaniu muzyki poważnej". Miałam niewątpliwą przyjemność śpiewać i delektować się muzyką pod wprawnym okiem prof. Szyrockiego. Niestety zabrakło Go wśród nas...
"Mocne uderzenie..." to podróż w przeszłość tak inną niż dzień dzisiejszy. Książka wzrusza i zmusza do refleksji. Nie wiem czy by mnie tak zachwyciła gdybym nie znała Szczecina. Na szczęście znam i mogłam delektować się zarówno główną tematyką jak i wspominkami... Polecam - z całego serca polecam.

Powyższe zdjęcie szczecińskiego fotografa Jakuba Bessaraba jest częścią wystawy inspirowanej postacią Heleny Majdaniec. Zdjęcie to urzekło mnie bardzo. Jest po prostu piękne. Na zdjęciu tyłem do nas stoi Helena Majdaniec, która w 2002 r. zmarła. Któż by wówczas pomyślał, że szczeciński Teatr Letni (na zdjęciu) otrzyma własnie imię Pani Heleny...

czwartek, 3 lipca 2014

Długie lato w Magnolii



Bieszczady jak co roku
Witają raz deszczem raz słońcem
Wracam tu z łezką w oku
Jak zwykle przed lata końcem....

Bieszczady to kraina moich marzeń i snów, to miejsce, w którym spotkały mnie najpiękniejsze chwile, kraina wiecznej radości i śmiechu. To również region Polski, który moim dzieciom kojarzy się ze stwierdzeniem: "Jeszcze jeden taki wyskok moja/mój droga/drogi i Wasza Matka pojedzie w Bieszczady owce paść w poszukiwaniu świętego spokoju".
"Długie lato w Magnolii" (choćby byłoby największym gniotem) i tak bym przeczytała z racji okładki. Nie wiem, czy zdjęcie rzeczywiście zostało zrobione w Bieszczadach, ale tamtejszy klimat oddaje wyjątkowo trafnie. Na szczęście nie musiałam się zmuszać do lektury, ponieważ treść książki okładce wcale nie ustępuje ;-)
Gdzieś u stóp gór leży uroczy pensjonat o nazwie Magnolia. Jego mieszkańcy i przyjaciele są na wskroś wyjątkowi. Każdy z nich jest jedyny w swoim rodzaju. Prowadząca pensjonat i grająca pierwsze skrzypce Czesia oraz ekscentryczna i malująca obrazy Doris mieszkają w pensjonacie na stałe. Wiernymi przyjaciółkami Magnolii są kelnerka Małgosia i walcząca z chorobą Marlena. Obok kobitek - jakżeby inaczej - krążą mężczyźni, ale ich postacie są raczej drugorzędne. Jest też dziewczynka Tusia - która jest moją ulubienicą. Pewnego dnia do Magnolii przyjeżdża autor kryminałów Maurycy Murawski. Opowiada, że chciałby odnaleźć miejsce, które kilka lat temu sfotografował i umieścił na okładce jednej ze swoich powieści. Wyjątkowo cichy i ponury mężczyzna wtapia się w tło i zostaje obserwatorem wydarzeń.
Niedaleko pensjonatu znajduje się wzgórze o mrocznej nazwie Wzgórze Wilków, u podnóża którego stoi chata kryjąca mroczną tajemnicę. Kilkanaście lat temu w obejściu domu zginęła młoda kobieta, a jej córeczka Natusia po prostu zniknęła. Ta tragiczna historia stała się obsesją pewnego emerytowanego policjanta, którego sensem życia stało się przesiadywanie przed miejscowym sklepem (ciekawe, czy równie klimatycznym jak te, które znam w Bieszczadach) i pokazywanie zdjęcia Natusi przypadkowym przechodniom w nadziei, że ktoś ją rozpozna. Pewnego dnia zupełnie przypadkowy zbieg okoliczności doprowadza do rozmowy kilku osób, której efektem jest zupełnie inne spojrzenie na tragedię sprzed lat...
"Długie lato w Magnolii" urzekło mnie klimatem, tajemniczością i swoją nieprzewidywalnością. Autorka umiejętnie splata losy bohaterów, płynnie przechodzi od jednego zdarzenia do drugiego nie przestając czytelnika zadziwiać. Treść książki jest zupełnie nieprzewidywalna, czytelnik zupełnie nie spodziewa się tego, co na niego czeka na kolejnej stronie. Jeżeli dodamy do tego wyjątkową aurę, jaka towarzyszy snutej opowieści - otrzymamy wyjątkową historię, od ktorej nie mogłam sie oderwać. Książkę pochłonęłam w kilka wieczorów upajając się pięknymi opisami i znajomymi nazwami bieszczadzkich miejsc i wiosek, opisami połonin... ehhh...

Połoniny wzywają mnie
na swe rude grzbiety,
Mam czas, tu wędrować chcę,
Tylko lato kończy się niestety...



środa, 2 lipca 2014

Weekend - ten dziwny...

Jeśli planujemy czas wolny, to najczęściej natężenie działań, którym się oddajemy jest przez cały ten czas taki sam. Jeżeli leżymy do góry brzuchem, to lenimy się cały weekend. Jeżeli jedziemy w góry to też od piątku do niedzieli. A ja? Cóż...
W sobotę wiosłowałam, płynęłam, ciągnęłam, pchałam,,, jednym słowem uprawiałam "kajaking". Cóż, z perspektywy czasu stwierdzam, że było super, jednak w sobotni wieczór byłam pewna, że w życiu już nie wsiądę na kajak. 


A w niedzielę? Czytałam. Siedziałam na ławeczce i czytałam. I też było sympatycznie :-)))


Jedno wiem na pewno. Za rok płynę znowu.

Gosia, nie gniewaj się już na mnie :-))) Naprawdę nie chciałam Ci zrobić przykrości. 

Busola snów


Ostatnio stanowczo literacko cofam się gdzieś w czasy młodzieńcze. Książki przygodowe (takie "chłopackie" - jak mówi Starsza) stały się podstawą mojego czytelniczego życia. Najpierw "Statek czasu", teraz "Busola snów"... nie macie pojęcia jak cudownie jest zanurzyć się w świecie magicznych przedmiotów, zaczarowanych ksiąg i czarodziejskich haseł.

"Busola snów" jest drugim tomem serii "Sklepik okamgnienie", ale to naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Może trochę brakuje jakiegoś wprowadzenia, ale opis na skrzydełkach obwoluty zupełnie wystarczy, aby w tempie ekspresowym wczuć się w klimat tego, co działo się w pierwszym tomie. Miasteczko Applecross  położone na końcu świata jest miejscem, w którym działa tajemniczy sklepik. Można tu kupić różne dziwne przedmioty i rośliny; oprócz tego właściciele sklepiku stoją na straży wielu magicznych przedmiotów i tajemnej wiedzy. Nie ulega wątpliwości, że takie osoby i miejsca mogą stać się celem ataków przedziwnych stworzeń. Co więcej - klienci tego sklepu mają często nieprawdopodobne wymagania. Główny bohater powieści Finley w pierwszym tomie zaprzyjaźnił się z Aiby będącą córką właściciela. Teraz przyjaźń trwa w najlepsze co więcej - przeradza się w coś bardziej poważnego. Kiedy w miasteczku ktoś zaczyna niszczyć sieci, a następnie z niewiadomych powodów zaczynają ginąć owce, przyjaciele postanawiają znaleźć winowajcę. Sytuacja zaczyna się komplikować kiedy okazuje się, że wszystkie ślady prowadzą do tajemniczego Leśnego Człowieka...
"Busola snów" jest inna niż poprzednie powieści autorstwa Baccalario, które czytałam. Bardziej mroczna,. bardziej dojrzała; nie przedstawia historii tak po prostu przygodowej. Jest tu trochę niedomówień, czytelnik często może puścić wodze wyobraźni. Już w pierwszych scenach robi się mrocznie i tajemniczo. Bohater wraz z Ojcem Ashley udaje się na poszukiwanie tajemniczego kwiatu. Podróż jest niesamowita. Panowie unoszą się w powietrzu dzięki temu, że wierzą. I tylko biedny pies, nie obdarzony wiarą, wisi trzymając w pysku pasek od spodni Finley'a. 
Główny bohater jest postacią dużo bardziej skomplikowaną niż wydawałoby się to na pierwszy rzut oka. Sporą część powieści zajmują opisy jego uczuć i przeżyć. Wyraźnie widać jego wewnętrzne rozterki przeplatane uczuciami do pięknej Ashley. Co więcej - nie są to jedynie "wzdychanki" zakochanego chłopca. W tle pojawia się konkurent, Ashley zaczyna drwić z uczuć Finley'a - jednym słowem "te" sprawy przestają być proste. 
Szkoda że książka kończy się wyjątkowo niejednoznacznie. Wyraźnie zostało zarysowane niebezpieczeństwo grożące przesympatycznym bohaterom i Sklepikowi "Okamgnienie" jednak ciekawość czytelnika w żaden sposób nie została zaspokojona. Cóż - pozostaje nam czekać na kolejną część powieści. 

niedziela, 22 czerwca 2014

Arfik czyli tam i z Potworem

Kolejny koncert za nami. Dziewczyny poradziły sobie wspaniale. Fotorelacja poniżej :-)


"Tam i z potworem - muzyka Ryszard Leoszewski, słowa, reżyseria - Barbara Stenka (zwana ciocią Basią), śpiew: grupy artystyczne: Arfik i Kostka Cukru.
Koncert na żywo nie tylko śpiewany, ale i grany... cud, miód i orzeszki :-)))
Studio Polskiego Radia Szczecin S-1 im. Jana Szyrockiego jest wymarzonym
 miejscem na takie kameralne koncerty. 
Arfik w całej krasie :-)
Ryszard Leoszewski (zwany wujkiem Rysiem), który komponuje muzykę.
Znany ze "Sklepu z ptasimi piórami"

sobota, 21 czerwca 2014

Młodszy i woda :-)

Trzebież - jak większości wiadomo - leży nad Zalewem Szczecińskim. Piękna pogoda, słoneczko, zero wiatru, widoczność jak żyleta. Moje dzieci szaleją na pomoście. Nagle Młodszy staje i patrząc w dal w zamyśleniu marszczy czoło...
Młodszy: Mamo...
Ja: Słucham synku.
M: Dużo tej wody...
Ja: No...
M: A gdzie w tej wodzie jest korek?
Kurtyna :-))))