środa, 10 lipca 2013

Ilustrowane historie na dobranoc

Literatura dziecięca - jak wszystkim ogólnie wiadomo - składa się z dwóch elementów, których waga jest oceniana różnie, w zależności od wieku odbiorcy. Pierwszy element to treść, drugi - ilustracje. Dorośli oczywiście przykładają wagę przede wszystkim do treści, a dzieci - nie bacząc na czarne znaczki umieszczone na stronie - oceniają przede wszystkim obrazki. Cenię niezmiernie książki, które mają opracowane oba elementy. Rzadko spotykane - jednak zdarza się coraz częściej. "Ilustrowane historie na dobranoc" są tego najlepszym przykładem. 
Książka robi świetne wrażenie już na samym początku, a to za sprawą okładki. Żywe kolory i ładna ilustracja to jedno, jednak najbardziej nurtuje "twardość" okładki. Jest ona twarda w sposób  przyjazny małemu czytelnikowi. Trudno to opisać, warto dotknąć i się zachwycić. 
Książka należy do serii przedstawiającej klasykę literatury dziecięcej w sposób bardzo ujmujący  małych odbiorców. W dużym skrócie - dużo ilustracji przy bardzo skróconej treści. Kilka lat temu w moje ręce wpadły dwa tomy tej serii: "Najpiękniejsze opowiadania dla dziewczynek" i "Najpiękniejsze opowiadania dla chłopców". Obie pozycje zachwyciły mnie grafiką, jednak jak dla mnie poprawność językowa pozostawiała wiele do życzenia. Bajki umieszczone w "Ilustrowanych historiach na dobranoc" są dopracowane również pod względem literackim. Lekkość języka i łatwość snucia historii jest naprawdę urzekająca. Opowiadania są dowcipne, proste i naprawdę ciekawe. Mamy tu bajkę o rzepie
(która przypomina naszą klasyczną "Rzepkę" jednak jest dużo bardziej dowcipna), jest historia o królu z oślimi uszami, o zupie z kamienia i o uczniu czarnoksiężnika. Naszą ogromną sympatię zdobyło opowiadanie o smoku, który zaprzyjaźnił się z mieszkańcami pewnej wioski i pomagał im we wszystkim. Bajki są wyjątkowo... trudno to określić, po prostu chwytają za serce. 
"Ilustrowane historie na dobranoc" to przede wszystkim ilustracje. Piękne. Kolorowe, dowcipne, dokładne, delikatne... naprawdę mogę tak długo. Tekstu na poszczególnych stronach jest niewiele i w trakcie czytania często jest tak, że ja już kończę czytanie danej kwestii, a Młodszy nie pozwala obrócić kartki bo musi podziwiać. Po kilkukrotnej lekturze tej samej bajki Młodszy sam na podstawie obrazków opowiada poszczególne historyjki. Naprawdę miło słuchać jak szuka słów, dobiera wyrazy i szuka w czteroletniej główce odpowiednich kwestii. Jak tylko zobaczę kolejne tomiszcza tej serii na pewno kupię bo warto.  

wtorek, 9 lipca 2013

Zagrać Marię

Ostatnio mam czas na dziwne książki. Nie powiem, żeby były złe, choć do pierwszej ligi literatury nie należą. One są dziwne, intrygujące - po prostu inne. Książka pt. "Zagrać Marię" jest liderem w tej kategorii. 
Bohaterów mamy kliku i trudno powiedzieć, który jest najważniejszy. Na pierwszy plan wybija się historia Marty - aktorki mającej zagrać postać Marii Skłodowskiej. Pierwsze zdjęcia próbne są rewelacyjne. Aktorka jest bardzo podobna do sławnej noblistki. Jednak z czasem Marta zanika, zapada się w sobie. Kolejne zdjęcia nie są już takie porywające. Na tyle rozczarowują, że francuski współproducent wycofuje się z kooperacji. Marta wtedy pokazuje swoje prawdziwe ja, swoje cele i dążenia. Gdzieś obok losów Marty toczy się historia wróżki i jej córki, która ma dar jasnowidzenia. Mamy też historię Piotra będącego przyjacielem Marty. Wszystkie wątki splatają się wzajemnie; w pewnym momencie nie wiadomo, czy czytamy historię Marty czy Marii. Czytelnik zastanawia się czy Piotr jest prawdziwy, czy też jest tylko odzwierciedleniem Piotra Curie. 
Trudno jest czytać o upadku. Główna bohaterka jest osobą chorą - zarówno fizycznie jak i umysłowo. Postać Marii Skłodowskiej staje się jej pasją i obłędem. Próbuje ją naśladować, ślepo powtarza jej czynności nie bacząc na konsekwencje. Maria Skłodowska - Curie pracowała z pierwiastkami promieniotwórczymi, więc łatwo sobie wyobrazić konsekwencje "zabawy" w bycie sławną noblistką. 
Książka jest ponura i smutna. Niemniej jednak warto ją przeczytać choćby po to, aby zachwycić się połączeniem poszczególnych wątków w jedną całość. Autorka naprawdę wspięła się na wyżyny i podołała wyzwaniu. Wątki łączą się delikatnie i niewyczuwalnie. Kiedy czytelnik zdaje sobie sprawę z końcowego efektu jest naprawdę zaskoczony tym wynikiem. 
Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że napisanie tej książki było dla Pani Joanny Szczepkowskiej swoistego rodzaju ucieczką. Poczuła się pokrzywdzona, zdradzona i oszukana. Dlaczego? Zapraszam do lektury krótkiego artykułu. 

poniedziałek, 8 lipca 2013

Dziewczyny i chłopaki. Niepotrzebne skreślić.

Walka płci od dawien dawna znana jest zarówno płci pięknej jak i ... tej brzydszej. W dorosłym życiu często jest pokrętna i podstępna. Okazuje się, że w okresie dziecięctwa też nie jest łatwo. Książeczka pt. "Dziewczyny i chłopaki. Niepotrzebne skreślić" pokazuje, że nawet pacholęta w III klasie podstawówki wykazują się niezwykłą pomysłowością w podjudzaniu tej wielopokoleniowej bijatyki. :-)
Przeciwko sobie stają Martyna ze swoimi przyjaciółkami od serca oraz Smalec z oddanymi kumplami. Członkowie obu paczek są bardzo charakterystyczni dla przedstawicieli swojego rodzaju. Dziewczyny gardzą płcią brzydką, dobrze się uczą, są grzeczne i dobrze ułożone. Chłopcy też są grzeczni (bynajmniej się starają)  i dobrze ułożeni (czasem). Nie gadają przez cały czas, są wierni kumplom i nienawidzą szkoły. I wszystko gra. Do czasu. Okazuje się bowiem, że kiedy chłopaki próbują zbudować rakietę kosmiczną, dziewczyny ze strzępków podsłuchanych rozmów wnioskują, że konstruują bombę. Spacer do parku kończy się wrzaskiem Martyny zmuszonej do spotkania oko w oko z żabą. Wiele sytuacji w książce jest naprawdę komicznych i można się nieźle uśmiać czytając poszczególne opowiadania. Tyle tylko, że moja dziewięcioletnia córka w wielu miejscach lektury (kiedy ja rechotałam ze łzami w oczach) z ogromną powagą stwierdzała: I z czego się śmiejesz? Przecież Oni na prawdę tacy są! Poważniałam momentalnie i tłumaczyłam, że to nie do końca tak... 
Autor chcąc przedstawić odwieczną wojnę płci wpadł na świetny pomysł. Każde wydarzenie przedstawione jest z perspektywy męskiej i damskiej. Kwiatkowe literki pisane kursywą, to opisy wydarzeń z punktu widzenia dziewczynek. Zwykła surowa czcionka - to chłopcy. Takie spojrzenie na wydarzenia jest bardzo ciekawe; daje niezwykłą radość czytania i wiele frajdy dla czytelnika. 
Książka zachwyca nie tylko treścią ale i szatą graficzną. Wydana jest w formie zeszytu w jedną linię. Są oczywiście rasowe marginesy, a literki grzecznie grupują się w linijkach. Są nawet obrazki od niechcenia rysowane to tu to tam. Naprawdę robi wrażenie. 
Książka ma wielu odbiorców. Dla równolatów Martyny i Smalca może stać się kluczem do wzajemnego zrozumienia i przestrogą, że nie wszystko to, co wydaje nam się białe, takie właśnie jest. Dla dorosłych książka jest powrotem do dzieciństwa. Zarówno jedni jak i drudzy czytelnicy będą się przy lekturze świetnie bawić.

sobota, 6 lipca 2013

Kosmos

"Świat w obrazkach" to seria książek uwielbiana przez moje dzieci. Młodszy do dzisiaj wertuje namiętnie tomik o strażakach, natomiast Starsza zakochała się w książeczce pt. "Kosmos". 
Tak jak "Strażacy" mogą zainteresować czterolatka, tak książka o kosmosie stanowczo zaadresowana jest do starszych czytelników. To jest prawdziwe kompendium wiedzy, tyle że bajecznie ilustrowane i wspaniale opisane. Mały podróżnik rozpoczyna swoją podróż od poznania galaktyki. Kosmos, droga mleczna, narodziny słońca - to wszystko przepięknie zilustrowane i dostępnie skomentowane. Dowiadujemy się co to jest teleskop Hubble'a, porównujemy wielkość poszczególnych planet, poznajemy zachowanie 
przedmiotów w nieważkości... czegóż więcej potrzeba żądnej wiedzy dziewięciolatce?. Ale to jeszcze nie wszystko. Książka w bardzo dostępny sposób tłumaczy jak powstaje dzień i noc, jak zmieniają się pory roku i dlaczego księżyc z krągłej bułeczki przemienia się w rogalika. Na ostatnich kilku stronach mały naukowiec znajdzie kilka zagadek i prostych ćwiczeń, które pomogą utrwalić zdobytą wiedzę. 
Ja jako Mama (jakże to nudno brzmi) zachwycona jestem starannością wykonania. Książka jest bardzo porządnie wydana co pozwala dzieciom wertować ją w każdą stronę właściwie bez uszczerbku dla niej samej. Dodatkowo ilustracji jest tak dużo, że za każdym razem Starsza napotyka na coś, czego wcześniej nie zauważyła, lub też niedokładnie przeanalizowała. Kończy się ciągłym bieganiem z książką pod pachą i wołaniem: "Mamo, a wiesz...", "Tato słuchaj..." Mamo dlaczego..." Naprawdę ilość informacji 
aplikowanych dzieciakom wystarczy na długi czas zanim się znudzą. 
Polecam każdemu, kto lubi spędzać czas ze swoją pociechą nad odkrywaniem tajemnic nauki. Zresztą tym, którzy na to nie mają czasu też się spodoba ponieważ pociecha prawdopodobnie "zniknie" na dłuższy czas poznając kolejne fascynujące strony książki.

środa, 3 lipca 2013

Miłość z kamienia

To książka o... nie wiem o czym. O miłości, zdradzie, samotności i smutku. To książka trudna choć pisana prostym językiem, smutna, choć są w niej iskierki radości. To książka kobiety zdradzonej, samotnej i nieradzącej sobie z własnymi emocjami. To książka, która nie spodobała mi się. 
Grażyna Jagielska jest żoną korespondenta wojennego, którego każdy zna. Połączyła ich miłość do podróży. Chcieli wspólnie podróżować, poznawać świat i zwiedzać ciekawe miejsca. Pani Grażyna pozostała wierna tej miłości, natomiast pan Wojciech swoje uczucia skierował ku wojnie. Podróżnik zniknął, pojawił się reporter wojenny. Podróżował do miejsc, z których powrót jest jedną wielką niewiadomą. A Żona? Żona została sama ze swoimi strachami. Żyła od wyjazdu do wyjazdu. Kiedy wyjechał, jej jedynym towarzyszem był telefon. Potrafiła godzinami siedzieć i  wpatrywać się w niego wyobrażając sobie głos, który poinformuje ją o najgorszym. W końcu Pani Grażyna trafia do szpitala z objawami stresu bojowego. Tam zaczyna radzić sobie ze swoimi emocjami. Trudno powiedzieć, że jej stan ulegał poprawie; raczej z kłębuszka emocji wyciągała pojedynczą nitkę i analizowała jej treść. 
Książka jest ponura. Trudno czyta się o kobiecie, której całe życie polega na czekaniu. Traci kontakt z rzeczywistością, nie odróżnia pór roku. Bardzo mi żal jej dzieci właściwie pozbawionych matki. Widok najważniejszej kobiety w ich życiu ciągle nieobecnej, zapłakanej, czekającej lub zapatrzonej w telefon... koszmar.  Drażniła mnie ślepota Jagielskiego, ciągłe obietnice, że to ostatni raz, miłość do "Matki Agory". Drażniła mnie bezsilność Pani Grażyny. Wiem, że łatwo oceniać jednak nie mam zamiaru w tym przypadku próbować wczuć się w postać głównej bohaterki. To postać, której współczuję, jednak ani trochę nie rozumiem. I tyle. 

wtorek, 2 lipca 2013

Mój syn i biedlonecki

Mój synek na co dzień jest przedszkolakiem należącym do grupy Biedronek. Utożsamia się z tym kropkowatym owadem i generalnie mówi o sobie że jest "Biedlonecką". Teraz na dwa tygodnie zmienił przedszkole i został przydzielony do grupy "Motylków". Tyle tytułem wstępu.
Dziś przy obiedzie:
Ja: Maro, powiedz Tacie jaki masz znaczek na szafce.
Maro: Tato mówię Ci super statek!
Tata: A pamiętasz jak się nazywa Twoja grupa?
Marek: ....?          
Tata: Pomogę Ci. Zaczyna się na Mo. Mo...
Marek: Może Biedlonecki? 

Kurtyna :-)))))))

wtorek, 25 czerwca 2013

Maks dba o zdrowie

Maks to bohater wielopokoleniowy. Młody (lat 4) go uwielbia, Starsza (lat 9) również za nim przepada, a ja  jestem jego zagorzałą fanką. Mój mąż zresztą również. Sympatyczny hipopotamek mieszka z nami pod jednym dachem i towarzyszy dzieciakom zarówno w chwilach przyjemnych jak i tych trudniejszych. 
Książeczka zawiera trzy opowiadania, w których Maks dba o zdrowie. Towarzyszymy małemu hipopotamkowi w czasie szczepienia, wraz z nim odwiedzamy dentystę, poznajemy też łyżeczkę z miarką, która skarży się, że zna smak tylko syropów. Każda z historyjek jest jedyna w swoim rodzaju. Możemy przy ich pomocy przekonać nasze maluchy, że szczepienie nie boli, a wizyta u dentysty może nie jest zbyt przyjemna, ale na pewno konieczna, a do tego na pewno skończy się prezentami. Mnie urzekło ostatnie opowiadanie, w którym łyżeczka z miarką narzeka, że zna tylko i wyłącznie smak syropów. Maks obiecuje łyżeczce, że spróbuje "...konfitur i cukru, a nawet budynki waniliowego!". 
Przygody Maksa opisywałam już kilkakrotnie, jednak napiszę to po raz kolejny. Opowiadania są świetne, ale ilustracje to dopiero wisienka na torcie. Ciepłe kolory, miękka kreska - po prostu przepiękne. Oglądanie ich to sama przyjemność. Pani Agnieszka Filipowska jest naprawdę utalentowaną ilustratorką i powinna dużo rysować... baaardzo dużo. 
Opowiadania są krótkie, napisane prostym językiem, wspaniale trafiają do emocji małych czytelników. Każdy z nich zrozumie, że dbanie o zdrowie jest bardzo ważne, a strach często ma wielkie oczy. 
Koniecznie muszę napisać jeszcze jedno. W każdej książeczce o Maksie zastosowano bardzo ciekawą czcionkę - dużą i czytelną. Co pewien czas ważniejsze wyrazy i zwroty są kolorowe przykuwając uwagę maluchów. Na pytanie "Mama, co tu jest napisane?" można sto razy przeczytać "Dzielny kawaler", albo "... ktoś tu nie myje dokładnie zębów!". Myślę że każdego małego czytelnika takie frazy postawią do pionu. Chwała Maksowi!


niedziela, 23 czerwca 2013

Tytus, Romek i A'Tomek w wojnie o niepodległość Ameryki z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani

 Tytus Romek i A'tomek to postacie znane chyba każdemu. 31 ksiąg popularnego komiksu towarzyszyło mi przez całe dzieciństwo i tzw. "lata szczenięce". Ich nakład do 2008 r. wyniósł 10 milionów egzemplarzy. Pomimo tego, że autor Henryk Chmielewski zupełnie niedawno skończył 90 lat, zachwyca nas ciągle nowymi pomysłami. Nasi sympatyczni bohaterowie nie zwiedzają już wysp Nonsensu i nie podróżują niesamowitymi pojazdami. Obecnie przeistoczyli się w bohaterów albumów historycznych. W moje ręce wpadła piąta część serii pt. "Tytus, Romek i A'tomek w wojnie o niepodległość Ameryki z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani."
Książka (a właściwie pokaźnych rozmiarów album) jednych zachwyci, innych zniechęci. Przepięknie wydany, w twardej okładce jest jednak czymś zupełnie innym, niż niepozorne książeczki znane mi z lektury Tytusa de Zoo. Kiedy zaczęłam czytać zorientowałam się, że nie tylko forma jest inna - treść również. Nie jest to klasyczny komiks. Każda karta to jeden obrazek; jak mówi sam Papcio Chmiel - plansza. Obok planszy jest komentarz słowny, ot taki krótki opis do tego, co możemy oglądać na grafice. Na początku byłam rozczarowana. Brakowało mi komiksowego smaczku, tego jedynego w swoim rodzaju obrazkowego poczucia humoru i specyficznej drobnej kreski Papcia Chmiela. Z czasem przywykłam, rozsmakowałam się i.... po zakończeniu lektury wróciłam do początku i przeczytałam raz jeszcze. Za drugim razem podeszłam do tego bez uprzedzeń i oczekiwań i bawiłam się znakomicie. 
Papcio Chmiel nie stracił nic ze swojego fantastycznego poczucia humoru. Jego teksty są lekkie i cięte. Opisanie wojny i niepodległość Ameryki nie jest zadaniem łatwym zwłaszcza, kiedy chce się to zrobić lekko i z przytupem. Powiem Wam, że Papcio Chmiel mnie zachwycił. Historia opowiedziana jest ciekawie, nie brak tu interesujących szczegółów, i zabawnych wtrętów. Sposób opisania liczydła jako "pudełka z krążkami, dziadka dzisiejszego kalkulatora", rozważania, czy Tytus zdradzając Anglików złamał ósme przykazanie - te i inne drobiazgi  zachwycą niejednego malkontenta. Książka zawiera też wiele prawdziwych faktów. Możemy np. dowiedzieć się, że kilkanaście lat temu na pchlim targu w Pensylwanii pewien mężczyzna kupił podarty obrazek. Oczywiście chodziło mu głównie o ramkę, która bardzo mu się spodobała. Jakież było jego zdziwienie, kiedy odkrył, że pod obrazkiem ukryta była Deklaracja Niepodległości. W 1991 r. została ona sprzedana za 2,5 miliona dolarów. Takich ciekawostek w książeczce jest całkiem sporo. 
Książka przeznaczona jest zarówno dla młodzieży jak i dorosłych. Młody czytelnik zwróci uwagę na ciekawe podejście do historii i na pewno zapamięta kilka faktów, których znajomość pozwoli na błyśnięcie wiedzą w szkolnej ławie. A dorosły? Dorosły wychwyci specyficzne żarciki, i niedopowiedzenia, dzięki którym będzie chichotał do łez....


środa, 19 czerwca 2013

Fabrykantka aniołków

To druga książka Camilli Lackberg, która trafiła w moje ręce. Pierwszą pochłonęłam w kilka dni, ta również nie została w tyle. Po prostu świetny kryminał. 
Ot małe miasteczko, a obok niego niewielka wyspa. Na wyspie stoi samotny dom kryjący tajemnicę. Kilkadziesiąt lat temu w budynku tym funkcjonowała  szkoła prowadzona przez rodzinę Elvanderów. Pewnego dnia cała rodzina znika - zostaje tylko roczna Emma, którą zapłakaną znajduje policjant. A obecnie? Dom jest remontowany przez młode małżeństwo, które planuje założyć w nim pensjonat. Małżonkowie są nieszczęśliwi i samotni. Powodem tego jest utrata synka. Próbują znaleźć w remoncie ukojenie. Tymczasem zamiast ukojenia pewnego dnia ktoś podpala ich dom, a jakiś czas później padają strzały skierowane ku młodej kobiecie. Co łączy te dwie sprawy? I gdzie w tym wszystkim znajdziemy tytułową fabrykantkę aniołków? 
Jakiś czas temu czytałam książkę Pani Lackberg pt. "Kamieniarz". Uderzyło mnie podobieństwo w skonstruowaniu obu tych powieści. Każda z nich toczy się dwuwątkowo. Pierwszy wątek to czasy współczesne, drugi to przeszłość, która w pewnym momencie książki zaczyna zazębiać się z teraźniejszością. W dwóch książkach zabieg mi się podobał, jednak w trzeciej i kolejnych mogę nie zdzierżyć. Pomijając to - powieść jest naprawdę dobra. Autorka wyjątkowo dokładnie przemyślała fabułę. Nie pozwoliła sobie na  wpadki i niedoróbki, co przy kryminałach jest niezmiernie ważne. Zakończenie naprawdę zaskakuje i jest dla mnie zachętą do sięgnięcia po kolejne tomy sagi. Zorientowałam się już, że czytam je nie po kolej, jednak mam nadzieję, że nie ma to większego znaczenia. 

wtorek, 18 czerwca 2013

Konkurs z książką do oddania, gady i praca...

Uwielbiam lato. To pora roku, która pozwala na spotkania z przyjaciółmi, na długie wieczory przy ognisku (czy też ogniu palonym na dnie beczki w przydomowym ogrodzie). Rajdy, biwaki, spotkania ... czegóż więcej potrzeba. W ostatnią niedzielę siedziałam właśnie w gronie najbliższych mi osób i piekliśmy nad ogniem... Gady. Cóż to jest? To własnie pytanie konkursowe. Spójrzcie na zdjęcie i uruchomcie wyobraźnię. Nie będę wybierała najlepszej odpowiedzi, bo pewnie wszystkie będą super. Zwycięzcę wylosuję 24 czerwca. To cudowny dzień, w którym w mojej pracy kończymy Walne Zgromadzenie, co oznacza, że na dobre zaczynają się wakacje. Zapraszam do zabawy. Nagrodą jest książka "Szamanka w szpilkach" wydana przez Wydawnictwo Prószyński i spółka. 

Swoją drogą siedząc dzisiaj w pracy spojrzałam wstecz (w treści bloga) i stwierdziłam, że historia zatacza koło. Kilka lat temu cieszyłam się nad zwycięstwem nad głupotą, a tu wielkimi krokami zbliża się kolejna batalia. Na szczęście teraz do walki staje trochę więcej osób i  mam nadzieję że będzie dobrze. Mam też nadzieję, że za rok o tej porze będę świętować i przybijać radosną piątkę z koleżanką zza biurka. Oby ten nadchodzący rok był równie dobry jak ten mijający i oby Walne przyniosło nam Aguś równie dobre chwile jak tegoroczne. Co nie? 

niedziela, 16 czerwca 2013

W przededniu

Wydawnictwo "Prószyński i s-ka" towarzyszy mi od dawien dawna. Kiedy tylko powstało, wraz z moimi przyjaciółmi namiętnie przeglądaliśmy kilkunastostronnicowy (papierowy) katalog, który raz na dwa miesiące listonosz wrzucał do skrzynki pocztowej. Z każdego coś wybierałam i zawsze wśród kilku pozycji znajdowała się książka z serii "Fantastyka". To właśnie wtedy poznałam przygody Alvina Stwórcy, twórczość Ursuli K.Le Guin i oczywiście świetną sagę o Enderze. "Gra Endera" przez długi czas była moją ukochaną książką z gatunku fantastyki. Dlatego bardzo chętnie sięgnęłam po książę pt. "W przededniu" spodziewając się niezłej literackiej przygody współtworzonej przez Orsona Scotta Carda.
Nie ukrywam - moje obawy wzbudził fakt tworzenia serii w serii. "W przededniu" jest pierwszym tomem ciągu preqeli, których akcja dzieję się sto lat przed narodzinami Endera. Biorąc książkę do ręki bałam się, że będzie to twórczość wymuszona, jak się to często zdarza przy tego typu literaturze. Na szczęście myliłam się.
Powieść toczy się kilkuwątkowo. Obserwujemy rodziny górników eksploatujących skały i planetoidy krążące w przestworzach. Typowo dla Orsona Carda mamy tu przedstawione prozaiczne, "ludzkie" problemy. Powiązania, emocje, łączenie się w pary, tworzenie rodzin - to wszystko jest ważne, pokazuje nam stosunki łączące głównych bohaterów. To nic, że w kosmosie, nie ma znaczenia brak przyciągania - życie niewiele różni się od tego ziemskiego. W tym wątku czułam się całkiem dobrze. Przypominał dawną twórczość Carda. W innym miejscu powieści mamy przyjemność obserwować służby specjalne w trakcie ćwiczeń i treningu. Ta część powieści dała mi najwięcej frajdy. Trzecim wątkiem jest samotna podróż górnika na księżyc z misją ratowania ludzkości. Cóż - ten wątek moim zdaniem powstał tylko po to, aby móc pisać kolejne części powieści. Właściwie nic nie wnosi i oczywiście nie znajduje zakończenia. 
Generalnie w powieści mocno widać wysiłki autorów do przedłużenia powieści. Konieczność rozbicia ciekawej historii na kilka tomów powoduje, że traci ona wiele ze swojego uroku. Są sceny nie pasujące do reszty, które wybijają czytelnika z rytmu i drażnią, kiedy uświadomimy sobie, że nie mają większego sensu, a ich znaczenie zostanie pewnie wyjaśnione w kolejnych częściach powieści.
Książkę przeczytałam z przyjemnością i napisałabym że jest dobra, gdyby nie to, że zupełnie niedawno powróciłam do "Gry Endera". Orson Scott Card przyzwyczaił czytelników do bardzo dobrej fantastyki - przemyślanej, z wyraźnymi postaciami i konsekwentną fabułą. Potrafił zaskakiwać i wzbudzać podziw nad zastosowanymi rozwiązaniami. "W przededniu" tego nie ma. Fabuła jest prosta, wręcz banalna, a bohaterowie nie zachwycają. 
Książka bardzo spodoba się tym, którzy zaczynają przygodę z fantastyką i Enderem. Znawców i koneserów serii o Enderze może znudzić i rozczarować. Uważam jednak, że nawet oni powinni sięgnąć po "W przededniu" - z czystej ciekawości. 

sobota, 15 czerwca 2013

Ponadczasowe "Wiersze dla dzieci"

Julian Tuwim towarzyszy mi od zawsze. W dzieciństwie uwielbiałam "Ptasie Radio" z charakterystycznymi trelami, a na adapterze namiętnie odtwarzałam czarną winylową płytę ze słuchowiskiem "Pan Maluśkiewicz". W liceum i na studiach Tuwim odszedł na dalszy plan, aby teraz z przytupem powrócić do mnie i moich pociech. 
Na półce mamy kilka wydań wierszy Tuwima. Kilka dni temu z wielką przyjemnością dostawiliśmy kolejny tomik wydany przez Wydawnictwo "Skrzat".
Dobór wierszyków nie zachwyca fanów Tuwima (do których należą moje dzieci). Znajdziemy tu utwory najbardziej popularne: "Lokomotywę", "Abecadło", "Okulary" czy "Rzepkę". Dwa wierszyki stanowiły nowość dla  Starszej - "Dwa Michały" oraz "Pan Maluśkiewicz i wieloryb". Przyznacie, że dwa wierszyki spośród dziewiętnastu to dość niewiele. Niewątpliwe zachwyciła nas inna strona książeczki - ilustracje. Artur Gulewicz będący autorem obrazków naprawdę stanął na wysokości zadania. Pomysłowe, śmieszne i niebanalne przyciągnęły moje dzieciaki na dłuższy czas. Młodszy z uwagą śledził lokomotywę i zawartość wagonów. Starsza natomiast zachwycała się szczegółowością obrazków - śmieszną miną listonosza,  przesympatycznym kotkiem i uczestnikami sławnego wyrywania rzepki z ogródka. 
Książeczka godna polecenia wszystkim, którzy zaczynają przygodę z Tuwimem. Polecam również na prezent - tak pięknego wydania dawno nie widziałam. Twarda okładka, lśniący papier i żywe kolory z pewnością sprostają najbardziej wymagającym gustom. 



niedziela, 2 czerwca 2013

O tym dlaczego dłuuugo nie pójdę znów do kina...

Maj to wyjątkowo aktywny okres, jednak niekoniecznie pod względem literackim. Ogarnęłam Komunię mojej córki, wczorajszy Dzień Dziecka, choróbsko Młodszego i niniejszym mogę ogłosić, że wracam do blogowego świata żywych! Bardzo mi tego brakowało...
Dzień Dziecka - z racji brzydkiej pogody - spędziliśmy w kinie. Miało być Zoo w Uckermunde, ale pokonał nas deszcz i samopoczucie Młodszego. Plus był taki, że obejrzeliśmy naprawdę ładną bajkę pt. "Tajemnica zielonego królestwa". Ładna to dobre określenie. Takie bez emocji. 
Fabuła jakich wiele. Nastolatka Mary przyjeżdża do domu swego ekscentrycznego ojca, który wierzy w istnienie małych ludzików żyjących  w lesie. Dziewczyna przypadkiem trafia do Zielonego Królestwa, gdzie musi stawić czoło złym siłom, chcącym zniszczyć piękną krainę. Zostaje strażniczką pąka, walczy z Bagnistymi, zdobywa wśród Liścian nowych przyjaciół... jednym słowem nietrudno domyślić się co będzie dalej i jakie będzie zakończenie. Fabuła nieco banalna nie powinna nikogo zrazić, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie, że adresatem są dzieci. Bardziej odstręczała mnie iście cukierkowa atmosfera całej produkcji. Jest różowo, słodko i tak jakość "dziewczyńsko", jak to określił Młodszy. Jeżeli dołożymy do tego migawki rodem z Avatara, których jest całkiem sporo -  mamy obraz całości. Na szczęście grupa wiekowa, do której film jest skierowany (w postaci rozanielonych dziewczynek do lat 10) siedziała w kinie z otwartymi ustami i wychodziła z sali uszczęśliwiona. A przecież właśnie o to chodziło prawda?
Dodam jeszcze, że do kina DŁUGO NIE PÓJDĘ. Młodszy był w kinie pierwszy raz. Usiadł w fotelu z nieodłącznymi atrybutami widza w postaci coli i kukurydzy i zaczął oglądanie ... REKLAM. Blok reklam trwał pół godziny, po których Młody miał pusty kubek i stwierdził, że właściwie to On może już iść do domu. Bajka właściwie już go nie zainteresowała. Uważam za grubą przesadę to, że po zapłaceniu prawie 100 zł za bilety, widz zmuszony jest jeszcze oglądać pół godziny reklam. Nie dziwię się, że w tym kraju piractwo kwitnie. Ja też wolę obejrzeć film w domu bez półgodzinnego wstępu w postaci wyginających się panienek  i samochodów mogących latać w kosmosie. Coś się komuś pomieszało...

sobota, 11 maja 2013

Niesamowite :-) www.przeszczep.pl


Razem możemy wszystko :-)
Powiem Wam, że ostatni Pięciolatek jest bardzo bliski memu sercu :-)

piątek, 3 maja 2013

Lalki z getta, czyli historia Małego Księcia.

Getto to najsmutniejsze miejsce na ziemi. Nie ma i nie było nic bardziej przygnębiającego, bardziej wstrząsającego i tragicznego. Tematyka getta wraca do mnie co jakiś czas z racji Janusza Korczaka będącego patronem szczecińskiego Hufca ZHP, będącego moim harcerskim domem. "Lalki z getta" jest książką, która dla mnie obok treści głównej ma swoje drugie jakże tragiczne dno. 
Trudno pokrótce przedstawić fabułę, bo to nie ona jest najważniejsza. Tu pierwsze skrzypce gra tło, wydarzenia obok, sierociniec Korczaka, chłopiec szmuglujący chleb,smutek i beznadziejna rozpacz. Nie potrafię streścić, dlatego zamieszczę opis ze strony Wydawnictwa:


Żydowski chłopiec imieniem Mika na początku wojny dziedziczy po dziadku płaszcz, a wraz z nim kolekcję pacynek ukrytą w jego licznych kieszeniach. Lalki pozwalają mu choć przez chwilę zapomnieć o potwornościach wojny i pomóc zapomnieć innym. Talent Miki zostaje odkryty przez niemieckiego żołnierza, który zmusza go do rozpoczęcia podwójnego życia, walki o życie i honor. Chłopcu udaje się jednak znaleźć nowe zastosowanie dla lalkarskiego talentu i sekretnych kieszeni płaszcza.
Powieść opisuje też drugie oblicze wojny widzianej oczami niemieckiego żołnierza, Maxa, który później trafia do syberyjskiego gułagu. Łącznikiem między postaciami żydowskiego chłopca i hitlerowca staje się jedna z pacynek, która przekazywana z pokolenia na pokolenie symbolizuje trudne dziedzictwo wojny.
Kiedy czytasz pierwszą część, emocje są proste: nienawidzisz ówczesnych Niemców z całych sił. Czytasz o głodzie, śmierci i zaciskasz pięści. Płaczesz, kiedy Korczak prowadzi Dzieci do wagonów, kiedy czytasz o maluchach umierających z głodu, o szpitalu bez leków i pościeli, o kobietach opłakujących członków rodziny, pogardzie, obojętności i nędzy. Promyczkiem słońca są pacynki, ale i one przeżywają rozpacz rozstania. Książę będący ulubioną pacynką lalkarza jest ceną, jaką płaci on za uratowanie życia Matki. Książę trafia do kieszeni niemieckiego żołnierza Maksa, a ten... trafia na Sybir jako jeniec wojenny. I co? I nagle z najeźdźcy staje się ofiarą. Teraz jego męczą wszy, jest bity, głodzony i pracuje ponad siły. I co czytelniku ? Nadal go nienawidzisz? Raczej nie, zwłaszcza kiedy poznajesz jego wyrzuty sumienia, jego osobistą tragedię, jego walkę z upiorami i demonami wojny. Nagle Twoje uczucia czytelniku są tożsame z tym, co czułeś czytając historię getta.... I to jest przerażające, jak szybko, klasyfikujesz, przyczepiasz łatki, aby za chwilę je odczepić i przyczepić inną. Emocjonalny szał.
"Lalki z getta" przeczytałam w dwa dni. Zakończenie - choć banalne - jest po prostu piękne. Mówi o trudnej umiejętności przebaczania, o tym, że musimy pamiętać. Tylko jak przekazać takie okrucieństwo? Myślę, że moje dzieci zaczną od "Pamiętnika Blumki", ale nawet na to jest jeszcze za wcześnie. 
Lalki z getta powinny mieć podtytuł "Mały książę". Historia Miki i Maxa może być traktowana jako tło dla losów księcia - pacynki zrobionej przez dziadka Miki, a towarzyszącej bohaterom aż do czasów współczesnych. Losy księcia są bogate, jest on podporą w ciężkich chwilach. Schowany w kieszonce, pod kurtką, czy też nawet za paskiem bielizny służył swoim właścicielom radą i pomocą. Mały książę jest dowodem na to, że życie składa się z wielu drobiazgów i nigdy nie wiadomo, co da nam kopa i energię do dalszego działania.
Z życzeniami odnajdywania radości w najmniejszych szczególikach codziennego życia - polecam Lalki z getta.